Instrukcja obsługi solniczki

Instrukcja obsługi solniczki

Autorzy: Szymon Hołownia

Wydawnictwo: Tygodnik Powszechny

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 160

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 17.62 zł

Ks. Adam Boniecki o „Instrukcji obsługi solniczki”:

Hołownia nie należy do tych, co "patrzą na prawo, patrzą na lewo. A patrząc - widzą wszystko oddzielnie, że dom..., że Stasiek..., że koń..., że drzewo...". Hołownia pisze o bezdomnych, o dobrej zmianie, o ministrze Waszczykowskim, o papieżu Franciszku, księdzu Międlarze i biednych jak mysz kościelna księżach, o uchodźcach, misjonarzach, Helenie Kmieć, o tym, co ("oddzielnie") codziennie widzimy. Każdy felieton, jak zapis sejsmografu, pokazuje, że we wszystkich sytuacjach i sprawach zawsze jest miejsce na miłość. Książka absolutnie nie nabożna, jest ewangeliczną książką o miłości.

Szymon Hołownia:

Początkowo wydawało mi się, że pomysł wydania zbioru felietonów jest "o taki o" - takie muzeum odgrzewanych kotletów, ale jak zobaczyłem jak to wyszło, to sobie pomyślałem, że ja przecież lubię muzea (a kotlety też, tyle że sojowe...). Wyszło naprawdę całkiem git, a ja BARDZO lubię pisać do „Tygodnika Powszechnego”, więc niech owoce tego uczucia zostaną zebrane w jednym miejscu.

KONCEPCJA WYDAWNICZA Jacek Ślusarczyk

REDAKCJA Michał Okoński

KOREKTA Grzegorz Bogdał, Sylwia Frołow, Maciej Szklarczyk

PROJ. GRAFICZNY Marek K. Zalejski

ZDJĘCIE NA OKŁADCE Grażyna Makara

ZDJĘCIA Z AFRYKI Szymon Hołownia

COPYRIGHT © by Tygodnik Powszechny, 2017

COPYRIGHT © by Szymon Hołownia, 2017

www.TygodnikPowszechny.pl

WYDANIE I W TEJ EDYCJI, 2017

ISBN 978-83-656-1005-8

DYSTRYBUCJA I ZAMÓWIENIA Tygodnik Powszechny,

tel: 12 422 25 18, mail: tp@tygodnik.com.pl

PRZYGOTOWANIE WERSJI CYFROWEJ Virtualo

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Felietony

Przestrzeń życiowa

Boska gorączka

Seria limitowana

I tak to działa

Triceps dla Polski

Pieski wszechświat

Zostań bezdomnym

Suma wszystkich strachów

Dobra zmiana

Ludzki człowiek

Spełniamy marzenia, tanio

Zaproście ich do stołu

Recepta na kryzys

Pod złym adresem

Święty dzieciak

O solidarności

Fundatorzy i figa

Przegapiona operacja

Kiwka z Panem Bogiem

Jak to na wojence ładnie

Upasieni rewolucją

Za dwa lata koniec świata

Wynalazcy

Punkt widzenia

Optymalny stan konta

Jak na Afrykę

Pielenie i wyrąb

W sprawie „kapelana wyklętego”

Znak pokoju

List w obronie ortodoksji

Solniczka – instrukcja obsługi

Na jedną kartę

Nuda i guzik z prądem

Mysz kościelna

Kiedy usłyszycie „sprawdzam!”

Najwięksi wrogowie Kościoła

Zgwałcona śmierć

Bezradność

Bawią i bronią

Co ma dżuma do cholery

Antychryst i produkty uboczne

Coś poszło nie tak

Poharatany papież

Jurek samo zło

Pora na poród

Generator dobrej energii

Opowieści afrykańskie

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Kocham, uwielbiam wręcz tę wizję: Kościół jako wielka, dumna solniczka. Oto stoi na upaćkanym stole, ludzie przy nim gadają, memłają, tańczą, robią akrobacje i balety. Solniczka jest ponad to. Zna swoją wartość i oni też ją znają. Ale boją się jej, bo lubi podnosić raban. Że gdzie z solą do mięsa czy zupy, przecież ona się w nich rozpuści!

A musi zachować słoność niepokalaną aż po życie wieczne! Owszem, gdyby ktoś chciał – solniczka ma ofertę: śmiało, zapraszamy, ludzie – jedzcie sól! Sól sama w sobie jest wszak tak cudownie wyrazista, po co brukać ją jakimś łososiem z grilla albo ziemniaczkami?

Solniczka – instrukcja obsługi » przejdź do felietonu

FELIETONY

PRZESTRZEŃ ŻYCIOWA

■ Nie protestuję przeciw reedycji „Mein Kampf”, sam jednak jej nie nabędę. Babranie się w nieczystościach pozostawiam tym, którzy są do tego powołani.

22 SIERPNIA 1931 R. NA ROGU LUDWIGSTRASSE I BRIENNER Strasse w Monachium auto potrąciło pieszego. Prędkość nie była wielka, pieszy wylądował na bruku i miał parę zadrapań. Ale gdyby się na tym nie skończyło? To pytanie kierowca, baron John Scott-Ellis, wówczas osiemnastoletni bon vivant, zadawał sobie przez następnych kilkadziesiąt lat. Przez chwilę historia świata była w jego – jak to sam określił – „niezgrabnych rękach”. Gdyby wiedział, co zrobi za parę lat ów pieszy – Adolf Hitler, szef NSDAP i autor pisanych w więzieniu wspomnień o patetycznym tytule „Mein Kampf” – czy dodałby gazu? A widząc, że pieszy jeszcze się rusza – cofnął i poprawił uderzenie?

A może nie musiałby czekać? Wystarczyłoby, żeby zamiast emablować panny, na bieżąco czytał książki? Wszak „Mein Kampf” już wtedy sprzedała się w Niemczech w ponad 200 tys. kopii (by do końca wojny dobić do oszałamiającego wyniku 10 mln egzemplarzy sprzedanych i rozdanych; w III Rzeszy wręczano ją m.in. nowożeńcom i idącym na front żołnierzom).

Ludzie chętnie nasiąkali obsesjami człowieka, któremu za dwa lata oddadzą władzę nad dziesiątkami milionów istnień. Dowiadywali się, że wszystkiemu winni są bolszewicy oraz Żydzi. Że tych drugich należy wyrzucić, a jeśli będzie tego wymagać dobro niemieckiego robotnika i żołnierza – fizycznie eksterminować. Że Wielkie Niemcy, skrzywdzone przez historię, potrzebują przestrzeni życiowej na wschodzie. Że to, co słabe, musi być zmielone przez to, co mocne, a proces mielenia będzie bolał (w przeciwieństwie do polityków obiecujących wszystkim raj za darmo Hitler swoim wyznawcom lojalnie obiecywał drogę przez piekło, pot, krew i łzy).

Dziś też wielu wariatów pisze i wydaje książki. Casus „Mein Kampf” pokazuje jednak, co się dzieje, gdy autor dostaje szansę, by wszystkim tym, czym męczył papier, zamęczyć świat realny. Czy to znaczy, że pewnych książek nie powinno się w ogóle wydawać? Pytanie boleśnie aktualne. Kilka tygodni temu[1] prawa autorskie do „Mein Kampf”, będące dotąd w posiadaniu rządu Bawarii (który starał się ograniczać jej rozpowszechnianie), wygasły. Minęło 70 lat od śmierci autora. Rzecz trafiła do domeny publicznej i parę dni temu miałem okazję ujrzeć dzieło Hitlera na półce lotniskowej księgarni, tuż obok biografii rockowego gitarzysty Slasha oraz popularnego horroru o wojnie świata z najazdem zombie.

Mocne argumenty za niewydawaniem są dwa. Pierwszy: Europa na naszych oczach się kończy. Patetyczne hymny ku czci fundamentów kontynentu nie są w stanie przysłonić tego, że jego parter okupuje dziś niepodzielnie frustracjogenny materializm, na pierwsze piętro wprowadza się zaś ksenofobia. Przecież to idealna podpałka dla wszelkich radykalizmów. Dopóki „Mein Kampf” było trudno dostępne (w dobie internetu pojęcie „niedostępne” nie istnieje), szansa na to, że jakaś małpa wykorzysta to w charakterze brzytwy, była mniejsza. Krótkowłosi, wysportowani chłopcy i tak rozważali ją sobie na tajnych kompletach, co jednak, gdy teraz – zrównana na półce z tomem esejów Jacka Żakowskiego i wierszami Wisławy Szymborskiej – trafi do przekonania komuś mającemu w ręce bardziej wyrafinowane od bejsbola narzędzia? Co, gdy w jakimś modnym redaktorze, ważnym urzędniku, wygadanym profesorze narodzi się Goebbels? Debaty, do tej pory prowadzone na portalach dla półgłówków, trafią do głównego obiegu, na Onet, Wirtualną Polskę, Facebooka: „może to, co Hitler pisze na stronie 45, to jednak zbyt radykalne rozwiązanie, ale na 47 ma rację!”. „Racja, Adolf! Odpowiedzią na rozlazłość Europy musi być silne przywództwo!”. „To bardzo przykre, ale konieczne, niestety: ofiary muszą być!”.

I oto argument drugi: ludzie przez te 70 lat naprawdę niewiele się zmienili. Przez ponad pół wieku z systemu wymontowano jednak bezpiecznik: odeszło pokolenie, które na własne oczy widziało, co dzieje się, gdy literatura taka jak „Mein Kampf” wychodzi z księgarń i staje się życiem, gdy akademickie debaty o dziejowej konieczności eksterminacji tych czy innych przestają być akademickie. Czy skoro z doświadczenia wiemy już, że wirus czarnej ospy zabija – nie powinniśmy trzymać go w zamknięciu?

Z drugiej strony – przecież umysłu nie da się trzymać pod kluczem. Może więc lepiej, że brednie Hitlera przestaną kusić niczym zakazany owoc, znajdą się wreszcie w normalnym obiegu, opatrzone aparatem krytycznym (w edycji, którą widziałem, przypisy zajmują więcej miejsca niż sama treść), a ludzie będą mogli się przekonać, że ich autor po pierwsze był nudziarzem, po drugie – kiepskim pisarzem, po trzecie – miał nierówno pod kopułą. Niech wirus zginie w kontakcie ze świeżym powietrzem.

A jeśli przetrwa?

Zamiast zadręczać się, niczym baron Scott-Ellis, pytaniami, czy przyszłość byłaby inna, gdyby dało się odkręcić przeszłość, całą parę trzeba puścić w teraźniejszość. Jedynym wyjściem z błędnego koła rozmyślań o tym, jak tym razem być mądrym przed szkodą, jest odwrócenie zabiegu Hitlera: przeniesienie refleksji z poziomu mas z powrotem na poziom osobistych decyzji. Straszny Adolf zmienił jednostki w masę i przeszczepił jej swój mózg (robią tak wszyscy autokraci). Jedynym narzędziem, jakie mam, by się przed tym bronić, jest więc moje autonomiczne „nie”, „nie w moim imieniu”.

Nie protestuję więc przeciw reedycji „Mein Kampf”, sam jednak jej nie nabędę. Pozostanę wierny zasadzie, że nie czytam bestsellerowych wspomnień wampirów, katów, gwałcicieli i nie śledzę konnych sesji dzieciobójczyni w szmatławcu. Babranie się w nieczystościach pozostawiam tym, którzy są do tego powołani (psychiatrom, historykom, policjantom), wychodząc z założenia, że umysłowych śmieci się nie kontempluje, tylko sprząta.



TP 7/2016

BOSKA GORĄCZKA

■ Za dużo głupot słyszałem już z katolickich ambon, by miały odstraszać mnie bzdury padające z ambon prawosławnych. Od ambony ważniejszy jest wszak ołtarz.

W OPISYWANIU HAWAŃSKIEGO SPOTKANIA PAPIEŻA Franciszka z patriarchą Cyrylem[2] jako „najważniejszego wydarzenia w relacjach katolicko-prawosławnych od schizmy w 1054 r.” jest dużo przesady. Niemal dokładnie pół wieku temu błogosławiony papież Paweł VI z patriarchą Konstantynopola Atenagorasem (który był nawet gościem Soboru Watykańskiego II) wydali wspólną deklarację: zdejmujemy z siebie rzucone tysiąc lat wcześniej ekskomuniki, uznając, że obkładały nimi siebie nawzajem nie Kościoły, lecz osoby. Te osoby nie zdawały sobie sprawy ze skutków swoich działań. I to jest straszny wstyd przed Panem, który wyraźnie mówi, że jeśli jest „kwas” między tobą a bratem, masz zawrócić sprzed ołtarza, iść i pogodzić się, a dopiero później wracać na liturgię, składać dary, prośby i ofiary.

Ten jasny nakaz samego Jezusa odfajkowujemy zwykle podaniem ręki „na znak pokoju” paru stojącym najbliżej podczas mszy osobom. Zupełnie – mam wrażenie – nie czując obciachu z powodu sytuacji, w której dwóch następców apostołów tego samego Pana potrzebuje dwóch lat tajnych negocjacji prowadzonych przez zastępy współpracowników, by spotkać się na parę minut w lotniskowej poczekalni, chwilę porozmawiać i wymienić podarki.

W 2014 r. papież Franciszek podczas wizyty u patriarchy Bartłomieja pochylił się przed nim, prosząc o błogosławieństwo jak starszego brata (patriarchowie Konstantynopola to następcy świętego Andrzeja, „pierwszego powołanego” i starszego brata pierwszego papieża), a ten ucałował Franciszka w głowę. Piękny symboliczny gest. Wystarczy jednak lektura chętnie wydawanych przez innych przedstawicieli tzw. prawosławia greckiego broszurek o katolikach – heretykach (mam kilka w swojej biblioteczce), by przekonać się, że droga do realnego pojednania jest bardzo daleka.

Jeszcze trudniej rzecz ma się z tzw. prawosławiem rosyjskim, bo tu na kwestie religijne nakłada się polityka. To właśnie w rosyjskim prawosławiu przetrwała i rozwinęła się bizantyjska idea „symfonii” władzy świeckiej z kościelną. Słychać ją dziś wyraźnie w relacjach dwóch ostatnich moskiewskich patriarchów z duetem Putin-Miedwiediew (o czym symbolicznie przypomina tron dla prezydenta Federacji w ważnym miejscu moskiewskiego Soboru Chrystusa Zbawiciela). Ścisłe utożsamienie religii z narodem, a narodu z władcą i jego polityką skutkuje nie tylko słyszanymi przeze mnie czasem w Rosji kazaniami o tym, że na Ukrainie toczy się dziś wojna zaborczego zachodniego chrześcijaństwa z prawosławiem (według tego myślenia sankcjami z Brukseli obkładana jest nie Federacja Rosyjska, lecz Święta Ruś, ulubiony kraj Pana Boga), ale i tym, że pielgrzymując parę razy w roku z potrzeby serca do jednego z najświętszych miejsc Rosji, Ławry Troicko-Siergijewskiej, czuję to, co musi czuć Szwed odwiedzający Jasną Górę: na każdym kroku przypomina się tu Polakom, że choć w XVII wieku Szwedzi próbowali zdobyć klasztor, Matka Boża łaskawie pozwoliła obrońcom ich wybić, ocalić Ojczyznę i Wiarę.

Mnie to jednak nie przeszkadza. Widzę bowiem, że zarówno w katolicyzmie, jak i w prawosławiu (to kolejny dowód tego, żeśmy z jednej rodziny) idealnie wciela się myśl papieża Franciszka, że owce miewają czasem więcej intuicji od swoich pasterzy. Spotykam coraz więcej „szeregowych” katolików, dla których prawosławie to od dawna nie obiekt wyższościowej pogardy, tylko szkoła wiary, żywe źródło, dzięki któremu przywrócić możemy Zachodowi choćby ocalały na Wschodzie zmysł piękna i sacrum. Dziesiątki moich znajomych śpiewają dziś akatysty, palą świece, piszą ikony. Wspólnie ze wschodnimi przyjaciółmi często żartujemy ze wspomnianych wyżej broszur czy kazań.

Ja sam jem obiady i piję nalewki w gościnnych monastyrach, z cerkiewnymi babuszkami pogodnie ustalam, jak w czasie trzygodzinnego nabożeństwa podzielić się nielicznymi miejscami do siedzenia, opowiadam, gdzie się da, o Sergiuszu z Radoneża (prawosławnym świętym wpisanym również do katolickiego kalendarza) – próbuję przezwyciężyć ohydę rozłamu Kościoła, realizując dziedzictwo wyniesione z mojego rodzinnego Podlasia. Gdzie kurialiści obkładali się czasem dąsami, nacjonaliści z obu stron robili szatańską robotę, a ludzie obu wyznań i tak zawsze składali sobie nawzajem życzenia na Boże Narodzenie, nie trzepali dywanów, gdy druga strona miała Wielkanoc, razem płakali, jedli, razem żyli.

Za dużo głupot słyszałem już z katolickich ambon, by miały odstraszać mnie bzdury padające z ambon prawosławnych. Od ambony ważniejszy jest wszak ołtarz, a ten z prawosławnymi nas łączy. W normalnych warunkach nie możemy u siebie nawzajem przyjmować komunii, ale w niebezpieczeństwie śmierci – już tak. Obecność Pana Jezusa w Panu Jezusie nie zależy zaś przecież od tego, jak wysoką mam gorączkę. Wniosek: On tam stale jest. Ja czczę więc Pana realnie obecnego w cerkwiach, a moi prawosławni przyjaciele kłaniają się przed Nim w katolickich świątyniach. Cała reszta to teologiczne formalności (spór o istnienie czyśćca, pochodzenie Ducha od Ojca i Syna).

Zróbmy tak, jak kilkadziesiąt lat temu proponował Joseph Ratzinger: jesteśmy jednym Kościołem, choć mamy dwa obrządki i dwie eklezjologie, inspirujące się nawzajem, a nie zwalczające. Dla prawosławnych zwierzchnictwo papieża jest honorowe, dla nas – realne. Zmieścimy się przy Jezusie wszyscy: i ci, którzy żegnają się z prawa na lewo, i liturgiczne grupy rekonstrukcyjne kard. Burke’a, i o. Rydzyk, i patriarcha Cyryl, i ks. Boniecki. Czy to naprawdę tak trudne do zrobienia?

Bardzo trudne. Za dużo ran, za dużo rzucanych w imieniu Boga obelg. Wykrwawiliśmy się naprawdę solidnie. Ale teraz przed nami wybór: albo będziemy przez następnych tysiąc lat rozwiązywać supełek po supełku, pilnując, by skoro ja się przyznaję, to brat też się do czegoś przyznał, albo załatwimy to wielkodusznie, w szalonym, ewangelicznym stylu papieża Franciszka.

Który zdaje sobie sprawę z prawdziwości starego przysłowia: „Jest później, niż myślisz”. Ma przed oczami kolejny, dobitny nakaz Pana: jeśli masz na pieńku z bratem – pogódź się z nim, dopóki jesteście w drodze, bo wiecznie tej szansy mieć nie będziecie. Jestem ciekaw, kiedy to wreszcie do nas (do obu stron) dotrze: broniąc „stanu posiadania” naszej części Jezusowego Kościoła, depczemy Jego Ewangelię.



TP 8/2016

SERIA LIMITOWANA

■ Czy można mieć trampki Kanye Westa i mimo to pozostać Człowiekiem? Odpowiedź: można. Pod warunkiem spełnienia jednego z dwóch koniecznych warunków.

BIEDNI LUDZIE – POMYŚLAŁEM, GDY PO RAZ PIERWSZY zobaczyłem koczujących pod sklepem z trampkami przy Chmielnej kilkudziesięciu obywateli, owiniętych szczelnie w puchowe kurtki, przykrytych pałatkami, kulących się w ziąb i mżawkę na plastikowych krzesłach i czymś, co wyglądało jak polowe łóżka.

Sprawa jest znana ogólnopolsko: raper Kanye West (znany głównie z tego, że jest mężem Kim Kardashian, znanej głównie z tego, że jest znana), żeby ratować domowy budżet, wykazujący ostatnio 53 miliony dolarów manka, zaprojektował trampki. To znaczy – mu zaprojektowali, on dał tylko nazwisko. Przy okazji zastosowano stary chwyt sprzedażowy, czyli nakręcono popyt ograniczając podaż i skutek tego był widoczny na Chmielnej. Buty, wyglądające jak skrzyżowanie kapci z czarnego filcu z damską torebką, trafiły tylko do jednego sklepu w Polsce w liczbie trzydziestu trzech sztuk.

18 lutego w piątek, czyli w dzień światowej premiery kultowych pepegów, pod sklepem dyżurowały dwa radiowozy policji. Trudno wyczuć, czy bardziej chroniły zgromadzoną publiczność, czy może same buty, z pewnością dostarczone do sklepu w też nielichej obstawie.

Ludność zachowywała się jednak spokojnie. Sklep już w poniedziałek, gdy pod drzwiami pojawili się pierwsi amatorzy, opublikował regulamin koczowania, określonego z angielska jako „kampowanie” (koczować to se można po walonki, po trampki Kanye Westa się „kampuje”, spójność wizerunkowa musi być).

Zasady dla kolejkowiczów wyglądały jak skopiowane z zakładu karnego o systemie otwartym: niby jesteś na wolności, ale jednak nie jesteś. Trzydzieści trzy pierwsze osoby zostały wpisane na listę, a pracownicy sklepu w różnych porach doby sprawdzali ich obecność pod sklepem. Kogo nie było – wypadał z gry, a na jego miejsce dokładano gościa z pozycji trzydziestej czwartej albo trzydziestej piątej. Personel wyznaczał kolejkowiczom przerwy na jedzenie, toaletę czy drzemkę, ale musieli oni punktualnie stawiać się z powrotem. Właściciel interesu wyjaśniał, że nie ma w tym nic upokarzającego, „kampowanie” pod sklepami oferującymi limitowane serie produktów kolekcjonerskich to światowa norma, on i jego ludzie wiele razy robili to samo, a regulamin być musi, bo – to już moje dopowiedzenie – lepszy tygodniowy paraobóz dla kilkudziesięciu osób niż wybijanie szyb i tratowanie przez parę setek czy tysięcy.

To jasne. Jaka jednak treść doprowadziła ludzi do miejsca, w którym dobrowolnie dali się wcisnąć w taką formę? Rozmowy reporterów z kolejkowiczami nie pozostawiają złudzeń – to nie kolekcjonerzy, oni kupują buty (po 850 złotych za parę), by natychmiast odsprzedać je z minimum trzykrotnym przebiciem w internecie. Podobna sytuacja miała miejsce w Warszawie w listopadzie, gdy do sklepu H&M rzucono limitowaną kolekcję francuskiej marki Balmain. Ludzie tratowali się przy wejściu i zrywali z wieszaków wszystko jak leci, a znajomi zeznają, że osiągnięcie później w sieci 200 proc. zysku nie było czymś nadzwyczajnym. Chodziło więc nie o markę, nie o jakieś tam metaprzyjemności z obcowania z papuciem, na którym spoczęło oko ober-rapera, tylko o kasę. Jeden zarabia na straganie, inny w biurze, ktoś moknąc i marznąc pod sklepem.

To jednak jest jakaś ulga: skonstatować, że to nie uwielbienie idola pchnęło ludzi na zalany deszczem chodnik, że tam po prostu rozgrywało się zwyczajne misterium ekonomicznego poświęcenia. Ktoś poświęcił się dla rodziny, ktoś – bo chciał może odłożyć na książki, wyjazd czy studia. Z kolejkowiczów wyśmiewano się w necie, mnie na to skręcała żywa złość: nikogo przecież tym swoim staniem nie krzywdzą, a jak mają okazję przytulić parę groszy – why not?

Ci jednak, co sobie ów but ostatecznie kupią, niezależnie od tego, czy stali w kolejce, czy nie (i teraz słono zapłacą), będą odtąd (a przynajmniej powinni być) potężnym wyrzutem dla duszpasterzy, ewangelizatorów, współczesnych speców od praktycznej duchowości. Jako facet jeżdżący sporo po kraju i gadający ludziom o Bogu, stałem na Chmielnej, patrzyłem na ten tłumek i dumałem: co zrobić, żeby tak oddaną kolejkę zobaczyć kiedyś przed kościołem? Jakich argumentów użyć, by zwykli chrześcijanie w Wielkim Poście stali się zdolni do takiej ascezy, jak ci pod sklepem? A więc są tacy moi bracia Polacy, którzy dla buta są w stanie wyprowadzić się na ulicę – dlaczego innym (bo nie wiem, czy tym samym) nie mieści się w głowie, że mogliby to zrobić (nawet na parę przejściowych dni) dla swojego bliźniego, uchodźcy?

W takich momentach sam już nie wiem, czy Ewangelia nie ma jednak racji, dając taki wycisk pieniądzom, bogaczom, mamonie, przyrównując do fałszywego bóstwa, wskazując, że to ona w ludzkich sercach staje w szranki z Bogiem („nie można służyć Bogu i mamonie”). Posiadanie to według niej nie tylko jedna z przygód, na jakie możemy natrafić istniejąc, ale bywa, że i ersatz, podróbka istnienia. Staje się nim, gdy masz coś dla „mania”, nie do używania, podzielenia się (ta kategoria „usprawiedliwia” kolekcjonerów dzieł sztuki) lub oddania.

Dochodzimy tu do miejsca w wywodzie, gdzie nie da się już nie postawić najcięższego kalibru filozoficzno-etycznego pytania, godnego szpalt, na których publikowali profesorowie Stróżewski, Swieżawski czy ksiądz Tischner. Czy można mieć trampki Kanye Westa i mimo to pozostać Człowiekiem? Odpowiedź: można. Pod warunkiem spełnienia jednego z dwóch koniecznych warunków. Trampki rapera to nie rembrandt, więc albo należy je wdziać, nosić i czerpać z tego przyjemność proporcjonalną do utoczonej na nie krwawicy, albo pozwolić, by ponosił kto inny. Podaję adres: Szymon Hołownia, „Tygodnik Powszechny”, ulica Wiślna 12 w Krakowie.



TP 9/2016

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Boskie zwierzęta Święci pierwszego kontaktu Instrukcja obsługi solniczki Ludzie czasów Jezusa Ludzie w czasach Jezusa 36 i 6 sposobów na to, jak uniknąć życiowej gorączki, czyli Katechizm według Szymona Hołowni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia