Świat dla ciebie zrobiłem

Świat dla ciebie zrobiłem

Autorzy: Zośœka Papużanka

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 17.99 zł

Na pewno nie zasnę, pomyślał, łóżko jest oczywiście za duże, jak można zasnąć mając tyle wolnego miejsca z każdej strony. Powinnaś była ze mną przyjechać, raz zrezygnować ze swoich projektów i funduszy i przyjechać. Albo ja powinienem zostać z tobą w domu. Nie powinniśmy w każdym razie się rozdzielać, bo to nam nie służy, stanowczo nie służy takie rozdzielanie, kiedy już ludzie nauczyli się ze sobą być.

 

To książka o tym, że nie ma nas bez innych. Że nie umiemy być ze sobą, chociaż tego właśnie potrzebujemy najbardziej. I że bycie razem nie jest ani trudne, ani łatwe. I że z tej łatwości i trudności robią się historie, które trzeba opowiedzieć.

 

Zośka Papużanka – jedna z najciekawszych i najbardziej oryginalnych współczesnych pisarek, nominowana do Nagrody Literackiej Nike i dwukrotnie do Paszportu Polityki. 

dla Ł., to i wszystko

Kaprys

Nie, to nie była ucieczka. Umówiliśmy się przecież już dawno, że wyjedziemy gdzieś w lipcu, razem, choćby na weekend. Tak, umówili się przecież już dawno, że wyjadą w lipcu, razem, choćby na weekend. Przygotował się, wziął urlop w piątek, żeby się spakować – zawsze miał z tym kłopoty, tiszert na dnie walizki, buty wyżej, spodnie wyżej i już nie wiadomo, czy tiszert był jeden, czy dwa, a w tych butach najwygodniej będzie pojechać, więc i tak trzeba je wyjąć. I pozornie zwykłe, łatwe rzeczy, ładowarka do telefonu, krople do oczu, etui na okulary, które każdego powszedniego dnia były pod ręką, nagle bawią się w chowanego. I jeszcze rozważanie potrzebności i natury każdego przedmiotu, i perlisty śmiech z jego nieudolności, po co bierzesz kąpielówki, albo kamera, po co ci kamera, jak na wiejskim ślubie, zrobimy kilka zdjęć i tyle, film i tak ogląda się tylko raz, bo człowiek nie może się sobie nadziwić, że się w taki dziwny sposób porusza, że ma taki duży nos z profilu, o czym wcześniej nie wiedział, po co to nagrywać. Albo po co woda utleniona i bandaż, przecież wszędzie są apteki, nie jedziemy na koniec świata.

Nie jedziemy, powiedziała, ja nie mogę. Pamiętam, że się umówiliśmy, że razem w lipcu weekend chociaż, ale nie mogę, muszę być w pracy, w sobotę w pracy, tak, właśnie w sobotę w pracy i w niedzielę w pracy, muszę dokończyć projekt i wysłać najpóźniej w poniedziałek, nie, nikt inny nie może, ja się tym zajmowałam od początku, za dużo byłoby tłumaczenia, zresztą to mój projekt i nie chcę, żeby mi ktoś w nim grzebał. Mogę zabrać laptop, ale nie po to wziąłeś urlop chyba, żeby go spędzić z moim laptopem. Wiem. Wiem. Nic nie poradzę. No to jedź sam, skoro ci tak potrzebna ta wieś, skoro chcesz sobie kąkolem i chabrem oddychać i komary tłuc, jedź, ja się nie pogniewam, tylko nie wiem, czym zamierzasz jechać, bo w piątek muszę oddać samochód do naprawy, już się umówiłam z mechanikiem. Autobusem możesz.

Trzeba się przepakować. Kartka, na kartce jak się zapisze wszystko, to jakaś szansa istnieje. Skarpetki – 3 pary (1 parę odłożyć, bo to właśnie są skarpetki na podróż). Na podróż autobusem. Po namyśle postanowił jechać bez skarpetek i w sandałach, żeby się sobie samemu wydawać bardziej na luzie, skreślił więc zawartość nawiasu. Tel., ładowarka do tel., aspiryna, środek przec. owadom, pieniądze, dokumenty, prawo jazdy zostawić, kąpielówki, nie wiadomo po co książka, czy ja tam będę miał czas czytać, 2 książki, kompas, lornetka, co za pomysł w ogóle.

Uświadomił sobie, że nigdy nigdzie nie był sam. Jakieś kolonie (kąpielówki obowiązkowo), obozy harcerskie (kompas, igła z nitką, zapałki, czy zapisałem zapałki), pełne kretyńskich pobudek w środku nocy i zdobywania niezwykle potrzebnych do życia w mieście sprawności, takich jak budowanie latryny z trzech badyli w lesie po ciemku. Potem obowiązkowe wyjazdy pracownicze – wszyscy z czarnymi teczkami, wszyscy ogoleni, jakieś nudne szkolenia o funduszach w ramach programu i programach w ramach środków, nic o środku w ramie ani o ramach środka, idiotyczne konkursy wieczorne i rozochocona pani Basia, która po czterech winach wskoczyła w garsonce do basenu i na krótką chwilę zachwyciła się swoim człowieczeństwem, by następnego dnia o ósmej rano znowu szkolić z funduszu. Zawsze wyjazdy z kimś, nigdy sam, nie umiem jechać sam, od kiedy cię poznałem, planowałem ten wyjazd, tyle lat, a my sobie nie pozwoliliśmy na żaden urlop, daliśmy się zeżreć funduszom i benzynie, a tu trzeba się mleka od krowy napić i pod lipą posiedzieć. Nie umiem sam.

Pierwszy autobus odjeżdżał po siódmej rano, kolejny późnym, lepkim, piątkowym popołudniem. Wybrał popołudnie i prędko tego pożałował. Spocony, udręczony lipcem tłum wracał po pracy do domów, a on, wciśnięty między okno a ogromną, biuściastą kobietę z dwiema prowiantowymi torbami na kolanach, zauważył, że ludzie potrafią mieszkać wszędzie, wszędzie, aż po horyzont. Ogromna kobieta wysiadła, zostawiając po sobie zapach kiełbasy, potem przysiadł się chudy chłopiec z dziwnym pokrowcem pod pachą, jakby na jakiś instrument, ale nie wiadomo jaki. Autobus zatrzymywał się co kilka minut w miejscach, w których, wydawałoby się, nie ma niczego, a jednak na każdym przystanku ktoś wsiadał i ktoś wysiadał. Ludzi jest zbyt wielu, pomyślał, ludzi jest na tym świecie i w autobusie stanowczo zbyt wielu, teraz ja powinienem wysiąść.

Nie dotknął nawet furtki, gdy zza domu wypadł z głośnym ujadaniem mały czarny pies i zaczął pastwić się nad ogrodzeniem, próbując je przesadzić w każdym możliwym miejscu, żeby tylko dopaść, och, żeby tylko dopaść tych obcych spodni, obcych sandałów bez skarpetek. Spokojnie czekał, wodząc wzrokiem za szalejącym kundlem. Po chwili z domu wyszła kobieta, warknęła na psa, który natychmiast podwinął ogon. Zapytała oczywiście, jak podróż, ale chyba nie zależało jej na odpowiedzi, bo wyprzedziła przybysza w sandałach i ruszyła szybkim krokiem w kierunku starej, ale dobrze utrzymanej chałupki, oddzielonej od reszty świata płotem, którym zachłysnęły się malwy i wszędobylskie ręce powoju. Kobieta otwarła dom, zapaliła światło, zaprezentowała gościowi folklorystyczną nowoczesność wnętrza, zgarnęła z ceratowego obrusa owadzie truchła, uchyliła okno, sprawdziła kurki i spłuczkę w łazience, włożyła do kieszeni fartucha podane jej banknoty i wyszła.

I kiedy jej kroki ucichły, dotarło do mnie, że jestem sam, że nie umiem i nie bardzo wiem, co teraz, że mam co prawda jakieś kanapki, ale co ze sobą, co ze sobą teraz zrobić, nie mam pojęcia. Powinnaś była ze mną przyjechać, raz zrezygnować ze swoich projektów i funduszy i przyjechać. Albo ja powinienem zostać z tobą w domu. Nie powinniśmy w każdym razie się rozdzielać, bo to nam nie służy, stanowczo nie służy takie rozdzielanie, kiedy już ludzie nauczyli się ze sobą być, o Boże, co za bzdury. Nie, to nie jest ucieczka, nie w tych kategoriach, ucieczka od czego zresztą, zaplanowałem ten wyjazd i pojadę.

Napuścił pełną wannę chłodnej wody, zanurzył się i siedział w niej, dopóki skóra na jego dłoniach i stopach nie pomarszczyła się jak jesienne jabłko.

Dlaczego ona nie zapytała, dlaczego gospodyni nie zapytała, czemu przyjechałem sam, przecież powiedziałem przez telefon, że będziemy we dwoje, że agroturystyka, ale z łazienką, nie ma mowy o budowaniu latryn, za stary na to jestem. Dlaczego nie spytała, to dziwne. Przecież mówiłem, we dwoje, rezerwuję cały domek, najważniejsze, żeby był spokój, odpocząć, wyspać się, żadnego sklepu w pobliżu, żadnych laptopów z funduszami, jak najmniej ludzi, tylko leżak i dobra książka, tylko my dwoje, tylko ja sam.

Postanowił poczytać w łóżku, ale gdy wyszedł z wanny i nastawił wodę na herbatę, poczuł znużenie. Żeby się oszukać, jak oszukujemy tych, z którymi trudno nam wygrać uczciwie, usiadł z książką przy stole. Od dawna oczekująca na swój czas powieść, gdy czas już przyszedł, okazała się mniej zajmująca, niż się spodziewał, a może to zmęczenie nie pozwalało mu się skupić; mimo wszystko czytał, zmuszając się do brnięcia z nudnym, ubezwłasnowolnionym bohaterem przez kolejne linijki jego życia. Na stół spadła nagle przejrzysta, srebrna ćma. Trzepnął ją nieudolnie wierzchem dłoni. Zachwiała się i powędrowała, kuśtykając, pochylona jak mniszka. Nudziarz, dupowaty nudziarz z tego bohatera.

Podniósł głowę i zobaczył w kręgu światła lampy owadzie miasto, społeczność ciem, much, komarów i innych latających stworzeń, których nazw nawet nie znał, społeczność w chwili odprawiania szeleszczącej liturgii wokół żarówki. Zamknął prędko książkę, zgasił światło i wszedł do łóżka.

Na pewno nie zasnę, pomyślał, łóżko jest oczywiście za duże, jak można zasnąć, mając tyle wolnego miejsca z każdej strony, postanowiłem, to postanowiłem i już, ona nie może myśleć, że mną steruje, że jej praca jest najważniejsza, kąkolem pooddychać, a pewnie, laptopem może lepiej, zrobiłem tak, jak chciałem, musimy sobie dać trochę czasu, trochę miejsca, zawsze się tak mówi, ale to nie o to chodzi, na pewno nie o to chodzi, nie tym razem.

Zdziwiła go ciemność. Prawdziwa ciemność, nie udawana ciemność miejska, ponakłuwana latarniami i neonami sklepów, ciemność ginąca z każdym nadjeżdżającym samochodem, ciemność nieciemna, która potrzebuje tysięcy skrzących się prostokątów, za prostokątami ktoś czyta, rozmawia, w laptopie kąkole sprawdza, zawsze ktoś nie śpi, nie ma ciemności. A tu ciemność. Oparł się plecami o ścianę, zobaczył cień własnych dłoni tuż przy twarzy, a potem zaczął je od siebie oddalać. Już. Zniknęły. Nie mam rąk, pomyślał. Nie ma mnie w tej ciemności.

Położył się na wznak i spojrzał w sufit, zamiast którego była ciemność. Jak w trumnie. Tylko w trumnie nie ma tyle miejsca po prawej i po lewej stronie. Ciekawe, czy są trumny dwuosobowe. Bo może ktoś na przykład chciałby leżeć w trumnie z żoną, mężem, z ukochaną, skoro się razem spędzało każdy lipiec, każdy lipiec tylko dla siebie, żadnych laptopów i bez wcześniejszego szkolenia, to może i w trumnie ktoś chciałby razem leżeć z kimś, z kim jest zżyty, kogo w lipcach się nie opuszczało. Nie, nie, musimy dać sobie trochę czasu, miejsca, boże, jakie banały, coraz gorsze banały, w trumnie i tak miejsca nie ma.

Nie zasnę. Na pewno nie zasnę. Do takiej ciszy i ciemności trzeba się przyzwyczaić, mieć czas i miejsce, żeby sobie je dać. Nie zasnę. Zasnął.

Obudził się w ciemnościach. W hałasie. Niby wiejska, ciemna cisza, a jednak hałas. Nie koniki polne, szmerające za oknem, nie żaby w stawie, ale hałas. Hałas ze ściany. Głośne buczenie, jakby ktoś nad jego głową kręcił drewnianą terkotką rozpaczliwe młynki. Cisza. Nad głową sufit, którego nie ma. A może to nie nad głową. I znowu. Cisza. W ścianie pewnie. Tylko że ściany nie widać, może ściany nie ma. Znowu. Znowu. Cisza, wrzasnął. Znowu. Zatkał uszy i poczuł wirowanie w sobie, jakby przez palce w uszach przeszło w niego. Na pewno jest w ścianie. Cisza. Znowu. Przypomniał sobie rodzinne wakacje w leśniczówce i smętne, przeciągłe dźwięczenie korników, pół nocy g-moll. Rano tata obchodził drewniany domek ze strzykawką, w której była śmierdząca, bursztynowa śmierć, i wstrzykiwał tę śmierć w każdą dziurę w drewnie, w każdy napotkany otwór, zadowolony ze swojej męskiej roli mordercy, aż do wieczornego g-moll. Znowu. Na pewno to jest gdzieś w ścianie, chociaż buczy bardziej niż korniki, korniki przy tym to miły szelest, kołysanka, śpij, maleńki, nie, nie zasnę. Znowu. A jeśli nie w ścianie, tylko w pościeli, przejdzie się po nim, wejdzie hałasem do głowy, były takie owady, dzieci na podwórku się straszyły, że włażą do uszu i nie da się ich wyjąć, składają tam jajka i jest się na wieki robaczym domem. Albo użre po prostu. Nigdy podobno nie wiesz, czy nie jesteś uczulony, dopóki cię coś nowego nie użre. A wtedy masz jakieś trzy minuty. I nawet nie ma laptopa, żeby sprawdzić, jakie są objawy wstrząsu anafilaktycznego. Czy coś takiego. Znowu. Histamina. Skurcz mięśni gładkich. Które to są mięśnie gładkie? Znowu.

No nie. Trzeba być mężczyzną. Trzeba wyjść z łóżka i zatłuc instrument oszałamiający. Trzeba nogi ostrożnie spuścić na drewniane deski, po jednym palcu do podłoża dociskając, bo może tam siedzi, może czyha i użre. Nie ma. Ale gdzieś jest, bo głosi, lamentuje wniebogłosy, choć nieba nie ma, nie ma nawet sufitu. Trzeba zapalić światło i znaleźć. Ale jak zapalę światło, zaraz się zlecą komary, krwiopijcy, w dźwiękach kołatki będą nadlatywać, brzęczenie komara nad uchem, gdy już człowiek zasypia, już zasypia, już już, a tu cichutkie cis, ja tylko na chwilkę i już mnie nie ma, zostanie ci czerwona plama do drapania przez dwa dni, a jak zaświecisz światło, żeby mnie znaleźć, to się dowiesz, ilu nas jest naprawdę. Właściwie ile, bo to baby komara przecież gryzą. Kobiety komary. Na obozie harcerskim w podstawówce głupi Tomek się zakładał z chłopakami, że jak się mięsień zaciśnie, to komar nie może trąby wyjąć. I zacisnął, jak mu komar na przedramieniu usiadł, zacisnął, zawziął się, a komar trąby wyjąć rzeczywiście z Tomka nie mógł, nogami się o Tomka opierał i ciągnął, ale Tomek mięśnia nie puszczał, wszyscy patrzyli, jak się Tomek z komarem męczy i zakład wygrywa. Może to był właśnie mięsień gładki. Znowu. Zresztą trąba nie nazywa się trąba, tylko aparat kłująco-ssący czy jakoś tak. Znowu. Trzeba zamknąć okno, zaświecić światło i zatłuc. Stop muzyka.

Trzeba będzie wstać i znaleźć kontakt na ścianie. A jeśli się nie trafi. Jeśli pod palcem nie kwadratowy boży przycisk, nie fiat lux, tylko to coś, obłe, twarde, może nawet spadnie, gdy go dotknąć, spadnie pod dotykiem, przespaceruje się po pościeli, zacznie uciekać i wejdzie nie wiadomo gdzie, jaki miało tytuł to opowiadanie Kafki, że się facet rano budzi, nie, nie, bez takich rzeczy, przecież nie ma laptopa, żeby sprawdzić. Znowu.

Zerwał się z łóżka, przycisnął dłonie do ściany, przesunął w prawo, w lewo, znalazł kontakt. Światło. I cisza. Nagle cisza. Rozejrzał się. Podniósł poduszkę. Ze ściany spojrzał na niego święty Antoni zza szkła, wiejski święty Antoni, z liliami i tonsurą. Święty Antoni, patron rzeczy zagubionych. Święty Antoni, znajdź tego robala, bardzo cię proszę. Nie wygłupiaj się, powiedział święty Antoni, czy ty go zgubiłeś? Jakże mogę znaleźć coś, czego nie zgubiłeś? Czy to twój robal? Jak twój, to sam sobie poszukaj.

Zrzucił kołdrę. Wytrzepał prześcieradło. Cisza. Kucnął i sprawdził, czy nie ma szpar w podłodze. Obejrzał dokładnie wszystkie ściany, centymetr po centymetrze, z góry na dół, i dla pewności w przeciwną stronę, gdyby robal gdzieś zaparkował podczas jego niepatrzenia. Niedopatrzenia. Przyjrzał się ponownie świętemu Antoniemu, ale święty Antoni nic. Postanowił się zaczaić, poczekać. Teraz cisza, ale za chwilę pewnie nie wytrzyma i włączy ten piekielny magnetofon. A wtedy huzia, po męsku, ukatrupić, żadnej litości. Chcesz imprezy, będziesz miał. Czyjaś krew się poleje. I świętemu Antoniemu się pokaże, że sobie mężczyzna poradzi bez niebieskiej interwencji, taki spryciarz jesteś, nie mój robal, pewnie świętego Franciszka ten robal, pewnie go święty Franciszek zgubił.

Zgasił światło. Niech sobie święty Antoni w ciemnościach posiedzi, skoro taki nieużyteczny. I w ciszy. Bo cisza nagle nastała i ciemność. Policzył do stu. Powoli, dla pewności. Przykrył się kołdrą po sam nos i przyjrzał się odważnie ciemności. Cisza. Zapomnieć. Przebaczyć. To się nie stało. Jakbyś tu była, na pewno nie pozwoliłabyś, żeby to się stało. Ach, żałuj, że ze mną nie pojechałaś, jaka cudowna wieś i kąkole, całą noc oka nie zmrużyłem. Coś brzęczało i brzęczało, i nie dawało mi spać. Albo nie, coś brzęczało i brzęczało, ale szybko się uspokoiło. Nawet nie wiesz, jaka cisza na wsi. Albo nie, coś brzęczało i brzęczało, ale zupełnie się tym nie przejmowałem, po co bym się miał robalem przejmować, na świecie jest jakiś milion gatunków robali, a nikt się nimi nie przejmuje, zresztą robale podobno są pożywne, mają dużo białka, w laptopie można to sprawdzić. Ja nie zamierzam się jakimś robalem przejmować. Znowu. Znowu.

Wsi spokojna, wsi wesoła, oszaleję, pomyślał, oszaleję przez robala. Znowu. Schował się całkiem pod kołdrą. Zawinął wszystkie jej brzegi. Jak mumia egipska, zdążył pomyśleć, zanim wsadził sobie palce do uszu i zacisnął oczy. Jakby szło po mnie wojsko, pomyślał, jakbym na galerze pracował, jakbym mieszkał na nieustannie remontowanym świecie.

Otworzył oczy. Obudziła go pełnia światła i zwyczajny hałas dnia, złożony z milionów dźwięków, z których żaden nie oszałamiał. Nastawił wodę, wsypał kawę do szklanki. Czajnik zagwizdał jak pociąg na znak miłego, chwilowego rozstania, jutro pojutrze się zobaczymy, a tymczasem daj mi się przekonać, że umiem tęsknić, że umiem być sam, gdy sam być nie chcę, bzdury, od rana bzdury, bo się nie wyspałem. Człowiek czasem potrzebuje samotności i takich truizmów, dlatego przyjechałem tu sam, dlatego nie przyjechałaś tu ze mną.

Podciągnął spodnie piżamy i otworzył drzwi. Prawie wszedł w talerz, który na progu zostawiła gospodyni. Jajka. Już ugotowane. Prawie zimne. Kubek mleka. Usiadł na ganku z talerzem na kolanach. Obrał jajka, byłabyś zaskoczona, jakie te żółtka żółte, człowiek, co w mieście mieszka i w markecie się odżywia, nigdy takiego żółtka nie widział, żółte jak słońce, nie jakieś wyprane, blade jajka marketowe. Nie dowiesz się, żółcią żółtka nie dasz się zaskoczyć. Dlatego nie przyjechałaś tu ze mną.

Zjadł jajka, wlał trochę mleka do kawy, wyszedł na ganek. Książka. Książka wreszcie. Bohater to co prawda dupowaty, ubezwłasnowolniony nudziarz, ale można się w spokoju dowiedzieć dlaczego. Skąd jego dupowatość. Może nikt z nim na wakacje nie jeździł. Może mama tylko na kolonie, na obozy harcerskie go wysyłała, byle jak najdalej, a on się uczył latryny w lesie kopać. Są tacy dorośli już, co z mamusiami mieszkają, pieszcząc ubezwłasnowolnienie swoje, w dupowatości się lubując, bo im tak wygodniej. Książka. Wieś ćwierkała, turkotała traktorem czy jakąś inną maszyną, brzęczała polem kąkolem. Ale jakoś te dźwięki nie przeszkadzają. Można? Można. Bohaterem można się zająć w spokoju dupowatym, wypocząć, oderwać się, zrelaksować, coś tam jeszcze, spa dla uszu. I dla bohatera można nabrać zrozumienia, bo przecież bohater się rozwija, nie taki całkiem dupowaty, od setnej strony podejmuje samodzielnie ważne decyzje życiowe, dojrzał. Nikt nie dojrzewa przecież zaraz po okładce, stu stron trzeba przynajmniej. Bohaterowi należy dać szansę, w spokoju mu pozwolić dojrzewać.

Świerszcz spadł na książkę znienacka, ciężko, nie wiadomo skąd, jak źle wystrzelony pocisk. Spadł prosto na dupowatego bohatera i jego rozmowy z samym sobą. I siedział. Dobrze mu było chyba na białej kartce z rzędami czarnych robaczków, wielkiemu robalowi, królowi hałasu, brązowemu perkusiście. Zagiął dziwnie przegub przedniej kończyny, właściwie co mają świerszcze, kończyny? No przecież jakoś to się musi nazywać. I podrapał się kończyną po pasiastej głowie, po czarnym, nieruchomym oku. Widziałem świerszcza, wiesz? Opowiedzieć ci? Spadł mi na książkę, gdy czytałem, siedział tam chyba z dziesięć minut, a ja się bałem poruszyć, taki był piękny, możesz sobie w laptopie sprawdzić, ale taki piękny nie będzie, piękny świerszcz tylko naturalny, wiejski, co na książce siada.

Opowiem ci o świerszczu. Wcale ci nie opowiem o świerszczu. Wcale nie był piękny. Wszędzie miał jakieś czułki i kończyny czy odnóża, nawet z tyłu mu coś wystawało i przestraszyłem się, że mnie ugryzie, że się na mnie rzuci, jeśli tylko kartką poruszę, dlatego przeczytałem sąsiednią stronę osiem razy, zanim sam zeskoczył. Udawałem, że go nie widzę, że nie zwracam na niego uwagi, że mi jego obecność nie przeszkadza. Ileż można być dupowatym bohaterem. Zresztą wcale ci nie opowiem. Nie opowiem ci o świerszczu nic, ani słowa.

Więc to ty jesteś, powiedział. To ty, zrzędo zza ściany, całonocny grajku za pięć złotych, przeszkadzaczu wiejski, spasiony, brązowy, o nieruchomych oczach. Ty mi całą noc grałeś. Przyszedłeś się pokazać, co? Chłopczyku z instrumentem pod pachą, ty janku muzykancie cholerny ludowy, ty ce dur ce dur ce dur i nic więcej, jak na harcerskim ognisku, wszystko w ce dur, niewydarzony paganini, po co ci to ce dur, chyba twoje samice na to ce dur lecą, prymitywny gust muzyczny, doprawdy, takie same brązowe i twardogłowe jak ty, żadnej fantazji, żadnego koloru, polotu, tylko ce dur ce dur i składać jaja. Czym się przyszedłeś pochwalić? Czym, że człowiekowi jeden dzień urlopu potrafisz ześwierszczyć, że przez ciebie ani spać, ani czytać, ani wsi spokojna wsi wesoła? Nie opowiem o tobie. Nie opowiem, choćby nie wiem jak prosiła. W ciągu dnia świerszcze nie grają, wiem to i bez laptopa. W ciągu dnia nie zaświerszczysz. Choćbym nie wiem jak prosił.

Obudził go wiatr. Przyniósł chłód i zapach, którego nie umiał odgadnąć. Książka spadła mu z kolan dupowatym bohaterem na dół. Podniósł ją i zamknął bez zaznaczania strony, na której skończył.

Pomyślał, że wstanie wcześnie i wróci pierwszym autobusem, pierwszym niedzielnym powrotem. Spakował to, co zdążył wyjąć.

Wszedł do łóżka. Nie będę spał przez całą noc, pomyślał, przespałem dzień. Dzień z kąkolami, chabrami i bez laptopa. Było cicho. Nie spał całą noc. Słuchał.

212

Dostępne w wersji pełnej

Daleko

Dostępne w wersji pełnej

Stracciatella

Dostępne w wersji pełnej

Ślady

Dostępne w wersji pełnej

Spotkałem opowiadanie

Dostępne w wersji pełnej

Demerara

Dostępne w wersji pełnej

Szkoda

Dostępne w wersji pełnej

Każdy kot

Dostępne w wersji pełnej

Trudno

Dostępne w wersji pełnej

Ursa maior

Dostępne w wersji pełnej

Cykada

Dostępne w wersji pełnej

W serii Proza PL ukazały się:

Sylwia Chutnik, Jolanta

Sylwia Chutnik, W krainie czarów

Jacek Dehnel, Krivoklat

Zośka Papużanka, On

Zofia Posmysz, Wakacje nad Adriatykiem

Żanna Słoniowska, Dom z witrażem

Magdalena Tulli, Szum

Michał Witkowski, Fynf und cfancyś

Michał Witkowski, Margot

Więcej na:

www.seriaproza.pl

Projekt okładki

Magda Kuc

Fotografia na okładce

Copyright © mikroman6/Moment Open/Getty Images

Redakcja

Marianna Sokołowska

Opieka redakcyjna

Agata Pieniążek

Korekta

Anna Mirkowska

Magdalena Matyja-Pietrzyk

Katarzyna Onderka

Copyright © by Zośka Papużanka

ISBN 978-83-240-4648-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Świat dla ciebie zrobiłem On 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej