Pieśni o wojnie i miłości

Pieśni o wojnie i miłości

Autorzy: Santa Montefiore

Wydawnictwo: Świat Książki

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 576

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 19.90 zł

Ich życie zostało zaplanowane od samego początku.

Ale wojna i miłość wszystko zmienią…

Zachodni Cork, Irlandia, rok 1900. To początek nowego stulecia i narodziny trzech bardzo różnych kobiet: Kitty Deverill – ognistorudej angloirlandzkiej córki dziedziców zamku, Bridie Doyle – córki irlandzkiej kucharki oraz Celii Deverill – ekstrawaganckiej angielskiej kuzynki Kitty. Kiedyś dorastały razem w bajecznym otoczeniu wspaniałego rodzinnego majątku, Castle Deverill, teraz ich spokojne życie zostaje zagrożone, gdy na te tereny dociera irlandzka walka o niepodległość. W ogarniętej wojną Irlandii zamek, symbol brytyjskiej dominacji, znajduje się w niebezpieczeństwie. Kitty, zakochana w rebeliancie Jacku O’Learym i rozpalona patriotyzmem, jest rozdarta między anglo-irlandzką rodziną i głęboką miłością do Irlandii i Jacka.

Przyjaźń dziewcząt wydaje się należeć do przeszłości, ponieważ naznaczyła ją zdrada oraz utrata ich dotychczasowego życia, a one same znalazły się w różnych częściach świata. Jednak coś je łączy: gorąca i nieprzemijająca tęsknota za Castle Deverill i związane z nim wspomnienia.

Santa Montefiore to mistrzyni epickich romansów. Wszystko, co pisze, pisze z głębi serca.

Jojo Moyes

Znakomita opowieść o miłości i śmierci w romantycznych miejscach i fascynujących czasach.

„Vogue”

Porywająca saga rodzinna jednej z naszych ulubionych i najlepiej sprzedających się autorek.

„The Times”

Santa Montefiore, angielska pisarka, jedna z najchętniej czytanych autorek powieści dla kobiet. Nakładem wydawnictwa Świat Książki ukazały się m.in.: Spotkamy się pod drzewem ombu, Smak szczęścia, Włoskie zaręczyny, Jaskółka i koliber, Francuski ogrodnik, Tajemnica morskiej latarni, Córka pszczelarza. Wkrótce ukażą się kolejne części trylogii.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Część pierwsza Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Część druga Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Część trzecia Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Epilog

Bantry Bay

Podziękowania

Tytuł oryginału

SONGS OF LOVE AND WAR

Wydawca

Grażyna Woźniak

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Joanna Wysłowska

Korekta

Jadwiga Piller

Marzenna Kłos

Copyright © 2015 by Santa Montefiore by arrangement with Proprietor

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Alina Jakubowska, 2017

Świat Książki

Warszawa 2017

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-711-6

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Mojemu drogiemu

przyjacielowi Timowi Kelly,

bez którego wskazówek i wsparcia

nigdy nie miałabym odwagi

napisać tej książki.

Is mise Peig Ni Laoghaire. A Tiarna Deverill, dhein tú éagóir orm

agus ar mo shliocht trín ár dtalamh a thógáil agus ár spiorad a bhriseadh.

Go dtí go gceartaíonn tú na h-éagóracha siúd, cuirim

malacht ort féin agus d-oidhrí, I dtreo is go mbí sibh gan suaimhneas

síoraí I ndomhan na n-anmharbh.

Nazywam się Maggie O’Leary. Lordzie Deverillu, skrzywdziłeś mnie i moich potomków, odbierając nam ziemię i łamiąc nam ducha. Póki nie naprawisz wyrządzonych nam krzywd, przeklinam ciebie i twój ród, przeklinam was na wieczność. Niech wasze dusze nigdy nie zaznają spokoju, błąkając się między światem żywych i umarłych.

Maggie O’Leary, 1662

Prolog

Hrabstwo Cork, Irlandia, 1925

Dwaj chłopcy o umorusanych buziach i podrapanych kolanach dotarli do zardzewiałej kutej bramy – wiodła do niej ledwie widoczna ścieżka, odchodząca od głównej drogi i łagodnym łukiem przecinająca las. Po drugiej stronie bramy ukryte za drzewami znajdowały się osmalone zgliszcza Castle Deverill, ongiś siedziby jednego z najpotężniejszych anglo-irlandzkich rodów na tej ziemi, nim przed trzema laty ostatecznie strawiła zamek pożoga. Mur z surowego kamienia okalający posiadłość zawalił się w kilku miejscach pod naporem zachłannego lasu i ostrych zimowych wiatrów. Mech rozrastał się nieubłaganie, chwasty pleniły bez granic, trawa niczym kępki włosów wyrastała na zwieńczeniu muru, a bluszcz rozpościerał swe liściaste palce na kamieniach, niemal całkiem je zasłaniając. Chłopców nie wystraszyła ani pokaźnych rozmiarów tablica ostrzegająca nieproszonych gości, ani ciemny podjazd zaścielony gnijącymi liśćmi, gałązkami i błotem, nagromadzonymi tu przez kolejne martwe sezony. Kłódka brzęknęła o łańcuch, gdy uchylili bramę i wślizgnęli się do środka.

Po drugiej stronie park był cichy, a ziemia grząska, ponieważ lato dobiegło już końca i nastała jesień z lodowatymi podmuchami wiatru i zimnym deszczem. Kiedyś wzdłuż podjazdu kwitły na czerwono rododendrony, ale dziś ginęły w gąszczu pokrzyw, paproci i rozrośniętych wawrzynów. Chłopcy biegiem minęli krzaki, nieświadomi, że tędy kiedyś do wspaniałego zamku, z którego rozpościerał się widok na morze, zajeżdżały powozy z najznamienitszymi osobami w hrabstwie. Teraz podjazd zmienił się w zapuszczoną dróżkę, a zamek leżał w ruinie. Odwiedzały go jedynie kruki i gołębie oraz nieustraszeni mali chłopcy żądni przygód i pewni, że nikt nie odkryje ich obecności w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu.

Podekscytowane dzieci przedarły się przez wysokie trawy, żeby pobawić się w ruinach okazałych niegdyś pokoi. Ogromna klatka schodowa dawno przestała istnieć, główne kominy przebiły dach, tworząc górę cegieł, na którą chłopcy mogli się wdrapywać. W zachodnim skrzydle zachowany fragment dachu w postaci potężnych krokwi, spinających dwie z pozostałych ścian, przypominał żebra gigantycznego zwierzęcia rozkładającego się pod gołym niebem.

Chłopców zbyt pochłaniała zabawa, żeby udzielał im się smutek unoszący się nad rumowiskiem; nie mogli również usłyszeć zawodzącego echa przeszłości. Byli zbyt młodzi, by nawiedziła ich nostalgia oraz melancholijne poczucie śmiertelności, które to miejsce wywołuje. Duchy mieszkające w starych murach, opłakujące utratę swojego domu oraz przelotnego ziemskiego życia, brzmiały jak wiatr ciągnący znad wody. Jęk pustych ram okiennych oraz gwizd w nienaruszonych kominach przyprawiał małych intruzów o emocjonujący dreszcz radości, ponieważ niesamowita, pełna grozy atmosfera przynosiła tym większą uciechę z zabawy. Duchy mogły się poczuć jeszcze bardziej samotne wobec kompletnego braku uwagi ze strony nieoczekiwanych gości.

Nad frontowymi drzwiami starszy chłopiec zdołał odczytać łacińskie litery, zmatowiałe od sadzy, niemal zatarte na poczerniałym nadprożu.

– Castellum Deverilli est suum regnum tysiąc sześćset sześćdziesiąt dwa – przeczytał głośno.

– Co to znaczy? – spytał ten młodszy.

– Wszyscy w okolicy wiedzą. Zamek Deverilla jest jego królestwem.

– Niewiele zostało z tego królestwa – skwitował młodszy ze śmiechem.

W gasnącym z wolna świetle chłopcy niczym para urwisów buszowali po pokojach w poszukiwaniu skarbów, rozkopując ziemię w miejscach, gdzie była dostatecznie miękka. Ich cicha paplanina mieszała się z krakaniem kruków i gruchaniem gołębi, a duchy mogły w spokoju wspominać swoje własne dzieciństwo, gdy bawiły się w imponujących zamkowych ogrodach. Ponieważ kiedyś naprawdę były tu wspaniałe ogrody.

Na przełomie wieków na ogrodzonym terenie rozpościerał się wielki sad i warzywnik, obfitujące w rozmaite owoce i warzywa, które zaspokajały wykwintne gusta rodziny Deverillów oraz zaopatrywały służbę. Był ogród różany, arboretum oraz labirynt, w którym dzieci Deverillów gubiły się wśród cisowych żywopłotów. W rozległych szklarniach hodowano pomidory wśród storczyków i fig, a na łące, gdzie latem słońce odbijało się w żółtych pierwiosnkach, panie z zamku mogły miło spędzać czas na piknikach i podwieczorkach pełnych śmiechu i plotek. Nad bez mała rajskimi wtenczas ogrodami dziś unosiła się woń rozkładu. Pomimo słońca tonęły w cieniu, a pajęczyna powojów z roku na rok dusiła rośliny na śmierć. Z minionej świetności nie pozostało nic prócz swego rodzaju dzikiego piękna, które robiło wstrząsające wrażenie.

Terkot silnika oderwał chłopców od kopania. Dźwięk narastał, gdy samochód zbliżał się do zamku. Spojrzeli po sobie w osłupieniu i pospiesznie przeczołgali się do głównego wejścia, skąd przez wybite okno zobaczyli lśniącego forda T zmierzającego w ich stronę. Samochód zatrzymał się przy schodach wiodących kiedyś do frontowych drzwi.

Zżerani ciekawością przepychali się między sobą, żeby lepiej widzieć, uważając zarazem, aby nie wystawić głowy zza ściany. Szczęki im opadły na widok wozu o opływowej linii karoserii i miękkim dachu. Słońce odbijało się od wypolerowanej zielonej maski, a srebrne reflektory błyszczały jak żabie oczy. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się i z forda wysiadł mężczyzna w miękkim brązowym kapeluszu i eleganckim płaszczu z wielbłądziej wełny.

Omiótł wzrokiem zamek, zatrzymując się na chwilę, by oswoić się z dramatycznym widokiem. Pokręcił głową, skrzywił się, jakby oceniając rozmiary kataklizmu, który zniszczył tę piękną budowlę. Potem podszedł do drzwi od strony pasażera i je otworzył.

Wyciągnął rękę, by ująć drobną dłoń w czarnej rękawiczce. Chłopcy stali jak zamurowani; gdyby nie ich zarumienione twarze i czarne włosy, można by ich wziąć za parę posążków psotnych cherubinów. Z narastającym zaciekawieniem przyglądali się wysiadającej kobiecie. Miała na sobie wytworną sukienkę w kolorze ciemnego szmaragdu, długi czarny płaszcz i głęboko nasunięty czarny kapelusik, spod którego widać było jedynie jaskrawoczerwone usta, ostro kontrastujące z bielą skóry. Na jej prawej piersi lśniła duża brylantowa broszka w kształcie gwiazdy. Chłopcy rozszerzyli oczy, ponieważ kobieta wyglądała, jakby przybyła z innego świata – z czasów, gdy ów wspaniały zamek przeżywał chwile świetności.

Kobieta, stojąc u podnóża poczerniałych ścian, uniosła podbródek. Wzięła mężczyznę za rękę i zwróciła ku niemu twarz.

– Biorę Boga na świadka – powiedziała, a chłopcy musieli nastawić uszu, by ją dosłyszeć – że odbuduję ten zamek. – Umilkła, a mężczyzna nie uczynił najmniejszego gestu, żeby ją ponaglić. W końcu znów omiotła wzrokiem walące się mury i szczęka jej zesztywniała. – Ostatecznie mam do tego takie samo prawo jak inni.

Część pierwsza

Rozdział 1

Hrabstwo Cork, Irlandia, 1910

Kitty Deverill skończyła dziewięć lat. Dla dzieci urodzonych w innych dniach dziewiąte urodziny nie miały specjalnego znaczenia. Ale dla Kitty, która pojawiła się na świecie dziewiątego dnia dziewiątego miesiąca roku tysiąc dziewięćsetnego, dziewiąte urodziny były naprawdę znaczące. Ale to nie jej matka, piękna i narcystyczna Maud, zaszczepiła tę myśl w głowie małej dziewczynki; Maud nie interesowała się Kitty. Miała jeszcze dwie córki, wkrótce wchodzące w dorosłość, i syna uczącego się w Eton, który był jej oczkiem w głowie. W ciągu pięciu lat, pomiędzy urodzeniem Harry’ego i Kitty, Maud trzykrotnie poroniła, co było skutkiem szybkich przejażdżek konnych po wzgórzach wokół Ballinakelly; Maud nie chciała rezygnować z przyjemności z powodu niewygodnej ciąży. Jednak żaden nierozważny galop nie uchronił jej przed czwartym dzieckiem, które w przeciwieństwie do oczekiwań okazało się słabą i piskliwą dziewczynką z czerwonymi włosami i przezroczystą skórą, podobną bardziej do mizernego kociaka niż niemowlęcia. Maud z obrzydzeniem odwróciła twarz od córeczki, odmawiając jej uznania. Właściwie całkiem odrzuciła dziecko, nie przyjmując wizyt przyjaciół z gratulacjami i kontynuując zwyczaj przejażdżek konnych i polowań, jakby narodziny córki w ogóle nie miały miejsca. Piękna kobieta, zapatrzona we własną urodę, urodzenie brzydkiego dziecka uznała za afront losu. Nie, Maud nigdy nie zaszczepiłaby w głowie Kitty myśli, że jest z jakiegokolwiek powodu wyjątkowa i ważna.

To babka Kitty, matka jej ojca, lady Adeline Deverill, powiedziała jej, że rok tysiąc dziewięćsetny będzie dla niej wielce obiecujący, gdyż data jej urodzin ma niezwykłą wymowę ze względu na liczbę dziewiątek. Twoim opiekunem jest Mars, przypomniała wnuczce, gdy siedziały razem w saloniku na pierwszym piętrze, jednym z niewielu pokojów w zamku, gdzie zawsze było ciepło. A to miało oznaczać, że życie jej wnuczki będzie zdominowane przez konflikt, ale jednocześnie dobry Bóg da jej do ręki specjalne karty, przeświadczony, że Kitty użyje ich z odwagą i mądrością. Adeline dużo jej opowiadała, a Kitty zdecydowanie wolała babcine historie o diabłach i aniołach od drętwych opowieści czytanych przez szkocką guwernantkę, a nawet od pogaduszek pokojówek, głównie dotyczących miejscowych plotek, których z powodu młodego wieku nie była w stanie zrozumieć. Adeline Deverill znała się na „tych sprawach”. Sprawach, które dziadek Kitty traktował z przymrużeniem oka, nazywając je zwykłą blagą; sprawach, z których jej ojciec podrwiwał dobrotliwie, wreszcie sprawach, które jej matkę przyprawiały o niepokój.

Maud Deverill nie bawiły bajki o duchach, kamiennych kręgach oraz klątwach, zaleciła więc pannie Grieve, szkockiej guwernantce Kitty, żeby karała dziewczynkę, ilekroć ta pozwoli sobie na głoszenie, jak je nazywała, „okropnych zabobonów pospólstwa”. Panna Grieve, osoba o wiecznie zaciśniętych ustach, z których wydobywały się równie ściśnięte samogłoski, z lubością smagała dłonie Kitty szpicrutą. Dziewczynka nauczyła się zatem trzymać język za zębami. Nauczyła się lisiej przebiegłości, ujawniając swoje zainteresowania tylko wobec babci, w cieple jej małego salonu, gdzie unosił się zapach bzu i torfowego dymu z kominka.

Kitty nie mieszkała w zamku: zamieszkiwali w nim jej dziadkowie, dopiero w przyszłości miał go odziedziczyć jej ojciec wraz z sięgającym siedemnastego wieku tytułem lorda Deverilla. Kitty mieszkała w Hunting Lodge, dawnym domku myśliwskim, położonym nad rzeką nieopodal zamku. Ignorowana przez matkę i zbyt sprytna dla guwernantki, dziewczynka potrafiła się wymknąć i biegać swobodnie po ogrodach i okolicy, gdzie bawiła się z katolickimi dziećmi, które wyprawiały się na pola, żeby grać w chowanego. Gdyby jej matka się o tym dowiedziała, dostałaby gorączki i zamknęła w swoim pokoju na tydzień, żeby dochodzić do siebie po takiej traumie. Zresztą Maud bywała często tak rozkojarzona, że jak się zdawało, całkowicie zapominała o swoim czwartym dziecku i irytowało ją, gdy panna Grieve jej o nim przypominała.

Najlepszą przyjaciółką Kitty była Bridie, kruczowłosa córka pani Doyle, kucharki lady Deverill. Urodziła się w tym samym roku co Kitty, był między nimi zaledwie miesiąc różnicy, i obie święcie wierzyły, że są „duchowymi siostrami” nie tylko ze względu na zbliżone daty urodzenia, ale również na fakt, że zrządzeniem losu spotkały się w zamku Deverillów, gdzie Bridie pomagała matce w kuchni przy obieraniu ziemniaków i zmywaniu, podczas gdy Kitty kręciła się wokół dużego drewnianego stołu i wykorzystując nieuwagę pani Doyle, podkradała marchewki. Możemy mieć innych rodziców, powiedziała kiedyś Kitty swojej przyjaciółce, ale nasze dusze są połączone na wieki. Pod materialną powłoką żyją w nas bowiem świetlne duszki niezwykle do siebie podobne.

Bridie, wdzięczna za przyjaźń Kitty, uwierzyła przyjaciółce.

Adeline, mając niekonwencjonalne spojrzenie na świat, pobłażliwie przymykała oko na wspólne zabawy dziewczynek. Kochała swoją dziwną małą wnuczkę, jakże podobną do niej samej. W rodzinie, która kpiła z opowieści o wróżkach i irytowała się na samo wspomnienie o duchach, jednocześnie zapewniając, że nie wierzy w nie, w Kitty znalazła sojusznika. Była przekonana, że dusze przybierają fizyczną postać, by żyjąc na ziemi, zdobywać wiedzę potrzebną do swojej duchowej ewolucji. Dlatego pozycja człowieka i bogactwo były jedynie kostiumem potrzebnym do odgrywania roli, nie zaś odbiciem wartości jego duszy. W opinii Adeline włóczęga wart był tyle samo co król, a więc traktowała każdego z równym szacunkiem.

Co szkodzi, że Kitty i Bridie cieszą się nawzajem swoim towarzystwem? – rozważała. Siostry Kitty były zbyt dorosłe, żeby się z nią bawić, a Celia, jej angielska kuzynka, przyjeżdżała z wizytą tylko w lecie; biedne dziecko nie miało przyjaciół i czuło się samotne. Gdyby nie Bridie, Kitty groziło niebezpieczeństwo, że ucieknie w świat skrzatów oraz goblinów i utonie w nim na zawsze.

Jedna opowieść szczególnie fascynowała Kitty, a mianowicie klątwa ciążąca nad Bartonem Deverillem. Cała rodzina o niej słyszała, ale nikt oprócz babci Adeline oraz samej Kitty w nią nie wierzył. One natomiast nie tylko wierzyły, ale wręcz wiedziały, że to prawda, i ta wiedza mocno i nieodwracalnie je połączyła. Adeline posiadała pewien dar, o którym nikomu nie wspominała, nawet swojemu mężowi, a mała Kitty go odziedziczyła.

– Opowiem ci o klątwie rzuconej na Bartona Deverilla – powiedziała Kitty do Bridie pewnego zimowego popołudnia, trzymając kurczowo świecę w ich ciemnej kryjówce pod schodami, która kiedyś pełniła rolę szafy w części zamku przeznaczonej dla służby.

W świetle padającym na białą twarz Kitty jej duże szare oczy wyglądały dziwnie staro, jak u wiedźmy. Bridie przeszył dreszcz strachu. Słyszała kiedyś opowieść matki o wiedźmie Banshee i jej lamencie zwiastującym śmierć.

– Kim był Barton Deverill? – spytała z melodyjnym irlandzkim akcentem, kontrastującym ostro z wyrazistymi angielskimi samogłoskami charakterystycznymi dla wymowy Kitty.

– Był pierwszym lordem Deverillem. To on zbudował ten zamek – wyjaśniła Kitty niskim głosem dla wzmożenia dramatycznego efektu. – Był prawdziwym brutalem.

– Co takiego zrobił?

– Zabrał ziemię, która nie należała do niego, i zbudował na niej zamek.

– A do kogo ta ziemia należała?

– Do O’Learych.

– Do O’Learych! – Czarne oczy Bridie rozszerzyły się, a rumieniec zabarwił jej policzki. – Nie masz chyba na myśli naszego Jacka O’Leary’ego?

– Tego samego. Mówię ci, nie ma przyjaźni pomiędzy Deverillami i O’Learymi.

– Co się stało?

– Barton Deverill, mój przodek, popierał króla Karola I, a gdy ten został pokonany przez Cromwella, uciekł razem z nim do Francji. Później Karol II, gdy został koronowany, nagrodził Bartona tytułem lorda i tą ziemią, na której zbudował zamek. Stąd rodzinne motto: „Zamek Deverilla jest jego królestwem”. Problem polegał na tym, że te ziemie nie należały do króla, ale były własnością O’Learych. Gdy więc zostali zmuszeni do ich opuszczenia, stara Maggie O’Leary, która była czarownicą...

Bridie roześmiała się nerwowo.

– Przecież naprawdę nie była czarownicą!

Kitty miała bardzo poważną minę.

– Ależ nią była! Miała kocioł i czarnego kota z wielkimi zielonymi oczami, który jednym spojrzeniem mógł zamienić człowieka w kamień.

– To, że miała kocioł i kota, nie oznacza jeszcze, że była czarownicą – upierała się Bridie.

– Maggie O’Leary była czarownicą i wszyscy o tym wiedzieli. Rzuciła klątwę na Bartona Deverilla.

Śmiech ugrzązł Bridie w gardle.

– Co to za klątwa?

– Barton Deverill i wszyscy jego męscy potomkowie nie opuszczą nigdy zamku Deverill i po śmierci będą się błąkać na granicy zaświatów, dopóki O’Leary’owie nie powrócą na tę ziemię. Źle się składa, ale mój dziadek i tata utkną tu być może na wieki. Babcia mówi, że jest mało prawdopodobne, żeby Deverill kiedykolwiek ożenił się z kobietą z rodziny O’Learych!

– Nigdy nie wiadomo. Od tamtych czasów ich pozycja wzrosła – dodała przytomnie Bridie, myśląc o Jacku O’Learym, którego ojciec był miejscowym weterynarzem.

– Nie, oni wszyscy są skazani, nawet mój brat Harry – westchnęła Kitty. – Oni w to nie wierzą, ale ja tak. Smutno mi, bo znam ich los.

– Chcesz mi powiedzieć, że Barton Deverill ciągle tu przebywa? – zdumiała się Bridie.

Kitty rozszerzyła oczy.

– Tak, i nie jest zbyt szczęśliwy z tego powodu.

– Ale poważnie, to wcale w to nie wierzysz, prawda?

– Ja to wiem – odpowiedziała Kitty z emfazą. – Widzę go. – Zagryzła wargę, uświadamiając sobie, że być może za dużo zdradziła.

Ciekawość Bridie rosła, wiedziała przecież, że jej przyjaciółka nie jest kłamczuchą.

– Jak możesz go widzieć, skoro jest duchem?

Kitty pochyliła się i wyszeptała:

– Ponieważ widzę zmarłych ludzi.

Płomień świecy zamigotał upiornie, jakby na potwierdzenie tych słów. Bridie zadrżała.

– Możesz widzieć zmarłych ludzi?

– Mogę i widzę. Przez cały czas.

– Nigdy mi o tym nie mówiłaś.

– Nie wiedziałam, czy mogę ci zaufać.

– Jacy oni są, ci umarli?

– Przezroczyści. Niektórzy jaśni, inni ciemni. Niektórzy są mili, a inni nie. – Kitty wzruszyła ramionami. – Barton Deverill jest całkiem ciemny. Chyba nie był miłym człowiekiem za życia.

– Czy to cię nie przeraża?

– Kiedyś tak, ale babcia rozwiała moje lęki. Ona też ich widzi. Twierdzi, że to szczególny dar. Ale nie wolno mi nikomu o tym mówić. – Bezwiednie potarła dłoń kciukiem.

– Zamkną cię – powiedziała Bridie drżącym głosem. – Wiesz, że tak się robi. Zamyka się ludzi w domu wariatów w Cork za mniejsze sprawy i nigdy stamtąd nie wychodzą. Nigdy!

– A więc lepiej nikomu o tym nie mów.

– Och, nie powiem.

Kitty się rozpromieniła.

– Chcesz go zobaczyć?

– Ducha?

– Bartona Deverilla.

Krew odpłynęła z policzków Bridie.

– Nie wiem...

– Nie martw się, przedstawię cię. – Kitty zdmuchnęła świecę i pchnięciem otworzyła drzwi.

Pospiesznie ruszyły korytarzem. Choć miały odmienną urodę, biegnąc razem, mogły wydawać się siostrami, ponieważ były podobnego wzrostu i budowy. Jednak różniło je ubranie i wyraz twarzy. Kitty nosiła białą sukienkę przewiązaną w pasie jasnoniebieską kokardą i ozdobioną delikatną koronką oraz jedwabiem, natomiast sukienka Bridie była brązowa, workowata, uszyta ze zgrzebnego, szorstkiego sukna. Kitty nosiła czarne sznurowane buciki do pół łydki oraz ciepłe czarne pończochy, stopy zaś Bridie były bose i brudne. Guwernantka czesała włosy Kitty i splatała je, ozdabiając wstążkami, o Bridie zaś nie dbano i jej sięgające do pasa włosy były tłuste i zawsze w nieładzie. Dziewczynki różnił nie tylko strój, ale również sposób patrzenia na świat. Kitty miała spokojne, wyniosłe spojrzenie uprzywilejowanego i utytułowanego dziecka, podczas gdy w oczach Bridie czaiła się dzikość wiecznie głodnego, zabiedzonego człowieka. A jednak tkwiąca głęboko w Kitty potrzeba posiadania przyjaciółki przerzucała most nad dzielącą je przepaścią. Gdyby nie troskliwi dziadkowie oraz sporadyczne zainteresowanie, jakim obdarzał ją ojciec, jeśli akurat nie był na polowaniu, zawodach strzeleckich albo wyścigach, Kitty cierpiałaby okrutnie z braku miłości. Ten dokuczliwy brak równoważył przyjaźń pomiędzy nimi, ponieważ Kitty potrzebowała przyjaciółki w równym stopniu jak Bridie.

Kitty nie zdawała sobie sprawy z dzielących je różnic, ale Bridie, która nieustannie słyszała narzekania rodziców i braci na ich dolę, była tych różnic boleśnie świadoma. Jednak zbyt lubiła Kitty, żeby dać upust zazdrości, a przyjaźń z nią nazbyt jej schlebiała, żeby ryzykować jej utratę. Zaakceptowała więc swoją pozycję z uległością bezbronnej owieczki.

Dziewczynki, słysząc, jak w kuchni pani Doyle beszta jedną z pokojówek, cicho jak koty przemknęły tylną klatką schodową, wiedząc, że jeśli je tu nakryją, zabawa się skończy, a Bridie zostanie zagoniona do zmywania.

Nikt z domowników ani ze służby nie zaglądał do zachodniej wieży. Na górze było zimno i wilgotno, a spiralne schody prosiły się o naprawę. Dwa stopnie całkiem się zapadły i przyjaciółki musiały przeskakiwać przez dziury. Bridie oddychała teraz swobodnie, pewna, że nikt jej tu nie znajdzie. Kitty otworzyła ciężkie drzwi na górze i zajrzała do środka.

– Chodź – szepnęła. – Nie bój się. On nie zrobi ci krzywdy.

Serce Bridie zaczęło galopować. Czy naprawdę zobaczy ducha? Kitty wydawała się tego pewna. Nieśmiało, z wielkimi nadziejami, weszła za Kitty do pokoju. Spojrzała na towarzyszkę, która uśmiechała się do sfatygowanego starego fotela, jakby ktoś w nim siedział. Ale Bridie nie widziała nic oprócz spłowiałego jedwabnego obicia w kolorze burgunda. Ponieważ było tu znacznie chłodniej niż w innych częściach zamku, zadygotała i objęła się ramionami.

– Widzisz go? – spytała Kitty.

– Nikogo nie widzę – odpowiedziała Bridie, nie kryjąc zawodu.

– Ależ on tu jest! – wykrzyknęła Kitty, wskazując na fotel. – Przypatrz się uważniej.

Bridie wpatrywała się w fotel tak intensywnie, aż oczy jej zwilgotniały.

– Wierzę ci, Kitty, ale widzę tylko fotel.

Kitty była wyraźnie rozczarowana. Wpatrywała się w mężczyznę, który z grymasem niezadowolenia na twarzy siedział w fotelu, opierając nogi na podnóżku, a dłonie splatając na wydatnym brzuchu, i zachodziła w głowę, jak to możliwe, że ona widzi kogoś tak wyraźnie, a Bridie nic nie dostrzega.

– Ale on tu jest, tuż przed twoim nosem – upierała się. – To jest moja przyjaciółka, Bridie – zwróciła się w końcu do Bartona Deverilla. – Ona cię nie widzi.

Barton pokręcił głową, przewracając oczami. Wcale nie był zdziwiony. Siedział w tej wieży od ponad dwustu lat i przez cały ten czas widziało go zaledwie kilka osób – większość przypadkowo i mimowolnie. Z początku rola ducha wydawała mu się nawet zabawna, ale do dziś zdążyło go już znudzić obserwowanie kolejnych pokoleń Deverillów, które przychodziły i odchodziły, a ci, którzy podobnie jak on utknęli w tym zamku jako duchy, niemiłosiernie go denerwowali. Nie lubił towarzystwa, a teraz zbyt wielu wściekłych lordów Deverillów pałętało się po korytarzach, by łatwo ich było uniknąć. Ukrywał się więc w tej wieży, by się uwolnić od nich i ich wściekłości, gdy zaraz po śmierci odkrywali, że klątwa ciążąca nad Bartonem Deverillem nie jest li tylko rodzinną legendą, ale nieodwołalną prawdą. Z perspektywy swego losu żałowali, że nie poślubili którejś kobiety z O’Learych, co zapewniłoby ich duszom wieczny odpoczynek w raju. Cóż, było za późno. Ugrzęźli tu i pozostało im jedynie utyskiwanie i wieczne pretensje, że zbudował zamek na cudzej ziemi.

Barton zwrócił znużone oczy na przedziwną dziewczynkę, której twarz teraz poczerwieniała z oburzenia, jakby to była jego wina, że jej przyziemna koleżanka nie jest w stanie go zobaczyć. Skrzyżował ramiona i westchnął. Nie miał nastroju do rozmowy. Fakt, że od czasu do czasu udawało jej się go odnaleźć, nie czynił z niej jeszcze jego przyjaciółki i nie oznaczał przyzwolenia na pokazywanie go jak zwierzęcia w menażerii.

Kitty przyglądała się, jak wstaje i przechodzi przez ścianę.

– Poszedł sobie – powiedziała, opuszczając ramiona w poczuciu klęski.

– Dokąd?

– Nie wiem. Jest rozdrażniony, ale ja też bym była, gdybym utknęła pomiędzy światami.

– Możemy już stąd wyjść? – Bridie zaszczękała zębami.

Kitty westchnęła.

– Chyba musimy. – Zeszły z powrotem krętą klatką schodową. – Nie powiesz nikomu, prawda?

– Przysięgam na wszystkie świętości – odparła uroczyście Bridie, zastanawiając się nagle, czy jej przyjaciółka nie grzeszy jednak zbyt bujną wyobraźnią.

*

W głębi zamku pani Doyle z wielką wprawą ubijała masło dwiema żłobionymi drewnianymi trzepaczkami, podczas gdy kościste podkuchenne obierały kartofle, ubijały jajka oraz skubały drób na wieczorne przyjęcie, na które lady Deverill zaprosiła swoje dwie niezamężne siostry, Laurel i Hazel, czule nazywane Krzaczkami[1], Bertiego i Maud, rodziców Kitty, oraz zarządzającego miejscową parafią pastora wraz z żoną. Raz w miesiącu lady Deverill zapraszała pastora na obiad, co było jej obowiązkiem, a jednocześnie niosło ze sobą prawdziwą udrękę, ponieważ duchowny był nie tylko łakomy, ale również nadęty, skory do wygłaszania przy stole kazań, wcale o to nie będąc proszony. Lady Deverill niezbyt go poważała, ale jako seniorce rodu w Ballinakelly i członkini Kościoła Irlandii wypadało jej od czasu do czasu gościć duchownego. Poleciła więc kucharce przynieść świeże kwiaty ze szklarni i ze złośliwą premedytacją zaprosiła siostry, żeby rozpraszały jego uwagę swą nieustanną paplaniną.

Pani Doyle na widok Bridie zacisnęła usta.

– Bridie, jak możesz wałęsać się po zamku, gdy ja przygotowuję przyjęcie? Chodźże, zajmij się czymś pożytecznym. Oskub tę kuropatwę! – Podniosła ptaka za szyję.

Bridie posłała Kitty krzywy uśmiech i zajęła miejsce wśród podkuchennych przy długim dębowym stole stojącym pośrodku kuchni. Pani Doyle zerknęła na Kitty, która zatrzymała się w drzwiach, na jej pociągłą, bladą twarz, na zawsze osobliwie zaciśnięte usta, jakby posiadała jakąś tajemniczą wiedzę, i zastanowiła się, o czym ta dziwna osóbka myśli. W oczach tego dziecka było coś budzącego strach. Nie potrafiła tego zrozumieć. Co prawda, nie miała zastrzeżeń, że dziewczynki się razem bawią, ale uważała, że z tej zażyłości nic dobrego dla jej córki nie wyniknie. Kiedy małe dorosną, ich drogi życiowe nieuchronnie się rozejdą. Wtedy Bridie poczuje się porzucona przez swoją przyjaciółkę i czeka ją cierpienie.

Wróciła do ubijania masła. Kiedy chwilę później podniosła wzrok, Kitty już w drzwiach nie było.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

* * *

1 Laurel (ang.) – wawrzyn; hazel (ang.) – leszczyna (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Podziękowania

Z jaką przyjemnością pisałam tę książkę! Było to wielkie wyzwanie, ale jakże inspirujące – i świadomość, że jeszcze w dwóch powieściach podążę za postaciami, które tu stworzyłam, napełnia mnie bezmierną radością!

Najpierw muszę podziękować aniołom, ponieważ to dzięki jakiejś cudownej magii pewien mężczyzna, Tim Kelly, doznał natchnienia, żeby napisać do mnie mejla na temat jednej z moich książek, akurat wtedy gdy rozmyślałam o napisaniu tej powieści. Po wielce zabawnej korespondencji – doprawdy Tom jest niebywale błyskotliwy – okazało się, że urodził się i wychował w hrabstwie Cork, w miejscu, które zaczynałam poznawać na potrzeby mojej powieści. Tom jest człowiekiem wielkiej wiedzy i mądrości; wychwytuje każdy absurd, posiada niemal fotograficzną pamięć do szczegółów i głębokie zrozumienie ludzkiej natury. Wkrótce stał się moim mentorem, doradcą, a co najważniejsze – przyjacielem. W gruncie rzeczy nie odważyłabym się napisać tej książki bez niego. Dlatego właśnie jemu ją zadedykowałam, z wyrazami miłości i wdzięczności. Wielkie to szczęście, że się poznaliśmy.

Słowa podziękowań należą się moim irlandzkim przyjaciołom – Emer Melody i Frankowi Lyonsowi, że zaprosili mnie do swojego domu w Brandon w hrabstwie Cork i pokazali mi dziką i piękną okolicę, która dostarczyła mi natchnienia. Zwiedzaliśmy fascynujące ruiny zamków, spalonych podczas konfliktu, i chodziliśmy na długie spacery po białych plażach, za jedyne towarzystwo mając mewy i wiatr. Wróciłam do Londynu podekscytowana i napędzana pragnieniem, by rozpocząć pisanie o kraju, który ujął mnie za serce.

Chciałabym też podziękować mojemu anglo-irlandzkiemu przyjacielowi Billowi Montgomery’emu, za jego bezcenne porady i rewelacyjne anegdoty. W trakcie wspólnego lunchu w Sotheby Café w Londynie zapisałam całe strony notatek oraz długą listę tytułów książek, które pomogły mi poznać historię Irlandii. Zawsze kochałam Billa i jego cudownie ekscentryczną żonę Daphne, ponieważ gdy byłam dzieckiem, poświęcali mi dużo czasu. Daphne grała na pianinie i zachęcała nas do śpiewu, Bill zaś rozmawiał z nami jak z dorosłymi. Byli bardzo zabawni i oryginalni, a cudowne letnie wakacje, które spędziliśmy z nimi w ich domu w Connemara, na zawsze pozostaną w moich wspomnieniach. Są prawdziwym skarbem w moim życiu i dziękuję im obojgu.

Moi rodzice zawsze byli pod telefonem, gotowi odpowiedzieć na wszelkie pytania dotyczące ogrodnictwa czy rolnictwa, jak również pomóc mi znaleźć właściwe słowa lub po prostu podzielić się swoją opinią na temat tego, co pisałam. Miałam wrażenie, że na wszystko mają odpowiedź! Moja matka jako pierwsza przeczytała tę książkę i pierwsza naniosła poprawki. Robiła to z wielkim sercem i jestem jej ogromnie wdzięczna, że znalazła na to czas. Im jestem starsza, tym lepiej rozumiem i tym bardziej doceniam wartość ich miłości. To oni uczynili mnie tym, kim jestem, a ponieważ moje pisarstwo jest moim przedłużeniem – zawdzięczam im wszystko.

Moja teściowa, April Sebag-Montefiore, w młodości była płodną i odnoszącą sukcesy pisarką. Dziś czyta książki mojego męża Sebaga, a są one naprawdę opasłe, zasługuje więc na gorące podziękowania, że znajduje również czas na moje. Jej słowa zachęty oraz mądrość życiowa są dla mnie bezcenne.

Chciałabym również podziękować Norze May Cremin i Noelowi Coakleyowi za przetłumaczenie klątwy na język celtycki, Stuartowi Squire za przetłumaczenie motta rodziny na łacinę, Peterowi Nyhanowi za przyjaźń i wsparcie, Nicky de Monfort za jej rady na temat Anglo-Irlandczyków, a Mary Tomlinson za skrupulatną, wnikliwą i pełną wyczucia adjustację.

Pisanie jest jedną z moich największych przyjemności, a jednocześnie dzięki mojej agentce i wydawczyni zarabiam w ten sposób na życie. Pragnę zatem wyrazić moją najszczerszą wdzięczność Sheili Crowley z agencji Curtis Brown – jest absolutnie nadzwyczajna i mam szczęście, że jestem jedną z jej autorek – oraz innym ciężko pracującym ludziom z tej agencji, którzy tworzą bezkonkurencyjny zespół: Katie McGowan, Sophie Harris i Rebecce Ritchie. Dziękuję Ianowi Chapmanowi i mojej redaktorce Suzanne Baboneau z brytyjskiego wydawnictwa Simon & Shuster za to, że we mnie uwierzyli. Wraz ze swoimi współpracownikami Clare Hey, Jamesem Horobinem, Dawn Burnett, Hannah Corbett, Sarą-Jade Virtue, Melissą Four, Ally Grant, Nico Poilblankiem, Gillem Richardsonem, Rumaną Haider i Dominikiem Brendonem sprawili, że moje hobby przerodziło się w zawodowy sukces, większy, niż mogłam sobie wymarzyć. Dziękuję!

Na koniec chciałabym podziękować trzem osobom, których miłość cenię ponad wszystko na świecie: Sebagowi, Lili i Sashy – a szczególnie mojemu mężowi, że w okresie, gdy był tak zajęty pisaniem swoich Romanowów, znalazł czas i zaangażował się w pracę nad różnymi zawiłościami mojej fabuły, dzięki czemu pisanie tej książki sprawiało mi taką przyjemność. Świetnie nam się współpracuje.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziewczęta z Castle Deverill Pieśni o wojnie i miłości Paryska nieznajoma Córka pszczelarza 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy