Świat bez ciebie

Świat bez ciebie

Autorzy: Tamara Webber

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 21.75 zł

Czwarta część z serii „Między wierszami”.


W miłości Reida i Dori pojawiają się komplikacje. Na scenie pojawia się River, czteroletni syn Reida i Brooke Cameron, który zaraz po urodzeniu został oddany do adopcji. Gdy po pewnym czasie pomoc społeczna odbiera go z domu z powodu rażącego zaniedbania Brooke i Reid postanawiają wspólnie adoptować własne dziecko.

Tytuł oryginału: Here Without You

Redakcja: Paweł Gabryś-Kurowski

Korekta: Danuta Szczepańska

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce: copyright © A StockStudio/Shutterstock.com

Text copyright © 2013 by Tammara Webber

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-573-7

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat:jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Epilog

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Rozdział 1

Reid

Moja dziewczyna dotąd nie powiedziała o mnie swoim rodzicom.

Od tygodnia spotykamy się, ale potajemnie; nie wychodzimy nigdzie razem, jak to było jesienią. Jestem pełen uznania dla sposobu, w jaki chciała spędzić ten czas, nie chcę się jednak ograniczać do siedzenia z nią w domu. Dori jest jak nowa zabawka, którą nie mogę się nikomu pochwalić – do dupy tak myśleć i mówić. Tyle że ona tylko przewraca oczami, jeśli o tym wspomnę.

Tak czy owak, John jest jedynym z mych przyjaciół, który wie o moim nowym statusie: w stałym związku; no, Chelsea Radin – gwiazda partnerująca mi w ostatnim filmie – uśmiechała się domyślnie, widząc nas razem podczas ostatnich kilku dni nakazanego przez sąd wolontariatu w budynku Habitat. Przypuszczam, że ona wie. Szczególnie odkąd przyłapała nas, kiedy wychodziliśmy z alkowy z boku budynku, i zobaczyła rozluźniony koński ogon i zarumienioną twarz Dori oraz mój uśmieszek samozadowolenia.

Stoimy z Johnem na obrzeżu boiska i w tym momencie on postanawia poruszyć sprawę mojego sekretnego związku, bo jego wyczucie chwili jest takie samo jak takt – nie istnieje.

– To kiedy zamierzasz ujawnić światu swój tak zwany związek?

Poziom hałasu w Staples Center sprawia, że nasza rozmowa pozostaje poufna, co nie oznacza, że mam ochotę dyskutować o Dori w środku osiemnastotysięcznego tłumu – nie mówiąc już o obecności kilkuset kamer, które transmitują mecz dla wielomilionowej widowni. Na dodatek słowo „związek” John wymawia takim tonem, jaki większość ludzi rezerwuje dla CHORÓB WENERYCZNYCH. Potem niewinnie mruga oczami, kiedy rzucam mu miażdżące spojrzenie. Podejrzewam, że ta minka przez wiele lat działała na jego ojca, dopóki nie zrozumiał, że John to młodsze wcielenie jego samego.

– Co? Reid Alexander ma dziewczynę. – Przy ostatnim słowie jego głos opada – co nie znaczy bynajmniej, że szanuje mój nakaz milczenia – raczej sam fakt jest zbyt wstrząsający, by mówić o nim pełnym głosem.

Patrzę na rzut za trzy punkty, chybiony. Obaj klniemy.

– To wiadomość warta krocie, brachu! Co mi za to dasz?

Jeśli John czeka na moją odpowiedź, to może sobie czekać do usranej śmierci.

Kobe dostaje karę za przekroczenie kroków – co nigdy mu się nie zdarza – opadam na swoje miejsce i krzyżuję ramiona na piersi.

– Gówno. – To przekleństwo oddaje aktualny stan moich uczuć do Lakersów i Dori, kocham ich i ją, a oni mnie olewają.

John trąca mnie łokciem i uśmiecha się.

– Daj spokój, stary, przecież wiesz, że jestem chodzącą dyskrecją. – Dziwne, ale to prawda. Ponieważ nie zaczynam się od razu wywnętrzać, John rzuca domysły. – Więc to już koniec? O to chodzi? Koleś, mówiłem przecież, że to nie potr…

– Nie powiedziała jeszcze rodzicom.

Kątem oka widzę zbaraniałą minę Johna, gapi się na mnie, jakbym nagle zaczął do niego gadać w obcym języku, i czeka na przekład.

– Czuję się jak bohater jakiegoś pieprzonego sitcomu na dobranoc – dodaję, obserwując mecz.

John unosi brew.

– Czekaj. Ty mówisz poważnie. To jest powód? Że nie powiedziała rodzicom? Mógłbym wymienić setkę dziewczyn, które byłyby uszczęśliwione, gdybyś umówił się z nimi – raz. A ta jedna, którą uczyniłeś swoją dziewczyną, nie rozpowiada o tym na prawo i lewo?

Wzruszam ramionami, choć czuję się urażony, że John ujmuje to w ten sposób. Jak mówiłem, takt nie jest jego najmocniejszą stroną.

Potrząsa głową.

– Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym jakaś dziewczyna weźmie Reida Alexandra pod pantofel… Oj! Koleś! – Gromi mnie wzrokiem i rozciera ramię, bo dałem mu mocnego kuksańca. – Co takiego jest w tej dziewczynie, że budzi w tobie agresję?

Śmieję się, bo akurat pokazują nas na ekranie zawieszonym nad środkiem boiska. Najwyższy czas zacząć udawać, że to wygłupy, a nie bójka, która mogłaby stać się główną atrakcją wieczoru, odbierając palmę pierwszeństwa Lakersom i Jazzom.

– Kamera!

John natychmiast przestawia się i odgrywa wygłupy dużo lepiej niż ja.

– To było ostatnie ostrzeżenie, stary. – Przeznaczony dla kamery uśmiech nie kryje ostrego tonu mojego głosu. – Nie mów o niej w ten sposób. – Ma szczęście, że posiniaczyłem mu tylko biceps, zamiast przefasonować facjatę.

– Mówiłem o tobie – warczy John w odpowiedzi, uśmiechając się równie szeroko jak ja.

***

Brooke

– Pani Cameron? Tu Bethany Shank. Zlokalizowałam go.

Nie powinnam odbierać telefonu od niej w trakcie pedikiuru, ale kiedy zobaczyłam na wyświetlaczu jej nazwisko, nie mogłam się oprzeć ciekawości. Wiedziałam, że nie ma szansy, by to była wiadomość głosowa. Wynajmując prywatnego detektywa, oczekiwałam znalezienia mojego dziecka. To jasne oczywiście, że się tego spodziewałam. A jednak ta wiadomość dosłownie zwaliła mnie z nóg. Serce zaczyna mi walić tak mocno, jakbym wstrzyknęła sobie w żyłę espresso.

– Tak szybko…

Kobieta, która akurat wyciera moją stopę, udaje, że nie słucha, co mówię do telefonu; ciekawe, czy słyszy oszalałe bicie mojego serca.

– Mówiłam, że to nie potrwa długo, jeśli da mi pani wolną rękę w prowadzeniu poszukiwań.

– I co teraz? – Znalazłam go. Ręce zaczynają mi się trząść, choć udaję pewną siebie. Jaka szkoda, że nie jestem teraz w domu, że nie mogę położyć się albo zacząć krążyć po pokoju – wszystko jedno, byle tylko nie siedzieć z nogą opartą na kolanie obcej kobiety, trzęsąc się jak przerasowiony pekińczyk mojej matki, który sika ze strachu, kiedy ktoś kichnie.

– Mam szereg dyskretnych informacji. Nie na telefon. Woli pani przyjść jutro do mojego biura, czy żebym ja przyszła do pani?

Okay, to czterolatek. Ile informacji można o nim zebrać? „W końcu przestał moczyć się w łóżko”. „Czasami wpada w złość”. „Nauczył się przedszkolu pisać swoje imię”. „Ma normalne życie”. Na tej ostatniej informacji zależy mi najbardziej: chcę po prostu wiedzieć, że ma normalne życie, żebym mogła spokojnie zająć się własnym.

Po części czuję się przez to ostatnią idiotką. Tyle że od kilku miesięcy miewam koszmarne sny związane z dzieckiem, którego nie chciałam zobaczyć ani nawet wziąć na ręce, zanim mój adwokat i pracownik socjalny przekazali go rodzinie adopcyjnej. W tych snach trzymam go na rękach, a on patrzy na mnie. A potem zalewa się łzami, płacze tak, jakby pękało mu serce, a ja po przebudzeniu pogrążam się w bezbrzeżnym poczuciu winy.

Nie mam powodu czuć się winna – najmniejszego powodu. To dlaczego, do diabła, śni mi się, że on płacze? I dlaczego budzę się z twarzą mokrą od łez?

Chcę po prostu zamknąć ostatecznie ten rozdział. Zamknąć… i może zobaczyć jego zdjęcie.

– Zakładam, że wszystko u niego w porządku. Mam rację?

Jeśli usłyszę choćby zdawkowe potwierdzenie, poprzestanę na tym. Jeśli u niego wszystko w porządku, obejdzie się bez szczegółów. Nawet zdjęcie to nie jest dobry pomysł. Właściwie wcale nie chcę wiedzieć, czy jest bardziej podobny do mnie, czy do Reida.

– Byłoby lepiej, gdybyśmy spotkały się osobiście. Przełączę panią do administratorki w celu umówienia spotkania. – Bethany Shank jest obojętna i bezosobowa, to dla niej typowe. Ale jej lakoniczne odpowiedzi są bardziej irytujące – i alarmujące – niż zazwyczaj. Pozostawiają również niewielką niteczkę niedopowiedzenia, za którą muszę pociągnąć.

– Dzieje się coś złego?

Nieoczekiwana pauza, zamiast natychmiastowego zaprzeczenia, którego się spodziewałam, sprawia, że nagle pragnę być sama. Teraz, już. Z grymasem niechęci patrzę na głowę pedikiurzystki – bo dlaczego, na litość boską, tak długo trwa osuszanie jednej stopy?

Kobieta podnosi wzrok, jakby wyczuwając moje utkwione w niej spojrzenie, i blednie.

Zakrywam palcami telefon.

– Może mi pani dać chwilę? Dziękuję.

Po jej odejściu proszę Bethany Shank, żeby powtórzyła.

– Doradzam spotkanie w biurze, pani Cameron. – W tle słyszę stukanie klawiatury jej komputera. – Widzę, że mam jutro wolny termin o trzeciej po południu.

To mi się wcale nie podoba. Ona nie odpowiada na moje pytanie, co oznacza, że jednak dzieje się coś złego. I trybiki w moim mózgu zaczynają wirować jak szalone: upośledzenie umysłowe… stan terminalny… śmierć?!

– Nie. Dzisiaj. Proszę przyjść do mojego mieszkania.

Moja Prywatna Detektyw wzdycha ciężko do telefonu, jakbym rzucała jej pod nogi kłody, które niszczą jej Bardzo Ważny Plan Dnia. Czekam w milczeniu, aż ona uzna się za pokonaną.

– Dzisiaj będę wolna dopiero o siódmej…

– Siódma mi odpowiada. W takim razie do zobaczenia.

W połowie jej westchnienia przerywam połączenie. Gdybym nie była akurat w trakcie zabiegu spa w Beverly Hills u najbardziej wziętej pedikiurzystki na świecie, zmusiłabym ją, żeby mi powiedziała wszystko od razu i nie musiałabym czekać trzech godzin.

– Gotowa na masaż z oliwą? – Pediukiurzystka wróciła, troszeczkę wystraszona.

– Jasne. Ale zmieniłam zdanie w sprawie francuskich tipsów. Francuskie tipsy są dobre na lato. A teraz mamy prawie luty. Chcę czerwone. Krwistoczerwone.

Kiwnęła głową.

– Tak, oczywiście, pani Cameron.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Świat bez ciebie Tam gdzie Ty Dobrze ci tak Tak słodko...