Most na rzece Why

Most na rzece Why

Autorzy: Hanna Jott

Wydawnictwo: Autorskie

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 19.51 zł

Książka „Most na rzece Why” traktuje o wyborach naszych codziennych oraz o konsekwencjach tych wyborów. Jej cichym mottem są słowa Jerzego Lieberta: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”.
To książka dla tych i o tych wszystkich, którzy, rozsypani po firmach i instytucjach, walczą o swój życiowy sukces, usiłując jednocześnie zachować przyzwoitość.

Hanna Jott

Most na rzece Why

Projekt okładki

Barbara Sobańska

Korekta

Katarzyna Wróbel

© Copyright by Hanna Jott

ISBN 978-83-947422

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.

Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.

Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

Kontakt

www.rozpisani.pl

info@rozpisani.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Przysiadł na ławce. W uszach brzmiał mu fragment piosenki Petera Gabriela Never thought I could be affected. Tylko partii Kate Bush: Don’t give up ’cos you have friends nie miał kto dośpiewać.

Nie pił, nie ćpał, miał solidne wykształcenie. Jak to się stało, że wylądował na tej ławce, rozpatrując alternatywę mostu: czy pod nim zamieszkać, czy z niego skoczyć? Jedyną jego skazą było to, że od najmłodszych lat nie umiał się nabrać na blichtr. Zawsze jakoś mimo woli jego umysł przebijał się przez watę słów i docierał do sedna. Na dłuższą metę nie potrafił dać się okłamywać, choćby chciał; nie potrafił też okłamać samego siebie (z innymi szło mu całkiem nieźle). W czasach licealnych koledzy żartowali, że ma rentgen w oczach, często więc słyszał pytanie, co sądzi o jakiejś lasce. Znając moc sprawczą swych sądów, formułował je niczym wyrocznia delficka – mówił zawsze to, co chciał powiedzieć, kolegom pozostawiając wysiłek odpowiedniego odczytania znaczeń. Pod politycznie poprawną warstwą dosłowną kryły się zazwyczaj treści dodatkowe, ale trzeba było wprawnego ucha, by je wyłuskać, a rzadko kto je miał. Ta zdolność, rozwinięta do perfekcji i podbudowana w późniejszych latach wykształceniem humanistycznym, doprowadziła go do jego profesji oraz, poniekąd, na tę ławkę na wprost mostu. Odkąd został zawodowym PR-owcem, jeszcze mniej potrafił wierzyć. Chciał być jak inni, przyjmować wszystko at face value, bez wnikania w prawdziwość stwierdzeń i szczerość intencji, zapominając raz na zawsze, gdzie biegnie granica między rzeczywistością a jej piarowskim odbiciem. Skasować honorarium, z satysfakcją wydać je na przyjemności, wyłączyć w mózgu refleksję.

Swego czasu często w biegu na ekspres do Warszawy mijał dworcowych kloszardów. Jeśli nie był zbyt zaspany, by myśleć, zastanawiał się, czy to oni skopali swoje życie, czy to ich życie skopało. Co sprawia, że człowiek kończy na ulicy: wyrok losu, pokręcona psychika czy własna wina?

Nawet mu wtedy przez myśl nie przeszło, że to pytanie kiedyś jego także będzie dotyczyć.

Na ławce obok siedział pijaczek. Twarz czerwonosina, bezzębne usta, oczu widać nie było, bo właśnie kimał z głową spuszczoną na piersi. Ubranie wyglądało, jakby zmieniał je ostatnio na Boże Narodzenie, czyli jakieś pół roku temu. Przypominał mu kuzyna, którego życiorys podobnie się zakończył.

Dzielił ich rok, ale właściwie wychowywali się jak bracia. I odkąd pamięta, zawsze ze sobą rywalizowali. Bartek był bardziej kontaktowy i otwarty, był też bardziej błyskotliwy. On z kolei, choć skryty, wygrywał wytrwałością, której tamtemu brakowało. Był też lepszym strategiem – zamiast od pierwszej lekcji przechwalać się wszem i wobec jak tamten, że trenuje karate, wolał zaczekać na właściwy moment i znienacka pokazać umiejętności wtedy, kiedy rzeczywiście już coś potrafił. Wymagało to paru miesięcy walki ze swoją zazdrością z powodu zachwytu kolegów nad rywalem, za to efekt był piorunujący i długotrwały.

Różnili się nie tylko temperamentem, ale także wzorami, jakie wybierali sobie do naśladowania. On wsiąkł w harcerstwo, Bartek – w żulerię. On wierzył w konieczność nieustannego samodoskonalenia, kuzyn od początku miał do życia podejście ekonomiczne: minimum wysiłku, maksimum efektu, a jak dają, to zawsze brać.

Pijaczek przebudził się, lecz jeszcze nie do końca oprzytomniał. Spojrzał na sąsiada spode łba, zmierzył półprzytomnym wzrokiem jego ubranie, buty i leżącą obok komórkę i mruknął:

– No, taki to se pożyje.

A potem, kierując słowa już bezpośrednio do niego, odezwał się tonem wskazującym, że ten tekst powtarzał setki razy:

– Pan da dwa złote, na chleb mi zabrakło.

Zanim jednak sąsiad zdążył coś odpowiedzieć lub wysupłać z kieszeni monetę, znowu zapadł w pijany sen. Śpiąc, mamrotał cicho. Można było rozróżnić pojedyncze wyrazy: „matka”, „moja stara”, „nie będę”.

Od dzieciństwa każdy z nich miał w głowie jakby odmienne filtry. W domach słyszeli w zasadzie to samo, ale z diametralnie różnym skutkiem. Bartek zamykał uszy na to, co on łapczywie chłonął. Stopniowo wyrastali na dwa kontrastujące ze sobą egzemplarze, całkiem jakby kiedyś stanowili jedną spiralę DNA, która dziwnym zrządzeniem losu rozkręciła się, rozszczepiła na dwa oddzielne łańcuchy; razem stanowili całość, oddzielnie tworzyli tylko dwie ułomne połowy. Każdej z tych połówek rodzina przypisała inną rolę: Bartek był od zadań konkretnych i praktycznej pomocy, on od spektakularnych wyników w nauce, by było się czym pochwalić przed znajomymi.

Obserwując wiele rodzin zaprzyjaźnionych czy z sąsiedztwa, myślał sobie niekiedy, że może stąd bierze się owo odwieczne poszukiwanie brakującej połówki pomarańczy – wychowujące się razem dzieci, szczególnie rodzeństwo, dzielą się rolami i wzajemnie dopełniają. Sporo zależy od kolejności urodzenia. Młodsze dziecko, jakby w opozycji, często przejmuje cechy przeciwne do tych, które u starszego są ganione lub które owo pierworodne rozwinęło po mistrzowsku. Gdy dorosną i wyjdą z domu w świat, trudno już znaleźć kogoś, kto tak idealnie pasuje w miejsce brakującego puzzla.

Bartek już od młodych lat obrał za cel hedonizm: życie od imprezy do imprezy, liczne towarzystwo i kieszenie pełne pieniędzy. On zaś całymi dniami, tygodniami tkwił wśród książek, stając się z tego powodu w rodzinie niemal pośmiewiskiem. Gdy dostał się na studia i wyjechał z miasta, stracili się z oczu. Do domu wpadał dwa razy do roku, Bartek zaś przestał się pojawiać na rodzinnych uroczystościach – i w rodzinnych opowieściach.

Spotkał go po paru latach. Bartek siedział na ławce na rynku, odrażający, brudny, raczej przygnębiony niż zły. Przełamując obrzydzenie, przysiadł obok. W dużych miastach widać już tylko efekt końcowy – zapuszczone, zapijaczone resztki człowieka. W małych miasteczkach proces staczania można łatwiej śledzić, co sprawia, że oceny nie są ani tak ostre, ani tak jednoznaczne. Bartek bełkotał coś pod nosem; z tego pijanego bełkotu wychwycił tylko „moja stara”.

– Co twoja stara?

– Znowu będzie zrzędzić.

– Że co?

– Że piwo piłem.

– A nie piłeś?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi.

– Ty nie narzekaj na swoją starą. Przynajmniej masz kogoś, kto cię holuje.

– Ho… co?

Matka holowała go przez codzienność, lecz gołym okiem widać było, że chłopak obsuwa się na dno. Coraz częściej zamiast do domu trafiał tu – na ławkę. Tu mu było dobrze. Tu nikt się nie czepiał, nikt nie moralizował, a i dwa złote na piwo od czasu do czasu wpadło. Tu nie musiał patrzeć na sąsiada, któremu się powiodło, mimo że nieuk i cham.

– Myślisz, że jej przyjemnie, kiedy po całym dniu pracy wraca do domu, nie wiedząc, czy zastanie obiad, czy zawianego syna?

– A ja to co, ja nie pracuję?

– Arytmetycznie rzecz biorąc – mniej niż ona.

– Bo ja już swoje odpracowałem.

Nie chciał go rozdrażniać, więc ani nie przytaknął, ani nie zaprzeczył. Tym bardziej że było w tym nieco prawdy. Aby jego nowo założona rodzina mogła zamieszkać we własnym domu, dla zarobku harował na obcych budowach po dwadzieścia godzin na dobę w oparach ostrych chemikaliów, bez odpoczynku, nie dojadając. Tak naprawdę to od tego zaczęło się jego staczanie. Zaczął się fizycznie zmieniać, wychudł, stał się niezborny, chwilami zachowywał się jak narkoman. Wtedy też chyba nastąpił ów moment, którego teraz wszyscy w rodzinie usilnie w pamięci szukali – utracił kontrolę. Odtąd na spotkaniach rodzinnych zaczął uchodzić za czarną owcę.

W wielu rodzinach któreś dziecko w odniesieniu do ich wizerunku, statusu i oczekiwań bywa mniej udane bądź nieudane zupełnie. Zadziwiające, jak cierpliwie rodzice, zwłaszcza matki, przy tych „nieudanych” dzieciach trwają, karmiąc się co dnia gęstą zupą zmieszanej z miłością nienawiści. Kiedyś sądził, że to właśnie owo rodzicielskie uczucie nie pozwala im takiego potomka na dobre odtrącić, teraz bardziej skłaniał się ku myśli, że to raczej wyrzuty sumienia. Bo gdzieś po drodze popełnili błąd, niekiedy nawet wiedzą, gdzie i jaki, a teraz nie pozostaje im nic innego, jak z rezygnacją znosić tego błędu konsekwencje. Bywa przy tym, iż odpychają to „bardziej udane”, to, które ich przerosło – jak zresztą być powinno – bo przy niedołężnym kaczątku czują się swobodniej, bardziej swojsko, bardziej u siebie.

– Zrób coś z sobą, wyjedź gdzieś, zmień coś w życiu – rzekł Arek.

W oczach Bartka przez moment rozbłysło jego dawne żywe, choć posmutniałe spojrzenie.

– Co mam zrobić? Dokąd wyjechać? Co zmienić? Już mi się nie chce. Nie mam sił.

Ostatnie słowa zabrzmiały wyjątkowo trzeźwo.

Kuzyn od rozwodu znowu mieszkał z matką. Jego żona należała do tych, co to wygląd mają kobiecy, a charakter męski. Twarda i obcesowa. Nie bawiła się w niuanse, nie owijała w bawełnę. Towarzysko zabawna, życiowo zaradna, jednakże we współżyciu pod jednym dachem należało być przygotowanym na codzienną porcję słownego boksu czy raczej wolnoamerykanki. A Bartek, choć bardzo chciał uchodzić za twardziela, bokserem mimo wszystko nie był. Początkowo nie pozostawali sobie dłużni, lecz na przestrzeni lat okazało się, że w tych starciach to jednak on inkasuje więcej ciosów niż ona, więc coraz częściej potrzebował znieczulenia. Jakoś nie przyszło mu do głowy, by spróbować raz jeszcze, z kimś innym. Chwilami sprawiał wrażenie, jakby był od boksowania przez nią uzależniony.

Matka z jednej strony cierpliwie znosiła zapach nieprzetrawionego alkoholu, z drugiej – nie omieszkała przy każdej sposobności wygłosić kazania.

– Matka to całe życie tylko zrzędziła, ciągle mnie krytykowała. Jak kiedyś sąsiadce ktoś w rowerze opony przebił, to mi takie wciry dała, że mnie przez tydzień plecy bolały. Ja jej mówiłem, że to nie ja, ale mi nie wierzyła. Nigdy mi nie wierzyła. Zawsze prędzej uwierzyła najgorszemu obcemu niż mnie.

– Stary, to było trzydzieści lat temu. Jak długo zamierzasz to rozpamiętywać?

Arek przypominał sobie tamtą sytuację. Paskudnie wtedy Bartka potraktowali. Niekiedy trochę naiwnie myślał, że gdyby od czasu do czasu ktoś kuzyna pochwalił i pogłaskał po głowie, mimo jego prawie czterech krzyżyków na karku, to może dałoby się jeszcze chłopaka odratować. Gdy byli dziećmi, nikt nie zwracał uwagi na to, by ich utwierdzać w poczuciu własnej wartości, by dodawać im skrzydeł, chwalić przy każdej sposobności. Wręcz przeciwnie – ponieważ oboje na tle rówieśników wyróżniali się zdolnościami, rodzice celowo unikali takich zachowań, żeby im przypadkiem w domu jacyś zarozumialcy nie wyrośli. I niechcący obu im podcięli skrzydła, choć każdemu inaczej. Jeden uciekł w książki, potem w pracę, drugi w towarzystwo, później w alkohol. Jeden zaliczył nieudane małżeństwo, drugi nie ożenił się wcale.

Nieraz zastanawiał się, dlaczego jedni ludzie dzięki doświadczonym krzywdom i obiektywnym bądź subiektywnym nieszczęściom rosną w siłę i mądrość, a innych popychają one ku samozniszczeniu. Psychologia, socjologia, astrologia i wszystkie inne -logie miały na to swoje teorie, a i tak nikt nie potrafił wyjaśnić, a tym bardziej przewidzieć ludzkiego losu. W modzie było teraz tłumaczenie wszelkich życiowych problemów zaburzonymi relacjami w rodzinie. Nie śmiałby podważać naukowych teorii, było w nich zapewne więcej niż sporo racji. Jednakże gdyby złe relacje z rodzicami czy małżonkami miały w prostej linii prowadzić do alkoholizmu, to przez ostatnie kilkaset lat pewnie z dziewięćdziesiąt procent populacji musiałoby cierpieć na tę przypadłość. A może właśnie tak było? Z drugiej jednak strony nikt nikomu wódki do gardła nie wlewa. Istnieje jeszcze coś, co zwie się wolną wolą, choć jest jej może wokół coraz mniej. Czytał co prawda teorie podważające i to, w zamian głoszące panowanie pełnego determinizmu psychospołeczno-genetycznego. Czyli jeśli udusi kiedyś swojego hałaśliwego sąsiada, to sąd, nadążając za postępem nauki, powinien mu ten czyn wybaczyć, bo to nie on, to jego natura walcząca o poszerzenie przestrzeni życiowej (po niemiecku Lebensraum, brrr!). Jeśli natomiast spłodzi pięcioro dzieci, każde z inną kobietą, to także nie można mieć o to do niego pretensji, bo to tylko jego geny usiłują maksymalnie się rozpropagować. Wygodna filozofia, bez dwóch zdań. W konsekwencji należałoby znieść cały system prawa cywilnego, który się przecież na pojęciu wolnej woli zasadza, a dodatkowo z nazwy naszego gatunku usunąć słowo sapiens. Dalszy bieg wydarzeń nietrudno sobie wyobrazić: w świetle najnowszych odkryć ludzie świata zachodniego wymordują się nawzajem do nogi, a puste europejskie i amerykańskie połacie zajmą ci, którzy w nowoczesne nauki nie wierzą.

Przypomniała mu się rozmowa z Igą. Dziewczyna nigdy wcześniej nie miała do czynienia z nałogiem alkoholowym. Po kolejnej rodzinnej uroczystości ze stanowczością nowicjusza stwierdziła:

– Jego zniszczył związek z kobietą silniejszą od niego.

– Ale tę kobietę wybrał sobie sam.

– Pytanie, czy ten wybór to przypadek, czy jakiś wdrukowany w podświadomość wzór kazał mu taką wybrać. A może to nie on ją wybrał, lecz ona jego wybrała, podskórnie czując, że zrobi z nim, co zechce?

Faktycznie była trochę typem modliszki – prędzej czy później zawsze zaczynała kłuć tego, kto był w pobliżu. Uciekła z domu w zamążpójście, a że w swojej rodzinie przywykła do samoobrony poprzez kłucie, to potem z rozpędu i przyzwyczajenia swe żądło skierowała przeciwko temu, który jej w ucieczce dopomógł. Oni też byli jak dwie rozkręcone spirale DNA – szarpali się nawzajem nieustannie, ale do tej szarpaniny nadawali się idealnie, jakby się w korcu maku dobrali.

– Nie wiem. Aniołem to on nie jest, ale mi go żal. Też się kiedyś zastanawiałem, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby wybrał sobie dziewczynę mniej inteligentną, ale ciepłą. Taką, której mógłby imponować. I czy to ona źle wyszła za mąż, czy on się źle ożenił.

– Pytanie podstawowe brzmi: dlaczego zaczął? Bo później nałóg, jeśli to rzeczywiście nałóg, napędzał się sam. Nawiasem mówiąc, podoba mi się postawa waszej cioci. Starała się w tym wszystkim być obiektywna.

– Tak? A mnie się wydaje, że obiektywny powinien być sąd i nauczyciel, a matka powinna zawsze brać stronę swojego dziecka.

Ostatnie wieści o kuzynie usłyszał podczas pobytu za granicą: odsypiając libację, zaprószył ogień od niedopalonego papierosa. Spłonął.

Poniewczasie Arek pomyślał, iż owo „nie mam sił” znaczyło: nie mam sił, by się ratować.

Nie, za żadne skarby świata nie chce tam wracać. To już chyba lepszy byłby ten most. Jeśli wróci, to po paru miesiącach wessie go szara galareta i skończy tak jak kuzyn – tonąc w alkoholu albo uciekając w chorobę lub śmierć.

Od najmłodszych lat jego umysł jak gąbka wchłaniał wszystko, co wiązało się ze starym harcersko-rycersko-pozytywistycznym etosem. Na przykład to, że równać trzeba w górę, do lepszego od siebie. Albo: robisz coś, to rób dobrze, masz robić byle jak, to nie rób wcale. Na to nałożyło się poznane później przysłowie, na którym ponoć zbudowano imperium brytyjskie: If a thing is worth doing, it’s worth to be done well. Od ojca dostał jeszcze jedną naukę: słuchaj uchem, a nie brzuchem. Odkąd tylko zaczął rozumieć ojczystą mowę, wyrabiano w nim nawyk uważnego słuchania całego zdania, od początku do końca, tak aby usłyszeć, co faktycznie powiedziano, a nie to, co by się słyszeć chciało. Kto by wówczas pomyślał, że taka umiejętność będzie kiedyś w cenie, a ludzie na specjalne kursy będą się zapisywać, by ją posiąść.

Na rynek pracy uczelniane fale wyrzuciły go w złotych latach dziewięćdziesiątych. Można było umieć niewiele albo zgoła nic, wystarczyło dobrze znać zachodni język. Im lepiej, tym lepiej; tym łatwiej było o pracę. Ludzie z biegłą znajomością obcego języka byli dla firm na wagę złota, w ofertach pracy tacy absolwenci przebierali więc jak dziś w ciuchach na wyprzedaży, a jeśli już dali się firmie namówić (tak: namówić!) na etat, to awansowali błyskawicznie. Nic poniżej stanowiska samodzielnego specjalisty nie wchodziło w rachubę, stanowiska kierownicze były na życzenie.

Jego kariera zawodowa zaczęła się na wpół żartem. Koleżanka, początkująca dziennikarka, pisała artykuł na temat rekrutacji nowych pracowników przez firmy, a konkretnie na temat różnic między sposobem prowadzenia rozmów kwalifikacyjnych przez zachodnie korporacje a rodzime przedsiębiorstwa. Do zadania podeszła ambitnie. W lokalnych gazetach namierzyła trzydzieści ofert pracy, pożyczyła od znajomej elegancki kostium, sprawiła sobie odpowiednią fryzurę (na koszt własny) oraz okulary w modnych oprawkach (to już na koszt redakcji, gdyż jej budżet by tego nie wytrzymał) i udała się na rozmowy.

Któregoś wieczoru zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszał spanikowany głos Doroty:

– Arek, ratuj!

– Pali się?

– Pali! Grunt pod nogami! Do końca przyszłego tygodnia mam złożyć materiały, a ja przeszłam dopiero pięć rozmów. Umówiona jestem na kolejnych czternaście, ale wszystkich sama nie obskoczę. Tym bardziej że niektóre terminy się nakładają, a firmy są w dwóch różnych częściach miasta. Pomóż!

– A na czym miałaby moja pomoc polegać? Mam robić za ponaddźwiękową taksówkę?

– Nie, masz iść za mnie na rozmowy.

– Wybacz, ale przy całej mojej dobrej woli nie jestem w stanie się do ciebie upodobnić.

– Po co chcesz się upodabniać?

Roztrzepana jak zawsze.

– Przecież umawiałaś się jako Dorota Barylska, prawda?

– Nie, jako Dorota Kowalska.

– To i tak dość odległe od Arkadiusza Kowalskiego, szczególnie pod względem charakteryzacji.

– Och, ty to zawsze musisz się do czegoś przyczepić. Nie utrudniaj! Coś wymyślę, jakoś to załatwię, tylko się zgódź.

– No, dobra. Skoro ma ci to skórę uratować, to pójdę. Podaj tylko terminy i adresy. No i przydałoby się wiedzieć, na jakie stanowiska startuję…

Najpierw zaliczył rozmowę rekrutacyjną na stanowisko tłumacza w dziale eksportu. Stara centrala branżowa, działająca od zarania dziejów (czyli od 1949 roku), właśnie się prywatyzowała według zachodnich wzorów. „Wzory” w postaci dwóch amerykańskich konsultantów nakazały zatrudnić do działu osobę z biegłą znajomością dwóch języków. Kandydatów zgłosiło się kilkunastu, z których większość na pytanie: How are you? odpowiadała: My name is… On był jednym z ostatnich do przepytania. Pytania początkowe (o stopniu trudności jak wyżej) przeszedł, jak to z poważną miną określił rekrutujący dyrektor, znakomicie. Następnie padło pytanie:

– A niemiecki pan zna?

– Tak, znajomość ta jest potwierdzona dobrze zdanym egzaminem drugiego stopnia w Instytucie Goethego.

– Panie, my tu nie potrzebujemy nikogo, kto czyta Goethego. Ja się pytam, czy pan się z Niemcem dogadać potrafi.

Usilnie starał się nie parsknąć śmiechem. Po latach stwierdził jednak, że ów dyrektor nie był jeszcze taki zły, bo przynajmniej wiedział, iż Goethe coś pisywał. Później, na wyższych stanowiskach, spotykał o wiele mniej wyedukowane egzemplarze.

Potem było jeszcze kilka bardzo do siebie podobnych rozmów. W pamięci utkwiła mu w zasadzie tylko jedna z nich, a szczególnie jej finał. Spotkanie rozpoczęło się punktualnie (to było jego pierwsze zdziwienie), a następnie przebiegło dokładnie tak, jak nakazują amerykańskie podręczniki: trwało czterdzieści pięć minut, z czego przez dwadzieścia minut mówił prowadzący, a dwadzieścia pięć – kandydat. Po spotkaniu w obiecanym terminie czternastu dni przyszedł na jego domowy adres list: bardzo dziękują za poświęcony czas, ale na to stanowisko jest overqualified. Życzą kariery zawodowej współmiernej do możliwości. Z poważaniem. Zapamiętał, gdyż była to jedyna firma, która odpowiedziała w ustalonym terminie, a na dodatek spławiła go z klasą.

Ostatnia w grafiku była rozmowa w dużej polskiej fabryce. Wszedłszy do budynku, poczuł się jakby w innym wymiarze. W poprzednich miejscach panowała raczej designerska siermiężność, na korytarzach czuło się też wiatr siany przez biegających chaotycznie pracowników. Tu czysto, estetycznie, spokojnie, mimo że za oknem słychać mruk maszyn produkcyjnych. Przemknęło mu przez myśl: „Tu mógłbym zostać”.

Dopiero po chwili przypomniało mu się, po co tu przyszedł – to eksperyment, to nie na serio.

W gabinecie, do którego go wprowadzono, czekał na niego dyrektor. Na pierwszy rzut oka niewiele starszy, jeśli nie młodszy od niego, najwyraźniej także z nowoczesnego zaciągu. Szukano osoby do zadań wszelakich, byle władającej językiem, którego szef nie znał. Początkowo płynnie odgrywał swoją rolę. Z młodym dyrektorem rozmawiało się dobrze, swobodnie, a rozmowa wyraźnie zmierzała do pozytywnego finału. Czuł się z tego powodu coraz bardziej głupio, trochę jak oszust, trochę jak uzurpator. Jednym z wymogów była umiejętność obsługi arkuszy kalkulacyjnych. On ze swym humanistycznym wykształceniem ledwie wiedział, co to jest. Postanowił to wykorzystać jako pretekst do ewakuacji.

– Panie dyrektorze, z ogłoszenia wiem, że oczekują państwo również biegłej znajomości Excela.

– To prawda, będzie to potrzebne do opracowywania sprawozdań.

– Wie pan, ja w tym zakresie tak naprawdę niewiele umiem.

– Nie szkodzi, to można dopracować.

Żachnął się i postanowił postawić sprawę otwarcie. Nie chciał tego sympatycznego gościa robić w karolka.

– Ale ja ten program umiem tylko włączyć i wyłączyć.

Dyrektor roześmiał się szczerze:

– No to ma pan punkty za uczciwość. Żeby pan wiedział, ilu ja się tu już mistrzów świata nasłuchałem…

Dostał pracę.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Most na rzece Why