Zimowy monarcha

Zimowy monarcha

Autorzy: Bernard Cornwell

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 608

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 28.79 zł

„Zimowy monarcha” mistrzowsko łączy klasyczną legendę i opowieść o nieustraszonym Arturze z emocjonującą historią walk o władzę rozgrywających się w tajemniczych, mrocznych czasach.

 

Gdy król Brytanii Uther żegna się z życiem, państwo ogarnia anarchia i nastaje niebezpieczny czas wewnętrznych podziałów. Armie saskie szykują się do najazdu na pogrążającą się w chaosie Brytanię.

Tylko Artur może powstrzymać saksońską furię i zapobiec upadkowi kraju. Jego dłoń dzierży wyjątkowy miecz – Excalibur, dar od czarownika Merlina, ale jego waleczne serce przepełnia miłość do Ginewry piękniejszej od wszystkich kwiatów. Czy przeznaczeniem Artura będzie zwycięstwo?

 

 

„W książkach Cornwella historia ożywa”.

George R.R. Martin

 

Dla Judy z wyrazami miłości

Osoby

AELLE Król Saksonów

AGRYKOLA Naczelny wódz Gwentu, poddany króla Tewdrika

AILLEANN Kochanka Artura, matka jego synów bliźniaków, Amhara i Loholta

AMHAR Nieślubny syn Artura

ANNA Siostra Artura, żona króla Budika z Broceliandii

ARTUR Nieślubny syn Uthera i opiekun Mordreda

BALISE Stary druid z Dumnonii

BAN Król Benoic, ojciec Lancelota i Galahada

BEDWIN Biskup Dumnonii, główny doradca króla

BLEIDDIG Wódz Benoic

BORS Czempion Benoic

BROCHVAEL Król Powys po śmierci Artura

CADWALLON Król Gwynedd

CADWY Lennik Dumnonii, strzegący granicy z Kernow

CALEDDIN Dawno zmarły druid, autor manuskryptu odnalezionego przez Merlina

CAVAN Zastępca Derfla

CEI Towarzysz Artura z dzieciństwa, obecnie jeden z jego wojowników

CEINWYN Księżniczka Powys, siostra Cuneglasa, córka Gorfyddyda

CELWIN Ksiądz studiujący rękopisy w Ynys Trebes

CERDIK Saksoński król

CULHWCH Kuzyn Artura, jeden z jego wojowników

CUNEGLAS Książę Powys, następca tronu, syn Gorfyddyda

DAFYDD AP GRUFFUD Urzędnik tłumaczący opowieść Derfla

DERFEL CADARN Narrator saksońskiego pochodzenia, podopieczny Merlina i jeden z wojowników Artura

DIWRNACH Irlandzki król Lleyn, krainy zwanej poprzednio Henis Wyren

DRUIDAN Karzeł, dowódca straży Merlina

ELAINE Królowa Benoic, matka Lancelota

GALAHAD Książę Benoic, przyrodni brat Lancelota

GEREINT Książę, lennik Dumnonii, Władca Kamieni

GINEWRA Księżniczka Henis Wyren

GORFYDDYD Król Powys, ojciec Cuneglasa i Ceinwyn

GRIFFID AP ANNAN Zastępca Owaina

GUDOVAN Skryba Merlina

GUNDLEUS Król Sylurii

GWENDOLYN Porzucona żona Merlina

GWLYDDYN Cieśla z Ynys Wydryn

HELLEDD Księżniczka Elmet, która poślubiła Cuneglasa z Powys

HYGWYDD Sługa Artura

HYWEL Zarządca Merlina

IGRAINE Królowa Powys, żona Brochvaela, opiekująca się Derflem w Dinnewrac

IGRAINE Z GWYNEDD Matka Artura (a także Morgany, Anny i Morgause)

IORWETH Druid z Powys

ISSA Jeden z włóczników Derfla

LADWYS Kochanka Gundleusa

LANCELOT Książę Benoic, następca tronu, syn Bana

LANVAL Jeden z wojowników Artura, dowódca straży Ginewry

LEODEGAN Wygnany król Henis Wyren, ojciec Ginewry

LIGESSAK Pierwszy dowódca straży Mordreda, który później służył Gundleusowi

LLYWARCH Drugi dowódca straży Mordreda

LOHOLT Nieślubny syn Artura, brat bliźniak Amhara

LUNETE Towarzyszka życia młodego Derfla, potem służąca Ginewry

LWELLWYN Skarbnik Dumnonii

MAELGWYN Mnich z Dinnewrac

MARK Król Kernow, ojciec Tristana

MELWAS Król Belgów, lennik Dumnonii

MERLIN Druid, władca Awalonii

MEURIG Następca tronu Gwentu, syn Tewdrika

MORDRED Niepełnoletni król Dumnonii

MORFANS „Brzydal”, jeden z wojowników Artura

MORGANA Siostra Artura, jedna z kapłanek Merlina

MORGAUSE Siostra Artura, żona króla Lota z Locji

NABUR Chrześcijański sędzia z Durnovarii, prawny opiekun Mordreda

NIMUE Kochanka Merlina, kapłanka

NORWENNA Synowa Uthera, matka Mordreda

OENGUS MAC AIREM Irlandzki król Demetii, wódz Czarnych Tarcz

OWAIN Czempion Uthera, naczelny wódz Dumnonii

PELLINOR Szalony król więziony w Ynys Wydryn

RALLA Żona Gwlyddyna, mamka Mordreda

SAGRAMOR Numidyjski dowódca wojsk Artura

SANSUM Chrześcijański kapłan i biskup, zwierzchnik Derfla w Dinnewrac

SARLINNA Dziewczynka ocalała z masakry w Dartmoor

SYBILLA Saksońska niewolnica Morgany

TANABURS Druid z Sylurii

TEWDRIK Król Gwentu

TRISTAN Następca tronu królestwa Kernow

TUDWAL Młody mnich z Dinnewrac

UTHER Król Dumnonii, Wielki Król Brytanii, Pendragon

VALERIN Wódz Powys zaręczony kiedyś z Ginewrą

Miejsca

Nazwy oznaczone gwiazdką są odnotowane w zapisach historycznych.

ABONA* Avonmouth, Avon

AQUAE SULIS* Bath, Avon

BRANOGENIUM* Rzymski fort. Leintwardine, Hereford & Worcester

BURRIUM* Stolica Tewdrika. Usk, Gwent

CAER CADARN Królewskie wzgórze Dumnonii. South Cadbury Hill, Somerset

CAER DOLFORWYN* Królewskie wzgórze Powys. W pobliżu Newtown, Powys

CAER LUD* Ludlow, Shropshire

CAER MAES White Sheet Hill, Mere, Wiltshire

CAER SWS* Stolica Gorfyddyda. Caersws, Powys

CALLEVA* Przygraniczna forteca. Silchester, Hampshire

COEL’S HILL* Cole’s Hill, Hereford & Worcester

CORINIUM* Cirencester, Gloucestershire

CUNETIO* Mildenhall, Wiltshire

DINNEWRAC Klasztor w Powys

DURNOVARIA* Dorchester, Dorset

DUROCOBRIVIS* Dunstable, Bedfordshire

GLEVUM* Gloucester

ISCA* Exeter, Devon

WYSPA UMARŁYCH* Portland Bill, Dorset

LINDINIS* Rzymskie miasto. Ilchester, Somerset

LUGG YALE* Mortimer’s Cross, Hereford & Worcester

MAGNIS* Rzymski fort. Kenchester, Hereford & Worcester

MAI DUN* Zamek Panny, Dorchester, Dorset

RATAE* Leicester

KAMIENIE* Stonehenge

VENTA* Winchester, Hampshire

YNYS MON* Anglesey

YNYS TREBES Stolica Benoic. Mont Saint-Michel, Francja

YNYS WAIR* Lundy Island

YNYS WYDRYN* Glastonbury, Somerset

CZĘŚĆ PIERWSZA

ZIMOWE NARODZINY

Zdarzyło się to w krainie zwanej Brytanią. Zdaniem biskupa Sansuma, którego Bóg musi błogosławić ponad wszystkich świętych, żyjących i zmarłych, niniejsze wspomnienia należałoby wrzucić w bezdenną czeluść wraz z wszelkim innym plugastwem upadłej ludzkości, są to bowiem opowieści o ostatnich dniach przed nastaniem wielkich ciemności, które przyćmiły światło naszego Pana Jezusa Chrystusa. Dzieje krainy, którą zwiemy Lloegyrią, co oznacza Utracone Ziemie, krainy należącej niegdyś do nas, a teraz nazywanej przez naszych wrogów Anglią. Są to opowieści o Arturze, Walecznym Wodzu, Niedoszłym Królu, Nieprzyjacielu Boga i – niech żyjący Chrystus i biskup Sansum mi wybaczą – najlepszym człowieku, jakiego znałem. Jakże go opłakiwałem!

Jest dziś zimno. Wzgórza są trupio białe, a chmury ciemne. Przed zmrokiem będzie padał śnieg, ale Sansum z pewnością nie pozwoli nam ogrzać się przy ogniu. Nasz święty twierdzi, że dobrze jest umartwiać ciało. Mam już swoje lata, ale Sansum, niech Bóg obdarzy go długim życiem, jest jeszcze starszy, nie mogę więc domagać się otwarcia drewutni z uwagi na mój wiek. Sansum uważa, że nasze cierpienia są ofiarą składaną Bogu, który wycierpiał więcej niż my wszyscy, będziemy więc w szóstkę drżeć w półśnie z zimna, a jutro brat Maelgwyn będzie musiał zejść po łańcuchu do zamarzniętej studni i rąbać kamieniem lód, abyśmy mogli napić się wody.

Najbardziej jednak ubolewam nad tym, że gdy śnieg zasypie drogi, przestanie przychodzić do klasztoru Igraine. To nasza królowa, żona króla Brochvaela, ciemnowłosa, szczupła, młoda i radosna jak ciepło słońca w zimowy dzień. Przychodzi tu się modlić, aby Bóg dał jej syna, ale poświęca więcej czasu na rozmowę ze mną niż na modlitwy do Świętej Panienki czy Jezusa. Rozmawia ze mną, bo lubi słuchać opowieści o Arturze. Latem opowiedziałem jej wszystko, co pamiętam, a kiedy nie mogłem już sobie przypomnieć nic więcej, przyniosła mi stos pergaminu, rogowy kałamarz i garść gęsich piór. Artur przyozdabiał gęsimi piórami swój hełm. Te nie są tak duże ani tak białe jak tamte, ale gdy wczoraj trzymałem je w ręku na tle zimowego nieba, wydawało mi się przez moment, że widzę jego twarz. W tej wspaniałej, bolesnej chwili nad Brytanią rozległ się znowu ryk smoka i niedźwiedzia, siejąc postrach wśród pogan, zaraz jednak kichnąłem i zobaczyłem, że trzymam w ręku tylko garść piór upstrzonych gęsimi odchodami i niezbyt nadających się do pisania. Atrament jest równie kiepski: zwykła sadza zmieszana z żywicą z kory jabłoni. Pergaminy są lepszej jakości. Zrobiono je z jagnięcej skóry, zachowanej z czasów rzymskich. Były kiedyś zapisane tekstem, którego nikt z nas nie potrafił odczytać, ale służące Igraine dokładnie je wyskrobały. Sansum twierdzi, że z tak dużej ilości skóry należałoby raczej zrobić buty, jest ona jednak zbyt cienka do zszywania, a poza tym biskup nie ośmieliłby się urazić Igraine i stracić przyjaźni króla Brochvaela. Nie więcej niż pół dnia drogi od klasztoru można już napotkać wrogich włóczników i nawet nasza mała spiżarnia mogłaby ich skusić do przeprawy przez Czarny Strumień i góry w dolinę Dinnewrac, gdyby wojownicy Brochvaela nie mieli rozkazu nas bronić. Sadzę jednak, że nawet pod groźbą utraty przyjaźni Brochvaela Sansum nie zgodziłby się, aby brat Derfel spisywał opowieść o Arturze, wrogu Boga, tak więc Igraine i ja okłamaliśmy świętego męża, mówiąc mu, iż piszę saksoński przekład Ewangelii naszego Pana Jezusa Chrystusa. Czcigodny święty nie zna języka wrogów ani nie potrafi czytać, zapewne więc uda nam się oszukiwać go dostatecznie długo, by skończyć tę opowieść.

Będzie to teraz konieczne, bo gdy tylko zacząłem pisać na pergaminie, świątobliwy Sansum wszedł do pokoju, stanął przy oknie i spojrzawszy na posępne niebo, potarł chude dłonie.

– Lubię, gdy jest zimno – powiedział, wiedząc, że nie podzielam jego zdania.

– Mnie dokucza wtedy najbardziej okaleczona ręka – odparłem cicho. Nie mam lewej dłoni i kiedy piszę, przytrzymuję pergamin kikutem.

– Wszelki ból jest błogosławioną pamiątką męki naszego drogiego Pana – stwierdził biskup zgodnie z moimi oczekiwaniami, po czym pochylił się nad stołem, żeby zobaczyć, co napisałem, i rzekł rozkazującym tonem: – Powiedz mi, Derfel, co znaczą te słowa.

– Piszę historię narodzenia Chrystusa – skłamałem.

Biskup spojrzał na pergamin i wskazał w tekście brudnym paznokciem swoje imię. Potrafił rozpoznać niektóre litery i musiało mu się ono rzucić w oczy jak kruk na śniegu. Zachichotał jak złośliwy dzieciak, skręcając w palcach zwój moich siwych włosów.

– Nie było mnie przy narodzinach naszego Pana, Derfel, a widzę tu swoje imię. Wypisujesz jakieś herezje, antychryście?

– Panie – odrzekłem pokornie, gdy trzymając mnie za włosy, zbliżył mą twarz do pergaminu – zacząłem Ewangelię od wzmianki, że tylko dzięki łasce naszego Pana Jezusa Chrystusa i za pozwoleniem Sansuma, Jego najbardziej świątobliwego sługi – tu wskazałem palcem imię biskupa – jestem w stanie spisać dobrą nowinę o Zbawcy.

Pociągnął mnie za włosy, wyrywając kilka, po czym odszedł od stołu i rzekł:

– Jesteś nasieniem saksońskiej dziwki, a żadnemu Saksonowi nie można ufać. Uważaj, żebyś mnie nie obraził.

– Niech mnie Bóg broni – odparłem, ale już go nie było.

Kiedyś klękał przede mną i całował mój miecz, ale teraz jest świętym, a ja tylko najnędzniejszym z grzeszników. W dodatku odczuwam chłód, bo światło za murami klasztoru jest zamglone, szare i złowróżbne. Wkrótce spadnie pierwszy śnieg.

Historia Artura także zaczyna się wśród śniegu, za życia poprzedniego pokolenia, w ostatnim roku panowania Wielkiego Króla Uthera. Według kalendarza używanego przez Rzymian było to 1233 lata po założeniu ich miasta, ale my w Brytanii określamy zwykle czas od Czarnego Roku, w którym Rzymianie pokonali druidów na Ynys Mon. Biorąc to pod uwagę, dzieje Artura zaczynałyby się w roku 420, choć Sansum, niech go Bóg błogosławi, uznaje za początek nowej ery datę narodzin naszego Pana Jezusa Chrystusa, które – jego zdaniem – miały miejsce 480 zim przed opisywanymi zdarzeniami. Jakkolwiek jednak liczylibyśmy lata, zdarzyło się to w dalekiej przeszłości w krainie zwanej Brytanią i ja tam byłem. Oto, co zaszło.

Wszystko zaczęło się od narodzin dziecka.

W mroźną noc ciche i białe królestwo oświetlał księżyc w nowiu.

A w wielkiej sali zamku krzyczała Norwenna.

Ani na chwilę nie przestawała.

Była północ. Czyste i jasne niebo lśniło gwiazdami. Ziemia zmarzła na kość, a strumienie były skute lodem. Sierp księżyca stanowił zły znak. W jego posępnym świetle rozległe zachodnie ziemie wydawały się lśnić bladym, zimnym blaskiem. Od trzech dni nie padał śnieg, nie było też odwilży, cały więc świat spowijała biel, jedynie drzewa omiecione przez wiatr stały czarne i powyginane na tle surowego zimowego krajobrazu. Z ust leciała nam para, ale zastygała w powietrzu, gdyż noc była całkowicie bezwietrzna. Ziemia wydawała się martwa i trwała w bezruchu, jakby Belenos, bóg Słońca, opuścił ją i pozostawił, by unosiła się w nieskończonej lodowatej próżni między światami. Było przenikliwie zimno. Długie sople zwisały z okapu dachu wielkiej sali Caer Cadarn i z łukowatego sklepienia bramy, przez którą weszła niedawno świta Wielkiego Króla, brnąc w głębokim śniegu, aby dotrzeć z naszą księżniczką do tego przybytku monarchów. W Caer Cadarn przechowywano królewski kamień. Było to miejsce, gdzie proklamowano władców, tylko tam zatem, zdaniem króla, mógł się narodzić jego następca.

Norwenna znowu krzyknęła.

Nigdy nie widziałem narodzin dziecka i jeśli Bóg pozwoli, nigdy ich nie zobaczę. Obserwowałem źrebiącą się klacz i przychodzące na świat cielęta, słyszałem ciche skomlenie szczeniącej się suki, byłem świadkiem konwulsji wydającej potomstwo kotki, ale nigdy nie widziałem krwi ani śluzu, które towarzyszą porodowi kobiety. Norwenna strasznie krzyczała, choć starała się panować nad sobą – tak przynajmniej twierdziły później służące. Co chwilę jej krzyki nagle ustawały i w całym forcie zalegała cisza, a król unosił spomiędzy futer wielką głowę i nasłuchiwał tak uważnie, jakby czaił się w zaroślach, mając w pobliżu Saksonów. Tym razem jednak nadstawiał ucha z nadzieją, że nagła cisza oznacza chwilę narodzin dziedzica tronu jego królestwa. Nasłuchiwał, a w lodowatej ciszy fortu słyszeliśmy straszny, chrapliwy oddech jego synowej i raz, tylko raz, żałosne kwilenie. Wielki Król odwrócił się, jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy znowu zaczęły się krzyki i jego głowa opadła nisko, tak że widać było tylko oczy, których blask przebijał spod futrzanego kaptura i kołnierza.

– Nie powinieneś być na wałach, panie – rzekł biskup Bedwin.

Uther machnął dłonią w skórzanej rękawicy, jakby dawał do zrozumienia, że Bedwin może wejść do fortu, w którym płonie ogień, ale on, Wielki Król Uther, Pendragon Brytanii, nie ruszy się z miejsca. Chciał być na wałach Caer Cadarn, aby wpatrywać się w śnieżną krainę i w niebo, gdzie czaiły się demony. Bedwin miał jednak rację: król nie powinien był w tę mroźną noc stawiać czoła demonom. Uther był stary i schorowany, lecz na barkach tego otyłego, ociężałego i smutnego człowieka spoczywało bezpieczeństwo królestwa. Jeszcze pół roku wcześniej, nim nadeszła wieść o śmierci jego potomka, był pełen wigoru. Mordred, najukochańszy syn króla i jedyny pozostały przy życiu prawowity dziedzic, padł od ciosu saksońskiego topora i wykrwawił się na śmierć pod Wzgórzem Białego Konia. Jego śmierć pozbawiła królestwo następcy tronu, a takie królestwo jest przeklęte. Tej jednak nocy, za przyzwoleniem bogów, wdowa po Mordredzie miała urodzić Utherowi nowego dziedzica. Jeśli, oczywiście, niemowlę nie okazałoby się dziewczynką, bo wtedy wszystkie jej cierpienia poszłyby na marne, a królestwo czekałaby zguba.

Uther uniósł potężną głowę znad futer, pokrytych szronem od jego oddechu, i zapytał:

– Czy robicie wszystko, co w waszej mocy, Bedwinie?

– Tak, panie – odparł biskup.

Był najbardziej zaufanym doradcą króla i, podobnie jak księżniczka Norwenna, chrześcijaninem. Norwenna, przeciwna zabieraniu jej z ciepłej rzymskiej rezydencji w pobliskim Lindinis, oświadczyła teściowi podniesionym głosem, że pojedzie do Caer Cadarn tylko pod warunkiem, iż wiedźmy służące dawnym bogom będą trzymały się od niej z daleka. Chciała urodzić dziecko jako chrześcijanka i Uther, rozpaczliwie potrzebujący dziedzica, przystał na jej żądania. Teraz kapłani Bedwina odprawiali modły w komnacie przylegającej do sali, którą skropiono święconą wodą, zawieszając jeden krzyż nad łóżkiem Norwenny, a drugi kładąc pod jej plecami.

– Modlimy się do błogosławionej Dziewicy Maryi – wyjaśnił Bedwin – która, nie brukając swego świętego ciała fizycznym aktem, została Matką Chrystusa i…

– Dość tego! – warknął Uther.

Nie był chrześcijaninem i nie chciał, by ktokolwiek próbował nawracać go na nową wiarę, choć uznawał, że chrześcijański Bóg ma zapewne nie mniejszą moc niż większość innych bóstw. Wydarzenia owej nocy poddały ten pogląd ciężkiej próbie.

Właśnie dlatego tam się znalazłem. Byłem jeszcze młokosem, chłopcem na posyłki. Tkwiłem, kuląc się z zimna, obok fotela króla na wałach Caer Cadarn. Pochodziłem z Ynys Wydryn, widocznej na horyzoncie od północy posiadłości Merlina. Miałem za zadanie sprowadzić na rozkaz króla Morganę i jej pomocnice, czekające w lepiance świniopasa u podnóża zachodniego zbocza Caer Cadarn. Księżniczka Norwenna chciała mieć za akuszerkę matkę Chrystusa, ale Uther gotów był wezwać na pomoc starych bogów, gdyby ten nowy zawiódł.

Chrześcijański Bóg rzeczywiście nie spełnił oczekiwań. Krzyki Norwenny słabły, ale jej jęki brzmiały coraz bardziej rozpaczliwie. W końcu żona biskupa Bedwina Ellin wyszła z wielkiej sali i uklęknęła drżąca obok fotela króla, oznajmiając, że poród się nie udaje i matka dziecka zapewne umrze. Uther zbył tę ostatnią uwagę machnięciem ręki. Matka się nie liczyła, tylko dziecko i to pod warunkiem, że było płci męskiej.

– Panie… – zaczęła zdenerwowana Ellin, ale Uther już jej nie słuchał. Poklepał mnie po głowie i powiedział: „Ruszaj, chłopcze”.

Wysunąłem się z cienia, zeskoczyłem z wałów w głąb fortu i popędziłem w poświacie księżyca po spowitej śniegiem ziemi między zabudowaniami. Minąwszy strażników przy zachodniej bramie, poślizgnąłem się i wywróciłem na oblodzonej, biegnącej w dół drodze. Zarywszy się w śniegu, rozdarłem płaszcz o drewniany pniak i upadłem ciężko na oszroniony krzak jeżyn. Czułem jednak tylko spoczywające na moich młodych barkach brzemię odpowiedzialności za losy królestwa.

– Lady Morgano! – krzyknąłem, zbliżając się do lepianki. – Lady Morgano!

Musiała już na mnie czekać, gdyż drzwi natychmiast się otworzyły i w świetle księżyca zalśniła przesłaniająca jej twarz złota maska.

– Prowadź! – powiedziała skrzekliwym głosem. Odwróciłem się i zacząłem wchodzić z powrotem na zbocze. Wokół mnie brnęła w śniegu cała czereda sierot przygarniętych przez Merlina. Dzieci niosły garnki, brzęcząc nimi w biegu, ale gdy stok stał się zbyt stromy i zdradliwy, były zmuszone rzucać je przed siebie i z wysiłkiem piąć się w górę. Morgana posuwała się wolniej. Pomagała jej niewolnica Sybilla, która wzięła niezbędne przybory i zioła.

– Każ zapalić ogniska, Derfel! – zawołała Morgana.

– Zapalić ogniska! – krzyknąłem zdyszany, przedzierając się przez bramę. – Zapalcie ogniska na wałach!

Biskup Bedwin protestował przeciwko przybyciu Morgany, ale król ostro go skarcił i biskup pokornie ustąpił przed kapłanką dawnej wiary. Jego księża i mnisi zostali wyproszeni z prowizorycznej kaplicy. Kazano im zanieść na wały głownie i rozpalić tam ogniska z drewna i łoziny, wydartej ze ścian chat przylegających do północnych murów fortu. Ogień zapłonął z trzaskiem, rozświetlając mrok. Dym zawisł w powietrzu jak baldachim, który miał zmylić złe duchy i odpędzić je od miejsca, gdzie umierały księżniczka i jej dziecko. My, najmłodsi, biegaliśmy po wałach, tłukąc w garnki, aby nieznośny hałas zdezorientował jeszcze bardziej złe moce. Przykazałem dzieciakom z Ynys Wydryn, żeby głośno krzyczały. Dołączyły do nas wkrótce dzieci z fortecznych lepianek. Strażnicy uderzali drzewcami włóczni o tarcze, księża dokładali drewna do kilkunastu płonących stosów, a my wrzeszczeliśmy, rzucając wyzwanie widmom, które czaiły się w mroku, aby nie dopuścić do narodzin dziecka Norwenny.

Morgana weszła do sali z Sybillą, Nimue i małą dziewczynką. Norwenna głośno krzyknęła, choć nie potrafiliśmy powiedzieć, z jakiego powodu: czy w proteście przeciwko przybyciu czarownic Merlina, czy też dlatego, że uparte niemowlę rozrywało ją na pół. Potem rozległy się kolejne krzyki, gdy Morgana odprawiła chrześcijańskie akuszerki, cisnęła w śnieg dwa krzyże i wrzuciła do ognia garść bylicy. Nimue powiedziała mi później, że nowo przybyłe położyły na wilgotne łóżko bryłki żelaza, aby odegnać obecne tam już złe moce, a wokół głowy wijącej się z bólu kobiety umieściły siedem magicznych kamieni, aby ściągnąć z niebios dobre duchy.

Sybilla, niewolnica Morgany, powiesiła nad drzwiami gałązkę brzozy, a drugą machała nad umierającą księżniczką. Nimue przykucnęła w progu i oddała mocz, aby złe duchy nie miały wstępu do sali, a potem wzięła trochę moczu w dłonie i spryskała nim słomę na łożu Norwenny, by w momencie narodzin moce piekielne nie wykradły duszy dziecka. Morgana, na której twarzy lśniła w blasku ognia złota maska, rozłożyła Norwennie ręce, aby włożyć jej między piersi amulet z cennego bursztynu. Towarzysząca jej dziewczynka, jedna z sierot Merlina, czekała przerażona w nogach łóżka.

Dym z rozpalonych ognisk zasłonił gwiazdy. W lasach u podnóża Caer Cadarn wyły zbudzone piekielnym hałasem zwierzęta. Król Uther wzniósł oczy do blednącego księżyca i modlił się w nadziei, że nie wezwał Morgany zbyt późno. Morgana była jego naturalną córką, pierwszym z czworga nieślubnych dzieci, które urodziła mu Igraine z Gwynedd. Uther wolałby z pewnością sprowadzić do zamku Merlina, który jednak zniknął gdzieś przed wieloma miesiącami, wydawało się, że już na zawsze. Morgana, która nauczyła się czarów od Merlina, musiała zastąpić go w tę mroźną noc, gdy waliliśmy z całych sił w garnki i krzyczeliśmy aż do ochrypnięcia, by odpędzić od Caer Cadarn złe duchy. Nawet Uther pomagał nam w czynieniu hałasu, choć odgłos uderzeń jego berła o wały był ledwo dosłyszalny. Biskup Bedwin modlił się na klęczkach, a jego żona, wyrzucona z sali, w której odbywał się poród, płakała i lamentowała, prosząc chrześcijańskiego Boga, by wybaczył pogańskim wiedźmom.

Czary jednak podziałały, bo dziecko urodziło się żywe. Krzyk, który Norwenna wydała w chwili wydania go na świat, był straszliwszy od wszystkich poprzednich. Brzmiał jak przeszywający mrok nocy skowyt udręczonego zwierzęcia. Nimue powiedziała mi później, że Morgana sprawiła Norwennie potworny ból, wkładając jej rękę do kanału rodnego i brutalnie wyciągając dziecko na świat. Gdy zakrwawione niemowlę wyszło z łona umęczonej matki, Morgana kazała stojącej obok przestraszonej dziewczynce podnieść je, aby Nimue mogła związać i odgryźć pępowinę. Dziecko powinna wziąć pierwsza na ręce dziewica, dlatego właśnie przyprowadzono tę dziewczynkę, była ona jednak tak przerażona, że nie chciała podejść do zasłanego pokrwawioną słomą łoża, na którym leżała dysząca ciężko Norwenna i nieruchome, umazane krwią niemowlę.

– Podnieś dziecko! – krzyknęła Morgana, ale dziewczynka uciekła z płaczem, więc Nimue chwyciła noworodka i oczyściła mu usta, aby mógł wciągnąć pierwszy haust powietrza.

Wszystko to stanowiło bardzo złą wróżbę: zamglony księżyc w nowiu i dziewica uciekająca od dziecka, które teraz zaczęło głośno płakać. Uther usłyszał jego głos. Widziałem, że zamknął oczy i modlił się do bogów, aby był to chłopiec.

– Czy mam tam pójść? – zapytał niepewnie biskup Bedwin.

– Idź – mruknął Uther.

Biskup zszedł z trudem po drewnianej drabinie i podciągnąwszy habit, pobiegł po udeptanym śniegu do wielkiej sali. Stał przez chwilę w drzwiach, po czym wrócił na wały, machając rękami.

– Dobre wieści, panie! – zawołał, wspiąwszy się niezdarnie po drabinie. – Bardzo dobre wieści!

– Chłopiec… – wyszeptał z nadzieją Uther.

– Tak! – potwierdził Bedwin. – Wspaniały chłopiec! Byłem tuż obok króla i widziałem, jak w jego wpatrzonych w niebo oczach pojawiły się łzy.

– Następca tronu! – powiedział z takim zdziwieniem, jakby nie ośmielał się naprawdę mieć nadziei, że bogowie go wysłuchają. Otarłszy łzy futrzaną rękawicą, dodał: – Teraz królestwo jest bezpieczne, Bedwinie.

– Tak, panie, chwała Bogu – przytaknął Bedwin.

– Chłopiec… – powtórzył Uther, po czym jego potężnym ciałem wstrząsnął nagle potworny kaszel. Zaczął ciężko dyszeć. – Chłopiec… – powiedział raz jeszcze, gdy mógł znów spokojniej oddychać.

Wkrótce przyszła Morgana. Wspięła się po drabinie i padła na kolana przed królem. Złota maska na twarzy ukrywała jej przerażenie. Uther dotknął berłem jej ramienia, mówiąc:

– Wstań, Morgano. – Potem sięgnął pod szatę, aby wyjąć złotą broszkę, którą zamierzał ją wynagrodzić.

Morgana nie chciała jednak przyjąć podarunku. Oznajmiła złowieszczo:

– Chłopiec jest kaleką. Ma skrzywioną stopę.

Widziałem, że Bedwin uczynił znak krzyża, bo narodziny ułomnego księcia były najgorszą rzeczą, jaka mogła się zdarzyć tej mroźnej nocy.

– Czy to coś poważnego? – zapytał Uther.

– Tylko skrzywienie stopy – powtórzyła ochrypłym głosem Morgana. – Noga jest właściwie ukształtowana, panie, ale książę nigdy nie będzie mógł biegać.

Uther zaśmiał się głucho spod grubego futra.

– Królowie nie muszą biegać, Morgano – oznajmił. – Oni chodzą, rządzą, jeżdżą konno i nagradzają za dobrą, wierną służbę. Weź to złoto. – Znów wyciągnął rękę, podając jej broszkę. Był to talizman Uthera, wykuty z grubego kawałka złota smok.

Ale Morgana nadal nie chciała go przyjąć.

– Norwenna nie będzie już miała dzieci, panie – ostrzegła Uthera. – Gdy paliłyśmy błony płodowe, nie wydały żadnego dźwięku.

Błony płodowe wkładano zawsze po porodzie do ognia, a gdy pękały z trzaskiem, liczono, ile jeszcze dzieci urodzi kobieta.

– Słuchałam uważnie – powiedziała Morgana. – Nie było żadnego trzasku.

– Tak chcieli bogowie! – odparł ze złością Uther. – Mój syn nie żyje – dodał smętnie – więc któż inny mógłby dać Norwennie potomka godnego zostać królem?

Morgana zamilkła, ale po chwili znów się odezwała:

– Może ty, panie?

Uther chrząknął, a potem zaczął się śmiać i dostał znów bolesnego, rwącego płuca ataku kaszlu. Gdy w końcu się opanował, pokręcił głową i rzekł, dysząc ciężko:

– Jedynym zadaniem Norwenny, Morgano, było wydanie na świat chłopca, i to uczyniła. Naszym obowiązkiem jest zapewnienie mu opieki.

– Przy użyciu całej potęgi Dumnonii – dodał z zapałem Bedwin.

– Noworodki często umierają – ostrzegła Morgana posępnym tonem.

– Ale nie on – powiedział z przejęciem Uther. – Nie on. Przybędzie do ciebie, Morgano, do Ynys Wydryn i użyjesz całego swego kunsztu, aby przeżył. Weź tę broszkę.

Morgana przyjęła w końcu złotego smoka. Kalekie niemowlę nadal płakało, a jego matka jęczała z bólu, ale na wałach Caer Cadarn dzieci z garnkami i strażnicy ognisk cieszyli się z wiadomości, że nasze królestwo ma znowu dziedzica. Dumnonia miała następcę tronu, a jego narodziny oznaczały wielkie święto i hojne dary. Zakrwawioną słomę przyniesiono z fortu i wrzucono w ogień. Płomienie strzeliły wysoko i jasno. Dziecko przyszło na świat. Teraz brakowało mu tylko imienia i nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, jak zostanie nazwane. Uther podźwignął się z fotela i stanął, potężny i groźny, na wałach Caer Cadarn, aby obwieścić narodziny swojego wnuka, dziedzica i następcy tronu królestwa. Urodzone zimą dziecko otrzymało po swoim ojcu imię Mordred.

Norwennę i niemowlę przywieziono do Ynys Wydryn na wozie zaprzężonym w woły przez wschodni most u podnóża góry Tor. Obserwowałem ze smaganego wiatrem szczytu wzgórza, jak obolałą matkę i jej okaleczone dziecko podźwignięto z wyścielonego grubymi futrami wozu i niesiono w płóciennej lektyce ścieżką prowadzącą w kierunku palisady. Tego dnia było przenikliwie zimno. Mroźne, ostre powietrze raniło płuca i skórę. Norwenna jęczała, gdy przenoszono ją przez bramę z owiniętym w bety niemowlęciem.

Tak oto Mordred, następca tronu Dumnonii, znalazł się w królestwie Merlina.

Ynys Wydryn, wbrew swojej nazwie, która oznaczała Szklaną Wyspę, nie było w istocie wyspą, lecz górzystym cyplem wrzynającym się w morskie bagna, zatoczki i okolone wierzbami trzęsawiska, porośnięte gęsto turzycą i trzcinami. Okolica była zasobna w dzikie ptactwo i ryby. Ze wzgórz sąsiadujących z mokradłami wydobywano glinę i wapień. Przez bagna wiodły drewniane pomosty. Tonęli tam czasem nieostrożni przybysze, gdy wiatr powiewał gwałtownie z zachodu i wysokie fale zalewały nagle rozległe zielone mokradła. Na zachodzie górzysty teren pokryty był sadami jabłoni i polami pszenicy, a na północy, gdzie szare wzgórza graniczyły z bagnami, pasły się krowy i owce. W sercu owej urodzajnej krainy leżało Ynys Wydryn.

Była to ziemia czarnoksiężnika Merlina, zwana Awalonią. Wcześniej władali nią jego ojciec i dziadek. Wszyscy chłopi i niewolnicy, których widać było ze szczytu Tor, pracowali dla Merlina. Właśnie dzięki płodom tej ziemi, rybom schwytanym w zatokach i uprawom z żyznych pól w dolinach rzek Merlin miał dość bogactwa i wolności, aby pozostać druidem. Brytania była kiedyś ojczyzną druidów, ale Rzymianie najpierw ich mordowali, a potem zwalczali ich religię, choć więc nie rządzą tymi ziemiami już od dwóch pokoleń, pozostała do dziś tylko garstka kapłanów dawnej wiary. Ich miejsce zajęli chrześcijanie. Chrześcijaństwo atakowało pełne demonów trzęsawiska Awalonii jak niesiona wiatrem fala przypływu.

Ynys Wydryn tworzyły porośnięte trawą wzgórza. Niemal wszystkie były niezamieszkane. Wyjątek stanowiło Tor – najwyższe i najbardziej strome. Na jego szczycie znajdowała się grań, na której zbudowano dwór Merlina. Poniżej ciągnęły się mniejsze zabudowania, otoczone drewnianą palisadą, stojącą niebezpiecznie na stromych trawiastych zboczach Tor. Między wyżłobionymi tam tarasami, które pochodziły jeszcze z czasów przed przybyciem Rzymian, wiodła w kierunku szczytu wąska, kręta ścieżka. Musiał nią iść każdy, kto odwiedzał dwór, licząc na uzdrowienie lub proroctwo. Kręta droga miała zmylić złe duchy, które mogły nawiedzić posiadłość Merlina, by rzucić na nią urok. Dwie inne ścieżki wiodły po zboczach Tor prosto w dół, jedna na wschód, w kierunku mostu, prowadzącego do Ynys Wydryn od strony lądu, druga na zachód, do położonej u stóp wzgórza nadmorskiej osady, którą zamieszkiwali rybacy, myśliwi, wytwórcy koszy i pasterze. Tymi ścieżkami wchodzono na co dzień do dworu i Morgana strzegła je od złych duchów za pomocą nieustannych modlitw i czarów.

Zwracała szczególną uwagę na zachodnią drogę, ponieważ prowadziła ona nie tylko do osady, ale także do chrześcijańskiej świątyni. Za czasów rzymskich pradziadek Merlina pozwolił chrześcijanom osiedlić się na wyspie i od tamtej pory nie można było się ich pozbyć. Nas, dzieci, nakłaniano do tego, byśmy ciskali kamieniami w mnichów, wrzucali im nawóz za drewnianą palisadę i szydzili z pielgrzymów, przemykających przez furtkę w bramie, aby modlić się przy cierniowym drzewie, które rosło obok zbudowanego przez Rzymian ogromnego kamiennego kościoła, górującego nadal nad chrześcijańską dzielnicą. Któregoś roku Merlin zasadził na Tor podobne drzewo i wszyscy oddawaliśmy mu cześć, śpiewając, tańcząc i bijąc pokłony. Mieszkający w wiosce chrześcijanie mówili, że Bóg nas pokarze, ale nic takiego się nie stało. Spaliliśmy w końcu to drzewo i zmieszaliśmy jego popioły z karmą dla świń, ale chrześcijański Bóg nadal nie zwracał na nas uwagi. Chrześcijanie twierdzili, że ich drzewo ma magiczną moc i że sprowadził je do Ynys Wydryn cudzoziemiec, który widział chrześcijańskiego Boga przybitego do krzyża. Niech Bóg mi wybaczy, ale w tamtych odległych czasach wyśmiewałem się z takich opowieści. Nie pojmowałem wtedy, co ma wspólnego drzewo cierniowe ze śmiercią Boga. Teraz już to rozumiem, ale muszę stwierdzić, że owo Święte Drzewo, jeśli nadal rośnie na Ynys Wydryn, nie jest drzewem wyrosłym z kija Józefa z Arymatei. Wiem to, bo pewnej ciemnej zimowej nocy, gdy posłano mnie, abym przyniósł Merlinowi butelkę czystej wody ze świętego strumienia u południowego podnóża Tor, zobaczyłem, jak chrześcijańscy mnisi wykopują mały cierniowy krzew, aby zasadzić go w miejsce drzewa, które uschło właśnie za ich palisadą. Święte Drzewo ciągle usychało, może z powodu krowiego łajna, którym je obrzucaliśmy, a może dlatego że pielgrzymi przywiązywali do niego zbyt wiele wstążek. Tak czy inaczej, strzegący go mnisi bardzo się bogacili i obrastali sadłem dzięki hojnym datkom od pielgrzymów.

Mnisi z Ynys Wydryn byli zadowoleni z przybycia Norwenny, bo mieli teraz powód, by wspinać się stromą ścieżką do warowni Merlina i zanosić tam swoje modły. Księżniczka pozostała żarliwą chrześcijanką i choć Święta Panienka nie pomogła jej w urodzeniu dziecka, domagała się, by co rano wpuszczano do niej mnichów. Nie wiem, czy Merlin pozwoliłby na to. Nimue z pewnością przeklinała Morganę, że wyraziła zgodę. Merlina nie było wówczas na dworze. Nie widzieliśmy naszego pana od ponad roku, ale i bez niego życie płynęło zaskakująco szybko.

A było to dziwne życie. Merlin, najstarszy z mieszkańców Ynys Wydryn, z upodobaniem gromadził wokół siebie tłumy ludzi ułomnych, okaleczonych i na poły obłąkanych. Trzymał ich w ryzach dowódca zamkowej straży karzeł Druidan. Miał wzrost pięcioletniego dziecka, ale był groźny jak prawdziwy wojownik. Nosił na co dzień pancerz, nagolenniki, hełm, płaszcz i miecz. Złorzeczył losowi, że uczynił go karłem, i mścił się na jedynych istotach mniejszych od siebie: na sierotach, które Merlin tak beztrosko przygarniał. Nie popuścił niemal żadnej dziewczynie, ale gdy próbował zaciągnąć do łóżka Nimue, dostał solidne cięgi. Merlin bił go po głowie, raniąc uszy, kiereszując wargi i podsiniaczając oczy, ku uciesze dzieci i stojących na palisadach strażników. Wszyscy strażnicy, którymi dowodził Druidan, byli kulawi, ślepi lub obłąkani, ale żaden nie był na tyle szalony, by lubić złośliwego karła.

Nimue, moja przyjaciółka i towarzyszka dziecinnych zabaw, była Irlandką. Irlandczycy też byli Brytami, ale nigdy nie rządzili nimi Rzymianie i z tego powodu uważali się za lepszych niż Brytowie z kontynentu, których napadali, grabili, brali w niewolę i kolonizowali. Gdyby Saksonowie nie byli tak straszliwymi wrogami, uznawalibyśmy pewnie Irlandczyków za najgorsze istoty na świecie, choć od czasu do czasu zawieraliśmy z nimi sojusze przeciw innym plemionom Brytów. Nimue została porwana, gdy Uther napadł na irlandzkie osady w Demetii, położonej za wodami zatoki Severn. Szesnastu pojmanych jeńców odesłano do Dumnonii, ale na morzu rozszalał się sztorm i statek z niewolnikami zatonął w pobliżu Ynys Wair. Ocalała tylko Nimue. Mówiono, że wyszła z morza zupełnie sucha. Zdaniem Merlina był to znak, iż darzył ją względami Manawydan, bóg morza. Sama Nimue natomiast twierdziła, że uratowała ją potężna bogini Don. Merlin chciał nadać dziewczynie imię Vivien, poświęcone bogu morza, ale Nimue wolała zachować własne. Zawsze potrafiła postawić na swoim. Dorastała w szalonym domu Merlina pewna siebie i ciekawa świata. Gdy skończyła trzynaście czy czternaście lat, Merlin zaciągnął ją do łóżka. Przystała na to, jakby zawsze wiedziała, że jest jej przeznaczone zostać jego kochanką, a co za tym idzie, drugą najważniejszą osobą w całym Ynys Wydryn.

Morgana, najbardziej groteskowa ze wszystkich dziwacznych postaci zamieszkujących dwór Merlina, nie oddała jednak swej uprzywilejowanej pozycji bez walki. Gdy Norwenna i Mordred trafili pod jej opiekę, była trzydziestoletnią wdową. Nadawała się na piastunkę księcia, gdyż płynęła w niej królewska krew. Była pierwszym z czworga nieślubnych dzieci króla Uthera, któremu Igraine z Gwynedd urodziła trzy dziewczynki i chłopca. Jej bratem był Artur. Można by sądzić, że mężczyźni będą się dobijać do wrót samego piekła, aby zdobyć rękę wdowy mającej takie pochodzenie. Niestety, w młodości zdarzył jej się straszny wypadek. Została uwięziona w płonącym domu. Jej niedawno poślubiony mąż zginął w ogniu, a ona sama uległa potwornym poparzeniom. Płomienie spaliły jej ucho i oko. Miała zniekształconą całą lewą połowę ciała. Nimue mówiła, że skóra Morgany była pomarszczona i zniszczona. Przypominała zgniłe jabłko i wyglądała strasznie. Morgana była postacią z sennego koszmaru, ale pasowała do dworu Merlina, który uczynił z niej wieszczkę. Polecił jednemu z królewskich kowali, aby zrobił maskę, która osłaniała jak hełm jej oszpeconą twarz. Miała otwór na jedno oko i szczelinę na zdeformowane usta. Była wykonana z cienkiego, delikatnego złota i ozdobiona spiralnymi ornamentami, smokami oraz wizerunkiem Cernunnosa, rogatego boga, patrona Merlina. Morgana zawsze nosiła tę maskę, ubierała się na czarno i osłaniała rękawicą zdeformowaną lewą dłoń. Słynęła z tego, że potrafiła uzdrawiać dotykiem i miała dar przewidywania przyszłości. Była też najbardziej porywczą kobietą, jaką znałem.

Sybilla, niewolnica i towarzyszka Morgany, olśniewała urodą i miała włosy koloru jasnego złota. Schwytano ją podczas napadu na osadę Saksonów. Wiele razy ją gwałcono i gdy przybyła do Ynys Wydryn, mamrocząc coś pod nosem, Morgana musiała leczyć ją z obłędu. Nadal była niespełna rozumu. Nie szalona, lecz po prostu niewyobrażalnie głupia. Szła do łóżka z każdym mężczyzną, nie dlatego że chciała, lecz z obawy przed konsekwencjami odmowy. Morgana nie potrafiła w żaden sposób jej od tego odwieść. Co roku zachodziła w ciążę, a nieliczne z jej jasnowłosych dzieci, które pozostały przy życiu, Merlin sprzedał w niewolę ludziom ceniącym ich urodę. Sybilla bawiła go, ale nie uważał, by jej szaleństwo było darem bogów.

Lubiłem Sybillę, bo byłem również Saksonem. Rozmawiała ze mną w języku mojej matki, dorastałem więc w Ynys Wydryn, posługując się zarówno mową Brytów, jak i saksońską. Powinienem zostać niewolnikiem, ale gdy byłem małym chłopcem, mniejszym nawet niż karzeł Druidan, król Gundleus z Sylurii napadł na północne wybrzeża Dumnonii i opanował osadę, w której mieszkała moja matka. Musiała być podobna do Sybilli. Została zgwałcona, a mnie wrzucono do wilczego dołu, w którym Tanaburs, druid z Sylurii, miał złożyć w ofierze kilkunastu jeńców, aby podziękować Wielkiemu Bogu Belowi za obfite łupy, jakie przyniosła wyprawa. Dobry Boże, jak dokładnie pamiętam tę noc… Łuny pożarów, krzyki gwałconych kobiet, dzikie tańce, a potem ta chwila, gdy Tanaburs wrzucił mnie do czarnej jamy z ostrym palem. Nie doznałem żadnego uszczerbku i wyszedłem stamtąd równie spokojnie jak Nimue z morskiej otchłani. Znalazłszy mnie, Merlin powiedział, że jestem dzieckiem Bela. Nadał mi imię Derfel, zapewnił dach nad głową i uczynił ze mnie wolnego człowieka.

Na górze Tor było wiele takich dzieci, które zostały odebrane bogom. Merlin wierzył, że jesteśmy niezwykli i wyrośnie z nas nowe pokolenie druidów i kapłanek, które pomoże mu rozkrzewić na nowo prawdziwą, starą wiarę w otumanionej przez Rzymian Brytanii. Nigdy jednak nie miał czasu nas uczyć i chłopcy zostali w większości rolnikami lub rybakami, a dziewczyny żonami. Podczas mojego pobytu na górze Tor tylko Nimue miała zadatki na kapłankę. Ja chciałem zdecydowanie zostać wojownikiem.

Skłonił mnie do tego Pellinor, ulubieniec Merlina. Był królem, ale Saksonowie odebrali mu ziemię i wyłupili oczy, a bogowie pozbawili rozumu. Powinien trafić na Wyspę Umarłych, gdzie posyłano niebezpiecznych szaleńców, ale Merlin kazał zatrzymać go na górze Tor i zamknąć w komórce, takiej jak ta, w której Druidan hodował świnie. Pellinor był zawsze nagi, miał długie, sięgające do kolan siwe włosy i łzawiące, puste oczodoły. Ciągle coś wykrzykiwał, obwieszczając całemu światu swoje myśli. Merlin słuchał tych bredni, uważając, że przemawiają przez niego bogowie. Wszyscy bali się Pellinora. Był bezgranicznie szalony i nieokiełznany. Usmażył kiedyś na ogniu jedno z dzieci Sybilli. Ja jednak, o dziwo, przypadłem mu do gustu. Przeciskałem się przez kraty do jego celi, a on gładził mnie po głowie i opowiadał historie bitew i polowań na dzikiego zwierza. Nie wydawał mi się obłąkany i nigdy nie zrobił nic złego ani mnie, ani Nimue. Ale też, jak powtarzał Merlin, byliśmy dziećmi, które bóg Bel darzył szczególnymi względami.

Bel zapewne nas kochał, ale Gwendolyn nienawidziła. Była żoną Merlina, starą już i bezzębną. Podobnie jak Morgana znała się doskonale na czarach i ziołach, lecz gdy choroba zniekształciła jej twarz, Merlin ją porzucił. Zdarzyło się to na długo przed moim przybyciem na górę Tor, w okresie, który wszyscy nazywali Złymi Czasami. Merlin wrócił wtedy z północy wzburzony i roztrzęsiony, ale nawet gdy się już uspokoił, nie przyjął Gwendolyn z powrotem. Pozwolił jej mieszkać w małej chacie obok palisady. Rzucała stamtąd na niego i na nas wszystkich przekleństwa i obelgi. Najbardziej nienawidziła Druidana. Czasem siarczyście go opluwała, uganiając się za nim między chatami. Podjudzaliśmy ją, żądni krwi karła, ale jemu zawsze udawało się uciec.

Do takiego to dziwnego miejsca przybyli Norwenna z księciem Mordredem i choć przedstawiłem je może w przerażającym świetle, żyło się tam w istocie bardzo dobrze. Byliśmy ulubionymi dziećmi czarnoksiężnika Merlina, cieszyliśmy się wolnością, mieliśmy niewiele obowiązków, ciągle się śmialiśmy. Ynys Wydryn, Szklana Wyspa, była dla nas szczęśliwym miejscem.

Norwenna zjawiła się tam w zimie, gdy bagna Awalonii były przysypane śniegiem. Mieszkający w osadzie cieśla, niejaki Gwlyddyn, który miał syna w wieku Mordreda, zrobił dla nas sanki. Wzbijaliśmy z krzykiem w powietrze, zjeżdżając z ośnieżonych zboczy góry Tor. Ralla, żona Gwlyddyna, została mamką Mordreda i książę mimo skrzywionej stopy rósł zdrowo dzięki jej pokarmowi. Także Norwenna poczuła się lepiej, gdy mróz zelżał, a na ciernistych krzewach przy świętym źródle u podnóża góry Tor zalśniły pierwsze pączki. Księżniczka była ciągle słaba, ale Morgana i Gwendolyn dawały jej zioła, a mnisi modlili się o jej zdrowie, była więc szansa na to, że wreszcie odzyska siły. Co tydzień posłaniec informował o zdrowiu księcia jego dziadka, Wielkiego Króla, a każda dobra wiadomość była wynagradzana bryłką złota, solą lub butelką wybornego wina, które kradł zwykle Druidan.

Czekaliśmy wciąż na powrót Merlina. Góra Tor wydawała się bez niego pusta, choć nasze codzienne życie niewiele się zmieniło. Trzeba było jak zwykle napełniać spiżarnie, zabijać szczury, przynosić trzy razy dziennie drewno na opał i źródlaną wodę. Gudovan, skryba Merlina, zajmował się księgowaniem opłat wnoszonych przez dzierżawców, a zarządca Hywel wizytował majątki, sprawdzając, czy nikt nie oszukuje ich nieobecnego właściciela. Gudovan i Hywel byli ludźmi zrównoważonymi, praktycznymi i pracowitymi. Zdaniem Nimue stanowiło to dowód, że ekscentryczność Merlina kończyła się z chwilą, gdy w grę wchodziły pieniądze. Właśnie Gudovan nauczył mnie czytać i pisać. Nie chciałem zdobywać tych niegodnych wojownika umiejętności, ale Nimue z uporem na to nalegała.

– Nie masz ojca – mówiła – i będziesz musiał sam radzić sobie w życiu.

– Chcę być żołnierzem – powtarzałem.

– Będziesz – obiecywała – ale najpierw musisz nauczyć się czytać i pisać.

Była dla mnie taką wyrocznią, że jej uwierzyłem i zdobyłem urzędnicze wykształcenie, zanim przekonałem się, iż żaden żołnierz go nie potrzebuje.

Tak więc Gudovan sprawił, że przestałem być analfabetą, zarządca Hywel zaś nauczył mnie walczyć. Szkolił mnie, jak posługiwać się kijem, zwykłą drewnianą pałką, którą można nie tylko rozpłatać komuś czaszkę, ale też wykorzystać jako substytut miecza albo włóczni. Hywel był niegdyś sławnym wojownikiem w armii Uthera, lecz saksoński topór odrąbał mu nogę. Szkolił mnie tak długo, aż byłem dość silny, by podnosić ciężki miecz równie szybko jak kij. Powtarzał, że większość wojowników to nadużywające alkoholu i pozbawione zręczności dzikusy. Powiedział, że spotkam wielu zataczających się pod wpływem miodu i piwa ludzi, których jedynym atutem jest potężny cios, zdolny powalić wołu, ale znający dziewięć ruchów miecza trzeźwy mężczyzna zawsze każdego z nich pokona.

– Byłem pijany – przyznał – kiedy Sakson imieniem Octha odrąbał mi nogę. Żwawiej, chłopcze, żwawiej! Twój miecz musi zrobić na nich wrażenie. Żwawiej!

Dobrze mnie wyszkolił, o czym przekonali się jako pierwsi synowie mnichów z osady pod zamkiem. Nie cierpieli nas, wybrańców z góry Tor, bo leniuchowaliśmy i cieszyliśmy się wolnością, gdy oni ciężko pracowali. Polowali więc na nas i starali się nam dołożyć. Pewnego dnia zabrałem do osady mój kij i solidnie poturbowałem trzech chrześcijan. Za sprawą bogów byłem zawsze wysoki jak na swój wiek i silny jak wół, im więc przypisałem swoje zwycięstwo. Hywel sprawił mi lanie za to, co zrobiłem, mówiąc, że wybrańcy niebios nie powinni nigdy bić słabszych. Myślę jednak, że mimo wszystko był zadowolony, bo następnego dnia zabrał mnie na polowanie, podczas którego zabiłem prawdziwą włócznią pierwszego dzika. Było to w spowitych mgłą zaroślach nad rzeką Cam. Miałem wtedy zaledwie dwanaście lat. Hywel wysmarował mi twarz krwią dzika, dał mi do noszenia na szyi jego kły, a potem zaniósł ubite zwierzę do świątyni Mitrasa i urządził tam ucztę dla starych wojowników, czcicieli owego boga żołnierzy. Mnie nie pozwolono wziąć w niej udziału, ale Hywel przyrzekł, że pewnego dnia, gdy urośnie mi broda i zabiję w walce pierwszego Saksona, zostanę wtajemniczony w obrzędy Mitrasa.

Trzy lata później nadal marzyłem o zabijaniu Saksonów. Może wydać się to dziwne, że ja, Sakson o jasnych włosach, byłem tak żarliwym sojusznikiem Brytów, ale przecież wychowywałem się wśród nich od dziecka, byli moimi przyjaciółmi, mówiłem ich językiem, słuchałem ich opowieści, z nimi nienawidziłem, kochałem i marzyłem. Moje włosy nie miały zresztą tak niezwykłego koloru. Rzymianie zaludnili przecież Brytanię wszelkiej maści cudzoziemcami. Obłąkany Pellinor opowiadał mi kiedyś o dwóch braciach, którzy mieli skórę czarną jak węgiel. Myślałem, że to tylko majaczenia szaleńca, dopóki nie spotkałem Sagramora, numidyjskiego dowódcy oddziału Artura.

Kiedy Mordred i jego matka przybyli na górę Tor, zrobiło się tam tłoczno, gdyż Norwennie towarzyszyły nie tylko służące, ale także zastęp wojowników, którzy mieli chronić księcia. Spaliśmy w chatach po cztery, pięć osób. Do dworskich komnat miały wstęp tylko Nimue i Morgana. Były to apartamenty Merlina i jedynie tej pierwszej wolno było tam spać. Norwenna i jej dworki mieszkały w wielkiej sali, wypełnionej dymem z dwóch płonących dzień i noc ognisk. Miała ona sufit wsparty na dwudziestu dębowych filarach, ściany z oblepionej gliną łoziny i kryty strzechą dach. Podłogę stanowiło klepisko wyścielone sitowiem, które zapalało się czasem od ognia, wywołując ogólny popłoch. Komnaty Merlina dzieliła od tej sali ściana z pokrytych gliną prętów, w którą wstawiono małe, drewniane drzwi. Wiedzieliśmy, że Merlin spał, studiował księgi i snuł marzenia w tych apartamentach, nad którymi wznosiła się drewniana wieża, zbudowana na samym szczycie góry Tor. Tylko Merlin, Morgana i Nimue wiedzieli, co się w niej odbywało, nie chcieli jednak zdradzić nikomu tej tajemnicy. Wieśniacy, którzy widzieli wieżę Merlina w promieniu wielu mil, przysięgali, że była pełna skarbów, pochodzących z grobów przodków.

Strażą Mordreda dowodził chrześcijanin imieniem Ligessak – wysoki, szczupły, chciwy człowiek, który był doskonałym łucznikiem. Potrafił rozszczepić strzałą gałązkę z odległości pięćdziesięciu kroków. Musiał jednak być trzeźwy, a to rzadko mu się zdarzało. Uczył mnie czasem swego kunsztu, ale towarzystwo małego chłopca szybko go nudziło. Wolał grać w kości ze swoimi ludźmi. To on opowiedział mi, jak naprawdę zginął książę Mordred i dlaczego Wielki Król Uther przeklął Artura.

– Artur nic nie zawinił – stwierdził, rzucając kostkę na swoją planszę. Takie plansze mieli wszyscy żołnierze. Niektóre były pięknie wykonane z kości. – Szóstka! – wykrzyknął, a ja czekałem cierpliwie na dalszy ciąg jego opowieści.

– Podwajam – powiedział Menw, jeden ze strażników księcia i rzucił kostkę. Poturlała się po planszy i zatrzymała na jedynce. Strażnik potrzebował dwójki, żeby wygrać, zaklął więc siarczyście, zbierając kostki z planszy.

Ligessak kazał mu przynieść sakiewkę i uregulować dług, a mnie opowiedział tymczasem, jak to Uther wezwał Artura z Armoryki, aby pomógł mu pokonać wielką armię Saksonów, którzy wtargnęli w głąb naszych ziem. Artur ściągnął ludzi, ale nie sprowadził swoich słynnych koni, gdyż bardzo się spieszył i miał za mało okrętów.

– Właściwie nie potrzebował wierzchowców – stwierdził z podziwem Ligessak – bo i tak udało mu się zastawić pułapkę na tych przeklętych Saksonów w Dolinie Białego Konia. Ale Mordred chciał być mądrzejszy od Artura. Pragnął przypisać sobie wszystkie zasługi. – Ligessak otarł rękawem zakatarzony nos i rozejrzawszy się, czy nikt nie podsłuchuje, dodał ściszonym głosem: – Mordred był już wtedy pijany, a jego ludzie wykrzykiwali, że potrafią pokonać nawet dziesięciokrotnie od nich liczniejsze oddziały nieprzyjaciela. Należało zaczekać na Artura, ale książę wydał nam rozkaz do ataku.

– Pan tam był? – zapytałem z młodzieńczym zaciekawieniem. Ligessak skinął głową, mówiąc:

– Byłem z Mordredem. Dobry Boże, jak oni walczyli. Otoczyli nas i w jednej chwili oddział pięćdziesięciu Brytów został zdziesiątkowany. Ci, którzy uszli z życiem, błyskawicznie wytrzeźwieli. Wypuszczałem z łuku jedną strzałę za drugą. Nasi włócznicy zrobili ścianę z tarcz, ale tamci siekli nas mieczami i toporami. Słychać było grzmienie ich bębnów i wycie czarowników. Myślałem, że już po mnie. Zabrakło mi strzał i broniłem się włócznią. Zostało nas przy życiu najwyżej dwudziestu i byliśmy wszyscy u kresu sił. Nieprzyjaciel zdobył nasz sztandar ze smokiem. Mordred wykrwawiał się na śmierć, a my zbiliśmy się w gromadę, oczekując końca. I wtedy zjawili się ludzie Artura. – Zamilkł, a potem smętnie pokręcił głową. – Bardowie śpiewają, że Mordred zrosił owego dnia ziemię krwią Saksonów, ale tak naprawdę, mój chłopcze, uczynił to Artur. Zabijał bez pamięci. Odebrał im chorągiew, uśmiercił czarowników, spalił bębny, ścigał ocalałych wrogów aż do zmroku i zabił ich wodza przy świetle księżyca pod Edwy’s Hangstone. Saksonowie są teraz, mój chłopcze, tak potulnymi sąsiadami nie dlatego, że pobił ich Mordred, lecz z obawy przed powrotem Artura.

– Ale Artur nie wrócił do Brytanii – rzekłem ze smutkiem.

– Wielki Król nie chce go tu widzieć. Obarcza go winą za to, co się stało. – Ligessak przerwał i znów rozejrzał się wokół, sprawdzając, czy nikt nas nie podsłuchuje. – Uther uważa, że Artur chciał śmierci Mordreda, aby zostać królem, ale to nieprawda. Artur nie jest taki.

– A jaki jest? – zapytałem.

Ligessak wzruszył ramionami, jakby chciał dać do zrozumienia, że niełatwo odpowiedzieć na to pytanie. Zanim zdążył cokolwiek dodać, zobaczył wracającego strażnika.

– Teraz już ani słowa, chłopcze – ostrzegł. – Ani słowa! Wszyscy znaliśmy podobne opowieści, ale Ligessak był pierwszym napotkanym przeze mnie człowiekiem, który twierdził, że brał udział w bitwie w Dolinie Białego Konia. Uznałem później, że zmyślił tę historię, by wzbudzić podziw łatwowiernego chłopca, ale jego relacja brzmiała dość przekonująco. Mordred był faktycznie pijanym głupcem, a Artur zwycięskim wodzem, a jednak Uther wysłał go za morze. Obaj byli jego synami, tyle że swego ukochanego Mordreda król uważał za prawowitego następcę tronu, Artura zaś za bękarta. A jednak wygnanie Artura nie osłabiło wiary mieszkańców Dumnonii, że to właśnie on jest największą nadzieją naszego kraju, że ten młody wojownik zza morza ocali nas od Saksonów i odzyska utracone ziemie Lloegyrii.

Druga połowa zimy była łagodna. Za ziemnym wałem, który osłaniał most prowadzący do Ynys Wydryn od strony lądu, widziano wilki, ale żaden nie odważył się zbliżyć do góry Tor. Młodsze dzieci zrobiły dla nich przynęty i ukryły je za chatą Druidana w nadziei, że jakaś wygłodniała dzika bestia przeskoczy przez palisadę i schrupie karła na kolację. Czary jednak nie podziałały. Z końcem zimy zaczęliśmy się wszyscy przygotowywać do Beltain, wspaniałego święta wiosny, któremu towarzyszą nocne zabawy i palenie wielkich ognisk. W tym czasie zdarzyło się coś jeszcze bardziej emocjonującego.

Odwiedził nas Gundleus z Sylurii.

Pierwszy zjawił się biskup Bedwin. Był najbardziej zaufanym doradcą Uthera i jego przybycie zwiastowało jakieś ważne wydarzenie. Służącym Norwenny kazano opuścić wielką salę i na podłogach rozłożono kobierce, co stanowiło nieomylny znak, że przyjedzie ktoś ważny. Sądziliśmy, że będzie to sam Uther, ale na sztandarze, który ujrzałem na moście tydzień przed świętem Beltain, widniał lis Gundleusa, a nie smok Uthera. W jasny poranek zobaczyłem jeźdźców zeskakujących z koni u podnóża góry Tor. Wiatr rozwiewał ich płaszcze i łopotał wystrzępionym sztandarem, na którym dostrzegłem znienawidzoną głowę lisa. Krzyknąłem z oburzenia i wykonałem gest, który miał odpędzić złe duchy.

– O co chodzi? – zapytała Nimue, stojąca obok mnie na wschodniej platformie strażniczej.

– To sztandar Gundleusa – odparłem. Ujrzałem w jej oczach zdziwienie, Gundleus bowiem był władcą Sylurii, sojusznikiem króla Gorfyddyda z Powys, zaprzysięgłego wroga Dumnonii.

– Jesteś tego pewien? – zapytała Nimue.

– To on porwał moją matkę – wyjaśniłem. – A jego druid wrzucił mnie do wilczego dołu. – Splunąłem za palisadę w kierunku kilkunastu mężczyzn, wspinających się po zboczu góry Tor, które było zbyt strome dla koni. Zobaczyłem, że jest wśród nich Tanaburs, druid Gundleusa i mój zły duch. Był to wysoki starzec z plecioną brodą i długimi siwymi włosami, zgolonymi z przodu głowy w formie tonsury, jaką nosili druidzi i chrześcijańscy księża. W połowie drogi na wzgórze zrzucił płaszcz i zaczął magiczny taniec, który zapewne miał pozbawić mocy duchy strzegące bramy rezydencji Merlina. Zobaczywszy, jak starzec podskakuje niepewnie na jednej nodze na stromym zboczu, Nimue splunęła w powietrze i pobiegła w kierunku komnat Merlina. Ruszyłem za nią, odpędziła mnie jednak, mówiąc, że nie zdaję sobie sprawy z zagrożenia.

– Zagrożenia? – powtórzyłem zdziwiony, już jej jednak nie było. Nic nie wskazywało na to, by groziło nam niebezpieczeństwo, skoro Bedwin kazał otworzyć bramę na oścież i próbował teraz zapanować nad podekscytowanymi mieszkańcami góry Tor, aby powitać należycie przybyszy. Morgana była tego dnia nieobecna, bo zajmowała się wróżeniem w Świątyni Snów na wschodnich wzgórzach, ale wszyscy pozostali pospieszyli gościom na spotkanie. Druidan i Ligessak ustawili w szyku swoich ludzi, nagi Pellinor ujadał do chmur, bezzębna Gwendolyn miotała przekleństwa na biskupa Bedwina, a dzieci przepychały się wzajemnie, chcąc jak najlepiej widzieć przybyszy. Powitanie miało być dostojne, ale Lunete, irlandzka znajda o rok młodsza od Nimue, wypuściła z zagrody stado świń Druidana, więc Tanaburs, który pierwszy minął bramę, usłyszał tylko głośne kwiczenie.

Wystraszone prosiaki nie były jednak w stanie przerazić druida. Tanaburs, odziany w brudnoszarą szatę z wyhaftowanymi zającami i półksiężycami, stanął w bramie i uniósł nad wygoloną głową obie ręce. Trzymał w nich laskę zwieńczoną księżycem. Trzykrotnie zakreślił nią koło zgodnie z kierunkiem ruchu słońca, po czym zawył w stronę wieży Merlina. Prosiak, który przemknął mu pod nogami, poślizgnął się na błotnistym podłożu i popędził w dół zbocza. Tanaburs ponownie zawył, tkwiąc nieruchomo w jednym miejscu. Sprawdzał, czy na górze Tor nie czai się niewidoczny wróg.

Przez kilka sekund słychać było tylko łopot chorągwi i ciężkie oddechy wojowników, którzy wspinali się na szczyt za druidem. Podszedł do mnie Gudovan, skryba Merlina. Dla ochrony przed zimnem ręce owinął w poplamione atramentem kawałki materiału.

– Kto to? – zapytał, po czym wzdrygnął się, gdy w odpowiedzi na skowyt Tanabursa z wnętrza dworu rozległ się przeraźliwy pisk. Wiedziałem, że to Nimue.

Tanaburs był wyraźnie zły. Szczeknął jak lis, dotknął swych genitaliów i wykonawszy złowrogi gest, zaczął skakać na jednej nodze w kierunku dworu. Zatrzymał się po zrobieniu pięciu kroków i znowu zawył wyzywająco, ale tym razem nie było żadnej odpowiedzi, postawił więc nogę na ziemi i wskazując swemu panu bramę, zawołał:

– Jest bezpieczna! Możesz wejść, panie!

– Czy to król? – zapytał mnie Gudovan.

Powiedziałem mu, kim są przybysze, a potem spytałem, dlaczego Gundleus, który jest naszym wrogiem, zjawił się na górze Tor. Gudovan podrapał się pod koszulą, bo dokuczały mu wszy, i wzruszając ramionami, oświadczył:

– To polityka, mój chłopcze, polityka.

– Wyjaśnij mi to, panie – poprosiłem.

Gudovan westchnął, jakbym dał właśnie świadectwo nieuleczalnej głupoty, co było zresztą jego zwykłą reakcją na wszelkie moje pytania, po czym odpowiedział:

– Norwenna może ponownie wyjść za mąż, a mały Mordred wymaga opieki. Kto zajmie się księciem lepiej niż król? A zwłaszcza władca wrogiego królestwa, które może stać się sojusznikiem Dumnonii? To doprawdy proste, mój chłopcze. Wystarczyło się chwilę zastanowić, a nie musiałbyś zajmować mi cennego czasu. – Za karę trzepnął mnie lekko w ucho, po czym dodał, chichocząc: – Król będzie teraz musiał zrezygnować na jakiś czas z Ladwys.

– Ladwys? – zdziwiłem się.

– To jego kochanka, ty głupcze. Myślisz, że którykolwiek król sypia samotnie? Ludzie mówią, że Gundleus za nią szaleje i nawet wziął ją za żonę. Podobno pojechali do Lleu’s Mound i tam druid udzielił im ślubu, ale nie wierzę, żeby okazał się aż takim głupcem. Ona nie jest szlachetnie urodzona. Czy nie miałeś dzisiaj przypadkiem pomagać Hywlowi przy poborze podatków?

Puściłem to pytanie mimo uszu i przyglądałem się, jak Gundleus i jego strażnicy przechodzą ostrożnie przez śliski, zabłocony trakt prowadzący przez bramę. Syluryjski król był wysokim, dobrze zbudowanym trzydziestoletnim mężczyzną. Od owej ponurej i krwawej nocy, gdy jego wojownicy schwytali moją matkę, a mnie wtrącili do wilczego dołu, minęło ponad dziesięć lat, ale czas okazał się dla niego łaskawy. Był nadal przystojny, miał długie czarne włosy i splecioną brodę bez śladów siwizny. Nosił futro z lisa, skórzane buty do kolan, brunatny płaszcz i miecz w czerwonej pochwie. Jego ludzie mieli podobne stroje. Wszyscy byli wysocy i górowali nad wyglądającym opłakanie zastępem kalekich włóczników Druidana. Nie mieli włóczni ani tarcz, co dowodziło, że przybywali w pokojowych zamiarach.

Cofnąłem się, gdy mijał mnie Tanaburs. Nie było możliwe, by rozpoznał po latach małe dziecko, które wrzucił do wilczego dołu, a poza tym skoro uniknąłem śmierci, nie musiałem się go już bać, skuliłem się jednak na jego widok. Druid miał niebieskie oczy, długi nos i obwisłe, zaślinione wargi. Na końcach jego długich i prostych siwych włosów wisiały niewielkie kości, pobrzękujące przy każdym kroku. Szedł przed królem, któremu towarzyszył teraz biskup Bedwin, witając go i mówiąc, jak zaszczyceni są jego wizytą mieszkańcy góry Tor. Dwaj syluryjscy strażnicy nieśli ciężką skrzynię, w której były zapewne dary dla Norwenny.

Delegacja zniknęła w zamku. Chorągiew z lisem rzucono na ziemię przy bramie, przez którą ludzie Ligessaka nie pozwalali nikomu wejść. Ale ci z nas, którzy wychowali się na górze Tor, wiedzieli, jak prześlizgnąć się do rezydencji Merlina. Pobiegłem wzdłuż południowych murów, wspiąłem się na stos drew i odsunąłem jedną ze skórzanych zasłon w oknach. Potem zeskoczyłem na podłogę i ukryłem się za wiklinowymi kuframi, w których przechowywano odświętne stroje. Zauważyła mnie jedna z niewolnic Norwenny i przypuszczalnie także niektórzy strażnicy Gundleusa, ale najwyraźniej nie przejmowali się moją obecnością.

Norwenna siedziała na drewnianym krześle na środku sali. Owdowiała księżniczka nie była pięknością. Miała pucołowatą twarz, małe świńskie oczka, wąskie, skrzywione usta i krosty, pozostałe po jakiejś chorobie z dzieciństwa. Nie miało to jednak znaczenia. Wielcy ludzie nie żenią się z księżniczkami dla ich urody, tylko dla posagu. Tak czy inaczej, Norwenna przygotowała się starannie do tej wizyty. Służące ubrały ją w jasnoniebieską wełnianą szatę, która opadała delikatnie na podłogę, zaplotły jej ciemne włosy w kok i wpięły weń kwiat tarniny. Na szyi księżniczka miała ciężką złotą kolię, na przegubie trzy złote bransolety, a między piersiami prosty drewniany krzyż. Obracała go nerwowo w palcach, drugą ręką tuląc do siebie księcia Mordreda, następcę tronu Dumnonii, owiniętego w płócienne pieluszki i nasyconą pszczelim woskiem kosztowną złotą tkaninę.

Król Gundleus rzucił tylko okiem na Norwennę, po czym rozsiadł się w fotelu naprzeciwko niej. Sprawiał wrażenie, jakby nudziła go śmiertelnie cała ta ceremonia. Tanaburs przemykał między kolumnami, mrucząc zaklęcia i plując naokoło. Kiedy przechodził obok mojej kryjówki, skuliłem się i wyjrzałem dopiero wtedy, gdy przestałem czuć jego zapach. W kominkach po obu stronach sali buzował ogień, a dym kłębił się pod czarnym od sadzy sufitem. Nimue gdzieś zniknęła.

Przybyszom podano wino, wędzone ryby i placki, po czym biskup Bedwin wygłosił mowę, wyjaśniając Norwennie, że Gundleus, król Sylurii, zaproszony przez Wielkiego Króla Uthera, przejeżdżał przypadkiem w pobliżu Ynys Wydryn i uznał, że stosownie będzie złożyć kurtuazyjną wizytę księciu Mordredowi i jego matce. Król przywiózł księciu dary. Gdy Bedwin to powiedział, Gundleus skinął na ludzi, którzy dźwigali skrzynię. Dwaj strażnicy postawili ją u stóp Norwenny. Księżniczka nie odezwała się dotąd ani słowem. Milczała także, gdy złożono przed nią na dywanie dary: futro z wilka, skóry bobra i jelenia, nieduży złoty naszyjnik, broszki, oprawny w srebro róg do picia wina i rzymską karafkę z jasnozielonego szkła z pięknym delikatnym dzióbkiem i rączką w kształcie wieńca. Gdy zabrano pustą skrzynię, zapadła niezręczna cisza. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Gundleus wskazał niedbałym gestem na dary. Biskup Bedwin promieniał ze szczęścia. Tanaburs splunął znów na wszelki wypadek na jeden z filarów. Norwenna patrzyła niepewnie na prezenty od króla, które nie były, prawdę mówiąc, zbyt hojne. Ze skóry jelenia dałoby się zrobić parę ładnych rękawic, futra były niebrzydkie, ale Norwenna miała zapewne sporo lepszych w swoich wiklinowych koszach, a kolia zdobiąca szyję księżniczki była cztery razy cięższa niż naszyjnik leżący u jej stóp. Broszki zrobiono z cienkiego złota, a róg miał na brzegu szczerbę. Tylko zielona rzymska karafka była naprawdę wartościowa. Bedwin przerwał w końcu kłopotliwe milczenie, mówiąc:

– Dary są wspaniałe! Cenne i wspaniałe. Jesteś naprawdę hojny, panie!

Norwenna skinęła posłusznie głową. Niemowlę zaczęło płakać, więc Ralla zabrała je w głąb sali, za filary, i zaczęła karmić piersią.

– Czy książę zdrowo się chowa? – zapytał Gundleus, odzywając się po raz pierwszy od wejścia na dwór.

– Tak, niech będą dzięki Bogu i wszystkim świętym – odparła Norwenna.

– A co z jego lewą nogą? – zapytał nietaktownie Gundleus. – Czy jest poprawa?

– Będzie zdolny jeździć konno, trzymać miecz i zasiadać na tronie – odparła zdecydowanie Norwenna.

– Z pewnością – przyznał Gundleus, spoglądając na zgłodniałe niemowlę. Uśmiechnął się, po czym rozprostował długie ramiona i rozejrzał się po sali. Nie wspominał o małżeństwie, bo nie był to temat do rozmowy w tym towarzystwie. Gdyby chciał ożenić się z Norwenną, prosiłby o to Uthera, a nie ją. Ta wizyta stanowiła tylko okazję, by poznać ewentualną kandydatkę na żonę. Rzucił jej przelotne spojrzenie, które nie wyrażało większego zainteresowania, i zaczął rozglądać się znowu po ciemnej sali.

– A więc to jest przybytek lorda Merlina, tak? – zapytał. – Gdzie on się teraz podziewa?

Nikt mu nie odpowiedział. Tanaburs szperał pod jednym z dywanów. Domyśliłem się, że zagrzebuje w klepisku jakiś amulet. Później, gdy Syluryjczycy już odjechali, przeszukałem to miejsce i znalazłem tam figurkę dzika wyrzeźbionego w kości. Wrzuciłem ją w ogień. Paliła się niebieskim płomieniem, głośno sycząc. Nimue powiedziała, że dobrze zrobiłem.

– Przypuszczamy, że lord Merlin jest w Irlandii – odparł w końcu biskup Bedwin. – Albo na dzikiej północy – dodał niepewnie.

– A może nie żyje? – zasugerował Gundleus.

– Modlę się, by ocalał – powiedział żarliwie biskup.

– Doprawdy? – Gundleus obrócił się na fotelu, by spojrzeć w postarzałą twarz Bedwina. – Popierasz Merlina, biskupie?

– Jest moim przyjacielem, panie – odparł Bedwin. Był dostojnym, zażywnym człowiekiem, który zawsze pragnął, by ludzie różnej wiary żyli w pokoju.

– Lord Merlin jest druidem, biskupie, i nienawidzi chrześcijan – próbował sprowokować go Gundleus.

– W Brytanii jest teraz wielu chrześcijan – odrzekł Bedwin – i niewielu druidów. Myślę, że my, ludzie prawdziwej wiary, nie mamy się czego obawiać.

– Słyszysz, Tanaburs? – zawołał Gundleus do swego druida.

– Biskup się ciebie nie boi!

Tanaburs nic nie odpowiedział. Myszkując po sali, dotarł właśnie do amuletów, strzegących przed duchami wejścia do komnat Merlina. Były to po prostu zawieszone po obu stronach drzwi dwie czaszki, ale tylko druid odważyłby się przekroczyć ową niewidzialną barierę, a nawet i on obawiałby się czarów rzuconych przez Merlina.

– Przenocujesz tu, panie? – zapytał biskup Bedwin, próbując zmienić temat.

– Nie – odparł szorstko Gundleus, wstając z miejsca. Myślałem, że zbiera się do wyjścia, on jednak spojrzał na widoczne za plecami Norwenny strzeżone przez czaszki niewielkie czarne drzwi, przed którymi Tanaburs trząsł się jak ogar wietrzący niewidzialnego dzika.

– Co tam jest?

– Komnaty mego pana, lorda Merlina – odrzekł Bedwin.

– Miejsce pełne tajemnic? – zapytał drapieżnie Gundleus.

– To tylko sypialnia, nic więcej – odpowiedział wymijająco biskup.

Tanaburs uniósł drżącą laskę i skierował ją w stronę drzwi. Król Gundleus przyglądał się poczynaniom swego druida. Po chwili dopił wino i rzuciwszy na podłogę rogowy kielich, stwierdził:

– Może jednak zostanę tu na noc, ale najpierw musimy obejrzeć sypialnię.

Dał znak Tanabursowi, aby otworzył drzwi, ale druid bał się to zrobić. Merlin był największym czarownikiem w Brytanii, budzącym lęk nawet za Morzem Irlandzkim, i nikt nie chciał z nim zadzierać. Od dłuższego czasu go jednak nie widziano i ludzie szeptali, że śmierć księcia Mordreda dowodziła, iż Merlin traci swoją moc. Tanaburs, podobnie jak jego pan, był z pewnością zaintrygowany, co znajduje się w komnatach czarnoksiężnika, bo mógł tam odkryć tajemnice, które uczyniłyby go równie potężnym i uczonym jak Merlin.

– Otwórz te drzwi! – rozkazał Gundleus.

Druid zbliżył niepewnie koniec laski do jednej z czaszek i dotknął pożółkłej kości. Nic się nie stało. Splunął na czaszkę, przewrócił ją i cofnął laskę jak człowiek, który szturcha śpiącego węża. Dalej nic się nie działo, sięgnął więc wolną ręką do drewnianej zasuwy przy drzwiach.

Nagle znieruchomiał z przerażenia.

W zadymionej, mrocznej sali rozległ się upiorny skowyt, przypominający krzyk torturowanej dziewczyny. Druid się cofnął. Norwenna krzyknęła głośno ze strachu i przeżegnała się. Niemowlę zaczęło płakać i Ralla w żaden sposób nie mogła go uspokoić. Gundleus nasłuchiwał przez chwilę, a gdy wycie ustało, roześmiał się i rzekł do zdenerwowanej świty:

– Wojownik nie boi się krzyku dziewczyny.

Podszedł do drzwi, nie zwracając uwagi na biskupa Bedwina, który machał rękami i próbował go zatrzymać.

Nagle usłyszeliśmy głośny huk. W strzeżone przez duchy drzwi coś uderzyło z taką siłą, że wszyscy podskoczyliśmy. Sądziłem początkowo, że drzwi upadły pod nogi króla, ale po chwili zobaczyłem, że są przebite na wylot włócznią. Jej srebrny grot wystawał groźnie ze starego, sczerniałego od ognia dębowego drewna. Próbowałem sobie wyobrazić, jak nadludzkiej siły wymagało przebicie go stalowym ostrzem.

Na widok włóczni nawet Gundleus zawahał się przez moment, ale nie mógł okazać słabości wobec swych wojowników, bo ucierpiałaby na tym jego duma. Wykonał gest odpędzający złe duchy, splunął na włócznię, podszedł do drzwi i podniósłszy zasuwę, otworzył je.

Natychmiast jednak cofnął się zatrwożony. Zobaczyłem w jego oczach paniczny strach. Odstąpił jeszcze o krok od otwartych drzwi i chwilę później usłyszałem przeraźliwy krzyk wchodzącej do sali Nimue. Tanaburs wymachiwał gwałtownie laską, Bedwin modlił się, niemowlę ciągle płakało, a Norwenna siedziała odwrócona w fotelu z wyrazem przerażenia na twarzy.

Gdy Nimue przeszła przez drzwi, nawet ja zadrżałem na jej widok. Szczupłe, nagie ciało dziewczyny było umazane krwią, która skapywała z włosów i spływała cienkimi strużkami po jej drobnych piersiach i udach. Na głowie miała śmiertelną maskę, zrobioną z twarzy złożonego w ofierze śniadego mężczyzny i przywiązaną do szyi paskami ze skóry zdartej z jego ramion. Maska żyła jakby własnym życiem, gdyż wykrzywiała się, gdy Nimue szła w kierunku syluryjskiego króla. Zbliżała się do niego powoli, stawiając małe, nieregularne kroki. Z pleców zwisała jej luźno sucha i pożółkła skóra zmarłego. Z umazanej krwią twarzy wyzierały tylko białka jej oczu. Wykrzykiwała najbardziej ordynarne przekleństwa, trzymając w rękach dwie lśniące, czarne żmije, które wyciągały ruchliwe głowy w kierunku króla.

Gundleus cofnął się, odpędzając ręką złe duchy, po chwili jednak przypomniał sobie, że jest mężczyzną, królem i wojownikiem, położył więc dłoń na rękojeści miecza. Wówczas Nimue potrząsnęła głową, z twarzy opadła jej maska i zobaczyliśmy, że w upiętych wysoko włosach dziewczyny siedzi nietoperz. Rozpostarł nagle swe czarne pomarszczone skrzydła i rozdziawił czerwony pysk w kierunku Gundleusa.

Norwenna krzyknęła na jego widok i rzuciła się ratować swoje dziecko, a my patrzyliśmy przerażeni na zwierzę zaplątane we włosach Nimue. Nietoperz wyrywał się, walczył i trzepotał skrzydłami, próbując odlecieć. Węże wiły się w rękach dziewczyny. Nagle sala opustoszała. Norwenna uciekła pierwsza, Tanaburs za nią, a potem wszyscy, nawet król, wybiegli na zewnątrz.

Nimue stała przez chwilę bez ruchu, po czym wywróciła oczami, podeszła do paleniska i niedbałym gestem wrzuciła do ognia dwa węże. Wiły się i skwierczały, ginąc w płomieniach. Uwolniła nietoperza, który poleciał natychmiast w kierunku krokwi pod sufitem, a potem zdjęła z szyi maskę i zwinęła ją w rulon. Wziąwszy do ręki przywiezioną przez Gundleusa delikatną rzymską karafkę, przyglądała jej się chwilę, po czym cisnęła nią z całej siły o dębowy filar, rozbijając drogocenny dar w drobny mak.

– Derfel – rzuciła nagle, przerywając grobową ciszę. – Wiem, że tu jesteś.

– Tak? – powiedziałem zdenerwowanym głosem, wychodząc zza wiklinowego kufra. Byłem przerażony. Płonące węże skwierczały w ogniu, a pod sufitem nadal fruwał nietoperz.

Nimue uśmiechnęła się do mnie i rzekła:

– Potrzebuję wody.

– Wody? – powtórzyłem bezmyślnie.

– Muszę zmyć z siebie krew kurczęcia – wyjaśniła.

– Kurczęcia?

– Daj mi wody – poprosiła ponownie. – Przy drzwiach stoi dzban. Przynieś mi go.

– Do środka? – zapytałem zdumiony, bo jej gest zdawał się sugerować, że mam zanieść wodę do komnat Merlina.

– Dlaczego nie? – powiedziała i przeszła przez drzwi, w których tkwiła nadal wielka włócznia do polowań na dziki.

Podniosłem ciężki dzban i podążyłem za nią. Stała przed miedzianym zwierciadłem, w którym odbijało się jej nagie ciało. Nie była zawstydzona, pewnie dlatego że jako dzieci zawsze biegaliśmy nago, ale ja czułem się niezręcznie, bo przecież nie byliśmy już dziećmi.

– Postawić go tutaj? – zapytałem.

Nimue skinęła głową. Postawiłem dzban i ruszyłem w kierunku wyjścia.

– Zostań – powiedziała. – Nie odchodź, proszę. I zamknij drzwi.

Żeby to zrobić, musiałem najpierw wyrwać włócznię z dębowego drewna. Nie chciałem pytać Nimue, w jaki sposób ją tam wbiła, bo najwyraźniej nie była w nastroju, żeby cokolwiek wyjaśniać. Zachowując więc milczenie, wyciągnąłem włócznię z drzwi. Nimue obmyła tymczasem z krwi swe białe ciało i zakrywszy je czarną szatą, powiedziała:

– Chodź tutaj.

Podszedłem posłusznie do posłania z futer i wełnianych koców, leżących na niskim drewnianym podeście. Najwyraźniej tam właśnie sypiała. Nad legowiskiem była rozpostarta ciemna zapleśniała tkanina. Usiadłem w jej cieniu i wziąłem Nimue w ramiona. Wyczuwałem pod miękkim materiałem jej żebra. Nimue płakała. Nie wiedziałem, dlaczego, więc trzymałem ją niezdarnie w objęciach, rozglądając się po komnacie Merlina.

Było to niezwykłe miejsce. Stały tam jedne na drugich niezliczone drewniane kufry i wiklinowe kosze, tworząc labirynt korytarzy, po których spacerowały gromady wychudzonych kotów. Gdzieniegdzie skrzynie były poprzewracane, jakby ktoś, kto szukał czegoś w jednej ze stojących na dole, nie chciał zawracać sobie głowy przestawianiem pozostałych. Wszędzie leżał kurz. Sitowia na podłodze nie zmieniano z pewnością od lat. Było ono prawie wszędzie przykryte zbutwiałymi już dywanami lub kocami. W komnacie panował nieznośny fetor. Był to zapach kurzu, kocich odchodów, wilgoci, zgnilizny i pleśni, zmieszany z bardziej subtelnym aromatem ziół zwisających z powały. Na stole obok drzwi leżała sterta pozwijanych, rozsypujących się pergaminów. Nad stołem wisiała zakurzona półka z czaszkami zwierząt. Gdy mój wzrok przywykł już do grobowych ciemności, zobaczyłem, że są tam również co najmniej dwie ludzkie czaszki. Z ogromnego glinianego dzbana sterczały włócznie oplecione pajęczyną, a obok stały wyblakłe tarcze. Na ścianie wisiał miecz. Na stosie szarego popiołu stał dymiący piecyk. Tuż obok znajdowało się duże miedziane zwierciadło, na którym, o dziwo, zawieszono chrześcijański krzyż z figurą martwego Boga. Był przybrany jemiołą, co miało chronić przed jego niechybnie złym wpływem. Spod sufitu zwisały liczne poroża jeleni i wiązki suszonej jemioły. Siedziały tam również stada nietoperzy, których odchodami upstrzona była podłoga. Obecność nietoperzy w domu stanowiła bardzo złą wróżbę, ale wielcy czarnoksiężnicy, jak Merlin czy Nimue, nie musieli się z pewnością przejmować tak prozaicznym zagrożeniem. Na drugim stole stały misy, moździerze, tłuczki, metalowa waga, karafki i zapieczętowane woskiem dzbany. Jak później odkryłem, była w nich rosa zebrana z grobów zamordowanych ludzi, sproszkowane kości oraz wywary z ziół: belladony, mandragory i dziędzierzawy. W dziwnej kamiennej urnie obok stołu znajdowała się kolekcja amuletów, magicznych kamieni i krzemiennych grotów, przemieszanych z ptasimi piórami, muszlami i szyszkami. Nigdy nie widziałem miejsca równie zagraconego i brudnego, a zarazem równie fascynującego. Zastanawiałem się, czy znajdująca się obok Wieża Merlina jest tak samo wspaniała i niesamowita.

Nimue przestała płakać i leżała teraz bez ruchu w moich ramionach. Wyczuła zapewne, jakie wrażenie zrobiła na mnie komnata Merlina, bo powiedziała znużonym głosem:

– On niczego nie wyrzuca. Niczego.

Nie odzywałem się, tylko głaskałem ją i tuliłem do siebie. Przez chwilę leżała nieruchomo, ale gdy sięgnąłem ręką pod czarną szatę i dotknąłem jej drobnej piersi, odwróciła się ze złością i powiedziała:

– Jeśli tego ci trzeba, idź do Sybilli.

Okryła się szczelnie, wstała z posłania i podeszła do stołu, zagraconego rzeczami Merlina. Wybąkałem niezdarne przeprosiny.

– Nie ma o czym mówić – zbyła moje słowa.

Słyszeliśmy głosy, dochodzące z góry Tor i z sali obok, ale nikt nie próbował nam przeszkodzić. Nimue poszperała wśród mis, dzbanków i chochli, aż znalazła w końcu to, czego szukała: czarny kamienny nóż o ostrzu z białymi jak kości krawędziami. Wróciwszy do zatęchłego posłania, uklękła przy nim, aby móc spojrzeć mi prosto w oczy. Zmieszałem się, widząc pod rozsuniętymi połami czarnej szaty jej nagie ciało. Nimue utkwiła jednak spojrzenie w moich oczach i nie pozostało mi nic innego jak je odwzajemnić.

Nie odzywała się przez dłuższą chwilę. W głębokiej ciszy słyszałem niemal, jak wali mi serce. Wyglądało na to, że podejmuje ważną decyzję, jedną z tych, które zmieniają na zawsze bieg ludzkiego życia. Czekałem bezradny i pełen obaw, nie ośmielając się poruszyć. Rozwichrzone czarne włosy Nimue okalały jej trójkątną twarz, która nie była ani brzydka, ani piękna, za to na tyle inteligentna i wyrazista, że nie musiała olśniewać urodą. Nimue miała wysokie czoło, ciemne i przenikliwe oczy, ostry nos, szerokie usta i wąski podbródek. Była najmądrzejszą kobietą, jaką znałem, ale nawet w tamtych czasach, gdy dopiero dorastała, owa mądrość przepełniała ją smutkiem. Wiedziała przecież tak dużo. Musiała urodzić się z tą wiedzą albo została nią obdarzona, gdy bogowie uratowali ją od utonięcia. Jako dziecko często psociła, ale teraz, pozbawiona opieki Merlina i obarczona ciężkim brzemieniem odpowiedzialności za bezpieczeństwo jego osady, bardzo spoważniała. Ja oczywiście też się zmieniałem, ale w typowy sposób: chuderlawy chłopak wyrastał na wysokiego mężczyznę. Nimue natomiast przeistaczała się z dziecka w osobę obdarzoną władzą, która miała swoje źródło w jej marzeniach. Dzieliła je z Merlinem, ale w przeciwieństwie do niego nigdy nie była gotowa do kompromisu. Pragnęła mieć wszystko albo nic. Wolałaby raczej pogrążyć cały świat w lodowatej otchłani bezbożności, niż ustąpić o cal tym, którzy zeszpeciliby jej obraz idealnej Brytanii, czczącej swych własnych bogów. Zdawałem sobie sprawę, że klęcząc przede mną, zastanawia się, czy jestem godzien być cząstką jej żarliwego marzenia.

W końcu powzięła decyzję i przysunąwszy się do mnie, powiedziała:

– Daj mi lewą rękę. Spełniłem jej prośbę.

Odwróciła moją dłoń i zaczęła wymawiać jakieś zaklęcia. Rozpoznałem imiona niektórych wymienianych przez nią bogów. Był wśród nich Camulos, bóg wojny, Manawydan fab Llyr, czczony przez Nimue bóg morza, Agrona, bogini mordu, i Aranrhod, złota bogini świtu. Większość imion i słów brzmiała dla mnie obco, ale Nimue wymawiała je tak hipnotyzującym głosem, że byłem na wpół uśpiony i nie baczyłem na to, co mówi i robi. Gdy jednak nagle przesunęła ostrzem noża po mojej dłoni, krzyknąłem ze strachu. Powiedziała, żebym się niczego nie obawiał. Po chwili spod przeciętej skóry trysnęła krew.

Nimue rozcięła sobie w ten sam sposób lewą dłoń i przytknęła ją do mojej. Rzuciwszy, nóż uniosła brzeg szaty i owinęła nią mocno nasze krwawiące ręce.

– Derfel – powiedziała cicho – dopóki pozostaną nam te blizny, będziemy złączeni nierozerwalnymi więzami. Zgoda?

Spojrzawszy jej w oczy, zrozumiałem, że to nie żarty ani dziecinna zabawa, lecz przysięga, która będzie mnie obowiązywała do końca życia, a może i dłużej. Przez chwilę byłem przerażony tym, co miało nastąpić, skinąłem mimo to głową i wykrztusiłem:

– Zgoda.

– Dopóki nie znikną z naszych dłoni te blizny, Derfel – dodała Nimue – twoje życie należy do mnie, a moje do ciebie. Zrozumiałeś?

– Tak – odparłem. Drżała mi ręka. Czułem, że jest rozpalona i spuchnięta, podczas gdy spleciona z nią drobna dłoń dziewczyny była zupełnie chłodna.

– Pewnego dnia, Derfel – powiedziała Nimue – wezwę cię i jeśli się nie zjawisz, bogowie poznają po tej bliźnie, że jesteś fałszywym przyjacielem, zdrajcą i wrogiem.

– Tak – odrzekłem.

Przez kilka sekund przyglądała mi się w milczeniu, po czym weszła na czworakach na stertę futer i koców i wtuliła się w moje ramiona. Było nam niewygodnie leżeć obok siebie, bo lewe ręce mieliśmy nadal związane, ale zdołaliśmy się jakoś ułożyć. Słyszeliśmy głosy dochodzące z zewnątrz. W ciemnej komnacie, w której spały nietoperze i polowały koty, unosił się kurz. Było zimno, ale Nimue przykryła nas futrem, a potem zasnęła na moim prawym ramieniu. Leżałem z otwartymi oczami, pełen obaw i niepewności, co przyniesie to przymierze krwi.

Obudziła się późnym popołudniem i oznajmiła sennie:

– Gundleus odjechał.

Nie mam pojęcia, skąd o tym wiedziała. Uwolniwszy się z moich ramion, wypełzła spod sterty futer i rozsupłała węzeł, który nadal krępował nasze dłonie. Rozłączając je, zerwaliśmy strupy z zakrzepłych już ran. Nimue podeszła do dzbana z włóczniami, ściągnęła z nich pajęczynę i oblepiła nią moją krwawiącą rękę.

– Wkrótce się zagoi – powiedziała jakby mimochodem. Swoją dłoń owinęła kawałkiem tkaniny. Znalazłszy trochę chleba i sera, zapytała: – Nie jesteś głodny?

– Jak zwykle – odparłem.

Podzieliliśmy się jedzeniem. Chleb był suchy i twardy, a ser obgryziony przez myszy. Przynajmniej tak sądziła Nimue.

– Może pogryzły go nietoperze – zastanawiała się. – Czy one jedzą ser?

– Nie wiem – odrzekłem, po czym zapytałem nieśmiało:

– Czy ten nietoperz był oswojony?

Miałem na myśli stworzenie, które przywiązała sobie do włosów. Widywałem już przedtem takie rzeczy, ale ani Merlin, ani jego pomocnicy nigdy o tym nie opowiadali, a przypuszczałem, że po dziwnej ceremonii przymierza krwi Nimue zechce wtajemniczyć mnie w swoje sekrety.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

CZĘŚĆ DRUGA

KRÓLEWSKA WYBRANKA

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ TRZECIA

POWRÓT MERLINA

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ CZWARTA

WYSPA UMARŁYCH

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ PIĄTA

POD OSŁONĄ TARCZ

Dostępne w wersji pełnej

Od autora

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: The Winter King

Copyright © Bernard Cornwell, 1995. All rights reserved

Copyright for this edtion: © Wydawnictwo Otwarte 2017

Copyright © for Polish translation by Jerzy Żebrowski

Wydawca prowadzący: Olga Orzeł-Wargskog

Redaktor prowadzący: Agnieszka Urbanowska

Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak

Korekta: Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Projekt okładki: Eliza Luty

Ilustracje na okładce:

miecz – © michelaubryphoto / Shutterstock.com;

lód – © Park Wontae / Shutterstock.com;

śnieg – © Avesun / Shutterstock.com, © photosoft / Shutterstock.com;

okrągły ozdobnik – © Oleg Zhevelev / Shutterstock.com

ISBN 978-83-7515-679-9

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zimowy monarcha Azincourt 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów