Królewska klatka

Królewska klatka

Autorzy: Victoria Aveyard

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 568

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 26.99 zł

Mare jest pilnie strzeżonym więźniem zdanym na łaskę i niełaskę Mavena. Dręczą ją wspomnienia własnych błędów, a działanie Cichego Kamienia pozbawia ją mocy. Buntowniczka staje się dziewczyną bez błyskawic.

Jednak i Maven otoczony jest wrogami. Z trudem utrzymuje kontrolę nad krajem oraz swoim więźniem. Mare czuje, że mimo nienawiści, którą żywi do Mavena, jest on prawdopodobnie jej jedyną szansą na przeżycie, zwłaszcza że Evangeline dąży do jak najszybszej egzekucji Czerwonej Królowej.

Tymczasem Nowi i Czerwoni przygotowują się do wojny, bo nie chcą już dłużej pozostawać w ukryciu. Jest z nimi książę Cal, którego nic nie powstrzyma przed ratowaniem Mare.

Już wkrótce ogień ogarnie wszystko i spali bezpowrotnie Nortę, jaką Mare znała…

 

Jesteście wartościowe, silne i w pełni zasługujecie

na to, aby wykorzystać każdą nadarzającą

się szansę i realizować własne marzenia.

Niech żadna z was nigdy w to nie wątpi.

H.R.C.

Rozdział 1

Mare

Podnoszę się z klęczek, gdy on mi na to pozwala.

W następnej chwili czuję szarpnięcie łańcucha, które zaciska kolczatkę na mojej szyi. Metalowe szpikulce wrzynają się w skórę, ale nie na tyle mocno, żeby skaleczyć mnie do krwi – przynajmniej na razie. Za to nadgarstki mam całe skrwawione. Pokrywają je otarcia od chropowatych, wpijających się w ciało kajdan, które skuwają mnie od wielu dni. Na rękawach białej luźnej sukni ciemnieją rdzawe smugi zaschniętej krwi i świeże jasnoczerwone plamy, świadectwo mojej męki. Żeby nikt na dworze Mavena nie miał wątpliwości, ile wycierpiałam.

Król stoi nade mną, twarz ma nieprzeniknioną. Ojcowska korona sprawia, że wydaje się wyższy, jak gdyby żelazne kolce wyrastały nie z obręczy, którą nosi na skroniach, ale wprost z głowy. Przeplatane srebrem i brązem czarne metalowe płomienie mienią się ogniście. Koncentruję się na znajomych do bólu szczegółach, żeby tylko nie spojrzeć młodemu królowi w oczy. Mimo to Maven przyciąga mnie do siebie, szarpiąc za drugi łańcuch, którego nie widzę, a jedynie czuję.

Blada dłoń łapie mój nadgarstek zaskakująco delikatnie. Wbrew sobie przenoszę wzrok na twarz króla, nie potrafię dłużej unikać jego spojrzenia. Widzę uśmiech, w którym nie ma ani odrobiny życzliwości. Wargi cienkie jak ostrza żyletki, białe zęby gotowe kąsać. Najgorsze jednak są oczy. Maven ma oczy Elary. Kiedyś wydawały mi się zimne, lodowate. Teraz jednak wiem, że jest inaczej. Najgorętszy ogień ma jasnoniebieską barwę, podobnie jak spojrzenie króla.

Cień, który pokonał płomień. Maven płonie, ale okala go ciemność. Wokół nabiegłych srebrną krwią oczu rozlewają się siniaki o metalicznej barwie. Nie sypia. Jest chudszy niż kiedyś, rysy ma ostrzejsze, okrutniejsze. Czarne jak otchłań włosy sięgają mu do uszu, kręcą się na końcach. Policzki nadal są gładkie. Czasami zapominam, jak bardzo jest młody. Jak młodzi jesteśmy oboje. Ukryte pod suknią wypalone na moim obojczyku piętno w kształcie litery „M” zaczyna pulsować bólem.

Maven gwałtownie się odwraca i mocno ściskając łańcuch, zmusza mnie, żebym ruszyła za nim. Niczym księżyc przyciągany siłą planety.

– Oto nasz jeniec, oto świadectwo naszego zwycięstwa – mówi, prostując się przed zgromadzonym tłumem. Na placu tłoczy się co najmniej trzystu Srebrnych: arystokraci i cywile, wojskowi i strażnicy. Kątem oka cały czas widzę wartowników, ich ogniste szaty nie pozwalają mi ani na sekundę zapomnieć o tym, że jestem więźniem, nawet jeśli nie ma wokół mnie krat. Podobnie pilnujący mnie Uciszacze z rodu Arven nigdy nie znikają z pola widzenia. Ich białe stroje lśnią oślepiająco, ich umiejętność paraliżuje, tłumi moją moc, a mnie samą niemal dławi.

Głos króla niesie się ponad wytwornym placem Cezara, rozchodzi w tłumie, który odpowiada pomrukiem aprobaty. Z pewnością zainstalowano gdzieś mikrofony i głośniki, aby gorzkie słowa Mavena dotarły do najdalszego zakątka nie tylko miasta, ale i królestwa.

– Oto przywódczyni Szkarłatnej Gwardii, Mare Barrow. – Chociaż moja sytuacja jest tragiczna, mam ochotę parsknąć śmiechem. „Przywódczyni”. Może i matka króla umarła, ale kłamstwa, które spłodziła, są nadal żywe. – Morderczyni, terrorystka, zaciekły wróg naszego królestwa. Teraz klęczy przed nami, zdemaskowana.

Znów czuję szarpnięcie. Zataczając się do przodu, rozkładam ramiona, żeby utrzymać równowagę. Ruchy mam ociężałe, oczy spuszczone. Niewiele we mnie godności. Ogarniają mnie wściekłość i wstyd, gdy uzmysławiam sobie, jak bardzo to krótkie przedstawienie może zaszkodzić Szkarłatnej Gwardii. Czerwoni w całej Norcie będą patrzyli, jak tańczę na sznurku, za który pociąga Maven, i pomyślą, że jesteśmy słabi, przegrani, niewarci ich uwagi, wysiłku ani nadziei. Tymczasem prawda wygląda zupełnie inaczej. Ja jednak nie mogę nic na to poradzić, nie teraz, nie tutaj, balansując nad przepaścią, zdana na łaskę Mavena. Zastanawiam się, co dalej z Corvium, zmilitaryzowanym miastem, które stało w ogniu, gdy przelatywaliśmy nad nim w drodze do Duszni. Po transmisji mojego orędzia wybuchły zamieszki. Czy był to zaczątek rewolucji, czy jej ostatnie tchnienie? Nie mam skąd się tego dowiedzieć. Wątpię, żeby komukolwiek wpadło do głowy, by przynieść mi gazetę.

Cal ostrzegał mnie przed groźbą wojny domowej już dawno temu, zanim umarł jego ojciec i zanim stracił wszystko prócz znajomości z porywczą dziewczyną od błyskawic. Przewidywał bunt po obu stronach barykady. Kiedy jednak stoję uwiązana na smyczy Mavena i patrzę na jego dwór, na królestwo Srebrnych, nie widzę żadnego podziału. Mimo że wszystko im powiedziałam, wyjawiłam prawdę o uprowadzeniach ich bliskich, o więzieniach Mavena, o tym, że król i jego matka zawiedli zaufanie swojego ludu – to ja wciąż jestem wrogiem numer jeden. Chcę im wywrzeszczeć prawdę, ale rozsądek każe mi milczeć. Słowa króla zawsze będą do nich przemawiały bardziej niż moje.

„Czy oglądają mnie mama i tata?” Wspomnienie o nich sprawia, że ogarnia mnie kolejna fala smutku i z całej siły przygryzam wargę, aby powstrzymać łzy. Wiem, że zamontowane wokoło kamery są wycelowane we mnie. Wiem to, nawet jeśli nie potrafię już tego wyczuć. Maven za nic w świecie nie darowałby sobie, gdyby nie wykorzystał okazji uwiecznienia mojego upadku.

„Czy za kilka chwil rodzice zobaczą, jak umieram?”

Raczej nie, skoro mam obrożę. Nie wierzę, że Maven urządził całe to widowisko tylko po to, by na końcu mnie zabić. Być może komuś innemu ta myśl przyniosłaby ulgę, ja jednak czuję skurcz strachu w trzewiach. On mnie nie zabije. Nie zrobi tego. Poznaję to po jego dotyku. Długie, blade palce nadal obejmują mój nadgarstek, chociaż unieruchamia mnie smycz, którą Srebrny władca cały czas ściska w drugiej dłoni. Nawet teraz, gdy ma nade mną absolutną władzę, nie puszcza mojej ręki. Wolałabym umrzeć, niż tkwić w tej klatce, w matni szaleństw i obsesji młodocianego króla.

Pamiętam liściki od niego, które niezmiennie kończyły się tym samym żałosnym zaklęciem:

„Do zobaczenia”.

Maven ciągnie przemowę, ale jego słowa zaczynają tracić dla mnie znaczenie, przemieniają się w dźwięki równie puste i doprowadzające do szału jak brzęczenie szerszenia. Oglądam się za siebie, omiatam wzrokiem tłum dworzan. Wszyscy stoją sztywno wyprostowani w ciemnych żałobnych szatach, dumni i nikczemni. Wielmożny Volvo z rodu Samos i jego syn Ptolemejusz wspaniale się prezentują w wypolerowanych, czarnych jak heban zbrojach przepasanych od ramienia po biodro srebrnymi łuskowatymi szarfami. Na widok Ptolemejusza ogarnia mnie furia. Z trudem się powstrzymuję, żeby nie rzucić się na niego i nie wydłubać mu oczu. Jedyne, czego w tym momencie pragnę, to wbić mu nóż prosto w serce i odpłacić za śmierć mojego brata Shade’a. Najwyraźniej Żeleźca wyczytał to pragnienie z mojej twarzy, ponieważ uśmiecha się do mnie znacząco i bezczelnie. Gdyby nie obroża i Uciszacze, którzy pozbawiają mnie wszystkiego, czym jestem, stopiłabym jego kości, a ciało spaliła na popiół.

Siostra Ptolemejusza, moja rywalka sprzed wielu miesięcy, nie patrzy na mnie. W wysadzanej szpikulcami z czarnego kryształu sukni Evangeline jak zwykle świeci najjaśniejszym blaskiem. Przypuszczam, że wkrótce zostanie królową, wystarczająco długo musi znosić zaręczyny z Mavenem. Wpatruje się intensywnie w plecy króla, wydaje się wręcz wbijać spojrzenie w jego kark. Lekki podmuch wiatru wichrzy jej rozpuszczone srebrne włosy, zwiewa je z ramion, ale ona nawet nie mruga. Mam wrażenie, że dopiero po dłuższej chwili czuje na sobie mój wzrok, jednak zerka na mnie jedynie przelotnie. Jej oczy wydają się puste, beznamiętne. Przestałam być warta jej uwagi.

– Mare Barrow jest królewskim więźniem i zostanie osądzona przez króla oraz radę. Odpowie za swe liczne zbrodnie.

„Ciekawe jak”, zastanawiam się.

W odpowiedzi tłum wyje z aprobatą. Przeważają w nim „prości” Srebrni, nieposiadający arystokratycznych korzeni, i to oni upajają się słowami Mavena. Dwór zachowuje stoicki spokój. Tylko niektórzy wielmoże szarzeją na twarzach, ich rysy tężeją, a spojrzenia stają się twarde. Najbardziej widać to po przedstawicielach domu Merandus ubranych w czarne żałobne szaty ozdobione granatowym kolorem przynależnym zmarłej królowej. Evangeline ledwie raczy na mnie spojrzeć, za to oni wbijają we mnie oczy. Błękitne i roziskrzone niczym najgorętszy płomień. Spodziewam się usłyszeć w głowie ich szepty, kilkadziesiąt głosów wwiercających się w mózg niczym robaki w zgniłe jabłko. Jednak pod moją czaszką panuje cisza. Być może otaczający mnie Arvenowie są nie tylko strażnikami więziennymi, ale i moimi ochroniarzami – tłumią zarówno moją umiejętność, jak i umiejętności tych, którym zachciałoby się wykorzystać swoje moce przeciwko mnie. Pewnie tak rozkazał im Maven. Nikt nie może mnie skrzywdzić.

Nikt poza nim.

Wszystko mnie boli. Ból nęka mnie, gdy stoję, gdy się ruszam, gdy myślę. Jestem poobijana od czasu rozbicia odrzutowca, wymęczona po torturach nadajnikiem fal dźwiękowych i odrętwiała przez miażdżącą siłę, z jaką Uciszacze dławią moją moc. Jednak są to jedynie obrażenia ciała. Siniaki. Złamania. Te rany z czasem się zagoją. Mam wszakże i takie, które nigdy się nie zabliźnią. Mój brat nie żyje. Zostałam jeńcem. I nie wiem, co się dzieje z moimi przyjaciółmi, których porzuciłam wiele dni temu, zawierając pakt z diabłem. Cal, Kilorn, Cameron, moi bracia Bree i Tramy. Zostawiliśmy ich na polanie, ale byli ranni, sparaliżowani, bezbronni. Maven mógł posłać całą armię zabójców, aby dokończyli to, co zaczął. Przehandlowałam siebie za wolność najbliższych i nawet nie mam pewności, czy to cokolwiek dało.

Maven powie mi prawdę, jeśli go zapytam. Wyczytuję to z jego twarzy i zachowania. Zerka na mnie po każdym plugawym kłamstwie, po każdym kolejnym zdaniu, które jego poddani przyjmują z aplauzem. Upewnia się, że na niego patrzę, że interesuję się nim, że go zauważam. Zupełnie jak dziecko.

Nie będę go o nic błagać. Nie tutaj. Nie w ten sposób. Zostało mi zbyt wiele godności.

– Moja matka i mój ojciec zginęli, walcząc z tymi zwierzętami – grzmi Maven. – Oddali życie, aby utrzymać jedność królestwa, aby was ochronić.

Pomimo skrajnego wyczerpania i przygnębienia podnoszę głowę, spoglądam na niego i nasze spojrzenia się krzyżują. Oboje pamiętamy, w jaki sposób zginął jego ojciec. Z czyjej ręki. Królowa Elara szeptami wdarła się do mózgu Cala, zmieniając ukochanego królewskiego syna w kata. Maven i ja przyglądaliśmy się, jak Cal zmuszony jej mocą zabija ojca, ucina mu głowę i tym samym zamyka sobie drogę do tronu. Od tamtej pory widziałam wiele okropieństw, ale wspomnienie tamtego zdarzenia nadal mnie prześladuje.

Nie pamiętam zaś zbyt wiele z tego, co zaszło między mną a królową przed więzieniem Corros. Wiem tylko, że już po wszystkim jej zmasakrowane zwłoki były świadectwem nieokiełznanej potęgi błyskawicy. Wiem również, że zabiłam Elarę bez wahania, bez wyrzutów sumienia, bez odrobiny żalu. W bitewny szał wpadłam po nagłej śmierci Shade’a. Ostatnim moim wyraźnym wspomnieniem z Corros jest widok brata, który pada na ziemię z sercem przebitym zimnym metalowym ostrzem Ptolemejusza. Jakimś cudem Żeleźcowi udało się uniknąć mojej furiackiej zemsty, królowej jednak nie. Razem z pułkownikiem dopilnowaliśmy, żeby cały świat dowiedział się o losie, który spotkał Elarę, i podczas transmisji telewizyjnej pokazaliśmy jej ciało.

Szkoda, że Maven nie odziedziczył umiejętności po matce i nie może spenetrować moich myśli. Chciałabym, aby zobaczył moment, w którym z nią skończyłam. Chciałabym, żeby poczuł straszliwy ból po stracie tak samo dotkliwie jak ja.

Kończąc wyuczoną na pamięć przemowę, młody król nie odrywa ode mnie wzroku. Jedną rękę ma wyprostowaną, żeby lepiej zaprezentować łańcuch, na którym mnie trzyma. Każdy jego gest jest starannie zaplanowany, obliczony na efekt propagandowy.

– Przyrzekam, że taki sam los czeka Szkarłatną Gwardię, przyrzekam, że rozprawię się z potworami takimi jak Mare Barrow albo sam zginę.

„No to giń”, chcę wrzasnąć.

Ryk tłumu zagłusza moje myśli. Setki zebranych wiwatują na cześć władcy i jego tyranii. Idąc wcześniej przez most, płakałam na widok niezliczonych twarzy ludzi, którzy obwiniają mnie o śmierć swoich bliskich. Wciąż czuję schnące na policzkach łzy. Teraz znów chce mi się wyć, jednak tym razem nie ze smutku, ale z wściekłości. Jak oni mogą w to wierzyć? Jak mogą przełknąć te kłamstwa?

Jedno szarpnięcie łańcucha i bezwładnie niczym lalka obracam się tyłem do zgromadzonych. Resztką sił wyciągam szyję i spoglądam przez ramię, wypatrując kamer, łączników ze światem. „Ujrzyjcie mnie – zaklinam w duchu. – Rozszyfrujcie jego kłamstwa”. Zaciskam zęby i zwężam oczy, starając się przybrać taki wyraz twarzy, z którego będą wyzierały wytrwałość, opór i gniew. „Jestem dziewczyną od błyskawic. Jestem burzą”. Co za stek bzdur. Dziewczyna od błyskawic nie żyje.

Jednak tylko to mi zostało, tyle mogę zrobić dla sprawy, dla ludzi, których kocham i którzy wciąż gdzieś tam są. Nie ugnę karku. Będę trzymała głowę wysoko. I chociaż nie mam pojęcia, w jaki sposób, będę walczyć nawet tutaj, w jaskini lwa.

Kolejne szarpnięcie zmusza mnie, abym obróciła się przodem do dworzan. Wyniośli Srebrni też na nas patrzą. Przyglądam się ich twarzom, ich pozbawionej życia sinopopielatej skórze poprzecinanej srebrnymi żyłkami, w których zamiast krwi krążą ciekła stal i diamenty. Wszyscy oni skupiają się nie na mnie, ale na Mavenie. W tym momencie przychodzi mi do głowy odpowiedź, której szukałam. W oczach Srebrnych arystokratów dostrzegam pożądanie.

Na ułamek sekundy robi mi się żal młodocianego króla osamotnionego na swoim tronie. W następnej chwili gdzieś głęboko w duchu czuję rozbłysk niepokornej nadziei.

„Pięknie, Maven. Wpakowałeś się w niezłe bagno”.

Teraz będę się zastanawiać już tylko nad tym, kto uderzy pierwszy.

Szkarłatna Gwardia czy wielmożowie gotowi poderżnąć gardło młodemu władcy i odebrać mu wszystko, za co zginęła jego matka.

*

Wspinamy się po schodach do Pałacu Białego Ognia i gdy tylko przekraczamy próg ziejącego pustką holu, Maven podaje smycz jednemu z Uciszaczy. Dziwne. Tak obsesyjnie pragnął mnie odzyskać, zamknąć w swojej klatce, a teraz bez mrugnięcia oddaje mnie strażnikom, odsuwa od siebie. „Tchórz”, myślę. Potrafi na mnie spojrzeć tylko na potrzeby widowiska.

– Dotrzymałeś obietnicy? – pytam, ciężko oddychając. Głos mam zachrypły, odzwyczaiłam się od mówienia. – Ile znaczy twoje słowo?

Nie odpowiada.

Reszta dworu powoli nas dogania i ustawia się w szeregu za nami. Każdy arystokrata dobrze wie, w którym rzędzie ma stanąć, jego pozycja jest wypadkową statusu i rangi. Tylko ja tutaj nie pasuję, idę pierwsza za królem, drepczę kilka kroków za nim, zajmując miejsce, które powinno przypaść królowej, chociaż nigdy w życiu nie byłam dalej od tego tytułu niż teraz.

Zerkam na wyższego z pilnujących mnie strażników w nadziei, że zobaczę w nim coś więcej niż ślepe posłuszeństwo władcy. Mężczyzna ma na sobie biały mundur, gruby, kuloodporny, zapięty na suwak po samą szyję. Na jego dłoniach lśnią rękawiczki, ale nie jedwabne, tylko gumowe. Wzdrygam się. Chociaż Arvenowie posiadają zdolność wyciszania umiejętności, wolą nie ryzykować. Nawet jeśli jakimś cudem udałoby mi się przywołać iskrę, rękawice ich ochronią i pozwolą utrzymać mnie w ryzach, przypiętą do smyczy, skutą łańcuchami, zamkniętą w klatce. Wyższy ze strażników nie zwraca uwagi na moje spojrzenie, w skupieniu wpatruje się w dal i zaciska usta. Drugi nadzorca robi to samo, stojąc po mojej drugiej stronie. Ruchy obydwu braci czy może kuzynów wydają się idealnie zsynchronizowane. Wpatruję się w ich lśniące łysiny i przypominam sobie Lucasa Samosa. Mojego dobrodusznego strażnika, przyjaciela, który został stracony, ponieważ mnie znał i ponieważ go wykorzystałam. Wtedy mi się poszczęściło, Cal przydzielił mi do ochrony przyzwoitego Srebrnego. Chociaż teraz też nie powinnam narzekać, uświadamiam sobie. Strażników, którzy są mi obojętni, łatwiej będzie zabić.

Ponieważ oni muszą umrzeć. Nieważne jak. Jeśli mam uciec, jeśli mam odzyskać błyskawicę, muszę pokonać pierwszą przeszkodę, którą stanowią oni. Kolejnych przeciwników łatwo przewidzieć: wartownicy Mavena, pozostali strażnicy oraz funkcjonariusze rozstawieni po całym pałacu i oczywiście sam król. Opuszczę te mury dopiero po jego śmierci – albo po swojej.

Myślę o tym, w jaki sposób go zabiję. Wyobrażam sobie, że owijam łańcuch wokół jego szyi i wyduszam z niego resztki życia. Te fantazje pomagają mi nie zwracać uwagi na to, że z każdym krokiem coraz bardziej zagłębiam się we wnętrza pałacu, stąpając po białym marmurze, mijając inkrustowane złotem ściany, przechodząc pod dziesiątkami żyrandoli z kryształowymi światełkami w kształcie płomieni. Jest tu równie pięknie i chłodno, jak zapamiętałam. Więzienie ze złotymi zamkami i diamentowymi kratami. Przynajmniej nie będę musiała stanąć oko w oko z najbardziej brutalnym i niebezpiecznym dozorcą. Królowa matka nie żyje. Wspomnienie o niej sprawia, że wstrząsa mną dreszcz. Elara Merandus. Jej szept wciąż nawiedza mnie w snach. Kiedyś przedzierała się przez moje wspomnienia. Teraz stała się jednym z nich.

W pewnej chwili zwracam uwagę na postać w zbroi, która wymija strażników, po czym w orszaku zajmuje miejsce między mną a królem. Maszeruje w takim samym tempie jak my, nie ma na sobie stroju ani maski noszonych przez wartowników, ale wyczuwam, że jest tu po to, by chronić króla. Prawdopodobnie wie, że marzę o tym, by udusić Mavena. Przygryzam wargę, szykuję się na piekący ból i atak jadowitego szeptu.

Jednak nie, mężczyzna nie pochodzi z domu Merandus. Ma ciemną zbroję o barwie obsydianu, srebrne włosy i księżycowo bladą cerę. Gdy zerka na mnie przez ramię, widzę jego oczy – czarne i pozbawione wyrazu.

„Ptolemejusz”.

Bez zastanowienia, bez chwili wahania rzucam się na niego z zębami. Jedyne, czego w tym momencie pragnę, to przegryźć mu tętnicę. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy srebrna krew smakuje inaczej niż czerwona.

Nie dane mi jednak było dowiedzieć się tego.

Obroża zaciska się, szarpie mnie do tyłu tak gwałtownie, że wyginam się w łuk i z hukiem zwalam na podłogę. Zderzenie z marmurową posadzką niemal rozsadza mi czaszkę. Świat wiruje mi przed oczami, ale nie na tyle mocno, żeby mnie powstrzymać. Podnoszę się na kolana, widzę nogi Ptolemejusza, które obracają się w moją stronę. Znów rzucam się do przodu i znów obroża mnie odciąga.

– Dość tego – syczy Maven.

Stoi nade mną, zatrzymał się, żeby obejrzeć żałosne próby zemsty na Ptolemejuszu. Cały dworski orszak również stanął, wielu Srebrnych podeszło bliżej, chcąc zobaczyć ostatnie nędzne podrygi wynaturzonego Czerwonego szczura.

Obroża cały czas się zaciska, z trudem przełykam ślinę i chwytam się za gardło.

Maven wpatruje się w metalowe, kurczące się ogniwa.

– Evangeline, dość tego, powiedziałem.

Pomimo bólu oglądam się przez ramię i tuż za sobą widzę Żeleźczynię. Jedną dłoń ma zwiniętą w pięść i podobnie jak król nie odrywa wzroku od obroży. Metalowa obręcz pulsuje, najwyraźniej zaciska się w rytm uderzeń jej serca.

– Uwolnij ją – syczy Evangeline. Przez sekundę myślę, że chyba się przesłyszałam. – Uwolnij ją tu i teraz. Odeślij strażników, a ja ją zabiję, rozprawię się z nią i z jej błyskawicą.

Obnażam zęby i wykrzywiam twarz w zwierzęcym grymasie, upodabniając się do potwora, za jakiego mnie mają.

– Spróbuj – charczę. Z całego serca pragnę, żeby Maven przystał na propozycję Żeleźczyni. Mimo ran, dni spędzonych w ciszy i lat przeżytych w nieświadomości mocy, która we mnie drzemie, chcę tego samego co Srebrna arystokratka. Już raz zdołałam ją pokonać. To wyzwanie to dla mnie szansa. Lepszej nie mogłam sobie wymarzyć.

Maven przenosi spojrzenie z mojej obroży na swoją narzeczoną, jego twarz rozciąga się w jadowitym grymasie. Jest przerażająco podobny do matki.

– Kwestionujesz rozkazy króla, wielmożna Evangeline?

Zęby Żeleźczyni połyskują między pomalowanymi na fioletowo wargami. Jeszcze chwila i fasada dworskich manier runie doszczętnie, ale zanim Evangeline zdąża cokolwiek powiedzieć, przysuwa się do niej Volvo Samos i przywierając ramieniem do ramienia córki, wysyła jej jasny sygnał: „Bądź posłuszna”.

– Nie – odwarkuje Srebrna, mimo że jej oczy mówią co innego, po czym zgina kark i pochyla głowę. – Wasza Królewska Mość.

Obroża się rozluźnia, wraca do poprzedniego rozmiaru, a może nawet robi się odrobinę obszerniejsza. Dobrze wiedzieć, że Evangeline nie jest aż tak skrupulatna, za jaką chce uchodzić.

– Mare Barrow jest więźniem korony i sąd koronny zdecyduje, jaki spotka ją los – oznajmia Maven, podnosząc głos tak, aby usłyszeli go Srebrni stojący za jego wybuchową narzeczoną. Omiata twardym spojrzeniem cały dwór, by nie pozostawić wątpliwości co do tego, jaka jest jego wola. – Śmierć to dla niej zbyt mało.

Po sali przechodzi szmer. Słyszę pomruki dezaprobaty, ale i zadowolenia. „Dziwne”. Myślałam, że wszyscy będą chcieli obejrzeć moją egzekucję, napawać się widokiem powolnej śmierci: przywódczyni Szkarłatnej Gwardii spętana i zżerana żywcem przez sępy, wykrwawiająca się na ziemiach, które zapragnęła przejąć. Wygląda jednak na to, że życzą mi czegoś gorszego.

„Gorszego niż śmierć”.

Wiele tygodni temu wspominał o tym Jon. Gdy zobaczył, co niesie mi przyszłość, dokąd prowadzi droga, którą idę. Wiedział, co się zbliża. Wiedział i przekazał to królowi. Kupił sobie bezpieczne miejsce u boku władcy za cenę życia mojego brata i mojej wolności.

Odnajduję go w tłumie arystokratów. Stoi na uboczu, Srebrni trzymają się od niego z daleka. Oczy ma czerwone, twarz pobladłą, włosy przedwcześnie posiwiałe, ściągnięte w starannie spleciony warkocz. Kolejny Nowy w roli maskotki Mavena Calore, ale ten nie ma na sobie łańcucha, przynajmniej żadnego nie dostrzegam. Nie jest więźniem, ponieważ pomógł królowi powstrzymać naszą misję ratunkową, zanim zaczęła się na dobre i zanim zdążyliśmy ocalić dziecięcy legion. Wyjawił mu naszą przyszłość, pokazał ścieżki, którymi ruszymy. Podał mnie na tacy młodocianemu królowi. Zdradził nas wszystkich.

Jon oczywiście również wlepia we mnie spojrzenie. Nie spodziewam się przeprosin za to, co zrobił, i też ich nie otrzymuję.

– Co z przesłuchaniem? – odzywa się ktoś stojący po mojej lewej stronie. Nie rozpoznaję głosu, ale poznaję twarz.

Samson Merandus. Wojownik z areny, brutalny Szeptacz, kuzyn zmarłej królowej. Przepycha się w moim kierunku, a ja mimowolnie się wzdrygam. W poprzednim życiu widziałam, jak na arenie zmusza swojego przeciwnika do samobójstwa. Kilorn siedział wtedy obok mnie, wiwatował, cieszył się ostatnimi godzinami wolności. Niedługo potem umarł jego mistrz i cały nasz świat przewrócił się do góry nogami. Zmienił się nasz los. Teraz leżę na nieskazitelnej marmurowej posadzce, zmarznięta i zakrwawiona, niczym pies warujący u stóp króla.

– Czy przesłuchanie ma ją ominąć, Wasza Królewska Mość? – dopytuje Samson, wyciągając rękę w moją stronę. Ujmuje mnie pod brodę, siłą podnosi moją twarz. Z trudem się powstrzymuję, by nie ugryźć go w dłoń. Nie zamierzam dawać Evangeline pretekstu do tego, aby znów mnie poddusiła. – Proszę pomyśleć o tym, co widziała. Co wie. To ich przywódczyni i klucz do tej nędznej hołoty.

Myli się, ale mimo to serce łomocze mi w piersiach jak szalone. Wiem wystarczająco dużo, żeby zaszkodzić Gwardii. Przed oczami stają mi Klin, pułkownik, bliźniacy z Montfort. Infiltracja legionów i miast. Ludzie pokroju ­Willa czy Ellie Pukawki rozsiani po całym kraju, przemycający uchodźców w bezpieczne miejsca. Cenne, pilnie strzeżone sekrety, które wkrótce zostaną ujawnione. Ile osób narażę przez to, co wiem? Ile straci życie, gdy mnie złamią?

Martwię się jednak nie tylko o informacje warte fortunę dla wywiadu wojskowego. Jeszcze bardziej przeraża mnie myśl o tym, co mogą znaleźć w najgłębszych zakamarkach mojego umysłu. W mrocznych zakątkach, w których chowają się wszystkie moje demony. Jednym z nich jest Maven. Książę, którego zapamiętałam, którego pokochałam i pragnęłam, aby okazał się prawdziwy. Kolejny to Cal i kłamstwa, którymi siebie karmiłam, myśląc o tym, komu i czemu jest wierny. Wszystko, co robiłam i co lekceważyłam, żeby go zatrzymać. Zżerające mnie od środka wstyd i poczucie winy za popełnione błędy. Nie pozwolę, żeby Samson – albo Maven – dogrzebali się do tego.

„Proszę”, zaklinam w myślach, ale moje usta pozostają nieruchome. Chociaż nienawidzę Mavena i pragnę zobaczyć, jak cierpi, wiem, że w tym momencie jest moją jedyną szansą na ocalenie. Jednak błaganie o litość na oczach jego najsilniejszych sojuszników i najgorszych wrogów osłabiłoby jedynie i tak niezbyt stabilną pozycję króla. Dlatego milczę, usiłując zignorować ściskającego mnie za podbródek Samsona, i wbijam wzrok w twarz Mavena.

Na krótką chwilę nasze spojrzenia krzyżują się.

– Znacie rozkazy – rzuca szorstko w stronę pilnujących mnie Arvenów.

Strażnicy chwytają mnie mocno, ale nie brutalnie, i stawiają na nogi, po czym ujmują pod łokcie, by wyprowadzić z tłumu. Reszta orszaku zostaje z tyłu. Evangeline, Ptolemejusz, Samson i Maven.

Ten ostatni obraca się na pięcie i rusza w przeciwnym kierunku. Idzie tam, gdzie znajduje się jedyna rzecz, która może go jeszcze ogrzać.

Tron z nieruchomych płomieni.

Rozdział 2

Mare

Nigdy nie jestem sama.

Arvenowie nie odstępują mnie na krok. Zawsze jest ich dwoje, nie spuszczają ze mnie oczu i cały czas obezwładniają swoją ciszą. Dzięki temu wystarczy zamknąć za mną drzwi na klucz, żebym stała się więźniem. Oczywiście nie mogę nawet podejść do drzwi – jeśli tylko zbytnio się do nich zbliżę, zostaję bezceremonialnie odciągnięta na środek komnaty. Moi nadzorcy są silniejsi ode mnie i niezwykle czujni. Jedynym miejscem, w którym mogę się schować przed ich bacznym wzrokiem, jest niewielka wyłożona białymi kafelkami łazienka, wyposażona w armaturę ze złota i wykończona złowrogim paskiem z Cichego Kamienia, biegnącym wzdłuż podłogi. Obecność szarych połyskujących brył sprawia, że głowa mi pęka, a gardło zaciska się boleśnie. Nie mogę tu być dłużej niż kilka chwil, jeśli nie chcę paść na posadzkę nieprzytomna. Obezwładniające uczucie przypomina mi o Cameron i jej umiejętności. Ta nastoletnia dziewczyna potrafi zabić swoją ciszą. Chociaż nie znoszę widoku bez przerwy pilnujących mnie strażników i tęsknię za samotnością oraz spokojem, nie ryzykuję i staram się przebywać w łazience najkrócej, jak się da.

Zabawne – kiedyś myślałam, że najbardziej obawiam się tego, iż zostanę sama. Teraz nigdy nie jestem sama, ale przerażenie mnie nie opuszcza.

Nie czuję błyskawicy już czwarty dzień.

Piąty.

Szósty.

Siedemnasty.

Trzydziesty pierwszy.

Każdą kolejną dobę zaznaczam karbem na listwie przypodłogowej obok łóżka, widelec pomaga mi mierzyć upływ czasu. Dobrze się czuję, zostawiając w komnacie swój ślad, wyrządzając choćby najmniejszą szkodę murom Pałacu Białego Ognia. Arvenowie nie zwracają na to uwagi. Przez większość dnia ignorują mnie, skupiając się na roztaczaniu totalnej, absolutnej ciszy. Siedzą na krzesłach przy drzwiach i przypominają posągi o żywych oczach.

Umieszczono mnie w innej komnacie niż podczas pierwszego pobytu w pałacu. Trudno się dziwić, że królewskiego więźnia trzyma się gdzie indziej niż książęcą oblubienicę. Nie trafiłam jednak do celi. Moje więzienie jest wygodne i elegancko umeblowane, śpię na szerokim, wytwornym łożu, mogę korzystać z biblioteczki przeładowanej nudnymi tomami. Do dyspozycji mam również parę krzeseł i stół, całości dopełniają delikatne zasłony w neutralnych odcieniach bieli, szarości i brązu. Wypłukane z barw tak samo jak ja zostałam wypłukana z mocy.

Powoli przyzwyczajam się do spania w pojedynkę, ale wróciły koszmary i nie ma przy mnie Cala, który mógłby je przegonić. Nie ma nikogo, komu by na mnie zależało. Za każdym razem, gdy wybudzam się z kolejnego paskudnego snu, dotykam włożonych w ucho kolczyków i w myślach powtarzam imiona: Bree, Tramy, Shade, Kilorn. Trzech rodzonych braci, jeden przybrany. Trzech żywych, jeden martwy. Żałuję, że nie mam pary do tego kolczyka, który podarowałam Gisie, zostałaby mi wtedy pamiątka również po niej. Czasami jednak siostra przychodzi do mnie we śnie. Nie dzieje się w nim nic konkretnego, widzę jedynie jej twarz, włosy rude i ciemne jak zaschnięta krew. Za to na jawie prześladują mnie jej słowa. „Pewnego dnia ktoś przyjdzie i odbierze ci wszystko, co masz”. Nie pomyliła się.

W komnacie nie ma luster, nie zamontowano ich nawet w łazience. Domyślam się jednak, co ze mną robi to miejsce. Chociaż dostaję sute posiłki i nie pracuję fizycznie, odnoszę wrażenie, że wychudłam. Kości są widoczne pod skórą, ostrzejsze, jakbym marniała. Nie mam tu zbyt wiele do roboty, mogę jedynie spać albo czytać książki na temat systemu podatkowego Norty, ale mimo to czuję się wycieńczona. Wystarczy lekkie dotknięcie, by na skórze pojawiły się nowe siniaki. Obroża pali mnie nieustannie, nawet gdy całymi dniami dygoczę z zimna. Może mam gorączkę. Może pomału umieram.

Z nikim jednak nie mogę się podzielić swoimi obawami. Przez te wszystkie dni właściwie nie wydobywam z siebie głosu. Drzwi otwierają się jedynie wtedy, gdy nadchodzi pora na wniesienie jedzenia i wody lub na zmianę strażników. To wszystko. Nie widuję żadnych Czerwonych służących, chociaż na pewno nie zniknęli nagle z powierzchni ziemi. To Arvenowie podają mi pozostawiane przed progiem posiłki, pościel i ubrania na zmianę. Również oni po mnie sprzątają, krzywiąc się ze wstrętem, ponieważ wykonywanie tego typu zajęć z pewnością uwłacza ich godności. Sądzę, że Czerwonym służącym nie wolno się do mnie zbliżać, uznano to za zbyt niebezpieczne. Na myśl o tym uśmiecham się. Szkarłatna Gwardia nadal stanowi zagrożenie, wystarczająco duże, aby zachowano wobec mnie najwyższe środki ostrożności.

Nie dopuszcza się do mnie nikogo. Nikt nie przychodzi, aby się pogapić i napawać upadkiem dziewczyny od błyskawic. Nawet Maven.

Strażnicy nie odzywają się do mnie. Nie przedstawili mi się, dlatego w duchu nadałam im imiona. Kocicą zostaje starsza, niższa ode mnie kobieta o drobnej twarzy i bystrym, czujnym spojrzeniu. Ten z okrągłą, białą głową, ogoloną na łyso – jak zresztą u pozostałych strażników – to Jajo. Trzeciak ma wytatuowane na karku trzy linie biegnące wzdłuż szyi niczym ślady po pazurach. Zielonooka Koniczyna, dziewczyna w moim wieku, wypełnia swoje obowiązki z niezłomną lojalnością. Tylko ona odważa się patrzeć mi prosto w twarz.

Gdy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że Maven chce mnie odzyskać, spodziewałam się, iż pragnie zadawać mi ból, pogrążyć w otchłani cierpienia. Myślałam, że podda mnie wymyślnym torturom, które będę znosić pod jego płomiennym spojrzeniem. Nic takiego jednak się nie dzieje. Przynajmniej nie od dnia, w którym przybyłam do pałacu i zostałam zmuszona, aby paść przed królem na kolana. Powiedział, że zrobi z mojego ciała widowisko, ale nie pojawił się żaden kat. Nie przyszli do mnie Szeptacze, Srebrni pokroju Samsona Merandusa i zmarłej królowej, którzy włamaliby się do mojego umysłu i wygrzebali z niego najskrytsze myśli. Jeśli tak ma wyglądać moja kara, to jest śmiertelnie nudna. Mavenowi brakuje wyobraźni.

W mojej głowie nadal rozbrzmiewają głosy i kołaczą się wspomnienia, całe mnóstwo wspomnień. Przeszywają mnie niczym ostrza. Próbuję uśmierzyć ból, czytając otępiające książki, ale słowa rozmywają mi się przed oczami, litery zmieniają szyk i układają się w imiona ludzi, których zostawiłam. Żywych i umarłych. Do tego Shade, zawsze i wszędzie Shade.

Nawet jeśli mój brat zginął z ręki Ptolemejusza, to przeze mnie ich drogi się skrzyżowały. Zginął przez mój egoizm. Przez to, że miałam się za wybawcę i po raz kolejny zaufałam nieodpowiedniej osobie. Zaryzykowałam ich życia jak hazardzista. „Ale oswobodziłam więźniów. Zwróciłam wolność wielu ludziom… i uratowałam Juliana”.

Jednak w tym momencie marna to dla mnie pociecha. Teraz już wiem, jakim kosztem ocaliłam osadzonych w więzieniu ­Corros. I codziennie wraca do mnie myśl, że gdybym jeszcze raz miała dokonać wyboru, nie zdecydowałabym się zapłacić tak wysokiej ceny. Nawet Julian, nawet setka ocalonych ­Nowych nie jest dla mnie warta tyle co życie Shade’a.

Tak czy inaczej, Maven dopiął swego. Od miesięcy zostawiał kolejne naznaczone krwią wiadomości, w których zaklinał mnie, bym wróciła. Chciał skłonić mnie do powrotu trupami, rosnącą liczbą ciał. Ja jednak myślałam, że nie kupi mnie za nic, nawet za cenę tysiąca niewinnych istnień. Teraz żałuję, że nie przystałam na jego propozycję o wiele wcześniej. Zanim wpadło mu do głowy, aby przyjść po tych, na których naprawdę mi zależy, ponieważ ich nie zawaham się uratować. Ponieważ Cal, ­Kilorn i moja rodzina to jedyne osoby, dla których poświęciłabym wszystko. Maven dobrze wie, co robi, rezygnując z tortur. Nie ucieka się nawet do użycia nadajnika fal dźwiękowych, urządzenia, które wykorzystuje błyskawicę przeciwko mnie i rozsadza mnie od środka nerw po nerwie.

Nie potrzebuje moich męczarni. Matka dobrze go wyszkoliła. Jedyną pociechę czerpię z myśli, że za młodym królem nie stoi już nikczemna królowa, która pociąga za sznurki. Podczas gdy ja przeżywam koszmar na jawie w strzeżonej dzień i noc komnacie, on siedzi samotnie za sterem królestwa. ­Elara ­Merandus nie podpowiada mu już, jaki kurs obrać, ani nie chroni go przed ciosami w plecy.

Od miesiąca nie wychodzę na świeże powietrze i niemal tak samo długo nie oglądam niczego prócz czterech ścian mojej celi oraz widoku roztaczającego się z wąskiego okna.

Okno wychodzi na ogród, zwiędły i uschnięty o tej porze roku. Drzewka w zagajniku są wymyślnie poskręcane rękami Strażników Zieleni i w pełni rozkwitu na pewno prezentują się przepięknie: zielony baldachim liści wyrastający z fantazyjnie przeplecionych gałęzi. Jednak późną jesienią nagie konary sękatych dębów, wiązów i buków przypominają szpony, a pozbawione soków gałęzie uderzają o siebie z klekotem przywodzącym na myśl stukot kości. Dziedziniec jest opuszczony, zapomniany. Zupełnie tak jak ja.

„Nie”, powtarzam w myślach.

Ktoś w końcu po mnie przyjdzie.

Karmię się tą nadzieją. Za każdym razem, gdy otwierają się drzwi, serce mi zamiera. Przez ułamek sekundy spodziewam się zobaczyć Cala, Kilorna, Farley, być może Babcię o celowo zmienionej twarzy. Może nawet samego pułkownika. Na widok jego przekrwionego oka chyba rozpłakałabym się ze szczęścia. Jednak nikt się nie zjawia. Nikt po mnie nie przychodzi.

Nadzieja w sytuacji, gdy nie ma na nią miejsca, jest okrucieństwem.

Maven doskonale o tym wie.

Gdy trzydziestego pierwszego dnia zachodzi słońce, doznaję nagłego olśnienia i zaczynam rozumieć, jaki przyświeca mu cel.

Chce, żebym zgniła. Zgasła. Odeszła w zapomnienie.

Nad pełnym kościstych gałęzi dziedzińcem wirują tumany pierwszego śniegu, który w końcu zaczął się sypać z ołowianego nieba. Szyba jest lodowata w dotyku, ale uparła się, by nie zamarznąć.

Ja też będę uparta.

*

W porannym świetle śnieg na dworze wygląda nieskazitelnie, nagie drzewa pokrywa roziskrzona biała skorupka. Do południa się stopi. Z moich obliczeń wynika, że jest 11 grudnia. Zimny, szary, martwy czas przejściowy między jesienią a prawdziwą zimą. Potężne opady śniegu zaczną się dopiero w przyszłym miesiącu.

W Palach lubiłam skakać z werandy w zaspy, nic nie potrafiło zniechęcić mnie do tej zabawy, nawet twarde lądowanie, które zaliczył pewnego dnia Bree – spadł prosto na pokryty śniegiem stos drewna na opał i złamał nogę. Na leczenie wydaliśmy całą miesięczną pensję Gisy, a ja musiałam ukraść większość potrzebnych felczerowi materiałów opatrunkowych. Zdarzyło się to ostatniej zimy przed poborem jego rocznika do wojska, ostatniej zimy, którą cała nasza rodzina spędziła razem. Teraz już nigdy nie będziemy wszyscy razem.

Mama i tata schronili się dzięki Gwardii. Gisa i pozostali przy życiu bracia również. „Są bezpieczni. Są bezpieczni. Są bezpieczni”. Codziennie rano powtarzam w myślach te słowa. Dodają mi otuchy, nawet jeśli nie są zgodne z prawdą.

Powoli odsuwam od siebie talerz ze stałym zestawem śniadaniowym. Nie mam już apetytu na tosty i owsiankę z owocami.

– Dziękuję – mówię z przyzwyczajenia, choć doskonale wiem, że nikt mi nie odpowie.

Kocica podchodzi do mnie i wykrzywia wargi w szyderczym uśmiechu, patrząc na niedojedzony posiłek. Ujmuje talerz, jak gdyby dotykała obrzydliwego robala, sztywno wyciąga przed siebie rękę i odnosi naczynie do drzwi. Podnoszę wzrok w nadziei, że być może tym razem uda mi się pochwycić choć zarys pomieszczenia, które znajduje się za moją komnatą. Jak zwykle jednak nie dostrzegam nic prócz pustej przestrzeni, i znów ogarnia mnie przygnębienie. Strażniczka rzuca talerz na podłogę – upada z brzękiem i może nawet się tłucze, ale kobietę nic to nie obchodzi. Służba posprząta. Drzwi się zamykają, Kocica wraca na swoje krzesło. Na drugim siedzi Trzeciak, ręce ma skrzyżowane, oczy nieruchomo utkwione we mnie. Czuję moc tych dwojga. Krępuje mnie niczym zbyt ciasno owinięty pled, nie pozwala mi się ruszyć z miejsca i dotrzeć tam, gdzie skryła się moja błyskawica. Czasami mam ochotę zedrzeć z siebie ten niewidzialny koc razem ze skórą.

Nienawidzę go. Nienawidzę go.

Nie-na-wi-dzę-go.

Brzdęk.

Rzucam szklanką o ścianę, woda ochlapuje szkaradną szarą farbę, szkło rozpryskuje się dookoła. Strażnicy nawet nie drgną. Przyzwyczaili się do moich wybuchów.

Czuję się lepiej. Przez minutę. Niecałą.

Trzymam się rozkładu dnia, który wypracowałam w ciągu miesiąca niewoli. Budzę się. Natychmiast tego żałuję. Dostaję śniadanie. Tracę apetyt. Talerz zostaje zabrany. Natychmiast tego żałuję. Ciskam szklanką o ścianę. Natychmiast tego żałuję. Zrywam pościel z łóżka. Czasami rozdzieram ją na kawałki, czasami krzyczę. Natychmiast tego żałuję. Usiłuję przeczytać książkę. Gapię się w okno. Gapię się w okno. Gapię się w okno. Dostaję lunch. I tak dalej.

Jestem bardzo zapracowaną dziewczyną.

Czy raczej kobietą.

Według prawa w osiemnastym roku życia przestajemy być dziećmi i stajemy się dorośli. A ja parę tygodni temu, 17 listopada, skończyłam osiemnaście lat. Oczywiście przeszło to bez echa. Wątpię, aby Arvenów interesowało, że ich podopieczna jest o rok starsza. Tylko jednego osobnika w pałacu ten fakt mógłby choć trochę obejść, ale on nie złożył mi wizyty, na szczęście. Akurat ten aspekt mojej niewoli bardzo sobie cenię – chociaż jestem więziona przez najgorszych ludzi na świecie, nie muszę znosić jego obecności.

Przynajmniej tak było do dzisiaj.

Zalegającej wokół mnie śmiertelnej ciszy kres kładzie nie nagła eksplozja, ale ciche szczęknięcie. Znajomy odgłos przekręcanego w zamku klucza. O nietypowej porze, niezgodnej z rozkładem. Podrywam głowę, słysząc ten dźwięk, moi nadzorcy również się wzdrygają, niespodziewane zdarzenie rozprasza ich uwagę. W moich żyłach zaczyna krążyć adrenalina, serce mi wali. W ułamku sekundy powraca do mnie nadzieja. Gorączkowo się zastanawiam, kto może stać za drzwiami.

Moi bracia. Farley. Kilorn.

„Cal”.

Marzę, żeby to był Cal. Marzę, by jego ogień strawił pałac i wszystkich tych ludzi.

Jednak w progu widzę postać, której nie rozpoznaję. Jedynie jej szaty wydają mi się znajome – czarny mundur, srebrne wykończenia. Kolejny strażnik, bezimienny i mało ważny. Wchodzi do mojej komnaty, plecami przytrzymuje otwarte drzwi, za którymi widzę grupkę podobnie ubranych ludzi, ich ciemne mundury wypełniają całą zwykle pustą salę.

Arvenowie zrywają się na nogi, są równie zdumieni jak ja.

– Co tu robicie? – pyta Trzeciak. Słyszę jego głos po raz pierwszy.

Kocica postępuje zgodnie z tym, jak została przeszkolona, i staje między mną a przybyłym funkcjonariuszem. Uderza we mnie kolejna fala ciszy podsycona strachem i dezorientacją Arvenki. Zalewa mnie z ogromną mocą, wymywa resztki sił. Nie podnoszę się z krzesła, nie zamierzam słaniać się i przewracać na oczach wszystkich.

Funkcjonariusz milczy, wpatruje się w podłogę. Czeka.

W następnej chwili wchodzi ona, ubrana w suknię z igieł. Srebrne włosy ma starannie splecione w okalający głowę warkocz i przybrane klejnotami tak, aby przypominały upragnioną przez arystokratkę koronę. Drżę na widok idealnej, zimnej i bezwzględnej Żeleźczyni, która nosi się jak królowa. Ale jeszcze nią nie jest. Widzę to po niej.

– Evangeline – mamroczę, usiłując zapanować nad głosem ochrypłym ze strachu i od wielodniowego milczenia. Dziewczyna obrzuca mnie spojrzeniem subtelnym niczym smagnięcie batem. Mierzy mnie od stóp do głów, zauważając każdą niedoskonałość, każdą słabość. Wiem, że mam ich wiele. W końcu jej wzrok zatrzymuje się na mojej obroży, wpija się w metalowe szpikulce. Evangeline wykrzywia wargi z odrazą i pożądaniem. Bez najmniejszego wysiłku mogłaby zacisnąć połyskujące ogniwa kolczatki, wbić ostre końcówki w gardło i sprawić, że zadławię się własną krwią.

– Wielmożna pani Samos, nie jest pani upoważniona do odwiedzin – oznajmia Kocica, wciąż odgradzając mnie własnym ciałem od wejścia. Jej śmiałość mnie zdumiewa.

Evangeline przenosi wzrok na moją nadzorczynię, a na jej twarzy pojawia się szyderczy uśmiech.

– Sądzicie, że mogłabym zlekceważyć rozkazy mojego króla, mojego narzeczonego? – prycha pogardliwie. – Przybywam z jego polecenia. Nakazuje więźniarce stawić się w sądzie. Natychmiast.

Jej ton staje się coraz bardziej kąśliwy. Nagle miesiąc niewoli wydaje mi się zdecydowanie zbyt krótki. Jakiś głos podpowiada mi, żeby nie ruszać się z miejsca i zmusić Żeleźczynię, by wywlekła mnie z celi. Jednak nawet wielodniowe odosobnienie nie zdołało pozbawić mnie dumy i godności. Przynajmniej na razie.

„Nigdy nie zdoła”, napominam się w duchu. Wstaję więc o własnych siłach, chociaż nogi mam miękkie, stawy obolałe, a dłonie drżą mi z wysiłku. Miesiąc temu rzuciłam się na brata Evangeline, zamierzając zamordować go gołymi rękami. Próbuję wykrzesać z siebie tamto uczucie, odszukać wściekłość i hardość, które pomogą mi chociaż się wyprostować.

Kocica nie cofa się. Zerka na Trzeciaka, wymieniają spojrzenia.

– Nie zostaliśmy poinformowani. To wbrew protokołowi.

Evangeline znów wybucha śmiechem, ukazując lśniące białe zęby. Uśmiech ma piękny i okrutny jak stalowe ostrze.

– Czy ty mi się sprzeciwiasz, strażniczko Arven? – Przesuwa niewiarygodnie jasną dłonią po sukience wykonanej z tysięcy igieł, a gdy kilkadziesiąt maleńkich ostrzy przywiera do jej ręki jak do magnesu, wysuwa przed siebie pięść i rozkłada palce. W jej garści połyskuje kupka ­szpilek. Trzymając metalowe obrzynki na dłoni, unosi jedną brew i cierpliwie czeka. Arvenowie nie odważą się skierować swojej mocy przeciwko córce wielmożnego Samosa, zwłaszcza jeśli jest ona przyszłą królową.

Znów spoglądają po sobie, najwyraźniej rozważając w duchu słowa Evangeline. Trzeciak marszczy brwi, na jego twarzy maluje się gniew, ale Kocica po chwili głośno wzdycha. Odsuwa się na bok. Ustępuje.

– Słuszna decyzja, będę o tym pamiętać – mówi cicho Żeleźczyni.

Czuję się bezbronna, porzucona na pastwę jej przeszywającego spojrzenia i zupełnie sama, mimo że cały czas przyglądają się nam Arvenowie i przybyli strażnicy. Evangeline mnie zna, wie, kim jestem, pamięta, co potrafię. W Kościńcu niemal ją zabiłam, ale udało jej się uciec, gdy w przerażeniu kryła się przede mną i przed moją błyskawicą. Teraz na pewno nie jest już przerażona.

Celowo robię krok w przód. Ruszam w jej kierunku. W stronę strefy bezpieczeństwa, która ją otacza i pozwala na korzystanie z umiejętności. Kolejny krok. Ku wolności, prosto w objęcia energii elektrycznej. Czy poczuję ją od razu? Czy poczuję, jak we mnie wzbiera? Na pewno. Nie może być inaczej.

Jednak na twarzy Żeleźczyni znów pojawia się zjadliwy uśmiech. Srebrna cofa się zgrabnie o dwa kroki, a ja mam ochotę wyć.

– Nie tak szybko, Barrow.

Pierwszy raz wypowiedziała moje prawdziwe nazwisko.

Pstryka palcami i spogląda na Kocicę.

– Zabrać ją.

*

Prowadzą mnie tak samo jak pierwszego dnia po przyjeździe do Archeonu. Kocica ściska w dłoni łańcuch przymocowany do mojej obroży. Razem z Trzeciakiem wciąż otaczają mnie ciszą, której dudnienie rozsadza mi czaszkę. Przemierzamy pałacowe korytarze i chociaż idziemy dość powoli, czuję się tak, jakby kazano mi przebiec sprintem kilka kilometrów. Tradycyjnie nie zawiązano mi oczu. Chyba uznano, że nie ma sensu zawracać sobie tym głowy.

Otoczenie staje się coraz bardziej znajome, przecinamy korytarze i krużganki, po których swobodnie spacerowałam nie dalej niż kilka miesięcy temu, chociaż teraz zdaje mi się, że od tamtego czasu minęły całe wieki. Wtedy nie miałam potrzeby zapamiętywać tych wszystkich przejść i połączeń. Teraz staram się jak najdokładniej zakodować w pamięci mapę pałacu. Z pewnością mi się przyda, jeśli kiedykolwiek mam się stąd wydostać żywa. Moja komnata wychodzi na wschód i mieści się na piątym piętrze; ustaliłam to, licząc okna. Pamiętam, że Pałac Białego Ognia został zbudowany na planie przeplatających się kwadratów i każde skrzydło posiada wewnętrzny dziedziniec podobny do tego, który godzinami podziwiam ze swojej celi. Maszerując przez kolejne korytarze, obserwuję widoki zmieniające się za wysokimi łukowatymi oknami. Wewnętrzny dziedziniec z ogrodem, plac Cezara, długi pas terenów treningowych, na których Cal ćwiczył musztrę ze swoimi żołnierzami, majaczące w oddali mury i sylwetka odbudowanego mostu. Na szczęście nie przechodzimy przez apartamenty, w których znalazłam dziennik Juliana i które były świadkiem napadów wściekłości Cala oraz knowań Mavena. To dziwne, że z pałacem wiąże się aż tyle moich wspomnień, mimo iż spędziłam tu tak mało czasu.

Mijamy szereg osadzonych na półpiętrze i wychodzących na zachód okien, z których roztacza się widok na koszary, rzekę Capital oraz dzielnice miasta leżące na drugim brzegu. Między budynkami rozpiera się Kościniec, z daleka poznaję jego zwalistą bryłę. Poznaję również tę panoramę. Przed tym samym rzędem okien stałam razem z Calem. Okłamałam go, wiedząc, że atak rozpocznie się najbliższej nocy. Nie miałam jednak pojęcia, czym się skończy dla każdego z nas. Cal wyznał wtedy szeptem, że żałuje, iż rzeczywistość nie wygląda inaczej. Podzielam jego rozżalenie.

Kamery zapewne śledzą nasz przemarsz, chociaż nie jestem w stanie ich wyczuć. Evangeline, otoczona funkcjonariuszami niczym metalowy łabędź obstąpiony przez stado wron, milczy podczas naszej wędrówki w dół pałacu, w stronę reprezentacyjnego piętra. Gdzieś z oddali dolatuje nas muzyka. Pulsuje niczym opuchnięte, ociężałe serce. Nigdy wcześniej nie słyszałam tego rodzaju dźwięków, nawet na balu, w którym brałam udział, ani podczas lekcji tańca z Calem. Ta melodia wydaje się żyć własnym życiem, jest mroczna, zawiła i dziwnie kusząca. Ramiona kroczącej przede mną Evangeline sztywnieją, gdy rozlegają się pierwsze osobliwe dźwięki.

Reprezentacyjne piętro okazuje się zaskakująco puste, mijamy po drodze jedynie paru strażników. Nigdzie nie widzę wartowników, którzy powinni zapowiadać obecność Mavena. Evangeline wbrew moim oczekiwaniom nie skręca w prawo, w stronę sali tronowej, do której wiodą okazałe, łukowato sklepione wrota. Rusza prosto, kierując się do innej aż nazbyt dobrze mi znanej komnaty.

Sala posiedzeń rady. Idealnie okrągła, marmurowa, wyposażona w wypolerowane do połysku drewniane meble. Wokół ścian ustawione są fotele, a w samym centrum na zdobionej posadzce widnieje godło Norty, Płonąca Korona, wykonana z czerwonych, czarnych i srebrnych elementów, o czubkach zakończonych płomieniami. Kolana uginają się pode mną na ten widok i na chwilę muszę przymknąć powieki. Kocica przeciągnie mnie przez salę, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ja jednak nie zamierzam otworzyć oczu i pozwalam ciągnąć się na łańcuchu, byle tylko nigdy więcej nie oglądać tego miejsca. Tutaj umarła Walsh. Pod zamkniętymi powiekami staje mi jej twarz. Wytropiono ją jak zająca. Do sfory, która ją zaszczuła, należeli Evangeline, Ptolemejusz i Cal. Złapali Walsh w tunelach pod Archeonem, gdy wykonywała rozkazy Szkarłatnej Gwardii. Znaleźli ją, przyciągnęli tutaj i oddali w ręce Elary, aby poddała ją przesłuchaniu. Królowa jednak nie zdążyła się włamać do jej umysłu. Dziewczyna zabiła się. Na naszych oczach połknęła truciznę, żeby ochronić sekrety Szkarłatnej Gwardii. By ochronić mnie.

Gdy muzyka staje się trzy razy głośniejsza, znów otwieram oczy.

Sala posiedzeń zniknęła, ale widok, który ukazał się zamiast niej, jest jeszcze gorszy.

Rozdział 3

Mare

Muzyka wiruje w powietrzu, miesza się z przenikającą całą wspaniałą salę tronową słodką i mdlącą wonią alkoholu. Wychodzimy na podest ustawiony parę metrów nad poziomem komnaty, dzięki czemu roztacza się z niego doskonały widok na hałaśliwe przyjęcie, a do tego przez kilka chwil biesiadnicy nie zauważają naszego przybycia.

Moje spojrzenie przeskakuje z miejsca na miejsce, z twarzy na twarz, wypatrując zarówno zagrożeń, jak i sprzyjających okoliczności. Jedwab, szlachetne kamienie i piękne zbroje lśnią w blasku dziesiątek żyrandoli, tworząc ludzki gwiazdozbiór mieniący się i obracający na marmurowej posadzce. Po miesiącu odosobnienia ta scena niemal mnie przytłacza, pochłaniam ją jednak łapczywie wszystkimi zmysłami niczym wygłodniałe zwierzę. Tyle tu kolorów, tyle głosów. Wiele należy do arystokratów, których znam, ale którzy na razie jeszcze mnie nie dostrzegają. Skupiają się na czymś innym, na kielichach wypełnionych winem i różnobarwnymi alkoholami, na hipnotyzującej muzyce, unoszącym się w powietrzu aromatycznym dymie. Impreza wygląda na fetę urządzoną z ­jakiejś okazji, chociaż nie mam pojęcia, co mogliby świętować.

Oczywiście przez głowę zaczynają mi przelatywać gorączkowe myśli. Czyżby kolejne zwycięstwo? Pokonali Cala, Szkarłatną Gwardię? Czy może wciąż celebrują moje pojmanie?

Jeden rzut oka na Evangeline wystarcza mi za odpowiedź. Nigdy wcześniej nie widziałam jej tak nachmurzonej, nie patrzyła w ten sposób nawet na mnie. Przebiegły szyderczy uśmieszek ustępuje miejsca grymasowi oburzenia, gniewu, niewyobrażalnej wściekłości. Żeleźczyni omiata wzrokiem salę, a jej oczy ciemnieją, przypominają czarne leje, które wchłaniają widok jej własnego ludu w stanie dzikiej rozkoszy.

Albo absolutnego otumanienia, uświadamiam sobie.

Na niewidzialną komendę gromada Czerwonych służących rusza w wyćwiczonym szyku spod przeciwległej ściany i rozchodzi się po sali. Na tacach, które niosą, stoją kryształowe kielichy wypełnione płynami mieniącymi się niczym rubiny, złoto i diamenty. Zanim lokaje zdążą dotrzeć na drugi koniec komnaty, tace są puste, służący uwijają się więc, żeby ponownie je napełnić. Kolejne przejście – kolejne puchary zostają opróżnione. Nie mam pojęcia, jakim cudem Srebrni trzymają się jeszcze na nogach. Oddają się hulance z zapamiętaniem, rozmawiają albo tańczą z kielichami w dłoniach. Część arystokratów pyka ozdobne fajki, wydmuchując w powietrze osobliwy kolorowy dym, który w zapachu nie przypomina tytoniowego. Tytoń jest skarbem, pilnie gromadzonym i zazdrośnie strzeżonym przez starszych mieszkańców Palów, dlatego z tym większym zainteresowaniem przyglądam się punkcikom światła, które raz po raz rozjarzają się na końcach misternych cybuchów.

W znacznie gorszy nastrój wprawia mnie widok Czerwonych służących. Wiele bym dała, żeby znaleźć się na ich miejscu. Być najzwyklejszą posługaczką, a nie więźniarką. „Głupia – ganię się w duchu. – Oni cierpią niewolę tak samo jak ty. Tak samo jak cały nasz lud. Są pod jarzmem Srebrnych, nawet jeśli dla niektórych to jarzmo jest nieco lżejsze”.

A wszystko przez niego.

Evangeline schodzi z podestu, Arvenowie zmuszają mnie, bym ruszyła za nią. Schody prowadzą na kolejne podium, nieco niższe, ale wystarczająco wysokie, aby zaznaczyć obecność i podkreślić znaczenie osób, które na nim stoją. Otacza je dwunastu wartowników, zamaskowanych i uzbrojonych, przerażających w każdym calu.

Spodziewam się zobaczyć znajome sylwetki tronów. Płomienne siedzisko z diamentowego szkła przeznaczone dla króla i szafirowe, wykończone złotem dla królowej. Maven jednak zasiada na tym samym fotelu, z którego miesiąc temu wstał, aby na oczach całego świata założyć mi obrożę i smycz.

Tron młodocianego króla jest prosty, wręcz toporny. Tworzą go bloki szarego kamienia owinięte grubym lśniącym materiałem niemal ostentacyjnie pozbawionym królewskich insygniów. Wygląda na zimny, niewygodny i strasznie ciężki. Oparcie góruje nad Mavenem, sprawiając, że król wydaje się młodszy i drobniejszy niż kiedykolwiek. Potężny jest ten, kto wygląda na potężnego. Nauczyłam się tego od Elary i dziwi mnie, że jej syn akurat tej lekcji nie wziął sobie do serca. Maven wygląda na nastoletniego chłopca, którym jest w rzeczywistości. Czarny mundur uwydatnia bladość jego twarzy, a jedynymi kolorami, które ośmieliły się zaistnieć w pobliżu bezbarwnego monarchy, są krwista czerwień podszycia peleryny, roziskrzone srebro medali i lodowaty błękit jego oczu.

Król Maven z domu Calore kieruje na mnie wzrok, gdy tylko zdaje sobie sprawę z mojej obecności.

Nasze spojrzenia krzyżują się, czas jakby się zatrzymał. Salę tronową wypełnia zgiełk i chaos wyrafinowanej biesiady, jednak my wpatrujemy się w siebie, jak gdyby świat wokół nas przestał istnieć.

Zastanawiam się, czy dostrzega we mnie jakiekolwiek zmiany. Chorobę, ból, męczarnie, które znosiłam w więzieniu wypełnionym ciszą. Nie sposób tego nie zauważyć. Jego wzrok prześlizguje się po moich wychudzonych policzkach, obroży, białej luźnej sukni, w którą mnie tutaj ubierają. Tym razem nie krwawię, ale żałuję tego. Chciałabym pokazać im wszystkim, kim jestem, kim zawsze byłam. Jestem Czerwona. Ranna. Ale wciąż żywa. Robię to samo, co uczyniłam miesiąc wcześniej, stojąc przed całym dworem, oraz dziś, gdy spotkałam się z Evangeline: prostuję plecy i wpatruję się z mocą w swojego przeciwnika. Przyglądam mu się uważnie, szukając rys, niedoskonałości. Podkrążone oczy, drżące ręce, kręgosłup naprężony jak bliska pęknięcia struna.

„Jesteś mordercą, Mavenie Calore, tchórzem, słabeuszem”.

Moja strategia działa. Król odrywa ode mnie wzrok, zaciska dłonie na poręczach i dźwiga się na nogi. Jego wściekłość uderza niczym młot.

– Żądam wyjaśnień, strażniku Arven! – grzmi, wpatrując się w nadzorcę stojącego najbliżej mnie.

Trzeciak wzdryga się.

Wybuch króla sprawia, że w jednej sekundzie urywa się muzyka, kończą się tańce i picie.

– Wasza Królewska Mość… – duka strażnik, po czym chwytając mnie za ramię, wsącza do ciała taką dawkę ciszy, że tętno natychmiast mi zwalnia. Usiłuje znaleźć wytłumaczenie, które nie obarczałoby winą ani jego, ani przyszłej królowej, ale nic mu nie przychodzi do głowy.

Kocica nadal mocno ściska w dłoni końcówkę smyczy, widzę jednak, że łańcuch zaczyna drżeć.

Jedynie Evangeline nic sobie nie robi z gniewu króla. Spodziewała się takiej reakcji.

Nie wydał rozkazu, aby mnie sprowadzić. Nie było żadnego wezwania.

Maven nie jest głupcem. Niecierpliwym gestem dłoni nakazuje milczenie mamroczącemu coś Trzeciakowi.

– Twoje żałosne zmieszanie jest najlepszym wyjaśnieniem – oznajmia. – Co masz na swoją obronę, Evangeline?

Ojciec Żeleźczyni stoi sztywno wyprostowany w tłumie biesiadników i szeroko otwartymi oczami bacznie obserwuje tę scenę. Ktoś mógłby pomyśleć, że wielmożnego Volvo Samosa ogarnął strach, ja jednak nie sądzę, aby był zdolny do odczuwania jakichkolwiek emocji. Arystokrata z kamiennym wyrazem twarzy gładzi dłonią siwą, szpiczastą bródkę. Ptolemejusz ukrywa myśli nieco mniej udolnie niż ojciec. Stoi na podium między wartownikami, chociaż nie ma na sobie maski ani płomiennych szat. Nie rusza się, ale jego spojrzenie przeskakuje z króla na siostrę, a pięści pomału się zaciskają. „Doskonale. Niech boi się o nią tak samo, jak ja bałam się o brata. Niech patrzy, jak ona cierpi, tak samo jak ja patrzyłam na śmierć Shade’a”.

Bo czy może ją teraz czekać coś innego? Evangeline świadomie przeciwstawiła się rozkazom Mavena, wykorzystała uprzywilejowaną pozycję królewskiej narzeczonej. Jedno wiem od dawna: sprzeciw wobec króla nieuchronnie wiąże się z karą. A okazanie nieposłuszeństwa na oczach całego dworu może się zakończyć natychmiastową egzekucją.

Jeśli Evangeline jest świadoma, że ryzykuje życiem, nie daje tego po sobie poznać. Jej głos nie załamuje się ani nie drży.

– Kazałeś zamknąć tę terrorystkę, odłożyć na bok jak niepotrzebną butelkę wina. Od miesiąca członkowie rady nie potrafią zdecydować, co z nią zrobić. Dopuściła się niezliczonych zbrodni, za które powinna dostać kilkadziesiąt wyroków śmierci, tysiąc kar dożywotniego więzienia w najgorszych warunkach. Odkąd ją odkryto, zabiła lub okaleczyła setki twoich poddanych, nie oszczędziła nawet twoich rodziców, a teraz odpoczywa sobie spokojnie w wygodnej komnacie, je, oddycha, żyje i jak dotąd nie spotkała jej zasłużona kara.

Maven to nieodrodny syn swojej matki i potrafi na użytek dworu zachować stoicki spokój. Teraz również wydaje się absolutnie nieporuszony słowami Evangeline.

– Zasłużona kara – powtarza, po czym rozgląda się wokół, unosząc kącik ust w półuśmiechu. – Zatem przyprowadziłaś ją tutaj. Czyżby moje przyjęcia były aż tak marne, że można je uznać za karę?

Po sali przetacza się pomruk śmiechu, zarówno szczerego, jak i wymuszonego. Większość obecnych jest pijana, ale niektórzy mają wystarczająco przytomne umysły, aby w pełni rozumieć, co się dzieje. Co zrobiła Evangeline.

Żeleźczyni rozciąga wargi w uprzejmym uśmiechu, który wydaje się uwierać ją tak mocno, że jeszcze chwila, a w kącikach jej ust zgromadzą się kropelki krwi.

– Wiem, Wasza Królewska Mość, że opłakujecie utratę matki – oznajmia bez cienia współczucia. – My wszyscy bolejemy nad tą stratą. Jednak wasz ojciec postępowałby inaczej. Pora otrzeć łzy.

Ostatnie słowa należą nie do niej, ale do Tyberiasza Szóstego. Ojca Mavena, a zarazem upiora, który go nęka. Przez chwilę wydaje się, że maska króla opadnie, w jego oczach zapłonął gniew zmieszany ze strachem. Pamiętam te słowa równie dobrze jak on. Padły przed tym samym tłumem dworzan po zamachu, w którym Szkarłatna Gwardia miała zlikwidować polityczne cele. Cele wybrane przez Mavena, a wskazane mu przez matkę. To my odwaliliśmy brudną robotę, oni zaś zwiększyli bilans ofiar, przeprowadzając własny potworny zamach. Wykorzystali mnie, wykorzystali Gwardię, aby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: wyeliminować jednych wrogów i zdemonizować drugich. Wyrządzili więcej krzywd i pozbawili życia więcej ludzi, niż ktokolwiek z nas pragnął.

Do tej pory pamiętam zapach krwi i dymu. Pamiętam szloch matki tulącej martwe dzieci. Pamiętam rozmowy, w których o wszystko obwiniano buntowników.

– Siła, potęga, śmierć – cedzi Maven przez zaciśnięte zęby. Te słowa przerażały mnie wtedy i teraz również budzą mój lęk. – Co proponujesz, wielmożna pani? Ścięcie głowy? Pluton egzekucyjny? Utopienie, uduszenie i poćwiartowanie?

Serce wali mi jak młotem. Czy Maven byłby do tego zdolny? Nie wiem. Nie mam pojęcia, co zrobi. Przecież tak naprawdę wcale go nie znam. Człowiek, za którego go brałam, okazał się iluzją. Prawdziwe jednak były wiadomości od niego, zostawiane w okrutny sposób, ale wypełnione błaganiami o to, bym wróciła. Miesiąc ciszy, niewoli w cieplarnianych warunkach. Być może to również był podstęp, kolejna sztuczka obliczona na to, aby mnie usidlić, omotać. Kolejna odmiana tortury.

– Zróbmy to, czego wymaga prawo. To, co zrobiłby wasz ojciec.

Evangeline używa słowa „ojciec” z taką samą celnością i wprawą, z jaką włada metalowymi ostrzami, i w tym momencie nie mam już żadnych wątpliwości. Podobnie jak wiele zebranych na sali osób Żeleźczyni wie, że Tyberiasz Szósty stracił życie nie do końca w takich okolicznościach, w jakich oficjalnie podano.

Mimo to Maven objął po nim tron i kurczowo trzyma się tego szarego, kamiennego okropieństwa. Spogląda na dwór, czując, że wszystkie spojrzenia skierowały się na niego, i dopiero po chwili szyderczym tonem zwraca się do narzeczonej:

– Nie tylko nie należysz do rady, ale i nie znałaś mojego ojca na tyle dobrze, aby przeniknąć jego zamysły. Jestem królem i tak samo jak mój poprzednik wiem, jaka droga poprowadzi nas do zwycięstwa. Prawo to rzecz święta, lecz obecnie prowadzimy dwie wojny.

„Dwie wojny”.

Adrenalina pulsuje mi w żyłach z taką siłą, że przez ułamek sekundy wydaje mi się, iż odzyskałam błyskawicę. Jednak nie, to nie błyskawica wróciła. Wróciła nadzieja. Przygryzam wargę, aby powstrzymać uśmiech, który ciśnie mi się na usta. Przez wszystkie tygodnie mojej niewoli Szkarłatna Gwardia nadal trwała. Nie tylko nie złożyła broni, co Maven otwarcie przyznaje, ale przede wszystkim stała się na tyle potężna, że nie sposób ukrywać ani lekceważyć jej istnienia.

Chociaż umieram z ciekawości i chcę się dowiedzieć choć trochę więcej na ten temat, trzymam język za zębami.

Maven świdruje Evangeline spojrzeniem.

– Egzekucja jeńca wojennego, zwłaszcza tak cennego jak Mare Barrow, byłaby niedopuszczalnym marnotrawstwem.

– To, co z nią robicie, to też marnotrawstwo! – Evangeline odpowiada bez wahania i domyślam się, że musiała wcześniej przećwiczyć przebieg tej rozmowy. Posuwa się parę kroków do przodu, aby podejść do Mavena. Cała ta scena wydaje się widowiskiem, przedstawieniem celowo odegranym na oczach dworu. Kto jednak miałby na tym skorzystać? – Siedzi gdzieś bezczynnie, nie mamy z niej żadnego pożytku, podczas gdy Corvium stoi w ogniu!

Kolejna cenna informacja wpada mi prosto w ręce. „Dalej, Evangeline, mów dalej”.

Miesiąc temu na własne oczy widziałam, jak w mieście fortecy wybuchają zamieszki. Bunt wciąż trwa. Wzmianka o Corvium otrzeźwia zebranych. Maven zauważa to i z trudem zachowuje spokój.

– Rada w ciągu najbliższych dni podejmie decyzję, wielmożna pani – mówi głośno i dobitnie.

– Proszę mi wybaczyć śmiałość, Wasza Królewska Mość. Wiem, że pragniecie szanować autorytet rady, nawet jeśli chwilami zawodzi. Nawet jeśli czyjeś tchórzliwe serce waha się przed podjęciem działań, które muszą zostać podjęte. – Kolejny krok w przód, Evangeline ścisza głos niemal do szeptu. – Ale to ty jesteś królem. Decyzja należy do ciebie.

Rozegrała to po mistrzowsku, przyznaję w duchu. Żeleźczyni nie ustępuje pod tym względem najbardziej wytrawnym dworskim manipulantom. Nie tylko ocaliła autorytet Mavena, ale i zmusiła go, by postąpił zgodnie z jej wolą, jeśli nie chce okazać się słabym władcą. Bezwiednie wstrzymuję oddech. Czy król zgodzi się tańczyć, jak mu zagrają? Czy może sprzeciwi się Evangeline, dolewając oliwy do ognia i podsycając zarzewie buntu tlące się wśród Srebrnych arystokratów?

Maven nie jest taki głupi. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, do czego dąży jego narzeczona, i nie spuszcza z niej oka. Wpatrują się w siebie, wymieniają wymuszone uśmiechy i twarde spojrzenia.

– Królewska Próba z całą pewnością wyłoniła najbardziej utalentowaną potomkinię Szlachetnych Domów – oznajmia, ujmując dłoń Evangeline. Gest wydaje się wzbudzać odrazę w nich obojgu. Maven obraca się w stronę tłumu, odszukuje wzrokiem szczupłego, ubranego na granatowo mężczyznę. – Kuzynie! Twoja prośba o możliwość przesłuchania zostaje rozpatrzona przychylnie.

Samson Merandus staje na baczność i wysuwa się przed pozostałych dworzan, spojrzenie ma jasne, twarz rozpromienioną. Składa ukłon, a niebieskie szaty wydymają się niczym kłęby sinego dymu.

– Dziękuję, Wasza Królewska Mość.

– Nie.

Słowa same wyrywają mi się z ust.

– Nie, Maven!

Samson szybkim zdecydowanym krokiem wchodzi na podium. Panując nad wściekłością, dopada do mnie w kilka sekund i staje tak blisko, że nie widzę już nic poza jego oczami. Błękitnymi oczami Elary i Mavena.

– Maven! – wydaję stłumiony okrzyk, chociaż na nic mi się on nie zda. Błagam, choć cierpi na tym moja duma. Nie mam jednak innego wyjścia. Samson to Szeptacz. Zniszczy mnie od środka, przejrzy mnie całą, wygrzebie wszystko, co w sobie noszę. Ile osób zginie tylko dlatego, że zbyt wiele widziałam i słyszałam? – Maven, proszę! Nie pozwól mu na to!

Jestem za słaba, żeby wyrwać się trzymającej mnie na łańcuchu Kocicy czy choćby walczyć z Trzeciakiem, który chwycił mnie mocniej za ramiona. Obydwoje z łatwością mnie unieruchamiają. Przenoszę spojrzenie z Samsona na Mavena. Król jedną ręką opiera się o tron, w drugiej trzyma dłoń Evangeline. „Tęsknię”, pisał do mnie w liścikach. Jego twarz przybrała kamienny wyraz, ale przynajmniej w końcu na mnie patrzy.

Dobrze. Jeśli nie chce mnie uratować przed tym koszmarem, to niech będzie jego naocznym świadkiem.

– Maven – szepczę po raz ostatni. Staram się przemówić własnym głosem. Nie tonem dziewczyny od błyskawic ani zaginionej księżniczki Mareeny, tylko głosem Mare. Dziewczyny, na którą spoglądał przez kraty więziennej celi i którą przyrzekał ocalić. Jednak to wszystko za mało. Król spuszcza wzrok, odwraca oczy.

Zostałam sama.

Samson kładzie mi rękę na gardle, obejmuje moją szyję powyżej obroży, zmusza, żebym spojrzała w jego przeklęte, znajome oczy. Błękitne jak lód i równie bezlitosne.

– Źle zrobiłaś, zabijając Elarę – mówi bez ogródek. – Władała umiejętnością z precyzją chirurga.

Pochyla się pożądliwie niczym przymierający głodem człowiek, któremu podsunięto miskę pełną smakołyków.

– Ja bardziej przypominam rzeźnika.

*

Gdy paraliżował mnie nadajnik, przez trzy długie dni przechodziłam katusze. Napór fal dźwiękowych kierował moją własną energię przeciwko mnie. Prąd elektryczny pełzał po mojej skórze, szarpał nerwy i tłukł się między kośćmi niczym błyskawica zamknięta w słoiku. Zostawił po sobie blizny. Poszarpane białe linie biegnące wzdłuż karku i kręgosłupa, oszpecające zrosty, do których wciąż jeszcze nie przywykłam. Boleśnie dają o sobie znać, kłując i szarpiąc przy najlżejszym ruchu. Nawet mój uśmiech jest jak porażony, okrojony.

Jednak gdybym tylko mogła teraz wybierać, wybrałabym nadajnik.

Jego wrzynający się w ciało mechaniczny szczęk byłby błogosławieństwem, ułaskawieniem. Wolałabym znosić trzeszczenie kości i mięśni, rozsadzający ból zębów i paznokci, koszmarną ciągnącą się bez końca agonię niż doświadczać szeptów Samsona.

Czuję go. Czuję jego myśli. Rozpełzają się po moim ciele niczym pleśń, gangrena, rak. Brutalnie rozdrapują moją czaszkę od środka. Każda komórka ciała, do której dotarł jad Szeptacza, skręca się z bólu. Samson czerpie z tego przyjemność. W końcu to jego zemsta. Za to, co zrobiłam Elarze, jego krewnej i królowej.

Była pierwszym wspomnieniem, które ze mnie wyszarpał. Brak skruchy z mojej strony tylko podsycił jego pasję i teraz żałuję, że nie zdobyłam się choćby na odrobinę współczucia. Jednak scena jej śmierci była zbyt przerażająca, abym mogła doznać jakichkolwiek uczuć poza szokiem. Teraz to sobie przypominam. Jestem do tego zmuszona.

Czuję oślepiający ból, Szeptacz wciąga mnie głębiej między wspomnienia i nagle znajduję się w chwili, gdy zabiłam Elarę. Swoją mocą ściągam z nieba błyskawicę, fioletowo-białą pajęczynę. Piorun uderza prosto w królową, wdziera się w jej oczy i usta, rozbiega po karku, rękach, nogach aż po palce u stóp, po czym znów rusza do góry. Oblewający Elarę pot gotuje się i paruje, jej ciało poczerniało i zaczęło się dymić, a guziki munduru jarzą się na czerwono, wypalając dziury w materiale i skórze. Królowa trzęsie się, szarpie palcami ciało, jak gdyby usiłowała zedrzeć z siebie elektryczną sieć. Koniuszki jej palców odpadają, obnażając białe kości, mięśnie pięknej twarzy wiotczeją, topią się przysmażane prądem. Białe włosy spalają się na czarny popiół. Swąd jest nie do zniesienia. Krzyk również. Elara wrzeszczy, dopóki jej struny głosowe nie popękają. Samson spowalnia tę scenę, manipuluje wydobytym wspomnieniem tak, aby każdy jego szczegół wrył się mi na zawsze w sumienie. Nieźle, jak na rzeźnika.

Rozprawia się za mną z takim zapamiętaniem, że czuję się jak w wirze, nad którym nie potrafię zapanować. Nie mam się czego chwycić, nie mam się jak zatrzymać. Mogę się jedynie modlić, żeby Szeptacz nie dokopał się do tego, czego szuka. Usiłuję nie wymieniać imienia brata w myślach, ale mury obronne, które wznoszę w umyśle, okazują się warte niewiele więcej niż papierowe dekoracje. Samson przebija się przez nie z rozkoszą. Czuję, jak zdziera kolejne zasłony, miażdżąc mój opór. Wie, co próbuję przed nim ukryć, czego nie chcę nigdy więcej przeżyć. Goni moje myśli i okazuje się od nich szybszy, wyprzedza każdą barierę, którą zaczynam wznosić. Chcę krzyczeć, błagać, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Samson trzyma mnie w garści.

– Łatwizna. – Jego głos rozbrzmiewa we mnie i naokoło mnie.

Podobnie jak śmierć Elary, ostatnie chwile Shade’a są odtwarzane w najdrobniejszych szczegółach. Zamknięta we własnym ciele jak w klatce po raz drugi przeżywam każdą potworną sekundę. W powietrzu unosi się ostra woń skażenia. Więzienie Corros znajduje się na skraju Mielizny, napromieniowanego pustkowia rozciągającego się wzdłuż południowej granicy Norty. Po szarym świcie wstaje zimny mglisty poranek. Na chwilę wszystko się zatrzymuje, zastyga w bezruchu. Sparaliżowana, unieruchomiona w pół kroku patrzę przed siebie. Za moimi plecami rozwiera się więzienie nadal wstrząsane buntem, który wszczęliśmy. Z bram wylewa się tłum więźniów i dozorców, którzy ich ścigają. Więźniowe idą za nami, ponieważ pragną wolności, czy choćby czegoś na jej kształt. Kilkaset metrów przede mną majaczy znajoma sylwetka Cala. Zmusiłam Shade’a, żeby w pierwszej kolejności przeskoczył w kierunku odrzutowca ze Srebrnym wojownikiem, naszym pilotem i jedyną szansą na ucieczkę. Kilorn, który został przy mnie, również zastygł w bezruchu, z karabinem wspartym o bark. Celuje w Srebrnych za nami, w królową Elarę, jej strażników i Ptolemejusza Samosa. Pocisk wypchnięty z lufy iskrą i prochem zawisł w powietrzu i czeka, aż Szeptacz wypuści mój umysł ze szponów. Nad nami kłębią się chmury nabrzmiałe energią elektryczną. Moją energią. Gdybym tylko mogła poczuć jej dotyk, rozpłakałabym się ze szczęścia.

Wspomnienie zostaje wprawione w ruch, z początku bardzo wolno.

Ptolemejusz uzupełnia swój szeroki arsenał, tworząc długą, lśniącą igłę. Na idealnie gładkim ostrzu mienią się drobinki czerwonej i srebrnej krwi przypominające maleńkie klejnoty. Pomimo posiadanej umiejętności Ara Iral okazuje się zbyt wolna, aby uniknąć śmiercionośnego szpikulca, który w jednej rozwlekłej sekundzie podrzyna jej gardło. Srebrna wojowniczka pada na ziemię parę metrów ode mnie, jej ciało osuwa się ociężale, jak gdyby poruszało się nie w powietrzu, ale w wodzie. Ptolemejusz zamierza zabić mnie tym samym ruchem, siłą rozpędu przekłuć mi serce. Jednak zamiast we mnie, ­trafia w mojego brata.

Shade wrócił po nas, teleportował się, żeby przenieść nas w bezpieczne miejsce. Jego ciało materializuje się tuż przede mną, najpierw pojawiają się klatka piersiowa i głowa, następnie ręce i nogi. Brat ma wyciągnięte ramiona i wpatruje się prosto we mnie. Nie widzi ostrza. Nie wie, że umrze.

Chociaż Ptolemejusz nie zamierzał zabić Shade’a, nie zawahał się przed uśmierceniem kolejnego wroga. Dla niego to tylko jeden z wielu przeciwników, których musi pokonać w tej wojnie, kolejne ciało bez imienia i bez twarzy. Ile razy postępowałam tak samo jak on?

Prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jest Shade.

Kim był.

Wiem, co zdarzy się w następnej sekundzie, ale chociaż ze wszystkich sił staram się zamknąć oczy, Samson nie pozwala mi na to. Ostrze wchodzi w ciało mojego brata gładko i czysto, przebija skórę, przeszywa mięśnie, przekłuwa serce.

Coś we mnie wybucha, a chmury pękają. Ciało Shade’a uderza o ziemię i w tym samym momencie z nieba spada mój gniew, jednak błyskawica trafia nie w zmarznięty grunt, tylko w Elarę. Królowa ginie na miejscu, strażnicy rozsypują się w popłochu. Samson nie zna litości. Przewija scenę do początku i puszcza ją od nowa. Mój brat umiera po raz kolejny.

Jeszcze raz.

I jeszcze raz.

Przy każdej powtórce Szeptacz zmusza mnie, żebym dostrzegła coś jeszcze. Jakiś błąd. Fałszywy ruch. Decyzję, której podjęcie pozwoliłoby mi ocalić brata. Drobne szczegóły. Krok w tę stronę, obrót w drugą, nieco szybsze tempo. To najgorsza z tortur.

„Zobacz, co zrobiłaś. Zobacz, co zrobiłaś. Zobacz, co zrobiłaś”.

Jego głos rozbrzmiewa wszędzie wokół.

Przez scenę śmierci Shade’a przebijają kolejne wspomnienia, obrazy mieszają się i zlewają ze sobą, a każdy z nich gra na innym uczuciu, lęku lub słabości. Maleńkie zwłoki znalezione w Templyn, Czerwone niemowlę zamordowane przez łowców tropiących Nowych z rozkazu Mavena. W następnej sekundzie na mojej szczęce ląduje pięść Farley. Gwardzistka wykrzykuje straszne rzeczy, obwinia mnie o śmierć Shade’a, odchodzi od zmysłów z rozpaczy. Łzy ciurkiem spływają po twarzy Cala, który ściskając w drżącej dłoni miecz, przykłada ostrze do szyi ojca. Klin i skromny samotny grób Shade’a pod jesiennym niebem. Srebrni funkcjonariusze, których śmiertelnie poraziłam prądem w Corros, w zatoce Harbor, mężczyźni i kobiety, którzy jedynie wypełniali rozkazy. Nie mieli wyboru. Żadnego.

Pamiętam każdą śmierć. Każde cierpienie. Twarz mojej siostry, gdy strażnik zmiażdżył jej dłoń. Pokrwawione kłykcie Kilorna, który się dowiedział, że czeka go pobór. Moi bracia ruszający na front. Ojciec po powrocie z wojny złamany na duchu, skazany na rozklekotany wózek inwalidzki i zamykający się we własnym świecie. Smutek w oczach matki, gdy mówiła, że jest ze mnie dumna. Kłamstwo. Teraz to już kłamstwo. I wreszcie przyprawiająca o mdłości świadomość, która przenika każdą chwilę mojego dawnego życia – że tak czy inaczej jestem skazana na śmierć.

W tej kwestii nic się nie zmieniło.

Samson skrupulatnie i z zapałem ryje w moim umyśle. Wywleka bezużyteczne wspomnienia tylko po to, by zadać mi jeszcze więcej bólu. Przed moimi oczami przesuwają się kolejne postacie, przeskakują obrazy nierozerwalnie związane z cierpieniem. Szeptacz zalewa mnie nimi i choć nie jestem w stanie ani nie pragnę wyłowić z tej powodzi konkretnych zdarzeń, niektóre same się mnie czepiają. Twarz pułkownika, jego szkarłatne oko, usta układające się w słowa, których nie dosłyszę. Samson jednak słyszy je wyraźnie. Właśnie tego szuka. Informacji. Tajemnic, które może wykorzystać, żeby zdławić bunt. Czuję się jak jajko z pękniętą skorupką, z którego powoli wysącza się zawartość. Szeptacz wyciąga ze mnie, co mu się żywnie podoba. Wybebesza mnie, a ja nawet nie potrafię się już wstydzić.

Noce, które spędziłam zwinięta w kłębek u boku Cala. Przymuszenie Cameron do tego, aby włączyła się w naszą misję. Czytane ukradkiem odrażające liściki od Mavena. Wspomnienia o lekceważonym przez ojca księciu, którego miałam poślubić. Moje tchórzostwo. Błędy. Egoistyczne decyzje, które podejmowałam i które zaprowadziły mnie tutaj.

„Zobacz, co zrobiłaś. Zobacz, co zrobiłaś. Zobacz, co zrobiłaś”.

Wkrótce Maven pozna wszystkie moje myśli.

Tego zawsze pragnął.

Spisane odręcznie słowa płoną w moich myślach żywym ogniem.

„Tęsknię.

Do zobaczenia”.

Rozdział 4

Cameron

Wciąż nie wierzę, że przeżyliśmy. Czasami wraca to do mnie we śnie. Patrzę, jak dwóch olbrzymich Siłaczy chwyta Mare i ją odciąga. Na dłoniach mieli rękawice ochronne, ale ona nawet nie próbowała potraktować ich błyskawicą, gdy już dobiła targu ze Srebrnymi. Jej życie za nasze. Nie spodziewałam się, że król Maven na to pójdzie. W końcu drugi w kolejce do odstrzału był jego brat wygnaniec. A jednak się zgodził. Pragnął jej bardziej niż nas wszystkich razem wziętych.

Mimo to, gdy budzę się z koszmarnego snu, dalej się boję, że wróci z bandą swoich tropicieli, żeby nas pozabijać. Dopiero chrapanie reszty załogi z mojej sypialni przegania te myśli.

Uprzedzali mnie, że nowa kwatera główna to cholerna ruina, ale i tak spodziewałam się czegoś, co bardziej przypominałoby bazę na Klinie. Zapadłą dziurę odciętą od reszty świata, ale poza tym dość funkcjonalną, potajemnie odnowioną i wyposażoną we wszystkie udogodnienia, jakich może potrzebować przybierający na sile ruch wywrotowy. Klin wcale mi się nie podobał. Szare baraki i żołnierze – nawet jeśli Czerwoni, to umundurowani jak Srebrni – za bardzo przypominali mi to, co było w Corros. Wyspa wydała mi się kolejnym więzieniem. Kolejną celą, do której tym razem wepchnął mnie nie Srebrny oficer, ale Mare Barrow. Jednak przynajmniej miałam niebo nad głową. Oddychałam świeżym morskim powietrzem. W porównaniu z Corros, z Nowym Miastem i tym, gdzie tkwię obecnie, Klin był oazą spokoju i wytchnienia.

Teraz podobnie jak pozostali trzęsę się z zimna w betonowych tunelach Irabelle, twierdzy Szkarłatnej Gwardii położonej na skraju lakelandzkiego miasta Trial. Otaczające nas mury są lodowate w dotyku, z sufitów nieogrzewanych pomieszczeń zwisają sople. Paru oficerów Gwardii łazi bez przerwy za ­Calem i podejrzewam, że bardziej niż czegokolwiek innego chcą się przy nim po prostu ogrzać. Ja obrałam zupełnie inną taktykę i na ile mogę, unikam tego mruka. Po co mam się zadawać ze Srebrnym księciem, który nic nie mówi, tylko rzuca mi oskarżycielskie spojrzenia.

Jak gdybym mogła ją ocalić.

Moja umiejętność, w której ledwo zdążyłam się podszkolić, nie wystarczyła. „Twoja umiejętność też nie wystarczyła, Wasza Cholerna Wysokość”, mam ochotę warknąć za każdym razem, gdy przez przypadek na niego się natknę. Jego płomienie nie zdołały pokonać króla i tropicieli. Poza tym Mare poszła ze Srebrnymi na ugodę i to była jej decyzja. Jeśli więc Cal musi się na kogoś wściekać, niech wścieka się na nią.

Dziewczyna od błyskawic zgodziła się na wymianę, żeby nas ratować, i za to zawsze będę jej wdzięczna. Nawet jeśli była egocentryczną hipokrytką, nie zasłużyła na to, co ją spotkało.

Pułkownik wydał rozkaz ewakuacji Klinu, gdy tylko skontaktowaliśmy się z nim przez radio. Wiedział, że przesłuchanie Mare Barrow doprowadzi Srebrnych prosto na wyspę. Farley udało się przewieźć wszystkich w bezpieczne miejsca, przerzuciła ich statkami i potężnymi samolotami transportowymi skradzionymi z Corros. My byliśmy zmuszeni radzić sobie sami, prysnęliśmy więc z miejsca katastrofy i ruszyliśmy w kierunku granicy, bo tam mieliśmy się spotkać z pułkownikiem. Mówię „zmuszeni”, bo cały czas naginają mnie, żebym robiła, co każą, i szła, gdzie każą. Lecieliśmy do Duszni ratować dziecięcy legion. Wśród małolatów posyłanych na wojnę znalazł się także mój brat. Jednak kazano nam przerwać misję. „Tylko na jakiś czas”, słyszałam za każdym razem, gdy zbierałam się na odwagę i oznajmiałam, że nie ruszę się ani kroku dalej, dopóki idziemy w kierunku przeciwnym do Duszni.

Na samo wspomnienie policzki zaczynają mnie palić. Powinnam była maszerować prosto na front, linia okopów była tak blisko. Nie zatrzymaliby mnie. Nie ośmieliliby się. Powstrzymał mnie mój własny strach. Uświadomiłam sobie, co oznaczałby marsz w pojedynkę – zginęłabym na próżno. Wiem o tym, ale mimo wszystko ciągle wstyd mi za siebie. Odeszłam i znów zostawiłam brata samego.

Ponowne połączenie wszystkich sił zajęło kilka tygodni. Farley i jej oficerowie dotarli na samym końcu. Podejrzewam, że jej ojciec, pułkownik, krążył po lodowatych pokojach i korytarzach naszej nowej bazy jak lew w klatce, dopóki znów nie zobaczył córki.

Prawdę mówiąc, pojmanie Barrow też nam się na coś przydało. Złapanie jeńca wojennego takiej rangi, a do tego zamieszki w Corvium sprawiły, że wstrzymano ruch oddziałów w Duszni. Mój brat jest bezpieczny. Na tyle, na ile może być bezpieczny piętnastolatek w mundurze i z bronią w ręku. Ale na pewno grozi mu mniejsze niebezpieczeństwo niż Mare.

Nie wiem, ile razy oglądałam orędzie króla Mavena. Cal po przyjeździe rozłożył się w kącie dyspozytorni i puszczał wystąpienie brata na okrągło. Gdy widzieliśmy je po raz pierwszy, chyba wszyscy wstrzymaliśmy oddech. Obawialiśmy się najgorszego. Myśleliśmy, że zaraz zobaczymy, jak Mare zostaje skrócona o głowę. Jej bracia ledwie trzymali się na nogach, z trudem powstrzymywali łzy, Kilorn nie mógł na to patrzeć i ukrył twarz w dłoniach. Gdy jednak Maven powiedział, że egzekucja to dla Mare zbyt łagodna kara, Bree zasłabł, chyba z ulgi. Tylko Cal nie odrywał wzroku od ekranu, przyglądał się wszystkiemu w grobowym milczeniu, ze zmarszczonymi brwiami. W głębi duszy wiedział, tak samo jak i my, że Mare Barrow czeka los gorszy niż śmierć.

Uklękła przed Srebrnym królem i czekała, podczas gdy on zakładał jej obrożę. Nic nie powiedziała, nic nie zrobiła. Pozwoliła nazywać się terrorystką i morderczynią na oczach całego kraju. Po cichu miałam nadzieję, że straci panowanie nad sobą i coś mu odwarknie, ale wiem, że nie mogła sobie na to pozwolić. Patrzyła tylko po zebranych, piorunowała spojrzeniem Srebrnych stłoczonych na podium. Wszyscy chcieli znaleźć się jak najbliżej niej. Niczym myśliwi ze swoim trofeum.

Maven nie wyglądał zbyt dostojnie, chociaż na głowie miał koronę. Wydawał się zmęczony, może chory. Na pewno był wściekły. Prawdopodobnie dlatego, że obok niego stała dziewczyna, która zabiła jego matkę. Szarpał za obrożę Mare, zmusił ją, żeby weszła do pałacu. Zdołała obejrzeć się przez ramię, oczy miała szeroko otwarte, wzrok świdrujący. Jednak kolejne szarpnięcie przywołało ją do porządku i od tamtej pory nie widzieliśmy jej twarzy.

Mare gnije gdzieś tam, a ja tutaj, powoli zamarzając i całymi dniami wymieniając instalację elektryczną w sprzęcie starszym ode mnie. Cholerna strata czasu.

Jeszcze przez chwilę leżę, myśląc o bracie, o tym, gdzie może być i co robić. Morrey. Mój bliźniak, chociaż podobni jesteśmy tylko z wyglądu. Trudno wytłumaczyć, jak na bezlitosnych ulicach Nowego Miasta mógł się uchować tak wrażliwy chłopak, którego cały czas mdliło od smrodu fabrycznych kominów. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co zrobiło z nim szkolenie wojskowe. Niektórzy mówili, że robotnicy techniczni są zbyt cenni, inni, że zbyt słabi, ale efekt zawsze był ten sam – pobór nas omijał. Dopóki Szkarłatna Gwardia nie zaczęła mieszać i zabiwszy kilku Srebrnych, zmusiła starego króla, żeby i on zaczął mącić. Tak więc powołano i mnie, i brata, chociaż oboje mieliśmy pracę. I zaledwie piętnaście lat. Przeklęte Środki Bezpieczeństwa, które wprowadził ojciec Cala, wszystko postawiły na głowie. Zgrupowano oddział małolatów i kazano nam wymaszerować z Miasta.

Zostaliśmy rozdzieleni niemal natychmiast. Moje imię było na jakiejś liście, a Morreya – nie. Z początku cieszyłam się, że to ja trafiłam do Corros. Brat nie przetrwałby w tych celach. Teraz jednak żałuję, że nie możemy zamienić się miejscami. Wolałabym, żeby Morrey był wolny, a ja na froncie. Co jakiś czas nękam pułkownika prośbami o wysłanie kolejnej ekipy ratunkowej, która ruszyłaby z odsieczą Małemu Legionowi, ale on nie chce o tym słyszeć.

Dlatego postanawiam prosić go jeszcze bardziej zawzięcie.

Na biodrach czuję znajomy ciężar pasa z narzędziami, które podzwaniają przy każdym kroku. Idę z determinacją i nie zamierzam nikomu dać się zatrzymać. Nikogo jednak nie spotykam, gdy maszeruję przed siebie, dojadając bułkę ze śniadania. Korytarze zieją pustką. Większość kapitanów wraz z oddziałami wyruszyła pewnie na zwiad, by jak zwykle patrolować Trial i pogranicze. Podejrzewam, że szukają Czerwonych, którym udało się przedrzeć na północ. Część przybyłych angażuje się w działania Gwardii, ale przydatne są tylko osoby w wieku poborowym i wykwalifikowani robotnicy. Nie mam pojęcia, dokąd pułkownik odsyła całą resztę: rodziny z dziećmi, sieroty, wdowy, wdowców. Tych, którzy tylko by nam zawadzali.

Takich jak ja. Jednak celowo plączę im się pod nogami. Żeby zwrócić na siebie uwagę.

Kanciapa pułkownika – znaczy się jego gabinet – jest piętro nad sypialniami. Nie pukam, od razu łapię za klamkę. Drzwi otwierają się, ukazując ponury, ciasny pokój o betonowych ścianach, kilka zamkniętych szafek i biurko, przy którym ktoś siedzi.

– Jest w dyspozytorni – oznajmia Farley, nie podnosząc głowy znad papierów. Palce ma uwalane tuszem, granatowe plamy ciemnieją nawet na jej nosie i pod przekrwionymi oczami. Ślęczy nad czymś, co wygląda na tajne dokumenty, zaszyfrowane wiadomości i rozkazy. Przysyłane przez Dowództwo, domyślam się, bo nieraz już słyszałam pogłoski o najwyższym szczeblu władzy w Szkarłatnej Gwardii. Niewiele wiadomo na jego temat, zwłaszcza mnie. Nikt mi tutaj nic nie mówi, chyba że dopytuję się o coś dziesiątki razy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: King’s Cage

KING’S CAGE by Victoria Aveyard. Copyright © 2017 by Victoria Aveyard.

By arrangement with the author. All rights reserved

Copyright © for the translation by Adriana Sokołowska-Ostapko,

Joanna Dziubińska

Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska

Mapa: © & ™ 2017 Victoria Aveyard. All rights reserved

Korekta: Jadwiga Makowiec / d2d.pl, Anna Woś / d2d.pl

Jacket art © 2017 by John Dismukes

Jacket design by Sarah Nichole Kaufman

Fotografia autorki: Stephanie Girard of Stephanie Girard Photography

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Eliza Luty

ISBN 978-83-7515-678-2

www.moondrive.pl

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o.,

ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków. Wydanie I, 2017.

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Królewska klatka Przeklęta korona Szklany miecz Czerwona Królowa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów