Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile

Autorzy: Katy Colins

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 36.99 zł

cena od: 20.91 zł

BRIDGET JONES Z PLECAKIEM ZNOWU W PODRÓŻY

Georgia i Ben otrzymują zaskakującą propozycję: występ w reality show, w którym mogą wygrać duże pieniądze i zareklamować swoje Biuro Podróży Samotnych Serc. Muszą tylko jechać do Chile i – drobiazg! - pokonać kilka par uczestniczących w konkursie. Georgia ma wątpliwości, czy jest gotowa wystawiać związek z Benem na widok publiczny. Ale przecież mogą potraktować ten wyjazd jako długo wyczekiwany wspólny urlop.  Czeka ich przygoda życia. Jednak na chilijskich pustkowiach i górskich szlakach ich związek zostanie poddany niejednej próbie.

Katy Colins

Biuro Podróży Samotnych Serc

Kierunek: Chile

Tłumaczenie:

Elżbieta Regulska-Chlebowska

Kiedy ślub Katy został w ostatniej chwili odwołany, sprzedała wszystko, co miała, spakowała plecak, wykupiła bilet w jedną stronę do południowo-wschodniej Azji – i nigdy nie obejrzała się za siebie.

Ogromny sukces jej podróżniczego bloga zachęcił ją do napisania serii książek o Biurze Podróży Samotnych Serc, dzięki czemu zyskała przezwisko „Bridget Jones z plecakiem”.

Kiedy nie włóczy się po świecie, opisując swoje przygody i radząc wszystkim wokół, żeby łapali byka za rogi, Katy najchętniej spędza czas z rodziną i przyjaciółmi i próbuje sobie wmówić, że jej uzależnienie od ciastek jak na razie nie weszło w fazę niepohamowanego nałogu.

Więcej o Katy Colins, jej książkach i podróżach znajdziecie na jej blogu www.notwedordead.com oraz na Twitterze @notwedordead

Biuro Podróży Samotnych Serc:

Kierunek: Tajlandia

Kierunek: Indie

Kierunek: Chile

Najbardziej inspirujący ludzie to ci, którzy sami nie wiedzą, że mają taki wpływ na innych.

Charlotte, to dla ciebie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dedukcja, czyli wyciąganie wniosków z okruchów informacji

– Naprawdę jej potrzebujesz? – spytał Ben, pchając przeładowany wózek krętymi alejkami Ikei.

Powąchałam pękatą seledynową świecę i spojrzałam na niego z taką miną, jakby mnie zapytał, czy jeszcze nie znudził mi się smak czekolady.

– Każdy wie, że dobrego nigdy dosyć.

– Jeśli cię to uszczęśliwia… Nie widzę sensu w kupowaniu czegoś, co się zaraz wypali. Równie dobrze mogłabyś spalić kilka banknotów – roześmiał się, kiwając nade mną głową. – Jak się nazywają? Grönkulla, Färdfull czy może Knutstorp? To niewątpliwie wielka różnica. – Jego imitacja skandynawskiego akcentu przyprawiła mnie o atak śmiechu.

– Jeśli chcesz wiedzieć, Fyrkantig. Nie wiedziałam, że taki z ciebie lingwista – przekomarzałam się.

– No. A może powinienem powiedzieć ja? Zlituj się wreszcie, umieram z głodu, a zwabiłaś mnie tu obietnicą wielkiej michy klopsików.

Dorzuciłam kilka aromatycznych świec zapachowych między miękkie białe poduszki, ramki na zdjęcia i inne praktyczne i gustowne drobiazgi do urządzania domu, po czym objęłam go w pasie.

– W porządku, micha klopsików raz! – oznajmiłam wesoło, ale zaraz z niespokojną miną spojrzałam na wyładowany wózek. – Jesteś pewien, że mamy wszystko, co nam potrzebne?

– Jestem pewien, że wynieśliśmy już wszystko, co było w sklepie – jęknął, ale wiedziałam, że w gruncie rzeczy bawi się równie dobrze jak ja podczas wędrówki po gigantycznej Ikei, która wielkością mogłaby konkurować z niewielkim państewkiem.

Denerwowałam się przed wspólnym wypadem do sklepu z meblami. Dla każdej pary pierwsze zakupy w Ikei przypominają obrzęd przejścia, uroczyste wkroczenie w nową fazę życia. Ostatnim razem byłam tu z moim niedoszłym mężem, Alexem; wyszliśmy ze „szwedzkiego piekiełka”, jak raczył to nazwać, z regałem Billy i straszliwie pokłóceni. Po powrocie do domu nie odzywaliśmy się do siebie przez dwie godziny. Cała eskapada w niczym nie przypominała romantycznego wicia wspólnego gniazdka, jak sobie to wcześniej wyobrażałam. Zamieniła się w pasmo sprzeczek i złośliwości jeszcze przed rozpaczliwą próbą zmontowania regału.

Tym razem było inaczej. Spacerowaliśmy z Benem po salach wystawowych; w części kuchennej nie kłóciliśmy się o to, kto więcej czasu spędza przy garach, nie przyspieszaliśmy kroku przy mebelkach dziecięcych. Szczerze mówiąc, świetnie się bawiliśmy. Właśnie tak to sobie wyobrażałam przed katastrofalnym doświadczeniem z Alexem.

Jednak po dwóch godzinach dostrzegłam w zachowaniu Bena pewne oznaki zniecierpliwienia. Tak się złożyło, że jedyny dogodny dla nas obojga termin przypadał w sobotę – wyglądało na to, że reszta mieszkańców Manchesteru wpadła na podobny pomysł. Dreptaliśmy w hałaśliwym tłumie rozochoconych majsterkowiczów, rozbrykanych dzieciaków i par kłócących się o to, kto ma lepszy gust, gdy chodzi o wybór zasłonek, a żółte strzałki prowadziły nas przez labirynt do wyjścia.

– Zasztyletują się ołówkami, jeśli ich ktoś nie rozdzieli – szepnął mi do ucha Ben, wskazując brodą na starsze małżeństwo, rzucające sobie mordercze spojrzenia pośród krzeseł Jeff i kanap Ektorp. Wiele osób właśnie w takim otoczeniu uświadamia sobie, że ich partner ma koszmarny gust, a to tylko początek całej litanii zarzutów i pretensji, świadczących o tym, że dłużej nie da się z nim wytrzymać.

Zachichotałam i poprowadziłam go przez ukryty skrót, pozwalający na ominięcie całej sekcji łazienkowej. Zapamiętałam dobrze to przejście, bo poprzednio wyszłam tędy obrażona, gdy Alex oznajmił, że mój wybór chodniczka świadczy o drobnomieszczańskich upodobaniach. Szczurzy labirynt, który Ikea przygotowała dla klientów, jest powodem, dlaczego wiele par – młodych albo z wieloletnim stażem – wpada w niezliczone pułapki w czeluściach sklepu. Stąd po prostu nie da się wyjść łatwo, lekko i przyjemnie. Informacje dotyczące drzwi prowadzących na zewnątrz są kłamliwe – a jeśli nawet jest w nich ziarno prawdy, to przy poprzedniej wizycie, gdy gotowałam się ze złości, błądziłam i chodziłam w kółko, mijając tych samych umęczonych ludzi, kurczowo tulących do siebie jaskrawożółte torby, jak dziecko przytula ulubiony kocyk. Tym razem byłam przygotowana. Wiedziałam, gdzie znajdę skrót.

– Obiecaj, że nigdy nie będziemy tacy jak oni. – Mocno chwyciłam Bena za rękę.

W tym momencie jak na zawołanie wylądowaliśmy w dziale sypialnianym. Ben żartobliwie pociągnął mnie na najbliższe pięknie posłane małżeńskie łoże, z narzutą, która świetnie by się nadawała do naszej sypialni.

– Obiecuję. – Pochylił się i pocałował mnie namiętnie.

Hindus, który tuż obok oglądał hipoalergiczne poduszki, cmoknął karcąco. Zalałam się rumieńcem i poderwałam z łóżka. Czas skończyć zakupy i wrócić do domu. Ikea nie jest miejscem do spacerów bez celu, a ja i tak przekroczyłam planowany limit wydatków.

– Czekaj! – wykrzyknęłam za kolejnym zakrętem. – Zapomniałam o miseczkach na owsiankę! – Nasze były wyszczerbione i niewystarczająco głębokie.

– Okej. Miseczki na owsiankę i kategorycznie nic więcej.

– Dobrze.

Ben zmrużył oczy, zupełnie jak snajper zabójca z gry wideo, wpatrzony w widoczny tylko dla siebie cel i obojętny na wszelkie okrzyki: „och, prawdziwe cudo”, „musimy to mieć”, jakie wydawałam na widok kolorowych sprzętów kuchennych.

Przez chwilę miałam wrażenie, że złapie mnie za rękę i puści się pędem, żeby mnie odciągnąć od tych skarbów – noszących wdzięczne imiona Rort albo Skedstorn, lub nawet zbitkę spółgłosek nie do wymówienia – które usiłowałam wrzucić do szeleszczących niebieskich toreb. Ben obserwował mnie z rozbawioną miną, gdy porwałam ze sklepowej półki kolejne ściereczki kuchenne.

– Naprawdę, kochanie? – spytał z krzywym uśmieszkiem, udając, że ziewa.

– Są niewiarygodnie tanie! – jęknęłam. – Proszę, zabierz mnie stąd. Nie wiem, gdzie się podziała moja samokontrola.

Potulnie podreptałam za nim do kas samoobsługowych; udało nam się pokonać tę przeszkodę bezproblemowo, choć i tu na lewo i prawo widzieliśmy skłócone pary. Licytując się, kto wymieni więcej nazwisk sławnych Szwedów, skierowaliśmy się do magazynu wewnętrznego, w którym znajdował się wybrany przez nas stół (wcześniej na ekspozycji zanotowałam dokładne namiary). Poza jakimiś zupełnie mi nieznanymi piłkarzami, w których specjalizował się Ben, zdołałam wymienić Ulrikę Jonsson i zespół ABBA. Szło nam nad podziw gładko do chwili, gdy dotarliśmy do grubych podłużnych pudeł w sekcji A półka 39.

– Och.

– Do diabła.

– Co za gigant! – jęknęłam. Martwiłam się nie tylko o to, w jaki sposób przewieziemy blat autem, ale czy zmieścimy tego kolosa w naszym dość ciasnym mieszkaniu. Zaprosiliśmy gości na obiad, coś w rodzaju eleganckiej parapetówki, i stół był niezbędny, żeby nie musieli trzymać talerzy na kolanach.

– To kwestia opakowania. Nie wydawał się aż tak wielki – stwierdził Ben, drapiąc się po głowie.

– Zmierzyłeś, ile mamy miejsca? – zapytałam niepewnie.

– Będzie dobrze – zapewnił z ciężkim westchnieniem, bo akurat dźwignął pakę i umieścił ją na wózku.

Oboje byliśmy już zmęczeni, a choć do tej pory całkiem dobrze się bawiliśmy, marzyłam już tylko o powrocie do domu i herbacie, rzecz jasna w nowych kubkach. Zaufaj Benowi, Georgio, nie bądź takim niedowiarkiem. Na pewno wszystko sprawdził. Nie w głowie nam były klopsy i sos z borówek, gdy z najwyższym trudem upychaliśmy przeklęty stół w samochodzie Bena. Siedzenie przy kierowcy wysunęliśmy najdalej, jak się dało, a i tak drżałam, żeby Ben nagle nie wcisnął hamulca, bo ostra krawędź pudła groziła mi dekapitacją.

W końcu padliśmy na kanapę w salonie, wykończeni po wniesieniu paczek do mieszkania. Duma, że wyszliśmy z tarczą z kolejnych opresji, nieco zblakła, ale humory nadal nam dopisywały, choć jazda powrotna nie należała do przyjemności – rozbawiła mnie tylko wyjątkowa ostrożność, z jaką Ben prowadził auto: jechał jak własna babcia.

– Wszystko gra. – Otarł spocone czoło. – Zmontuję stół, a ty znajdź w sypialni miejsce dla swojej kolekcji świec.

– Nie potrzebujesz pomocy? – Porwane tekturowe opakowanie, śrubki i całe płachty folii bąbelkowej stworzyły na podłodze istne pobojowisko, a instrukcja przypominała grubą książkę.

– Mowy nie ma. Co ze mnie byłby za facet, gdybym nie umiał złożyć głupiego mebla dla swojej kobiety. – Uśmiechnął się, niespeszony bałaganem, i pociągnął łyk zimnego piwa, wyraźnie gotów do działania.

– Skoro sam sobie poradzisz… – Pocałowałam go w bujną brązową czuprynę. – Powodzenia.

Przecisnęłam się wśród pudeł zajmujących cały przedpokój i wciąż czekających na rozpakowanie, taszcząc ze sobą ogromną niebieską torbę z Ikei. Sypialnia była moim ulubionym pomieszczeniem. Większa niż zazwyczaj, z szerokimi trójdzielnymi oknami, które wpuszczały tyle światła, że pokój sprawiał wrażenie jeszcze bardziej przestronnego. Trudno mi było uwierzyć, że zdążyłam nagromadzić tak dużo rzeczy, choć całkiem niedawno wyprowadziłam się z domu dzielonego z moim byłym i większość czasu spędziłam na podróżowaniu z plecakiem. Ben i ja zamieszkaliśmy razem miesiąc temu. Od tego czasu bardzo ostrożnie staraliśmy się wpasować kawałki poprzedniego życia we wspólną przestrzeń i zamienialiśmy ją stopniowo w przytulne gniazdko.

Decyzja, by razem zamieszkać, wydawała się naturalna. Kiedy tylko znaleźliśmy odpowiednie lokum, Ben wyprowadził się z poprzedniego, które dzielił ze swoim najlepszym kumplem, Jimmym. Całe dnie spędzaliśmy i tak razem, w pracy, a nasz związek rozkwitał. Każde rozstanie, nawet na krótko, było nieznośne.

Starannie rozstawiłam świece na komodzie obok wspólnego zdjęcia, zrobionego na plaży w Tajlandii, gdzie się poznaliśmy. Tak wiele się zmieniło od tamtej pory, że czasem już zapominałam, jak się wszystko zaczęło. Zaczęliśmy prowadzić Biuro Podróży Samotnych Serc, zakochaliśmy się w sobie i wreszcie zamieszkaliśmy razem. Nic podobnego nie zaświtało mi w głowie tamtego dnia, gdy przystojny nieznajomy objął mnie w talii i razem pozowaliśmy do zdjęcia.

Uśmiechnęłam się, bo Ben zaczął pogwizdywać, wtórując piosence płynącej z radia. Chyba nigdy w życiu nie czułam się tak szczęśliwa i pełna nadziei na przyszłość; chwilo, trwaj, jesteś piękna. Dobrze, że mieszkamy razem. Nasze kalendarze były wypełnione krótkimi samotnymi wyjazdami, poświęconymi na promowanie Biura Podróży Samotnych Serc – w zeszłym miesiącu zdążyłam być w Hiszpanii, Grecji i Maroku. Niestety, zwiedziłam tylko lotniska i pokoje hotelowe, które nie wywarły na mnie większego wrażenia. Kiedy ja zostawałam w biurze, wyjeżdżał Ben. Oboje musieliśmy podtrzymywać kontakt z lokalnymi przewodnikami i pozyskiwać nowych klientów.

Praca była ekscytująca, ale dawała nam niewiele czasu na życie prywatne; układaliśmy plany z wyprzedzeniem na całe tygodnie, a nawet miesiące. Nie mogę powiedzieć, żeby dręczyła mnie nostalgia, ale zdecydowanie brakowało mi własnego domu – i Bena. Miejsca, gdzie zasypialibyśmy razem i budzili się obok siebie, przynajmniej wtedy, gdy oboje bylibyśmy w kraju.

Nie zamierzałam mu przeszkadzać w zbożnym dziele skręcania stołu, więc postanowiłam rozpakować kolejne pudła zagracające przedpokój. Miały naklejkę „Ciuchy Bena”; wciągnęłam je do sypialni i otworzyłam drzwi wielkich ściennych szaf, niestety, w dużej mierze już zapełnionych.

Przytuliłam twarz do ubrań mojego chłopaka i poczułam znajomy zapach. Porządnie układałam bawełniane koszulki w szufladach po jego stronie szafy, a po głowie chodziły mi myśli związane raczej z rozbieraniem niż ubieraniem Bena. Zupełnym przypadkiem wymacałam mały twardy przedmiot, mało brakowało, a bym go przegapiła. Znajdował się wśród ubrań zimowych, między porządnie złożonymi swetrami. Serce mi zamarło, a świat wokół stanął.

Z kieszeni grubej wełnianej marynarki wystawało charakterystyczne aksamitne pudełeczko w wiśniowym kolorze.

ROZDZIAŁ DRUGI

Skrupuły, czyli wątpliwości natury moralnej

Przez kilka sekund gapiłam się na obramowane złotem pudełeczko, które trzymałam w drżących dłoniach, jakby to był ranny ptaszek lub bomba gotowa wybuchnąć przy najmniejszym ruchu. Byłam zbyt zdenerwowana, żeby się poruszyć, a nawet głośniej odetchnąć.

– Niech to szlag! – zaklął Ben w sąsiednim pokoju, nieświadomy, jakiego odkrycia właśnie dokonała jego dziewczyna.

Otwórz, otwórz, ponaglała mnie podświadomość. Nie! – protestował mózg, bo wszystko popsujesz.

Pogłaskałam wieczko i zmagałam się z podjęciem decyzji. A jeśli pierścionek będzie ohydny? A może to wcale nie jest pierścionek zaręczynowy, tylko para kolczyków? Do licha, jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

Ostrożnie podniosłam wieczko i znów mnie zatkało. Promień słoneczny padł prosto na diament, dumnie osadzony na prostej platynowej obrączce. Zamrugałam. Pierścionek był piękny jak marzenie. I z pewnością nadawał się na oświadczyny.

W mojej głowie zawirowały gorączkowe myśli, nieoczekiwane emocje i pytania bez odpowiedzi. Prawdopodobnie dlatego zrobiłam to, co zrobiłam. Miałam wrażenie, że obserwuję siebie z boku i rozum mnie opuścił. La, la, la, wcale cię nie słyszę, zagłuszyłam rozpaczliwe protesty mózgu. Zerknęłam na drzwi, były zamknięte, a zza nich dobiegał głos radia i mamrotanie Bena. Podniosłam jarzący się w słońcu diament i włożyłam pierścionek na palec.

Wszedł gładko, zupełnie jakbym była Kopciuszkiem przymierzającym szklany pantofelek. Był w sam raz dla mnie. Nie mogłam powstrzymać rozanielonego uśmiechu, gdy podziwiałam klejnot na swojej dłoni. Nie widziałam obgryzionych skórek i grubych palców – moja ręka wyglądała jak dłoń modelki.

Nie miałam czasu zastanawiać się, co to znalezisko oznacza dla naszego związku, czy jestem gotowa wyjść za Bena, a nawet czy chcę znów być narzeczoną po ostatnim bardzo niefortunnym zakończeniu podobnej historii. Liczyło się tylko to, że Ben najwyraźniej kupił pierścionek z myślą o mnie. Zaślepiona jego pięknem przestałam rozumować trzeźwo. Byłam gotowa położyć się na podłodze i syczeć jak Gollum: „Mój ssskarb”.

Nie wiem, ile czasu tak spędziłam, siedząc na podłodze, oparta plecami o łóżko, wpatrując się w pierścionek, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że zza drzwi nie słychać radia, a Ben przestał nucić.

– Kochanie, chyba powinnaś tu przyjść! – zawołał niespodziewanie.

– Już, już, momencik! – odkrzyknęłam, usiłując zdjąć pierścionek i schować go do pudełeczka, zanim Ben zajrzy do sypialni i przyłapie mnie na gorącym uczynku.

Może w pokoju było za ciepło, a może los mnie pokarał za zbytnią ciekawość, ale obrączka utknęła. Cholera! Szarpałam, ciągnęłam i nawet poplułam na mój głupi serdelkowaty palec. Nic nie pomogło.

– Pamiętasz, wydawało nam się, że stół jest trochę za duży? – zapytał Ben nerwowo tuż za drzwiami sypialni.

– Uhm? – odpowiedziałam machinalnie. Pociłam się i krzywiłam z bólu, ponawiając próby ściągnięcia pierścionka bez złamania palca. Klamka się poruszyła. Naparłam na drzwi całym ciałem, żeby zablokować Benowi wstęp do sypialni, i wciąż szarpałam czerwony i spuchnięty palec.

– Wszystko w porządku? Nie mogę wejść! – zawołał przez drzwi.

– Wszędzie stoją pudła. Zaraz przyjdę – zaskrzeczałam nienaturalnie piskliwym głosem.

Wahał się przez chwilę, a ja zamarłam. Głowa mi pulsowała jak nieszczęsny palec.

– Dobrze. Nastawić wodę na herbatę?

– Tak, koniecznie, bardzo cię proszę!

Usłyszałam jego kroki oddalające się po drewnianej podłodze w kierunku kuchni i westchnęłam z ulgą. Moja ręka przybrała dziwny żółtawy kolor, pojawiły się na niej czerwone plamy od gwałtownego wykręcania palca. Wreszcie szarpnęłam ostatni raz, z gardłowym stęknięciem, jakie wydają tenisistki przy morderczym smeczu. Pierścionek poleciał łukiem na drugą stronę pokoju. Oparłam głowę o drzwi i z trudem łapałam oddech. Otarłam pot z czoła z grymasem bólu. Szybko podniosłam pierścionek, schowałam go do pudełeczka i wetknęłam z powrotem do kieszeni marynarki.

Dosłownie kilka sekund później w drzwiach sypialni stanął Ben. Trzymał w ręku parujący kubek.

– Herbata dla ciebie. – Jego oczy na widok bałaganu zrobiły się wielkie jak spodki. – Wszystko w porządku, kochanie?

– No jasne, jest ekstra. Dziękuję. Idę podziwiać twoje dzieło. – Cmoknęłam go w policzek i wypchnęłam z zagraconej sypialni. Ukradkiem rozcierałam palec.

– Przygotuj się, że niezupełnie o to nam chodziło – chrząknął Ben. – Jest trochę większy… sama zobacz… – Słowa uwięzły mu w gardle.

W salonie stanęłam jak wryta, nagle zapomniałam o pierścionku i weselnych dzwonach.

– Trochę… większy? – wykrztusiłam.

Stół, który na ekspozycji w Ikei prezentował się lekko i elegancko, wypełnił cały nasz salon. Wyglądał idiotycznie. Nie byłam w stanie skoncentrować się na pełnych pokory wyjaśnieniach Bena. Bąkał coś o pomiarach, rozmiarach i wymiarach, a ja machinalnie pocierałam bolący palec i zastanawiałam się, czy mam to potraktować jako zły omen? Wróżbę na przyszłość? Nasz pierwszy wspólny zakup na resztę życia i tak nietrafiony? Podobnie jak pierścionek zaręczynowy. Skoro tak się zaczyna, jakie powinniśmy wyciągnąć wnioski?

ROZDZIAŁ TRZECI

Stoicyzm, czyli siła spokoju

Zwykliśmy mawiać, kiedy wszystko toczy się po naszej myśli, że gwiazdy nam sprzyjają, a we wszechświecie nareszcie zapanował kosmiczny ład. Problem w tym, że zaślepieni powodzeniem zapominamy, jak kapryśna jest fortuna i jak szybko może się zmienić. Wyobraźcie sobie linoskoczka balansującego na linie – jakże łatwo jest stracić równowagę; tak właśnie wyglądało moje życie. Może byłam zbyt pewna siebie, osiadłam na laurach, ale teraz intuicja podpowiadała mi, że wystarczy silniejszy powiew wiatru albo ptak, który zachwieje liną, sadowiąc na niej swoje pierzaste ciałko, albo nawet niebaczne słowo czy przedwcześnie ujawniony sekret, a cała idealnie zbalansowana konstrukcja runie z niebotycznej wysokości na ziemię. Skąd jednak miałam wiedzieć, że prawa fizyki – albo cokolwiek innego, co zapoczątkowało cały łańcuszek zdarzeń – strącą gwiazdy z firmamentu i wszystko w moim życiu zacznie iść naprawdę źle? Doprawdy, byłam bardzo naiwna.

*

Następnego dnia, najdalsza od jakichkolwiek katastroficznych myśli, popędziłam do najlepszej przyjaciółki, żeby się z nią podzielić wiadomościami o odkryciu pierścionka i monstrualnym stole w salonie. W natłoku zdarzeń – łącznie z idiotyczną kłótnią z Benem w sprawie przeklętego mebla, zakończoną moim wściekłym stwierdzeniem, że rozmiar, jak się okazuje, ma znaczenie – nie miałam czasu zastanowić się, co dla naszego związku oznacza odkrycie pierścionka zaręczynowego.

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nigdy, w czasie całej znajomości, nie snułam rojeń na temat ślubu z Benem. On w eleganckim lnianym garniturze, tak dobrze pasującym do piegowatego nosa, ja w oszałamiającej zwiewnej sukni, stoimy gdzieś na egzotycznej piaszczystej plaży i patrząc sobie czule w oczy, wypowiadamy słowa przysięgi małżeńskiej. Wyobrażałam też sobie, jakim będzie tatą: kochającym, ale sprawiedliwym, opiekuńczym, ale nienarzucającym na każdym kroku swojej woli.

Snucie marzeń było przyjemne – zwłaszcza że występowałam w nich jako szczuplejsza i bardziej seksowna wersja samej siebie – ale nie prowadziło do poważnych rozmów na temat dzieci i ślubu. Żartowaliśmy czasem na temat imion dla hipotetycznego potomstwa, a Ben nieodmiennie upierał się, że nazwie syna Roy – mam nadzieję, że tylko przez przekorę. Małżeństwo i dzieci nie były pomysłami z księżyca. W końcu z dużym powodzeniem prowadziliśmy rozwijające się biuro podróży dla samotnych, a wspólne mieszkanie okazało się przyjemne i bezkonfliktowe. Do tej pory jednak żadne z nas nie planowało szybkiego ślubu – a w każdym razie ja.

W pewnym sensie byłam zadowolona, że dokonałam owego odkrycia – dało mi to trochę czasu na zastanowienie się, czy naprawdę jesteśmy gotowi na kolejny wielki krok, jak zdaje się uważał Ben. I nie chodzi o to, że nie chciałam wyjść za mojego mądrego, dobrego, przystojnego i seksownego chłopaka. Po prostu już raz się sparzyłam. Miałam zostać żoną Alexa, wszystko było zaplanowane, zorganizowane i zapłacone, ale tuż przed ślubem oznajmił, że się zakochał w innej, ma z nią romans i najlepiej będzie wszystko odwołać. Bolesne słowa: „Nie mogę się z tobą ożenić” przyniosły fundamentalną zmianę w moim życiu.

Ruszyłam w świat z plecakiem, poznałam Bena, zakochałam się, zaczęłam prowadzić własny biznes i przekonałam się, że podróżowanie leczy złamane serce. Teraz uważałam, że zdrada Alexa to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Ciężko ją przeżyłam, bo w końcu która dziewczyna chce usłyszeć od ukochanego, że nie jest warta jego miłości i wierności? A jednak z czasem ból minął, a ja przekonałam się, że irytujące frazesy, którymi ludzie nas częstują w podobnej sytuacji, typu: „Czas leczy rany”, są, o dziwo, najprawdziwszą prawdą.

Byłam szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej, w dużej mierze dzięki Benowi i prowadzonej wspólnie agencji turystycznej. Może nieudany ślub z Alexem był tylko próbą generalną przed wielkim weselem moim i Bena?

– Weź ode mnie wózek na minutkę – poprosiła Marie, przerywając mi sny na jawie. – Złapał mnie kurcz. Kolejna przypadłość kobiet w błogosławionym stanie – marudziła.

Wlokłyśmy się alejkami parku, nawet kaczki dreptały szybciej niż my. Marie mówiła w kółko o zbliżającym się porodzie. „Oby jak najszybciej”, jęczała. Zapomniałam, że miałam ją w tym wspierać, ale przypomniała mi rano telefonem. Termin miała za parę tygodni i zamierzała urodzić dokładnie o czasie. Tak samo się zachowywała, gdy miał się urodzić Cole, jej pierworodny. Niech się wali, niech się pali, wyznaczony termin porodu był dla niej święty.

– Czuję się inaczej niż przy Cole’u. Muszę się ruszać, żeby nie przenosić – oznajmiła, gdy lawirowałam wózkiem między leżącymi na ziemi gałązkami i psimi kupami. Miała obłęd w oku. Znałam ten wyraz twarzy. Z podobną miną przed laty wygrała w barze T-shirt dla klienta, który szybciej wychyli kolejkę mocnych drinków. Nikt nie miał szans z osiemnastolatką ogarniętą żądzą wygranej.

– Nie jestem ekspertem, ale czy to nie dziecko decyduje, kiedy jest gotowe się urodzić?

– Georgio Green – oznajmiła Marie, wbijając we mnie morderczy wzrok. Miała nieznośną huśtawkę nastrojów. – Może sutki mi pociemniały, nabawiłam się hemoroidów i popuszczam, gdy się śmieję, kicham lub kaszlę, ale pewne rzeczy potrafię jeszcze kontrolować. – Przypominała zirytowanego bałwanka z reklamy Michelina, gdy tak wypinała sterczący brzuch pod licznymi warstwami odzieży.

– Nawet nie sprawdziłaś, co się urodzi.

– Dziecko, Georgio. Zwykle rodzi się dziecko. – Przekornie pokazała mi język. – Nikt cię nie uświadomił?

– Cha, cha. Naprawdę cię nie ciekawi: chłopczyk czy dziewczynka? Na twoim miejscu chciałabym wiedzieć, czy rośnie we mnie maleńki fiutek.

– Fiutków małych i całkiem dużych zaliczyłam już dosyć – zachichotała i zarumieniła się na wspomnienie wyczynów wyzwolonej singielki, jaką jeszcze niedawno była. – A poważnie mówiąc, nie chcę sobie popsuć niespodzianki. Tym bardziej magiczne będzie przyjście na świat maluszka. – Powiedziała to rozmarzonym tonem, naśladując Zezowatą Lorraine. Była to kobieta tyleż macierzyńska, co nawiedzona, prowadziła szkołę rodzenia i straszliwie grała Marie na nerwach, gdy strofowała ją, że źle wychowuje Cole’a i obecnie robi się to inaczej. W świecie Lorraine wszystko było „magiczne”.

Marie nie uznawała podobnych bzdur, była praktyczna do szpiku kości, a teraz zamierzała urodzić dokładnie w wyznaczonym terminie. Byłoby to niewielkie zwycięstwo, ale postanowiła w ten sposób udowodnić Lorraine, że jest wzorową matką.

– Skoro nie wiesz, chłopczyk czy dziewczynka, jak robisz zakupy dla dziecka? Czy nie obowiązuje niepisana zasada, że dla dziewczynki wszystko jest różowe, a dla chłopca niebieskie?

– Obecnie ubranka dla niemowląt są w neutralnych kolorach. – Marie przewróciła oczami i westchnęła z pożałowaniem nad moją ignorancją. – On lub ona będzie miało ciuszki w barwach ciepłej żółci, łagodnej zieleni i kremowej bieli. Jestem przekonana, że wystarczy rzut oka na buźkę, a każdy odgadnie, jakiej płci jest dziecko.

– A ja ubierałabym malucha w miniaturowe kostiumy halloweenowe – zapewniłam. – To jedyny strój neutralny płciowo.

– Bogu dzięki, że nie jesteś w ciąży – roześmiała się Marie. – Nie jestem pewna, czy twoje dziecko byłoby ci wdzięczne, gdyby w albumach rodzinnych natykało się na niemowlaka przebranego za dynię, wampirka lub coś w tym rodzaju.

– Na pewno wyglądałoby słodko! Och, Marie, nie mogę uwierzyć, że już wkrótce Cole będzie miał w wózku towarzystwo. – Coś mnie załaskotało w piersi.

Nadchodzą wielkie zmiany. Moja przyjaciółka wkrótce będzie miała dwoje dzieci. Kiedy była w ciąży z Cole’em, wciąż sobie wyobrażałyśmy, jaki będzie i w jaki sposób zmieni się Marie, gdy maleństwo przyjdzie na świat. Wtedy jakaś egoistyczna cząstka mnie denerwowała się, że jej świat wypełni macierzyństwo, że zabraknie w nim miejsca dla mnie. Czy najlepsza przyjaciółka może rywalizować z dzieckiem?

Mówią, że miłość macierzyńska nie ma sobie równych. Nie mając dzieci, mogłam patrzeć na to wyłącznie z racjonalnego punktu widzenia. Teraz już nie martwiłam się, że nie wpasuję się do jej nowego, zmienionego światka, bardziej mnie niepokoiły zmiany, które zachodziły w moim życiu.

– Trzeba będzie opracować plan kolejnej operacji Obcisłe Dżinsy – zapowiedziała Marie.

Zmarszczyłam się.

– Nie rób takiej miny! Nie zamierzam zostać gwiazdą filmową zaraz po porodzie. Chcę tylko odzyskać swoje ciało. A jeśli mam wykonać plan pięcioletni, najwyższa pora wziąć się za siebie.

– Powinnaś jeszcze uprzedzić o tym Mike’a – przekomarzałam się. – Jakie to dziwne, że kilka lat temu byłyśmy dokładnie w takiej samej sytuacji, choć pod różnymi względami zupełnie innej. Ty się rozmnażałaś… a ja się zaręczałam…

Dopiero po chwili załapała, o co mi chodzi.

– O mój Boże! Nie wierzę! Wychodzisz za mąż? – Piski Marie spłoszyły samotnego spacerowicza z psem. A mnie na samą myśl o ślubie rozbolał palec.

– Ciszej! Obudzisz Cole’a. – Mały spał w spacerówce owinięty w kocyki. Spod ciepłego okrycia wystawał tylko różowy nosek i usteczka pulchnego amorka.

– Musisz mi wszystko opowiedzieć – zażądała i chwyciła mnie za rękę. – Czekaj, a gdzie pierścionek?

– Jeszcze nie jestem zaręczona. Dopiero będę…

– Co takiego? – Patrzyła na mnie, jakbym plotła coś bez sensu.

Opowiedziałam więc dokładnie o wyprawie do Ikei, rozpakowywaniu zalegających w korytarzu pudeł, znalezieniu pierścionka i wszystkich tarapatach związanych z próbą zdjęcia go, zanim Ben mnie przyłapie.

– Jaki był?

– Cudny. – Rozmarzyłam się.

– Lepszy niż poprzednio?

– Tak – westchnęłam.

– Jesteś na to gotowa? – zapytała mnie ostrożnie, ważąc każde słowo. – Po tym, co się stało? – Pytanie zawisło w powietrzu.

– Tak. To znaczy, tak mi się wydaje. – Marie zmierzyła mnie spojrzeniem, ale nie spuściłam wzroku. – Kocham Bena. Nasz związek jest zupełnie inny niż tamten z Alexem. Chyba dorosłam i wreszcie mam pewność, co jest ważne w relacji dwojga ludzi. Do tego lepiej rozumiem samą siebie: wiem, kim jestem. Stałam się inną osobą. W odróżnieniu od dawnej Georgii wiem, czego chcę w życiu. Przynajmniej tak mi się wydaje. To prawda, że rozwój wypadków trochę mnie zaskoczył…

– Poczekaj. Wydaje ci się? To bardzo ważne. W tych sprawach trzeba mieć pewność. – Zatrzymała się. – Drążę temat, bo byłam przy tobie, gdy poprzednim razem wszystko ci się zawaliło. Nie chcę, żebyś przeżyła drugi raz coś podobnego. – Wzdrygnęła się.

– To mi nie grozi – oznajmiłam. – Ben mnie kocha i najwyraźniej jest nas pewien, inaczej nie kupowałby pierścionka…

– Po prostu martwię się o ciebie.

Spojrzałam na jej okrągły brzuszek.

– Cóż, troszczymy się o siebie nawzajem.

– Ben jest cudownym facetem i bardzo się cieszę, że jesteście razem, ale nie chciałabyś się trochę nacieszyć tym, że jest wam fajnie, bez tego całego wariactwa z wyprawianiem wesela? – Zauważyła moją minę, bo szybko dodała: – Cieszę się razem z tobą i całym sercem będę ci kibicowała, gdy już staniecie przed ołtarzem. Nie chciałabym tylko, żebyś podejmowała najważniejszą decyzję przynaglana przez okoliczności, bo zobaczyłaś śliczny lśniący pierścionek.

– Ben ma świetny gust, gdy chodzi o biżuterię – powiedziałam. – No dobrze, żartuję, pierścionek jest tu najmniej istotny. Rozumiem, o co ci chodzi. Dla mnie to także szok. Oczywiście, chciałabym kiedyś zostać jego żoną. Nie zdawałam sobie sprawy, że dla niego kiedyś oznacza dziś.

– Powinnaś wziąć pod uwagę, jaki wpływ wasza decyzja może mieć na Samotne Serca, co powiedzą wasi pracownicy, gdy zostaniecie małżeństwem. I czy ewentualne rodzinne sprzeczki nie przeniosą się na sprawy biznesowe…

Wiele razy zwierzałam się Marie, że choć w interesach stworzyliśmy zgrany duet, to chwilami przeszkadzało mi, że praca dominuje nad życiem prywatnym i nie mamy z Benem czasu po prostu ze sobą pobyć. W dodatku on był skryty, zwłaszcza gdy w grę wchodziła jego rodzina. Do tej pory nie poznałam nikogo ze Stevensów, a przecież przed naszym wielkim dniem powinno się to zmienić.

Chuchnęłam na zmarznięte palce. Oddech od razu zamienił się w kłąb pary.

– Masz rację, trzeba takie sprawy brać pod uwagę. Oboje staramy się nie mówić w kółko o pracy, ale kiepsko nam to wychodzi, zwłaszcza teraz, gdy Benowi zależy na założeniu filii w Londynie.

– Nie lubisz londyńczyków?

– Nic podobnego! – Zaśmiałam się. – Nie mam nic przeciw miastu i jego mieszkańcom, tylko nie jestem przekonana, że jesteśmy gotowi na otwarcie drugiego biura. Oczywiście, kuszą mnie pieniądze i nowe możliwości, ale nie wiem, czy zyski przeważyłyby stres i ryzyko, zwłaszcza że nasze biuro w Manchesterze rozwija się i nieźle zarabia. Ben jest marzycielem, wierzy w sukces, a ja twardo chodzę po ziemi i wolę najpierw rozważyć wszelkie za i przeciw. To chyba jedyna sprawa, w której mamy różne zdania.

– Więcej nie znaczy lepiej – przytaknęła i natychmiast się skorygowała. – To absolutnie nie dotyczy ciąży!

– Właśnie. – Uśmiechnęłam się na myśl o monstrualnym stole, który zawładnął naszym salonem. – Decyzja w sprawie Londynu to jedyna, choć diabelnie ważna sprawa, w której nie mówimy jednym głosem.

– Może się nie znam, ale wygląda mi na to, że jeszcze nie jesteś gotowa poślubić Bena, skoro nie możecie ustalić, jak dalej rozwijać biznes. – Marie spojrzała na mnie znacząco i otuliła się szczelniej płaszczem. – Wydaje mi się, że potrzebujesz planu. Przecież uwielbiasz je robić!

– Mam wymyślić plan, jak skłonić mojego chłopaka do zwierzeń i przekonać go, że ekspansja na Londyn nie jest dobrym pomysłem, przynajmniej na razie?

– A może powinnaś zrobić sobie urlop? – zasugerowała Marie. – Wyjechać gdzieś, pomyśleć spokojnie, zanim zaczniesz podejmować ważne decyzje? Zmień otoczenie z Manchesteru na coś przyjemniejszego, będzie ci łatwiej rozmawiać o wspólnej przyszłości i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcesz się związać z Benem na zawsze i mieć z nim całe stadko rozkosznych dzieciaków.

– Rodzenie dzieci na razie zostawiam tobie – odburknęłam. – A krótkie wakacje na zalanej słońcem plaży brzmią bajecznie. – Wskazałam brodą na ponury, nieprzyjazny plac zabaw przed nami.

Zimny wiatr kołysał obdrapanymi i opuszczonymi huśtawkami. Na szczęście Cole spał słodko i mogłyśmy ominąć ten przygnębiający zakątek szerokim łukiem. Czy jest coś smutniejszego niż plac zabaw, na którym nie ma żywego ducha? W przyćmionej szarości dnia wyglądał na jeszcze bardziej opuszczony i posępny, zwłaszcza że tuż za nim było jeziorko, a na mętnej wodzie unosiły się puste opakowania po chipsach i puszki po piwie.

– Tere-fere kuku. Może nie chcesz o tym pamiętać, ale zegar biologiczny tyka.

– Jakbym słyszała moich rodziców. – Parsknęłam śmiechem i wzięłam ją pod rękę. – A wracając do ciebie, kiedy nadejdzie pora na twój wielki dzień?

– Pytasz o ślub? – Spojrzała na mnie zdziwiona.

– Nie! – Popukałam się w czoło. Czemu wszyscy w kółko gadają o ślubach? – Nie ma ślubu bez zaręczyn.

– Ach, o to chodzi? Drobiazg. Jestem pewna, że Mike w końcu mi się oświadczy. Były chyba takie badania, które dowiodły, że najwięcej par zaręcza się tuż po urodzeniu dziecka, nie przed. Wtedy faceci są wdzięczni swoim kobietom i pełni podziwu, że były w stanie wypchnąć z siebie na świat gotowego bobasa.

– Jestem pewna, że do końca roku włoży ci pierścionek na palec. A jeśli chodzi o poród, nie umierasz ze strachu, że znowu czeka cię droga przez mękę? – Pogłaskałam Marie po ramieniu, bo wyraźnie zesztywniała. Miała koszmarne przeżycia, gdy rodziła Cole’a. Były komplikacje, o mało nie umarła i ona, i dziecko. Długo nie byłyśmy w stanie o tym rozmawiać, a jeszcze teraz na samą myśl czułam ciarki na plecach.

Nigdy nie widziałam mojej przyjaciółki w gorszym stanie niż w połogu, kiedy jej nowo narodzony synek walczył o życie w inkubatorze. Szybko doszła do siebie, co lekarze nazywali cudem, ale obwiniała się o tragiczny stan, w jakim było dziecko. Całymi godzinami wpatrywała się w maleńkie ciałko podłączone do różnych tub i przewodów i powtarzała, że to jej wina, bo w czasie ciąży niewystarczająco dbała o siebie. Dopiero w czternastym tygodniu przekonała się, że jest w odmiennym stanie, a wcześniej parę razy ostro zabalowała.

Oczywiście, przebieg porodu nie miał z tym nic wspólnego, a Marie niepotrzebnie się dręczyła wyrzutami sumienia. Lekarze powtarzali jej nieustannie, że takie rzeczy się zdarzają i trudno je przewidzieć. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy Cole nabrał sił, opuścił sterylny inkubator i można było zabrać go do domu. To dlatego podczas drugiej ciąży Marie obsesyjnie przestrzegała wszystkich zaleceń lekarza. Nawet Mike kilka razy stracił cierpliwość i kazał jej się wyluzować, ale ona uparcie robiła swoje, przekonana, że za drugim razem musi poprawić wcześniejsze błędy.

Sama nie wiem, czy to była kwestia mdłego światła, czy Marie pobladła.

– Ech, nie. – Odgarnęła rudy kosmyk z twarzy.

– Marie? To normalne, że się boisz – powiedziałam cicho.

Przestała przestępować z nogi na nogę i odwróciła się do mnie. W oczach miała łzy, koniuszek nosa był czerwony z zimna.

– Sikam po nogach ze strachu, Georgio – przyznała. – A nie mogę sobie na to pozwolić. Wiem, ile ode mnie zależy i tym bardziej się denerwuję. Dokładnie wiem, czego się spodziewać, i nie jest to spacerek w parku, daruj kiepski dowcip. – Roześmiała się histerycznie, nieswoim głosem.

Zupełnie niespodziewanie moja nieustraszona, pyskata, rudowłosa przyjaciółka zamieniła się w tamtą chudą nastolatkę, która tak bardzo chciała być wzorową studentką, którą znałam od najmłodszych lat i kochałam. Objęłam ją mocno i przytuliłam, choć była okutana w niezliczone warstwy odzieży, a między nami tkwił jej pękaty brzuszek.

– Masz prawo się bać, ale wszystko będzie dobrze. Jestem pewna.

– Dziękuję. Obyś miała rację. – Pociągnęła nosem i otarła twarz rękawem płaszcza. – Wszyscy powtarzają, że warto pocierpieć, bo dziecko jest największą nagrodą. Dobrze wiem, że to prawda. Szkoda tylko, że to tak cholernie boli! Właśnie to mam na myśli, gdy mówię, że chcę odzyskać swoje ciało. Podczas porodu stracę nad nim kontrolę, zupełnie przestanie mnie słuchać i mam tylko nadzieję, że zadziała matka natura.

– Spiszesz się fantastycznie – zapewniłam ją. – Mike padnie na kolana i z wrażenia oświadczy ci się na porodówce.

– Mam zamiar zwalić na niego wszystkie prace domowe przez parę miesięcy – uśmiechnęła się chytrze Marie.

– I tak nie wiem, jak sobie poradzisz z dwójką maluchów! Ja z trudem zajmuję się sobą. – To był żart tylko w połowie. – Nie śmiej się. Mówię serio! Co jakiś czas wyskakuje mi pryszcz, szukam wskazówek w Google, jak sobie poradzić z banalnymi problemami, i nie wiem, czym, u licha, jest komosa ryżowa i jak się ją przyrządza. Tymczasem ty już jesteś na etapie zaradnej mamuśki. Niedługo zostaniesz damą z towarzystwa udzielającą się w organizacjach charytatywnych, ze złotą kartą kredytową w portfelu i samochodem marki Saab.

– Raczej mi to nie grozi – zachichotała Marie i poklepała mnie po ramieniu. – Masz cudowne życie. Zazdroszczę ci, że możesz w każdej chwili wyskoczyć na nieplanowany urlop albo wyjść wieczorem do baru z przyjaciółmi bez robienia precyzyjnych strategicznych planów. Ale nie zwlekaj, dołącz do klubu mamusiek. Zezowata Lorraine ma rację. Narodziny dziecka są po prostu magiczne!

Teraz obydwie parsknęłyśmy śmiechem i szybkim krokiem ruszyłyśmy do domu na gorącą herbatę i ciasteczka w czekoladzie. Kiedy tak szłyśmy błotnistą alejką do wyjścia, niespodziewanie naszły mnie wątpliwości. Uwielbiam moją przyjaciółkę, ale trzeba przyznać, że ma zwyczaj mówić prawdę prosto z mostu; czasem aż trudno ją przełknąć. Może Marie ma rację i nie powinnam myśleć o małżeństwie z Benem, dopóki jest między nami tyle znaków zapytania?

Rozmowa o dzieciach sprawiła, że poczułam się nieswojo – nieomylny znak, że nie jestem gotowa na macierzyństwo, chociaż małżeństwa nie wykluczałam. Z drugiej strony, dopiero zamieszkałam z Benem, wciąż byliśmy na etapie poznawania się nawzajem. Może powinnam uciszyć weselne dzwony w głowie i podejść do życia racjonalnie – zastanowić się, co by się zmieniło po zaręczynach. A skoro teraz jest dobrze, właściwie po co to zmieniać?

Tytuł oryginału: Destination: Chile

Pierwsze wydanie: Carina, an imprint of HarperCollins Publishers, 2016

Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Redaktor prowadzący: Małgorzata Pogoda

Opracowanie redakcyjne: Jolanta Nowak

Korekta: Jolanta Rososińska

© 2016 by Katy Colins

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: Gettyimages.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-2842-8

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile Biuro Podróży Samotnych Serc Kierunek: Indie Biuro Podróży Samotnych Serc Kierunek: Tajlandia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka