Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika

Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika

Autorzy: Tomasz Terlikowski

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Biografie Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 672

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 31.04 zł

Maksymilian M. Kolbe – „Szaleniec Niepokalanej”

Mówiono o nim, że posiada niezwykły umysł, jest genialnym organizatorem i wielkim wizjonerem. Nie ma wątpliwości, że był także kapłanem, który głęboko przyjął do serca ewangeliczną prawdę o tym, iż nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich. Ale pojawiały się też opinie o jego antysemityzmie, twardym charakterze i bezkompromisowości.

KIM TAK NAPRAWDĘ BYŁ JEDEN Z NAJWIĘKSZYCH POLSKICH ŚWIĘTYCH?

Katolicki publicysta i filozof Tomasz P. Terlikowski przez wiele lat tropił wszystkie wątki życia i działalności ojca Maksymiliana Kolbego. Zafascynowany dokonaniami zakonnika zbierał zapiski, dokumenty kościelne, fotografie, nagrania i relacje świadków. Dzięki temu dotarł do wielu nieznanych faktów z życia świętego, które zaskakują i w zupełnie nowym świetle przedstawiają jego fenomen. Autor bada fascynujące życie kapłana, jego duchowość, powołanie, zaangażowanie społeczne oraz wizjonerskie podejście do nowych technologii. Przede wszystkim jednak staje twarzą w twarz z oskarżeniem ojca Kolbego o antysemityzm. Ta książka jest nie tylko fascynującą opowieścią o zakonniku tworzącym pierwsze kościelne imperium medialne, ale przede wszystkim jest próbą zrozumienia człowieka, którego życie jest niezwykłym świadectwem wierności najważniejszemu z przykazań – przykazaniu miłości Boga i bliźniego.

Copyright © Tomasz P. Terlikowski, 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Esprit 2017

All rights reserved

Wszystkie fotografie zostały opublikowane za uprzejmą zgodą Archiwum M.I. w Niepokalanowie.

REDAKCJA: Magdalena Mnikowska, Justyna Zarzycka, Agnieszka Zielińska

ISBN 978-83-65706-84-3

Wydanie I, Kraków 2017

WYDAWNICTWO ESPRIT SP. Z O. O.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

Rozdział 1. A źródło wciąż bije

Korzenie

Dom

Ziemia nie taka znów obiecana

W szkole Maryi

To nie on był nadzieją

Od zawsze rycerz

Rozdział 2. W szkole ojca Franciszka

Zerwanie

Franciszkanizm wyssany z mlekiem matki

Poszukiwacz perpetuum mobile

Odrodzenie franciszkanizmu

Za furtą nowicjatu

Spotkanie z Wenantym

Przygotowanie do decyzji

Rozdział 3. Kładzenie fundamentów

„Daj mi moc przeciw nieprzyjaciołom Twoim”

Zreformować franciszkanów

Śladem bł. Jana Dunsa Szkota

Nauczycielka z Lourdes

Zawierzyć grzesznika Matce

Zetrzeć głowę masonerii

Błogosławiona choroba

Doświadczanie Rzymu

W szkole mistrzów

W cieniu wojny

„Modlitwa i samotność czynią człowieka świętym”

Młody franciszkanin dokona odnowy całego zakonu

Rozdział 4. Krakowska rozgrzewka

Misjonarz Niepokalanej

Kaznodzieja bez głosu

Budowanie Milicji

Pasja nawracania Żydów

Regulamin życia

Co teraz z Polską?

Przenosiny

Rozdział 5. „Kiedy wrócę, nie wiem, a może mnie tu zakopią”

Śmierć albo życie, „wedle woli Bożej”

Bratnia Pomoc Maksymiliana

Mocą Niepokalanej

Niepokalana i Boże miłosierdzie

Nawrócić pastora, może będzie z niego franciszkanin

Wspominając dom

Zwyczajny rycerz MI

Rozdział 6. Akcja wydawnicza Niepokalanej

Niebieski fundament

„Broń zaczepna” Niepokalanej

Odebrać lewicy broń

Wszystko na posłuszeństwie Niepokalanej

„Gdzie posłuszeństwo pośle, tam zawsze przygotuje wszystko, by było najlepiej”

„Tyle kłopotów miałem i wszystko niepotrzebnie”

Patronką naszą Niepokalana, czyli reforma zakonu raz jeszcze

Błyskawiczny rozwój

Masoni, wrogowie moralności

Wiara w fałszywkę

Trudna zima przed przełomem

Rozdział 7. Niepokalanowska reforma

Placówka o zabarwieniu heroicznym

Niepokalana sama wszystkim pokierowała

Czasy heroiczne

Kalwaryjski odpoczynek

Wierność w rzeczach małych

Problemy ojca Alfonsa

Nie macie kapłanów? To zbudujcie sobie seminarium

Rozdział 8. Głosić Niepokalaną całemu światu

Racjonalność półwariata

Wyboista droga do misji

Pożegnalna pielgrzymka

Misjonarze ruszają w drogę

Szukali profesora, dostali Niepokalanów

Spokojna kapituła

Klasztor w pociągu

Trud misyjnego życia

Nieoczekiwana śmierć

Ciemna noc misjonarza i Ogród Niepokalanej

Zaraza wewnętrzna

Miłość krzyżami się mierzy

Czwarty ślub, czyli na drodze do reformy

„Ale teraz grom”

Rozdział 9. Nieudana misja

Trudna podróż

Jak św. Tereska misję załatwiła

Wolność silniejsza niż moc św. Teresy

Rozdział 10. Wojownik Niepokalanej

„Strach mnie przejmuje czasem, by jakaś kara Boża nie spadła na nas”

Błędy ojca Onoszki

Głoszenie Niepokalanego Poczęcia jako zadanie franciszkanów

Komisariat misyjny Niepokalanej

Sprawdzenie woli Niepokalanej

Franciszku, ja Ciebie chrzczę

Stabilizacja

Nie ustawać w rozwoju

Polska potrzebuje katolickiego brukowca

„Jedną nogą na drugim świecie”

Rozdział 11. Życie Niepokalaną

Droga do domu

Prawdziwy cel Niepokalanowa

Zatroszczyć się o braci

Miasteczko Niepokalanej

Święty nie jest dziadygą

Krzyżyki ojca Maksymiliana

Postęp w ciemnogrodzie

„Spełnić swój obowiązek, jak przystało na Rycerzy Niepokalanej”

Rozdział 12. Ogrójec Maksymiliana

Rozesłani na misje

„Na misje do Niemiec”

„Przywieźli nas tu darmo i barak jakiś jest, i co zjeść”

Długa droga do domu

Odbudowa

„Marzeniem naszym jest złożyć Niepokalanej w każdej chwili ofiarę z naszego życia”

Światło Niepokalanej w ciemnościach wojny

Modlitwy zostały wysłuchane

Maryjna summa teologiczna ojca Maksymiliana

Aresztowanie

Rozdział 13. Droga do chwały to droga krzyża

Wrobiony Judasz i dwudziestu ofiarników

Bez wiedzy Niepokalanej Dziewicy nic stać się nie może

Jedynym wyjściem komin krematorium

Tylko miłość jest siłą twórczą

Nie ma większej miłości

Jak tulipany

Manifestacja Ducha w przestrzeni śmierci

Matka Bolesna męczennika

Zakończenie. Nie gaśmy ducha ojca Maksymiliana

Bibliografia

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Moim dzieciom, by miały odwagę

naśladować radykalizm Maksymiliana

Wstęp

Święty Maksymilian, choć jego świętość została uhonorowana dwiema koronami – czystości i męczeństwa, bowiem beatyfikowany był jako wyznawca, a kanonizowany jako męczennik – znany jest wciąż bardziej jako ofiara nazizmu, człowiek, który oddał swoje życie za Franciszka Gajowniczka, niż wielki ewangelizator, wydawca, lider opinii i wreszcie misjonarz. Te ostatnie aspekty jego biografii przesłania niezwykłe męczeństwo. A szkoda, bo przecież było ono tylko zwieńczeniem biografii ojca Maksymiliana M. Kolbego, jej chwalebnym zakończeniem, a nie jedynym jej elementem. Jakby tego było mało, dopiero po zapoznaniu się z całością biografii można zrozumieć, jakim gigantem ducha, intelektu, duszpasterstwa – ale też organizacji – był męczennik z Polski.

To on stworzył przecież największy (a w istocie jedyny) katolicki dziennik i najpotężniejszy religijny miesięcznik – a wszystko to w niespełna kilkanaście lat, w dodatku zaczynając od wydawania pisma za wyżebrane pieniądze. On po zsyłce (bo tym właśnie było wysłanie redaktora naczelnego „Rycerza Niepokalanej” z Krakowa do Grodna) nie tylko powołał do życia na obrzeżach Polski gigantyczną drukarnię, ale też później stamtąd zaczął tworzyć nowy klasztor, który wkrótce stał się największym dziełem franciszkanów konwentualnych, więcej: kuźnią nowych powołań i nowego stylu życia duszpasterskiego. A wszystko to w klasztorze-fabryce z jednej strony zorganizowanym wedle najnowocześniejszych reguł zarządzania przemysłem, z drugiej – kultywującym ludowo-rzemieślnicze wzorce polskiej pobożności, które wielu intelektualistom wydawały się prostackie i niegodne wyższych sfer. To ojciec Maksymilian, zupełnie nie znając języka ani miejsca, gdzie będzie pracował, wyjechał z grupą towarzyszy na misje, by po kilku tygodniach zacząć tam wydawać pismo w tymże nieznanym języku i wybudować klasztor, co po kilkunastu latach nie tylko zaowocowało prowincją franciszkańską w Japonii, ale też wieloma dziełami podejmowanymi z myślą o biednych z tego kraju. On wreszcie – i to jeszcze jako kleryk – stworzył ruch Rycerstwa Niepokalanej, który nie tylko głęboko przeorał życie zakonne w Zakonie Braci Mniejszych Konwentualnych, lecz również zainspirował (i nadal inspiruje) miliony ludzi na całym świecie do przemiany życia i poświęcenia go Niepokalanej.

Byłoby jednak błędem sprowadzanie działań ojca Kolbego tylko do organizacji. Ten schorowany franciszkanin był bowiem nie tylko znakomitym organizatorem, ale także duszpasterzem, a może, używając współczesnego języka, lepiej powiedzieć: ewangelizatorem, który był gotów porzucić wszystko, włącznie z troską o własne zdrowie, by pozyskać choć jedną duszę. I nie chodzi jedynie o działania medialne, lecz również o przedłużające się rozmowy w pociągach czy pomoc umierającym na gruźlicę studentom. W takich sytuacjach ojciec Kolbe był nieustępliwy – i gdy wyrzucano go drzwiami, wchodził oknem.

Ale i to nie wyczerpuje bogactwa jego osobowości. Był bowiem także św. Maksymilian znakomitym apologetą, który poziom swojej argumentacji dostosowywał do odbiorców, jednocześnie niemal zawsze odwołując się do najwybitniejszych filozofów i teologów współczesności. Prostota argumentacji czy słowa nie oznaczała braku głębi. Ojciec Kolbe był przecież wybitnym teologiem, a jego mariologiczna książka, gdyby udało się ją skończyć, byłaby – co do tego nie może być najmniejszych wątpliwości – summą mariologii. Niestety nigdy nie miał czasu, by dzieło życia napisać, stąd jesteśmy skazani na analizowanie rozsianych po różnych pismach, a potem zebranych w Pisma przez franciszkanów listów, artykułów i konferencji; i one dają przedsmak tego, czym byłoby mariologiczne dzieło ojca Kolbego.

Był wreszcie męczennik z Auschwitz mistykiem. Niewiele wiemy o tym wymiarze jego życia, lecz rozproszone w różnych miejscach wspomnienia pokazują, że ojciec Kolbe otrzymał i taki dar. I nie chodzi tylko o wizję dwóch koron, w której Maryja objawiła mu dwa rodzaje świętości, jakimi został ukoronowany, ale także o zaskakująco trafne przewidywanie przyszłych wydarzeń czy własnej śmierci. Nikt nie ma też wątpliwości, że w modlitwie ojciec Kolbe zawsze pogrążał się całkowicie i nigdy nie brakowało mu na nią czasu, a jego kontakty ze świętymi były, ujmując rzecz zupełnie wprost, niezwykle bliskie.

Całe to bogactwo życia św. Maksymiliana nie jest oczywiście tajemnicą dla tych, którzy lepiej znają jego postać, lecz w potocznym odbiorze gdzieś to wszystko niknie. Dla części Polaków ojciec Kolbe pozostaje tylko przedwojennym antysemitą, który w czasie wojny oddał życie za innego człowieka, czym zmył swoje przedwojenne grzechy. Ten obraz w pewnym stopniu podzielałem i ja, zanim po raz pierwszy – dzięki prośbie ojca Piotra Cubera – zająłem się św. Maksymilianem i zacząłem czytać jego biografię. Od tego momentu nie mogę się oderwać od tego świętego. Jego postać nie tylko inspiruje, ale i wciąż na nowo wciąga w dialog, a jego pisma towarzyszą mi na różnych etapach mojego życia. Ta książka jest wyrazem tej fascynacji, którą – mam nadzieję – podzielą jej czytelnicy.

Warszawa, 9 września 2016

ROZDZIAŁ 1

A źródło wciąż bije

Kiedy rozpoczyna się historia świętości Rajmunda Kolbego? Kiedy wkracza on na drogę, która poprzez zakonny nowicjat, studia w Rzymie, zaangażowanie w Krakowie, Grodnie, Niepokalanowie, Nagasaki, ponownie Niepokalanowie i wreszcie w Auschwitz doprowadza go do męczeńskiej śmierci i chwały ołtarzy? Pismo Święte, gdy mowa o tego rodzaju przeznaczeniu, nie pozostawia wątpliwości: „Powołał Mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię” (Iz 49, 1); „Ty bowiem [Boże] stworzyłeś moje wnętrze i utkałeś mnie w łonie mej matki” (Ps 139, 13). Bóg znał drogi, którymi poprowadzi Rajmunda Kolbego, jeszcze zanim ten przyszedł na świat 8 stycznia 1894 roku. Ale to, co oczywiste dla Boga, wcale nie musiało być takie dla bliskich późniejszego świętego. Rodzice nie dostrzegali w małym Mundku przyszłego kapłana ani tym bardziej aniołka. Chłopiec był cholerykiem, często i chętnie sprzeciwiał się dorosłym. Aż nagle, pewnego dnia – do tej pory trudno stwierdzić, kiedy dokładnie się to stało – Niebo zainterweniowało w życiu chłopca po raz pierwszy.

Obraz, przed którym modlił się Rajmund, Pabianice

Historia zaczęła się zupełnie banalnie. Wściekła na chłopca matka zadała mu pytanie, jakie setki tysięcy rozbrykanych dzieci słyszą od swoich zatroskanych rodzicielek: „Mundziu, nie wiem, co z ciebie będzie?”. Nie wydaje się, by pytanie to wiązało się z jakimś szczególnie złym postępowaniem dziecka. Nie wiadomo nic o żadnym potężnym przestępstwie dziesięcioletniego (może trochę młodszego) chłopca. Ot, zwyczajnie niesforny dzieciak zdenerwował matkę, a ona wyrzuciła z siebie żal i frustrację. Tyle że te słowa zadziałały w umyśle i sercu małego Mundka inaczej niż w sercach i umysłach jego rówieśników. On się nimi naprawdę przejął i zaczął zadawać Bogu to pytanie w czasie modlitwy przed obrazem Najświętszej Maryi Panny w miejscowym kościele.

Odpowiedź przyszła w nieoczekiwanej formie. Pewnego dnia podczas modlitwy chłopcu ukazała się Maryja. Nie przekazała mu wówczas żadnego konkretnego przesłania, nie uczyniła go swoim posłannikiem, jak to miało miejsce w przypadku Maksymiliana i Melanii w La Salette czy Łucji, Hiacynty i Franciszka z Fatimy. Ona po prostu stanęła przed nim i pokazała mu dwie korony – białą i czerwoną – i zadała pytanie, którą z nich wybiera... Rajmund, jak kiedyś św. Tereska z Lisieux, był zachłanny na świętość i wybrał obie. Koronę męczeństwa i koronę czystej miłości zakonnej. Czy wiedział wówczas, na co się decyduje? Czy rozumiał w pełni symbolikę obu koron? Nie jest to jasne, ale wiadomo na pewno, że od momentu tego pierwszego w jego życiu objawienia zaczął się zmieniać. Więcej milczał, mniej sprzeciwiał się rodzicom, jeszcze częściej się modlił. Matka była zaniepokojona, obawiała się choroby (co pokazuje, jak nagła i radykalna musiała być zmiana), aż wreszcie wymogła na synu wyznanie, co naprawdę się stało. Od tego momentu ani ona, ani on nikomu o wizji nie opowiadali. Ale, jak przyznawała kobieta w liście napisanym do franciszkanów już po męczeńskiej śmierci syna, „zawsze był tym [co mu się przydarzyło – T.P.T.] przejęty i w każdej sposobności z rozpromienioną twarzą wspominał o swojej upragnionej śmierci męczeńskiej”1. Można więc przyjąć, że to właśnie wtedy, gdzieś między ósmym a dziesiątym rokiem życia, Bóg poprzez Niepokalaną po raz pierwszy wkroczył w życie małego Rajmunda. I zaczął lepić go z gliny środowiskowych uwarunkowań, ludowej rodzinnej pobożności, specyfiki miejsca, w jakim chłopiec się urodził, gorącego patriotyzmu jego rodziców i ich franciszkańskiego zakorzenienia.

Dom rodzinny w Zduńskiej Woli, obecnie Muzeum – Dom urodzenia się św. Maksymiliana Kolbego

Korzenie

Wszystko w życiu Rajmunda-Maksymiliana zaczęło się w Zduńskiej Woli. I wiara się zaczęła, i franciszkanizm się zaczął, i miłość do Niepokalanej, i zaangażowanie misyjne oraz społeczne, i świadomość, że bez mediów przegra się walkę o duszę zwyczajnych ludzi. I nie chodzi tylko o rodzinny dom świętego, choć to w nim kształtowała się jego tożsamość religijna i społeczna, ale także o miasto, w którym przyszedł na świat. Zduńska Wola była jakby stworzona, by urodził się w niej i wychował człowiek, który w przyszłości – by posłużyć się amerykańskimi terminami – stanie się ewangelizatorem medialnym, działaczem społecznym i kapłanem walczącym z masonerią i komunistami o dusze, głównie miejskiej klasy robotniczej. Dlaczego? Po pierwsze, życie tam, o ile to możliwe w Polsce, mocno przypominało warunki, w jakich kształtowali się radio- i teleewangeliści w Stanach Zjednoczonych. Miasto błyskawicznie się wówczas rozwijało – i to w stylu, jaki charakteryzował ówczesny dziki kapitalizm w amerykańskim wydaniu. Po drugie, tamtejsza wieloetniczna, wieloreligijna i wielojęzykowa społeczność bardzo szybko się polonizowała i katolicyzowała. Po trzecie wreszcie – w Zduńskiej Woli jak w soczewce skupiały się wszystkie trudności życia małomiasteczkowej biedoty i klasy robotniczej, do której później zwracał się franciszkanin Maksymilian Maria Kolbe.

Zduńska Wola jeszcze w XVIII wieku była wioską, którą zamieszkiwały 33 rodziny żydowskie i polskie. U progu wieku XIX zaczęli się w niej osiedlać tkacze, a w roku 1816 jej właściciel Stefan Prawdzic Złotnicki zaczął sprowadzać kolejnych rzemieślników, próbując uczynić ze swojej miejscowości ośrodek tkacki. Każdy z osiedlających się, niezależnie od tego, czy pochodził z Czech, Saksonii czy Wielkopolski, otrzymywał od właściciela miejscowości dwie morgi ziemi, ogródek, kilka sosnowych kloców, 2000 sztuk cegieł i 27 talarów na budowę domu. W zamian miał uruchomić warsztat i płacić czynsz na rzecz dworu. Gdy okazało się, że warunki te nie budzą entuzjazmu potencjalnych mieszkańców, Złotnicki sam zaczął budować im domy, i do roku 1823 zbudował ich 130. Krótko potem uzyskał dla Zduńskiej Woli prawa miejskie i od tego momentu miasteczko zaczęło się dynamicznie rozwijać. Do roku 1830 liczba ludności wzrosła dziesięciokrotnie i wynosiła 3600 osób. Większość z nowych mieszkańców stanowili ubodzy tkacze, którzy albo zatrudniali się u bogatszych przybyszów (którzy z czasem zaczęli tworzyć fabryki), albo dzięki pożyczkom dziedzica otwierali własne warsztaty tkackie i tam wykonywali prace dla większych firm. Dynamiczny rozwój Zduńskiej Woli przerwało powstanie listopadowe, a dokładniej: jego ekonomiczne i polityczne konsekwencje, czyli zamknięcie wschodnich rynków zbytu. Szybko jednak miejscowi przekwalifikowali się z sukiennictwa na tkactwo bawełniane. Zaczęły powstawać manufaktury scentralizowane, a do miasteczka napływali kolejni majstrowie i tkacze. Wielu spośród nich było zarobkowymi emigrantami z Czech czy Saksonii. I z taką właśnie grupą z czeskiego Bekersdorfu przybył w okolice Zduńskiej Woli – jako kilku-, kilkunastoletni chłopiec – około 1840 roku pierwszy zamieszkujący ziemie polskie przodek św. Maksymiliana: Paweł Kolbe. Gdy dorósł, wybrał sobie, także spośród czeskich płócienników, żonę Teresę Nisig. Ich ślub odbył się w parafii Korczew w ziemi sieradzkiej. Młodzi zamieszkali w Izabelowie i tam prowadzili nieźle funkcjonujący zakład tkacki. 8 lutego 1848 roku przyszedł na świat ich najstarszy syn Jan, dziadek św. Maksymiliana. Po nim małżonkowie Paweł i Teresa Kolbe mieli jeszcze dwoje dzieci – Józefa (ur. 21 maja 1850) i Teresę (ur. 18 czerwca 1852)2.

Jan Kolbe wychował się w Polsce. Czech nie pamiętał. Ale i on przyszłą żonę – Helenę Grajbich – wybrał ze społeczności czeskich emigrantów i tkaczy. Ślub zawarli w dynamicznie już rozwijającej się Zduńskiej Woli 26 czerwca 1870 roku w kościele pw. Najświętszej Maryi Panny. Był to czas, w którym samodzielni tkacze coraz częściej przyłączali się do większych zakładów pracy. Swoje prace nadal wykonywali w domowych warsztatach, ale ich wytwory trafiały już do fabrykantów, którzy je później sprzedawali. Około 1900 roku w mieście działało już pięć fabryk, zatrudniających ponad 100 robotników, oraz kilka niewielkich fabryk. Ogromna grupa taniej siły roboczej zwróciła także na Zduńską Wolę uwagę łódzkich fabrykantów, którzy zaczęli otwierać w tej niewielkiej miejscowości własne zakłady pracy. Niestety to zainteresowanie wcale nie oznaczało polepszenia losu mieszkańców Zduńskiej Woli. Tysiące robotników pracowało 14–16 godzin na dobę, a gdy pogarszała się sytuacja na rynkach zbytu, natychmiast tracili pracę. Część z nich wyemigrowała, choćby do Brazylii czy Stanów Zjednoczonych, ale część pozostała na miejscu i albo głodowała, albo kradła, albo utrzymywała się z trudem na powierzchni wyłącznie dzięki pomocy charytatywnej utworzonego w 1876 roku Komitetu Pomocy Bezrobotnym. Sytuacja była tak dramatyczna, że pisano o niej nawet w gazetach warszawskich. „A gdy wybije godzina bezrobocia – mrą z głodu bez żadnej z figur retorycznych. Zjawisko podobne ma obecnie miejsce w Zduńskiej Woli i jej okolicach. Skutkiem ogólnej stagnacji liczba robotników pracujących w fabrykach z 2000 spadła do 500, a tygodniowe zarobki z 2 rubli 50 kopiejek zmniejszyły się do 80 kopiejek, a nawet 60. Z czego tu żyć? – zapytasz, czytelniku”3 – pisał Bolesław Prus w „Kurierze Warszawskim” z 20 stycznia 1877 roku.

Wszystko jednak wskazuje na to, że kryzys nie dotknął młodych czeskich osadników. Jan i Helena byli bardzo oszczędni, pracowici, a gdy było trzeba, przeprowadzali się w nowe miejsce. Tuż po ślubie zamieszkali w Stęszycach, potem na krótko przenieśli się do rodziców, by na koniec zamieszkać w Zduńskiej Woli. To tam 29 maja 1871 roku urodził się ich pierworodny syn Juliusz, ojciec św. Maksymiliana (po nim mieli jeszcze troje dzieci – Teresę, Adolfa i Annę). Zduńska Wola nie była jednak ostatnim miejscem ich zamieszkania. Krótko po narodzinach Juliusza wynajęli dom w Rozomyślu, gdzie założyli pracownię tkacką, która przynosiła na tyle niezłe dochody, że pozwoliły one zakupić małżonkom niewielki dom we wsi Nowe Miasto. Ale i tu Jan i Helena nie zagrzali długo miejsca: udało im się kupić większy dom w Henrykowie. Tam spędzili ponad 20 lat, a w 1909 roku powrócili do Rozomyśla, gdzie kupili czteromorgowe gospodarstwo4.

To pokolenie rodu Kolbów straciło już w zasadzie kontakt z Czechami. Mały Juliusz był chowany w duchu całkowicie polskim i wyrósł na gorącego patriotę. Miłość do Polski wpajał także swoim synom, opowiadając im polskie legendy, przybliżając historię Ojczyzny i przywołując postaci wielkich bohaterów5. Proces szybkiej polonizacji w środowisku mieszanym etnicznie i wyznaniowo był charakterystyczny dla ówczesnych ziem polskich, od prawie stu lat pozostających pod zaborami. Imigranci niekiedy w pierwszym – a niemal zawsze w drugim – pokoleniu przyjmowali atrakcyjną polską kulturę i całkowicie się asymilowali. I nie dotyczyło to tylko przedstawicieli narodów, które podobnie jak Polacy nie miały własnego państwa (tak było w przypadku Czechów), ale także Niemców – niezależnie od wyznania. Było to tym prostsze, że polski patriotyzm, a nawet polski nacjonalizm w jego wydaniach skrajnych, nigdy nie miał biologistycznego czy darwinowskiego charakteru. Tożsamość narodu opierała się nie tyle na jedności krwi (jak często miało to miejsce w romantycznym nacjonalizmie niemieckim), ile na jedności kultury i języka. Polski etos, ukształtowany przez Rzeczpospolitą wielu narodów, nie był zbudowany na pochodzeniu etnicznym, a opierał się na wyborze i przylgnięciu do dziedzictwa politycznego i kulturowego. Tym, co go kształtowało, była literatura, a nie siła, i kultura, a nie krew. Wydaje się to wynikać nie tylko z historii Rzeczypospolitej, ale także z odmiennego charakteru polskiego oświecenia i romantyzmu. Obie te epoki nie doprowadziły do zdetronizowania Boga i zastąpienia Go rozmaitymi surogatami, „wicekrólami”, którzy mieliby zająć Jego miejsce6. Społeczeństwo polskie mimo wszystkich swoich wad pozostało wierzące, a Kościół w narodowej mitologii był uważany za ostoję polskości – to w sposób zasadniczy wpłynęło na rozwój polskiego ruchu narodowego i pojmowanie narodowości.

Rodzina ojca Maksymiliana ze strony matki również zajmowała się tkactwem, ale – w odróżnieniu od Kolbów – pochodziła z ziemi sieradzkiej i tam od wielu pokoleń zamieszkiwała. Franciszek i Anna Dąbrowscy, czyli rodzice Marianny, matki świętego zakonnika, mieli własną pracownię tkacką, najpierw w Zduńskiej Woli (gdzie urodziła się Marianna), a później we wsi Zduny, gdzie pracowali i mieszkali w wynajętym czteroizbowym domu. Mimo tej różnicy w pochodzeniu obie rodziny – zarówno Kolbów, jak i Dąbrowskich – były do siebie, jak wykazuje franciszkanin konwentualny ojciec prof. Leon Dyczewski, w pewnych kwestiach podobne, choć w innych raczej się uzupełniały:

Rodzina Kolbów była typową rodziną imigrantów: energiczna, zaradna, pracowita, nie bała się ryzyka, łatwo wchodziła w nowe środowisko, wciąż poszukiwała lepszych warunków życia. Rodzina Dąbrowskich była równie pracowita, ambitna i dynamiczna, bardziej stabilna, silnie związana ze swoim środowiskiem i pielęgnująca więzi rodzinne. Pod względem materialnym obydwie rodziny utrzymywały dobrą pozycję, nieco lepszą niż przeciętna wówczas rodzina tkacka. Uprawiając tkactwo raz mieszkały na wsi, raz w mieście. W życiu codziennym łączyły w sobie cechy rodziny rzemieślniczej i chłopskiej. W stosunku do rodziny chłopskiej wyróżniały się wyższymi aspiracjami w dążeniu do zapewnienia dzieciom takiej szkoły, jaka była dla nich dostępna7.

Ten krótki opis kulturowego DNA rodzin, z których pochodził ojciec Maksymilian, pokazuje, że przynajmniej część jego cech charakterologicznych, które przemieniał później Duch Święty, kształtując wielkiego świętego, ma swoje źródło właśnie w rodowych cechach Kolbów i Dąbrowskich. Nieustanny ruch, chęć zmiany, poszukiwanie nowych wyzwań charakterystyczne dla całego życia św. Maksymiliana to wyraźnie spadek po imigranckiej rodzinie Kolbów; zaś pracowitość, dążenie do poprawy sytuacji, stawianie sobie i innym coraz wyższych aspiracji – to spadek po rzemieślniczo-chłopskim pochodzeniu obu rodzin.

Podobnie gorącą i głęboką religijność ojciec Maksymilian (tak jak jego bracia) zawdzięczał zarówno rodzinie Dąbrowskich, jak i Kolbów. Niedzielna msza święta, a także niedzielne nieszpory były absolutnym standardem w obu rodzinach. W obu też wychowywano dzieci w kulcie Najświętszej Maryi Panny, co później ukształtowało osobowość św. Maksymiliana. W rodzinie Dąbrowskich (zwyczaj ten przeniosła matka świętego także do swojego domu) na ścianach wisiały liczne obrazy Pana Jezusa, Matki Bożej i świętych, a w rogu znajdował się domowy ołtarzyk z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej. Dziadkowie św. Maksymiliana palili przed nim olejną lampkę w środy, soboty i niedziele, a ponadto we wszystkie święta Matki Bożej8. To przed tym ołtarzykiem zarówno dzieci, jak i dorośli wspólnie się modlili, odmawiając różaniec czy śpiewając nabożne pieśni.

Dom

Dwie tak różne, a jednocześnie tak do siebie podobne rodziny tkackie zetknęły się w osobach Juliusza Kolbego i Marianny Dąbrowskiej. Nieco starsza Marianna urodziła się 25 lutego 1870 roku i dorastała w Zdunach. Dziewczyna wychowana była w duchu surowej pobożności, lubiła chodzić do kościoła i modlić się, uczęszczała – jak wspominają świadkowie jej życia – na nabożeństwa majowe i codziennie na klęczkach odmawiała noszony zawsze przy sobie różaniec. Tak jak wszyscy członkowie jej rodziny nosiła szkaplerz. Świadkowie zapewniają, że – choć nie stroniła od zabaw – nigdy nie przekraczała granic i nie była zainteresowana zalecającymi się do niej chłopcami9. A wszystko dlatego, że poważnie myślała o wstąpieniu do zakonu. „Wolę umrzeć niż pójść za mąż”10 – miała mówić, wyrażając w ten sposób głębokie pragnienie życia zakonnego.

Tyle że w tym czasie wcale nie było to proste. Władze carskie skasowały większość funkcjonujących na terenach Polski zgromadzeń, zarówno żeńskich, jak i męskich. Po listopadzie roku 1864 męskie życie zakonne w zaborze rosyjskim w zasadzie przestało istnieć. Działania te nie były motywowane wyłącznie wrogością prawosławnej Rosji wobec katolicyzmu, ale uznaniem, że męskie i żeńskie zgromadzenia zakonne pozostają ostoją polskości. Nie bez znaczenia było też to, że wspólnotowe życie – z punktu widzenia władz rosyjskich – o wiele trudniej było kontrolować i inwigilować, a jednocześnie miało ono znacznie większy wpływ na wiernych, gdyż przynajmniej część zakonników prezentowała wysoki poziom intelektualny i duchowy. Z tych powodów carat nie tolerował jawnego życia zakonnego11. I choć bł. Honorat Koźmiński rozwijał życie zakonne ukryte, to najwyraźniej wieści o jego poczynaniach nie dotarły do Zdunów, gdzie wychowywała się Marianna. Nie miała ona również szans na to, by wstąpić do jawnie działających w tym czasie zgromadzeń w zaborze austriackim (choć i tu sporo z żeńskich klasztorów zostało skasowanych lub ograniczono ich aktywność), to bowiem musiałoby się wiązać z przekroczeniem granicy oraz wpłaceniem sporego wiana, niezbędnego, by przyjąć młodą dziewczynę do zgromadzenia kontemplacyjnego – na to zaś, mimo że trudno uznać rodzinę Dąbrowskich za biedotę, nie było stać ani jej samej, ani jej bliskich. Dlatego, choć przez kilka lat Marianna oddalała kolejnych zalotników, w końcu musiała zrezygnować z marzenia o życiu zakonnym.

Ostatecznie skłonił ją do tego młodszy od niej o niespełna rok Juliusz Kolbe, z którym poznała się w kościele w Zduńskiej Woli. Mężczyzna nie palił papierosów ani nie pił wódki, co już samo w sobie było dla Marianny zaletą. Poza tym miał fach w rękach, był pogodny, lubił ludzi, był także człowiekiem szczerej wiary i pobożności. Regularnie przystępował do komunii świętej, chodził co roku na pielgrzymki na Jasną Górę, a we wczesnej młodości rozważał pójście do zakonu. Ostatecznie tego nie zrobił, wstąpił natomiast do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Członkiem tej samej organizacji była także Marianna.

Po ślubie małżonkowie zamieszkali w Zduńskiej Woli przy ul. Browarnej 9. Dom był parterowy, kryty papą, jednoizbowy, niczym nie różnił się od okolicznych, budowanych pod wynajem dla tkaczy i nieco bogatszych robotników12, ale od początku wypełniały go pokój, miłość i wiara. Świadkowie życia państwa Kolbów zapewniają, że byli oni zgodnym i kochającym się małżeństwem. Juliusz nie pił, nie awanturował się i – jak wszystko na to wskazuje – był niezwykle ustępliwy wobec żony. To ona sprawowała niemal niepodzielne rządy w domu, a on – nawet jeśli niekiedy stawiał na swoim i przekonywał żonę do zmiany miejsca zamieszkania czy podjęcia nowego wyzwania – gdy ona się przy czymś upierała, zwykle jej ulegał. „Marianna Kolbowa zajmowała się gospodarstwem domowym [...]. W jej domu był zwyczaj, że codziennie oboje małżonkowie z czeladnikiem chodzili do kościoła, odległego o pół kilometra, na Mszę świętą na godzinę 8.00, a potem dopiero spożywali śniadanie. Czy latem, czy zimą, bez różnicy praktykowali ten zwyczaj”13 – wspomina siostra Marianny Kolbe, Anna Kubiak. W tym pierwszym okresie ich życia Juliusz Kolbe nie zajmował się pracą w warsztacie, od tego miał pracowników. On szkolił czeladników, kontrolował ich pracę, a także przyjmował materiały i pracę od żydowskich fabrykantów, a potem odstawiał im gotowy towar. Życie prywatne i zawodowe przenikało się w tej samej izbie. W jednym rogu stały warsztaty tkackie, w drugim była kuchnia. Jeden z kątów był przegrodzony i tam właśnie znajdował się „pokoik” małżonków. W jego centrum znajdował się domowy ołtarzyk z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, stojącym krzyżykiem, posążkami aniołów i lichtarzami. Przed ołtarzykiem płonęła – dokładnie jak w domu rodzinnym Marianny – w środy, soboty i niedziele, a także święta maryjne, lampka oliwna.

W tej niewielkiej izbie, w której od szóstej rano do szóstej-siódmej wieczorem trwała praca, przyszło na świat dwóch pierwszych synów państwa Kolbów. Pierwszym był Franciszek, który urodził się niespełna rok po ślubie, 25 lipca 1892 roku. Wybór imienia nie był przypadkowy. Zarówno Juliusz, jak i Marianna jako członkowie Trzeciego Zakonu św. Franciszka otaczali ogromnym kultem założyciela zakonu serafickiego. Nie jest wykluczone, że już wtedy mieli nadzieję, że ich pierworodny syn zostanie kapłanem, czemu w późniejszym okresie dawali wielokrotnie wyraz. Po półtora roku, w nocy z niedzieli na poniedziałek, 8 stycznia 1894 roku, na świat przyszedł drugi syn – Rajmund. Poród odbierała starsza siostra Marianny, Rozalia Langer. Kilka godzin później ojciec wraz z dwojgiem chrzestnych zaniósł dziecko do chrztu. Stosowne potwierdzenie udzielenia tego sakramentu wystawił – w języku rosyjskim – ks. Feliks Kapałczyński14.

Próby budowania choćby relatywnej stabilizacji finansowej młodego małżeństwa zbiegły się z niezwykle dramatycznymi wydarzeniami w Zduńskiej Woli. Kryzys na rynkach włókienniczych, który rozpoczął się jesienią roku 1889, doprowadził do pierwszej w tym mieście fali strajków i niszczenia przez majstrów włókienniczych wyprodukowanego już towaru. Do protestów przeciwko wyzyskowi dołączyli się też tkacze pracujący we własnych warsztatach, nic jednak nie wiadomo, by był wśród nich Juliusz Kolbe. Po trwającym dwa tygodnie buncie właściciele większych zakładów ustąpili pracownikom, zgodzili się na dziesięcioprocentową podwyżkę płac dla robotników, a ponadto na wprowadzenie ksiąg pozwalających na dokładne sprawdzenie ilości powierzonego surowca, czasu pracy i wysokości wynagrodzenia. Sukces nie okazał się jednak trwały. Wkrótce okazało się, że pracodawcy, fabrykanci i nakładcy zlecający pracę samodzielnym warsztatom nie zamierzają wywiązywać się z podjętych zobowiązań. Jakby tego było mało, szybkie uprzemysłowienie Zduńskiej Woli prowadziło do stopniowej likwidacji mniejszych, domowych zakładów rzemieślniczych. Ich właściciele ubożeli i z samodzielnych rzemieślników przekształcali się w zwyczajnych robotników fabrycznych. Taki los spotkał, niespełna rok po narodzinach Rajmunda, także państwa Kolbów. Sprzedali swoje warsztaty tkackie i w poszukiwaniu lepszego życia wyprowadzili się do Łodzi.

Ziemia nie taka znów obiecana

Łódź przeżywała w tym czasie swój drugi boom demograficzny. Od roku 1864 do 1914 liczba jej mieszkańców wzrosła niemal dwunastokrotnie, z niespełna 40 000 na początku tego okresu do 478 000 pod jego koniec. Początkowo do miejscowości tej napływała głównie ludność pochodzenia niemieckiego, później dołączyli do niej Żydzi, a z czasem osiedlali się też coraz liczniej Polacy, w tym zubożali tkacze, których rzemieślnicze zakłady trzeba było sprzedać, a których, jako fachowców, chętnie zatrudniano w łódzkich fabrykach – i to na nieźle płatnych stanowiskach. Tak stało się i z Juliuszem Kolbem, który prawdopodobnie około roku 1895 zamieszkał wraz z rodziną w Łodzi. Historycy wciąż spierają się o to, w którym dokładnie miejscu się osiedlił. Ojciec Leon Dyczewski sugeruje, że była to centralna ulica Piotrkowska15, co mogłoby dowodzić dobrego statusu materialnego rodziny, ale ojciec Sotowski przekonuje, że nie mamy na to przekonujących dowodów16. Niezależnie jednak od tych sporów jedno nie ulega wątpliwości: to właśnie w Łodzi urodził się 29 stycznia 1896 roku trzeci syn Juliusza i Marianny – Józef (późniejszy ojciec Alfons). Ochrzczono go kilka dni później, w uroczystość Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego, w kościele pw. św. Krzyża.

Łódź, miasto błyskawicznie się rozwijające, wieloetniczne i wchłaniające przybyszów, mogła się niewątpliwie podobać Juliuszowi Kolbemu. Dawała mu przecież nie tylko nieźle płatne miejsce pracy, ale również względną stabilizację jego rodzinie. A jednak... krótko po narodzinach Józefa Kolbowie opuścili to miasto i osiedlili się w Pabianicach. Skąd taka decyzja? Cytowana już siostra Marianny, Anna Kubiak, sugeruje, że powodem było złe znoszenie pracy fabrycznej przez przyzwyczajonego do własnego warsztatu pracy Juliusza17. Inni świadkowie przekonywali, iż przyczyną była niechęć do życia miejskiego, jaką okazywała Marianna. Jej zdaniem przebywanie w środowisku, w którym coraz dynamiczniej rozwijały się organizacje robotnicze, w tym także socjalistyczne i komunistyczne18, gdzie kwitła prostytucja i związki niesakramentalne, ale także na porządku dziennym były kradzieże, nie sprzyjało życiu religijnemu i właściwemu wychowaniu dzieci. Juliusz, choć nie przeszkadzało mu życie w mieście (co udowodnił wiele lat później, osiedlając się i nieźle prosperując w Częstochowie), ustąpił (chciałoby się powiedzieć: jak zwykle) swojej żonie i przeniósł się z całą rodziną do Pabianic, a konkretnie do sąsiadującej z Pabianicami niewielkiej wioski Jutrzkowice, którą w krótkim czasie włączono do miasta.

Pabianice, choć znacząco mniejsze niż Łódź, były w gruncie rzeczy do niej podobne: to kolejne błyskawicznie się rozwijające miasto włókiennicze (w drugiej połowie XIX wieku liczba jego mieszkańców wzrosła ośmiokrotnie, do 48 000), podporządkowane interesom wielkich fabrykantów i nie tylko wieloetniczne, ale i wieloreligijne. U początków przemysłowego rozwoju Pabianic stali protestanci – zarówno reformowani, jak i luteranie – którzy w pewnym momencie stanowili 34% mieszkańców miasta. Nie wszyscy byli Niemcami, bowiem znaczącą grupę wśród nich stanowili kalwini z pobliskiego Zelowa, a także bracia morawscy (wiernymi tego wyznania protestanckiego byli założyciele najważniejszych zakładów przemysłowych, Rudolf Kindler i Beniamin Kursche). Obok nich często osiedlali się niemieccy katolicy z Saksonii, a także Czesi. Od połowy XIX wieku do miasta zaczęli przybywać coraz liczniej także osadnicy żydowscy. W efekcie pod koniec lat dziewięćdziesiątych XIX wieku, gdy rodzina Kolbów osiadła w Jutrzkowicach, skład etniczny i religijny miasta był już ukształtowany. Większość jego mieszkańców, bo 67,5%, stanowili Polacy (często o imigranckim pochodzeniu, spolonizowani Czesi czy Saksończycy), zazwyczaj katolicy; Żydów było tam niemal 20%, Niemców (najczęściej, choć nie zawsze, luteranów) – 12,2%; niemal niezauważalną mniejszością byli prawosławni Rosjanie, których w całym mieście było 0,5%. Tak różnorodne otoczenie sprawiało, że Rajmund Kolbe od pierwszych lat swojego życia musiał uświadamiać sobie własną tożsamość, zarówno narodową, jak i religijną, a także – co nie jest bez znaczenia – przynależność do klasy robotniczej19.

Pierwszy okres pobytu w Pabianicach był, co do tego nie ma wątpliwości, najlepszym finansowo czasem w życiu małżeństwa Kolbów. Z oszczędności założyli sklepik, w którym zakupić można było „mydło i powidło”, chleb, młotek czy gwoździe. Dodatkowo, przynajmniej w pierwszym okresie, dorabiali, pracując na warsztatach tkackich i uprawiając kawałek wydzierżawionej ziemi. Szybko jednak z tego zrezygnowali, poświęcając się wyłącznie prowadzeniu sklepiku (Juliusz) i wychowaniu dzieci (Marianna). W miarę stabilna sytuacja sprzyjała pojawianiu się dzieci. 11 listopada 1897 roku na świat przyszedł kolejny syn – Walenty; zmarł jednak po 20 dniach życia. Trzy lata później, 19 maja 1900 roku, urodził się kolejny chłopak w rodzinie, Antoni, ale i jego Pan powołał do siebie po czterech zaledwie latach. Marianna bardzo przeżyła śmierć syna i choć zawsze z pokorą przyjmowała nieszczęścia, tym razem w rozmowie z przyjacielem rodziny czyniła mu wyrzuty: podobno kiedyś ów przyjaciel, obserwując małego Antoniego, powiedział, że to chyba niemożliwe, by tak pięknie modlące się dziecko długo żyło. „No i wyprorokował mi pan śmierć syna”20 – miała mu wypomnieć krótko po chorobie i śmierci Antoniego.

Względna stabilizacja finansowa nie trwała długo. Ani Juliusz, ani Marianna nie byli stworzeni do handlu. Pieniądz, choć żyli bardzo oszczędnie, się ich nie trzymał. Gdy widzieli osobę potrzebującą, dzielili się z nią tym, co mieli, biedakom dawali towary na kredyt i nie byli w stanie – ani mentalnie, ani duchowo – domagać się zwrotu pieniędzy. Na ich brak umiejętności handlowych nałożył się dodatkowo gigantyczny kryzys ekonomiczny, fala strajków i zwolnienia robotników z miejscowych fabryk. Sklep, prawdopodobnie w roku 1904, zlikwidowano, a rodzina została z długami i bez środków do życia. Jak przyjmowali to państwo Kolbowie? Marianna wielokrotnie podkreślała, że jej rodzina zawsze pragnęła żyć w ubóstwie, „bogactwo bowiem stanowi przeszkodę dla życia prawdziwie duchowego”21. Juliusz natomiast, z właściwym sobie zaufaniem do Boga i ludzi, sprzedał to, co zostało ze sklepu, wymówił wynajem domu w Jutrzkowicach i przeprowadził się z rodziną do jednego pokoju w centrum Pabianic. Mieszkanko było o wiele za małe dla trzech chłopców, dlatego rodzina Kolbów wielokrotnie się później przenosiła, szukając nie tylko większego, ale i w miarę taniego mieszkania. Gdy zaś warunki ich życia się pogarszały (bo na przykład wszyscy synowie uczyli się w szkołach), ponownie szukali niedużego i niedrogiego domu. W ciągu kilku lat rodzina Kolbów cztero-, a może pięciokrotnie zmieniła miejsce pobytu. Każde z nich było dla nich tymczasowe i do żadnego się nie przywiązywali.

Z powodu bankructwa Marianna musiała wrócić do pracy zarobkowej. I ona, i jej mąż zatrudnili się w fabryce Towarzystwa Akcyjnego Fabryk Wyrobów Bawełnianych Krusche-Endera. Praca zaczynała się o 6.00 rano, a kończyła o 19.00, pracownicy mieli jedną godzinną przerwę na obiad i dwie piętnastominutowe na śniadanie i podwieczorek. Dla dzieci oznaczało to, że ciepły rodzinny dom, w którym zawsze była mama, w zasadzie przestał istnieć. Marianna, która dotąd skupiona była całkowicie na wychowaniu dzieci, teraz musiała przebywać całymi dniami poza domem. Praca obojga przynosiła rodzinie stabilny dziesięciorublowy dochód, który nie tylko pozwalał na zaspokojenie najbardziej koniecznych potrzeb, ale także na pomoc innym. Trzej pozostający w domu chłopcy byli od tego momentu mocno włączani w obowiązki. Mieli przyrządzać posiłki i utrzymywać porządek. Gdy nadchodziła pora przerwy obiadowej, wszyscy chłopcy udawali się pod fabrykę, w której pracowali rodzice, i prowadzili ich za ręce do domu, gdzie często czekał już ugotowany przez nich obiad. Zdarzało się także, że Rajmund czy Franciszek pomagali rodzicom w samej fabryce, poznając z bliska trud pracy robotników, ale również metody zarządzania wielkimi przedsiębiorstwami. Metody, które wiele lat później zostały, w schrystianizowanej formie, zastosowane przez ojca Maksymiliana w jego drukarniach, a wreszcie w klasztorze-fabryce w Niepokalanowie.

W szkole Maryi

Wychowanie dzieci w takich warunkach i w miejscu, w którym w istocie nie działała kontrola społeczna, było niezmiernie trudne. Marianna miała na to jednak swój sposób: powierzyła dzieci Matce Bożej. „Co do wychowania mych synów, to nie roszczę sobie żadnego prawa do pochwał ani zasług, bo ja nie byłam zdolna być dobrą matką [...]. Czując nieudolność swoją, prosiłam Matkę Bożą, by mnie zastąpiła”22 – pisała po wielu latach do Niepokalanowa Marianna Kolbe. Maryja to zaproszenie przyjęła. Franciszek, Rajmund i Józef od dziecka wzrastali w niezwykle maryjnej atmosferze. I choć brak dowodów, by poza jednym, tak ważnym dla Rajmunda, objawieniem maryjnym miał on – przynajmniej w dzieciństwie – kolejne, to nie ulega wątpliwości, że od wczesnego dzieciństwa darzył Matkę Bożą szczerą miłością. „Jeszcze pamiętam – pisał we wspomnieniu o powołaniu do życia Rycerstwa Niepokalanej – że jako mały chłopiec kupiłem sobie za kilka kopiejek figurkę Niepokalanej”23. Tych kilka kopiejek mały Rajmund miał dostać na łakocie w święto Przemienienia Pańskiego, jednak jego miłość do Matki Bożej już wtedy była tak ogromna, że wydał je na figurkę Maryi. Gdy przyniósł ją do domu, matka poprosiła, by ją ucałował i by zawsze oddawał jej cześć24.

Pobożność małego Rajmunda (a także jego braci) budowana była przykładem ich rodziców. Jeszcze w Zduńskiej Woli codziennie uczestniczyli oni w mszy świętej o godzinie 8.00 rano (robiąc krótką przerwę w pracy); gdy przeprowadzili się do Pabianic i pracowali od 6.00 do 19.00, często wstawali o 4.00 rano, byle zdążyć na mszę o 5.00 w swoim parafialnym kościele. Tam też starali się regularnie przystępować do komunii świętej. Wieczorem, gdy wracali do domu po ciężkim dniu, także wstępowali na nabożeństwa wieczorne25. Modlitwą przed domowym ołtarzykiem rozpoczynali i kończyli dzień, a do pacierzy dodawali często także różaniec, Anioł Pański, litanie, a także specjalne pieśni, do których Juliusz przygrywał na skrzypcach. Świadkowie ich życia wspominali, że „gdy weszło się do nich w czasie modlitwy, żadna głowa się nie odwróciła, dopóki modlitwy nie skończyli”26. Rajmund i jego bracia mogli też obserwować głębokie zaangażowanie ojca w życie parafialne. Oprócz Trzeciego Zakonu św. Franciszka Juliusz należał do Żywego Różańca, osobiście przygotowywał też adorację niedzielną mężczyzn, zainicjował i prowadził adorację u Grobu Pańskiego, a ponadto chodził z parafialną pielgrzymką do Częstochowy27. Jego synowie, obserwując taki styl życia, chłonęli go i gdy tylko stało się to możliwe, służyli do mszy świętej jako ministranci. Wielką radością był w rodzinie także moment, gdy Franciszek i Rajmund razem przystąpili do Pierwszej Komunii Świętej: starszy z nich miał wtedy trzynaście, a młodszy jedenaście lat28.

Maryjność w domu Kolbów ściśle łączyła się z patriotyzmem. Chłopcy od najwcześniejszych lat byli uczeni miłości do polskiej literatury, którą ojciec czytywał im wieczorami, a ponadto zaangażowania na rzecz społeczeństwa. Tak jak w przypadku religijności, najważniejszym elementem wychowania był przykład. Juliusz Kolbe – mimo niebezpieczeństwa carskich represji – rozprowadzał konspiracyjne pisma i książki, między innymi „Kilińskiego”29 oraz „Polaka”30. Już tylko te dwa tytuły nie pozostawiają wątpliwości co do narodowego nastawienia Juliusza Kolbego. Gdy jednak w Pabianicach pojawiły się organizacje chadeckie, to właśnie w ich tworzenie i promowanie włączył się aktywnie ojciec św. Maksymiliana. Był on aktywnym członkiem Chrześcijańskiej Demokracji i Stowarzyszenia Robotników Chrześcijańskich. Ta ostatnia organizacja – założona przez ks. Marcelego Godlewskiego – aktywnie walczyła z wyzyskiem robotników przez fabrykantów. Jego zdaniem robotnicy zostali zdani

na łaskę i niełaskę fabrykanta i administracji fabrycznej. A nawet i wówczas, gdy prawo bierze w obronę pracującego, przedsiębiorcy potrafili prawo obejść bez względów żadnych, nawet czysto ludzkich. Chęć osiągnięcia jak największych zysków zagłusza wszelkie uczucia. Na robotnika patrzono więc tylko jako na siłę roboczą, jako na maszynę czysto mechaniczną, z której chciano wycisnąć jak największą korzyść. Wówczas, gdy robotnik zarabiał zaledwie tyle, aby tylko z głodu nie umarł, to kierownicy fabryk otrzymywali pensje aż nazbyt wygórowane31.

Marianna Kolbe, 1919 r.

Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich aktywnie udzielało pomocy, organizowało koncerty, odczyty, przedstawienia teatralne, a nawet kursy czytania i pisania dla analfabetów. Od samego początku prowadziło także działalność gospodarczą i wydawniczą. Wszystko to sprawiło, że już w niespełna dwa lata po powstaniu organizacji (założono ją w roku 1905, ale oficjalnie zarejestrowano w 1906) działało w niej ponad 22 000 robotników, skupionych w 79 kołach32. Juliusz Kolbe był zaangażowany w jej prace od samego początku, bowiem, jak pisał w jednym ze swoich tekstów opublikowanych w „Pracowniku Polskim” – „bardzo nam tu potrzeba takiego chrześcijańskiego związku, bo jednostki pozostawione same sobie zawsze są chwiejne i łatwo chylą się ku tym, którzy coś obiecują, choćby dla zamydlenia oczu”33.

Ojciec św. Maksymiliana nie tylko dystrybuował prasę czy prowadził niewielką domową biblioteczkę, z której mogli korzystać inni, ale angażował się też w protesty i strajki, o ile popierane były przez Ligę Narodową i chadeckie stowarzyszenia robotnicze. Taki strajk – ostatecznie wsparty przez wszystkich niemal robotników z fabryki Krusche-Endera, w której pracował wówczas Kolbe – odbywał się na przełomie października i listopada roku 1905, a największa masowa manifestacja wyszła na ulice 10 grudnia tego roku. „Ulicami miasta ciągnęły wówczas tłumy ludzi, niosąc sztandary z Białym Orłem – symbolem niepodległej Polski i Matki Boskiej Częstochowskiej”34 – opisywał tamte wydarzenia ojciec Leon Dyczewski, franciszkanin konwentualny, i dodawał, że uczestniczył w nich także Juliusz Kolbe, którego nawet aresztowano. Marianna obawiać się miała jego wywózki czy długotrwałego więzienia i modliła się z synami o wolność dla męża, która zresztą szybko nadeszła.

Marianna Kolbe, choć główne jej aktywności dotyczyły domu, również była osobą zaangażowaną społecznie: pomagała jako akuszerka. Porody odbierała niezwykle fachowo, rodziców zachęcała do modlitwy, a gdy było trzeba, sama chrzciła dzieci, których życie było zagrożone. Zdarzało się nawet, że robiła to wbrew woli rodziców – ochrzciła na przykład żydowskie dziecko z rodziny Rosenstein, które niebawem zmarło35. Rodzice mieli do niej o to ogromne pretensje, dla niej jednak było to spełnienie chrześcijańskiego obowiązku i wielka radość. Warto przypomnieć, że w tamtych czasach tak właśnie rozumiano obowiązek misyjny, i że nie tylko Marianna Kolbe, ale także wielka polska mistyczka, św. Faustyna Kowalska, zachowywała się w ten sposób:

Dzień dzisiejszy jest dla mnie tak wyjątkowy, pomimo że doznałam tyle cierpień, ale dusza moja opływa w radość wielką. W sąsiedniej separatce leżała ciężko chora Żydówka; przed trzema dniami byłam ją odwiedzić, odczułam w duszy ból, że już niedługo umrze i łaska chrztu św. nie obmyje jej duszy. Pomówiłam z siostrą pielęgnującą, że jak będzie się zbliżać ostatnia chwila, żeby jej udzielić chrztu św., ale była ta trudność, że zawsze Żydzi byli przy niej. Jednak uczułam w duszy natchnienie, aby się pomodlić przed tym obrazem, który mi Jezus kazał wymalować; mam broszurkę, a na okładce jest odbitka z tego obrazu Miłosierdzia Bożego. I rzekłam do Pana: Jezu, sam mi powiedziałeś, że udzielać będziesz wiele łask przez obraz ten, więc proszę Cię o łaskę chrztu św. dla tej Żydówki; mniejsza o to, kto ją ochrzci, byle została ochrzczona. – Po tych słowach dziwnie zostałam uspokojona i mam zupełną pewność, że pomimo trudności woda chrztu św. spłynie na jej duszę. I w nocy, kiedy była bardzo słaba, trzy razy do niej wstawałam, aby czuwać na stosowny moment, w którym by jej tej łaski udzielić. Rano czuła się jakby lepiej, po południu zaczęła się zbliżać ostatnia chwila; siostra pielęgnująca mówi, że trudno będzie jej udzielić tej łaski, ponieważ są przy niej. I nadszedł moment, że chora zaczęła tracić przytomność, a więc zaczęli biegać jedni po lekarza, inni znowuż gdzie indziej, aby chorą ratować, i tak [się stało], że pozostała sama chora, i siostra pielęgnująca udzieliła jej chrztu św. I nim się wszyscy zbiegli, to jej dusza była piękna, ozdobiona łaską Bożą i zaraz nastąpiło konanie. Krótko trwało konanie, zupełnie jakby zasnęła. Nagle ujrzałam jej duszę wstępującą do nieba w cudnej piękności. O, jak piękna jest dusza w łasce poświęcającej; radość zapanowała w mojej duszy, że przed obrazem tym otrzymałam tak wielką łaskę dla tej duszy36.

I nawet jeśli współcześni katolicy mają poczucie niestosowności takiego zachowania, to trzeba mieć świadomość, że wynikało ono – zarówno w przypadku Marianny, jak i Faustyny – z głębokiej miłości do drugiego człowieka i pragnienia zbawienia dla niego. Chrzest jest przecież sakramentem, który otwiera nam drogę do zbawienia, oczyszczeniem z grzechu pierworodnego, a udzielony na łożu śmierci staje się przepustką do nieba. Tak traktowały go obie święte kobiety.

Świadkami wszystkich tych wydarzeń byli Franciszek, Rajmund i Józef Kolbowie. Rodzice nigdy niczego przed nimi nie ukrywali. Chłopcy często siedzieli przy ojcu, gdy ten rozmawiał z innymi robotnikami, pomagali mu przy książkach (ich dorastanie łączyło się z wielkimi sukcesami wydawniczymi Henryka Sienkiewicza, którego powieści z pewnością czytali), a także obserwowali, jak matka, rzucając niekiedy wszystko, wybiega z domu, by pomóc kobietom przy porodzie. Wiedzieli też, że pomimo często zaglądającej im w oczy biedy rodzice zawsze byli gotowi dzielić się tym, co mieli, z innymi i nigdy nikogo o nic nie oskarżali. Najlepszym tego świadectwem jest opowieść Józefa Lenickiego: „W czasie nieobecności Kolbego zakradł się do jego mieszkania złodziej. Ktoś go zauważył i dał znać policji. Policja sprowadziła Kolbego z fabryki. Kolbe nie okazał się mściwy. Z miejsca chciał sprawę umorzyć, twierdząc, że nie ma nic cennego w domu, a chlebem zawsze może się z potrzebującym podzielić. W czasie rozprawy również poprosił, aby tamtemu darował”37. I właśnie takie wydarzenia czy rozmowy były najlepszą szkołą maryjności i franciszkanizmu, jaką mogli odebrać chłopcy. Marianna i Juliusz, jak Matka Boża, zawsze mieli czas dla innych, potrafili rzucić swoje obowiązki, by pomagać ludziom, nie troszczyli się o pieniądze i pokładali ufność w Bogu – i tylko w Bogu. Ich życie, choć bardzo proste, uformowało charakter synów i niewątpliwie stało się dobrym fundamentem kapłaństwa i życia zakonnego ojców Maksymiliana i Alfonsa.

Franciszek, Rajmund, Józef, Pabianice 1907 r.

To nie on był nadzieją

Ciekawe tylko, że to nie oni byli szykowani na kapłanów i zakonników. „Rajmund był ładnym chłopcem i rodzice bardzo go kochali. Całą jednak ich nadzieją był [najstarszy] Franuś. Mieli nadzieję, że to on w przyszłości zostanie księdzem”38 – opowiadała siostra Marianny Kolbe Anna Krakowska. Rajmund miał natomiast w przyszłości przejąć zawód ojca: zostać tkaczem i robotnikiem fabrycznym. Ten podział, nawet jeśli miał jakieś źródła w emocjach rodziców, wynikał z zupełnie przyziemnych spraw. Robotniczej rodziny nie było stać na pełne wykształcenie wszystkich synów. Musieli więc wybierać. Niezależnie od przyczyn czy ekonomicznego uwarunkowania decyzji, jaką podjęli Juliusz i Marianna, trzeba jasno powiedzieć, że dla małego Rajmunda miała ona bardzo konkretne skutki. O ile rodzicom zależało na tym, by ich dzieci miały elementarną wiedzę i dlatego – po roku lub dwóch nauki w domu – posłali je do przyfabrycznej szkoły Krusche-Endera, o tyle po jej zakończeniu musieli dokonać trudnego wyboru, którego z synów kształcić dalej; przynajmniej jeden z nich, w tym przypadku średni Rajmund, był skazany na pozostanie w domu i najpierw pomoc rodzicom i opiekę nad młodszymi braćmi, a później wykonywanie pracy rzemieślnika czy wykwalifikowanego robotnika. Nie jest jasne, dlaczego – mimo iż Marianna wiedziała o szczególnym objawieniu Rajmunda – zdecydowała wraz z mężem o tym, że kształcić na księdza będą akurat Franciszka. Czy wydawał się on wówczas spokojniejszy i lepiej się uczył? Czy może wygrało naturalne starszeństwo? A może były jeszcze inne powody, o których nie mamy obecnie pojęcia. Niezależnie od odpowiedzi na te pytania, nie ma wątpliwości, że gdyby nie łut szczęścia (albo raczej: Boża opatrzność) Rajmund Kolbe wykonywałby zawód swoich rodziców i nie powstałyby ani Rycerstwo Niepokalanej, ani „Rycerz Niepokalanej”, ani Niepokalanów. Nie jest natomiast wykluczone, że kapłanem zostałby Franciszek, choć i tego nie możemy – biorąc pod uwagę jego charakter – być pewni.

Tak się jednak nie stało. Pewnego dnia bowiem Marianna Kolbe wysłała syna po środki potrzebne do opieki nad jakąś kobietą. Chłopiec wbiegł do apteki i poprosił o faenum graecum. Aptekarz, pan Kotowski, zaskoczony tym, że malec znał łacińskie określenie, zadał mu proste pytanie:

– Skąd ty wiesz, że to się nazywa faenum graecum?

– Bo tak to się nazywa po łacinie – odpowiedział rezolutnie Rajmund.

– A skąd wiesz, że po łacinie tak się nazywa? – drążył temat Kotowski.

– Bo my chodzimy do księdza na lekcje łaciny – rzucił Rajmund. A potem, jak opisuje to wydarzenie Marianna Kolbe, opowiedział jeszcze aptekarzowi, że „brat chodzi do szkoły i jest w pierwszej klasie handlówki, a jeżeli Bozia pozwoli, to starszy brat będzie księdzem”.

– A ja muszę w domu pomagać, bo nas rodzice nie mogą obu kształcić, bo nie są tacy zamożni, a na dwóch trzeba dużo pieniędzy – miał mówić wówczas Rajmund. I te jego proste słowa, inteligencja widoczna w oczach i żar, z jakim mówił o nauce, sprawiły, że aptekarz zdecydował się mu pomóc.

– Przychodź tu do mnie, a ja ci będę dawał lekcje, tak że w końcu roku dogonisz swojego brata i razem zdacie do drugiej klasy – zaproponował Kotowski i wyznaczył chłopcu konkretne godziny, w których go dokształcał. W nauce łaciny pomagał zaś wówczas Rajmundowi (a także jego starszemu bratu) ks. Władysław Jakowski39.

Matka, która w liście do Niepokalanowa relacjonuje to wydarzenie, podkreśla, że Rajmund przybiegł do domu jak na skrzydłach. Reakcja rodziców mogła mu jednak owe skrzydła podciąć. Domowa edukacja miała się bowiem zakończyć zdaniem egzaminów do klasy drugiej szkoły handlowej (jedynej, do jakiej mogły wówczas uczęszczać dzieci z Pabianic), do której chodził już Franciszek Kolbe. I choć rodzice zgodzili się, by Rajmund lekcje pobierał, to jednocześnie podawali w wątpliwość jego zdolności40. Rajmund wspominał to nie bez lekko wyczuwalnej goryczy już jako kapłan. „Przypominam sobie Mama jeszcze jak miałem zdawać egzaminy do handlówki, Mama powiedziała, że jeżeli je zdam, zostanie królową; a Tata mówił, że zostanie biskupem. Ja przy Bożej pomocy, przez Niepokalaną, je zdałem”41 – pisał do Marianny Kolbe 20 kwietnia 1919 roku. Trudno zrozumieć, skąd ten sceptycyzm rodziców co do możliwości średniego syna. Jego wyniki w szkole podstawowej były niezłe, a chłopiec był niezwykle pracowity. Czy miała być to forma zdopingowania go do pracy? A może były to tylko niewinne żarty, którymi Rajmund za bardzo się przejmował? Odpowiedzi na te pytania oczywiście nie poznamy, bo św. Maksymilian, poza tą jedną wzmianką wyrażoną przy zupełnie innej okazji, nie wracał do tego momentu, a najważniejsze zapiski Marianny pochodzą z okresu po męczeństwie. Wtedy już wiadomo było, że faworyzowany i przeznaczony do kapłaństwa syn poszedł inną drogą, a Rajmund, który miał przejąć warsztat rodziców, został nie tylko kapłanem i zakonnikiem, ale także jednym z najbardziej wpływowych liderów opinii w Polsce i wreszcie, zgodnie z tym, co wybrał, męczennikiem. W takiej sytuacji trudno o obiektywne spojrzenie na wydarzenia sprzed wielu lat.

Niezależnie jednak od przyczyn lekkiego sceptycyzmu (a może łagodnej ironii) rodziców Rajmundowi udało się – po niespełna rocznej nauce w domu – zdać trudne egzaminy do szkoły handlowej i w roku szkolnym 1904/1905 uczęszczał do klasy drugiej Gimnazjum Handlowego w Pabianicach. Razem z bratem chodzili w czarnych mundurach szkolnych z zapinanymi pod szyją kołnierzami (z wyszytymi zielonymi wyłogami z żółtymi kotwicami). Mundur uzupełniony był czarną czapką z zielonym otokiem i kotwicami. Jak wspominają ich koledzy, zarówno Franciszek, jak i Rajmund uczyli się świetnie. „Celem ich była tylko nauka. Koledzy ich chodzili na bilard itp. Oni natomiast pilnowali tylko książek. Ponieważ ojciec i matka pracowali w fabryce, więc jeden z nich musiał gotować obiad [...]. Czas mieli wyliczony na naukę i zajęcia domowe. Nie mogli włóczyć się z kolegami i tracić czasu”42 – wspomina braci Kolbów ich szkolny kolega Adam Zalewski. Ten spokój nie wynikał jednak z odseparowania się od życia Franciszka i Rajmunda. Powody były inne. Chłopcy z biednej rodziny doskonale wiedzieli, ile kosztuje ich nauka, i nie mogli tracić czasu na sprawy nieistotne. To przywiązanie do każdej minuty pozostało zresztą Rajmundowi (a w zasadzie już ojcu Maksymilianowi) do końca życia.

Od małych rzeczy wiele zależy – mówił św. Maksymilian w Niepokalanowie do braci franciszkanów 12 czerwca 1937 roku – w sprawie uświęcenia duszy trudno nazwać jakąkolwiek rzecz małą, gdyż ze względu na ważny cel – wszystko jest bardzo ważne. Tak jak w samolocie agrafka może mieć ogromne znaczenie, tak samo i w rzeczach duchowych, aby się wznosić bliżej Pana Boga, drobnych rzeczy należy bardzo przestrzegać i są one bardzo ważne43.

I choć oczywiście świadomość wagi nawet najdrobniejszych wyborów wpisana jest w życie zakonne, to wiele wskazuje na to, że uczyć się takiego podejścia do obowiązków zaczął św. Maksymilian już w domu rodzinnym.

Od zawsze rycerz

Jedenastoletni Rajmund w Gimnazjum Handlowym uczestniczył w pierwszych działaniach społecznych: 7 lutego 1905 roku rozpoczął się strajk szkolny. Nauczyciele i uczniowie walczyli o wprowadzenie języka polskiego do nauczania, zniesienie w szkołach ograniczeń narodowych i wyznaniowych oraz policyjnego nadzoru nad młodzieżą. Rajmund Kolbe zaangażował się w wydarzenia w Pabianicach, a „uczestnicząc w tłumie strajkujących, doświadczył duchowej siły, jaka wytwarza się na skutek zjednoczenia ludzi tymi samymi ideami, pragnieniami i przeżyciami”44. Strajk, a dokładnie cała seria strajków szkolnych w Królestwie Polskim zakończyła się sukcesem i 30 kwietnia 1905 roku car Mikołaj II wydał ukaz tolerancyjny, który pozwolił na spolszczenie szkoły. Już w roku szkolnym 1905/1906 Rajmund i Franciszek Kolbowie uczestniczyli w zajęciach odbywających się wyłącznie po polsku. Zmiany jednak nie dotyczyły tylko języka: w tym samym roku połączono dwa gimnazja handlowe (męskie i żeńskie) w jedno, koedukacyjne. I o ile ta pierwsza zmiana bardzo się państwu Kolbom podobała, o tyle druga nie budziła już takiego entuzjazmu. Marianna Kolbe obawiała się, że koedukacja może przyczynić się do zniszczenia naturalnej czystości jej synów i do przedwczesnego zainteresowania dziewczętami45.

Nic jednak nie świadczy o tym, by tak się stało – przynajmniej jeśli chodzi o Rajmunda. On już wtedy – choć wiele wskazuje na to, że powołanie kapłańskie i zakonne dopiero się w nim powoli rodziło – zafascynowany był Matką Bożą i to Ją darzył chłopięcym jeszcze, ale szczerym i mocnym uczuciem. Może (choć we wspomnieniach brak po tym śladu) przydarzyło mu się to samo co Maksymilianowi, jednemu z wizjonerów z La Salette, który pytany o to, dlaczego – mimo że nie został kapłanem – nigdy się nie ożenił, odpowiadał, że gdy zobaczyło się kobietę tak piękną jak Maryja, to żadna inna już się nie podoba. Rajmund Kolbe doświadczył podobnego spotkania i choć wiemy o nim niewiele, to jedno pozostaje niewątpliwe: wpłynęło ono na jego życie i naznaczyło je bardzo głęboko. Niewątpliwie w Gimnazjum Handlowym w Pabianicach Rajmund nie miał jeszcze wystarczająco jasnej wizji własnej przyszłości, ale wiedział już, że będzie zawsze walczyć dla Matki Bożej46. Widać w tym szczególnym dążeniu ślady zarówno lektur Henryka Sienkiewicza (przypomnijmy, że właśnie w roku 1905 pisarz otrzymał literacką Nagrodę Nobla), jak i pojmowania życia mężczyzny jako walki, rycerskiego poświęcenia się damie swojego serca i ofiarowania jej tego, co najważniejsze. Rozumienie celu życia mężczyzny u Maksymiliana Marii Kolbego było oczywiste. Był on przekonany, że jego życie ma być rycerską walką dla Niepokalanej. Walką, z której nic – poza śmiercią – nie może go zwolnić. „Umrzeć w boju – to jest dopiero normalny stan, a tak to jakoś po dziadowsku”47 – mówił do braci franciszkanów w Niepokalanowie 30 stycznia 1938 roku. Rajmund Kolbe, późniejszy ojciec Maksymilian, na zawsze pozostał wojownikiem.

* * *

1 P. Maxence, Maksymilian Kolbe. Kapłan, dziennikarz, męczennik, tłum. J.M. Kłoczowski, Warszawa 2013, s. 22.

2 L. Dyczewski OFMconv., Źródła wielkości, Niepokalanów–Lublin 2011, s. 10.

3 Cyt. za: S. Lepczyński, Historia Zduńskiej Woli, http://lepczynski.eu/strona/o-miescie/historia-zdunskiej-woli?showall=&start=2 [dostęp: 13.10.2016].

4 L. Dyczewski OFMconv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 11.

5 P. Maxence, Maksymilian Kolbe, dz. cyt., s. 18.

6 „Historia nowoczesności jest obok innych rzeczy poszukiwaniem Bożego wicekróla. Rozum, przyroda, Geist, kultura, sztuka, wzniosłość, naród, państwo, ludzkość, Byt, społeczeństwo, Inny, pragnienie, siła życiowa i stosunki osobiste – wszystkie te rzeczy działały okresowo jako formy wypartej boskości” (T. Eagleton, Kultura a śmierć Boga, tłum. B. Baran, Warszawa 2014, s. 51).

7 L. Dyczewski OFMconv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 12.

8 P. Sotowski OFMConv., Opowieść o św. Maksymilianie, Niepokalanów 2011, s. 14.

9 Tamże.

10 P. Maxence, Maksymilian Kolbe, dz. cyt., s. 12.

11 E. Jabłońska-Deptuła, Legenda polska. Kościół – religia – naród 1764–1864, Warszawa 2015, s. 133.

12 L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 17.

13 Cyt. za: P. Sotowski OFMCOnv., Opowieść o Maksymilianie, dz. cyt., s. 15.

14 L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 18.

15 Tamże, s. 23.

16 P. Sotowski OFMConv., Opowieść o Maksymilianie, dz. cyt., s. 15.

17 Tamże.

18 W Polsce agitacja socjalistyczna i komunistyczna nie przybierała zazwyczaj formy antyreligijnej czy agresywnie ateistycznej. O wiele częściej odwoływano się do ludowego i rzemieślniczego antyklerykalizmu. W związku z tym „postawa lewicowego działacza robotniczego była możliwa do pogodzenia z wiarą i praktykami religijnymi” (M. Gawin, Przemiany cywilizacyjne na ziemiach polskich w XIX wieku, [w:] Historie Polski w XIX wieku, t. I, red. A. Nowak, Warszawa 2013, s. 223).

19 L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 25.

20 P. Sotowski OFMConv., Opowieść o św. Maksymilianie, dz. cyt., s. 17.

21 P. Maxence, Maksymilian Kolbe, dz. cyt., s. 14.

22 Cyt. za: L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 37.

23 M.M. Kolbe, Jak zaczęła się Milicja Niepokalanej, [w:] tenże, Pisma, cz. II, Niepokalanów 2008, par. 1105, s. 559.

24 C.R. Foster, Rycerz Maryi. Misja i męczeństwo św. Maksymiliana Marii Kolbego, tłum. K. Janik-Pniak, Niepokalanów 2007, s. 20.

25 L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 43.

26 P. Sotowski OFMConv., Opowieść o św. Maksymilianie, dz. cyt., s. 17.

27 L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 44.

28 P. Sotowski OFMConv., Opowieść o św. Maksymilianie, dz. cyt., s. 17.

29 Był to organ Narodowego Związku Robotniczego, czyli organizacji narodowej związanej początkowo z ruchem narodowym. Po roku 1908 NZR zerwał współpracę z ruchem narodowym z powodu jego przesadnej orientacji prorosyjskiej.

30 Pismo przygotowane przez Ligę Narodową dla pozyskiwania ludności wiejskiej.

31 R. Łętocha, Wiara, praca, godność. Ksiądz Marceli Godlewski i Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich, [w:] tenże, O dobro wspólne. Szkice z katolicyzmu społecznego, Kraków 2010, s. 185.

32 Tamże, s. 191.

33 J. Kolbe, Pabianice, „Pracownik Polski” 1907, nr 19, cyt. za: L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 55.

34 Tamże

35 C.R. Foster, Rycerz Maryi, dz. cyt., s. 36.

36 F. Kowalska, Dzienniczek, Kraków 2011, par. 916, s. 481.

37 Cyt. za: L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 34.

38 Cyt. za: P. Sotowski OFMConv., Opowieść o św. Maksymilianie, dz. cyt., s. 18.

39 Na podstawie listu Marii Kolbe do Niepokalanowa z 12 X 1941 r., [w:] L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 60–61.

40 C.R. Foster, Rycerz Maryi, dz. cyt., s. 35.

41 M.M. Kolbe, List do Marii Kolbe, Rzym, 20 IV 1919, [w:] tenże, Pisma, cz. I, Niepokalanów 2007, par. 23, s. 58.

42 Cyt. za: L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 62.

43 Konferencje świętego Maksymiliana Marii Kolbego, Niepokalanów 2009, s. 120.

44 L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 65.

45 C.R. Foster, Rycerz Maryi, dz. cyt., s. 36.

46 A. Wojtczak OFMConv., Ojciec Maksymilian Maria Kolbe, Niepokalanów 2008, s. 19.

47 Konferencje, dz. cyt., par. 120, s. 173.

ROZDZIAŁ 2

W szkole ojca Franciszka

To miały być kolejne misje ludowe w kościele parafialnym w Pabianicach. Uczestniczyli w nich także – co nie powinno być zaskoczeniem – Franciszek i Rajmund, uczniowie klasy drugiej Gimnazjum Handlowego. Kaznodzieją był ówczesny prowincjał galicyjski franciszkanów konwentualnych, ojciec Peregryn Haczela, który w czasie kazań poinformował, że we Lwowie jego prowincja zakonna otworzyła małe seminarium duchowne, w którym polscy chłopcy mogą zdobyć wykształcenie i zacząć przygotowywać się do kapłaństwa i życia zakonnego. Te słowa szczególnie mocno przemówiły do obu braci Kolbów. Niemal od razu chcieli wstąpić do seminarium i natychmiast po powrocie do rodzinnego domu zaczęli przekonywać rodziców, by pozwolili im na ten krok; rodzice jednak z wielu różnych powodów nie byli tą propozycją zachwyceni. Rajmund miał wówczas niespełna trzynaście lat, Franciszek piętnaście. Marianna i Juliusz wcale nie chcieli się z nimi rozstawać, i to nie wiedząc, czy jakikolwiek kontakt z przebywającymi po drugiej stronie granicy dziećmi (bo przypomnijmy: Lwów znajdował się w Galicji, czyli po stronie austrowęgierskiej, a Pabianice w zaborze rosyjskim) będzie możliwy. Po drugie nauka w małym seminarium także była płatna, a biedna rodzina Kolbów niekoniecznie miała pieniądze na utrzymanie dwójki synów w internacie i szkole. Po trzecie, o ile w przypadku Franciszka rodzice nie mieli wątpliwości, że powinien się kształcić na kapłana i gotowi byli wysłać go do szkoły we Lwowie, o tyle w przypadku młodszego Rajmunda wciąż nie byli tego pewni. Czy rzeczywiście wypuszczać z domu także młodszego? Czy nie powinien jednak pójść drogą rodziców, która od początku była mu przez nich przypisywana?

Rajmund jednak nie poddawał się. Prosił rodziców, namawiał ich, opowiadał o swoich marzeniach przyjaciołom rodziny. I wreszcie, nie bez wpływu przyjaciela domu, ks. Włodzimierza Jakowskiego, Marianna i Juliusz zdecydowali się: obaj chłopcy wstąpią do małego seminarium we Lwowie. Mocnym argumentem było wsparcie finansowe, jakiego udzielił im ks. Jakowski, który zobowiązał się do pokrycia wpisowego. Decyzja zatem zapadła, ojciec Haczela potwierdził przyjęcie obu chłopców, a oni wraz z rodzicami zaczęli szykować się do radykalnej zmiany życia. Mieli opuścić dom i zamieszkać poza nim, w zasadzie bez możliwości powrotu przed ukończeniem szkoły1.

Zerwanie

Rodzice, choć pogodzili się z taką decyzją, nie mieli w sobie dość energii i woli2, by wspierać synów w przygotowaniach. Nie chcieli się z nimi rozstawać. Większość koniecznych formalności załatwił więc proboszcz parafii. Ostatecznie chłopcy wyruszyli pieszo w drogę z ojcem w okresie żniw. Granicę między zaborem rosyjskim a austriackim przekroczyli ukryci w furze zboża w Miechowie i dalej poszli do Krakowa. Tam nastąpiło pożegnanie, a Rajmund i Franciszek udali się – już sami (ojciec wrócił do Pabianic), tym razem pociągiem – do Lwowa. Podróż koleją opłacił jakiś anonimowy darczyńca, którego ojciec Maksymilian wspominał w modlitwie podczas każdej mszy świętej do końca życia3. Nastrój przygody zapewne niósł chłopców, ale czy mieli oni świadomość, jak głęboko zmieni się od tego momentu ich życie? Nie mogli przecież wiedzieć, że gdy na przełomie sierpnia i września 1907 roku opuszczali pabianickie mieszkanie, to było ich ostatnie na nie spojrzenie. Nie podejrzewali nawet, że za kilka lat ich najmłodszy brat do nich dołączy, małżeństwo ich rodziców się rozejdzie (ze szczytnych religijnych powodów), a oni nie będą mieli dokąd wracać nawet na wakacje. Ranek, kiedy pożegnali się z matką i ruszyli w drogę z ojcem, był ostatnim, jakiego doświadczyli w normalnym, ciepłym, religijnym domu. „Wyjeżdżając do Małego Seminarium we Lwowie – podsumowywał tamten moment życia przyszłego świętego ojciec prof. Leon Dyczewski – Rajmund definitywnie zamknął za sobą jeden okres swojego życia: okres dzieciństwa. Z materialnych rzeczy zabrał ze sobą tylko tyle, ile mógł w chłopięcych rękach unieść”4. I tak mu już zostało. W kolejnych latach Rajmund – później już jako Maksymilian – wciąż ruszał w drogę z pustymi rękami, ale wyposażony w wiarę, nadzieję i miłość, które otrzymał w domu rodzinnym. I nigdy, lub niemal nigdy, nie oglądał się za siebie.

Aby jednak uświadomić sobie, jak głębokie było to zerwanie, trzeba przypomnieć, że już rok później do małego seminarium we Lwowie trafił także najmłodszy syn małżeństwa Kolbów, czyli Józef, a rodzice 9 lipca 1908 roku podpisali dokument, w którym Juliusz Kolbe zrzekał się swoich praw małżeńskich i wyrażał zgodę, by jego żona wstąpiła do klasztoru. On sam miał podobne plany: chciał jako franciszkański tercjarz zamieszkać przy jakimś klasztorze i tam spędzić resztę życia5. Nie była to nieprzemyślana decyzja. Wiele wskazuje na to, że Marianna i Juliusz (chyba bardziej ona niż on) nosili się z nią od dawna. Wcześniej, krótko po narodzeniu ostatniego z dzieci, oboje złożyli ślub wstrzemięźliwości seksualnej i odtąd żyli jak brat z siostrą. A gdy wypuścili ostatnie dziecko z domu, zdecydowali się na kolejny krok ku pełnemu poświęceniu się Bogu. I choć współczesnego człowieka taka decyzja może szokować, a i wówczas wcale nie była oczywista, to wypływała ona z głębokiego pragnienia całkowitego poświęcenia się Bogu. Wiele świadczy o tym, że to pragnienie silniejsze było w Mariannie, ale i Juliusz je podzielał. Nic też nie wskazuje, by powodem rozstania było wygaśnięcie miłości małżeńskiej. Świadkowie są zgodni, że Marianna i Juliusz bardzo się kochali, i nie widzieli w ich związku kłótni czy sporów. W pewnym momencie jednak zwyciężyło w nich silniejsze pragnienie: pragnienie pójścia do klasztoru. I Marianna w nim wytrwała.

Juliusz natomiast, choć po rozstaniu z żoną próbował kilkukrotnie życia przy rozmaitych franciszkańskich klasztorach (we Lwowie, Kalwarii Pacławskiej, Czyżkach i Krakowie), ostatecznie powrócił do życia świeckiego i zamieszkał – samotnie – w Częstochowie, gdzie pomagał w działaniach społecznych ks. Włodzimierzowi Jakowskiemu i prowadził niewielką księgarenkę. Błyskawicznie, jak w innych miejscach, pozyskał tam nowych znajomych, a jego zaangażowanie w sprawy robotników spotykało się z ogromną sympatią. Odwiedzał też synów, zarówno we Lwowie, jak i w Krakowie6. Wydaje się, że nie czuł się szczęśliwy. Tęsknił za żoną i dziećmi, nie był stworzony do życia w samotności. I zapewne dlatego szukał zmiany. „Od pół roku, tj. od św. Jana, myślę stąd wyjechać. Nie wiem jednak, jak będzie, i gdzie będę – myślę tylko, że przecież znajdę choć spokojny kącik. Zaprawdę! Tu w Częstochowie nie byłoby mi biedy, gdyż mam byt pewny, lecz tęsknota nie pozwoli mi być długo na jednym miejscu; a tym bardziej gdy wy, dzieci, zapominacie jaki list napisać. Wy macie swoich kolegów, ale ja przed nikim serca otworzyć nie mogę – muszę być pustelnikiem w ludnym mieście” – pisał Juliusz Kolbe do najmłodszego syna 11 stycznia 1913 roku. Jednak mimo cierpienia, tęsknoty, bólu wspierał dzieci w powołaniu. „Nie chcę nigdy przeszkadzać w przyszłym dobru waszym, choćbym ja przez to wiele cierpieć musiał”7 – dodawał w tym samym liście.

List Marianny Kolbe do synów, 1928 r.

O wiele lepiej z życiem klasztornym radziła sobie Marianna. W pierwszych latach mieszkała u sióstr benedyktynek we Lwowie i starała się o przyjęcie do tego zakonu. Nie udało się to, bowiem uznawano ją za osobę zbyt starą, a poza tym nie miała odpowiedniego posagu. Zaczęła więc szukać kolejnych miejsc, a jej syn – wówczas już zakonnik na studiach w Rzymie – starał się jej pomóc na różne sposoby. W listach z Rzymu są tego liczne dowody. Maksymilian pisze do mamy, że próbuje załatwiać „tę sprawę”, a także sygnalizuje fiasko kolejnych prób znalezienia dla mamy miejsca albo w klasztorze sióstr franciszkanek misjonarek w Asyżu8, albo w innych zgromadzeniach w Niemczech. „Ojciec Serafin pisał do trzech klasztorów. Z pierwszego odpowiedziano, że w starszym wieku nie przyjmują. Z drugiego, bawarskiego, że tylko z Bawarii przyjmują. Z trzeciego, że nie przyjmują i że same nie mają co jeść”9 – pisał 19 stycznia 1913 roku. Ani te, ani późniejsze próby nie przyniosły rezultatów, i żaden zakon nie przyjął Marianny Kolbe. Mimo to można uznać, że do końca żyła ona życiem zakonnym. W pierwszych latach przy wspomnianym już klasztorze benedyktynek we Lwowie, gdzie zapamiętano ją jako „człowieka o głębokiej wierze”, który „pragnął bardzo prowadzić życie zakonne”10, a później, dzięki wstawiennictwu franciszkanów konwentualnych, w krakowskim klasztorze sióstr felicjanek. One również odmówiły Mariannie możliwości wstąpienia do zgromadzenia11, ale zgodziły się, by zamieszkała przy klasztorze jako tercjarka-rezydentka. I tak już zostało: tam umartwiała się, modliła i umarła po 33 latach niemal zakonnego życia. Po jej śmierci w celi znaleziono ułożoną na łóżku deskę i dyscyplinę. Siostry felicjanki potraktowały Mariannę jak członka swojego zgromadzenia i nie tylko wpisały na listę zmarłych sióstr, ale i pochowały w zakonnym grobowcu na cmentarzu rakowickim12.

Rozstanie się rodziców św. Maksymiliana sprawiło, że jego życie było od wczesnej młodości naznaczone całkowitym ewangelicznym zerwaniem. „Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” – mówił Jezus do swoich uczniów (Łk 9, 58). A Rajmund Kolbe krótko po wstąpieniu do zakonu stracił miejsce, gdzie mógłby wracać, by odpocząć po trudach głoszenia słowa Bożego. Jego zakorzenieniem stały się nie miejsca, ale relacje. Relacja z Niepokalaną i Jej Synem, ze świętymi, których nie tylko otaczał głęboką czcią, ale z którymi nieustannie rozmawiał i którzy zawsze mu pomagali, i wreszcie więź z rodzoną matką, która w pewnym stopniu zastępowała dom. To wszystko być może wyjaśnia także ogromną łatwość przenoszenia się z miejsca na miejsce, zostawiania rozpoczętych dzieł innym, podążana jedynie za wolą Bożą bez oglądania się wstecz13. Ucieczką, domem, ostoją był dla św. Maksymiliana tylko Bóg; wszystko inne zostawił, i to od najwcześniejszych lat.

Franciszkanizm wyssany z mlekiem matki

Wstępujący do małego seminarium ojców franciszkanów konwentualnych Rajmund Kolbe był wychowany także w wielkim kulcie św. Franciszka i zakorzeniony swą postawą we franciszkanizmie. Trzeci Zakon, do którego należeli jego rodzice, przeżywał wówczas niezwykle dynamiczny rozwój. Papież Leon XIII, sam tercjarz franciszkański, był przekonany, że franciszkanizm ludzi świeckich mógłby odgrywać na przełomie XIX i XX wieku rolę podobną do tej, jaką odegrał w wieku XII i XIII, gdy św. Franciszek nie tylko stworzył nowe zakony, ale także niezwykle mocno pobudził zaangażowanie ludzi świeckich w życie religijne. To dla nich, w odpowiedzi na ich ogromne pragnienie bardziej radykalnego życia w świecie, stworzony został w 1221 roku, przy ustnej zgodzie papieża, Trzeci Zakon. Po zakończonej kapitule generalnej Franciszek zaczął gorliwie głosić kazania. Wielu ze słuchaczy było gotowych porzucać domy i rodziny, byle tylko pójść za kaznodzieją. „Święty Franciszek, widząc ten zapał do życia według Ewangelii, kazał ludziom pozostać w swoich domach, obiecując im, że poda im dokładniejsze wskazania, jak mają służyć Bogu na sposób zakonników”14 – opisuje powstanie Trzeciego Zakonu ojciec Joachim Roman Bar; pierwszymi oficjalnie przyjętymi osobami byli bł. Luchezjusz i jego żona Bonadonna, których Franciszek przyodział w proste tuniki przepasane sznurem.

Nowa forma życia ludzi świeckich błyskawicznie się przyjęła i rozpowszechniła i to nie tylko we Włoszech, gdzie powstała. Najważniejszym chyba powodem było to, że po raz pierwszy w historii średniowiecznej pobożności ktoś zaproponował formę radykalnego zaangażowania w życie duchowe ludziom, którzy nie chcieli lub nie mogli zrezygnować z życia świeckiego. „Bracia pokutujący” mieli przepajać duchem ewangelicznym codzienne życie. W Liście do wiernych św. Franciszka znaleźć możemy najbardziej podstawowe zasady, którymi kierować się mieli świeccy żyjący duchem franciszkańskim:

Powinniśmy spowiadać się przed kapłanem ze wszystkich grzechów naszych i przyjmować od niego Ciało i Krew Pana naszego Jezusa Chrystusa. Kto nie spożywa Jego Ciała i nie pije Jego Krwi (por. J 6, 55. 57), nie może wejść do Królestwa Bożego (J 3, 5). Niech jednak spożywa i pije godnie, ponieważ kto niegodnie przyjmuje, sąd sobie spożywa i pije, nie rozpoznając Ciała Pańskiego (por. 1 Kor 11, 29), tj. nie odróżnia [od innych pokarmów]. Wydawajmy również godne owoce pokuty (Łk 3, 8). I kochajmy bliźnich jak siebie samych (por. Mt 22, 39). A jeśli kto nie chce kochać ich tak jak siebie, niech im przynajmniej nie wyrządza zła, lecz niech im czyni dobrze – pisał św. Franciszek z Asyżu. – Ci zaś, którzy otrzymali władzę sędziowską, niech sądzą z miłosierdziem, tak jak sami pragną otrzymać miłosierdzie od Pana. Sąd bowiem bez miłosierdzia będzie nad tymi, którzy miłosierdzia nie okażą (por. Jk 2, 13). Miejmy więc miłość i pokorę; i dawajmy jałmużnę, bo ona oczyszcza dusze z brudów grzechowych (por. Tb 4, 11; 12, 9). Ludzie bowiem tracą wszystko, co zostawiają na tym świecie, zabierają jednak ze sobą wynagrodzenie za miłość i jałmużny, jakich udzielali; otrzymają za nie od Pana nagrodę i odpowiednią zapłatę.

List do wiernych zawiera też powtarzające się wezwania do pokuty, do pogardy dla własnej cielesności, a także do pokory. „Nie pragnijmy nigdy górować nad innymi, lecz bądźmy raczej sługami i poddanymi wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga” – pouczał św. Franciszek. Nie zabrakło w tym fundamentalnym dokumencie także mocnego wskazania, że życie w postawie radykalnej pokuty ma chronić przed piekłem.

Lecz niech wiedzą wszyscy, że gdziekolwiek i w jakikolwiek sposób umarłby człowiek w grzechu śmiertelnym bez zadośćuczynienia, i może zadośćuczynić, a nie zadośćuczynił, szatan porywa jego duszę z jego ciała z takim uciskiem i męką, o jakich nikt wiedzieć nie może, o ile tego nie doznał. I wszystkie bogactwa i władza, i wiedza, o których sądził, że je posiada, zostaną mu odjęte (por. Mk 4, 25; Łk 8, 18). I pozostawia krewnym i przyjaciołom, a ci zabiorą i podzielą jego majętność, a następnie powiedzą: „Niech będzie przeklęta jego dusza, bo mógł więcej nam dać i zgromadzić, niż zgromadził”. Ciało jedzą robaki; i tak gubi ciało i duszę w tym krótkim życiu i pójdzie do piekła, gdzie będzie cierpiał męki bez końca15.

Jak wyglądała realizacja tego życia w praktyce?

Zaraz po wstąpieniu do stowarzyszenia mają naprawić krzywdy i zwrócić dobra nieprawnie nabyte, oraz zrobić testament. W ten sposób ukazują swą „śmierć dla świata” – a także przyczyniają się do większego pokoju między ludźmi, unikając na przyszłość nieporozumień i procesów w rodzinie. Jako umarli dla świata, mają uwolnić się i od innych więzów, a więc nie składać przysięgi feudalnej, nie nosić broni. Ten przepis reguły wywołał sprzeciw panów feudalnych, ale miał ogromne znaczenie społeczne. Zadawał bowiem cios zależności człowieka od człowieka w systemie feudalnym, wprowadzał równość i braterstwo, obalał bariery stworzone między poszczególnymi stanami16.

Zjawiska te wzmocniły jeszcze przywileje nadane Trzeciemu Zakonowi przez kolejnych papieży. Ostatecznie specjalną regułę życia Trzeciemu Zakonowi Franciszkańskiemu przyznał papież Mikołaj IV w 1289 roku bullą Supra montem. To ona stała się podstawowym dokumentem, w oparciu o który prowadzono życie tercjarskie, zarówno to regularne (które przekształcało się w rozmaite zgromadzenia zakonne), jak i świeckie. Tekst reguły zatwierdzony przez Mikołaja IV obowiązywał przez 600 lat i został zmieniony dopiero przez papieża Leona XIII, który chciał odnowić i zdynamizować życie świeckich, także poprzez Trzeci Zakon Franciszkański. W konstytucji apostolskiej Misericors Dei Filius wydanej 20 maja 1883 roku papież złagodził część przepisów, część dostosował do dziewiętnastowiecznych realiów, a ponadto dodał wykaz odpustów i łask duchowych17. Rok wcześniej w encyklice Auspicato concessum poświęconej właśnie św. Franciszkowi z Asyżu wskazywał, że przyjęcie zasad postępowania zawartych w regule Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego jest najlepszą drogą do sprawiedliwszego świata, zwalczania ducha rewolucji, a także podziału między bogatymi a biednymi. Święty Franciszek bowiem pokazał, że „bogaci powinni być miłosierni i wspaniałomyślni, a biedni zadowoleni z tego, co mają, i z pracy; ponieważ nikt nie przychodzi na światy, by posiadać, ale by osiągnąć niebo, jedni przez cierpliwe znoszenie swojej sytuacji, a drudzy przez hojność. [...] Zachęcamy wszystkich chrześcijan, aby chętnie wstępowali w szeregi tego świętego rycerstwa Jezusa Chrystusa. [...] Oby narody chrześcijańskie zaciągnęły się pod sztandar Trzeciego Zakonu z taką gorliwością i w takiej liczbie jak dawniej, kiedy to na wyścigi garnęły się do Franciszka”18 – pisał papież Leon XIII.

Apele papieskie nie pozostały daremne i ruch tercjarski (na ziemiach polskich również w formie regularnej) zaczął się błyskawicznie rozwijać. Jego powiązanie z kwestią społeczną dodawało mu atrakcyjności. I właśnie w momencie niezwykle mocnego papieskiego wsparcia dla tej tradycyjnej już wówczas formy życia religijnego do Trzeciego Zakonu przyłączyli się rodzice Rajmunda Kolbego. Nie ulega wątpliwości, że ojciec – tak mocno zaangażowany zarówno w działalność Trzeciego Zakonu, jak i w kwestie społeczne – przekazywał synom elementy postawy św. Franciszka, a także nauczania Leona XIII; matka natomiast wprowadzała synów w głęboki kult nie tylko św. Franciszka, ale też innych franciszkańskich świętych. Gdy więc starsi jej synowie – Franciszek i Rajmund – wstępowali do lwowskiego Małego Seminarium, byli już zapoznani, przynajmniej na poziomie podstawowym, z duchowością św. Franciszka. Surowość (przy jednoczesnej delikatności) wychowania, jakie odbierali w domu, sprawiała zaś, że nie mieli większych problemów z adaptacją do internatowych warunków.

Poszukiwacz perpetuum mobile

Małe Seminarium Ojców Franciszkanów (Konwentualnych) we Lwowie było wówczas małe nie tylko z nazwy. Istniało dopiero drugi rok i liczyło niespełna trzydziestu kilku uczniów. Program nauczania był identyczny jak w świeckich gimnazjach, a zajęcia prowadzili zarówno zakonnicy, jak i osoby świeckie. Seminarium miało polski charakter, nauczyciele troszczyli się o pobudzanie patriotyzmu i podtrzymywanie polskich tradycji, a także o to, by przyszli kandydaci do zakonu poznali dobrze nie tylko franciszkanizm, ale również jego polskie oblicze. Było to w tym czasie o tyle proste, że w Kościele obchodzono 700. rocznicę powołania Pierwszego Zakonu Franciszkańskiego oraz 500. rocznicę śmierci pierwszego arcybiskupa Lwowa, też franciszkanina, bł. Jakuba Strzemię. Obie rocznice mocno wpływały na wyobraźnię chłopców i na seminaryjny program.

Jak wyglądało codzienne życie Rajmunda i Franciszka Kolbów? Choć obaj byli z zaboru rosyjskiego, przez co wielu kolegów traktowało ich niemal jak cudzoziemców – i co uniemożliwiało im powroty do domu na wakacje czy przerwy świąteczne – zupełnie zwyczajnie. „Zamykało się ono w obrębie godzin lekcyjnych, wspólnej sali do nauki, refektarza, ogrodu, codziennych rekreacji, przechadzek dwa razy w tygodniu odbywanych na słynnym Kaizerwaldzie oraz wspólnych modlitw”19 – opisuje tamte lata, na podstawie bardzo skromnych źródeł, ojciec Albert Wojczak. I w tym codziennym, gęsto przetykanym modlitwą życiu Rajmund Kolbe wyróżniał się przede wszystkim... talentem do matematyki i innych przedmiotów ścisłych. Jego szkolni koledzy wspominali, że w lot rozwiązywał zadania, które im zajmowały wiele godzin. „Profesor matematyki nie miał dla Rajmunda takiego zadania, którego by on nie rozwiązał. Toteż Rajmund był przedmiotem podziwu tak dla samego profesora, jak i kolegów. Mniej celował w naukach języków i historii”20 – wspominał kolega z internatu, ojciec Bronisław Stryczny. Talent do przedmiotów ścisłych Rajmunda był podobno tak wielki, że pewnego dnia jego nauczyciel matematyki miał westchnąć: „Jaka szkoda, że tak zdolny młody człowiek ma zostać zakonnikiem”21.

Matematyczne zainteresowania przydawały się Rajmundowi także w czasie wolnym, gdy projektował urządzenia techniczne. Kilka z nich przedstawił nawet w specjalnym zgłoszeniu wynalazków do ministerstwa w roku 1909. „Ja, niżej podpisany, ośmielam się przedłożyć Wysokiemu CK Ministerium moje samodzielne pomysły” – pisał piętnastoletni Rajmund Kolbe i proponował: telegraf piszący, „telegraf, do którego należy tylko mówić, aby na drugiej stacji aparato to zapisał i oddał”, aparat zapisujący mowę i głosy natury22. Ciekawe przy tym, że choć pierwsza część tego dokumentu pochodzi z roku 1909, to szczegółowe opisy części z projektów są datowane już na rok 1919, co oznacza, że także po wstąpieniu do zakonu, studiach teologicznych, a nawet wyświęceniu na kapłana Rajmund nie porzucił swoich zamiłowań. Jeśli zaś nie dane mu było ich rozwijać, to głównie dlatego, że inne zaczął sobie stawiać cele. Zainteresowania techniczne, ścisłe myślenie pozostały mu jednak na zawsze i pomagały w realizacji wydawniczych i dziennikarskich projektów.

Zaskakiwać może też, że już wtedy interesował się przekazywaniem ludzkiej myśli i informacji, czym przecież zajmował się niemal przez całe swoje późniejsze życie. Nic nie wskazuje jednak na to, by o tych planach wiedzieli jego koledzy. Ich zabawiał raczej rozmowami o konieczności skonstruowania perpetuum mobile (opinia nauczyciela, że tego się nie da zrobić, wcale go nie przekonała, bowiem w jego słowniku w ogóle nie istniało, tak wtedy, jak i później, takie sformułowanie)23, a także możliwości podróży na Księżyc. Jego zdaniem miało się to stać możliwe, i to w niedługim czasie, za pomocą „rakiety wybuchowej”, a dowodem na to miały być liczne wyliczenia matematyczne24.

Zdolności matematyczne i techniczne młody Rajmund chciał ofiarować... Polsce i walce o jej niepodległość. To dlatego, jak wspominają jego seminaryjni koledzy, zainteresował się fortyfikacjami Lwowa, a podczas spacerów rozważał metody, dzięki którym będzie można pokonać Austriaków i odebrać im miasto. Jeszcze bardziej niż Austriaków Rajmund chciał pokonać Rosjan. „Uciska nas Rosjanin, jego usunąć, a wszystko będzie dobrze”. – Takie słowa zapamiętał z rozmowy z braćmi Kolbe ojciec Anzelm Kubit i dodaje, że w czasie nauki gimnazjalnej obaj chłopcy zaczytywali się w Sienkiewiczu, a „wszystkie ich dążenia i pragnienia – streszczały się na Polsce – o której wolności marzyli, której przeszłość poznawali coraz lepiej w nauce historii, literaturze, i jeszcze bardziej ją kochali”25. Pragnienie walki było w Rajmundzie tak silne, że właśnie we Lwowie przed ołtarzem obiecał także Matce Bożej, że będzie dla niej walczył. „Jak – nie wiedziałem, ale wyobrażałem sobie walkę orężem materialnym”26 – notował wiele lat później.

Nauka, techniczne zajęcia i zabawy nie odciągały chłopca od modlitwy. Rajmund nie tylko dyskretnie i bez ostentacji angażował się we wszystkie praktyki przewidziane przez regulamin seminaryjny, ale też wiele czasu spędzał na modlitwie osobistej. Jeden z jego kolegów wspominał po latach, że gdy pewnego razu wpadł do klasy, zastał tam Rajmunda, a ten był tak zatopiony w modlitwie, że nawet nie zauważył jego wejścia27. To wydarzenie – choć i inni świadkowie tamtego etapu życia Rajmunda zgodnie stwierdzają, że lubił on cichą, osobistą modlitwę – w niczym nie podważa innych świadectw, wedle których nie był on chłopcem „ostentacyjnie pobożnym” ani tym bardziej egzaltowanym28. Modlitwa stanowiła dla niego codzienność, powietrze, ale nie było w nim ani sztucznej dewocji, ani niekontrolowanej emocjonalności. Rajmund już wtedy był wojownikiem, a nie kimś, kto w modlitwę i pobożność ucieka przed trudnościami.

Ten militarny aspekt jego natury szczególnie mocno ujawnił się, gdy obaj bracia kończyli Małe Seminarium. Franciszek nie miał najmniejszych wątpliwości, że wstąpi do nowicjatu i będzie franciszkaninem i kapłanem, młodszy Rajmund natomiast miał zupełnie inne plany. Wyobraźnia podsuwała mu obrazy mundurów, bohaterskich szarży, zdobywania kolejnych twierdz i budowy militarnej potęgi Polski. Marzenia te tak mocno nim owładnęły, że nie tylko sam postanowił po ukończeniu Małego Seminarium porzucić zakon i zająć się wojaczką, ale także namówił do tego brata. Obaj byli już gotowi do ostatecznej rozmowy z prowincjałem i rozpoczęcia nowej drogi życia; wtedy jednak interweniowała, nie po raz pierwszy w życiu Rajmunda, opatrzność Boża. Tuż przed rozmową z prowincjałem do furty lwowskiego klasztoru i niższego seminarium zadzwoniła Marianna Kolbe, która chciała poinformować synów o decyzji swojej i męża o rozstaniu i podjęciu życia zakonnego. Ta rozmowa zmieniła nastawienie Rajmunda i Franciszka. „Tak potargał Pan Bóg wszystkie sieci diabelskie”29 – wspominał w liście do matki ojciec Maksymilian. Decyzję podjęto i obaj bracia wstąpili do zakonu.

Odrodzenie franciszkanizmu

Decyzja o wstąpieniu do zakonu zapadła w okresie szczególnym dla franciszkanów konwentualnych w Polsce. Dosłownie kilka lat wcześniej zaczął się bowiem niezmiernie trudny proces odradzania obserwancji zakonnej w prowincji galicyjskiej. W XIX wieku doszło niemal do zniszczenia nie tylko instytucji, ale i charyzmatu franciszkanów konwentualnych w Polsce, którzy przed rozbiorami przeżywali pełen rozkwit. W 1773 roku istniały trzy prowincje (polska, ruska i litewska), które pod koniec XVIII wieku liczyły sobie 12 kustodii, 90 domów, 1254 zakonników. Jeśli dodać do tego statystyki ze Śląska (choć tu część zakonników i klasztorów była oczywiście niemiecka), to ogółem funkcjonowało w tym czasie 99 klasztorów franciszkańskich, do których należało 1465 zakonników30. Na tle świata dane te nie robiły takiego wrażenia, bowiem w 1773 roku franciszkanie konwentualni mieli 40 prowincji, dwie misje, 1257 klasztorów i 25 000 zakonników. Jednak XVIII wiek, a konkretniej jego koniec, to początek głębokiego kryzysu życia zakonnego: rewolucja francuska, kasaty zakonów czy ograniczenie prawa ich działalności, do jakich dochodziło w Republice Weneckiej i w Austrii, a wreszcie wojny napoleońskie – wszystkie te czynniki znacząco osłabiły życie zakonne. A jeśli dodać do tego oświecenie, które w wielu krajach zachodnich nawet jeśli nie uderzyło w religię, to negatywnie wpłynęło na życie zakonne, obraz stanie pełny. W efekcie pod koniec XIX wieku (a był to już czas odrodzenia zakonu) liczył on... 22 prowincje, jedną misję, 306 klasztorów i 1481 zakonników31.

W Polsce ten proces osłabiania franciszkanów konwentualnych rozpoczął się już w drugiej połowie XVIII wieku, gdy wyraźnie zaczęła spadać liczba powołań zakonnych. Prawdziwy dramat nastąpił jednak po rozbiorach, gdy antykatolicko (Rosja i Prusy) lub przynajmniej antyzakonnie i antypapiesko (Austria) nastawieni zaborcy rozpoczęli próby całkowitego podporządkowania sobie zakonników, a nawet likwidacji zakonów. Franciszkanom albo utrudniano i uniemożliwiano kontakt z generalatem w Rzymie, albo wręcz likwidowano klasztory i prowincje, włączając młodszych duchownych w szeregi duchowieństwa diecezjalnego, a starszych grupując w klasztorach, które miały całkowity zakaz przyjmowania nowych członków. W efekcie po powstaniu styczniowym, które franciszkanie konwentualni ofiarnie wspierali, zakon został skasowany w zaborach pruskim i rosyjskim; jedynym celem ostatniej ocalałej prowincji franciszkanów w Galicji było przetrwanie i przekazanie dalej i tak bardzo ograniczonego przez warunki charyzmatu32. Największym problemem było to, że arcykatolicki cesarz Austrii (a później Austro-Węgier) swoimi postanowieniami w istocie uniemożliwił życie franciszkańskie. Decyzje odnoszące się do miejsca pobytu zakonników musiały być zatwierdzane przez władze lokalne (co oznaczało zniesienie choćby ślubu posłuszeństwa), każdy zakonnik miał wypłacane przez państwo wynagrodzenie za pracę (co znosiło ślub ubóstwa), a do tego państwu zależało na zmniejszeniu kosztów, więc ograniczało ono możliwości przyjmowania nowych zakonników. Państwo wreszcie mogło w każdej chwili przenieść zakonnika do innej placówki, również powierzając mu zwykłą, niezakonną parafię. Skutek był taki, że ówcześni – i tak nieliczni – franciszkanie konwentualni żyli w zasadzie jak kapłani diecezjalni, przez nikogo niekontrolowani, niechętnie zachowując obserwę zakonną33.

Odrodzenie rozpoczęło się od wizytacji prowincji przez generała zakonu ojca Bonawenturę Soldatica w roku 1883. Próbował on stopniowo reformować i odbudowywać życie franciszkańskie na całym świecie; do Galicji przybył z gotowym projektem. Zaczął szukać gorliwych i pełnych ducha zakonników, by wtajemniczyć ich w swój plan stopniowej reformy, później zaś chciał przekonać pozostałych, by w wyborach nowego prowincjała wsparli właśnie osobę wskazaną przez niego. Tak się stało: nowym prowincjałem został ojciec Samuel Rajss, a na najbliższego współpracownika wybrał sobie ojca Remigiusza Dudę, którego mianowano mistrzem nowicjatu. Obaj skupili się na formacji młodych zakonników, starszym – zgodnie zresztą z ustaleniami z generałem – pozwalając zachować niezmienioną formę życia34. Ich zaangażowanie sprawiło, że w ciągu niespełna dziesięciu lat udało się przywrócić życie wspólnotowe, na początku w Krakowie, a później kolejno w innych placówkach, utworzyć najpierw bursę franciszkańską (przekształconą potem w gimnazjum dla kandydatów do życia zakonnego), a następnie także własne studium filozoficzno-teologiczne. Wyraźnie wzrosła również liczba zakonników. W roku 1883, gdy ojciec Rajss po raz pierwszy został wybrany prowincjałem, było ich 57, pod koniec jego posługi już 8335. Od tego momentu dynamizm duszpasterski i misyjny franciszkanów konwentualnych w prowincji galicyjskiej nie słabł. W 1904 roku pierwsi franciszkanie z Polski wyjechali do pracy wśród Polaków w Stanach Zjednoczonych i stali się fundamentem, na którym zbudowano dwie polskie prowincje zakonne w USA. Zbudowano także placówki w Danii, zaś w kraju na skutek usilnych starań udało się doprowadzić do koronacji dwóch cudownych obrazów w Krakowie i Kalwarii Pacławskiej.

Zakon rósł w siłę także pod względem liczebnym. W 1908 roku prowincja liczyła już 111 zakonników, a w roku 1912 – 130, w tym 69 kapłanów, 34 braci i 35 kleryków36. Liczby nie mówią jednak wszystkiego. O wiele istotniejsze jest, że był to już odrodzony i zreformowany zakon – z silnym nowicjatem i zdecydowanie zachowywaną obserwancją, a także z wieloma zakonnikami wiernymi franciszkańskiemu charyzmatowi.

Właśnie w takim momencie dołączył do niego Rajmund Kolbe. Jeden z tych, którzy głęboko uwewnętrznili franciszkanizm, ale także pchnęli go na zupełnie nowe tory.

Za furtą nowicjatu

Zanim się to jednak stało, Rajmund miał się całkowicie zanurzyć w życiu zakonnym. Jeszcze w sierpniu 1910 roku rozpoczął wraz z kolegami rekolekcje, do jakich zobowiązani byli kandydaci na zakonników. Trwały one osiem dni i dopiero po nich następował obrzęd obłóczyn połączony z nadaniem nowego imienia i rozpoczęciem nowicjatu.

Młody Kolbe zrobił ten krok 4 września 1910 roku. W tym momencie umarł dla świata Rajmund, a narodził się Maksymilian Maria. Skąd takie imię zakonne? Wybór nie był wcale oczywisty, bo jak wskazuje Philippe Maxence, imię to z łaciny oznacza „największy”, a zakon, do którego wstępował Rajmund, nosił i nadal nosi nazwę Zakonu Braci Mniejszych. Nie ma także pośród franciszkanów świętych Maksymilianów. W kalendarzu liturgicznym znajdziemy natomiast św. Maksymiliana, męczennika, którego zamordowano w 295 roku w Numidii, a także biskupa Maksymiliana z Celei, który dostąpił męczeństwa w 284 roku. Jeśli to któryś z nich był patronem Kolbego, można powiedzieć, że już w przyjętym imieniu zawarta była zapowiedź męczeńskiej śmierci. Nie jest jednak wykluczone, że przyczyny wyboru takiego imienia były bardziej polityczne. Taką tezę stawiał autor pierwszej, napisanej już w roku 1943, biografii ojca Maksymiliana, Piero Chiminelli. Według włoskiego historyka imię Maksymilian nawiązywać miało do historii politycznej Austrii; nosili je przecież przedstawiciele rządzącej dynastii. Pierwszy z nich przyłączył Tyrol do cesarstwa austriackiego, drugi walczył z muzułmanami Sulejmana Wspaniałego, trzeci – brat cesarza Franciszka Józefa – był cesarzem Meksyku. Dwaj ostatni niespecjalnie nadawali się na bohaterów wyobraźni zbiorowej franciszkanów: jednego uznawano za zwolennika protestantyzmu, a drugi był masonem37. Trudno też sobie wyobrazić, by członkowie prowincji galicyjskiej, mocno przywiązani do polskiej tożsamości, żywili szczególną cześć wobec władców kraju, który uczestniczył w rozbiorach Polski.

Mało wiemy o tym okresie życia Maksymiliana. Nie zachowały się notatki z rekolekcji czy choćby wypisy z lektur. Niewiele do powiedzenia mają także ówcześni współbracia zakonni Kolbego. Wiadomo tylko, że nowicjat był wtedy okresem całkowitego odcięcia się od świata, a nawet reszty zakonu. Kandydaci na zakonników mieszkali – pod opieką mistrza nowicjatu – za osobną furtą i w całkowitej samotności przygotowywali się do życia zakonnego, poznając rozmaite metody rozważania duchowego, modlitwy, a przede wszystkim zgłębiając duchowość, prawa i historię swojego zakonu. Młodych zakonników uczono również tradycyjnego rozumienia posłuszeństwa nie tylko obserwie zakonnej, ale i przełożonym, a także milczenia.

Sam Maksymilian wspominał, że był to dla niego czas poszukiwania wzorców prawdziwej pobożności maryjnej. „Mimo dużej skłonności do pychy Niepokalana pociągała mnie coraz silniej. Na klęczniku miałem w celi stale obrazek jakiegoś świętego, któremu objawiała się Niepokalana, i często modliłem się do Niej”38 – pisał. Modlitwa ta pomagała zapewne rozpraszać mroki wątpliwości, które dopadły w okresie nowicjackim brata Kolbego.

W czasie nowicjatu, Lwów 1914 r.

Jego mistrzem nowicjatu był ojciec Dionizy Sowiak, człowiek wielkiej poczciwości, ale jednocześnie lubiący dynamicznych, żywych i rozbrykanych kandydatów do zakonu39; taki właśnie był w tym okresie brat Maksymilian, o czym świadczy choćby fakt, że jeszcze przez przynajmniej kilka miesięcy dręczyło go w nowicjacie pytanie, jak ma walczyć dla Matki Bożej. „Nowicjackie życie natomiast ukazywało mu bardzo skromną rzeczywistość w zakonie. O walce nie było mowy. Pozostawała do końca życia cicha, szara praca dla duszy, w ubogim habicie, bez wszelkich zewnętrznych wystąpień, bez sławy, bez wielkości, bez zewnętrznej walki. Stąd powstała w jego umyśle trudność – w jaki sposób ma spełnić swoje przyrzeczenie”40 – opisuje dręczące nowicjusza skrupuły ojciec Sowiak. Kolbe, choć dopiero zaczynał życie zakonne, wiedział już jednak, w jaki sposób powinien tego rodzaju trudności przezwyciężać. Zgłosił się do swojego mistrza nowicjatu i tam szczerze i bez ogródek wyjaśnił, jaka dopadła go zgryzota, a ten zwyczajnie zmienił mu postanowienie walki dla Najświętszej Maryi Panny na odmawianie jednego Pod Twoją obronę dziennie. I wątpliwości ustąpiły. W ich rozwianiu dopomógł bratu Maksymilianowi także przydzielony mu przez mistrza nowicjatu kolega, wtedy także nowicjusz, brat Bronisław Stryczny.

Wydarzenie to pokazuje doskonale, jakie podejście miał już wówczas przyszły święty do posłuszeństwa zakonnego. Było ono dla niego drogą do Boga, najpewniejszą i prowadzącą do doskonałości. Kilka zaledwie lat później wyjaśniał on tę kwestię w liście skierowanym do swojego młodszego brata, który w zakonie przyjął imię Alfons.

Posłuszeństwo więc i tylko posłuszeństwo objawia nam z pewnością wolę Bożą. Przełożeni mogą się pomylić, ale my przez posłuszeństwo nigdy nie zbłądzimy. Jedyny jest wyjątek, tj. jeśliby przełożony rozkazywał coś, co jest jasno, evidenter, bez żadnej wątpliwości byłoby grzechem, choćby najmniejszym (co w praktyce nigdy niemal się nie zdarza), wtedy bowiem zastępca nie byłby zastępcą Pana Boga

– podkreślał ojciec Maksymilian i dodawał: „przez posłuszeństwo stajemy się nieskończenie potężni: któż bowiem może oprzeć się woli Bożej?”41. I choć list ten pochodzi z o wiele późniejszego okresu, nie ulega wątpliwości, że właśnie do takiego posłuszeństwa był zaprawiany i sam siebie zaprawiał brat Maksymilian już w nowicjacie. To dlatego jedna decyzja przełożonego „zniszczyła wszelką wątpliwość i przyniosła zupełny spokój wewnętrzny”42.

Pierwszy rok upłynął błyskawicznie. 11 września 1911 roku Maksymilian złożył trzyletnie śluby czasowe, a tuż po nich trzeba było powrócić do ław gimnazjalnych: w tamtym okresie uczniowie Małego Seminarium, jeśli decydowali się na życie zakonne, wstępowali do nowicjatu przed ukończeniem gimnazjum, a po złożeniu ślubów na rok wracali do szkoły. Ich życie, choć w znacznym stopniu regulował je rytm życia gimnazjum, było już jednak absolutnie normalnym życiem zakonnym. Wraz z pozostałymi zakonnikami uczestniczyli w obowiązkowych modlitwach, odmawiali w chórze brewiarz, prowadzili medytacje i próbowali pogłębiać w sobie życie duchowe. Jednocześnie, jak to chłopcy, ulegali czasem pełnemu żartów życiu uczniowskiemu. A dodatkowo przygotowywali się do egzaminów maturalnych, które musieli zdać na koniec gimnazjum.

Spotkanie z Wenantym

W czerwcu 1912 roku, tuż po końcu nauki w gimnazjum, przełożeni skierowali brata Maksymiliana na wakacyjny wypoczynek do Kalwarii Pacławskiej. W tym pięknym klasztorze, położonym niemal na końcu świata, pośród niewielkich wzgórz pokrytych lasami, miał on nabierać sił do nauki w krakowskim seminarium, oddychać świeżym powietrzem, a także pogłębiać maryjną pobożność. Żaden z tych celów nie był w tym miejscu trudny do osiągnięcia. Kalwaria Pacławska słynęła nie tylko z obrazu Matki Bożej Kalwaryjskiej, ale też i z odtworzonej przez Andrzeja Maksymiliana Fredrę sieci maryjnych dróżek, na których można się było całkowicie zanurzyć w maryjnej pobożności i spędzić dni na rozważaniu kolejnych tajemnic z życia Matki Bożej. Ogromne wrażenie wywierał ponadto na wiernych i klerykach maryjny odpust odbywający się w połowie sierpnia, w którym uczestniczyły nie tylko tłumy pielgrzymów z całej Małopolski Wschodniej, ale także bracia klerycy i liczni ojcowie zjeżdżający na ten czas z różnych klasztorów.

Ojciec Wenanty Katarzyniec, 1912 r.

Dalsze losy Maksymiliana pokazały jednak, że najważniejszym wydarzeniem tego krótkiego pobytu w Kalwarii było dla niego zaprzyjaźnienie się z nieco tylko starszym klerykiem bratem Wenantym Katarzyńcem. „Robił wrażenie zakonnika wyjątkowo wyrobionego duchowo” – wspominał spotkanie jedenaście lat później ojciec Maksymilian. „Bardzo pokorny, kochający modlitwę i pracowity. W piłkę mniej mu się udawało, ale w opracowywaniu różnych zagadnień wykazywał dużo wiedzy, bystrości umysłu i pracowitości”43. Co zbliżyło obu młodych franciszkanów? Raczej nie były to cechy charakteru, bo różniło ich wiele. Jak pokazały kolejne lata, brat Maksymilian był człowiekiem w ciągłym ruchu, poszukającym, angażującym się w dziesiątki prac i pragnącym ewangelizować cały świat. Wenanty raczej szedł w głąb, angażował się w duszpasterstwo całym sobą, ale przede wszystkim pogłębiał świętość, uciekał od świata.

Tym, co ich łączyło – i co zresztą od razu wychwycił Maksymilian – było pragnienie świętości i wierności duchowi franciszkańskiemu i zakonnej obserwancji, a także pracowitość.

Bez wątpienia najciaśniejszymi węzłami, jakie tylko mogą być na tej ziemi, są te, które łączą i jednoczą różnych ludzi w jedną rodzinę zakonną – pisał podczas studiów seminaryjnych (czyli mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaprzyjaźnił się z bratem Maksymilianem) brat Wenanty. – Lecz miłość ta i szacunek nie mają odnosić się tylko do braci, z którymi razem żyjemy i obcujemy, one sięgają dalej i każą nam kochać i cenić wszystko, co tylko jest dobrego w zakonie, a więc zwyczaje i tradycje zakonne, a więc te mury święte, które nas przed światem kryją, a więc czcić nam należy pamięć przodków naszych zakonnych, którzy są chlubą i wzorem naszym. Aby zaś umieć cenić ich pamięć, oczywiście trzeba ich znać. Poznanie tedy tych sławnych mężów jest obowiązkiem naszym44.

Brat Maksymilian tę samą myśl zanotował podczas rekolekcji w Krakowie, tuż po powrocie z tamtych wakacji w Kalwarii Pacławskiej. „Wszyscy franciszkanie to twoi bracia”45 – pisał, odnosząc się do rekreacji, ale też – szerzej – do postawy wobec innych zakonników.

Akurat ta poświęcona zakonnej rekreacji część notatek z rekolekcji rozpoczynających rok akademicki mogła być związana ze wspomnieniem rozmów z Wenantym. „Jeśli będziesz umiał obcować na rekreacji, to i z ludźmi świeckimi dobrze pójdzie. Rekreacja to szkoła przyszłego obcowania z ludźmi w życiu apostolskim. Lepiej czasem modlitwę opuścić niż rekreację”46 – notował brat Maksymilian myśli rekolekcjonisty. A Wenanty, który kilka lat wcześniej odbywał nowicjat, właśnie z rekreacją i normalnymi kontaktami z innymi zakonnikami miał przez jakiś czas poważny problem. Kiedy w czasie rekreacji jego koledzy żartowali, on sam, nawet jeśli się uśmiechał, odsuwał się na bok, odmawiał też uczestnictwa w różnych działaniach, jeśli tylko uznawał, że mogą one naruszyć jakiekolwiek zasady. Wszystko to sprawiało, że koledzy – a przez krótki czas także przełożeni – traktowali go jak kogoś z innego świata. Trwało to dopóty, dopóki młodziutki zakonnik nie doszedł do wniosku, że aktywne uczestnictwo w zakonnej rekreacji czy żarty z kolegami są... obowiązkiem miłości braterskiej47. Od tego momentu zaczął o wiele bardziej angażować się w żarty i zabawy kolegów, choć i wówczas nie przekraczał pewnych granic, a wielu – między innymi brat Maksymilian – dostrzegało u niego braki, na przykład w grach zespołowych.

Wszystko to nie zmienia faktu, że już od pierwszych lat w zakonie brat Wenanty uchodził za niemal świętego48. Powodem był nie tylko jego ustępliwy charakter, miłość, z jaką odnosił się do każdego, ale także głębokie życie modlitewne (Wenanty co godzinę na kilka minut wymykał się z celi, by adorować Najświętszy Sakrament), a przede wszystkim wierność wszystkim, nawet najdrobniejszym przepisom zakonnym. „Męczeństwo brata Katarzyńca było ciągłym przełamywaniem siebie na drodze najwierniejszego wypełniania wszystkich najdrobniejszych obowiązków”49.

Przygotowanie do decyzji

Po dwumiesięcznych wakacjach obaj klerycy wyruszyli do Krakowa, gdzie mieli rozpocząć okres studiów. Pierwszy rok filozofii, według ówczesnego curriculum studiów, obejmował dwa przedmioty, ale klerycy musieli się nauczyć łaciny, w której były one wykładane. Na tym właśnie skupić się miał od października 1912 roku brat Maksymilian.

Rok akademicki rozpoczął się jednak od rekolekcji, z których notatki już cytowałem. Te zapiski (zresztą pierwsze autorstwa Maksymiliana), choć są streszczeniem słów rekolekcjonisty, pozwalają wejrzeć w głąb serca młodziutkiego brata i zobaczyć, co go wówczas fascynowało, porywało, a co nie było dla niego łatwe.

Grzech, lęk przed nim, walka z nim i powołanie do świętości stały w centrum tych rekolekcji. Brat Maksymilian skrupulatnie notował rady rekolekcjonisty, który pomagał zrozumieć swoim słuchaczom, jak wielkie znaczenie mają rzeczy z pozoru małe: „Grzechy w zakonie są grzechami o wiele cięższymi niż w świecie, bo tu wiesz, co to znaczy grzech, skutki itd., a przynajmniej powinieneś wiedzieć, stosownie do łask”50. Ta myśl pozostała w Kolbem na długo; często przypominał on o tym później, także formowanym przez siebie zakonnikom.

Co zatem zrobić z grzechem? Po pierwsze, uświadomić sobie, że życie po tej stronie nie jest wieczne. „Dobrze z grzechem: a w czyśćcu, w piekle będzie dobrze?”51 – pisał kleryk. Po drugie, zrozumieć, że nawet powszechne, drobne grzechy nie oddziałują tylko na mnie, ale również na całą wspólnotę. „Może twoje powszednie grzechy w zakonie odwracają błogosławieństwo Boże nie tylko od ciebie, ale od całego zakonu. Może wskutek twoich grzechów mało powołań”52 – podkreślał. I po trzecie, konieczne jest uświadomienie sobie, że sformułowanie „nie mogę” w istocie oznacza „nie chcę”, a to jest już nie tylko lenistwem, ale przede wszystkim sprzeniewierzeniem się woli Bożej. Lekarstwem na grzech jest oczywiście spowiedź i postanowienie poprawy. Ale to ostatnie musi być niezwykle konkretne. „Po jednej gałązce łam. Po spowiedzi z jednego szczególnie postanów poprawę. Nie zniechęcaj się i licz, ile razy upadłeś. Jak mniej – «chwała Bogu»; jak więcej «cum timore et tremore»”53 – uzupełniał.

Nie zabrakło w tych dniach także lekcji życia zakonnego i związanych z nimi postanowień. Już na samym początku rekolekcji przypomniał sobie Maksymilian, jak wielkim darem jest dla człowieka powołanie zakonne. „Celem człowieka – chwała Boża; celem zakonnika – większa sława Boża; nagrodą człowieka – niebo; nagrodą zakonnika – większe szczęście w niebie. Różnica między człowiekiem cywilnym uczciwym a kapłanem – jak niebo a ziemia. U papieża Piusa X to nie przesada”54 – zanotował młody zakonnik. Ale ten wielki dar wymaga też odpowiedzi. Zakonnik musi żyć modlitwą, posłuszeństwem, duchem zakonu. „Posłuszeństwo (rozumu i woli) najtrudniejszy do wypełnienia ze ślubów” – zapisał w trakcie rekolekcji. „Pomocą: widzieć w przełożonym rozkazującego Boga i człowiek nic lepszego robić nie może nad rozkaz przełożonego”55.

A już niebawem miał na samym sobie przetestować umiejętność takiego właśnie traktowania posłuszeństwa zakonnego. Kilka zaledwie dni po zakończonych rekolekcjach wezwał go do siebie mistrz kleryków, ojciec dr Czesław Kellar, by zakomunikować decyzję prowincjała o wyjeździe Maksymiliana – w grupie siedmiu kleryków – na studia do Rzymu. Informacja ta była dla kleryka szokiem, dlatego po niespełna godzinie zapukał ponownie do drzwi celi mistrza nowicjatu i zaczął przekonywać, by nie wysyłano go z Polski. „Mam bardzo słabe zdrowie” – miał mówić brat Kolbe. „Obawiam się, czy podołam obowiązkom w Rzymie i czy nie zawiodę pokładanych we mnie nadziei przełożonych, a przez to nie chcę narażać prowincji na niepotrzebne a kosztowne wydatki”.

Argumenty te najwyraźniej przekonały mistrza klerykatu, który uznał, że Kolbe zostanie w Krakowie. Tyle że Maksymilian po powrocie do celi przypomniał sobie wszystkie wpajane mu od początku nowicjatu uwagi na temat posłuszeństwa i zaczął zastanawiać się, czy przypadkiem swoim zachowaniem nie złamał ślubu, wymuszając na przełożonym decyzję. Po jakiejś godzinie postanowił ponownie udać się do celi mistrza, by odwołać wszystko, co wcześniej powiedział. Nie było to łatwe. Ojciec Kellar znany był z cholerycznego usposobienia, a kleryk, który nie jest w stanie podjąć prostej decyzji, zazwyczaj nie cieszy się szczególną sympatią. Z drugiej jednak strony, jeśli decyzja przełożonego jest wolą Bożą, a brat Maksymilian ją odrzucił, to zgodnie z zasadami, które tak pilnie przyswajał sobie podczas rekolekcji, może się okazać, że nie tylko zaszkodził sobie, ale i całemu zakonowi; a na to nie chciał sobie pozwolić. Dlatego ponownie stanął pod celą ojca Kellara, by tym razem odwołać wszystkie swoje słowa i zapewnić, że przyjmie każdą decyzję. „Proszę, by ojciec magister nie zważał na moje poprzednie słowa, by sam zadecydował”56 – powiedział. I mistrz zadecydował. Brat Kolbe miał pojechać do Rzymu, choć wcale go to nie zachwycało. Rzym jawił mu się jako miejsce rozpusty, gdzie „baby nawet zaczepiają zakonników”57, i dlatego prosił matkę o szczególną modlitwę.

Posłuszeństwo przyniosło jednak – tak jak uczono brata Maksymiliana podczas rekolekcji – szczególnie pozytywne skutki. Dwa lata po jego wyjeździe z Krakowa wybuchła pierwsza wojna światowa. Część kleryków, w tym Franciszek Kolbe, wystąpiła wówczas z seminarium i nigdy już do zakonu nie powróciła. Znając patriotyczne nastawienie Maksymiliana, nie można wykluczyć, że i on podjąłby taką decyzję. Poza tym Rzym stał się miejscem, w którym młody brat przeżył najważniejsze doświadczenia duchowe i intelektualne; to one pozwoliły mu zostać prawdziwym wojownikiem, rycerzem Niepokalanej.

* * *

1 C.R. Foster, Rycerz Maryi, dz. cyt., s. 40–41.

2 Jak zaświadcza Franciszek Pisalski, chłopców przygotowywał do drogi proboszcz parafii pabianickiej, „bez nacisków ze strony rodziców, a nawet wbrew ich woli, bowiem nie chcieli się oni rozstawać z synami” (cyt. za: P. Maxence, Maksymilian Kolbe, dz. cyt., s. 29).

3 Na liście intencji modlitewnych osoba ta figuruje po prostu jako „co bilet opłacił do Lwowa”, ale na liście tej poza nim są także kandydaci na ołtarze (choćby siostra św. Teresy z Lisieux, siostra Leonia), generałowie zakonu, pastor, o którego nawrócenie modlił się zakonnik, a także jego rodzice, bracia, krewni. Zob. M.M. Kolbe, Pisma, dz. cyt., cz. II, par. 873, s. 203–205.

4 L. Dyczewski, Źródła wielkości, dz. cyt., s. 72.

5 P. Sotowski OFMConv., Opowieść o św. Maksymilianie, dz. cyt., s. 21.

6 W pierwszym zachowanym liście do Marii Kolbe mamy tego jasne świadectwo: „Tato jest tutaj” – pisał brat Maksymilian i dodawał: „przez ostatnie dwa dni wolno mi – gdzie, kiedy i jak długo chcę – przebywać z tatą” (M.M. Kolbe, List do Marii Kolbe, Kraków, 28 X 1912, w: tenże, Pisma, dz. cyt., cz. I, par. 1, s. 31).

7 Cyt. za: L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 103.

8 „Jeżeli mama sobie życzy do Asyżu, to – dobrze, bo język nie będzie przeszkodą (tam bowiem będą i Niemki)” – pisał w liście z 26 XII 1912 r. i przypominał, że mama musi jeszcze załatwić potwierdzenie u biskupa dokumentu o zgodzie na dozgonny ślub czystości, jaki podpisał Juliusz Kolbe. Zob. M.M. Kolbe, Pisma, dz. cyt., cz. I, par. 4, s. 34.

9 Tamże, par. 5, s. 35.

10 Słowa Michaliny Kucharskiej, cyt. za: L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 93.

11 „Ze względu na wiek spóźniony i zamężcie, na zakonnicę Pani Kochanej przyjąć nie możemy, tylko jako tercjarka mogłaby Pani mieszkać przy klasztorze aż do śmierci, służąc Zgromadzeniu według Woli Przełożonych; o ślubach żadnych mowy być nie może” (list s. M. Cherubiny, matki prowincjalnej sióstr felicjanek, cyt. za: L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 94).

12 Tamże, s. 96.

13 Można powiedzieć wręcz, że Maksymilian był w pewnym stopniu doskonałym obrazem słów Jezusa: „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9, 62).

14 J.R. Bar, Nowe formy zrzeszeń katolików świeckich w XIII wieku, „Prawo Kanoniczne” 1969, t. 12, nr 3–4, s. 205.

15 Franciszek z Asyżu, List do wiernych B[recensio brevis 1], [w:] Pisma św. Franciszka z Asyżu. Teksty łacińskie i starowłoskie w polskim przekładzie, Kraków 2009, s. 522–523.

16 J.R. Bar, Nowe formy zrzeszeń katolików świeckich w XIII wieku, dz. cyt., s. 207.

17 Tenże, Reguła Franciszkańskiego Zakonu Świeckich, „Prawo Kanoniczne” 1987, t. 30, nr 3–4, s. 153.

18 Leon XIII, Auspicato concessum, par. 24–25, http://w2.vatican.va/content/leo-xiii/en/encyclicals/documents/hf_l-xiii_enc_17091882_auspicato-concessum.html [dostęp: 14.10.2016].

19 A. Wojtczak OFMConv., Ojciec Maksymilian Maria Kolbe, dz. cyt., s. 16.

20 Cyt. za: L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 78.

21 P. Maxence, Maksymilian Kolbe, dz. cyt., s. 33.

22 M.M. Kolbe, [Wynalazki], [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. II, par. 884, s. 227.

23 Myśl o tym nie opuszczała go do końca życia. „Pewnego razu, niedługo przed wojną w 1939 roku, w refektarzu klasztornym tłumaczył nam możliwość owego perpetuum mobile. Samej jego argumentacji w tym względzie niestety nie pamiętam” (C. Niezgoda OFMConv., To jest święty. Rzecz o świętym Maksymilianie Marii Kolbem, Kraków 2001, s. 17).

24 L. Dyczewski OFMConv., Źródła wielkości, dz. cyt., s. 79.

25 Cyt. za: tamże, s. 80.

26 M.M. Kolbe, Jak się zaczęła Milicja Niepokalanej, [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. II, Niepokalanów 2008, par. 1105, s. 559.

27 A. Wojtczak OFMConv., Ojciec Maksymilian Maria Kolbe, dz. cyt., s. 17.

28 P. Maxence, Maksymilian Kolbe, dz. cyt., s. 34.

29 M.M. Kolbe, List do Marii Kolbe, Rzym, 20 IV 1919, [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. I, par. 23, s. 58.

30 Z. Gogola OFMCOnv., Dzieje franciszkanów w Polsce prowincji św. Antoniego i bł. Jakuba Strzemię, „Folia Historica Cracoviensia” 2004, t. 10, s. 149.

31 J. Odoardi, Bracia Mniejsi Konwentualni. Geneza i ewolucja od w. XIII do 1517 oraz historia nowożytna (1517–1976), [w:] W. di Fonzo, J. Odoardi, A. Pompei, Bracia Mniejsi Konwentualni. Historia i życie 1209–1976, tłum. P. Anzulewicz, Niepokalanów 1988, s. 175–177.

32 Z. Gogola OFMCOnv., Dzieje franciszkanów w Polsce prowincji św. Antoniego i bł. Jakuba Strzemię, dz. cyt., s. 149–151.

33 A. Wojtczak OFMConv., O. Wenanty Katarzyniec. Franciszkanin, Kraków 1980, s. 35.

34 Tamże, s. 36–37.

35 P. Anzulewicz OFMConv., Franciszkanie w Polsce. Rys historyczny, [w:] W. di Fonzo, J. Odoardi, A. Pompei, Bracia Mniejsi Konwentualni, dz. cyt., s. 229.

36 Z. Gogola OFMConv., Dzieje franciszkanów w Polsce prowincji św. Antoniego i bł. Jakuba Strzemię, dz. cyt., s. 153.

37 P. Maxence, Maksymilian Kolbe, dz. cyt., s. 36–37.

38 M.M. Kolbe, Jak się zaczęła Milicja Niepokalanej, [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. II, par. 1105, s. 559.

39 A. Wojtczak OFMConv., O. Wenanty Katarzyniec, dz. cyt., s. 40.

40 Tenże, Ojciec Maksymilian Maria Kolbe, dz. cyt., s. 19.

41 M.M. Kolbe, List do br. kleryka Alfonsa Kolbego, Rzym, 21 IV 1919, [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. I, par. 24, s. 60–61.

42 A. Wojtczak OFMConv., Ojciec Maksymilian Maria Kolbe, dz. cyt., s. 19.

43 M.M. Kolbe, O o. Wenantym, [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. II, par. 890, s. 243.

44 A. Wojtczak OFMConv., O. Wenanty Katarzyniec, dz. cyt., s. 80.

45 M.M. Kolbe, Rekolekcje doroczne. Wrzesień–październik 1912, [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. II, par. 840, s. 10.

46 Tamże.

47 A. Wojtczak OFMConv., O. Wenanty Katarzyniec, dz. cyt., s. 74.

48 C. Niezgoda OFMConv., Cichy bohater, Kraków 1995, s. 72.

49 A. Wojtczak OFMConv., O. Wenanty Katarzyniec, dz. cyt., s. 94.

50 M.M. Kolbe, Rekolekcje doroczne. Wrzesień–październik 1912, [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. II, par. 840, s. 11.

51 Tamże, s. 9.

52 Tamże, s. 8.

53 Tamże, s. 9.

54 Tamże, s. 7.

55 Tamże, s. 9.

56 Na podstawie: A. Wojtczak OFMConv., Ojciec Maksymilian Kolbe, dz. cyt., s. 20.

57 M.M. Kolbe, List do Marii Kolbe, Kraków, 28 X 1912, [w:] tenże, Pisma, dz. cyt., cz. I, par. 1, s. 31.

ROZDZIAŁ 3

Kładzenie fundamentów

Decyzja przełożonych o wysłaniu brata Maksymiliana do Rzymu była prawdziwie opatrznościowa. Bez spotkania z rzymskimi profesorami teologii, wychowawcami kolegium serafickiego, bez tamtych lektur, ale także politycznych przeżyć nie powstałoby ani Rycerstwo Niepokalanej, ani idea reformy zakonu franciszkańskiego, ani pomysł wydawania pisma, które trafiałoby do mas i odbijało je z rąk ateistycznej, marksistowskiej i masońskiej lewicy. Jeśli więc szukać miejsca i czasu, które stały się intelektualnym i duchowym fundamentem posługiwania ojca Maksymiliana, to były to właśnie czasy rzymskie. A symbolicznym ich zwieńczeniem okazały się wydarzenia z 16 października 1917 roku.

Program Rycerstwa Niepokalanej, Rzym 1917 r.

Akt oddania się Niepokalanej, Rzym 1917 r.

To wtedy, gdy nad Rzymem zapadał zmierzch, do jednej z cel, w tajemnicy przed współbraćmi, weszło siedmiu studentów Międzynarodowego Kolegium Serafickiego. Trzech z nich było młodziutkimi kapłanami, czterech pozostałych to jeszcze bracia. Ojcowie Józef Piotr Pal i Kwiryk Pignalberi, a także bracia Antoni Mansi, Henryk Granata i Hieronim Biasi byli Włochami; ojciec Antoni Głowiński był wprawdzie Polakiem, ale pochodzącym z Rumunii i niemówiącym już po polsku. Siódmym w tej grupie był pomysłodawca całego wydarzenia, czyli brat Maksymilian.

Gdy przekręcono klucz w zamku, grupka otoczyła niewielki stolik, na którym między dwiema zapalonymi świecami stała figura Matki Bożej. Spotkanie rozpoczęło się modlitwą, a później odczytano list spowiednika i kierownika duchowego brata Maksymiliana, którym był wówczas ojciec Aleksander Basile. List ten zawierał obietnicę przedstawienia pomysłu powołania Milicji Niepokalanej (Militia Immaculatæ; MI1) Ojcu Świętemu. I wreszcie przyszedł moment najważniejszy: odczytano przygotowany przez Maksymiliana projekt programu nowego stowarzyszenia, a później szczegółowo go przedyskutowano. „Długo tak radzą, a na twarzach wszystkich odbija się spokój, ufność i miłość gotowa do ofiar dla zbawienia dusz przez Niepokalaną, a zarazem troska o dobre postawienie sprawy”2 – wspominał tamten moment, już jako kapłan, ojciec Maksymilian. Gdy wszystko zostało omówione, siedmiu zakonników złożyło swoje podpisy pod dokumentem, na podstawie którego zbudowano Milicję Niepokalanej. Dobrze oddaje charakter Maksymiliana Marii Kolbego fakt, że dokument nie był spisany na pergaminie, ale na kawałku złożonego papieru. „Brat Maksymilian nie troszczył się o próżną formę zewnętrzną, używając ósemkę jakiegoś arkusza, jaki wpadł mu pod rękę, byle tylko jak najprędzej tak wielkie dzieło pobożności i apostolstwa urzeczywistnić”3 – wspominał ojciec Józef Pal.

„Daj mi moc przeciw nieprzyjaciołom Twoim”

Dokument, o którym wspomina ojciec Pal, nie zachował się. Wszystko wskazuje jednak na to, że – choć spisany po łacinie – miał formę identyczną (bądź niemal identyczną) z tekstem (a dokładniej pierwszą jego częścią) na „Dyplomiku Milicji Niepokalanej”, jaki przygotował ojciec Maksymilian po powrocie do kraju. Notatka po włosku zachowała się w archiwach i datowana jest na okres przed 16 października 1917 roku. Warto jej tekst przytoczyć w całości, bowiem ukazuje ona w pełni ukształtowany już pomysł Rycerstwa, a także dojrzałą duchowość samego brata Maksymiliana.

„Ona zetrze głowę twoją” (Rdz 3,15)

„Wszystkie herezje samaś zniszczyła na całym świecie” (Oficjum NMP)

I – Cel: Starać się o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków itd., a najbardziej masonów i o uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem NMP Niepokalanej.

II – Warunki:

1) Oddać się całkowicie NMP Niepokalanej jako narzędzie w Jej niepokalanych rękach.

2) Nosić Cudowny Medalik.

III – Środki:

1) O ile możności raz na dzień zwrócić się do NMP Niepokalanej z tym aktem strzelistym: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy, i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają, a zwłaszcza za masonami” (można dodać na końcu i szczególną jakąś intencję).

2) Wszelkie środki (byle godziwe), na jakie pozwala stan, warunki i okoliczności, co poleca się każdego gorliwości i roztropności: przede wszystkim zaś Cudowny Medalik4.

Kilka lat później w wykładzie dla kleryków z krakowskiego seminarium ojców franciszkanów Maksymilian rozwinął myśli zwarte w tym krótkim wprowadzeniu, lecz zamysł zapewne towarzyszył mu już wcześniej. Tu mowa już nie tylko o bezpośrednich celach nowego stowarzyszenia, ale także o celu ostatecznym. Tym zaś jest „chwała Boża, i to nie tylko chwała większa, ale jak największa”5. Jeśli zaś chodzi o cele bliższe, to są one definiowane dokładnie tak jak w dokumencie z roku 1917: „MI ma za cel bliski staranie się o nawrócenie wszystkich akatolików, a szczególnie tych biednych, co zaślepieni podnoszą zbrodniczą rękę wprost przeciw swemu Najlepszemu Ojcu, tj. masonów, i to pod opieką i za pośrednictwem NMP Niepokalanej”6. Jeśli pominąć typowy dla tamtych czasów język, celem Milicji Niepokalanej okaże się dynamiczna ewangelizacja skierowana do tych wszystkich, którzy nie znają jeszcze prawdy o Jezusie Chrystusie. „Kiedy wszyscy schizmatycy i protestanci złożą z głębokim przekonaniem katolickie wyznanie wiary, gdy wszyscy żydzi mieszkający między nami poproszą dobrowolnie o Chrzest święty – część celu Milicji Niepokalanej będzie osiągnięta”7 – ujawniał ten ewangelizacyjny wymiar swojego działania w roku 1922 na łamach „Rycerza Niepokalanej” ojciec Maksymilian. Metoda i język ewangelizacji są przy tym niezwykle męskie. Maksymilian nie obawia się stosowania porównań militarnych i jasno pokazuje, że członkowie Milicji Niepokalanej są powołani do bycia wojownikami. Ich pierwszą bronią jest Cudowny Medalik. „Sama Niepokalana, objawiając go, obiecała wszystkim, co go nosić będą, bardzo wiele łask; ponieważ zaś nawrócenie jest Bożą łaską, Medalik Cud[owny] będzie najlepszym środkiem do osiągnięcia naszego celu. Dlatego też stanowi on pierwszorzędną broń «Milicji»; jest to kulka, którą godzi wierny «Miles» nieprzyjaciela, tj. zło, ratując tym sposobem złych”8.

Ten sam militarny język, tak bliski wielu mężczyznom, którzy obecnie z trudem odnajdują się we współczesnym sfeminizowanym środowisku eklezjalnym, odnosił „szaleniec Niepokalanej” również do modlitwy, którą modlić się powinni codziennie członkowie Rycerstwa.

Na medaliku zaś znajduje się wyryty akt strzelisty: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Modlitwa, którą sama Niepokalana kładzie w nasze usta, objawiając ją i polecając jej odmawianie. Więc i to polecenie wypełniamy; ale ponieważ są i tacy, którzy się do Niej nie uciekają, więc dodajemy: „za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają”. Ponieważ zaś głową akatolików, głową węża piekielnego – można powiedzieć – w naszych czasach jest masoneria, więc przez nią usidłanych szczególnie wspominamy. Tak więc codziennie uderzamy we wszystkie członki smoka piekielnego, a przede wszystkim w głowę. Skutków tej pracy (a raczej modlitwy) nie widzimy teraz, ale po śmierci ujrzymy, jak prawdziwe są te słowa Zbawiciela: „Proście, a otrzymacie” (J 16,24); tu bowiem możemy być pewni, że to, o co prosimy, nie jest na pewno przeciwne Bożej Woli9.

Ojciec Maksymilian Kolbe, czasy studenckie, Rzym 1919 r.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich Nadzieja na dziecko Sprawa profesora Chazana Operacja Franciszek Pojedynki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia