Niedobrani sojusznicy. Ambasadorzy Roosevelta w ZSRR

Niedobrani sojusznicy. Ambasadorzy Roosevelta w ZSRR

Autorzy: Bogdan Grzeloński

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 396

Cena książki papierowej: 49.00 zł

cena od: 27.30 zł

Kulisy nierównej dyplomatycznej gry!

 

Po wznowieniu oficjalnych stosunków między USA a ZSRR w 1933 roku i w czasie całej prezydentury Franklina D. Roosevelta, wyjątkowo ważną i trudną funkcję pełniło 5 pierwszych ambasadorów Stanów Zjednoczonych w Związku Radzieckim. William Bullitt, Joseph Davies, Laurence A. Steinhardt, William H. Standley i William Harriman różnie wywiązywali się z tej trudnej dyplomatycznej misji. Sytuacja skomplikowała się w momencie wybuchu II wojny światowej, a zwłaszcza po 22 czerwca 1941 roku, kiedy to Niemcy zaatakowały ZSRR, a kilka miesięcy później Józef Stalin stał się oficjalnym sojusznikiem aliantów w wojnie z hitlerowskimi Niemcami. Jednak wbrew rozsądnym i rzetelnym raportom swoich ambasadorów o prawdziwych intencjach i charakterze władz Kraju Rad, prezydent USA nie przestawał zabiegać o względy Stalina, ignorując przejawy coraz wyraźniejszej ekspansjonistycznej polityki ZSRR w Europie Środkowo-Wschodniej.

 

 

 

Autor, wykorzystując mało znane amerykańskie i rosyjskie materiały źródłowe omawia stosunki między USA a ZSRR w latach 1933–1945, na pierwszym planie stawiając działalność ambasadorów amerykańskich w ZSRR. Prezentuje ich relacje z ludźmi radzieckiej władzy, opinie o ZSRR i bieżących wydarzeniach politycznych. Treść wzbogaca ciekawymi anegdotami z życia radzieckich i amerykańskich polityków. Z interesującej perspektywy ujawnia kulisy polityki międzynarodowej, m.in. rozmowy o sprawie polskiej, konferencje „wielkiej trójki” w Teheranie i Jałcie oraz realizację pomocy ZSRR w ramach lend-lease act.

 

 

 

Stając się formalnie od grudnia 1941 roku sojusznikiem Stalina, Roosevelt skrupulatnie wypełniał podejmowane wobec niego zobowiązania. Choć nie miał złudzeń co do istoty stalinowskiej dyktatury, nie zmienił zdania, uważając, że jest ona mniej groźna niż hitlerowska, bo nie zakładała podboju świata z użyciem militarnej siły. Roosevelta nie nurtował dylemat, jaką cenę płaci za sojusz z Kremlem.

 

 

 

Roosevelt nie reagował, kiedy Stalin obciążył Niemców zbrodnią katyńską albo dyskredytował polski rząd na emigracji, zrywając z nim stosunki dyplomatyczne i oskarżając o współpracę z faszystami, lub kiedy odmówił Waszyngtonowi udostępniania lotnisk na Ukrainie w czasie powstania warszawskiego.

Projekt okładki i stron tytułowych

Przemysław Spiechowski

Ilustracja na okładce

Biblioteka Kongresu

Wydawca

Michał Zgutka

Redaktor

Agata Wojtko

Korekta

Piotr Chojnacki

Grażyna Mastalerz

Recenzent

dr hab. Jakub Tyszkiewicz, prof. UWr.

Produkcja

Anna Bączkowska

Publikacja dofinansowana przez Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej w Warszawie

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN Ewa Szałańska / 88em.eu

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN SA

Warszawa 2017

Copyright © for the text by Bogdan Grzeloński, 2017

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2013 r., (wyd. I)

Warszawa 2017

ISBN 978-83-01-19427-7

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 228

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl, www.pwn.pl

Spis treści

Podziękowania

Prolog

I. Ostrożne kroki. Uznanie Związku Sowieckiego w 1933 r.

Wizyta Litwinowa w Stanach Zjednoczonych

II. Pierwszy ambasador – William Christian Bullitt

Pierwsze rozmowy

Personel ambasady

Legendarny Spaso House

Niespodziewane trudności

Dyplomacja towarzyska

Podróże Bullitta

Codzienność służby dyplomatycznej

W Warszawie

Bez cienia dobrej woli

Czas wracać

III. Niezawodny przyjaciel – Joseph Edward Davies

Zdobywanie zaufania

Wobec stalinowskiego terroru

Pracowite miesiące

Kolejne czystki oczami Hendersona

Likwidacja Wydziału Wschodniego. Inwigilacja ambasady

Z dobrym samopoczuciem

Kreml z perspektywy sąsiadów

Moskwa triumfująca

A jednak spiskowali

Litwinow ma powody do zmartwień

„My lubimy oboje państwa”

IV. Bez ambasadora – Charles E. Bohlen

Chargé d’affaires Alexander C. Kirk

Wobec zbliżenia między Berlinem a Moskwą

Tajny informator Bohlena

Koniec wersalskiej Europy

V. Laurence A. Steinhardt

Stalin zostaje partnerem Hitlera

Powiększanie imperium

Wet za wet i moskiewska codzienność

Napaść na Finlandię

Daleko do zbliżenia

Na urlopie

Nowe złudzenia

Skromny bilans

Kreml głuchy na ostrzeżenia

W obliczu wojny

Cenią siłę

Z poczuciem klęski

VI. Admirał – William H. Standley

Droga do ambasady w Moskwie

Do Kujbyszewa

Za plecami Standleya. Tajna korespondencja

Jak żyje sowiecka prowincja?

Specjalni emisariusze: Harriman i Willkie

Między Moskwą a Waszyngtonem

Drugorzędna rola placówki

Stanowcza reakcja

Kontakty z Romerem

Davies znowu w Moskwie

Rezygnacja

VII. Alter ego Roosevelta – William Averell Harriman

W kręgu Roosevelta

Harriman podejmuje wyzwanie

Rozmowy Hulla w Moskwie

Wizyta w Kairze

Konferencja w Teheranie

Po powrocie do Moskwy

Kwestia rekonstrukcji polskiego rządu. Kłopoty z Lend-Lease

Rozmowy w Waszyngtonie

Przyszłość Polski

Rozmowy Churchilla w Moskwie

Przygotowania do Jałty

Konferencja w Jałcie

Na Kremlu bez zmian

Ostatnia depesza do Stalina

Za długo poza krajem

Epilog

Bibliografia

Archiwalia

Dokumenty drukowane

Prasa. Informatory

Dzienniki, korespondencja, pamiętniki

Monografie, opracowania, syntezy

Artykuły

Przypisy

Źródła ilustracji

Podziękowania

Pisząc tę książkę, zaciągnąłem dług wdzięczności u wielu osób. Kilkorgu spośród nich chciałbym wyrazić specjalne podziękowania. Profesorowi Johnowi S. Micgielowi z Columbia University w Nowym Jorku za wieloraką pomoc i prowadzone od 30 lat w różnych miejscach i okolicznościach dyskusje o polityce zagranicznej Roosevelta i jego następców. Robertowi Oberowi jun., trzykrotnie pełniącemu obowiązki eksperta do spraw politycznych w ambasadzie w Moskwie, za to, że dzielił się ze mną wnikliwymi przemyśleniami o naturze sowieckiej dyplomacji i umożliwił mi prowadzenie badań w Waszyngtonie. Doktor Patrycji Grzelońskiej z Yeshiva University na Manhattanie za wspieranie w docieraniu do źródeł i rzadkich publikacji dotyczących dyplomacji USA. Doktorowi Laurence’owi Weinbaumowi, dyrektorowi Jewish Congress Research Institute i Israel Council on Foreign Relations, interesującemu się rolą czynnika narodowościowego w polityce zagranicznej, za rozmowy o dyktatorach oraz przywódcach państw demokratycznych. Andrzejowi Gawerskiemu, pierwszemu czytelnikowi maszynopisu, za wiele pożytecznych uwag do poszczególnych fragmentów.

Szczególnie wdzięczny jestem Profesorowi Jakubowi Tyszkiewiczowi z Uniwersytetu Wrocławskiego za trud zrecenzowania tej książki, za merytoryczne komentarze i wnikliwe sugestie. Pani Profesor Teresie Gardockiej ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej za wsparcie w staraniach o ukazanie się tej pracy.

Urszuli i Annie za cierpliwe oczekiwanie na dzień, kiedy pożegnałem swoich ambasadorów i opuściłem dziedziniec Kremla.

B.G.

Manhattan, Warszawa

grudzień 2011

Prolog

W sobotę, 4 marca 1933 r., wczesnym popołudniem, w zimny, ponury dzień, w obecności stu tysięcy ludzi z różnych stron kraju zgromadzonych przed Kapitolem w Waszyngtonie Franklin D. Roosevelt został zaprzysiężony przez prezesa Sądu Najwyższego Charlesa Evansa Hughesa jako 32. prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki. Od tego dnia miał wyciągać swój kraj z najdłuższego i najgłębszego kryzysu gospodarczego. Walcząc bowiem o prezydenturę, zapewniał społeczeństwo, że opanuje sytuację, zlikwiduje trzynastomilionowe bezrobocie, wspomoże zadłużonych farmerów, przywróci wiarygodność banków, zreformuje system finansowy. Tym samym problemy polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych odsunął na plan dalszy, choć jedną sprawę z tego obszaru postanowił dość szybko załatwić – ułożyć stosunki dyplomatyczne ze Związkiem Sowieckim. Od 16 lat Waszyngton nie uznawał bowiem władzy bolszewickiej, co było skutkiem wydarzeń, do jakich doszło w Rosji w końcu października 1917 r.

***

Kiedy w zimną piątkową noc 28 kwietnia 1916 r. David R. Francis opuścił przedział luksusowego Stockholm Express i wyszedł na peron Dworca Fińskiego w Piotrogrodzie, nie miał powodu, aby myśleć o tym, że przyjdzie mu obserwować trzy różne Rosje: Romanowów, Rządu Tymczasowego i Lenina[1].

Francis przybył do stolicy imperium rosyjskiego jako ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki. Liczył 65 lat i nie był zawodowym dyplomatą. Pochodził z Kentucky, ale swoje życie związał z St. Louis i stanem Missouri. Jego kariera zawodowa związana była z gospodarką i polityką. Na jednym i drugim polu odniósł sukcesy. Założył świetnie prosperującą firmę maklerską, a następnie był burmistrzem St. Louis (1885–1889), gubernatorem Missouri (1889–1893), sekretarzem spraw wewnętrznych w gabinecie prezydenta Grovera Clevelanda (1896–1897) i prezydentem wielkich targów w St. Louis (Louisiana Purchase Exposition) w 1904 r. Jadąc do Rosji, niewiele wiedział o tym kraju, nigdy go nie odwiedzał ani też nie znał języka. Uważał jednak, że podoła postawionemu mu przez prezydenta Woodrowa Wilsona zadaniu. Miał poprawić stosunki z Rosją, głównie gospodarcze, a konkretnie wynegocjować nowy traktat handlowy. Myślał także o nabyciu parceli pod rezydencję ambasadora w Piotrogrodzie oraz na prośbę Czerwonego Krzyża podjął się sprawdzenia sytuacji jeńców niemieckich i austro-węgierskich, jako że Stany nie uczestniczyły jeszcze w toczącej się wielkiej wojnie, stały na uboczu. Ale szybko się przekonał, że nie osiągnie tych celów, natomiast rozwój sytuacji politycznej w Rosji postawił przed nim niełatwe wyzwanie – diagnozowanie na gorąco dwóch różnych w naturze rewolucji i dostarczanie materiałów opisowych oraz ocen mogących służyć Waszyngtonowi do formułowania polityki wobec przyszłych zwycięzców.

Listy uwierzytelniające Francis złożył w piątek 5 maja 1916 r., z zachowaniem pełnego ceremoniału protokołu dyplomatycznego w pałacu imperatora w Carskim Siole. Był pod wrażeniem etykiety dworu oraz uroku Mikołaja II i jego małżonki. Car podczas rozmowy z nim wyraził zainteresowanie stanem stosunków amerykańsko-rosyjskich i z dyskretnym zadowoleniem wysłuchał, że polityczne sympatie Francisa lokują się po stronie państw alianckich, Francji i Anglii, wreszcie pozwolił przedstawić sobie merytoryczny zespół ambasady. Caryca ujęła Francisa „nadzwyczajną łaskawością” i wydawała mu się silniejszą osobowością niż małżonek. Krytycznie, już po pierwszych spotkaniach, Francis oceniał natomiast premiera Borysa Stürmera, ministra spraw zagranicznych Sergiusza Sazonowa i innych polityków. Podzielał słyszany jeszcze w Waszyngtonie pogląd o silnych wpływach niemieckich Rosjan na życie polityczne i gospodarcze państwa i zauważył rosnące napięcie między caratem a inteligencją. Po pierwszych rozmowach z kołami rządowymi sądził, że poprawę stosunków Piotrogrodu z Waszyngtonem będzie można osiągnąć poprzez żywszą wymianę handlową.

Po uroczystości składania życzeń Mikołajowi II przez korpus dyplomatyczny z okazji Nowego Roku 1917 Francis odniósł wrażenie, że imperator nie przeczuwał nadciągającej katastrofy politycznej, gwałtownie przybierającego na sile kryzysu politycznego ani tego, że ambasadorzy i posłowie spotkali się z nim po raz ostatni. Francis narastającą rewolucję mógł obserwować i słyszeć z okien swojej ambasady, na co pozwalała jej lokalizacja niedaleko od pałacu Taurydzkiego, w którym mieściła się Duma, i od Instytutu Smolnego, gdzie ulokowali się bolszewicy. Kiedy więc w niedzielę 7 marca[2] Mikołaj II wyjechał na front, już następnego dnia doszło w mieście do rozruchów. Ulicami przeszedł pochód z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet wołający „Chcemy chleba”, a nazajutrz, 9 marca, na ulice wyszło około 200 000 robotników wznoszących okrzyki „Żądamy chleba”, jednak słyszano też hasła polityczne: „Precz z wojną”, „Precz z Romanowami”, rzucane głównie przez bolszewików i studentów. Francis ochraniał ambasadę przed demonstrantami wywieszaniem flag amerykańskich, a wychodząc z placówki, obserwował, jak dzień po dniu miasto stawało się niebezpieczne, wręcz groźne. Na ulicach coraz więcej było zbuntowanych żołnierzy, pijanych, agresywnych, ponieważ dowódcy stacjonujących w stolicy pułków nie dawali sobie rady z utrzymaniem dyscypliny, nierzadko zresztą byli przepędzani przez żołnierzy, którzy sami wybierali nowych przełożonych, swoich ulubieńców. Aż wreszcie, o czym depeszował 15 marca do Waszyngtonu, wiadomość o abdykacji Mikołaja, do której doszło trzy dni wcześniej przed północą w wagonie carskiego pociągu stojącego na stacji w Pskowie, została potwierdzona. „Te sześć dni, między ostatnią niedzielą a teraz, były świadkami najbardziej zdumiewającej rewolucji. Dwustumilionowy naród, który żył pod absolutną władzą przez ponad tysiąc lat i który obecnie wciągnięty jest w największą wojnę, do jakiej kiedykolwiek doszło, zmusił cara i jego następców do abdykacji”[3]. Zwracał uwagę, że „(…) trzeba gratulować Rosji przejścia przez tak ważne zmiany w rządzeniu przy tak małym rozlewie krwi i bez namacalnego zakłócenia działań wojennych, które właśnie się toczą z połączonymi przeciwnikami”[4]. Doliczono się 169 zabitych i około 1200 rannych. Abdykacja cara pozwoliła Dumie na przemianowanie Tymczasowego Komitetu Dumy na Rząd Tymczasowy, którego premierem i ministrem spraw wewnętrznych został książę Gieorgij Lwow, działacz obywatelski, przewodniczący Związku Ziemstw i Miast. Ten krok Francis przyjął z entuzjazmem, gdyż Lwow był bliskim kuzynem teściowej konsula generalnego USA w Moskwie Maddena Summersa. Za najwybitniejszych członków nowego rządu Francis uważał Pawła Milukowa, który otrzymał tekę ministra spraw zagranicznych, i rywalizującego z nim ministra sprawiedliwości Aleksandra Kierenskiego. Pierwszy z nich, wybitny profesor i znakomity historyk, posiadał walory potrzebne do sprawowania swojej funkcji. Władał czterema językami, znał Stany Zjednoczone, gdzie wykładał, odznaczał się niespożytą energią i miał doświadczenie polityczne, kierował Partią Konstytucyjno-Demokratyczną oraz redagował partyjny dziennik. Kierenski, liczący ledwie 36 lat, ambitny, błyskotliwy orator w Dumie, potrafił robić wrażenie na otoczeniu[5]. Ale, o czym nie wiedział Francis, brakowało mu wyklarowanych poglądów politycznych. Objąwszy 20 lipca po rezygnacji Lwowa premierostwo, okazał się osobowością chwiejną, ze skłonnościami do hamletyzowania. Francis uznał, że Stany Zjednoczone powinny jak najszybciej poprzeć wejście Rosji na drogę demokracji, budowanie parlamentarnego modelu władzy. Dlatego też 18 marca 1917 r. zwrócił się do Departamentu Stanu o uznanie de iure Rządu Tymczasowego. W cztery dni później – 22 marca o godzinie 16.30 – został przyjęty wraz ze swoim personelem przez Lwowa i jego gabinet w Pałacu Maryjskim na Mojce, gdzie powiedział: „Mam zaszczyt, jako ambasador i jako reprezentant rządu Stanów Zjednoczonych akredytowany w Rosji, w ten sposób formalnie uznać Rząd Tymczasowy wszystkich Rosjan”[6]. Zaznaczył również, że prezydent Wilson prosił go o kontynuowanie misji, co praktykuje się w takich sytuacjach. Zmieniony natomiast został ambasador Rosji w Waszyngtonie, Gieorgija Bachmietiewa zastąpił Borys Bachmietiew. Tak oto Stany Zjednoczone wyprzedziły Wielką Brytanię i Francję o 4 godziny, uznając jako pierwsze na świecie Rząd Tymczasowy. Francis odczuwał z tego powodu osobistą satysfakcję i w korpusie dyplomatycznym poczuł się jakby mocniej osadzony. Wkrótce – 5 kwietnia – poinformował Milukowa, że Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Niemcom i stały się sprzymierzeńcem Rosji. Podtrzymywanie Rządu Tymczasowego w tym, by Rosja nie wycofała się z wojny i nie zawarła separatystycznego pokoju z Berlinem, było dla Francisa istotnym i niezwykle trudnym zadaniem. Społeczeństwo rosyjskie, co obserwował, mocno odczuwało ciężar prowadzonej wojny – ponosiło duże straty w ludziach, spadała produkcja przemysłowa i rolna, rozszerzała się anarchizacja życia społecznego. Francis podjął więc w Waszyngtonie starania o pomoc finansową i rzeczową, ściągał fachowców od kolejnictwa, którego stan paraliżował życie kraju. Ogólnie swoimi zabiegami przyczynił się do tego, że kolejne kredyty osiągnęły kwotę 325 milionów dolarów[7]. Była to kropla w morzu potrzeb, ale wyrażała życzliwy stosunek Waszyngtonu wobec dokonującej się zmiany ustrojowej. Poza tym Francis starał się wspierać nową demokrację swoim doświadczeniem politycznym. Spotykał się niemal codziennie z ministrem Michaiłem I. Tereszczenką, który przejął po Milukowie sprawy zagraniczne, oraz z Kierenskim. Chodził na sesje Dumy i zabierał publicznie głos. Ułożył program dla wysłanej przez prezydenta Wilsona „misji dobrej woli” (good will mission), składającej się z prominentnych przedstawicieli różnych środowisk, którzy przez blisko miesiąc, od 13 czerwca, konferowali z członkami rządu o tym, jak budować w Rosji demokrację i jak współpracować, by szybko doprowadzić do zakończenia wyniszczającej wojny.

Odnosząc się z sympatią do nowej sytuacji, Francis dostrzegał jednak, że słabość Rządu Tymczasowego brała się z braku jasno sprecyzowanego programu i chwiejnej postawy. Duże niebezpieczeństwo widział w istniejącej drugiej władzy, powstałym w Piotrogrodzie Tymczasowym Komitecie Wykonawczym Rady Delegatów Robotniczych, w którym rosły wpływy ideologii lansowanej przez przybyłego 3 kwietnia z Zurychu Lenina. Istota tej ideologii sprowadzała się do obalenia Rządu Tymczasowego i rozpoczęcia wszelkimi środkami, aż do przemocy włącznie, walki o władzę. Od czerwca 1917 r. Tymczasowe Komitety Rad, istniejące już niemal w całej Rosji, zaczęły ogłaszać, że nie uznają Rządu Tymczasowego. Francis nie miał wątpliwości, że Lenin i Trocki byli opłacani przez rząd niemiecki w celu doprowadzenia Rosji do klęski militarnej, i nie mógł zrozumieć, dlaczego pozwolono im nadużywać demokracji i wolności.

Ta bierna postawa świadczyła według niego o tym, że w Rosji nie było chętnych do przejęcia władzy oraz że Lenina oraz Trockiego nie uważano za groźnych i nie traktowano serio ich słów o dążeniu wszelkimi środkami do zdobycia władzy. W każdym razie nie zdziwiły go wszczęte przez bolszewików w dniach 16 i 17 lipca „pokojowe demonstracje”, które uznał za „lipcową rewolucję”. Rząd z tą próbą się uporał, ale, na co zwrócił uwagę Francis, można było uznać, że z następną już sobie nie poradzi i, co gorsza, że może to doprowadzić do rządów terroru.

Ceną za lipcowe wypadki były zmiany w gabinecie. Odszedł książę Lwow, a premierem z szerokimi uprawnieniami został Aleksandr Kierenski. Szybko się jednak okazało, że Kierenski nie zdecydował się na zadanie bolszewikom decydującego ciosu, którego się spodziewano. Nie oskarżył Lenina ani Trockiego o zdradę i nie kazał ich rozstrzelać, co według Francisa byłoby właściwym krokiem. Sam Trocki napisał później, że „(…) na szczęście naszym wrogom nie starczyło konsekwencji ani stanowczości”[8]. Kierenski nie starał się również rozwiązywać najbardziej palących problemów: trudności z aprowizacją miast i istnienia dwuwładzy – Komitetów Robotniczych Rad. Ta miękka polityka premiera szybko sprowokowała reakcję mianowanego przez niego naczelnego dowódcy generała Ławra Korniłowa, mężnego i utalentowanego wojskowego. Korniłow domagał się od Kierenskiego szerszych uprawnień w celu zdyscyplinowania armii, między innymi przywrócenia kary śmierci za dezercję lub bunt na froncie czy na tyłach. Planował przywrócenie ładu w Piotrogrodzie i rozbicie bolszewików nadal agitujących w wojsku za obaleniem Rządu Tymczasowego. W tym celu Korniłow skierował jeden z korpusów w kierunku Piotrogrodu. To posunięcie Kierenski uznał za „spisek Korniłowa” i natychmiast zdjął generała ze stanowiska, a następnie oskarżył o zdradę. Francis jednoznacznie ocenił sprawę Korniłowa jako wielki błąd Kierenskiego, który zraził do siebie armię, a także kręgi liberalne oraz konserwatywne. Poza tym Francis uważał, że starcie Kierenski–Korniłow otworzyło drogę do zwycięstwa bolszewików, gdyż Kierenski i jego ministrowie nadal wierzyli, że ich wróg znajduje się tylko po prawej stronie sceny politycznej i że nie można z nim wypracować kompromisu. Tym samym spętali sobie ręce.

Ten nastrój rządu Kierenskiego dobrze charakteryzowała rozmowa Francisa z Tereszczenką, którą odbyli 6 listopada, kiedy to bolszewicy właściwie już zakończyli przygotowania do przewrotu. „Spodziewam się bolszewickiego wystąpienia tej nocy – powiedział Tereszczenko. Jeśli ono nastąpi, to mam nadzieję, że zdołacie je stłumić – powiedziałem. Sądzę, że zdołamy je stłumić – powiedział minister z pozornym spokojem; ale uprzytomniłem sobie w pełni, pod jakim napięciem ten młody [31 lat – B.G.] człowiek żył, kiedy nagle dodał: Mam nadzieję, że odbędzie się ono niezależnie od tego, czy je zdławimy, czy też nie. Jestem zmęczony tą niepewnością i napięciem”[9]. Tego dnia podał się do dymisji i wyjechał do klasztoru na rekonwalescencję.

Już 7 listopada koło południa Francis dowiedział się od swojego pracownika, że Kierenski opuścił Piotrogród. Pierwszy sekretarz Sheldon Whitehouse relacjonował, że „(…) kiedy wracał do domu swoim samochodem oznakowanym amerykańską flagą, to zajechał mu drogę rosyjski oficer, który oświadczył, że Kierenski chciałby jego samochodem udać się na front. Whitehouse wraz z towarzyszącym mu szwagrem, baronem Ramsy, udali się z oficerem do Kwatery Głównej, by potwierdzić, czy ten oficer miał upoważnienie do złożenia tak zdumiewającego żądania. Tam zastali Kierenskiego, w Kwaterze, która znajduje się naprzeciwko Pałacu Zimowego i w której Kierenski mieszka otoczony swoim zespołem. Wszyscy tu sprawiali wrażenie zdenerwowanych i zaniepokojonych. Kierenski potwierdził żądanie oficera, że chce samochodem Whitehouse’a udać się na front. Whitehouse żachnął się i wskazując na plac przed pałacem, powiedział – ten samochód jest moją prywatną własnością, a tam przed pałacem do pańskiej dyspozycji jest co najmniej 30 samochodów. Kierenski odparł – tamte samochody zostały wyjęte spod mojej władzy tej nocy i bolszewicy teraz zarządzają wszystkimi oddziałami w Piotrogrodzie z wyjątkiem tych, które zadeklarowały neutralność i odmówiły im posłuszeństwa”[10]. Whitehouse poinformował Francisa także, że Kierenski planuje powrócić do Piotrogrodu w ciągu pięciu dni na czele kilku tysięcy Kozaków, by opanować sytuację w stolicy. Francis, słuchając tej relacji, zinterpretował ją jednoznacznie: Kierenski uciekł z miasta. A wieczorem, o szóstej, zawiadomił Departament Stanu: „Wygląda na to, że bolszewicy kontrolują wszystko. Nie mogę się dowiedzieć, gdzie jest jakiś minister. Doniesiono mi, że dwóch aresztowano i wzięto do Smolnego, który jest kwaterą bolszewików (…). Trocki wygłosił podżegające przemówienie (…) przedstawił Lenina bolszewickiemu audytorium”[11]. Obserwując kolejne działania oddziałów podporządkowanych bolszewikom, Francis nie był zaskoczony, że 8 listopada o godzinie 2.10, Pałac Zimowy został opanowany, urzędujący tam bez Kierenskiego ministrowie aresztowani, a w Smolnym Lenin ogłosił powstanie nowej władzy – Rady Komisarzy Ludowych (Sownarkom), na której czele stanął. Następnego dnia Francis donosił Summersowi: „Na ulicach jest spokojnie, na niektórych są barykady (…). Na moje pytanie zadane dzisiaj przez telefon, Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiedziało, że nie wiadomo gdzie jest minister i że nikt, kto reprezentuje nowe władze, nie pojawił się w ministerstwie, konsekwentnie wszyscy pracujący tam urzędnicy rozkładają ręce”[12]. Natomiast w liście do syna z 26 listopada tak komentował dalszy rozwój sytuacji: „Od trzech dni na ulicach Piotrogrodu nie słyszy się w zasadzie wystrzałów. Zabójstwa i rabunki zdarzają się jednak częściej, niż się o tym pisze, ponieważ, po pierwsze, nie wszystkie przypadki trafiają do gazet, a po drugie informacje o przestępstwach tego rodzaju są szybko wycofywane. Nigdy nie słyszałem o miejscu, gdzie życie ludzkie byłoby tak tanie, jak to jest dzisiaj w Rosji. Człowiek jednak przyzwyczaja się do morderstw i grabieży. Gdy przed dziesięcioma dniami wracałem samochodem prowadzonym przez Phila [jego totumfackiego – B.G.], moją uwagę przyciągnął tłum zgromadzony w rogu placu długości 1200 stóp w pobliżu ambasady. Phil miał ochotę się zatrzymać, ale ja miałem spotkanie w ambasadzie i kazałem mu jechać. Po zawiezieniu mnie powrócił jednak na plac i pół godziny później zjawił się u mnie w biurze i powiedział, że na poczcie zrabowano 82 000 rubli, zabijając 19-letnią pracownicę. To był obłęd, ale już tak zobojętniałem, że tylko wyraziłem żal i powiedziałem, że łajdaka, który to zrobił, powinno się rozstrzelać, po czym powróciłem do dyktowania stenografiście”[13].

Obserwując, jak bolszewicy, z Leninem na czele, posługując się świetnie opanowanym instrumentarium – propagandą, przemocą, zdradą, rozstrzeliwaniem – robią wszystko, by nie oddać władzy, Francis przyjął twardą postawę. Wysłał do Departamentu Stanu opinię, że nie należy uznawać tego rządu de iure. Postanowił, że będzie prowadził placówkę tak długo, jak będzie to możliwe. A kiedy w końcu, w lutym 1918 r., rząd Lenina postanowił przywrócić stołeczność Moskwie, Francis odmówił przeniesienia tam ambasady. Na miejsce urzędowania wybrał Wołogdę, leżącą na przecięciu dwóch strategicznych szlaków: Piotrogród–Władywostok i Archangielsk–Moskwa. Tam, wraz z nim, ulokowało się kilka innych placówek dyplomatycznych tych państw, które także powstrzymywały się od uznania Rosji bolszewików.

W Wołogdzie, którą Francis swoją zaskakującą dla bolszewików decyzją wyniósł właściwie do rangi stolicy dyplomatycznej Rosji, nie pozostawał długo. Lenina drażniła ta demonstracja państw nieuznających jego rządu. Dlatego już w lipcu 1918 r. Gieorgij Cziczerin, komisarz spraw zagranicznych, podjął zdecydowane działania w sprawie ściągnięcia całego korpusu dyplomatycznego do Moskwy. Pełniący funkcję dziekana korpusu Francis zareagował stanowczo. Odrzucił notę Cziczerina i po pokonaniu trudności czynionych przez Komisariat z przydzieleniem lokomotywy do pociągu, 25 lipca po północy odjechał do Archangielska. Wówczas już wiedział, że prezydent Wilson, uginając się pod naciskiem Anglików, zgodził się wespół z Wielką Brytanią, Francją i Japonią na „ograniczoną interwencję”. Od sierpnia żołnierze tych państw lądowali: 8500, w tym połowa Amerykanów, w Archangielsku, 15 000, w tym 1000 Amerykanów, w Murmańsku i 10 000 Amerykanów we Władywostoku. Naczelne Dowództwo aliantów zakazało tym oddziałom ingerować w sprawy wewnętrzne Rosji, nie mówiąc już o obaleniu reżimu bolszewickiego. Celem ich było reaktywowanie frontu wschodniego, który w żywotny sposób wpływał na interesy zmagających się bloków państw – ententy i centralnych[14]. Francis, siedząc w Wołogdzie, jeszcze 2 maja zdecydowanie opowiedział się za interwencją państw alianckich i Waszyngtonu.

Rezydując w Archangielsku, dojeżdżając do Murmańska, Francis spędził trzy miesiące w tym ważnym ze strategicznego punktu widzenia regionie. Choroba wymagająca operacji chirurgicznej zmusiła go do opuszczenia Archangielska. 7 listopada 1918 r. na niszczycielu „Olimpia” udał się do Londynu, do kliniki. Kuracja zakończyła się dlań pomyślnie. Nie powrócił już jednak do Rosji. Obowiązki jego, jako chargé d’affaires ad interim, przejął Felix Cole, który ostatecznie 14 września 1919 r. zlikwidował ambasadę i konsulaty. Następca Woodrowa Wilsona w Białym Domu, Warren G. Harding, przyjął rezygnację Francisa jako ambasadora 31 maja 1921 r., ale ani on, ani dwaj kolejni prezydenci, republikanie Calvin Coolidge i Herbert Hoover, nie zdecydowali się na nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Rosją bolszewików.

I. Ostrożne kroki.

Uznanie Związku Sowieckiego w 1933 r.

Zostając kandydatem Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w 1932 r., Franklin D. Roosevelt wiedział, że zagadnienia polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych w bardzo ograniczonym zakresie skupiały uwagę społeczeństwa. Główne zainteresowania wyborców koncentrowały się na sprawach, które przyniósł wielki kryzys gospodarczy 1929 r. Nastąpił bowiem ogromny spadek produkcji, wzrosło bezrobocie, nie było nadziei na rychłą poprawę sytuacji. Walcząc więc o zwycięstwo z urzędującym prezydentem Herbertem Hooverem, który w problemach międzynarodowych legitymował się dużym doświadczeniem, Roosevelt nie musiał się obawiać, że kwestie polityki zagranicznej będą rzutować na rezultat wyborów[15]. Poglądy przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych na politykę zagraniczną, na to, co działo się w Chinach, gdzie Japonia od 1931 r. prowadziła agresywną politykę, na sytuację w Europie, na rosnącą siłę polityczną Hitlera, interesowały niewielu polityków obu partii oraz niewielką część ludzi gospodarki i finansów. Wreszcie – w ograniczonym stopniu – angielską i francuską prasę[16]. Dlatego Roosevelt, podobnie jak Hoover, nie wypowiadał się na temat nieutrzymywania stosunków dyplomatycznych z Moskwą[17]. Zarazem jednak dał społeczeństwu wyraźny sygnał, że w jakimś stopniu interesuje się Związkiem Sowieckim. Rozmawiał bowiem z korespondentem „New York Timesa” Walterem Durantym, świeżo uhonorowanym prestiżową nagrodą dziennikarską Pulitzera za cykl artykułów o planie pięcioletnim w Związku Sowieckim. Wymowa tego nagłośnionego spotkania była taka, że Związek Sowiecki burzliwie się modernizuje i jeśli są jakieś ofiary, to wynikają one jedynie z dynamiki rozwoju. Sam Roosevelt nie zainteresował się wielkim głodem, który dotknął Ukrainę i inne części Związku Sowieckiego (terror-famine), ale dyskutował o produkcji złota i o tym, czy Sowieci są solidnymi partnerami w handlu. Duranty wyszedł z wrażeniem, że Roosevelt nie żywi uprzedzeń wobec Moskwy[18].

Mimo to Roosevelt, jako kandydat do Białego Domu, interesował się tym, kto będzie mu w przyszłości doradzał w sprawach polityki zagranicznej[19]. Uważając siebie za Wilsonistę, chciał mieć za doradcę kogoś, kto dobrze orientuje się w tym, co dzieje się w Europie, i nie był izolacjonistą myślącym o nieangażowaniu się Waszyngtonu w sprawy międzynarodowe.

We wrześniu 1932 r. Roosevelt włączył więc do swojego sztabu wyborczego prominentnego internacjonalistę Williama C. Bullitta, którego polecili mu zasłużony polityk Demokratów, autor zarysu 14 punktów Wilsona, płk. Edward M. House i zaufany przyjaciel Louis B. Wehle, interesujący się sprawami zagranicznymi[20].

Mający 41 lat filadelfijczyk pochodził ze starej, zamożnej rodziny, ze strony ojca o korzeniach hugonockich, zasłużonej dla narodzin państwowości amerykańskiej. Uczęszczał do prestiżowej De Lancey School w Filadelfii, skończył Yale University, władał swobodnie francuskim i niemieckim, słabiej rosyjskim. Rosję, wraz z matką, kobietą „czarującą, bywałą i inteligentną”, pierwszy raz widział w sierpniu 1914 r., a w drodze do niej zatrzymywał się w Paryżu, Londynie i Berlinie. Ta podróż zachęciła go do pisania. Związał się z filadelfijską gazetą „Public Ledger” i zajmował się na jej łamach problematyką zagraniczną. W 1917 r. przeszedł do dyplomacji i dwa lata później uczestniczył w konferencji pokojowej w Wersalu jako chief of inteligence for the American delegation. Pojechał wtedy z polecenia Thomasa Woodrowa Wilsona i premiera Anglii Lloyda George’a ze specjalną misją do Lenina[21]. Myślał, że odegra znaczącą rolę w wyklarowaniu stosunków Zachodu z bolszewicką Moskwą. Zarówno Wilson, jak i premier brytyjski odrzucili propozycje Lenina, co głęboko rozczarowało Bullitta. Wycofał się z życia publicznego i przez 12 lat zajmował się ulubionymi zajęciami. Opublikował wówczas powieść It’s Not Done, gromiąc życie społeczne filadelfijskiej elity. Publikacja stała się bestsellerem, osiągając 24 wydania. Korespondował z płk. House’em, przyjacielem Wilsona, jeździł do Europy, gdzie spotykał się z politykami i intelektualistami. Podjął wespół z Sigmundem Freudem pisanie rozprawy o Wilsonie, która ukazała się dopiero w 1966 r. Błyskotliwy rozmówca, z łatwością budujący kręgi towarzyskie, dwukrotnie żonaty z ciekawymi kobietami, na początku lat 30. zatęsknił za polityką. Przed zaangażowaniem się w 1932 r. po stronie Roosevelta jeździł po Europie. Zajrzał do Moskwy, gdzie rozmawiał z Karolem Radkiem, bolszewickim intelektualistą będącym blisko Stalina. Złożył wówczas kwiaty na grobie swego przyjaciela Johna Reeda, poety, komunizującego dziennikarza amerykańskiego, autora bestselleru Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem. Można przypuszczać, że już wtedy sondował Radka na okoliczność nawiązania stosunków dyplomatycznych między Moskwą a Waszyngtonem[22]. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych swoimi obserwacjami i przemyśleniami podzielił się z Wehle’em, który zaaranżował jego spotkanie z Rooseveltem 5 października 1932 r. w stolicy stanu Nowy Jork, Albany[23]. Rozmowa ta, obracająca się wokół kwestii europejskich i dotykająca wątków osobistych, niewątpliwe zachęciła Roosevelta do zaakceptowania Bullitta jako doradcy. Choć zapewne jakieś znaczenie mogło mieć i to, że 17 września Bullitt wpłacił na fundusz wyborczy Roosevelta 1000 dolarów i napisał doń list, w którym chwalił go za przemówienie w Topeka (Kansas) o polityce wewnętrznej. Williama E. Dodda, wybitnego historyka z University of Chicago, który w 1933 r. otrzymał nominację na ambasadora Stanów w Niemczech, stać było wtedy, co zapisał w swoim dzienniku, na donację wysokości 25 dolarów[24]. W każdym razie zaraz po zwycięstwie Roosevelt, mając cztery miesiące do inauguracji, poza skupieniem się na problemach polityki wewnętrznej, głównie na gospodarce, zainteresował się także tym, co dzieje się w Europie. I wyraził zgodę na to, aby Bullitt z własnej inicjatywy i za własne środki od 19 listopada do 16 grudnia udał się w podróż studyjną do Londynu, Paryża i Berlina. Chciał bowiem otrzymać z pierwszej ręki informacje o tym, na ile uspokajała się napięta sytuacja w Europie, jak rysowały się szanse na zbliżenie w stosunkach francusko-niemieckich, a przede wszystkim czy dłużnicy USA, Francja i Wielka Brytania, zamierzały spłacić swoje zobowiązania, gdyż 15 grudnia zbliżał się termin kolejnych płatności. Podróż Bullitta, co wynikało z ustawodawstwa Stanów, miała charakter głęboko dyskrecjonalny. Przyjęty jeszcze w 1799 r. Logan Act zabraniał bowiem obywatelom USA bez zgody rządu pod rygorem karalności prowadzić rozmowy z reprezentantami innych państw. Z tego powodu Bullitt kodował przesyłane ze swoich rozmów raporty do Wehle’ego, a dopiero ten przekazywał je Rooseveltowi[25].

W Londynie Bullitt spotkał się z premierem Ramsayem MacDonaldem, w Paryżu z Edouardem Harriotem, którego kraj nie zamierzał spłacać długu Stanom, a w Berlinie rozmawiał z wieloma politykami. Po tych rozmowach telegrafował ze stolicy Niemiec: „Hitler jest skończony nie jako propagandzista czy lider agresywnej mniejszości, ale jako ewentualny dyktator. Jego koniec zależy od Hindenburga. Starszy pan tak długo, jak mu starczy życia, nie zgodzi się, by Hitler został kanclerzem. Wpływy Hitlera słabną tak szybko, że rząd już się nie obawia rozwoju ruchu nazistowskiego”[26]. Choć miesiąc później Hitler po zwycięskich wyborach został kanclerzem, te mylne oceny nie nadszarpnęły pozycji Bullitta w oczach Roosevelta.

Po powrocie Bullitta z Europy i rozmowie z nim w końcu grudnia 1932 r. Roosevelt był już skłonny do nawiązania na początku prezydentury stosunków dyplomatycznych ze Związkiem Sowieckim. Dostrzegł ku temu kilka powodów, zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Myślał, że uznanie Moskwy może pozytywnie wpłynąć na sytuację polityczną w Azji, wyhamować ekspansję terytorialną Japonii. Nie orientował się, jaką siłę polityczną reprezentuje Hitler i jego zaplecze, ale liczył, że nie uda mu się dojść do władzy i realizować głoszonych poglądów. Sądził jednocześnie, że Moskwa mająca stosunki z Waszyngtonem będzie w jakiś sposób tonowała Berlin. Poza tym uznanie Związku Sowieckiego, budzące sprzeciw pewnej części społeczeństwa, jednocześnie było pożądane przez inną część Amerykanów, m.in. przez te kręgi gospodarcze, które liczyły na dostęp do wielkiego rynku sowieckiego. Dla samego Roosevelta nieuznawanie państwa liczącego się na dwóch kontynentach, europejskim i azjatyckim, było pewną anomalią, tym bardziej że Stany Zjednoczone nie pozostawały nigdy w stanie konfliktu zbrojnego z Rosją. Wysłuchując natomiast relacji Bullitta z jego politycznej wizyty, nie powiedział mu, że widziałby go jako pierwszego ambasadora Stanów Zjednoczonych w Moskwie[27]. Po nowym roku polecił Bullittowi zajmować się zarówno kwestią uznania Związku Sowieckiego, jak i zagadnieniami, które miały być podnoszone i rozstrzygane na zwołanej przez Ligę Narodów II Światowej Konferencji Gospodarczej w czerwcu 1933 r. w Londynie. Waszyngton szykował się do odegrania na tym forum kluczowej roli, licząc na to, że w gospodarce światowej zostanie wprowadzony „porządek w miejsce istniejącego chaosu”. Od 20 kwietnia 1933 r. zmieniła się pozycja Bullitta w rządowym establishmencie. Został zatrudniony w Departamencie Stanu jako Special Assistant to Secretary of State (specjalny zastępca przy sekretarzu stanu) i stał się łącznikiem między prezydentem a sekretarzem stanu[28]. Poniekąd został okiem i uchem Roosevelta w Departamencie, który chłodno patrzył na Biały Dom i niechętnie odnosił się do dynamizowania polityki Stanów Zjednoczonych.

Mając oparcie w Bullitcie, Roosevelt zdecydował się sprawę normalizacji stosunków ze Związkiem Sowieckim prowadzić samodzielnie. Chciał przy tej okazji wgłębić się w problemy polityki zagranicznej, którą od I wojny światowej, kiedy to zajmował stanowisko zastępcy sekretarza marynarki, interesował się w ograniczonym stopniu. Teraz, podejmując zupełnie nową dla siebie kwestię, zdecydował się konsultować z wieloma współpracownikami, do których wiedzy i doświadczenia odnosił się z większym lub mniejszym zaufaniem. Pamiętając, jak dotkliwą porażkę poniósł Woodrow Wilson, próbując ratyfikować traktat wersalski 1919–1920 i wprowadzić Stany do Ligi Narodów, postanowił pracować nad tym, aby jego polityka zagraniczna cieszyła się poparciem społeczeństwa i nie dzieliła go ani nie antagonizowała. Z tego powodu po zainstalowaniu się w Białym Domu zwrócił się do starego znajomego, którego uważał za czarującego człowieka – senatora z Wirginii Claude’a Swansona z Komisji Spraw Zagranicznych – z prośbą o wywołanie debaty – niemal narodowej – na temat uznania Związku Sowieckiego. Liczył na to, że w ten sposób pozna opinie różnych kręgów: biznesu, wydawców prasy, przywódców religijnych, weteranów, wykładowców, przedstawicieli administracji rządowej i polityków. W kwietniu dysponował już pierwszymi informacjami wskazującymi, jaki był rozkład liczbowy zwolenników i przeciwników uznania. Wśród pierwszych znaleźli się senatorowie Williams E. Borah z Idaho, Robert F. Wagner z Nowego Jorku, Robert La Folette z Wisconsin, Alva Adams z Kolorado, James Couzens z Michigan, Hugo L. Black z Alabamy, który w 1937 r. został sędzią Sądu Najwyższego. Natomiast organizacje, które aktywnie popierały uznanie, najczęściej skupiały członków o wyraźnych sympatiach lewicowych. Albowiem od początku lat 30. na politycznej scenie świata pojawił się ważny czynnik – prosowiecka opinia publiczna. Znaczenie tego czynnika wzrosło, kiedy wybuchł najcięższy kryzys w świecie zachodnim, a w Rosji Sowieckiej zaczęła się pierwsza faza rewolucji przemysłowej. Kontrast był więc tak silny, że nieuchronnie prowadził do wniosku, iż „Rosja Sowiecka to przyszłość, a my jesteśmy przeszłością”[29]. W Stanach Zjednoczonych sympatie do Rosji Sowieckiej wyrażały wprost komunistyczne organizacje, takie jak Young Communist League, Friends of the Soviet Union, International Workers Order czy Society for Cultural Relations with U.S.R.R. (Russia), a obok nich organizacje religijne: Unitarian Church, National Council of Jewish Women, Congregational and Christian Churches of New England, czy inne, jak American Women’s Committee for Recognition of Soviet Union, Women’s International League for Peace and Freedom, Socialist Party[30]. Organizacje te wskazywały na różne korzyści, jakie mogłaby przynieść Stanom normalizacja stosunków i nierzadko przemilczały czy relatywizowały prawdę o sowieckiej rzeczywistości opisywaną na łamach „Christian Science Monitor” oraz „New York Herald Tribune”. Wierzyły wspomnianemu W. Duranty’emu, który w artykule z 23 sierpnia 1933 r. pomniejszał dramat głodu, co stało się jego metodą, i pisał jedynie o niedożywieniu, o przejściowych brakach żywności i o niewielkim sprzeciwie ludności. Doniesienia o wielkim głodzie Duranty przypisywał tym, którzy – jego zdaniem – nie chcieli dopuścić do uznania Związku Sowieckiego i z tego powodu przedstawiali ten kraj jako ziemię zrujnowaną i pozbawioną nadziei[31].

Z bardziej ideologicznych i moralnych pozycji wypowiadali się liczniejsi przeciwnicy uznania. Głośno protestowały organizacje patriotyczne o szerokim, narodowym zasięgu oraz grupy weteranów I wojny światowej: American Legion, National Society Daughters of the American Revolution, National Society Sons of the American Revolution, American War Mothers, Veterans of Foreign Wars. Zdecydowanie przeciwne zbliżeniu się do „rządu przyznającego się do bycia wrogiem Boga i prześladującego religie” były organizacje religijne – Knights of Columbus, National Catholic Women’s Union, Catholic Daughters of America. W Kościele rzymskokatolickim sprzeciw artykułował ojciec Edmund A. Walsh z waszyngtońskiego, założonego w 1789 r. przez jezuitów Georgetown University. Chcąc go mieć po swojej stronie, Roosevelt spotkał się z nim i obiecał mu doprowadzić do uwolnienia z łagrów więźniów religijnych oraz do zapewnienia wolności religijnej obywatelom Stanów Zjednoczonych na terytorium Związku Sowieckiego[32]. Możliwości współpracy z państwem odrzucającym gospodarkę rynkową nie widziały pewne kręgi przemysłowe i handlowe: Chamber of Commerce of the State of New York (Izba Handlowa stanu Nowy Jork), Chamber of Commerce of the United States (Izba Handlowa Stanów Zjednoczonych), Philadelphia Board of Trade (Fladelfijski Urząd Handlu). Petycję z protestem przesłał Los Angeles Citizen Committee (Komitet Obywatelski Los Angeles) i wiele innych organizacji. Niechętni nawiązaniu stosunków ze Związkiem Sowieckim byli ludzie bliscy Rooseveltowi, na przykład płk. Edward M. House, „(…) uznający ZSRR za państwo prowadzące podstępną politykę, do którego da się zastosować opowiadanie o doktorze Jekyllu i panu Hyde”[33]. Matka Roosevelta, Sara Ann Delano, także krytycznie wypowiadała się o uznaniu Moskwy[34]. Żona Eleanor początkowo nie widziała powodu, by zmieniać istniejący stan rzeczy, ale ostatecznie we wrześniu poparła zamiar męża. Sądziła, że nie jest rozsądnie ignorować tak wielkie państwo, choć prześladuje się w nim religię[35].

Te zróżnicowane opinie społeczeństwa, pojedynczych osób oraz organizacji nie powstrzymały Roosevelta od dalszych działań, wierzył bowiem, że poparcie wzrośnie. Zwrócił się więc do swego przyjaciela, znakomitego profesora Harvard Law School Feliksa Frankfurtera, by skontaktował się z rzecznikami nawiązania stosunków z Rosją Sowiecką i zachęcał ich do korzystania z informacji pochodzących z biura prasowego Białego Domu. Wraz z Hullem 4 kwietnia zaprosił do Gabinetu Owalnego płk. Hugh L. Coopera, wybitnego inżyniera i właściciela firmy budowlanej z Chicago. Cooper przez dwa lata brał udział w budowie wielkiej hydroelektrowni na Dnieprze, którą przywódcy sowieccy zaliczali do spektakularnych osiągnięć pierwszego planu pięcioletniego 1929–1933. Dzieląc się zdobytym doświadczeniem, Cooper popierał normalizację stosunków. Roosevelt polecił także agencji Farm Credit Administration, aby zrobiła rozeznanie, czy Sowieci są zainteresowani zakupem od Stanów Zjednoczonych na kredyt nadwyżek rolnych (zbóż, bawełny)[36].

Zajmując się sprawą uznania Rosji Sowieckiej, Roosevelt zwracał uwagę na to, by bez spięć czy konfliktów układała się jego współpraca z sekretarzem stanu Cordellem Hullem. Ten sześćdziesięciodwuletni, pochodzący ze stanu Tennessee polityk cieszył się w świecie polityki opinią gentlemana starej szkoły. Roztropny w działaniu, miał ogromne wpływy w południowych stanach i w Kongresie. Rooseveltowi zależało więc na jego poparciu, bo choć Hull nie wypowiadał się krytycznie o uznaniu Sowietów, zachowywał w tej sprawie pewną rezerwę. Negatywną opinię o zbliżeniu do Rosji Stalina wyrażali zaś ludzie Departamentu Stanu, specjalizujący się w problemach i ustroju tego państwa. Dlatego Roosevelt, który nie znosił ich za arogancję i snobizm, starał się ich jednak pozyskać. Chciał bowiem, aby formułując stanowisko, nie kierowali się myśleniem ideologicznym, ale posłużyli się analizą korzyści i strat[37].

Sądząc początkowo, że do lata uda mu się doprowadzić sprawę uznania do końca, Roosevelt zdecydował się na dwa posunięcia. Najpierw wysłał sygnał do Rosji, że szuka kontaktu z Kremlem. Odwołując się do sytuacji w Europie, do coraz wyraźniej ujawniających się konsekwencji dojścia Hitlera do władzy, 16 maja skierował apel o zintensyfikowanie działań na rzecz pokoju do 53 głów państw, które miały uczestniczyć w Światowej Konferencji Gospodarczej w Londynie, w tym także do przewodniczącego Centralnego Wykonawczego Komitetu (CIK) Michaiła Kalinina[38]. Pismo to Kreml przyjął z zadowoleniem, ponieważ wpisywało się w atmosferę zarządzonego przez Stalina na styczniowym plenum partii w 1933 r. ostentacyjnego fetowania sukcesu planu pięcioletniego i szybkiego pogarszania się współpracy w stosunkach z Niemcami Hitlera. Jednocześnie pismo Roosevelta do Kalinina miało wymowę uznania Związku Sowieckiego nie tylko de facto. Albowiem po raz pierwszy od przewrotu bolszewickiego w październiku 1917 r. prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki zwracał się do głowy państwa nieuznawanego de iure[39].

Drugim posunięciem, jakie Roosevelt uważał za pomocne w uznaniu i nawiązaniu stosunków, miało być poznanie oczekiwań Moskwy związanych z tym aktem. Myślał o dyskretnych rozmowach z działającym w Nowym Jorku przedstawicielstwem handlowym AMTORG (Amtorg Trading Corporation) i szefem sowieckiego Biura Informacyjnego w Waszyngtonie Borysem Skwirskim. Z tym zadaniem zwrócił się do darzonego dużym zaufaniem swojego sąsiada z Hyde Parku Henry’ego Morgenthaua jun., aktywnego w życiu Partii Demokratycznej w hrabstwie Dutchess. Po inauguracji Roosevelt mianował go szefem ważnej agencji rządowej – Farm Credit Administration, a później sekretarzem skarbu, którym pozostał do 1945 r. Ten pięćdziesięciodwuletni mężczyzna, z natury nieśmiały i niezbyt porywający mówca, zdawał się mieć jeden walor szczególnie przydatny w powierzonej mu przez Roosevelta misji, miał bowiem, jak to określił jego syn, „dość romantyczne wyobrażenie o Sowietach jako wyzwolicielach narodu rosyjskiego spod jarzma caratu”[40]. Morgenthau rzeczywiście dość szybko nawiązał kontakt z AMTORG-iem, a następnie ze Skwirskim, ale prowadzone z dużą ostrożnością, szczególnie ze strony sowieckiej, rozmowy nie posuwały sprawy naprzód, a kontynuowanie ich przez lato wywołało zniecierpliwienie Roosevelta. Z kolei więc pracujący nad tą kwestią Bullitt oraz zastępca sekretarza stanu, organizator „trustu mózgów” Roosevelta, profesor nowojorskiego Columbia University Raymond Moley oraz sam Hull rozpoczęli konsultacje z ambasadorami i akredytowanymi w Waszyngtonie posłami tych państw, które nawiązały już stosunki dyplomatyczne z Moskwą. Chcieli poznać ich doświadczenia w tym zakresie. Tego rodzaju rozmowy prowadzili także podczas Światowej Konferencji Gospodarczej w Londynie. Hull spotkał się z szefem Foreign Office sir Johnem Simonem, który „z jakichś powodów” okazał się bardzo powściągliwy w dzieleniu się doświadczeniem ze współpracy z dyplomacją sowiecką. „Cierpko o niej mówił”[41]. Tamże Hull parokrotnie dyskutował z szefem Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych Maksimem M. Litwinowem, dotykając głównie spraw gospodarczych i starając się poznać osobowość Rosjanina[42]. Bullitt i Moley żywo wymieniali z Litwinowem poglądy również o sytuacji międzynarodowej, ale, jak zgodnie oświadczyli amerykańskiej prasie, nie poruszali kwestii uznania i nawiązania stosunków[43].

Te pierwsze spotkania bliskich współpracowników Roosevelta z Litwinowem pozwoliły im się przekonać, że „pulchny, rozczochrany” szef dyplomacji sowieckiej to trudny, inteligentny, doskonale znający sytuację międzynarodową polityk, przy którym trzeba mieć się na baczności[44]. W każdym razie po powrocie z konferencji w Londynie na początku sierpnia Hull udał się do rodzinnej rezydencji Roosevelta, Hyde Parku, gdzie przekazał swoje wrażenia z samych obrad i spotkań, w tym także z Litwinowem. W Departamencie czekał na niego opracowany przez kierującego Wydziałem Europy Wschodniej Roberta F. Kelleya materiał poświęcony kwestii uznania i nawiązania stosunków z Moskwą.

Kelley, absolwent uniwersytetów Harvarda i Sorbony, Wydział Europy Wschodniej tworzył niemal od początku pracy w Departamencie Stanu w 1924 r. Małomówny, pracowity, miał umysł naukowca, był dociekliwy. Dobierając młodych pracowników, uczył ich niemal akademickiego podejścia do problematyki Europy Wschodniej, którą traktował jako całość, nie dzieląc na poszczególne państwa. Wpajał im, że podstawę warsztatu analitycznego stanowi głęboka znajomość języka, historii i literatury. Powtarzał za Tocqueville’em, że instytucje tworzą jedynie szkielet, naprawdę ważne są les manieres, metody i nawyki. Dbał, aby biblioteka wydziału miała bogate zbiory książek i prasy. Dwaj najwybitniejsi sowietolodzy amerykańscy, George F. Kennan i Charles E. Bohlen, w znacznym stopniu zostali ukształtowani przez niego[45]. Wiedząc, że Roosevelt zdecydował się uznać Moskwę i rozwinąć stosunki z Kremlem, przygotował kilka memorandów i notatek naświetlających różne aspekty tego kroku. Jedno z pierwszych opracowań Roosevelt otrzymał 27 lipca od Williama Philipsa, zastępujacego Hulla, który przebywał jeszcze w Londynie[46]. Wypowiadając się z charakterystycznym dla siebie chłodem i klarownością, Kelley zaproponował wizję uznania zakładającą wyjaśnienie i uregulowanie tych kwestii, które po ustanowieniu stosunków dyplomatycznych nie byłyby źródłem nieporozumień i napięć w efektywnej współpracy między rządami. Odwoływał się do doświadczeń tych państw, które bez takiego podejścia szybko natrafiały na trudności uniemożliwiające rzeczową współpracę z Sowietami. Zasadnicze przeszkody w wypracowywaniu przyjaznych stosunków widział w trzech kwestiach. Główną był eksport przez Kreml ideologii komunistycznej, fakt, że Moskwa, stosując różne środki, w wielu krajach prowadziła działalność wymierzoną w rządy i instytucje tych państw. I to postępowanie skutkowało albo poważnymi napięciami, albo prowadziło do zerwania stosunków. Tolerowanie takiego stanu, podkreślał Kelley, wyklucza ustanowienie normalnych stosunków. Kolejną trudność dostrzegał w nieuregulowanej kwestii długów i znacjonalizowanej przez bolszewików własności amerykańskiej[47]. Ostatni problem, który mógłby zakłócać wzajemne relacje, jego zdaniem tkwił w różnych systemach gospodarczych i społecznych obu państw. Zwracał uwagę, że w Rosji Sowieckiej państwo ma monopol na handel zagraniczny, co ma określone konsekwencje. Ostrzegał również, że system prawny obowiązujący w Związku Sowieckim daleko odbiega od tego, który charakteryzuje państwa Europy Zachodniej. W świetle sowieckiego prawa cudzoziemiec z łatwością może zostać oskarżony na przykład o szpiegostwo gospodarcze. Dlatego też postulował zabezpieczenie ochrony życia i własności obywateli amerykańskich w tym państwie.

Opracowanie Kelleya zrobiło wrażenie na Roosevelcie, Hullu i Bullitcie, zwróciło ich uwagę na złożoność kwestii uznania i na potrzebę starannego opracowania katalogu spraw do uregulowania przed ustanowieniem stosunków.

We wrześniu, po powrocie z wakacji Roosevelt zwrócił się do Hulla o pisemną opinię, na co pozwala mu konstytucja (art. II, dział 2) w sprawie uznania. W odpowiedzi Hull, podobnie jak Kelley, wskazał na te same sprawy, które powinny zostać rozwiązane poprzez zawarcie umów satysfakcjonujących Stany Zjednoczone[48]. Podkreślił, że Rosji Sowieckiej bardzo zależy na zaciągnięciu kredytu i uznaniu, gdyż to wzmocni jej pozycję w stosunkach z Japonią, otworzy drogę do zagranicznych banków i podbuduje prestiż w oczach jej własnego społeczeństwa. A zatem Stany Zjednoczone, mając w ręku dwa mocne atuty, powinny je choćby częściowo pomyślnie wykorzystać, by załatwić swoje sprawy przed ustanowieniem stosunków. Poza tym, o czym już nie pisał w liście, Hull był świadomy, że mimo braku stosunków dyplomatycznych z Moskwą „Rosjanie prawdopodobnie byli dużo lepiej poinformowani o sytuacji w Stanach niż my o tym, co się dzieje u nich (…). Co więcej, Rosjanom było łatwiej robić biznes w Stanach bez dyplomatycznego wsparcia niż Amerykanom w Rosji”. Miał przekonanie, że „Rosja mogłaby pomóc ustabilizować sytuację w Europie i w Azji”[49].

Przekazując swoją opinię Rooseveltowi, Hull jednoznacznie opowiedział się za uznaniem Moskwy i nawiązaniem stosunków z Rosją Sowiecką. Stanowisko sekretarza pomogło Rooseveltowi pozbyć się resztek wątpliwości. Zdeterminowało go także do tego, aby osobiście prowadzić negocjacje z przedstawicielem Kremla. Nie oznaczało to jednak, że Roosevelt nadal nie zapoznawał się z materiałami nadchodzącymi do Białego Domu. 5 października Hull przekazał mu dwa memoranda, od zastępcy sekretarza stanu Roberta W. Moore’a i od Bullitta[50].

Moore, podobnie jak Bullitt, trafił do Departamentu Stanu z zewnątrz, dzięki Hullowi, który cenił jego bogate doświadczenie zawodowo-polityczne i wyważone poglądy[51]. Opowiadając się za uznaniem rządu sowieckiego, Moore za kluczowy warunek zawarcia tego aktu uważał zobowiązanie się strony sowieckiej do nieatakowania instytucji politycznych i do nienaruszania integralności Stanów Zjednoczonych. Wiedząc, że prawo międzynarodowe nie wymaga, aby uznanie państwa zostało dokonane w określonym trybie, Moore podjął i szerzej rozwinął kwestię, czy uznanie winno nastąpić bezwarunkowo, czy też w trybie warunkowym. Podjęte zobowiązania miałyby wówczas zostać wypełnione po pewnym czasie, co praktykowano od drugiej połowy XIX w. Rozsądniejsze w jego opinii było także wcześniejsze odniesienie się do wszystkich zagadnień, które mogłyby zagrażać uznaniu i nawiązaniu stosunków, jak np. praw religijnych Amerykanów w Rosji, praw obywatelskich czy prawa własności.

Bullitt z kolei w swoim krótkim memorandum wysunął trzy zagadnienia: zakazu propagandy komunistycznej w Stanach przez władze sowieckie i Komintern, ochrony praw obywatelskich i religijnych w świetle stosowanej w Sowietach praktyki, np. oskarżania o szpiegostwo, i przyjęcia formuły, że uznanie nabiera mocy od dnia podpisania uzgodnień, co miałoby uchronić rząd Stanów Zjednoczonych i obywateli amerykańskich od ewentualnych procesów o odszkodowania z przeszłości[52]. Kwestię zabezpieczenia praw religijnych Amerykanów w Rosji podniósł jako pierwszy sam Roosevelt, z czego, na co zwróciła uwagę jego żona, był bardzo dumny[53].

Na początku października 1933 r., mając właściwie już ułożoną listę warunków wstępnych, a za sobą wiele rozmów na temat uznania i ewentualnego przebiegu negocjacji, Roosevelt, Hull, Philips, Moore i Bullitt zaczęli się zastanawiać, w jaki sposób i jakimi środkami dotrzeć do rządu sowieckiego, zachowując to w tajemnicy przed opinią publiczną[54]. Hull opowiadał się za zachowaniem dyskrecji i wstępnym wyjaśnieniem spraw, na których zależało Stanom Zjednoczonym, a dopiero potem zalecał wystosowanie do Moskwy oficjalnego zaproszenia i sfinalizowanie rozmów aktem uznania[55]. Nie wykluczał jednak i takiego postępowania, które sprawiałoby wrażenie, że to Moskwa zainicjowała i otworzyła negocjacje. W każdej sytuacji Departament zabiegał o to, aby zachować przodującą rolę w kwestii uznania. Jednakże Roosevelt, co charakteryzowało – jak się okazało – całą jego długą prezydenturę, preferował osobiste komunikowanie się z głowami państw. Chciał więc osobiście zwrócić się do rządu sowieckiego i nie widział potrzeby podejmowania wstępnych rozmów. Dopuszczał jedynie ograniczoną przednegocjacyjną wymianę właściwie technicznych informacji, pod warunkiem że będzie to odpowiadało stronie sowieckiej. I tak oto w środę, 11 października, o czym dzień wcześniej w poufnym memorandum powiadomił Hulla, wysłał Bullitta do biura Morgenthaua, gdzie z zachowaniem pełnej dyskrecji o 10.35 spotkał się on z Borysem Skwirskim, od 1921 r. nieoficjalnym reprezentantem rządu sowieckiego w Waszyngtonie. Wcześniej Bullitt go nie znał[56]. Wówczas, ustalając formułę pełnej tajności między nimi, Bullitt przekazał Skwirskiemu kopię kalkową konceptu pisma Roosevelta do Kalinina. Po bardzo wnikliwym zapoznaniu się przez Skwirskiego z wręczonym mu tekstem Bullitt wyjaśnił, że pismo ma charakter jedynie zaproszenia rządu sowieckiego do wstępnych negocjacji i nic więcej. Nie jest uznaniem Moskwy de iure. Dodał, że rozmowy będzie prowadził sam Roosevelt i że tylko taka procedura prowadzi do dalszych kroków. Prosił wreszcie rozmówcę o szybkie przekazanie kopii pisma do Moskwy[57]. Po spotkaniu natychmiast złożył raport Hullowi, który skwitował go następująco: „Przeczytałem i zatwierdzam, 11 października, godzina 12.45 po południu”. Odsuwając od wstępnej fazy Departament Stanu, Roosevelt zaskoczył szefostwo resortu i w jakimś stopniu podważył jego prestiż. Philips, zastępca Hulla, cieszący się opinią mądrego, wytwornego dyplomaty starej szkoły, czuł się z tego powodu źle (I felt badly)[58]. Hull i Moore, wytrawni politycy, zachowali kamienne twarze. Byli przyzwyczajeni do takich posunięć rasowych polityków.

W niedzielę, 15 października o godzinie 19.45 Skwirski telefonicznie zawiadomił Bullitta, że Litwinow zaakceptował propozycję prezydenta i projekt pisma do Kalinina[59]. Bullitt podkreślił, że w tej sytuacji Skwirski powinien mu dostarczyć projekt pisemnej odpowiedzi Kalinina. Dopiero po zaaprobowaniu tej odpowiedzi przez Roosevelta strona amerykańska wręczy formalne pismo zapraszające przedstawiciela rządu sowieckiego do Waszyngtonu. Uznając ten tryb postępowania za oczywisty, Skwirski wyraził nadzieję, że do wtorku, 17 października, będzie miał tekst Kalinina. Jednocześnie zapytał, kogo strona amerykańska chciałaby widzieć jako przedstawiciela rządu sowieckiego. Bullitt, uchylając się od odpowiedzi, stwierdził, że wszelkie sugestie byłyby niewłaściwe, usłyszał jednak, że będzie to najprawdopodobniej Litwinow. Godzinę później Bullitt przekazał prezydentowi tę ważną dla niego informację[60]. W poniedziałek podzielił się nią z Hullem, Philipsem i Moore’em i w ścisłym kontakcie ze Skwirskim zaczął przygotowywać pismo do Kalinina. Roosevelt zaś, szykując się do upublicznienia swojej korespondencji z Kalininem, 19 października zapoznał się z memorandum przesłanym mu przez Philipsa[61]. Przedstawione w nim zostały wyniki badań komentarzy prasowych na temat uznania, które zamówił Departament Stanu we wrześniu. Analiza objęła 300 czasopism, w których ukazało się 65 materiałów, w tym listy od czytelników, które nadeszły w ciągu miesiąca – od połowy września do połowy października. W świetle tego przeglądu bez entuzjazmu do kwestii uznania odnosiły się artykuły i listy z prasy Nowej Anglii – ze stanów Maine, New Hampshire, Vermont, Massachusetts, Connecticut i Rhode Island, i ze stanów leżących nad północnym Atlantykiem – Nowy Jork, New Jersey, Pennsylwania, Delaware, uznanie popierała jednak większość tytułów prasy środkowego zachodu i stanów południowych, a obojętne były stany leżące nad Pacyfikiem.

Oba dokumenty, pismo swoje i Kalinina, Roosevelt podał do publicznej wiadomości w piątek, 20 października, o godzinie 16 na konferencji prasowej w głównym lobby zachodniego skrzydła Białego Domu. Oczekującym na sensację dziennikarzom, już wcześniej spekulującym, że Stany Zjednoczone uznały Związek Sowiecki, powiedział, że wymiana pism znaczy tyle, „ile zostało w nich napisane, i nic więcej”[62]. Nie wspomniał ani słowem o tym, jak do tej wymiany doszło.

Zwracając się do Kalinina, Roosevelt oznajmił, że od chwili objęcia prezydentury rozważał zakończenie tej nienormalności w stosunkach studwudziestopięciomilionowego narodu Stanów Zjednoczonych ze stusześćdziesięciomilionowym narodem Rosji. „Jest godne pożałowania – pisał – że te dwa wielkie narody, między którymi przez ponad sto lat panowała przynosząca obopólne korzyści szczęśliwa tradycja przyjaźni, teraz muszą pozostawać bez jakichkolwiek środków wzajemnej komunikacji”[63]. W swoim piśmie Kalinin przyznał, że miał podobne odczucia jak Roosevelt i zawsze uważał, że wszelkie trudności między tymi dwoma państwami powinny być rozwiązywane w stosunkach bezpośrednich. Tym samym sugerował, że uznanie powinno nastąpić przed załatwieniem istniejących spraw. Dodał, że brak stosunków nie tylko rzutuje na ich wzajemne interesy, ale i źle wpływa na sytuację międzynarodową. Przyjmując zaproszenie Roosevelta, zapowiedział przyjazd do Stanów Maksima Litwinowa[64].

Wymiana pism między Rooseveltem a Kalininem spotkała się z przychylną reakcją prasy amerykańskiej. Spośród jedenastu artykułów wstępnych zamieszczonych przez gazety w całym kraju tylko jeden, w „Los Angeles Times”, prezentował odmienne stanowisko[65]. „New York Times”, popierając decyzję Roosevelta, zwrócił uwagę, że nawiązanie stosunków niekoniecznie zaowocuje dużym eksportem do Rosji[66]. Na wzrost obrotów z tym nowym rynkiem liczyła część biznesu, głównie ze stanów północnych i środkowych. „San Francisco Chronicle”, dociekając motywów kierujących prezydentem, uważał, że do podjęcia negocjacji z Moskwą pchnęła Biały Dom napięta sytuacja w Azji[67]. W Związku Sowieckim natomiast „Prawda” w decyzji dwóch stolic widziała wielkie wydarzenie, mówiące o zmianie podejścia burżuazji amerykańskiej, która w końcu miała się przekonać, że nie można już ignorować rosnącego znaczenia Związku Sowieckiego w sprawach światowych[68]. Dziennik „Izwiestia” zaś zwracał uwagę, że wiadomość z Waszyngtonu budzi nadzieje na bezpieczniejszy świat, gdyż zdaniem redakcji obywatele amerykańscy mieli być świadomi, że sowiecka polityka zagraniczna opiera się na nieingerowaniu w sprawy innych państw i sprzyjaniu przyjacielskim stosunkom politycznym i ekonomicznym ze wszystkimi dążącymi do pokoju narodami[69].

Kilka dni po konferencji Roosevelta, 24 października, Skwirski uściślił informacje o składzie delegacji. Wraz z Litwinowem przyjeżdżali Iwan Diwilkowski, sekretarz generalny w Komisariacie Spraw Ludowych, właściwie sekretarz prasowy Litwinowa, i Konstantin A. Umanski, dyrektor Departamentu Prasowego w tym ministerstwie. Delegacja wyjeżdżała z Moskwy pociągiem 24 października i przez Warszawę, Berlin, Paryż, gdzie czekały na nią wizy, i Cherbourg liniowcem „Berengaria” miała dotrzeć do Nowego Jorku w poniedziałek, 6 listopada, w szesnastą rocznicę zwycięskiego przewrotu bolszewickiego[70]. W Berlinie Litwinow udzielił dziennikarzowi „New York Timesa” wywiadu, w którym powiedział, że jeśli Amerykanie myślą o porozumieniu tak poważnie jak strona sowiecka, to powinno ono zostać osiągnięte „w pół godziny”[71]. Wypowiedź ta, nagłośniona w Stanach, zrobiła złe wrażenie. Ale można przypuszczać, że przewidując trudności, Litwinow, wytrawny negocjator, próbował dać wyraźny sygnał, jak bardzo zależy mu na uznaniu. Wyjeżdżając z Moskwy, czuł ciężar sprawy, jakiej się podjął, tym większy, że właściwie nie miał okazji rozmawiać o niej szerzej ze Stalinem. Ten bowiem od 17 sierpnia wraz z Woroszyłowem przebywał w Soczi, gdzie polował i chodził na ryby. Jak pisał: „Tutaj, na wakacjach, nie siedzimy w jednym miejscu, lecz stale gdzieś jeździmy”. Wrócił dopiero 4 listopada[72]. Wtedy zaczął przygotowywać się do nadchodzącego XVII „zjazdu zwycięzców”, który miał go ukoronować za „triumfy ostatnich czterech lat”[73]. Litwinow musiał więc wrócić z Waszyngtonu z pomyślną wiadomością. O wywiadzie i swoim gambitowym posunięciu nie pozwolił pisać prasie sowieckiej, dopiero ze Stanów Zjednoczonych z wirtuozerią miał zacząć przekazywać gazetom wiadomości. Hull, powiadomiony o składzie delegacji sowieckiej, dał polecenie chargé d’affaires w Paryżu, by komisarzowi i towarzyszącym mu osobom wbito zwykłe, niedyplomatyczne wizy. Przyznanie wiz dyplomatycznych oznaczałoby bowiem uznanie sowieckiego reżimu[74].

Skwirski, informując Bullitta o składzie delegacji, zwrócił się z jeszcze jedną ważną dla niego sprawą. Uważał, że byłoby szczególnie niepożądane, aby przyjazdowi delegacji sowieckiej towarzyszyły jakiekolwiek demonstracje w porcie, czy to zwolenników Białej Rosji, czy komunistów. Z tego powodu prosił o przewiezienie Litwinowa z liniowca kutrem do Jersey City. Stamtąd wypożyczonym już na koszt rządu sowieckiego prywatnym samochodem Litwinow pojechałby do Waszyngtonu. Bullitt obiecał nad tym wszystkim czuwać[75].

Aby przygotować się na spotkanie z Litwinowem, Hull odłożył wyjazd na konferencję panamerykańską do Montevideo, a w Departamencie Kelley i inni eksperci przygotowali różnego rodzaju dokumenty mające uregulować poszczególne sprawy, na których zależało stronie amerykańskiej[76]. 6 listopada wieczorem, na zwołanym na ostatnią chwilę w Białym Domu spotkaniu, Roosevelt, Hull, Philips, Bullitt i Moore zgodzili się, że dwu spraw Sowietom nie odpuszczą: uprawiania komunistycznej propagandy w Stanach Zjednoczonych i prawa do wyznawania własnej religii przez obywateli amerykańskich przebywających w Rosji[77].

Wizyta Litwinowa w Stanach Zjednoczonych

Następnego dnia, po przejściu procedury imigracyjnej, Litwinow został powitany na pokładzie „Berengarii” przez przedstawicieli Departamentu oraz prasy i złożył krótkie oświadczenie, wyrażając przekonanie, że „nienormalna sytuacja stanie się historią – i im szybciej, tym lepiej”[78]. W jego bagażu leżało zaś pełnomocnictwo do reprezentowania rządu bolszewickiego w Stanach Zjednoczonych, podpisane jeszcze przez Lenina i pierwszego ludowego komisarza spraw zagranicznych Gieorgija Cziczerina 21 czerwca 1918 r. Chciał je pokazać Rooseveltowi, by wyraziście określić intencję, z jaką przybywał do Stanów Zjednoczonych[79].

W Waszyngtonie, dokąd przyjechał pociągiem, na eleganckiej Union Station spotkał się z Hullem i towarzyszącymi mu osobami, ubranymi nieformalnie, nie w tużurkach i bez cylindrów (top hats). Starali się w ten sposób nadal podkreślać, że witają przedstawiciela państwa, z którym Stany Zjednoczone nie utrzymują jeszcze stosunków dyplomatycznych[80]. Jednocześnie i na dworcu, i w czasie przejazdu Litwinowa do rezydencji Skwirskiego zachowano szczególne środki ostrożności, obawiając się ewentualnych incydentów. O 17.30 w towarzystwie Hulla Litwinow udał się do Białego Domu, gdzie Roosevelt przyjął go w owalnym Niebieskim Pokoju (Blue Room). Ten utrzymany w stylu Ludwika XVI, uważany za najbardziej elegancki w całej rezydencji salon służy do podejmowania jedynie głów państw. Gest Roosevelta miał więc szczególną wymowę, choć podobno zrobił on żartobliwą uwagę, że może bardziej stosownym dla gościa byłby inny pokój w Białym Domu – Czerwony (Red Room). Po powitaniu obaj politycy w cztery oczy, bez tłumacza, odbyli krótką kurtuazyjną rozmowę. Litwinow dobrze władał językiem angielskim, jego żona była Angielką. Słysząc to, Roosevelt zapytał, dlaczego nie wziął jej ze sobą. Komisarz wyjaśnił, że jest niezwykle zajęta swoimi sprawami zawodowymi, dużo podróżuje po Związku Sowieckim, spotyka się z robotnikami i właśnie z tego względu nie mogła przyjechać[81]. Opuszczając Biały Dom, Litwinow pozdrowił uprzejmie oczekujących na niego dziennikarzy i nieoczekiwanie oświadczył, że spotkanie z prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki było dla niego prawdziwą przyjemnością[82]. Był to przemyślany gest polityka świetnie rozumiejącego rolę prasy w Stanach.

Pierwsze poufne rozmowy Litwinowa z Hullem, Philipsem, Moore’em, Bullittem, Kelleyem i Morgenthauem odbyły się w środę, 8 listopada, przed południem, w sąsiadującym z zachodnim skrzydłem Białego Domu dużym budynku – Old State Building, gdzie od 1874 r. urzędował Departament Stanu[83].

Rozpoczynając rozmowy, Hull w serdecznym tonie zarysował najważniejsze sprawy, których załatwienie, zgodnie ze stanowiskiem strony amerykańskiej, miałoby prowadzić do ułożenia stosunków z Moskwą. Ta koncepcja prowadzenia rozmów i wyliczenie spraw do załatwienia zaskoczyły do pewnego stopnia Litwinowa, szczególnie że znalazły się wśród nich kwestie o charakterze ideologicznym, dotyczące poczynań Kominternu czy „eksportu” propagandy komunistycznej przez Moskwę. Nie omawiając więc szczegółowych propozycji – jak poinformowano prasę – strony zgodziły się kontynuować spotkanie po południu, o godzinie 16[84].

Na lunch Litwinow, Hull, negocjatorzy, eksperci związani z tymi rozmowami oraz goście zainteresowani ich wynikami udali się do Białego Domu, gdzie przyjął ich prezydent. Tę okazję Litwinow postanowił wykorzystać od razu, ze spotkania w Departamencie Stanu wyciągnął bowiem wniosek, że jeśli chce doprowadzić do uznania swojego kraju i nawiązania stosunków dyplomatycznych ze Stanami, minimalizując oczekiwania strony amerykańskiej, musi zmiękczyć samego Roosevelta[85], narzucić mu swoją filozofię negocjacyjną. Zaznaczyć, że dąży do pomyślnego zakończenia rozmów, ale także dać do zrozumienia, że otrzymał ograniczone kompetencje. Litwinow, mający wśród ludzi Kremla opinię człowieka, który potrafi wyjść z wody suchy, teraz zakładał, iż jego taktyka może przynieść pożądany skutek. Rozmowę z Rooseveltem zaczął od uwag o sytuacji międzynarodowej. Wyczuł, że prezydent lubi prezentować się jako polityk o szerokim spojrzeniu. Zaabsorbował więc jego uwagę polityką Hitlera, tym, że wyprowadził Niemcy z Ligi Narodów, oraz posunięciami Japonii w Azji. A jak pisał do Moskwy, to Roosevelt uznał Berlin i Tokio za źródła zagrożenia dla pokoju światowego. Dodawał, że to prezydent zasugerował, aby Stany Zjednoczone wespół ze Związkiem Sowieckim starały się zapobiec temu rodzącemu się niebezpieczeństwu. Po lunchu, zostawszy tylko z Rooseveltem i Hullem, skoncentrował się na kwestiach związanych z rozmowami. Wysłuchał wyjaśnienia Roosevelta o tym, jakie ma on ograniczenia ze strony Kongresu i opinii publicznej, czyli jak duże jest jego pole manewru. Prezydent proponował zatem, aby i Litwinow wykazał pewną elastyczność i rozważył, czy nie jest możliwe przeniesienie Kominternu poza Związek Sowiecki, do Genewy. Litwinow przekonał go, że czegoś takiego nie można wymagać od Moskwy, gdyż Komintern to organizacja międzynarodowa, suwerenna w swoich decyzjach. Żegnając się z prezydentem, Litwinow uparcie forsował tezę, że sprawy, które są do załatwienia między Moskwą a Waszyngtonem, nie są tak istotne w świetle tego, jak duże międzynarodowe znaczenie ma ustanowienie wzajemnych stosunków i współpracy[86].

W Departamencie Hull jakby nie słyszał ideologii Litwinowa i wprowadził rzeczową atmosferę, wysuwając na początek sprawę zabezpieczenia praw do wyznawania swojej religii przez obywateli amerykańskich przebywających w Rosji. Sądząc, że Amerykanie domagają się tych praw dla wszystkich obywateli Związku Sowieckiego, Litwinow zacietrzewił się i zaoponował. Odetchnął po wyjaśnieniu tej kwestii. O wiele trudniejszym dlań problemem było osiągnięcie porozumienia o zaprzestaniu komunistycznej propagandy i działalności III Międzynarodówki w USA. Zatwardziały bolszewik doskonale wiedział, że ta sprawa jest najważniejsza dla jego pryncypała, Stalina. Amerykanie zwrócili mu jednak uwagę, że jedynie proponują rozwiązanie, na jakie Moskwa już się zgodziła w traktatach podpisanych z innymi państwami. Litwinow obiecał wyjaśnić tę kwestię[87]. Ogłoszony po dwugodzinnych rozmowach wspólny komunikat informował tylko o tym, że rozmowy będą kontynuowane następnego dnia o godzinie 11[88].

W czwartek 9 listopada przed południem Litwinow i Hull oraz Philips, Moore i Bullitt wymieniali argumenty przez dwie godziny. Jak zanotował Moore, przekonano stronę amerykańską, że ustanowienie normalnych stosunków musi nastąpić bez żadnych warunków. Po prostu wcześniej należy rozwiązać wszelkie sporne kwestie, gdyż później Moskwa będzie łamać swoje przyrzeczenia, tak jak postępuje wobec tych, którzy jej uwierzyli[89]. Zdegustowani dogmatycznym podejściem Litwinowa negocjatorzy wraz z Hullem udali się do prezydenta. Litwinow z kolei w depeszy do Moskwy oskarżał ich o to, że utrudniają negocjacje, posługując się „szkodzącymi nam materiałami”[90]. Hull, który w sobotę opuszczał Waszyngton, by udać się do Montevideo, uważał, że osobiste zaangażowanie się Roosevelta w te negocjacje pozwoli wyjść z impasu[91].

Następnego dnia, jak zauważył Moore, dyskusja, która odbyła się w Białym Domu, była konkretniejsza[92]. Philips miał wrażenie, że pod koniec Litwinow „odtajał”, co było zasługą Roosevelta. Dokonując przeglądu spraw wymagających uregulowania, prezydent starał się stworzyć dobrą, nacechowaną poszukiwaniem kompromisu atmosferę. Niemniej asystujący mu negocjatorzy precyzyjnymi pytaniami dali Litwinowowi do zrozumienia, że nieźle się orientują, jak wygląda ochrona praw obywatelskich w Związku Sowieckim w praktyce i jak działa sądownictwo. W tym też kontekście uzasadniali swoje starania o to, by koniecznie przed uznaniem Moskwy wypracować i podpisać stosowne porozumienia. A podczas godzinnej rozmowy poruszono kwestię zagwarantowania wolności religii, uprawiania propagandy komunistycznej w Stanach Zjednoczonych, ochrony praw obywateli amerykańskich w Związku Sowieckim i wreszcie dotknięto materii odszkodowań[93]. Na zakończenie Roosevelt przekazał Litwinowowi pewne materiały i teksty ewentualnych porozumień oraz zasugerował, aby już tylko w cztery oczy, prywatnie, porozmawiali wieczorem, o 21.00, by, jeśli zajdzie potrzeba, mogli się nawet trochę pokłócić[94].

Przed wyjściem do Białego Domu Litwinow zakładał, że rozmowa w piątkowy wieczór może zaowocować pewnymi istotnymi ustaleniami, i chyba z tego względu przesłał do Moskwy długą depeszę[95]. Zrelacjonował ostatnią rozmowę z Rooseveltem i wskazywał, że o ile prezydent dąży do pomyślnego zamknięcia rozmów, o tyle negocjatorzy są rzeczowi i nieskłonni do poważniejszych ustępstw. Tym samym w świetle tej depeszy stawiał siebie w trudnym położeniu i informował, że robi wszystko, by doszło do jak najkorzystniejszych ustaleń dla Związku Sowieckiego. Zapowiadał, że pokaże Rooseveltowi swoje teksty propozycji o wolności praktyk religijnych i o propagandzie. Zaznaczył, że postara się z prezydentem wyjaśnić, czy lista spraw do uregulowania została już zamknięta, czy też Amerykanie będą jeszcze o coś zabiegać. Depeszę Litwinowa w kontekście źródeł amerykańskich trudno uznać tylko za sumienne wypełnienie obowiązku, poinformowanie Kremla o stanie rzeczy. Ten dokument sprawia wrażenie swoistego zabezpieczenia się Litwinowa przed Stalinem. Litwinow starał się potwierdzić opinię, jaką miał o nim Stalin, a mianowicie że jest zdyscyplinowanym, lojalnym bolszewikiem, doskonale rozumiejącym, jakie są cele polityki zagranicznej jego kraju[96].

Na to, że Litwinowa nie zawiodła polityczna intuicja i że ta wieczorna rozmowa miała stać się ważnym momentem negocjacji, wskazywało to, że Roosevelt ściągnął jeszcze do siebie Bullitta. Chciał ponownie skonsultować z nim kwestie zpewnienia obywatelom amerykańskim przebywającym w Rosji prawa do praktyk religijnych, czyli szykował się do ostatecznej decyzji, do porozumienia[97]. Prezydent, co z czasem stało się wiadome dla jego współpracowników, był niecierpliwy, dążył do rozwiązania problemu nawet kosztem jego niedopracowania. Wzywając Bullitta, zapewne potwierdził i to, że od tego piątkowego popołudnia to Bullitt był głównym negocjatorem ze strony Departamentu Stanu w rozmowach amerykańsko-sowieckich, Philips bowiem w związku z wyjazdem Hulla przejmował obowiązki szefa resortu.

Spotkanie to, upływające w swobodnej atmosferze, usatysfakcjonowało Litwinowa zarówno pod względem towarzyskim, jak i merytorycznym[98]. Został podjęty koktajlami, z których Roosevelt był dumny, chociaż wielu jego gości popijało je z grzeczności. Często bywały to słabe martini, whisky sour lub inne mikstury składające się z dżinu i soku z grejpfruta. Roosevelt zaproponował także gościowi przejście na ty. Natomiast w interesujących obu polityków kwestiach wypracowali już porozumienie o ochronie wolności religijnej dla Amerykanów żyjących w Związku Sowieckim. Po pewnym czasie Roosevelt opowiedział jedynej kobiecie w jego gabinecie, Frances Perkins, o tym, jak do tego doszło, odsłaniając swoją technikę prowadzenia negocjacji: „(…) każdy człowiek w głębi duszy wie, że jest Bóg (…). Ty wiesz, Maks. Twoi dobrzy starzy rodzice, ojciec i matka, pobożni Żydzi, zawsze się modlili. Wiem, że musieli i ciebie tego nauczyć. Maks był czerwony jak burak i powiedziałem mu (…) teraz myślisz, że jesteś ateistą (…), ale Ci powiem, Maks, że kiedy przyjdzie ci umierać, to pomyślisz o tym, czego nauczyli cię rodzice (…). Maks przechwalał się, sapał, mówił różne rzeczy, śmiał się i był bardzo zakłopotany, ale go trafiłem. Jestem pewny, sądząc z wyrazu jego twarzy i zachowania, że wiedział, co miałem na myśli, i wiedział, że miałem rację”[99].

Roosevelt i Litwinow zbliżyli się także w sprawie propagandy i zabezpieczenia praw obywateli amerykańskich udających się do Rosji – władze sowieckie miały natychmiast informować o zatrzymaniu obywatela Stanów Zjednoczonych i jeśliby doszło do procesu, musiałby on mieć charakter jawny. Poruszyli kwestie długów rządu Kierenskiego i odszkodowań za własność Amerykanów znacjonalizowaną po październiku 1917 r., przy czym Roosevelt w memorandum, które następnego dnia przekazał Bullittowi uczulał go, że w tej ostatniej kwestii musi zostać osiągnięte „zadowalające porozumienie”[100].

W weekend, 11 i 12 listopada, nie przerywano prac. W sobotę do południa Litwinow wraz z Philipsem, Moore’em i Bullitte’em omawiali te szczegóły, które wynikały z rozmowy komisarza z prezydentem przeprowadzonej poprzedniego wieczoru[101]. A uzgodnione z Litwinowem zobowiązania Departament od razu przekładał na odpowiednie pisma i dokumenty, by móc przesłać je do Moskwy.

W poniedziałek Litwinow pokusił się o krótki wyjazd poza Waszyngton. Chciał zobaczyć jesienną Wirginię, Monticello Jeffersona i Mount Vernon Waszyngtona. Od wieczora zaś z niecierpliwością wyczekiwał zatwierdzenia przez Kreml, a właściwie przez Stalina, wstępnych porozumień i zastanawiał się, co w świetle amerykańskiego stanowiska nie było łatwe, jak rozwiązać kwestię zaciągniętych przez Rząd Tymczasowy Kierenskiego pożyczek od Stanów Zjednoczonych i odszkodowań za skonfiskowanie amerykańskiego mienia i przedsiębiorstw przez rząd Lenina. Całość swoich roszczeń wobec Związku Sowieckiego Amerykanie wyliczyli na 631 305 678 dolarów[102]. Biorąc pod uwagę pewne fakty, byli skłonni ustąpić jedynie minimalnie. Taką sugestię wysunął Kelley, który przed przyjazdem Litwinowa przygotował jeszcze jedno memorandum[103]. Wskazał, że można nie domagać się sumy wydatkowanej na pomoc dla Kołczaka w wysokości 4 871 547,37 dolarów. I to wszystko. Zaczynając prawdopodobnie we wtorek, 14 listopada, negocjacje o tych kwotach, Litwinow nie chciał nawet o nich słyszeć. Ale negocjujący z nim Bullitt trzymał się wykładni Kelleya, który kładł nacisk na to, że zmiana rządu czy ustroju nie zwalnia nowej władzy od przejęcia różnego rodzaju zobowiązań finansowych zaciągniętych przez poprzednie władze[104]. Zdecydowanie odrzucając takie podejście, Litwinow ostatecznie przystał na uznanie zobowiązań finansowych Rządu Tymczasowego, czyli negocjowanie 187 milionów dolarów. Ale i tę sumę uznał za zbyt wygórowaną.

Podczas negocjacji w środę, 15 listopada przed południem, najpierw krótko z Rooseveltem, Morgenthauem i Bullittem, a następnie przez dwie godziny już tylko z Bullittem i Morgenthauem, który pełnił obowiązki sekretarza skarbu, usłyszał jednak, że niespłacenie długów przez jego rząd będzie skutkować nieotrzymaniem nowego kredytu, gdyż tak przewidywał Johnson Bill, który czekał w Kongresie na uchwalenie; wszedł w życie w kwietniu 1934 r.[105] Poza tym, jak sugerował mu Bullitt, zaproponowanie przez rząd sowiecki absurdalnie niskiej sumy mogło również być źle przyjęte przez Kongres Stanów Zjednoczonych i tym samym Moskwa nie otrzymałaby ani jednego centa kredytu, na którym jej tak bardzo zależało. Zakończywszy rozmowy z Litwinowem przed lunchem, Bullitt błyskawicznie napisał memorandum, upierając się, aby Roosevelt nie przystawał na mniejsze odszkodowanie dla strony amerykańskiej niż 100 milionów dolarów. Zaproponował także, że pojawi się w Białym Domu wcześniej, przed powrotem Litwinowa, i zredaguje projekt ostatecznego porozumienia[106].

Spotkanie o godzinie 14.00 w Gabinecie Owalnym doprowadziło do zaskakującego uzgodnienia – gentleman’s agreement. Porozumienie to stanowiło, że rząd sowiecki spłaci rządowi Stanów Zjednoczonych Ameryki dług rządu Kierenskiego w wysokości co najmniej 75 milionów dolarów, w formie dodatkowych procentów dodanych do raty spłaty nowej pożyczki, na której otrzymanie Sowieci liczyli[107]. Jednocześnie wszystkie inne zobowiązania finansowe zostały umorzone.

Wypracowując to porozumienie, zarówno Roosevelt, jak i Litwinow zaakcentowali swoje zastrzeżenia. Wpisali je – Amerykanie w „Memorandum by President Roosevelt and the Soviet Commissar for Foreign Affairs (Litvinov)”, a Litwinow w „Sowmiestnoje kommjunike Narodnogo Komissara Inostrannych Dieł SSSR M.M. Litwinowa i Presidenta SSzA Roosevelta o pieriegoworach po finansowym woprosom”[108]. Oba te dokumenty zostały podpisane przez Roosevelta i Litwinowa o godzinie 14.45 w obecności Morgenthaua i Bullitta, przy czym Litwinow, donosząc Moskwie o osiągnięciu porozumienia, zastrzegał, że prezydent pod wpływem swoich doradców może zechcieć nanieść jeszcze jakieś poprawki merytoryczne lub wręcz zgłosić nowe żądania. Do tego jednak nie doszło i choć Roosevelt zaznaczył, że sumy mniejszej niż 150 milionów dolarów Kongres nie zaakceptuje, obiecał, że postara się przekonać polityków z Kapitolu, aby nie była ona większa. Z kolei Litwniow zrobił uwagi, które okazały się pożyteczne w przyszłych negocjacjach o kredyty. Stwierdził, że wysokość żądanych przez Amerykanów spłat jego rządowi wydaje się zdecydowanie za wysoka. Co więcej, z właściwą sobie przebiegłością sugerował, że gdyby sam Roosevelt wniknął w owe zobowiązania głębiej, to sumę 75 milionów dolarów uznałby za w pełni satysfakcjonującą. Wreszcie swoje dalsze rozmowy w Waszyngtonie z Morgenthauem i Bullittem mające na celu określenie dokładniej wysokości długów mieszczącej się między 75 milionami a 150 milionami dolarów uzależnił od formalnego wznowienia stosunków między Moskwą a Waszyngtonem. Roosevelt, sądząc, że osiągnął „zadowalające rozwiązanie”, poprosił jedynie Litwinowa o utrzymanie w tajemnicy gentlemen’s agreement i o nieinformowanie o nim prasy, co bardzo komisarzowi, a głównie Kremlowi, odpowiadało. Tekst porozumienia schował głęboko w swoich tajnych papierach, po raz pierwszy został on opublikowany po jego śmierci.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niedobrani sojusznicy. Ambasadorzy Roosevelta w ZSRR 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie