Królestwo gore

Królestwo gore

Autorzy: Łukasz Radecki

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.92 zł

Wstrząsające historie mistrza gatunku i laureata Nagrody Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Bezlitosna podróż przez ludzkie koszmary i potworności, bezdyskusyjny dowód na to, że horror ekstremalny jest kolejnym krokiem rozwojowym literatury naturalizmu. Oto świat patologii, okrucieństwa i zbrodni, jakie czyni człowiek. Thriller i horror w natężeniu dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach. Bezprecedensowy przykład najbrutalniejszej odmiany literatury w Polsce.

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Ilu­stra­cja na okład­ce

Da­riusz Ko­cu­rek

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Łu­kasz Ra­dec­ki

ISBN 978-83-7835-593-9

Wstęp

Pierw­szej pu­bli­ka­cji do­cze­ka­łem się w grud­niu 2005 roku, na por­ta­lu Hor­ror On­li­ne, któ­re­go trzy ty­go­dnie wcze­śniej zo­sta­łem re­dak­to­rem. Oba zda­rze­nia były od sie­bie nie­za­leż­ne, więc nie ma sen­su do­ko­ny­wać tu do­głęb­nej ana­li­zy. I tyl­ko głód po­zo­sta­nie, moje pierw­sze opo­wia­da­nie, na­pi­sa­ne od nie­chce­nia chy­ba rok czy dwa wcze­śniej, wy­sła­łem na or­ga­ni­zo­wa­ny przez por­tal kon­kurs li­te­rac­ki, na za­sa­dzie spraw­dze­nia swo­ich umie­jęt­no­ści. A po­nie­waż był to je­dy­ny tekst, ja­kim dys­po­no­wa­łem, nie mia­łem żad­nych ma­rzeń i ocze­ki­wań. I słusz­nie, bo kon­kurs wy­grał… Ro­bert Ci­chow­las. Nim jed­nak za­czą­łem z nim współ­pra­cę, któ­rej owo­cem do tej pory są czte­ry książ­ki, w myśl za­sa­dy: jak nie mo­żesz ko­goś po­ko­nać — przy­łącz się do nie­go, po­my­śla­łem, że war­to zo­ba­czyć, co z tego wszyst­kie­go wy­nik­nie. Ów pierw­szy tekst zo­stał na­pi­sa­ny pod wpły­wem chwi­li, a ra­czej im­pul­su, po prze­czy­ta­niu pew­ne­go ar­ty­ku­łu o fa­now­skich opo­wia­da­niach. Nie miał żad­nych aspi­ra­cji do by­cia czymś wię­cej niż czy­stą, choć ma­ka­brycz­ną roz­ryw­ką. Był efek­tem jed­ne­go wie­czo­ru spę­dzo­ne­go przy kla­wia­tu­rze. Po­sta­no­wi­łem, że spró­bu­ję te­raz ro­ze­grać to wszyst­ko ina­czej.

Wraz z pu­bli­ka­cją Wa­zo­nu, w stycz­niu 2006 roku, zde­cy­do­wa­łem, że spraw­dzę swo­je siły jako pi­sarz. I tak pró­bu­ję od po­nad dzie­się­ciu lat, cho­ciaż ani za pi­sa­rza, ani za au­to­ra się nie uwa­żam. Je­stem po pro­stu go­ściem, któ­ry opo­wia­da ma­ka­brycz­ne hi­sto­rie. Dla­cze­go aku­rat ta­kie? Nie tyl­ko, ale jak do­tąd mo­ich ba­jek i in­nych opo­wie­ści nie uda­ło się wy­dać.

Przez po­nad dzie­sięć lat do­cze­ka­łem się dzie­się­ciu ksią­żek i kil­ku­dzie­się­ciu opo­wia­dań, opu­bli­ko­wa­nych w roz­ma­itych miej­scach w kra­ju i za gra­ni­cą. Dziś, dro­gi czy­tel­ni­ku, trzy­masz prze­krój przez te lata. Czy jest to swo­iste „the best of”? Nie, choć umie­ści­łem tu kil­ka tek­stów, któ­re uzna­ję za swo­je naj­lep­sze. Nie jest to też po­dróż sen­ty­men­tal­na, nie ba­wi­łem się też w chro­no­lo­gię. Po pro­stu od po­cząt­ku, gdy przy­szedł mi do gło­wy po­mysł na ten zbiór, wie­dzia­łem, że otwo­rzyć go mu­szą Ro­ba­czy­wek i Im­pe­rium Ro­ba­li, bo są to tek­sty bez­li­to­sne, ale dla mnie ab­so­lut­nie wy­jąt­ko­we. I tak samo pe­wien by­łem, że ca­łość za­koń­czyć musi Wy­rzy­gać du­szę i Fun­da­cja Hac­ken­hol­ta. Po nich nie ma pra­wa po­ja­wić się nic wię­cej. Kto do­trze do tam­te­go miej­sca, zro­zu­mie, o czym mó­wię. Czy to ozna­cza, że utwo­ry po­środ­ku są słab­sze, mniej waż­ne? Ab­so­lut­nie nie. My­ślę, że jak w każ­dym zbio­rze opo­wia­dań są tu tek­sty, któ­re jed­ni po­lu­bią, inni znie­na­wi­dzą. Wszyst­kie jed­nak łą­czy jed­no — wy­eks­po­no­wa­na bru­tal­ność, kru­chość i brak po­sza­no­wa­nia dla ludz­kie­go cia­ła oraz per­wer­syj­na wręcz dba­łość o dro­bia­zgo­we opi­sa­nie naj­więk­szej ma­ka­bry. Cza­sem w jed­nym tyl­ko aka­pi­cie, cza­sem w ca­łym tek­ście. Dla­te­go szcze­rze prze­strze­gam tych, któ­rzy spo­dzie­wa­ją się lek­kiej lek­tu­ry albo ocze­ku­ją przy­pra­wia­ją­cych o dresz­cze lęku opo­wie­ści. Tu nie ma opo­wia­dań gro­zy. To krwa­we hor­ro­ry, gdzie ra­czej po­trzeb­ny jest moc­ny żo­łą­dek niż sil­ne ner­wy. Jesz­cze moż­na odło­żyć tę książ­kę, od­dać ko­le­dze, spre­zen­to­wać te­ścio­wej… Byle nie mo­jej, bo to ko­bie­ta o zło­tym ser­cu i hor­ro­rów w żad­nej po­sta­ci nie lubi. Książ­ka by się tyl­ko u niej ku­rzy­ła. Zna­cie już moją mo­ty­wa­cję, te­raz tro­chę kon­kre­tów.

Ga­tu­nek gore na­ro­dził się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych wraz ze znie­sie­niem re­stryk­cyj­ne­go Ko­dek­su Hay­sa w la­tach sześć­dzie­sią­tych. Był od­po­wie­dzią na prze­pi­sy re­gu­lu­ją­ce uka­zy­wa­nie w ki­nie scen sek­su, prze­mo­cy i uza­leż­nień. Za ojca tej od­mia­ny uwa­ża się Her­schel­la Gor­do­na Le­wi­sa, któ­ry w swo­ich pro­gra­mo­wo źle zre­ali­zo­wa­nych fil­mach sta­wiał na za­szo­ko­wa­nie i znie­sma­cze­nie wi­dza. Oczy­wi­ście znaj­dą się tacy, któ­rzy będą się do­szu­ki­wać bru­tal­nej cie­le­sno­ści w Psie an­da­lu­zyj­skim z 1928 roku, ale — umów­my się — to był eks­pe­ry­ment sur­re­ali­stycz­ny Sa­lva­do­ra Dalí. Wy­bit­ny, ale jed­nak od­bie­ga­ją­cy od za­ło­żeń gore, któ­re moż­na okre­ślić jako dą­że­nie do jed­no­znacz­no­ści:

Gore, zmie­rza­jąc do za­ne­go­wa­nia ko­mu­ni­ka­cji w ro­zu­mie­niu kla­sycz­nym, za­stę­pu­jąc zna­ki ilu­zją re­al­no­ści i na­da­jąc jej sa­mej cha­rak­ter zna­ku, two­rzy zna­cze­nie wzię­te w na­wias. Na­wias ten wy­da­je się sta­no­wić naj­głęb­szy sens ga­tun­ku. Po­czy­na­jąc od ele­men­tów ła­two wy­róż­nial­nych, jak es­te­ty­ka, fa­bu­ła czy kon­struk­cja po­sta­ci, gore skła­nia się ku unie­waż­nie­niu, wzię­ciu w na­wias. Idąc da­lej tym tro­pem, moż­na po­ku­sić się o stwier­dze­nie, że unie­waż­nie­niu pod­le­ga ga­tu­nek jako taki, dzie­ło jako pro­dukt ar­ty­stycz­ny, jako ele­ment kul­tu­ry, wresz­cie kul­tu­ra sama1.

1 An­drzej Pi­trus, Gore — seks, cia­ło, psy­cho­ana­li­za. Pu­łap­ka in­ter­pre­ta­cyj­na, Sie­dl­ce 1992, s. 100.

Wraz z roz­wo­jem kina ga­tu­nek ten roz­wi­jał się co­raz pręż­niej, w swych wą­skich ra­mach znaj­du­jąc wie­le dróg uj­ścia. Wy­ni­ka to za­pew­ne z fak­tu, że choć po­dob­nie jak hor­ror na­sta­wio­ny jest na trans­gre­sję, jego cha­rak­ter jest znacz­nie bar­dziej wy­wro­to­wy. To hor­ror na­ce­cho­wa­ny skraj­nym ma­te­ria­li­zmem, cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ny me­ta­fi­zy­ki. Jak za­zna­czył w swo­jej książ­ce Ohyd­ne, brud­ne, złe — 100 fil­mów gore Piotr Sa­wic­ki, hor­ror bu­dzi lęk, ale gore prze­ra­ża, po­nie­waż za­cie­ra gra­ni­cę mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią a ekra­no­wą gro­zą. Do per­fek­cji do­pro­wa­dził to Geo­r­ge Ro­me­ro w swo­jej słyn­nej Nocy ży­wych tru­pów. Tym tro­pem po­dą­ża­li w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku inni twór­cy, przede wszyst­kim Tobe Ho­oper ze swo­ją Tek­sań­ską ma­sa­krą piłą me­cha­nicz­ną czy Wes Cra­ven ze Wzgó­rza mają oczy i Ostat­ni dom po le­wej. I jak te­mat zom­bie Ro­me­ro za­mknął swą do­słow­no­ścią i bru­tal­no­ścią po­przed­nią de­ka­dę, tak tę uko­ro­no­wał Lu­cio Ful­ci swo­im Zom­bie: Po­że­ra­cze mię­sa.

Nic dziw­ne­go, że wkrót­ce ten nie­zwy­kle bru­tal­ny i ra­dy­kal­ny ga­tu­nek za­czął prze­ni­kać do świa­ta li­te­ra­tu­ry. Oka­za­ło się bo­wiem, że po­przez ul­tra­bru­tal­ne sce­ny moż­na za­rów­no świet­nie ba­wić, co uczy­nił w naj­krwaw­szej ko­me­dii w hi­sto­rii Pe­ter Jack­son (Mar­twi­ca mó­zgu), ale rów­nież skła­niać do fi­lo­zo­ficz­nych wręcz roz­wa­żań — jak wie­lo­krot­nie ro­bił to Da­vid Cro­nen­berg (żeby wspo­mnieć tyl­ko o wy­bit­nej Mu­sze). Tak więc ów kon­te­sta­cyj­ny ruch ob­ja­wił się w li­te­ra­tu­rze pod na­zwą splat­ter­pun­ka, a jego głów­nym za­ło­że­niem było wy­wo­ła­nie szo­ku i od­ra­zy po­przez epa­to­wa­nie sce­na­mi okru­cień­stwa i prze­mo­cy. Za jego oj­ców uwa­ża się Da­vi­da J. Scho­wa, Cra­iga Spec­to­ra, Joh­na Skip­pa, a przede wszyst­kim Cli­ve’a Bar­ke­ra, któ­ry za­rów­no swy­mi zna­ko­mi­ty­mi Księ­ga­mi krwi, jak i fil­mem Hel­l­ra­iser na sta­łe wpi­sał się do ka­no­nu hor­ro­ru. Wy­ni­ka to głów­nie z fak­tu, że w od­róż­nie­niu od swo­ich ko­le­gów, któ­rzy sku­pi­li się na ni­hi­li­stycz­nym eska­pi­zmie, to Bar­ker wkro­czył w nie­sa­mo­wi­ty świat hor­ro­ru cie­le­sne­go, gdzie strach i obrzy­dze­nie szły rów­nym kro­kiem z nie­sa­mo­wi­to­ścią, ory­gi­nal­ną fi­lo­zo­fią i zna­ko­mi­tym na­stro­jem.

Nie będę ukry­wał, że przed laty cał­ko­wi­cie da­łem się po­rwać hi­sto­riom za­war­tym w Księ­gach krwi, a Bar­ke­ra, mimo dość nie­wiel­kie­go do­rob­ku, uwa­żam za jed­ne­go z mo­ich ulu­bio­nych i naj­waż­niej­szych pi­sa­rzy. Nie bez zna­cze­nia jest też fakt, że pierw­szym fil­mem, na któ­ry po­sze­dłem sa­mo­dziel­nie do kina, była wła­śnie Mu­cha Cro­nen­ber­ga. Mia­łem wte­dy je­de­na­ście, może dwa­na­ście lat i by­łem na­sta­wio­ny na kla­sycz­ne scien­ce fic­tion. Nie spo­dzie­wa­łem się ma­ka­bry, jaką wów­czas uj­rza­łem (lub nie uj­rza­łem, bo w fi­na­le za­sła­nia­łem so­bie oczy). A po­nie­waż co­fam się we wspo­mnie­niach, to naj­wcze­śniej­sze z nich, zwią­za­ne z li­te­rac­ką ohy­dą i bru­tal­no­ścią, wią­że się z Ma­lo­wa­nym pta­kiem Je­rze­go Ko­siń­skie­go, któ­re­go prze­czy­ta­łem rok przed tym se­an­sem z mu­chą. Książ­ka le­ża­ła u ro­dzi­ców, nikt mnie nie po­wstrzy­mał… Oczy­wi­ście nie jest to hor­ror, ale na­tę­że­nie ma­ka­bry i okru­cień­stwa po­zo­sta­wia sta­ły ślad. Być może dla­te­go pi­szę, tak jak pi­szę. Może dla­te­go, dro­gi czy­tel­ni­ku, ca­łość tej książ­ki koń­czy się wła­śnie tek­stem cał­ko­wi­cie od hor­ro­ru od­le­głym, a jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej bru­tal­nym i prze­ra­ża­ją­cym.

Znaj­dziesz tu róż­ne opo­wia­da­nia z dzie­się­ciu lat mo­je­go ży­cia. Zna­mien­ne, że nie ma tu pierw­sze­go ani naj­now­sze­go. Pierw­sze za­czą­łem prze­ra­biać i roz­ro­sło się w po­wieść, któ­rą skoń­czy­łem i wy­da­łem. Zde­cy­do­wa­łem więc nie po­pra­wiać za bar­dzo in­nych. Za­czą­łem pi­sać nowe, pre­mie­ro­we i ewi­dent­nie bę­dzie z tego coś więk­sze­go. Za­no­si się na to, że nie je­stem chwi­lo­wo w sta­nie pi­sać krót­kich form. Być może więc jest to mój ostat­ni zbio­rek? Tym bar­dziej się cie­szę, że trzy­masz go w rę­kach. Po­zwo­li­łem so­bie na róż­no­rod­ność w ra­mach kon­wen­cji, a więc oprócz kla­sycz­nych gore, z tor­tu­ra­mi i skraj­ną prze­mo­cą, do­rzu­ci­łem tro­chę hor­ro­ru z zom­bie i wil­ko­ła­ka­mi, a na­wet odro­bin­kę po­sta­po i ste­am­pun­ka. W nie­któ­rych tek­stach ukry­łem głęb­sze prze­sła­nie, w in­nych po pro­stu do­brze się ba­wi­łem. Róż­nie by­wa­ło przez te dzie­sięć lat, dla­te­go róż­ne od­bi­cia mo­jej rze­czy­wi­sto­ści zna­la­zły się w tej książ­ce. Kie­dy pi­sa­łem pierw­sze z nich, by­łem ka­wa­le­rem na gar­nusz­ku ro­dzi­ców, któ­ry wła­śnie zbie­rał wa­łów­kę do ple­ca­ka przed wy­jaz­dem na stan­cję w To­ru­niu. Była zima, a za oknem bez­li­to­śnie sy­pał śnieg. Te­raz jest wio­sna, je­stem za­do­wo­lo­nym z ży­cia mę­żem i szczę­śli­wym oj­cem trój­ki wspa­nia­łych dzie­ci. Mam pra­cę, któ­ra daje mi mnó­stwo sa­tys­fak­cji, sie­dzę we wła­snym domu. Nie mam tru­pów w sza­fach, lu­bię lu­dzi i cie­szę się ży­ciem. Je­stem dia­me­tral­nie róż­ny od tego zbun­to­wa­ne­go mło­dzień­ca, któ­ry za­czął two­rzyć krwa­we hi­sto­rie. A jed­nak ta ma­ka­bra cią­gle we mnie sie­dzi, bę­dąc jak­by nie­za­prze­czal­nym do­wo­dem na to, jak kru­chy jest nasz ży­wot i jak bar­dzo mu­si­my o nie­go dbać.

Na ko­niec waż­na in­for­ma­cja dla tych, któ­rzy nie od­róż­nia­ją fik­cji od rze­czy­wi­sto­ści, twór­cy od dzie­ła i opo­wie­ści od ma­ni­fe­sta­cji:

Prze­moc […] nie przy­no­si ni­ko­mu żad­nych ko­rzy­ści, nie jest więc ko­no­to­wa­na po­zy­tyw­nie. […] Gore nie na­da­je się do pro­pa­go­wa­nia cze­go­kol­wiek, na­wet okru­cień­stwa, gdyż jego mo­dus ope­ran­di nie uwzględ­nia ko­kie­te­rii. Ba­zu­je na wstrzą­sie i prze­ra­że­niu, nie na uwo­dze­niu. Ujaw­nia na­to­miast gro­zę tej wła­ści­wo­ści na­szej epo­ki, jaką jest he­do­ni­stycz­ny, spo­twor­nia­ły ma­te­ria­lizm; ahu­ma­ni­tar­ną ob­cość świa­ta po­zba­wio­ne­go me­ta­fi­zycz­ne­go wspar­cia2.

2 Piotr Sa­wic­ki, Od­ra­ża­ją­ce, brud­ne, złe — 100 fil­mów gore, Wro­cław 2011, s. 18.

Poza ostat­nim utwo­rem wszyst­kie opo­wia­da­nia są moim wy­my­słem. I nie na­le­ży ich trak­to­wać w ża­den inny spo­sób.

Robaczywek

Ro­ba­czy­wek po­dob­no kie­dyś był nor­mal­ny. Bab­ka mi mó­wi­ła, że jako nie­mow­lę był naj­słod­szym bo­ba­sem, ja­kie­go wi­dzia­ła. Za­wsze ro­ze­śmia­ny, za­wsze po­god­ny. Do dru­gie­go roku ży­cia roz­wi­jał się wspa­nia­le, bu­dząc za­chwyt swo­jej mat­ki i wszyst­kich spo­ty­ka­nych na spa­ce­rach ko­biet. Wró­żo­no mu ka­rie­rę ła­ma­cza serc.

Jak­by się za­sta­no­wić, to prze­po­wied­nia była traf­na.

Ro­ba­czy­wek miał jesz­cze ojca. Może ra­czej po­wi­nie­nem po­wie­dzieć — mie­wał. Ta­de­usz „Wilq” Wil­czyń­ski by­wał w domu, je­śli aku­rat nie za­trzy­ma­ła go po­li­cja, nie obi­to mu gdzieś mor­dy lub on sam jej nie za­lał. Zresz­tą nikt nie mógł za nim na­dą­żyć, włącz­nie z mat­ką Ro­ba­czyw­ka, głu­piut­ką Ma­riol­ką. Ma­riol­ka z domu Kraw­czyk była cał­ko­wi­cie prze­cięt­ną dziew­czy­ną o nie­wy­szu­ka­nych ma­rze­niach, któ­rej je­dy­nym atu­tem w wy­ści­gu szczu­rów były wiel­kie pier­si. Ni­g­dy nie ra­dzi­ła so­bie spe­cjal­nie w szko­le, gad­kę mia­ła sła­biut­ką, śmiech iry­tu­ją­cy, po­glą­dy za­czerp­nię­te z se­ria­li. Twa­rzy nie po­ma­gał uśmiech, głos nie eks­cy­to­wał. Ale kie­dy wkła­da­ła bluz­kę z głę­bo­kim de­kol­tem, więk­szość chło­pa­ków tra­ci­ła zdol­ność my­śle­nia. Dla­te­go też Ma­rio­la la­ta­ła w ob­ci­słych bluz­kach z wcię­cia­mi, ku zgro­zie na­uczy­cie­li i ra­do­ści chło­pa­ków. Tak wła­śnie upa­trzył ją so­bie Wilq, kie­dy po­szedł do gim­na­zjum, od­wie­dzić swo­ją ów­cze­sną dziew­czy­nę. O niej nie bę­dzie­my te­raz mó­wić, bo to też głu­pie dziew­czę było, ze śli­ma­kiem mię­dzy no­ga­mi, bez mó­zgu mię­dzy usza­mi. Wilq zaś, choć spoj­rze­nie miał tę­sk­nią­ce za ro­zu­mem, uśmiech łaj­da­ka i fa­flu­nił, jak się roz­ga­dał, to mógł ucho­dzić za przy­stoj­ne­go. A po­nie­waż był star­szy i miał sa­mo­chód, szyb­ko zdo­by­wał po­wo­dze­nie u nie­roz­gar­nię­tych gim­na­zja­li­stek. Do ko­biet w swo­im wie­ku Ta­de­usz się na­wet nie zbli­żał, bo wie­dział, że zbyt szyb­ko zde­ma­sku­je swo­ją oso­bo­wość. Był bo­wiem Wilq cha­mem, pry­mi­ty­wem i sa­dy­stą.

I oj­cem Ro­ba­czyw­ka.

Ta­kich hi­sto­rii zna­cie na pęcz­ki. Ta­dek zo­ba­czył Ma­riol­kę i roz­ocho­cił się do tego stop­nia, że już na dru­gi dzień przy­szedł spe­cjal­nie dla niej. I tak przy­cho­dził przez do­bry ty­dzień, wa­ląc do niej klo­szar­do­wy­mi tek­sta­mi pod­ry­wa­cza spod bud­ki z pi­wem, ale ona kra­śnia­ła przy tym, roz­anie­lo­na fak­tem, że taki star­szy chło­pak, do któ­re­go wzdy­cha­ją ko­le­żan­ki, uga­nia się za nią. Bło­ga nie­świa­do­mość. Wilq uga­niał się za cyc­ka­mi, a te kon­kret­ne, Ma­riol­ko­we, na­praw­dę przy­ku­ły jego uwa­gę. Za­ma­rzy­ło mu się do nich do­stać i cel osią­gnął już nie­speł­na dwa ty­go­dnie póź­niej. Da­lej było z gór­ki. Za­bie­rał Ma­riol­kę na wie­czor­ne spa­ce­ry i dys­ko­te­ki, mimo opo­ru jej ro­dzi­ców. O pań­stwie Kraw­czy­kach zresz­tą opo­wiem nie­co póź­niej. Co dziew­czy­na ro­bi­ła z chło­pa­kiem na tych wyj­ściach, jest chy­ba oczy­wi­ste dla wszyst­kich, bo choć cza­sem wra­ca­ła ze łza­mi w oczach i si­nia­ka­mi na nad­garst­kach, to jed­nak roz­po­wia­da­ła wszyst­kim, że Ta­dek ją ko­cha i na pew­no się z nią oże­ni, kie­dy ona skoń­czy osiem­na­ście lat.

Do tego jed­nak nie do­szło, nie­mniej Wilq mu­siał za­miesz­kać z dziew­czy­ną i jej ro­dzi­ca­mi. Po­wo­dem oczy­wi­ście była cią­ża Ma­riol­ki. Szcze­gó­łów nie ma co tu roz­dra­py­wać. Fakt był bez­spor­ny, za­raz po skoń­cze­niu gim­na­zjum brzu­cha dziew­czy­ny nie dało się już ukryć, za to ukryć pró­bo­wał się przy­szły ta­tuś. I tu na sce­nę wkra­cza­ją pań­stwo Kraw­czy­ko­wie. Obo­je, choć pro­ści, sta­rzy i scho­ro­wa­ni, szcze­rze ko­cha­li swo­ją cór­kę. Mimo iż nie ra­dzi­li so­bie z doj­rze­wa­ją­cą pan­ni­cą, ro­bi­li, co mo­gli, by dziew­czy­na była szczę­śli­wa. Gdy więc zda­rze­nia po­ło­ży­ły się cie­niem na do­brym imie­niu ca­łej ro­dzi­ny, oj­ciec, Ma­riusz, po­sta­no­wił roz­mó­wić się z mło­dzień­cem, któ­ry ska­lał jego cór­kę. Pan Kraw­czyk był męż­czy­zną pro­stym, któ­ry całe ży­cie spę­dził, pra­cu­jąc na roli. Znał ży­cie od pod­szew­ki i choć nie wszyst­ko w roz­pę­dzo­nym świe­cie ro­zu­miał, wie­dział, jak się spra­wy mają. Po­py­tał po są­sia­dach i szyb­ko od­krył, gdzie za­bun­kro­wał się Wilq. A gdy już na­mie­rzył kry­jów­kę, wpadł do niej wraz z bra­tem i dwo­ma szwa­gra­mi. To nie była mę­ska roz­mo­wa. Nikt nie uznał pra­wa Tad­ka do gło­su, nikt nie po­trak­to­wał go wy­ro­zu­mia­le. Kraw­czyk uznał słusz­nie, że sko­ro cham siłą zba­ła­mu­cił mu cór­kę, a te­raz się ukry­wa, on go jak cha­ma po­trak­tu­je. Mimo iż Ta­dek był mło­dy, na si­łow­nię cza­sem cho­dził, nie dał rady czte­rem zde­ter­mi­no­wa­nym pięć­dzie­się­cio­lat­kom, któ­rzy fa­cho­wo obi­li mu mor­dę i prze­mo­de­lo­wa­li cia­ło. Ku­zyn, u któ­re­go się ukry­wał, zwiał oknem w mo­men­cie, gdy sta­ry Kraw­czyk wy­bi­jał Wi­lqo­wi zęby że­laz­kiem.

Nikt nie zło­żył skar­gi.

Ty­dzień póź­niej Ta­de­usz „Wilq” Wil­czyń­ski stał u pro­gu domu Ma­riol­ki, z ręką w gip­sie i z za­dru­to­wa­ną szczę­ką, ale z kwia­ta­mi i pier­ścion­kiem za­rę­czy­no­wym. Co jed­nak naj­waż­niej­sze, z wy­pła­tą i obiet­ni­cą za­opie­ko­wa­nia się mat­ką swe­go nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka. Za pół­to­ra roku obiet­ni­cy do­trzy­mał, że­niąc się z dziew­czy­ną, któ­ra wła­śnie ukoń­czy­ła osiem­na­ście lat. Ro­ba­czy­wek miał już po­nad rok. Wte­dy jesz­cze wo­ła­no na nie­go Ma­ciuś.

Na po­cząt­ku wszyst­ko to­czy­ło się swo­im spo­koj­nym ryt­mem. Ta­dek cho­dził do pra­cy w tu­tej­szym warsz­ta­cie sa­mo­cho­do­wym, Ma­riol­ka z mamą zaj­mo­wa­ły się dziec­kiem. Ma­riusz Kraw­czyk bacz­nie ob­ser­wo­wał, czy zięć do­brze się spra­wu­je. A Wilq pił wód­kę, wra­cał póź­no do domu, bo prze­sia­dy­wał w je­dy­nym po­bli­skim ba­rze. Do­pó­ki jed­nak był wier­ny i przy­no­sił pie­nią­dze, mógł li­czyć na li­tość te­ścia.

I tak się ży­cie to­czy­ło, do­pó­ki któ­re­goś dnia sta­ry Kraw­czyk nie od­szedł. Nie­wy­kry­ty tęt­niak mó­zgu pękł, uśmier­ca­jąc go w kil­ka mi­nut, kła­dąc przy tym kres szczę­ściu sta­rej Kraw­czy­ko­wej, jej cór­ki i wnu­ka. Ta­dek bez nad­zo­ru te­ścia po­czuł się bo­wiem swo­bod­nie. Do tego stop­nia, że do domu prze­stał wra­cać, pie­nię­dzy przy­no­sił co­raz mniej i w ogó­le nic so­bie nie ro­bił z łez Ma­riol­ki, któ­rą zdą­żył już daw­no temu szcze­rze znie­na­wi­dzić. Na­wet gdy bra­cia te­ścio­wej pró­bo­wa­li go wziąć w ob­ro­ty, dał nogę, a póź­niej jed­ne­mu z nich w nocy z kum­pla­mi po­obi­jał sa­mo­chód. Gdy męż­czy­zna wy­biegł bro­nić swe­go mie­nia, przy­ło­ży­li mu kil­ka razy ki­jem bejs­bo­lo­wym. Ra­dio­wóz stał obok. Obaj sie­dzą­cy w nim funk­cjo­na­riu­sze ni­cze­go nie wi­dzie­li. Nie oce­niaj­cie ich su­ro­wo. To na­praw­dę mała miej­sco­wość, a ich dzie­ci cho­dzą do tej sa­mej szko­ły, co ro­dzi­ny tych, bi­ją­cych sta­re­go męż­czy­znę. Je­śli nie ro­zu­mie­cie tej men­tal­no­ści, to nie zro­zu­mie­cie, co chcę da­lej opo­wie­dzieć. Ani po co.

Wra­caj­my do Ro­ba­czyw­ka. Wszyst­ko wy­da­rzy­ło się pew­nej kosz­mar­nej nocy, kie­dy pi­ja­ny Wil­czyń­ski wró­cił do domu. Te­ścio­wa spa­ła już daw­no, po­dob­nie Ma­riol­ka i Ma­ciuś. Chłop­czyk miał zwy­czaj za­sy­pia­nia z mamą, co po­wo­do­wa­ło, że cza­sem na roz­kła­da­nej ka­na­pie nie było miej­sca dla Tad­ka. Po­dob­nie było tej nocy. Męż­czy­zna ro­ze­brał się, zbu­dził gwał­tow­nie mał­żon­kę i ka­zał jej prze­ło­żyć syn­ka do łó­żecz­ka, po czym sam zwa­lił się na wyro i za­snął twar­dym pi­jac­kim snem. Tym, że wrza­ska­mi obu­dził te­ścio­wą i wy­stra­szył chłop­ca, któ­ry za­no­sił się te­raz od pła­czu, wca­le się nie przej­mo­wał. Ma­riol­ka zaś uspo­ko­iła dziec­ko, odło­ży­ła je spać i sama przy­cup­nę­ła obok chra­pią­ce­go męża.

Tra­ge­dia na­stą­pi­ła kil­ka­dzie­siąt mi­nut póź­niej. Ma­ciuś obu­dził się prze­stra­szo­ny i wy­szedł z łó­żecz­ka, co umoż­li­wia­ły mu wyj­mo­wa­ne szcze­bel­ki. Po­kój nie był duży, więc szyb­ciut­ko po­biegł do ka­na­py, na któ­rej spa­ła mama. Rzu­cił się na śpią­cych ro­dzi­ców, chcąc przy­tu­lić się do cie­płe­go i bez­piecz­ne­go cia­ła. Nie­ste­ty, ma­lec, wska­ku­jąc na tap­czan, ude­rzył dość bo­le­śnie śpią­ce­go na wznak ojca, któ­ry ze­rwał się gwał­tow­nie i z pi­jac­ką wście­kło­ścią ode­pchnął nogą peł­zną­ce dziec­ko. Chłop­czyk, ude­rzo­ny w pierś, po­le­ciał na znaj­du­ją­cą się obok me­blo­ścian­kę, od­bił się od niej i padł nie­przy­tom­ny. Z roz­bu­ja­ne­go me­bla po­sy­pa­ły się na nie­go wa­zo­ny, zdję­cia w me­ta­lo­wych ram­kach i por­ce­la­no­wa za­sta­wa, bę­dą­ca ślub­nym pre­zen­tem Wil­czyń­skich. Krzyk Ma­ciu­sia trwał tyl­ko kil­ka se­kund. Ryk roz­pa­czy, jaki wy­do­był się z gar­dła Ma­riol­ki, obu­dził­by pew­nie umar­łe­go. Nie­ste­ty, je­dy­nie roz­wście­czył bar­dziej wciąż pi­ja­ne­go Ta­de­usza. Prze­ra­żo­ny tym, co się przed chwi­lą wy­da­rzy­ło, wy­ła­do­wał całą swo­ją fu­rię na krzy­czą­cej mał­żon­ce. Okła­dał ją pię­ścia­mi bez­li­to­śnie i bez­myśl­nie, jak po­pad­nie i gdzie bądź. Dał uj­ście ca­łej swo­jej nie­na­wi­ści i fru­stra­cji, któ­ra wzbie­ra­ła w nim przez lata. Gdy do po­ko­ju wpa­dła uzbro­jo­na w nóż te­ścio­wa, pró­bu­jąc sta­nąć w obro­nie cór­ki, prze­kro­czył gra­ni­cę sza­leń­stwa. Od­rzu­cił po­bi­tą mał­żon­kę, któ­rą wcze­śniej jed­ną ręką przy­du­szał, a dru­gą tłukł w twarz, i ru­szył z ry­kiem na sta­rą Kraw­czy­ko­wą. Ko­bie­ci­na pró­bo­wa­ła za­sło­nić się no­żem i chla­snę­ła go na od­lew po przed­ra­mie­niu. Wilq wy­rwał jej broń, bru­tal­nie wy­krę­ca­jąc nad­gar­stek, tak że chrup­nę­ły ła­ma­ne ko­ści. Zła­pał ją za wło­sy i bił jej twa­rzą we fra­mu­gę drzwi do mo­men­tu, gdy w prze­bły­sku świa­do­mo­ści zo­ba­czył po­wbi­ja­ne w drew­nia­ną po­wierzch­nię ka­wał­ki ko­ści i zęby ster­czą­ce spo­mię­dzy zle­pio­nych krwią i mó­zgiem strzę­pów wło­sów.

Całe zaj­ście trwa­ło ja­kieś sześć mi­nut. Są­sie­dzi we­zwa­li po­li­cję, ale ci nie chcie­li wejść do środ­ka, nie sły­sze­li już bo­wiem żad­nych krzy­ków, poza ha­ła­sem, jaki wy­wo­ły­wa­ła ude­rza­ją­ca o fra­mu­gę gło­wa Kraw­czy­ko­wej. Drzwi do miesz­ka­nia wy­ła­ma­li bra­cia sta­rusz­ki. Oni też sto­czy­li mor­der­czą wal­kę z osza­la­łym Wil­czyń­skim.

Na dru­gi dzień mó­wio­no o na­szej wsi we wszyst­kich wia­do­mo­ściach. Wilq zo­stał udu­szo­ny prze­dłu­ża­czem. To była je­dy­na rzecz, jaka wpa­dła w ręce jed­ne­mu z bra­ci Kraw­czy­ko­wej, gdy chciał ra­to­wać dru­gie­go bra­ta, któ­re­go Ta­dek wła­śnie me­to­dycz­nie okła­dał. W wia­do­mo­ściach i w ga­ze­tach na­pi­sa­no po pro­stu, że Wil­czyń­ski się po­wie­sił. Ni­g­dy nikt nie po­wie­dział, któ­ry z męż­czyzn na­praw­dę go udu­sił (a obi­ci byli obaj), nikt też go nie ża­ło­wał. Wszy­scy wi­dzie­li sta­rą Kraw­czy­ko­wą, któ­rej twarz zo­sta­ła wgnie­cio­na we fra­mu­gę, a to, co z niej zo­sta­ło, było je­dy­nie krwa­wą pap­ką w strasz­li­wej ja­mie roz­bi­tej czasz­ki. Ma­riol­ka zmar­ła kil­ka go­dzin póź­niej na sku­tek ob­ra­żeń we­wnętrz­nych. Po­dob­no ka­wał­ki ko­ści po­ła­ma­ne­go nosa po­wbi­ja­ły się jej w mózg, było też coś o ka­wał­kach że­ber prze­bi­ja­ją­cych płu­ca. Dla świa­ta zgi­nął też Ma­ciuś. Na­ro­dził się Ro­ba­czy­wek.

Chło­pa­kiem za­jął się naj­pierw je­den z bra­ci Kraw­czy­ko­wej — Wie­sław Mar­ci­now­ski. Był tym star­szym i po­dej­rze­wam, że to on udu­sił Wil­czyń­skie­go. Sta­rał się fa­cet za­opie­ko­wać sie­ro­tą, ale nie było to ła­twe. Ro­ba­czy­wek prze­żył kop­nię­cie pi­ja­ne­go ojca, wy­rżnię­cie w seg­ment i o pod­ło­gę, ude­rze­nia spa­da­ją­cych na nie­go cięż­kich przed­mio­tów. Ale skut­ki tego były opła­ka­ne. Przede wszyst­kim twarz i gło­wa Ro­ba­czyw­ka wy­glą­da­ły obrzy­dli­wie. Jed­no oko stra­cił, w tym miej­scu za­wsze znaj­do­wa­ła się szkla­na imi­ta­cja. Dru­gie wy­glą­da­ło, jak­by wy­cho­dzi­ło całe z oczo­do­łu i tyl­ko moc­no wy­su­nię­te do przo­du czo­ło da­wa­ło mu osło­nę. Po­ła­ma­ny nos spra­wiał, że twarz wy­glą­da­ła jak prze­trą­co­na i prze­krzy­wio­na (a może rze­czy­wi­ście po pro­stu taka była), dol­na szczę­ka źle się zro­sła, krzy­we zęby wy­sta­wa­ły, za­cho­dząc na gór­ną war­gę. Do­daj­cie do tego jesz­cze od­sta­ją­ce uszy i wło­sy ro­sną­ce ja­sny­mi kęp­ka­mi na po­zna­czo­nej bli­zna­mi gło­wie. Oto Ro­ba­czy­wek. Tak jak nie­gdyś ko­bie­ty oglą­da­ły się za nim z za­chwy­tem, tak po­tem z obrzy­dze­niem, względ­nie z li­to­ścią. A Ro­ba­czy­wek uśmie­chał się do nich i cie­szył się bar­dzo, smar­ka­jąc po so­bie. Bo Ro­ba­czy­wek po tym wszyst­kim był po pro­stu głu­pi.

Pew­nie są w kra­ju gmi­ny i in­sty­tu­cje, któ­re mo­gły­by coś zdzia­łać w ta­kiej sy­tu­acji. U nas nikt się nie przej­mo­wał fak­tem, że sta­ry pier­dziel wy­cho­wu­je zde­bi­la­łe­go po­twor­ka. Ro­ba­czy­wek nie cho­dził do przed­szko­la, bo pa­nie nie chcia­ły, żeby stra­szył dzie­ci. Jak wy­cho­dził po­ba­wić się na po­dwór­ko, rzu­ca­li w nie­go ka­mie­nia­mi. Ro­ba­czy­wek śmiał się, my­śląc, że się z nim ba­wią, i pła­kał, gdy rzu­ty oka­zy­wa­ły się cel­ne. Mar­ci­now­ski wy­trzy­mał pół­to­ra roku. Trze­ba przy­znać, że i tak cał­kiem nie­źle. Kie­dy uświa­do­mił so­bie, że z sie­ro­ty nie bę­dzie po­żyt­ku, a to, że Ro­ba­czy­wek nie kon­tro­lu­je pę­che­rza i zwie­ra­czy nie jest sta­nem przej­ścio­wym, z któ­re­go wy­ro­śnie, a ko­lej­nym ze skut­ków ro­dzin­nej tra­ge­dii, od­dał go młod­sze­mu z bra­ci, Kac­pro­wi. I tak za­czę­ła się wę­drów­ka Ro­ba­czyw­ka. Przez na­stęp­ne kil­ka lat był prze­rzu­ca­ny do dziad­ków, wuj­ków, cioć, ku­zy­nów, oj­ca­ko­nia­bra­ta­sy­nów. Nie wiem, co go spo­ty­ka­ło w tych do­mach, czę­sto wi­dzia­łem, jak ucie­ka na pola, kil­ka razy wi­dzia­łem, jak tam pła­kał. Rzu­ci­łem w nie­go na­wet raz ka­mie­niem. Nie tra­fi­łem.

W koń­cu przy­szedł czas, że Ro­ba­czy­wek mu­siał iść do szko­ły. Przy­je­cha­ły ja­kieś ko­bie­ty z ja­kie­goś urzę­du, zna­la­zły tego sie­ro­tę błą­ka­ją­ce­go się po wsi. Chcia­no go za­brać do domu dziec­ka w mie­ście, ale miej­sco­wi nie zgo­dzi­li się. Bądź co bądź był to nasz sie­ro­ta. Cho­ciaż de­bil. Przy­gar­nę­li go do sie­bie Ka­sia­ko­wie. Nie z do­bre­go ser­ca. Dla kasy z opie­ki spo­łecz­nej. Zni­ko­mej, to fakt, ale za­wsze Da­mian Ka­siak miał za co wy­pić. Ro­ba­czy­wek nic z tego nie do­sta­wał. Naj­wy­żej wpier­dol. Ale do szko­ły po­szedł. Pa­nie do wsi nie przy­jeż­dża­ły już wię­cej. Przy­je­chał za to pe­da­gog kil­ka mie­się­cy póź­niej, żeby spraw­dzić, dla­cze­go Ro­ba­czy­wek nie ma od­po­wied­nich pod­ręcz­ni­ków, przy­bo­rów, dla­cze­go opusz­cza lek­cje, dla­cze­go pła­cze i śmie­je się na prze­mian. Było dużo dla­cze­go. Od­po­wie­dzi nie było żad­nych, bo Ka­siak nie wpu­ścił go do domu, a po­li­cja bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce. Da­mian sta­rał się jed­nak od tej pory bić Ro­ba­czyw­ka rza­dziej i de­li­kat­niej, a przy­naj­mniej w mniej wi­docz­nych miej­scach. Kto wie, może w in­nej gmi­nie, z in­ny­mi stró­ża­mi pra­wa, z bar­dziej zde­ter­mi­no­wa­nym pe­da­go­giem, z inną opie­ką spo­łecz­ną wszyst­ko po­to­czy­ło­by się ina­czej? Nie wiem. Było to u nas i sta­ło się, jak się sta­ło.

Ro­ba­czyw­ka na­zy­wa­li­śmy róż­nie. Po­kra­ka. Mu­tant. Po­twór. Star­si mó­wi­li na nie­go Qu­asi­mo­do. Wte­dy jesz­cze wy­ma­wia­łem to Kwa­zi­mo­do. Prze­zy­wa­li go Ge­jek, bo roz­pacz­li­wie lu­bił się tu­lić, nie pa­trząc na płeć. Wo­ła­li za nim Ka­łek, bo po­dob­no ktoś na­mó­wił go do ze­żar­cia wła­sne­go gów­na. A Ro­ba­czy­wek śmiał się i pła­kał na prze­mian. Pa­nie w szko­le sta­ra­ły się mu po­móc, ale był nie­re­for­mo­wal­ny. Dwa lata po­wta­rzał pierw­szą kla­sę, do dru­giej pusz­czo­no go przez li­tość, tyl­ko po to, by znów ki­blo­wał ko­lej­ne dwa lata. Ka­siak się za­wziął i od­ma­wiał skie­ro­wa­nia go na ja­kieś ba­da­nia, o któ­rych mó­wi­li w szko­le na­uczy­cie­le. Każ­dy wie­dział, że Ro­ba­czy­wek to de­bil. Nie­po­trzeb­ne były na to żad­ne orze­cze­nia. Ka­siak zaś bał się, że gdy Ro­ba­czyw­ka zba­da­ją, za­bio­rą go od nie­go i kil­ka stó­wek mie­sięcz­nie bę­dzie mniej. Tak też ży­cie to­czy­ło się da­lej.

Nie pa­mię­tam, kto wy­my­ślił prze­zwi­sko Ro­ba­czy­wek. Pew­nie ktoś ze star­szych klas. Chy­ba ja­kaś dziew­czy­na. Chy­ba na­wet nie zło­śli­wie, ona po pro­stu po­wie­dzia­ła, że ten chło­pak nie jest zły, jest tyl­ko jak owoc, któ­ry za­ata­ko­wa­ły ro­ba­ki. Taki Ro­ba­czy­wek wła­śnie. Wry­ło mi się to w pa­mięć strasz­li­wie. Od tam­tej pory nie mo­głem prze­stać my­śleć o ni­czym in­nym, tyl­ko o tym, że tego po­twor­ne­go chło­pa­ka zże­ra od środ­ka ro­bac­two. W in­nych chwi­lach rze­czy­wi­ście wi­dzia­łem w nim ze­psu­ty owoc, jabł­ko daj­my na to, któ­re psu­je się od środ­ka. I za któ­rymś ra­zem mnie olśni­ło.

Na­mó­wi­łem do tego jesz­cze dwóch ko­le­gów. Cza­rek był ty­pem kla­so­we­go osił­ka, poza tym był to drań i sa­dy­sta, uwiel­bia­ją­cy znę­cać się nad zwie­rzę­ta­mi i słab­szy­mi. W za­sa­dzie nie mu­sia­łem go na­ma­wiać. Za­pa­lił się do te­ma­tu, gdy tyl­ko o nim usły­szał. Bar­tek po­szedł ze stra­chu, bo za­ga­da­łem do nie­go z Czar­kiem. Ko­niec koń­ców było nas trzech, a Ro­ba­czy­wek sam je­den. Nie mu­sie­li­śmy go do ni­cze­go na­ma­wiać, w ża­den spo­sób za­chę­cać. Ro­ba­czy­wek już taki był. Po­szedł za nami, bo go za­wo­ła­li­śmy. Wy­cią­gnę­li­śmy go da­le­ko za wieś, do po­pe­ge­erow­skich ma­ga­zy­nów. Gdy we­szli­śmy do tego, któ­ry zo­stał przez nas wcze­śniej wy­zna­czo­ny jako miej­sce wła­ści­we, Cza­rek zdzie­lił Ro­ba­czyw­ka tak, że ten aż na­krył się no­ga­mi. Jesz­cze wte­dy nie ro­zu­miał, wszy­scy go prze­cież bili. Prze­wró­cił się i na czwo­ra­kach szcze­rzył się do nas. Krew i smar­ki pły­nę­ły z jego roz­bi­te­go nosa, a on rżał jak kre­tyn i ła­sił się do nas jak pies, pa­trząc na nas bła­gal­nie tym je­dy­nym, męt­nym okiem. Wła­śnie to oko chy­ba mnie wte­dy tak roz­sier­dzi­ło. Kop­ną­łem go w twarz, ru­nął na ple­cy, a Cza­rek za­czął już bu­to­wać go rów­no z każ­de­go boku. Ro­ba­czy­wek wił się z bólu i stra­chu na za­ku­rzo­nej zie­mi. Pła­kał i ję­czał coś nie­zro­zu­mia­le.

Bar­tek za­czął krzy­czeć, że­by­śmy prze­sta­li. Po­wie­dzia­łem, że je­śli za­raz się nie za­mknie, zaj­mie­my się nim. Nie za­mknął się. Uciekł. Nie go­ni­li­śmy go, zbyt za­ję­ci ko­pa­niem Ro­ba­czyw­ka. Nie wiem, co nas wte­dy na­pę­dza­ło. Może to, że on był taki brzyd­ki, taki inny. Był wy­obra­że­niem wszyst­kie­go, cze­go się brzy­dzi­łem, nie­na­wi­dzi­łem i… ba­łem. Przede wszyst­kim był zaś taki ule­gły. Kie­dy zro­bi­li­śmy prze­rwę, żeby zła­pać od­dech, on nie krzy­czał, nie ucie­kał, nie bła­gał. Pa­trzył na nas tym skre­ty­nia­łym okiem i uśmie­chał się z na­dzie­ją. Znów ła­sił się o li­tość. Nie oka­za­li­śmy jej.

To ja wbi­łem mu w oko ka­wa­łek szkła. Cza­rek trzy­mał jego gło­wę, żeby się nie wy­rwał. Zro­bi­łem to po­wo­li, z zim­ną krwią, ob­ser­wu­jąc, jak biał­ko pęka pod na­ci­skiem ostrza, jak roz­le­wa się po po­licz­ku, gdy beł­tam szkłem w oczo­do­le. To ja wy­dłu­ba­łem mu tę kul­kę z dru­gie­go oczo­do­łu. Wte­dy już wył jak osza­la­ły, mio­tał się dzi­ko i roz­pacz­li­wie, pró­bu­jąc nam się wy­rwać. W pew­nym mo­men­cie na­wet mu się to uda­ło, bo szarp­nął się gwał­tow­nie z siłą po­tę­go­wa­ną bó­lem i ude­rzył na od­lew Czar­ka. Ze­rwał się do bie­gu, sko­wy­cząc przej­mu­ją­co, ale ośle­pio­ny, nie uciekł da­le­ko w peł­nym gru­zu ma­ga­zy­nie. Do­pa­dli­śmy go bły­ska­wicz­nie, wście­kle przy­ło­ży­li­śmy mu kil­ka razy zna­le­zio­ny­mi na zie­mi ka­mie­nia­mi. Zwiot­czał, ale pierś uno­si­ła mu się szyb­ko. Od­dy­chał.

To Cza­rek po­de­rżnął mu gar­dło. Tym sa­mym ka­wał­kiem szkła, któ­rym ja wy­łu­pi­łem mu oko. Nie było to ła­twe, bo szkło nie było już ta­kie ostre, a skó­ra wbrew temu, co po­ka­zu­ją w fil­mach, wca­le nie jest tak mięk­ka. Nie oby­ło się bez pi­ło­wa­nia i szar­pa­nia, dar­cia tkan­ki i zgrzy­ta­nia po ko­ści. To chy­ba wte­dy Ro­ba­czy­wek umarł.

Po­cząt­ko­wo nie chcie­li­śmy mu zro­bić krzyw­dy. Plan był taki, że chcia­łem tyl­ko spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście jest on pe­łen ro­ba­ków. Nie, nie cho­dzi mi tu o ta­siem­ce i inne tego typu pa­skudz­twa. Li­czy­łem, że może rze­czy­wi­ście sie­dzi w nim coś, co da się wy­dłu­bać, wy­kro­ić, jak z ze­psu­te­go jabł­ka, i wte­dy chło­pak znów bę­dzie nor­mal­ny, reszt­ka jabł­ka bę­dzie ja­dal­na.

Ale kie­dy Cza­rek ude­rzył, kie­dy Ro­ba­czy­wek padł jak ten pies, skam­ląc i ła­sząc się, coś we mnie pę­kło. To ko­pa­nie, to oka­le­cza­nie… Kie­dy pu­ści­ły mu zwie­ra­cze, by­łem tak prze­peł­nio­ny obrzy­dze­niem, że nie mo­głem za­pa­no­wać nad swo­ją wście­kło­ścią. Znę­ca­li­śmy się nad cia­łem Ro­ba­czyw­ka jesz­cze dłu­go. Mie­li­śmy nóż, któ­ry wzię­li­śmy do wy­ci­na­nia ro­ba­ków. Nie wiem cze­mu wcze­śniej uży­li­śmy szkła, choć praw­dzi­we ostrze z har­to­wa­nej sta­li było cały czas w ple­ca­ku Czar­ka. Na pew­no wpły­nę­ła na to wście­kłość i amok, jaki nas ogar­nął. Ale je­śli tak, to cze­mu wy­łu­pi­łem oko tak spo­koj­nie? Dla­cze­go po­tem, kie­dy roz­pru­li­śmy brzuch Ro­ba­czyw­ka, żeby po­szu­kać tam larw lub glist, my­śle­li­śmy dość ja­sno? Nie za­po­mnie­li­śmy o nożu?

Nie wiem.

Zła­pa­li nas lu­dzie z wio­ski. Bar­tek ich przy­pro­wa­dził. Nie mam do nie­go żalu. Ni­g­dy nie mia­łem. Przy­ła­pa­li nas grze­bią­cych się we fla­kach Ro­ba­czyw­ka, zszo­ko­wa­ni pa­trzy­li, jak me­to­dycz­nie, po­wo­li i skru­pu­lat­nie wy­do­by­wa­my z roz­pru­tych trze­wi me­try je­lit, pła­ty wą­tro­by, wo­rek żo­łąd­ka. Szu­ka­li­śmy ro­ba­ków. Nie było ich tam.

Od tam­te­go zda­rze­nia mi­nę­ło dwa­na­ście lat. Nie po­nie­śli­śmy żad­nych kon­se­kwen­cji. W na­szej wio­sce to nic no­we­go. Ro­ba­czyw­ka szu­ka­ła na­sza po­li­cja, nic więc nie zna­leź­li. Szu­kał go też Ka­siak, ale i jemu nic nie po­wie­dzia­no. A może mu po­wie­dzie­li, bo w pew­nym mo­men­cie od­pu­ścił? Ży­cie po­to­czy­ło się da­lej. Cza­rek skoń­czył w kry­mi­na­le. Po tam­tym zda­rze­niu jesz­cze w pod­sta­wów­ce zda­rza­ły mu się po­bi­cia i na­pa­ści, pierw­szych gwał­tów do­pu­ścił się w gim­na­zjum. Sie­dzi już osiem lat. Zo­sta­ło mu sie­dem­na­ście.

Ja wy­sze­dłem na lu­dzi. Jeż­dżę trak­to­rem, zbie­ram zbo­że, żyję spo­koj­nie, z dnia na dzień, jak Pan Bóg przy­ka­zał. Nie wra­cam do tam­tych zda­rzeń ni­g­dy. Wciąż za­sta­na­wiam się jed­nak, czy żyją w nas ro­ba­ki, któ­re od­po­wia­da­ją za zło i nie­szczę­ścia. Czy moż­na je z nas wy­do­być? Za­po­biec pro­ble­mom? Czy da się je wy­cią­gnąć, wy­kroić, za­nim wy­wo­ła­ją tra­ge­dię?

My­śli te po­wra­ca­ją za­wsze, gdy sto­ję nad łó­żecz­kiem swo­jej nowo na­ro­dzo­nej có­recz­ki.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Królestwo gore Zombie.pl Miasteczko Dziedzictwo Manitou. Antologia dedykowana Grahamowi Mastertonowi Pradawne zło Iron Tales. Literacka składanka w hołdzie Iron Maiden 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione