Rekin i baran

Rekin i baran

Autorzy: Adam Biernat Marta Biernat

Wydawnictwo: Poznańskie

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 14.90 zł

Czy słyszeliście o uwielbieniu Islandczyków dla Festiwalu Eurowizji i basenów na świeżym powietrzu, zbieractwa i robótek na drutach, zaklętych miejsc oraz zwariowanych upodobań kulinarnych? Czy chcecie dowiedzieć się, dlaczego dawniej islandzcy rybacy wkładali do butów pazury czapli, do drzwi nie należało pukać więcej niż trzy razy, a własnej kołdry trzeba było pilnować jak oka w głowie? I czemu brzemienne kobiety nie powinny zerkać na zorzę oraz co sprawia, że islandzkie łąki kuszą aromatem ginu? Ta książka to wyjątkowy przewodnik po islandzkiej duszy i zarazem porywająca opowieść o życiu na pięknej i niebywale wietrznej wyspie w cieniu stu trzydziestu wulkanów. Jedyna rzecz, której się z niej nie dowiecie, to dlaczego owce uwielbiają stać na środku drogi to jedna z niezgłębionych, irracjonalnych owczych tajemnic

Copyright © Marta Biernat, 2017

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Malwina Błażejczak/panbook.pl

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Projekt okładki: Ula Pągowska

Fotografie na okładce i logo bloga biteoficeland.com: Adam Biernat

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

eISBN 978-83-7976-671-0

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Wstępu słów kilka, czyli jak to naprawdę jest z tą Islandią

Sezon na czkawki

Opowieść o czymś, co zdarzyło się naprawdę

W stronę słońca

Tak samo, ale inaczej

Bardzo długi piątek

Goście, goście jadą!

Co wychodzi z wody

Owca na szydełku

Królestwo za skyr!

Hak do mięsa

Kminek wieczorową porą

Kot policjanta

Księżycowe konie

Pragnienie drugiej strony

O dźwięku, który kruszył trawy

Chętka na północ

Podręczny słowniczek islandofila

Dla zainteresowanych

Podziękowania

Podróże fascynowały mnie, odkąd sięgam pamięcią. Dawniej były to jedynie dziecięce fantazje podsycane kultowym programem „Pieprz i wanilia” Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika oraz obsesyjnym przeglądaniem wszelkiej maści atlasów. To właśnie od pierwszego kartograficznego wejrzenia rozwinęła się u mnie przypadłość powszechnie zwana islandofilią, czyli inaczej mówiąc: obłędne zauroczenie Islandią. Już sama jej mapa obiecywała niesamowitą przygodę. Przecież tylko przygodą można nazwać obcowanie z tak finezyjnie pętlącymi się fiordami, połaciami naznaczonymi tysiącami gór, pagórków, setkami wulkanów i rzek oraz złowrogimi, pojawiającymi się w najmniej oczekiwanych momentach przepaściami. A wszystko to ulokowane na samotnej wyspie oblewanej przez hektolitry lodowatych fal. Marzyłam o Islandii przez długie lata, tak że prędzej czy później musiałam na nią trafić.

Okołoarktyczne szkolenie odbyłam jeszcze przed wyjazdem na wyspę. Udałam się na nią już niejako zaprawiona w kontaktach z daleką Północą, bo tuż po ukończeniu studiów mieszkałam niecały rok w norweskiej Laponii. Przyszło mi wówczas rezydować w przepięknej, raptem dziesięcioosobowej osadzie, położonej prawie pięćset kilometrów za kołem podbiegunowym. Tak, północne krańce świata to było moje miejsce na ziemi. Przeskakując z lapońskiej atmosfery do standardowych norm europejskich, na nowo próbowałam się wdrożyć w rytm dużego miasta. Ponownie jednak w mojej duszy zaczęła odzywać się pożądliwa, północna gorączka i pragnienie znalezienia się w miejscu, gdzie za hałas można uznać bicie własnego serca. Naszła mnie tak wielka chętka na pobyt w głuszy, że bilety lotnicze zostały wnet zakupione. Ledwie raczkującą wiosną 2014 roku spakowałam się i wyruszyłam na spotkanie z wyspą marzeń.

Okazało się, że zostałam na niej wcale nie planowane trzy tygodnie, lecz… ponad pół roku. Wtedy to już bez walki poddałam się przeświadczeniu, że mam po prostu wybitnie północny charakter oraz wrodzone warunki do zaprzyjaźniania się ze wszelkiego rodzaju pustkowiami. Tak jest, właśnie ze szczerym polem, gdzie diabeł wieczorową porą złowieszczo zwykł szeptać wyjątkowo upiornym półgłosem góða nótt i od którego normalnym jednostkom niechybnie chce się uciekać w siną dal. W poprzednim wcieleniu musiałam być chyba Islandką, gdyż nie da się inaczej wytłumaczyć faktu, że tętno najbardziej przyspiesza mi właśnie na widok podobnych ustroni. Oglądając z zapartym tchem islandzkie wspaniałości, nie byłam w stanie rozstać się z wyspą. Zupełnie mnie zahipnotyzowała.

Podobnie jak w Laponii, znów zapragnęłam zżyć się z terenem, który w tak niesamowity sposób na mnie działał. Chciałam choćby połowicznie ujarzmić tę nieznaną przestrzeń, by odnaleźć w niej nowy dom – na jak długo, tego nie umiałam do końca sprecyzować. Zauroczyły mnie pozbawione żywego ducha, wielkiej urody, niemalże nierealnie piękne plenery, dzikość nieskażonej cywilizacją i do tego jedynej w swoim rodzaju przyrody oraz ten niezwykły tryb życia, który wydawał się romantycznie niezmienny chyba od zarania dziejów. Właśnie o tym marzyłam, choć pomysł wydawał się co najmniej szalony. Znów miałam porzucić dawny model wygodnej egzystencji, zerwać wszelkie zawodowe zobowiązania i po raz kolejny rozpocząć nowy etap życia, w którym wszystko póki co w nader figlarnej pozie stało na głowie. Teraz wiem, że idąc ku finalizacji marzeń, opłaca się stawiać wszystko na jedną i wyjątkowo wahliwą szalkę, nawet gdy wygina ją gnający na łeb, na szyję wiatr. Warto.

Przygód, jakich wówczas doświadczyłam, mam na koncie mrowie. To było to! Przez kolejne miesiące przemierzałam zarówno rekomendowane przez wszystkich, jak i te najbardziej niedostępne islandzkie zakątki, zajrzałam na niejeden lodowiec, nagminnie przemierzałam bezkresne pola lawowe porośnięte tonami puchatego jak plusz i niewyobrażalnie zielonego mchu oraz upajałam się niezwykłym aromatem łąk, które zwykły tu pachnieć raczej nietypowo, bo… ginem. Żywiłam się też najdziwniejszym pożywieniem, na jakie w życiu natrafiłam, a pałaszowanie tych przekąsek przebiło nawet proceder kosztowania kaczych embrionów w Wietnamie. Zdarzyło mi się również w popłochu zwiewać przed erupcją potężnego wulkanu i nagminnie walczyłam z huraganowymi wiatrami. Krótko mówiąc, chłonęłam atmosferę tego niezwykle ciekawego miejsca na wszelkie możliwe sposoby. W międzyczasie pracowałam. Islandia jako kraj należący do grona tych kosztownych bywa bardzo żarłoczna i podczas dłuższego pobytu na niej oszczędności ulatniają się w zastraszającym tempie. Po sześciomiesięcznym prawdziwie ekstatycznym pobycie na wyspie upiornie gęstych mgieł wróciłam do Trójmiasta. Nadszedł czas, by ochłonąć.

Islandia jednakże jest nieskora do kompromisów; jeżeli już człowieka pochwyci, to swego mocarnego chwytu rozluźniać nie zamierza. Nie da się jej ot tak porzucić – wspaniali, tylko na pozór niedostępni ludzie, spektakularne widoki, tajemniczy, wydający się niemożliwym do opisania aromat tundry, tupot wszędobylskich owiec i przedziwna, trudna do wytłumaczenia, niemalże mistyczna wyspiarska atmosfera nie dają o sobie zapomnieć. Wkrótce potem stało się to, czego właściwie niechybnie się spodziewałam. Po kilku miesiącach w Polsce ponownie wróciłam na Islandię. Tak to właśnie z nią jest; jeżeli trafi się w jej obrzeża, to jednoznacznie wślizguje się w zastawione przez nią z wirtuozerią i sprytem sidła. Ja wpadłam i nie chciałam się z nich wyswobodzić; ot słodka, islandzka niewola. Spodziewałam się tego już lata temu: koniec końców, zakochałam się w Islandii po uszy i w rezultacie wracam na nią każdego roku, by spędzić tam kilka miesięcy.

Islandia jest krajem dość nietypowym, gdyż na dobrą sprawę nie ma prawie wcale mieszkańców. Brzmi to jak abstrakcja, jednakże nawet mój rodzinny Gdańsk liczy ich sobie więcej aniżeli cały islandzki naród. Okazuje się bowiem, że już dawno temu Islandczykom w bardzo niecodzienny sposób poukładały się stosunki z samą Islandią. Mieszkańcy wyspy, jak żadni inni europejscy obywatele, na własnej ziemi wydają się mistrzami drugiego, ba!, nawet trzeciego planu i dalszych. Co ciekawe, z owej sytuacji nieprawdopodobnie się radują. Przejeżdża się więc przez wydające się nie mieć końca połacie i nieustannie zastanawia, czy ktoś w ogóle tę pełną uroku ziemię zamieszkuje. Na pierwszy rzut oka Islandia wydaje się krajem widmo. Tylko gdzieniegdzie poza stolicą natrafimy na ludzki ślad; wszędzie indziej szarżuje niczym nieposkromiona natura. O tak, wiatr ma tu gdzie hulać, bo w którym kierunku by nie spojrzeć, tam bezkres. Przeistaczając się z prędkością znacznie szybszą niż w przysłowiowym kalejdoskopie, dosłownie co rusz wyspa serwuje coraz to nowsze, lecz za każdym razem olśniewające panoramy. Ale tylko czasem przywodzą one na myśl swojską Ziemię. Reszta natomiast wydaje się do niej tak wizualnie nieprzynależna, iż ma się poczucie odwiedzin w innej galaktyce.

Takiego wrażenia nie odnoszą jedynie mieszkańcy wyspy. Wszystko dlatego, że Islandczycy Islandią się nie dziwią – lub też dziwią się rzadko kiedy. Po prostu są ludźmi, którzy rzadko dziwią się czemukolwiek. Nie sposób wprawić ich w osłupienie doniesieniami o porywach wiatru tak silnych, że przesuwają samochody. Nie da się zaskoczyć ich nawet oświadczeniem, iż dosłownie za moment znajdą się w oku rozszalałego i na dodatek śnieżnego cyklonu. Z ich strony rodzinna wyspa to kraj prawie w stu procentach normalny, raczej banalny. Niekiedy nawet zatrważająco nudny, zwłaszcza latem. Tak, dla niektórych latem bywa najgorzej.

Wedle najmłodszych pokoleń na lipiec i sierpień najlepiej wyjechać, by ujrzeć lato takim, jakim być powinno, ma się rozumieć – gorącym. No to jadą. Podążają najczęściej w wymarzonym kierunku Półwyspu Iberyjskiego bądź na równie słoneczne Wyspy Kanaryjskie, tyle że już po niecałym tygodniu zaczynają marzyć o powrocie. Hiszpańska fantazja o wakacjach idealnych przeradza się nader często w koszmar przegrzania, gdy z optymalnych dwudziestu paru stopni nagle robi się ponad trzydzieści. A nie tylko temperatura gnębi Islandczyków. Palmy, owszem, piękne, tyle że ludzi wkoło zdecydowanie za dużo. Po przyjeździe wciąż więc powtarzają, że wyjazdów jak na razie mają dość. Lepsza bywa dla nich ostatecznie Islandia, bo ją znają przynajmniej gruntownie i komfortowo, bo na wylot. Zagłębiwszy się w islandzki charakter, od razu można stwierdzić jedno – gdy coś jest już znajome, to jest to zaleta ogromna. Dla zainteresowanych Islandią tkwi w tym jednak pewna niekorzyść. Islandia dla wszystkich Islandczyków pozostaje bowiem tak oczywista, iż często nie chcą oni o niej nawet rozmawiać. W związku z tym w rozmowach z wyspiarzami przewija się taki oto zwrot: „Ach, Islandia to Islandia. Lepiej opowiedz nam o Polsce, ależ to musi być ciekawy kraj!”. Co poniektórym dopiero po wielu miesiącach przyjaźni zaczyna się w kwestiach narodowych opinii rozwiązywać język, a do tego czasu kwitują oni temat swojego domu kilkoma zdawkowymi zdaniami.

Inna to sprawa dla człowieka, który trafia na wyspę po raz pierwszy. Najczęściej bywa z nim tak, iż mógłby dniami i nocami prowadzić dysputy na tematy islandzkie. Z jego perspektywy to wszystko naturalnie prezentuje się zgoła inaczej, ponieważ typowa przygoda z Islandią zaczyna się dość zaskakująco. Z banałami do czynienia mieć się tu nie będzie, co to, to nie. Swą północną gościnę przybysze rozpoczynają od poczęstunku doznaniami naprawdę sporego kalibru, a to dlatego, że Islandia nie pozwala na powolne przyzwyczajanie się do zaistniałych warunków. Bach! Ona, nie znając litości, od razu oszałamia, gorącokrwiście elektryzuje. Nawet jeżeli widziało się już wiele i miałoby się na swym podróżniczym koncie mnóstwo państw, to widząc po raz pierwszy Islandię, można sobie zagwarantować, że oczy rozszerzą się ze zdziwienia. Śmiało można również zaryzykować tezę, iż w większości przypadków w podobnym stanie trwać będą już do końca pobytu. Islandzkie początki prezentują się zaś mniej więcej tak.

Jeśli chodzi o statystycznego przyjezdnego, to Islandia zaczyna go zadziwiać jeszcze zanim dotrze on na miejsce. Po pobudzeniu swej wyobraźni oglądem setek zdjęć wyspy publikowanych w przewodnikach, czasopismach oraz w internecie, w końcu w życiu człowieka nadchodzi chwila, gdy zaczyna on myśleć o ujrzeniu słynnych kamieni otulonych kolorowymi porostami. Czeka się ot tak, na nowe, lecz dziwnym trafem to przedpodróżne oczekiwanie mija inaczej niż kiedykolwiek, gdyż w dotąd niespotykanym napięciu. Taki to kierunek, że mimo wszystko trzeba by coś zaplanować, pokusić się o jakikolwiek, choćby skromny wywiad. Namiotu wszędzie się rozstawić nie da, kwatery co krok się nie znajdzie, podobnie wygląda kwestia gastronomiczna, a przetrwać przecież trzeba, jeśli raptem zaskoczy nas, dajmy na to, jakiś islandzki żywioł. Czas nagli, a w głowie tymczasem roi się setka pytań. No bo jak to będzie, czy naprawdę tak dotkliwie zimno? I co by tu ze sobą zabrać, by oszukać ciało w ów klasycznie chłodny, świdrujący słotą i wiatrem, a przecież na dobrą sprawę wakacyjny dzień? I kolejna rzecz: Czy da się w ogóle spać? Przecież nocą będzie jasno jak w polskie południe (prawie nie do uwierzenia). W końcu nadchodzi termin odlotu, jest się zatem – jak na wyspiarskiego nowicjusza przystało – uradowanym, ale i odrobinę zalęknionym.

Na wstępie trzeba powiedzieć, że nad Islandią niezmiernie porywająco się szybuje – tak nieziemsko, iż mogłoby się to robić bez końca. Trudno uwierzyć, że nad innym krajem mogłoby się latać jeszcze wspanialej, nic więc dziwnego, że wielu Islandczyków marzy o posiadaniu awionetki – a niektórym z nich udało się już to marzenie spełnić. Większość ludzi trafia na wyspę właśnie drogą powietrzną, dzięki czemu przy szczęśliwej i umiarkowanie zamglonej aurze mają oni szansę skonfrontować się z islandzką, podniebną sytuacją przestrzenną. Co więcej, szanse na ujrzenie nieprzeciętnych plenerów rosną, gdy postanowi się Islandię pozwiedzać, rozpoczynając na przykład z drugiego końca wyspy, a nie standardowo ze stolicy, i z tejże okazji zaserwuje sobie lot wewnętrzny. Z okienka samolotu świat przybliża się i za chwilę znów oddala, to akurat nic nowego; ale nad tym konkretnym terenem po prostu dzieją się cuda.

Nie dość, że ogląda się niespotykane nigdzie indziej elementy krajobrazu, to jeszcze układają się one w zaskakujące, abstrakcyjne dzieła. Nie sposób tu wyłapać jakikolwiek błąd kompozycyjny, ot perfekcja Matki Natury tak niezwykle dla Islandii hojnej. Choć tkwi się w sferze realności, wszystko zdaje się nierealne. Tymczasem w nienaturalnie szeroko otwarte oczy zaczynają uderzać pierwsze zupełne pustki. Wokół trochę więcej aniżeli nic, lecz mimo to pięknie. Jedyne, co przychodzi wówczas do głowy, to to, że chyba właśnie tak musiałoby się latać nad Narnią, słynną, baśniową krainą znaną z książek autorstwa C.S. Lewisa. Wszelkie grunty okazują się zupełnie różne od tych dotychczas oglądanych z góry; wydają się wręcz fantastyczne i to już od pierwszego spojrzenia. Hipnotyzują, garbiąc się i układając w setki tysięcy niemal identycznych kopczyków. Tak właśnie przebiega pierwsze spotkanie z polami lawowymi, równie urokliwymi także z bliska. Islandia z góry to kolejne odrębne dzieło i niesamowity przedsmak tego, co kryje się na dole. Tak więc jest się już pod wielkim wrażeniem tego, co nas czeka na lądzie.

Kolejną rzeczą, która zaskakuje po przybyciu na miejsce i od razu po opuszczeniu pokładu samolotu, jest powietrze. Powietrze inne, wspaniale czyste, choć początkowo dziwne. Zimne, ale mające w sobie niebywałą świeżość, która w kilka minut potrafi orzeźwić umysł i uporządkować pogmatwany ciąg myśli. To przyjemnie chłodny powiew i niejako zapowiedź islandzkiej przygody. Jego zalety od pokoleń doceniają wszyscy Islandczycy, zwłaszcza ci, którzy niedawno przywitali na świecie swego potomka. Owa admiracja powietrza ze strony świeżo upieczonych rodziców często wiąże się również z posiadaniem dwóch wózków: jednego spacerowego, a drugiego – równie ważnego – balkonowo-ogrodowego.

Wózki spacerowe występują najczęściej w najnowszych modelach. Balkonowe zaś to urokliwe pamiątki z dzieciństwa rodziców lub dziadków malucha. Brzmi to dość kuriozalnie, jednakże na Islandii niemowlaki w najlepsze ucinają sobie drzemki na dworze, co więcej – w warunkach, w których polscy rodzice pod żadnym pozorem nie wytknęliby z nimi nosa z domu nawet na moment. Nikogo nie powinny także zdumiewać wózki poustawiane przed kawiarniami oraz sklepami, w których aktualnie znajdują się opiekunowie dzieci. Zdarzały się przypadki, iż turyści, strwożeni pozycją jakoby zaniedbywanych bobasów i niemogący spokojnie patrzeć na rzędy spacerówek pozostawionych samym sobie podczas niemałych wichur, bohatersko próbowali interweniować. Rozjuszeni wchodzili do kawiarenek w poszukiwaniu lekkomyślnych ich zdaniem rodzicieli i zaczynali ich wyjątkowo srodze napominać.

Reakcje na to były zazwyczaj bardzo podobne, mianowicie wnętrze lokalu czy też butiku zaczynał wtedy wypełniać gromki śmiech, na co turystom jeszcze bardziej rzedły miny i opuszczali je oni wyraźnie stropieni. Wedle Islandczyków, sen na wolnym, cudownie rześkim powietrzu, niezależnie od panującej temperatury, to samo zdrowie, coś, dzięki czemu organizm zyskuje niewiarygodną wręcz odporność. A wracając do tego, jak na powietrze reagują przyjezdni – przez premierowy arktyczny wdech nie można się potem czasem pozbyć donośnej, okołopolarnej czkawki! Na szczęście w ciągu zaledwie kilku kolejnych godzin zaczyna nam się oddychać lepiej niż kiedykolwiek. Osobliwie intensywne, w sposób niewytłumaczalnie odmienny niż dotychczas, chłodne powietrze staje się dość prędko uzależniające. Wszelkie czkawki mijają jak ręką odjął, pozostawiając umysł chłonnym na nowe islandzkie doznania i ich niuanse.

Do takowych arcyciekawych szczegółów z wyspiarskiego życia wziętych z pewnością należy pogoda, albowiem jest to coś, nad czym na Islandii ożywczo się debatuje. Podobnie jak na nie tak znowu odległej sąsiadce, czyli Wielkiej Brytanii, konwersację zaczyna się często właśnie od oszacowania warunków meteorologicznych. W przypadku Islandii ma ona jednak zdecydowanie większy rozmach. Krótka, nieco kurtuazyjna pogawędka niespodziewanie przerodzić się może nawet i w ponadgodzinną, zażartą dyskusję. Jeśli chodzi o kwestie pogodowe, to jak najbardziej jest o czym rozprawiać, ponieważ położenie Islandii sprawiło, iż pod względem klimatycznym dzieją się na niej rzeczy wręcz szalone. Pogoda jest praktycznie nieprzewidywalna, lecz mimo to jej prognozy studiuje się w tym kraju z niepohamowaną namiętnością.

Mieszkańcy wyspy wręcz nałogowo sięgają po podobne informacje; tyczy się to także odwiedzających wyspę turystów. Choć prognoza pogody jest przekazywana w mediach jako pewnik, to tak naprawdę nierzadko okazuje się szaloną zgadywanką. Wszyscy o tym wiedzą, ale mimo to sprawiają sobie przyjemność nieustannym dociekaniem, jak to będzie dnia kolejnego i czy prognoza nazajutrz sprawdzi się choćby w nieznacznym ułamku. Nadzieja na podobno w stu procentach pewny słoneczny dzień rozpływa się jednak często w nawiedzającej okoliczne doliny mżawce. Zarówno Islandczykom, jak i przybyszom pozostaje więc tylko kiwanie z rezygnacją głową, wzruszanie ramionami oraz pełne cierpliwości powiedzenie: „ach, jeśli nie dziś, to może jutro!”.

Na Islandii, srogo zwanej lądem lodu, panuje mimo wszystko klimat umiarkowany. Latem jest więc umiarkowanie ciepło, a zimą umiarkowanie mroźnie. Od stuleci właściwie wciąż to samo. Czasem błoga cisza, o wiele częściej atmosferyczne „szorstkości” i niezmienna surowość klimatu: kurzawa, orkan i huk. Suche i zimne masy powietrza z północy ścierają się z wilgotnymi i ciepłymi napływami z południa. Wskutek niebywałej burzliwości tych zmagań prognozy na wyspie nie sprawdzają się prawie wcale. Islandia, tkwiąc na środku oceanu, przyciąga wszelkie pojawiające się w pobliżu fronty. Innymi słowy, działa niczym magnes, gdyż to, co się dzieje na oceanie, na pewno uderzy też w wyspę. Nie można więc się tutaj nudzić i biorąc przykład z rdzennych mieszkańców, trzeba w końcu docenić zmienną pogodę, nadając jej po prostu status rozrywki. Planując odwiedziny na wyspie, tak jak tubylcy należy wziąć pod uwagę to, że każdy dzień na Islandii jest stosunkowo pochmurny, i zacząć określać pogodę nie mianem złej, lecz interesującej. Nie należy się także przejmować, gdy podczas zwiedzania okolicy nagle zacznie wiać wiatr, który niekiedy, gdy ma taki kaprys, może przewracać traktory.

Całe to pogodowe zamieszanie sprawia, że miejsca nawet kilkakrotnie odwiedzane i pozostawiające wrażenie nienadszarpniętych przez ząb czasu, podczas kolejnej tam wizyty jawią się jak nigdy dotąd niewidziane. Islandia to iluzjonistka doskonała. Dlatego też ponowna konfrontacja z przestrzenią niegdyś już efektywnie schodzoną, której wyraźny obraz ma się w głowie, zapewne wywoła spore zdumienie. Zadziwi nas z pewnością, gdyż w każdym kolejnym wcieleniu Islandia prezentuje się inaczej; dlatego zawsze odkrywa się ją na nowo. A to zaskoczą nas niewidziane wcześniej, prowokatorsko nisko nadchodzące, oniryczne kłęby chmur lub twory im podobne, a to napotkamy kolejną z kilkudziesięciu metod przecieków serwowanych przez wyjątkowo pomysłowe islandzkie niebo. Niewykluczone, iż zdarzy się to wszystko naraz bądź jeszcze więcej, i to w niecałą godzinę, łącznie z niezaplanowanym, niestandardowo wspaniałomyślnym i nawet kilkuminutowym występem słońca wychylającego się zazwyczaj nie wiadomo skąd.

Do wyspiarskich atrakcji dochodzą jeszcze niesamowite kolory, w jakich niekiedy występuje tu firmament: ma w zwyczaju z obezwładniającego pąsu przeistaczać się w okamgnieniu w roziskrzoną ultramarynę. Tak więc z rozrywek właściwych wszystkim słowiańskim porom roku na Islandii skorzystać można w ciągu zaledwie jednego dnia, i to nie pokonując wcale pokaźnych dystansów. I jednego tylko można się na Islandii spodziewać: najprawdopodobniej nie zaskoczy nas tradycyjna burza z piorunami. Należy ona niestety do grona nielicznych atmosferycznych rarytasów, jakie na wyspie zwykle nie występują. Można za to zawsze liczyć na burzę śnieżną.

Gdyby nie pewien szczęśliwy przypadek, islandzki klimat mógłby być jednak o wiele bardziej zatrważający. Mimo szalonej zmienności tutejszej aury trzeba powiedzieć jasno, że na tle innych, bardzo dalekich północnych przestrzeni wypada on naprawdę dobrze. A wszystko to dzięki cudownemu zjawisku, jakim jest brzmiąca groźnie tylko z nazwy cyrkulacja termohalinowa. To nic innego jak globalna wymiana wód oceanicznych, którą powodują zmiany gęstości wody morskiej, zależnej od aktualnego stężenia soli oraz charakteryzującej ją temperatury. Dzięki takiemu obrotowi sprawy na Islandii panuje o wiele wyższa temperatura, niż względnie panować powinna. Cieplutkie i beztroskie wody Morza Karaibskiego wędrują dziarsko i zapewne w rytmach reggae przez tylko pozornie niewzruszony Atlantyk, który tak naprawdę jest bardzo podatny na wpływy i pozostaje swoistą kuźnią światowego klimatu. Przy udziale Prądu Zatokowego, czyli Golfsztromu, karaibskie wody kierują się na północ, aby ostatecznie otulić znajdującą się w trudnym klimatycznie położeniu Islandię. Islandczycy bardzo sobie cenią zaistniałą sytuację, choć rozprawiają niekiedy fatalistycznie o tym, że gdyby nie dobroduszna wymiana wód w otaczającym ich akwenie, to wyspa nie byłaby wcale ich wyspą, gdyż najzwyczajniej w świecie nie dałoby się na niej osiedlić.

Niektórzy, słysząc o Islandii, zastanawiają się, cóż takiego magnetycznego jest w tej chłodnej krainie, że przyciąga tak wielu obieżyświatów. Co sprawia, że tylu ludzi nachodzi nagle chęć odkrywania zamarzniętych w wiecznym lodzie zagadek. Odpowiedzi jest wiele, lecz wyobraźnię z pewnością musi kusić doświadczenie zjawiska dni polarnych, ujrzenia zorzy oraz odbycia wędrówek po tundrze, czyli tego, co składa się na pakiet atrakcji Północy. Islandia to bowiem taka „Arktyka dla początkujących”, muskająca polarne zwieńczenie naszej planety. Stosownie daleka i odpowiednio bliska, kosztowna, ale nieprzerażająca cennikiem, jakim charakteryzują się wyprawy na inne podbiegunowe tereny. To piękna wprawka do obcowania z nieczułą północną przyrodą, idealna, aby wdrożyć sobie techniki obchodzenia się z podobną surowością. Na Islandii, od kiedy tylko pojawili się na niej ludzie, to właśnie natura nieprzerwanie kieruje każdym istnieniem.

Dla Islandczyków natura żyje własnym życiem; niegdyś traktowano ją jako osobny byt. Czczono ją tu podobnie jak pozostałe bóstwa, odkąd tylko pojawili się tu pierwsi osadnicy. Wszystkim wulkanom, dolinom, górom, gejzerom, jeziorom, strumykom i rzekom przypisywano cechy ludzkie, nadawano charaktery, by później nauczać mniej roztropnych Islandczyków tego, w jaki sposób postępować, aby nie doprowadzić do ich rozzłoszczenia. Pełen szacunku stosunek do natury pozostał jednak niezmienny, mimo że koniec końców na Islandii pojawiło się chrześcijaństwo. Z poszczególnymi jej elementami nadal obchodzono się jak z pełnoprawnymi mieszkańcami wyspy, wierząc, że wszystkie one posiadają zaklęte, tajemnicze dusze. Do dnia dzisiejszego mieszkańcy Islandii darzą naturę niezwykłym szacunkiem i jak chyba żadna inna nacja dbają o kwestie ekologiczne. Islandia pozostaje jednym z najmniej zanieczyszczonych krajów na świecie, a blisko 75% zużywanej na wyspie energii pochodzi ze źródeł geotermalnych oraz wodnych.

Z naturą od zawsze był związany islandzki kalendarz. Przy określaniu dat czy też podczas dyskusji o używanym na przestrzeni dziejów Islandii systemie kalendarzowym często dochodziło do wielu nieporozumień. Podczas gdy Kościół islandzki posługiwał się kalendarzem juliańskim, mieszkańcy używali własnego, opartego na porach roku i związanego z czynnikami klimatycznymi. Islandzki rok dzielono na dwie części – zimę oraz lato. Dawno temu wieku ludzi nie podliczano tradycyjnie, w latach. Nie rozprawiano nawet po europejsku, ileż to dana osoba liczy już sobie wiosenek, gdyż zgodnie z prastarym zwyczajem wiek podawano w zimach. Natomiast jeśli chodzi o początek nowego roku, to kiedyś nie kojarzył się on Islandczykom z zimą, gdyż za jego odpowiednik uznawano początek każdego lata. Ponadto każdy rok dzielił się na miesiące księżycowe, od jednego księżyca do kolejnego, a zatem od jednej pełni do drugiej.

Poza tym Islandczycy nie zajmowali się skrupulatnym odliczaniem dni. Na bardzo ogólne podejście do sprawy pozwalali sobie szczególnie w lecie, gdy noce jaśniały tak, iż trudno było dostrzec Księżyc. Skoro więc mowa o datach, to ustalano je szacunkowo. System ten ulegał w ciągu wieków wielu różnorakim modyfikacjom, ostatecznie jednak zdecydowano się przyjąć podział na tygodnie siedmiodniowe. Rok złożono wówczas z pięćdziesięciu tygodni, co potem dodatkowo podzielono na dwanaście miesięcy. Większość miesięcy miała po trzydzieści dni, zaś cztery z nich po trzydzieści jeden. Dawało to ostatecznie trzysta sześćdziesiąt cztery dni, czyli jeszcze odrobiny do stosownej juliańskiej liczby brakowało. Problem rozwiązano następująco: co pięć lub sześć lat należało dodać do kalendarza jeden dodatkowy letni tydzień, który nosił nazwę sumarauki, czyli „nadprogramowe lato”.

Mimo że mamy już XXI wiek, to na Islandii nadal są miejsca, gdzie tak naprawdę – prócz możliwości korzystania z kilku przydatnych urządzeń – nic się nie zmieniło. Od dawien dawna to właśnie Słońce pozostaje niezwyciężonym królem na nieboskłonie. Przed wizytą na Islandii wielu ludzi zastanawia się, jak wygląda życie w tak zaskakujących warunkach i czy można przyzwyczaić się do podobnej, często nieprzychylnej aury. Z odpowiedziami na te pytania śpieszyło mi wielu Islandczyków. Zdania jak zwykle są podzielone. Niektórzy, zwłaszcza starsi, uważają zimę (vetur) za swą ulubioną porę roku i nigdy nie daliby się, jak młodsze pokolenie, namówić na zimowe wakacje w tropikalnym czy śródziemnomorskim klimacie, bowiem na mroczną i surową zimę z utęsknieniem czekają. Już zawczasu szykują specjalne łańcuchy na gigantyczne opony potężnych jeepów, wyglądających swoją drogą nie jak normalne samochody, lecz jak fantastyczne pojazdy rodem z filmów z gatunku science fiction. Powiadają też, że nie ma na świecie nic bardziej poetyckiego i bajkowego niż Islandia otulona płaszczem śnieżnobiałego puchu. Islandia, która wydaje się wówczas jeszcze cichsza niż zazwyczaj, oczywiście w momentach, gdy nie szaleją nad nią wichry zaopatrzone w potężny śnieżny arsenał. A najpiękniej milcząca i najbardziej liryczna jest tuż po przejściu niemożliwej do wyobrażenia burzy śnieżnej trwającej przynajmniej cztery doby.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rekin i baran Analiza sygnałów diagnostycznych maszyn elektrycznych 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI Człowiek z małą bombą. O terroryzmie i terrorystach