Belfer

Belfer

Autorzy: Katerina Diamond

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 37.90 zł

cena od: 24.00 zł

 Bolesna. Porywająca. Makabryczna. Myślisz, że wiesz komu ufasz? Myślisz, że potrafisz odróżnić dobro od zła? Mylisz się…

Ciało dyrektora ekskluzywnej szkoły w Devon zostaje znalezione powieszone w auli. Kilka godzin wcześniej nauczyciel otrzymał paczkę i jedynie on potrafił zrozumieć milczące przesłanie, jakie z sobą niosła. Brzmiało ono: koniec. Gdy Exeter nęka fala przerażających morderstw, detektywi Imogen Grey i Adrian Miles muszą rozwiązać tę zagadkę, aby znowu zapewnić miastu bezpieczeństwo. Kiedy jednak zagłębiają się w pajęczynę korupcji, kłamstwa i wymuszenia, z każdym krokiem zbliżają się do ponurych tajemnic w samym sercu ich społeczności. A kiedy poznają motywy zabójcy, czy rzeczywiście będą chcieli go powstrzymać?

„Skomplikowana fabuła, która nie pozwala odetchnąć czytelnikowi. Olśniewająca książka, którą czyta się jednym tchem, jednak nie należy zaglądać do niej przed snem, jeżeli macie słabe nerwy!” .

                                                                                                                                                          THE SUN

„Świetna historia opowiedziana w oryginalnym stylu. Narodziła się nowa królowa kryminału”.

                                                                                                                            HEAT 

Katerina Diamond

Belfer

Tytuł oryginału

The Teacher

ISBN

Copyright © Katerina Diamond 2016

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017

Redakcja

Magdalena Wójcik

Cover design

Henry Steadman

Skład i łamanie

Studio Graficzne Pixelnoiz

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dyrektor

Ojciec

Wypychacz zwierząt

Świeża studentka

Biznesmen

Wdowa

Outsider

Gospodarz

Sztuczka

Morderstwo

Matka

Przyjaciel

Pastor

Przerwa

Potwór

Spowiedź

Doktor

Kot

Pacjent

Dąb

Blondynka

Prezenter

Muzeum

Dziekan

Azyl

Wypadek

Dyrektor

Kapuś

Sklep

Córka

Wojownik

Krzesło

Syn

Koniec

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Rozdział 1

Dyrektor

Jeff Stone, prowadząc szkolny apel, lustrował morze zniechęconych młodych twarzy i od czasu do czasu spoglądał w górę na stalową konstrukcję atrium. W tym momencie nie miał pojęcia, że o poranku znajdą go tutaj powieszonego za szyję.

Jeffrey spoglądał na świeżo wyprasowane białe kołnierzyki i bezczelne twarze skierowane w jego stronę, a raczej w przestrzeń za nim, bo wszyscy nie mogli doczekać się dzwonka. Uczniom podobał się pomysł apelu, dopóki nie musieli się na nim stawić i z bólem przypomnieli sobie, jaka to nuda. Ta ceremonia stanowiła dziwny stan zawieszenia między pracą a odpoczynkiem; cisza przed burzą. Jeffreyowi wydawało się, że zegar jest donośniejszy od jego głosu. Z każdym tyknięciem wskazówki w zapadającej po nim ciszy spodziewał się, że rozlegnie się dzwonek, który wybawi go od apatycznych spojrzeń uczniów i nauczycieli. Wszyscy bezskutecznie udawali zainteresowanie, starając się opanować chęć dłubania w swędzących nozdrzach. Kiedy wreszcie apel dobiegł końca, Jeffrey przyjął to z taką samą ulgą jak uczniowie, bo nie musiał już bezmyślnie powtarzać anegdot, których nikt nie chciał słuchać, a już najmniej on sam.

Pierwszy znak zwiastujący śmierć pojawił się, kiedy Jeff­rey wrócił do swojego gabinetu, gdzie na biurku czekała na niego paczka. Ostrożnie rozerwał szary papier, chociaż wielkość i waga podarunku przypominały mu coś z czasów, o których usiłował zapomnieć. Jeffrey pobladł, kiedy ujrzał zawartość. Była to stara niemiecka książka. Oczywiście wiedział, co to znaczy. To nie było jak grom z jasnego nieba, minęło bowiem dwadzieścia lat, kiedy ostatni raz widział tę książkę, dwadzieścia lat, od kiedy sprezentował ją komuś; duchowi. Ta książka stanowiła niespodziankę, ale kryła w sobie milczącą wiadomość. To oznaczało koniec.

Schował książkę do szuflady biurka; zajmie się nią później. Wziął opakowanie i obejrzał je dokładnie w poszukiwaniu informacji; zobaczył odręczne pismo, a wtedy zjeżyły mu się włosy na karku, bo zrozumiał, że przesyłka została doręczona własnoręcznie. Dlaczego teraz? Czym różnił się ten dzień? Nie żeby to nie był akurat równie dobry dzień na śmierć jak każdy inny, ale przez lata Jeffrey spodziewał się, że zapomnieli o nim, że może mu się upiekło. Jednak teraz wiedział, że nie.

Szedł korytarzami wyłożonymi misterną boazerią, jak zakładał, po raz ostatni. Przesuwał palcami po słojach dębowych paneli, już prawie całkowicie startych zawiłych rytach. Szkoła Męska imienia Churchilla była dla niego domem od tak dawna. Zastanawiał się, kto zajmie jego miejsce. Budynek liczył całe wieki, stanowił ważną część historii Exeter, był jednym z wielu klejnotów, które ocalały z niemieckich nalotów w 1942 roku, będących odwetem Hitlera za zbombardowanie Lubeki i Rostoku. Był to rozmyślny atak Luft­waffe na pięć najpiękniejszych miast wybranych z przewodnika turystycznego. Podczas tych nalotów część ludności ukrywała się w podziemnych tunelach zbudowanych pierwotnie w celu doprowadzenia wody do średniowiecznego miasta. Obecnie centrum było mieszaniną pięknych starych budynków po obu stronach ulicy prowadzącej ze wschodu na zachód z wciśniętymi między nie na pocieszenie wielkimi, brzydkimi gmachami z cegły, aby zapełnić przepastne leje po bombach. Exeter nadal było pełne historii, ale jednocześnie stanowiło niezapomniane świadectwo okropieństw, które dotknęły ten kraj. Ten budynek jednak ocalał. Szkoła stała dumnie, w osamotnieniu, w otoczeniu drzew; pozostałość po innych czasach. Ciemnozielony bluszcz, zawsze tak gęsty i bujny w semestrze letnim, wczepiał się w strukturę rdzawych cegieł, jakby próbował wciągnąć budowlę z powrotem w ziemię, odzyskać ją. Między innymi dlatego właśnie Jeffrey tak bardzo kochał to miejsce. Tradycyjne i wyjątkowe pośród brzydoty. Obnażona prawda, aby wszyscy ją ujrzeli. To była jego szkoła. Od momentu kiedy jako uczeń przekroczył jej progi, przekonany był do głębi, że to jego miejsce. Tak, Jeff­rey nie potrafił sobie wyobrazić siebie gdzie indziej.

— Panie Stone?

Jeffrey odwrócił się i zobaczył, że podchodzi do niego Avery Phillips, przewodniczący samorządu szkolnego. Poruszał się z taką pewnością siebie, jaką rzadko można było spotkać u młodych adeptów nauki w tej szkole. Avery podał Jeffreyowi kopertę.

— Co to?

— To pieniądze z biegu charytatywnego w weekend. Zebraliśmy ponad pięćset funtów.

— Wspaniale, możesz je zanieść do sekretariatu?

— Tak jest, panie dyrektorze. — Avery wykonał zwrot w tył i ruszył korytarzem.

— W zasadzie, Avery, mógłbyś wstąpić do mnie do biura na moment, mam dla ciebie zadanie. — Jeffrey zszedł na bok, kiedy Avery zawrócił i wyminął go, aby zająć dobrą pozycję startową.

Szli żwawo. Jeffrey starał się skupiać wzrok na karku ucznia, a nie na tych pięknych, szerokich ramionach czy też niższych partiach ciała. Niejedno deszczowe, piątkowe popołudnie spędził, oglądając Avery’ego i jego klasę podczas gry w rugby, gdy w czarnych spodenkach taplali się w gęstym błocku, szarpiąc się ze zwierzęcą furią. Ten obraz nawiedzał Jeffreya we snach. Myślał o szóstoklasistach, a jego pierś przepełniało pożądanie, zresztą nie tylko pierś.

Avery stanął przed drzwiami do gabinetu tak, że Jeff musiał się do niego bardzo zbliżyć, żeby je otworzyć i wejść z cierpkim uśmiechem. Jeffreyowi często wydawało się, że Avery to gracz. Kiedy chłopak usadowił się wygodnie w fotelu naprzeciwko biurka, przyjął wysoce prowokującą pozę, oparłszy się plecami i rozchyliwszy kolana tak, że uda mocno napinały szwy spodni szkolnego mundurka. Głowę pochylił do przodu, wbijając wzrok głęboko w oczy Jeffreya, na wskroś jego duszy.

— Wypiszę ci przepustkę, Avery. Chcę wysłać cię poza kampus, abyś dostarczył ten list.

— Tak jest. — Avery miał rozbiegane oczy, a usta wygiął konspiracyjnie, jakby wiedział, że to ma pozostać ich tajemnicą.

— Avery, najważniejsze, aby nikt się o tym nie dowiedział, cokolwiek by się działo.

— Oczywiście. — Uczeń pochylił się do przodu, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

Na skrawku papieru Jeffrey pospiesznie nabazgrał ON WRÓCIŁ i wsunął go do koperty, na której napisał STEPHEN. Na oddzielnej kartce wypisał adres i obie rzeczy wręczył Avery’emu.

— Zanieś to tam, nikomu nic nie mów. — Zamilkł, czekając na wyjście ucznia, a Avery wytrzymał jego spojrzenie. — Och! — Jeffrey zorientował się i wyciągnął z kieszeni zwitek banknotów. Wręczył je wszystkie chłopakowi, który się uśmiechnął. — Mogę liczyć na twoją dyskrecję?

— Absolutnie, panie dyrektorze.

Jeffrey wiedział, że może zaufać Avery’emu, bowiem chłopak najbardziej ze wszystkiego lubił dotrzymywać tajemnic. Jeffrey słyszał opowieści o szantażowaniu w bursach za pomocą kompromitujących fotografii, o groźbach wyjawienia oszustw na egzaminach, a nawet pogłoski, że on sam oczernia nauczycieli — kto z kim sypia — aby uzyskać lepsze oceny. Tak, Avery był piątkowym uczniem. Gdyby to nie był koniec, Jeffrey nigdy nie przekazałby listu temu chłopakowi, ale był, więc konsekwencje nie miały znaczenia; on wykonał swoje zadanie.

Jeffrey spoglądał na zewnątrz z okna swojego gabinetu i wiódł wzrokiem za Averym, który wyszedł ze szkoły, zostawiając za sobą azyl kampusu. Gdy chłopak zamknął bramę, Jeffrey ogarnął wzrokiem teren, pusty dziedziniec i skromny budynek bursy. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, ile czasu mu zostało. Pewnie powinien zadzwonić do żony, ale co ma jej powiedzieć? Sięgnął po telefon i wpatrywał się w klawiaturę przez kilka sekund, zanim wybrał zero.

— Elaine, proszę nie łączyć do mnie rozmów przez resztę dnia. Muszę skończyć ważną robotę papierkową. — Jeffrey usiadł w fotelu i spojrzał przez okno na chłopców biegających po boisku; niewiele się zmieniło przez lata jego pracy w tej szkole. Świat na zewnątrz był teraz inny, ale tutaj, w murach tego pomnika przeszłości, dawno zapomnianego, nadal czuło się podnoszące na duchu kultywowanie tradycji i rytuały, które oparły się próbie czasu.

To był rutynowy, nudny dzień w szkole — Jeffrey pracował nad papierami, doprowadzał do końca tyle spraw, ile mógł — ale od czasu do czasu wracał myślą do dziwnej książki w szufladzie. Zawsze był ostrożny, więc nikt nie wiedział o jego skłonnościach, bo to oznaczałoby koniec jego kariery, a on naprawdę kochał swoją pracę. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, co czuł do tych chłopców. Jeff pracował tu od ponad trzydziestu lat. Trzydzieści lat i żadnych kłopotów, jak dotąd.

Pragnienie ucieczki z kampusu stało się oczywiste na godzinę przed ostatnim dzwonkiem. W klasach robiło się głośniej, a podczas ostatniej przerwy tego dnia korytarze huczały od dzieci, które zazwyczaj przestrzegały rygorystycznych zasad dotyczących poziomu hałasu na terenie szkoły. Kiedy w końcu nadszedł czas i mieszkańcy bursy wrócili do swoich pokojów, a dojeżdżający wsiedli do autobusów, by pojechać do domu, w głównym budynku zapadła cisza.

Jeffrey wyciągnął książkę i dotknął okładki. Już od samego dotyku wracały wspomnienia, niczym dobry przyjaciel sprzed lat. Serce mu waliło, gdy wiódł palcami po tytule Das Geschenk — „Podarunek”. Otworzył książkę i zaczął czytać; jego niemiecki nie był już taki jak przed laty, ale i tak znał tę książkę bardzo dobrze. Jeffrey, jako wyznawca minionych czasów, nabył ją ze względu na jej historyczną wartość, jej wgląd w jego „stan” i sposób na jego zmianę. Książka nie była już wznawiana, stała się białym krukiem i trudno ją było znaleźć. Ktoś musiał nieźle się natrudzić, a on wiedział, kto to taki. Książka towarzyszyła mu, kiedy szukał odpowiedzi na pytania o sobie, o tym, dlaczego jest taki, jaki jest, i dlaczego musi otaczać się dorastającymi chłopcami, dlaczego nawet na zapach kobiety pozostaje obojętny.

Nastał półmrok letniej nocy i Jeffrey otworzył laptop, pewien, że jest teraz sam w budynku; nawet sprzątaczki już poszły. Podłączył urządzenie mobilne do prądu, nie chcąc korzystać ze szkolnej sieci, i zalogował się na bezpieczną stronę ze zbiorem zdjęć, nerwowo nasłuchując wszelkich odgłosów w szkole, zanim wprowadził hasło. Liczne foldery, każdy z nagłówkiem innej grupy wiekowej, a w środku następne z innymi imionami, w kolejności alfabetycznej: Jason, Marcus, Robert i tak dalej. Ulubieńcy Jeffreya. Nie należał do tych idiotów, którzy przetrzymywali dowody na twardym dysku, był mądrzejszy i płacił grube pieniądze za własne bezpieczeństwo w dark net. Kliknął na pierwszy folder o nazwie „Daniel”, ale ten nie chciał się otworzyć, domagając się drugiego hasła — to było niedopuszczalne. Jeffrey, panikując, próbował otworzyć inne pliki, ale nie był w stanie. Chciał ich się pozbyć, usunąć je, ale nie miał do nich dostępu. Nikt nie wiedział o tych zdjęciach, nawet sami chłopcy. Kto mógł je znaleźć i w jaki sposób?

Zorientował się, że mruczy starą melodię, zamilkł, ale muzyka dobiegała skądś w starym gmachu, cicha i znajoma. Serce mu stanęło, nadszedł jego czas. Mahler, posępny, najlepszy w swoim rodzaju, rozbrzmiewał niczym pogrzebowy dzwon, a dobrze znana melodia wieściła koniec zapisany w gwiazdach od dziesięcioleci.

Jeffrey otworzył drzwi gabinetu i rozejrzał się po korytarzu, nasłuchując. Dźwięki dochodziły z głównej auli. Ruszył w tamtą stronę, a muzyka przybrała na sile i stawała się bardziej zniekształcona z każdym jego krokiem. Dobrze ­pamiętał tę symfonię. Dzisiaj przepełniała ją nostalgia za ­czasami, których powrotu może nie powinien pragnąć, za czasami, kiedy sprawiał innym tak wiele bólu.

W tym konkretnym fragmencie mieściła się odpowiednia doza dreszczyku i strachu, które Jeffrey wykorzystywał dla swoich celów w tamtych czasach, co z rozmyślną ironią powinno być ostatnią rzeczą, jakiej wysłucha.

Otworzył dwuskrzydłowe, przeszklone drzwi i od natężenia hałasu musiał zacisnąć powieki, a zniekształcone dźwięki przeszywały go na wskroś. Na podwyższeniu z przodu przestronnej sali stało krzesło, a nad nim wisiała pętla. Po lewej stronie stał stół przykryty czerwonym aksamitem, o niemal rytualnym wyglądzie. Na stole spoczywało piękne, czarne pudełko z drewna. Muzyka umilkła, ale nadal podzwaniała mu w uszach, gdy nastroiły się do ciszy.

— Witaj, stary przyjacielu — rozległ się męski głos, którego nie poznawał, ale przecież minęło tyle czasu.

— Czego chcesz?

— Nie chodzi o to, czego chcę. Chodzi o to, co trzeba zrobić.

— Dlaczego dzisiaj, po tych wszystkich latach? — Jeff­rey bał się odwrócić i spojrzeć na swe przeznaczenie.

— Nie wiesz, jaki dzisiaj dzień? Minęło osiemnaście lat. Osiemnaście lat od momentu, kiedy zrozumiałem, jaki z ciebie potwór — mówił bardzo powoli, stanowczo; Jeffrey nie tego się spodziewał.

— Jeżeli sądzisz, że się powieszę, musisz wymyślić coś innego. — Jeff spojrzał na stryczek.

— Nie sądzę, ja to wiem — wyszeptał z taką stanowczością mężczyzna, że Jeffrey zrozumiał, iż nie jest to żądanie.

— Będziesz musiał użyć siły, a wtedy zostaną ślady. Będzie widać, że to nie samobójstwo. — W głosie Jeffreya słychać było panikę, kiedy starał się znaleźć wyjście z tej sytuacji, a z każdym słowem czuł się coraz żałośniej.

— Tak czy inaczej, dzisiaj umrzesz. Dla mnie lepiej, jeśli wyglądałoby na samobójstwo, ale z radością się też zabawię.

— Nie!

— Oj, tak! Żadnych wątpliwości. Byłem tam, pamiętasz? Widziałem, co masz w środku. Widziałem, jaka choroba ciebie toczy.

— Nikomu nie powiesz. Kto uwierzy w twoje słowo przeciw mojemu?

— Zdjęcia, które zrobiłeś, przemawiają same za siebie. Zdjęcia, które mi wtedy zrobiłeś, nie wspominając o innych chłopcach od tamtej pory. Widzę, że zlikwidowałeś ukryte kamery w szatniach. Bałeś się, że ktoś się zorientuje, jak bardzo lubisz młodych chłopców?

— Skąd się o nich dowiedziałeś?

— Obserwowałem cię. Założyłem ci na komputer keyloggera. To znaczy, że widziałem wszystkie klawisze, które naciskasz, każdą wybraną stronę, każde hasło, każdą wiadomość, którą kiedykolwiek wysłałeś. Zainstalowałem też VPN. Prywatną sieć, przez którą mam dostęp do twojego komputera od kilku tygodni, nie tylko dostęp, ale też kontrolę.

Jeffrey powoli podszedł do stołu, świadom, że w pudełku może znajdować się niemal wszystko, a może nawet broń, co byłoby miłosierdziem. Czuł, że mężczyzna stoi blisko za nim, niemal na wyciągnięcie ręki. Przyszło mu do głowy, żeby sięgnąć po pudełko i zamachnąć się nim mocno, aż rozwali mu twarz. A jeżeli się mylił? Jeżeli tamten nie stał tak blisko? Co wtedy mu zrobi? Jeffrey nie mógł ryzykować.

*

— Nigdy żadnego z nich nawet nie tknąłem! — wyszeptał Jeffrey, świadom, jak odrażająco tchórzliwie to zabrzmiało.

— Ale w przypadku ludzi takich jak ty, Jeffrey, to tylko kwestia czasu. Znowu to zrobisz, nie oprzesz się temu. A nawet jeśli nie, możesz dostać ataku serca przy biurku, i gdy przeszukają twoje szuflady, to znajdą pendrive. Widziałem zdjęcia z tych plików. Widziałem, jak patrzysz na chłopców. Ile czasu minęło, odkąd przestałeś patrzeć? Ludzie znajdą te pliki i wyciągną własne wnioski. — Głos był tak chłodny, tak całkowicie pozbawiony emocji, nawet nie drwiący, zupełnie nic. — Nie zapominaj, że ja najlepiej wiem, jak bardzo lubisz patrzeć.

Jeffrey gwałtownie wciągnął powietrze, gdy poczuł na krzyżu dotyk ręki, która powoli przesuwała się ku górze, delikatnie wślizgując się między jego wystające łopatki. Wyobrażał sobie tę dłoń na swojej nagiej skórze, gdy dotarła do karku, głaszcząc czule, przeczesując przepocone kosmyki potarganych włosów. Jego ciało poruszyło się pod ciepłym dotykiem męskich palców.

— Przestań!

— Na pewno wyobrażałeś to sobie setki razy, kiedy byłem młodszy, kiedy jeszcze byłem w twoim typie. Wtedy nie kazałbyś mi przerywać — wyszeptał mu do ucha męż­czyzna. — Tak lubisz, prawda, panie dyrektorze? Cóż, przepraszam, że już nie jestem chłopcem. Teraz jestem mężczyzną.

— Co jest w tym pudełku? — zapytał w końcu Jeffrey, wypuszczając powietrze.

— Idź i zobacz. Wiem, jak bardzo lubisz mieć wybór, więc daję ci go.

Jeffrey zbliżył rękę i zatrzymał ją w powietrzu nad wiekiem. Było kosztowne, ręcznie rzeźbione, wykonane z czarnego hebanu z trudnym do rozszyfrowania wizerunkiem wyrytym na powierzchni. Zaschło mu w ustach, gdy otworzył je i zobaczył, co jest w środku. Musiał wytężyć wszystkie mięśnie, aby nie upaść, gdy spoglądał na zawartość. Czuł, jak krew odpływa mu z twarzy, a sala zaczyna wirować.

— Wiesz, co to takiego?

— Tak — odparł Jeffrey, chociaż nie słyszał już własnego głosu. Spoglądał na metalowy przedmiot w kształcie gruszki.

— Piękny, prawda? Zobacz, jakie delikatne tłoczenia, jakie szczegóły na tych liściach — rozległ się głos teraz tak blisko jego ucha, że aż poczuł ciepły oddech na skórze. — Podnieś ją, hm?

— Nie.

Poczuł, jak dłoń mężczyzny zaciska się na jego karku. Był silny. Mężczyzna naparł na Jeffreya ciałem, co jednocześnie podnieciło go i przeraziło. Po raz pierwszy ujrzał mężczyznę, gdy sięgał po instrument w pudełku. Rękę miał dużą i silną, nieznajomą, a jednocześnie pamięć Jeffreya nawiedziło déjà vu.

— To naprawdę jest dla każdego. Myślałem, że to jest szczególnie przydatne tobie. Gruszka do tortur. Wiesz, kiedy ją wynaleziono, ludzie wierzyli, że karę trzeba dobrać do zbrodni i wykonać ją na organie, którym zgrzeszyłeś. — Zbliżył się bardziej do Jeffreya, wzmacniając chwyt i ściszając głos do głębokiego szeptu: — Jesteś kłamcą i sodomitą… Jak myślisz, gdzie ci ją wsadzę?

— Proszę… — błagał nadaremnie Jeffrey.

— Pamiętasz, jak to działa? — Puścił Jeffreya i cofnął się o krok, zabierając z sobą gruszkę, i zaczął chodzić. — Jak przekręcę tę śrubę na końcu, wtedy boki zaczną się rozszerzać, aż obwód zwiększy się trzykrotnie. Powiedzmy, że na przykład wsadzę ci to do ust. Oczywiście wpierw będę musiał przedostać się przez zęby… wtedy pewnie wybiję kilka przednich. A jak gruszka będzie się powiększać, oczywiście, to większość pozostałych wyleci z korzeniami. Na pewno wyobrażasz sobie, że bez znieczulenia to będzie bolało.

— Przestań…

— Wtedy żuchwa ci się zwichnie, przez co prawdopodobnie spuchnie ci gardło, nie wspominając o tym, jak to urządzenie jest stare, więc pewnie pełno tam bakterii. Zanim drogi oddechowe zamkną się, doznasz tyle bólu, że pewnie nawet nie zauważysz braku tlenu. To będzie powolna śmierć, najprawdopodobniej hipoksja, i główne organy ciała będą się po kolei wyłączać. Przepływ tlenu będzie żałosny, ale nadal wystarczy, aby utrzymać cię przy życiu, a raczej w agonii przez dobrych kilka minut. W kategoriach bólu minuta może oznaczać wieczność.

— Dosyć! — krzyknął Jeffrey, aż poniosło się echo. Spojrzał na swoje zaciśnięte pięści. Pobielały ze strachu.

— Oczywiście, tak będzie tylko wtedy, gdy wsadzę ci to w usta… W ten drugi sposób pewnie nie umrzesz, chociaż podejrzewam, że wolałbyś.

— Usuniesz zdjęcia, jak to zrobię? — Jeffreyowi serce podeszło do gardła, kiedy spojrzał na stryczek, rozumiejąc, że nie ma wyboru, że to zawsze było jedyne wyjście dla niego.

— Jeffrey, zaufaj mi, to dla ciebie łatwe wyjście. Obiecuję, że zniszczę wszelkie dowody, jeżeli zrobisz dla mnie tę jedną rzecz. Wolałbym nie wywoływać zbytniej sensacji twoją śmiercią. Tyle jesteś mi winien.

Jeffrey stanął na krześle, ślizgając się po mocno wypolerowanym parkiecie. Kiedy jego szyja znalazła się w pętli, potrzebował tylko dwóch sekund szaleńczej brawury, a decyzja już nie będzie należała do niego.

— Nie mogę. — Jeffreyowi załamał się głos, a oczy zapiekły od łez; ciepła ciecz spłynęła mu po nodze na krzesło i podłogę.

— Koniec przyjdzie w kilka sekund, dasz radę, wierzę w ciebie. — Czyżby odrobina ciepła w zimnym głosie? — Czy nie tak do mnie mówiłeś?

Jeffrey nabrał powietrza głęboko do płuc, jakby to mogło mu w jakiś sposób pomóc. Krzesło zachybotało się lekko, a on schwycił linę. Nie mógł utrzymać równowagi. Mężczyzna w końcu wyszedł zza niego i stali teraz twarzą w twarz. Ściągnął z głowy czarny kaptur i dumnie spojrzał Jeffreyowi prosto w oczy; to będzie ostatnia rzecz, jaką Jeffrey zobaczy. Jeffrey kopnął krzesło i jego stopy zawisły w powietrzu. Przez sekundę myślał, że uda mu się dosięgnąć podłogi, ale stopy wykonywały desperacki taniec, szukając podparcia, jednak trafiały jedynie w pustkę. Lina paliła z każdym szarpnięciem, a Jeffrey czuł, że nie ma wyboru i musi walczyć; jego ciało kurczowo trzymało się życia, obojętnie, czy tego chciał, czy nie. Potem nastała ciemność, oczy zaszły srebrną poświatą, uśmiech.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 2

Ojciec

W gorącym słońcu Adrian Miles miał policzki rozgrzane do czerwoności. Pościel przykleiła się do niego, gdy przekręcił się na bok w łóżku, plecami do podniesionych żaluzji. Przypomniał sobie, dlaczego ich nie spuścił, gdy zobaczył dziewczynę, która poruszyła się obok niego i otworzyła oczy.

— Dzień dobry. — Uśmiechnęła się. Adrian cieszył się, że słońce świeci jej w twarz, więc nie widzi, jak on szuka w pamięci jej imienia. — Noc była wspaniała.

— Też tak myślę — skłamał. Nie chodziło o to, że nie bawił się dobrze, może i się bawił, ale fakty były trochę zamazane.

Zadzwonił telefon i Adrian był wdzięczny za to wybawienie.

— Ubiorę się — powiedziała kobieta.

— Halo? — rzucił do słuchawki, nie spuszczając wzroku z Hanny — Anny? — gdy wstała z łóżka i szła naga przez pokój, po drodze zbierając rzeczy z podłogi. Zupełnie nie pamiętał, w którym momencie zeszłej nocy udało mu się złapać tę okazję. Sytuacja była dla niego aż nadto ­znajoma. Luka w pamięci, bezimienna, na wpół ubrana kobieta i świadomość, że może następnym razem powinien iść do jej mieszkania, żeby nie musiał być rano miły. Mógłby po prostu zniknąć. Nie po raz pierwszy przyszło mu to do głowy, ale wtedy zawsze był zbyt pijany, aby postępować racjonalnie.

— Adrian, musisz zabrać dzisiaj Toma — rozległ się w słuchawce głos Andrei, chłodny i rzeczowy jak zawsze. Nigdy nie dzwoniła, chyba że nie miała innego wyjścia.

— Nie ma szkoły?

— Szkoła zamknięta, coś tam się stało, przepraszam, że dzwonię tak bez uprzedzenia, ale musisz się nim zająć.

— Nie może sam zostać w domu? — Adrian zamilkł, zanim podjął na nowo, nie chcąc zdradzić swojej byłej jakichkolwiek konkretnych informacji dotyczących jego życia osobistego. Nienawidził stawiać się na jej rozkazy, ale wiedział, że nie ma wyboru; nie, jeśli chciał widywać się ze swoim synem. — Muszę pracować później.

— Nie może sam zostać, ma trzynaście lat, Adrian, nie może być sam cały dzień, weź go po prostu do siebie i posadź gdzieś w kącie, zrób, co do ciebie należy, dobrze?

— Ejże, to ty ustaliłaś zasady, a ja ich tylko przestrzegam. Myślałem, że rozumiesz, jaki ważny jest ten dzień dla mnie… — Starał się nie zdradzać niechęci… nie miało sensu rozdrażniać Andrei, aby zabroniła mu wszelkich kontaktów.

— Nie rób tego dla mnie, zrób to dla niego.

— Mogę użyć twojej szczoteczki do zębów? — zawołała dziewczyna od drzwi do łazienki. Adrian skrzywił się, zanim skinął głową i odgonił ją ruchem ręki, usłyszał w słuchawce, jak Andrea prycha pogardliwie. Chociaż już wcale nie chciała Adriana i od jakiegoś czasu nie była z nim, nadal potrafiła sprawić, że czuł się, jakby ją w jakimś sensie zdradzał.

— Jest ktoś z tobą?

— Będę za dziesięć minut. — Adrian odłożył słuchawkę i westchnął. Poszedł do łazienki. Dziewczyna stała w bieliźnie i myła zęby jego szczoteczką. Rzuciła mu pienisty uśmiech w lustrze. Adrian zignorował bolesne pożądanie, gdy ogarniał wzrokiem jej ciało. Dziewczyna splunęła do umywalki, a on westchnął, zanim powiedział: — Muszę lecieć, sama wyjdziesz!

Adrian lustrował podłogę w poszukiwaniu najczystszej pary spodni. Dostrzegł własne odbicie w lustrze pełnych rozmiarów. Na piersi miał ślady po zadrapaniach, a kiedy przebiegł palcami po zmęczonym podbródku, zauważył, że zarost niebezpiecznie zaczyna przechodzić w brodę. Powinien pewnie doprowadzić się do porządku, zanim wróci do pracy, ale tak nie miało się stać. Dzięki tym drobnym przejawom zbuntowania w mniejszym stopniu czuł się jak dziwka. Naciągnął przez głowę wczorajszą koszulę i zgarnął klucze z nocnego stolika.

Adrian nie wyłączał silnika samochodu. Nacisnął klakson i zauważył, że zasłony w domu obok poruszyły się, więc postanowił zatrąbić ponownie, aby upewnić sąsiadów, że Andrea nie zawsze była księżniczką, za którą uchodzi teraz, przynajmniej raz zadowoliła się byle czym. Dziesięć minut jazdy i znalazł się w innym świecie, wystarczą trzy cyfry w kodzie pocztowym, a jakby wyjechał do innego kraju, czystszego i szczęśliwszego. Nie żeby dolne dzielnice miasta tworzyły jakieś getto czy coś w tym rodzaju. Ta dzielnica z okresu regencji wyrastała ponad centrum Exeter, po więzieniu i dzielnicy czerwonych latarni, w pobliżu uniwersytetu. Wszystkie ogródki przed domami rozkwitały żywymi kolorami. Frontowe drzwi, wszystkie świeżo pomalowane, i starannie wykoszone trawniki. Każdy dom miał bezpośredni widok na maluczkich żyjących poniżej. Nawet wydawało się, że tutaj jest słoneczniej. Światło odbijało się od okazałego, białego domu. Słońca nie rozpraszały niekończące się szare terasy, otaczające mikroskopijną działkę, którą zajmował jego skromny dom po niewłaściwej stronie miasta. Tom podszedł do samochodu, garbiąc ramiona, nadal nieszczęśliwy w ciągle rosnącym ciele. Był tylko dzieckiem, a jednak był zaledwie trzy lata młodszy od ojca, kiedy ten spłodził go z Andreą. Teraz gdy Tom znalazł się w wieku dojrzewania, Adrian automatycznie porównywał go do siebie. Widział siebie w nim, tylko że Tom nie miał tych samych zahamowań, przynajmniej Adrian miał taką nadzieję. Mówią, że pierwsze dziecko jest najbardziej podobne do ojca, aby pomóc w procesie scalania, ale to niespecjalnie pomogło w przypadku Adriana, jeśli już, to tylko go trochę zasmuciło.

W drzwiach stała Andrea, marszcząc brwi. Ubrana była w oficjalną garsonkę, więc można by pomyśleć, że jest prawnikiem czy kimś takim, ale nie, pracowała jako osobisty doradca zakupów w wytwornym domu towarowym, więc nie nastałby koniec świata, gdyby wzięła sobie wolne na jeden dzień. Adrian walczył długo i niestrudzenie o kontakt z Tomem i nie mógł zrezygnować z okazji widzenia się z nim, bo wiedział, że ona wykorzysta to przeciw niemu; taka już była. Jednak wyglądała dobrze, zawsze wyglądała dobrze i pewnie zawsze będzie. Niechętnie powiódł wzrokiem po krągłościach jej jędrnego ciała. Zupełnie jakby została wszyta w ten strój. Na idealnie skrojonej garsonce nie było ani jednej fałdy, ani jednego wybrzuszenia. Czarne, gęste włosy były zaczesane w ciasny, jedwabisty koczek, a jaskrawe, diamentowe kolczyki w uszach połyskiwały na tle jej jasnoczekoladowej skóry. Ludzie często brali Andreę za Hinduskę albo Latynoskę, ale faktycznie była w połowie Angielką, a w połowie Irlandką. Adrian spojrzał na jej pełne, czerwone usta i odwrócił wzrok, zanim ona go przychwyciła.

— Odbiorę go później — powiedziała, zanim zmieniła ton. — Kocham cię, skarbie.

— Cześć, mamo.

Tom wsiadł i Adrian ruszył. Znajoma, niezręczna cisza wypełniła samochód. Adrian życzyłby sobie przypisać to zjawisko młodemu wiekowi syna, ale prawda była taka, że zawsze tak się między nimi układało, co drugi weekend przez ostatnie siedem lat. Andrea starała się odciąć go całkowicie, nie doceniając, jak zmotywowany jest Adrian szczególnie w tej kwestii. Pokochał Toma od chwili, gdy pierwszy raz go zobaczył. Starał się zapewnić mu wszystko, co tylko mógł, ale cokolwiek robił, to nigdy nie było dosyć. Zanim Tom skończył dwa lata, Andrea wyszła powtórnie za mąż, a ten nowy za wszelką cenę starał się całkowicie uniemożliwić Adrianowi kontakt z synem. W końcu kiedy Tom miał sześć lat, udało mu się uzyskać prawo do regularnych odwiedzin, ale krzywda już została wyrządzona. Stosunki między Tomem a Adrianem zawsze były napięte.

— Co to się stało, że szkoła zamknięta? Wiesz coś?

— Tak, kumpel, Alex, przysłał mi esemesa — odparł Tom, podekscytowany. — Jego tata jest tam nauczycielem. Znaleźli pana Stone’a, powiesił się w atrium, zabił się, na samym środku.

— To taka niespodzianka? — Adrian niewiele wiedział o szkole Toma. Andrea zawsze utrzymywała, że to najlepsza szkoła w okolicy, więc tam go posłała, i to wszystko. Postarała się, aby Adrian zrozumiał, że jego wkład w tej kwestii nie będzie konieczny, więc wszelkie szkolne sprawy pozostawił w gestii Andrei.

— Kurde! — Tom spojrzał na ojca, jakby ten oszalał. — Na pewno będzie jakieś dochodzenie.

— Nie, to znaczy, czy był w depresji, miał tendencje samobójcze, czy coś w tym rodzaju?

— Był dość nieszczęśliwy, ale w sumie większość belf­rów w szkole taka jest, wszyscy są spięci, no, wiesz.

— Nadal ci się tam nie podoba?

— Jest spoko, trochę pedalsko.

— Hm, wiele dzieciaków chciałoby chodzić do tej pedalskiej szkoły, Tom. — Chociaż sam Adrian miał dokładnie takie samo nastawienie do tej placówki i na pewno Tom nie poszedłby do niej, gdyby nie pieniądze jego ojczyma.

— Wiem — burknął Tom, osuwając się na siedzeniu.

Wróciła cisza i Adrian skarcił się za taki rodzicielski tekst, nie wiedział zupełnie, jak ma postępować z Tomem. Jego jedyne doświadczenie to własne dzieciństwo i wiedział, że to nie jest norma, więc korzystał z różnych kwestii zasłyszanych w tandetnych serialach. Aby rozproszyć ciszę, włączył radio, wyczuł niechęć Toma do folkowego dżingla, więc zmienił stację. Po kilku minutach manipulowania przycis­kami zrezygnował i wyłączył radio, bo już zajechali przed jego dom.

Jedynie salon Adriana pozostawał na przyzwoitym poziomie. Tom starał się tego nie okazywać, ale nie mógł się doczekać, aby spędzić czas z konsolą do gier taty, choćby z tym. Adrian wydawał znaczną część pieniędzy na zabawki, jak to określało większość dorosłych. Andrea nigdy nie prosiła o alimenty, ponieważ gdy się rozstali, ona prawie natychmiast weszła w związek z dużo starszym, zamożniejszym przedsiębiorcą. Od narodzin Toma, co miesiąc, Adrian wydawał część swoich zarobków na zabawkę dla syna, ale nie byle jaką, tylko kąski dla koneserów. Star Wars, Star Trek, DC Comics albo Marvel, cokolwiek, co było poszukiwane na rynku, a pewnego dnia będzie należeć do Toma, kiedy będzie na tyle duży, aby to docenić. Co roku Adrian musiał to wszystko ubezpieczać, robiąc szczegółowe zdjęcia i sporządzając spisy wszystkiego, co posiadał, na wypadek pożaru, z czego większość była zdecydowanie nie do odzyskania, ale też niewiarygodnie kosztowna. Ściany w całym jego salonie zajmowały półki od podłogi po sufit zapełnione szczelnie nieskazitelnymi pudełkami. Spróbujcie wytłumaczyć sześciolatkowi, że nie wolno mu się bawić żadną z tych fajnych rzeczy.

Tom usiadł przed wielkim ledowym telewizorem i włączył go. Uruchomił się system surround i cały pokój ożył. ­Adrian wiedział, że telewizor jest za duży na to pomieszczenie, ale skusiły go punkty lojalnościowe, więc mimo to go kupił.

— Masz „Zombie Flesh Hunters 2”?

— Ta gra jest od osiemnastu lat.

— Wszyscy koledzy w to grają, pewnie dzisiaj będą grali online, nie powiem nic mamie — powiedział Tom.

— Hm, masz tylko dwie godziny, zanim będę musiał jechać do pracy — odparł Adrian.

— Do kurwy nędzy!

— Tom! — krzyknął Adrian, a siła jego głosu zatrzęsła nim całym, wziął głęboki oddech, syn wytrzeszczał na niego oczy. Adrian poczuł, że stoi za nim duch jego ojca, otrząsnął się. — Kolego, uważaj na swój język, proszę.

— Nie jestem twoim kolegą — zasyczał Tom.

Adrian otworzył szafkę i rzucił grę synowi, dostrzegając zwycięski cień w uśmiechu Toma. Wyszedł z pokoju, nienawidził podnosić głos, ale jeszcze bardziej nie cierpiał, jak nim się manipulowało.

Wszystkie ślady kobiety zniknęły z sypialni, jedyny dowód jej bytności to zasłane łóżko, a jego ubrania leżały nie na podłodze, tylko w koszu. Nawet ten mały gest sprawił, że czuł się jak w pułapce. Oczywisty podtekst to strach przed związkiem. W przypadku Adriana była to fobia. Kiedy Andrea od niego odeszła, zabierając syna, obiecał sobie, że nigdy więcej nie znajdzie się w takiej sytuacji; czuł się, jakby wyrwano mu serce. Ktokolwiek powiedział, że lepiej jest kochać i stracić, nie miał najwyraźniej bladego pojęcia, o czym mówi. W łazience znowu spojrzał w lustro. Sprawdził, czy oczy jeszcze ma przekrwione. Jako że minęło pół roku, odkąd wolno mu było wejść na posterunek, to nie powinien wracać do pracy jak pijak, nie po tym, jak stamtąd odszedł… a raczej jak poproszono go, aby się wyniósł. Zeszłej nocy jednak musiał sobie dodać odwagi, więc się napił, poznał kobietę. To ta sama stara historia, tylko jedna noc. Wszedł pod prysznic. Przez drzwi dochodziły do niego mrożące krew w żyłach wrzaski i wystrzały, gdy zmywał z siebie kaca i cokolwiek, co jeszcze pozostało po tym wyskoku.

Adrian stał przed posterunkiem policji i żałował, że rzucił palenie. Wziął głęboki oddech i wszedł przez przeszkolone drzwi, ciągnąc za sobą Toma.

— Cześć, Tommy. — Denise Ferguson rozpromieniła się za biurkiem, najwyraźniej starając się uniknąć kontaktu wzrokowego z Adrianem. Podejrzewał, że nie będzie to ostatnie niezręczne spotkanie tego dnia.

Gdy pchnął kolejne dwuskrzydłowe drzwi, zauważył, że zmieniła się głośność dyskusji, a wraz z nią tempo, wszyscy jakby zwolnili. Poczuł na sobie spojrzenia, więc spuścił wzrok na podłogę i podszedł do swojego biurka.

— Detektywie Miles? — Adrian podniósł głowę. Główny detektyw inspektor Morris stał w drzwiach swojego gabinetu. — Możesz tu przyjść?

Adrian dał znak Tomowi, aby poczekał, zanim wszedł do biura szefa. Tom wyciągnął swój telefon i zaczął się bawić, podłączając słuchawki, aby uniknąć nadgorliwej opiekuńczości ze strony kolegów taty. Morris zamknął drzwi za Adrianem, który z wdzięcznością na moment opuścił tamten pokój.

— Inspektorze Morris — zaczął Adrian.

— Siadaj, proszę, Adrian.

Adrian usiadł, czując się jak winowajca, bo nie zapraszano tu nikogo bez powodu, czekała go poważna rozmowa. Główny detektyw inspektor Morris nie wyglądał choćby na o dzień starszego niż wtedy, kiedy Adrian poznał go przed ponad dwudziestu laty. Oczywiście wtedy Morris wyglądał na sześćdziesiąt lat. To przez łysinę; trudno jest ocenić wiek mężczyzny, który wcale nie ma włosów. Adrian uświadomił to sobie, kiedy na początku pracy spisywał zeznania świadków — jeżeli wplątany był łysy mężczyzna, można było sobie darować nadzieję na rzetelny opis; zeznania obejmowałyby nastolatków, emerytów i wszystkich pomiędzy, w zależności od wizualnych zdolności samych świadków.

— Inspektorze.

— Dobrze, że wróciłeś, brakowało nam ciebie.

— Inspektorze, w kwestii tego, co się stało…

— Adrianie, jeżeli chodzi o mnie, to sprawa zamknięta, zdarzają się takie rzeczy, może nie powinny, ale zdarzają się. Śledztwo zakończone, a pół roku to według mnie dosyć, abyś doprowadził się do porządku. Rozkaz „Żadnych więcej działań” jest lepszy niż nic. Przynajmniej następnym razem będziesz wiedział, że trzeba bardziej uważać przy zapisywaniu dowodów.

— Nie będzie następnego razu. — Adrian wzdrygnął się. — I dziękuję za to wstawiennictwo za mną na komisji.

— Odbyłeś karę, wszyscy popełniamy błędy, sam przez te lata miałem parę potknięć. — Morris podniósł głowę, gdy do szklanych drzwi ktoś delikatnie zastukał. — Ach, mówiąc o błędach. — Wziął głęboki oddech i dał znak kobiecie stojącej za drzwiami. — Wejdź!

— Detektyw Morris? Jestem Imogen Grey.

— Tak, wiem, kim jesteś. Idealne wyczucie czasu, wejdź i siadaj, proszę, sierżant Grey.

Zaniedbana brunetka usiadła obok Adriana i natychmiast zaczęła nerwowo skubać paznokcie u kciuków i zagryzać wargę. Miała na sobie bezkształtną bluzę dresową i workowate bojówki. Założyła nogę na nogę, odsuwając się od Adriana, i nie spojrzała na niego choćby raz.

— Przepraszam za spóźnienie.

— Sierżant Grey, poznaj detektywa sierżanta Milesa, będziecie razem pracować przez jakiś czas.

— Szefie? — wtrącił Adrian. Czy jej zadaniem było pilnować, aby on znowu nie narobił bałaganu?

— Wiem, że to nie jest idealne, ale Grey właśnie przeniosła się z Plymouth i potrzebny mi ktoś godny zaufania, aby wprowadził ją w procedury.

— To znaczy, żeby niańczył? — Grey zmarszczyła czoło. Adrian uświadomił sobie, że to nie on jest tutaj pod nadzorem; ona najwyraźniej miała wrogie i obronne nastawienie względem czegoś. Też miała przechlapane.

— O, dobrze, para naburmuszonych nastolatków, powinniście się dogadać. — Morris podszedł do drzwi. — Zostawię was, żebyście się sobie przedstawili.

Grey nie spojrzała na Adriana. Zamiast tego udawała zainteresowanie przydziałowymi policyjnymi plakatami. Adrian wiedział, na co ona czeka — aż on pierwszy się odezwie. To było dziecinne. Szanował to.

— Hm, musiałaś coś poważnie spieprzyć, skoro przydzielili cię do mnie. — Adrian zaśmiał się i wstał. — Chodź, załatwimy ci kody dostępu.

— Dlaczego? A co zrobiłeś? — Po raz pierwszy od wejścia do pokoju spojrzała na niego, a on dokładnie przyjrzał się jej twarzy. Piegowata skóra łuszczyła się na nosie i policzkach, kobieta dużo czasu spędzała na powietrzu. Jej piwne oczy ocieniały najdłuższe i najciemniejsze rzęsy, jakie kiedykolwiek widział. Ani śladu makijażu; i nie miał pojęcia, ile może mieć lat, a po ubraniu wnosił, że to piętnastoletni chłopak.

— Zgubiłem parę dowodów i pozwoliłem dużemu dilerowi ujść bez kary. Widzisz, prawdziwy moment przełomowy w karierze.

— Zawsze jesteś taki szczery? — Twarz Grey rozluźniła się i pojawił się na niej bezczelny uśmiech. Adrian podejrzewał, że ulżyło jej, że on też popadł w niełaskę.

— Zdecydowanie nie. Ale skoro mamy pracować razem, to wolę, abyś dowiedziała się tego ode mnie, Grey.

— To chyba sensowne. — Uśmiechnęła się niechętnie.

— Więc co takiego zrobiłaś? — Adrian przytrzymał drzwi, natychmiast pojmując swój błąd, gdy ona je chwyciła i dała mu znak, aby przeszedł pierwszy.

— Nie twój interes. — Puściła oko. Adrian już spodziewał się, że zaraz klepnie go w tyłek, i chociaż się mylił, to pomyślał, że jej też to przyszło do głowy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Belfer 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny