Howard Webb. Autobiografia

Howard Webb. Autobiografia

Autorzy: Howard Webb

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.12 zł

„Polacy chcieli go zabić. Potem sędziował finał Ligi Mistrzów i mundialu. Historia, która o futbolu mówi więcej niż tysiące piłkarzy i trenerów” -  Rafał Rostkowski, sędzia międzynarodowy.

Jak każdy sędzia piłkarski Howard Webb wielokrotnie spotykał się z krytyką. Od czasu debiutu z gwizdkiem w wieku 18 lat jednak mozolnie awansował w rankingach, a jego naturalny spokój i zdecydowanie wzbudzały szacunek zarówno piłkarzy, jak i działaczy. Wkrótce zaczęto go wyznaczać na najważniejsze i najtrudniejsze mecze. Sędziował m.in. finał Pucharu Anglii w 2009 roku, finał Ligi Mistrzów w 2010 roku i – co najważniejsze – finał mistrzostw świata w 2010 roku. W tej znakomitej, do bólu szczerej i dowcipnej książce Webb przedstawia swoją karierę – w tym sławetny mecz Polski z Austrią na Euro 2008 – z własnej perspektywy. Wyjawia, na czym polega sędziowanie we współczesnej piłce nożnej, w której każdą decyzję arbitra można natychmiast przeanalizować dzięki kamerom, i wyjaśnia, jak uczył się postępowania z największymi gwiazdami, ze sprawiającymi kłopoty zawodnikami i trenerami. Dzięki wyjątkowemu doświadczeniu i wiedzy zdobytej za kulisami ukazuje piłkę nożną w zupełnie nowym świetle.

Spis treści

Dedykacja

Wstęp do wydania polskiego

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Podziękowania

Fotografie

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Mojemu ojcu: mentorowi, trenerowi,

najzagorzalszemu krytykowi, największemu kibicowi,

szoferowi i najlepszemu przyjacielowi.

Ta książka przeznaczona jest dla ciebie.

Wstęp do wydania polskiego

Kiedy 12 czerwca 2008 roku jechałem do Wiednia, aby na Ernst-Happel-Stadion obejrzeć mecz Austria–Polska w ramach turnieju Euro 2008, nawet nie przypuszczałem, że jeszcze tego samego dnia stanę się adwokatem Howarda Webba w polskich środkach masowego przekazu, później jego opiekunem i przewodnikiem po Warszawie podczas Euro 2012, a po dziewięciu latach będę miał przyjemność pisać wstęp do jego książki.

Do książki, której treść zaskoczyła nawet mnie, sędziego piłki nożnej z trzydziestoletnim stażem. Webb zdradza w niej bowiem swój sekret, przez całą karierę sędziowską skrywany przed wszystkimi – szefami z FIFA, UEFA, FA i PGMOL, czyli organizacji, która zatrudnia sędziów prowadzących mecze Premier League. O przewlekłym zaburzeniu, na które cierpi Webb, wiedziała jedynie rodzina i dwaj najbliżsi sędziowie asystenci, jego długoletni współpracownicy: Darren Cann i Mike Mullarkey.

Nikt inny nawet się nie domyślał, że policjant z Rotherham – potężną posturą bardziej przypominający kulturystę niż piłkarza czy tym bardziej kogoś z kłopotliwą dolegliwością zdrowotną – boryka się z zaburzeniem, które dało o sobie znać nawet tuż przed rozpoczęciem meczu Hiszpania–Holandia, finału mistrzostw świata w Republice Południowej Afryki w 2010 roku…

Howard Webb, jeden z najwybitniejszych sędziów w historii piłki nożnej i jeden z dwóch najsławniejszych (drugi to Włoch Pierluigi Collina), jest w tej książce bardzo szczery. Napisał, że nigdy nie czuł potrzeby, żeby wyznać tajemnicę komuś z władz piłkarskich, bo swój problem uważał za osobisty, a nie zawodowy. Tłumaczy, że niezależnie od tego, jak mocno podkreślałby odmienność kwestii osobistych od zawodowych, odnosi wrażenie, że w pewnych kręgach jego zaburzenie uznano by za dowód słabości i ograniczenie. „Sądzę, że wykorzystano by to przeciwko mnie, złośliwie czy też nie, i negatywnie wpłynęłoby to na moją karierę” – pisze Webb i wyobraża sobie całkiem prawdopodobną sytuację, gdy ktoś pyta: „Czy możemy przyjąć, że Webb mimo wszystko jest dobrym sędzią? A może powinniśmy powierzyć ten półfinał komuś, kto nie jest, eee, tak postrzelony?”.

Webb spodziewa się, że jego wyznania zamieszczone w tej książce zaskoczą, a może nawet zaszokują czytelników – również jego kolegów i partnerów. Zapewne. I prawdopodobnie przypadek arbitra z zaburzeniem, który mimo takiego kłopotu sędziował najważniejsze mecze na świecie, w tym aż dziewięć dużych turniejów, a także finał Ligi Mistrzów i finał mistrzostw świata, skłoni do przemyśleń władze piłkarskie na całym świecie. Bo pracowników błędnie zdiagnozowanych lub zbyt pochopnie odrzuconych przez osoby niekompetentne lub nie dość kompetentne do oceny stanu zdrowia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego, nie brakuje na całym świecie w różnych branżach. Webb swoją karierą sędziowską świetnie to udowadnia – także to, że pozory mylą również w świecie piłki nożnej.

„Zabić sędziego”

Mecz Austria–Polska sprawił, że Howard Webb na jakiś czas stał się w Polsce wrogiem publicznym numer 1. Symbolem wszelkiego zła w piłce nożnej. Niesłusznie.

W 30 minucie tego meczu gola na 1:0 dla reprezentacji Polski strzelił Roger Guerreiro, Brazylijczyk z polskim paszportem. Do 90 minuty Polska utrzymywała ten wynik i wydawało się, że w swoim pierwszym w historii występie w turnieju finałowym mistrzostw Europy odniesie pierwsze zwycięstwo, które znacznie zwiększyłoby szanse na awans do następnej fazy rozgrywek.

Wtedy do akcji wkroczył Howard Webb. Musiał wkroczyć. Najpierw podyktował rzut wolny dla Austrii w pobliżu pola karnego Polaków. Zanim Austriacy wykonali ten rzut, Webb zwrócił uwagę zawodnikom przepychającym się i trzymającym w polu karnym, aby tego nie robili, bo w przeciwnym razie podyktuje rzut karny lub rzut wolny, jeśli taki faul popełni zawodnik drużyny atakującej. Gdy skończył ostrzegać piłkarzy, dał gwizdkiem znak, że rzut wolny może być wykonany. Tuż po kopnięciu piłki przez jednego z Austriaków Mariusz Lewandowski przytrzymywał Sebastiana Prödla, utrudniając mu poruszanie się w polu karnym. Webb znowu gwizdnął, szybko podbiegł i stanowczo wskazał na punkt karny. Była już 91 minuta meczu.

Tuż po tym gwizdku Michał Listkiewicz, były sędzia międzynarodowy, wówczas prezes PZPN, wyszedł z trybuny stadionu. Rzutu karnego nie oglądał na żywo. „Tak byłem zagotowany decyzją Howarda Webba” – tłumaczył.

Rzut karny podyktowany dla gospodarzy turnieju wzbudził w Polsce falę krytyki, podejrzeń, hejtu, a nawet spowodował, że pod adresem Webba i jego rodziny w kolejnych dniach wysyłane były śmiertelne pogróżki. Nawet ówczesny premier Donald Tusk, zapytany o komentarz do meczu, powiedział: „Miałem ochotę zabić, dobrze wiecie kogo”.

„Później, gdy zobaczyłem tę sytuację na powtórkach, już na chłodno, jako były sędzia, przyznałem, że Webb podjął dobrą decyzję. Karny był oczywisty” – przyznał Listkiewicz.

Świat piłki nożnej w Polsce od 2005 roku pogrążony był w największej aferze korupcyjnej w historii. Organa ścigania zatrzymały i postawiły zarzuty ponad 600 osobom, w tym ponad 100 sędziom lub byłym sędziom. Dla przeciętnego kibica skojarzenie było wtedy proste: „krzywdzą naszych = korupcja”.

Pamiętam, że nigdy wcześniej ani nigdy później nie byłem wypytywany o żadną sytuację sędziowską tyle razy, co właśnie wtedy. Pierwsze telefony z różnych telewizji zaczęły do mnie dzwonić tuż po meczu, następne około północy, a w kolejnych dniach wielokrotnie musiałem tłumaczyć dziennikarzom i kibicom, że Webb postąpił zgodnie z przepisami gry i zgodnie z najnowszymi oficjalnymi wytycznymi dla sędziów.

Nikt nie wiedział jednak o tym, co później ujawnił Michał Listkiewicz, prezes PZPN, który wcześniej jako sędzia brał udział w mistrzostwach Europy, igrzyskach olimpijskich i dwukrotnie w mistrzostwach świata.

Przed rozpoczęciem turnieju instruktorzy sędziowscy UEFA odwiedzali siedziby wszystkich reprezentacji, aby przestrzec piłkarzy i trenerów przed tym, czego UEFA będzie oczekiwać od swoich sędziów w trakcie meczów. Ciągnięcie, pchanie lub trzymanie zawodnika drużyny przeciwnej w polu karnym uznane zostało za patologię piłki nożnej, którą sędziowie powinni zwalczać. Na płycie DVD przygotowanej przez Komisję Sędziowską UEFA znalazły się klipy ilustrujące, jaki sposób walki o piłkę jest dozwolony, a jaki będzie przez sędziów karany gwizdkiem i ewentualnie kartkami. Niektóre klipy pokazywały sytuacje bardzo podobne do tej, która wkrótce zdarzyła się w meczu Austria–Polska…

Problem w tym, że w czasie spotkania przedstawiciela UEFA z reprezentacją Polski nastąpiła przerwa w dostawie prądu i Polacy nie obejrzeli tej płyty. Przedstawiciel UEFA zostawił ją, aby zrobili to później, gdy prąd zostanie włączony, ale ktoś tę płytę gdzieś schował, zapomniał i w efekcie nikt nie spodziewał się, że coś, co uchodziło na sucho piłkarzom we wcześniejszych meczach, tym razem może spowodować konsekwencje w postaci rzutu karnego.

Paradoks polegał też na tym, że Polacy po meczu zmieszali Webba z błotem, choć jedyny błąd sędziów był taki, że zaliczyli gola dla Polski, mimo iż jego strzelec, Roger, był na spalonym.

Sceny z szatni sędziowskiej z udziałem Webba i jego asystentów oraz analizę tego meczu przez UEFA pokazał film dokumentalny znany na całym świecie pod tytułem The Referees (oryg. Les arbitres, 2009), który pierwotnie miał nosić tytuł Kill the Referee („Zabić sędziego”), nawiązujący do pogróżek wysyłanych przez Polaków i wypowiedzi Donalda Tuska. Austria powinna wygrać 1:0, ale mecz zakończył się remisem 1:1.

Austria odpadła razem z Polską. Ani w Austrii, ani w żadnym innym kraju Webb nigdy nie był tak potraktowany jak wtedy w Polsce. Czy można sobie wyobrazić, z jakimi obawami arbiter przyleciał do Polski w 2012 roku, gdy został przez UEFA powołany do sędziowania mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie?

Jeśli nie sędziowanie, to co?

Howard Webb być może nie napisałby tej książki albo napisałby nieco inną, gdyby po zakończeniu kariery sędziowskiej dostał pracę w Football Association lub nadal pracował dla PGMOL.

„Nie chcę cię stracić, Howard, masz nam jeszcze wiele do zaoferowania” – powiedział mu Mike Riley, szef sędziów w PGMOL, oferując stanowisko dyrektora technicznego.

„Wydawało się to dla mnie idealnym rozwiązaniem; miałem nie tylko nadal codziennie funkcjonować w świecie piłki nożnej, ale także promować i wspierać dawnych kolegów sędziów z Select Group. Szczególnie cieszyła mnie perspektywa wypowiadania się w ich imieniu i wypełnienia w ten sposób pustki, którą zbyt często zajmowali niedoinformowani eksperci” – wspomina Webb.

Przyjął tę pracę, a po jakimś czasie z niej zrezygnował, co też dokładnie opisuje i wyjaśnia w tej książce.

Nie dość dobre relacje z władzami angielskiego futbolu, a zwłaszcza z władzami Premier League, sprawiły, że angielska piłka nożna, szczególnie organizacja sędziowska, straciły bardzo cennego i doświadczonego człowieka, który w tej sytuacji – jak sam to przyznaje – zdecydował się przejść niejako na drugą stronę barykady. Został sędziowskim ekspertem telewizyjnym.

Przez jakiś czas łączył to z pracą w Arabii Saudyjskiej, gdzie był odpowiedzialny za rozwój sędziów, a na początku roku 2017 przyjął pracę w Professional Referee Organization, organizacji sędziów zawodowych pracujących dla amerykańsko-kanadyjskiej ligi MLS. Jest tam menadżerem odpowiedzialnym za przygotowanie i wprowadzenie Video Assistant Referee, czyli systemu pozwalającego sędziom korzystać z powtórek wideo w czasie meczów.

Webb, wciąż jesteś najlepszy

„Gdybym w finale mistrzostw świata w RPA mógł skorzystać z powtórki wideo, pokazałbym czerwoną kartkę” – przyznaje Howard Webb, który jeszcze przed tamtym meczem mówił, że chętnie korzystałby ze wszystkich narzędzi zatwierdzonych przez FIFA i IFAB.

Sam przyznaje też, jak wielką rolę w jego karierze odegrali sędziowie asystenci. Anglik w niczym nie przypomina pod tym względem niektórych gwiazdorów wielkiej sceny, którzy nie przyznają się, jak często korzystają z podpowiedzi suflerów.

Webb wylicza listę sytuacji, w których sędziowie asystenci uratowali go przed popełnieniem poważnego błędu, a swojemu podstawowemu współpracownikowi, Darrenowi Cannowi, poświęca nawet osobny rozdział i fragmenty innych rozdziałów, na co Darren w pełni zasługuje. Wiem to, bo miałem przyjemność poznać go osobiście w czasie kursu FIFA i wielokrotnie obserwować w akcji, zarówno w czasie meczów, jak i treningów.

Howard nie pozuje w tej książce na kogoś, kim nie jest. Przyznaje, że czasem świętował po meczu do rana, co też mogę potwierdzić, bo zdarzyło się, że świętowaliśmy razem…

Opisuje konflikty między sędziami Premier League, ale też przyznaje się do swoich błędów, wątpliwości, zawodu sprawionego kolegom asystentom, decyzji, które podjął dzięki czyjejś pomocy, a także szczerze mówi o tym, jakim cudem udało mu się podjąć słuszną decyzję w meczu Brazylia–Chile i nie uznać gola dla gospodarzy mistrzostw świata, choć wcale nie widział i nie wiedział, że Brazylijczyk Hulk przed oddaniem strzału zagrał piłkę ręką.

„Webb, wciąż jesteś najlepszy” – usłyszał po meczu od szczęśliwego z awansu trenera Brazylijczyków.

Po lekturze tej książki cenię Howarda jeszcze bardziej niż dotychczas.

Rafał Rostkowski

Rafał Rostkowski był sędzią głównym i liniowym. Ekstraklasę sędziuje od 1991 roku, od 1997 pracuje w meczach UEFA, a od 2001 jest sędzią asystentem FIFA. Był jednym z trzech pierwszych sędziów zawodowych w Polsce. Sędziował mecze Ligi Mistrzów, reprezentacjom mistrzów świata, Europy, Azji i Afryki.

Prolog

WEBB, ANGLIA

Jest godzina 17.55 w czwartek 8 lipca 2010 roku, siedzę w sali konferencyjnej w Kievits Kroon, ośrodku wypoczynkowym na przedmieściach Pretorii, który na sześć tygodni stał się bazą dla sędziów FIFA, uczestniczących w mistrzostwach świata. Dziewięć zespołów sędziowskich, które jeszcze pozostały, zgromadziło się, żeby już za pięć minut poznać najważniejszą obsadę w turnieju, dowiedzieć się, kto posędziuje w najbliższą niedzielę finał mistrzostw świata w 2010 roku, który rozegrany zostanie w Johannesburgu. Rozmowy w pomieszczeniu toczą się w przyjaznym tonie – w ciągu minionych tygodni wszyscy się do siebie mocno zbliżyliśmy – ale napięcie, co zrozumiałe, jest aż nadto wyczuwalne.

Otaczają mnie moi asystenci (Darren Cann po mojej prawej stronie i Mike Mullarkey po lewej, jak nakazuje nam przesąd wzięty żywcem z występów Anta i Deca), dwa uosobienia spokoju. Ja jednak jestem jednym wielkim kłębkiem nerwów, bez przerwy uderzam stopą o podłogę, wiercę się na krześle i wrzucam do ust tic taki, jakby za chwilę na całym świecie nieodwołalnie miała się skończyć ich produkcja. Poza tym strasznie chce mi się siku, ale nie ośmielam się w tych ostatnich minutach oczekiwania wyjść do toalety w bezsensownej obawie, że nieszczęśliwie się w niej zatrzasnę. Wiem, że to głupie, nie zamierzam jednak zrobić niczego, co mogłoby mi zakłócić ten najważniejszy ze wszystkich dni.

– Dobrze się czujesz, Howard? – pyta Darren, gdy moje tiki i skurcze przekraczają wszelki zdrowy rozsądek.

– Tak, doskonale – odpowiadam, składając spocone dłonie za głową i nerwowo patrząc na ścienny zegar, staram się wzbudzać w sobie pozytywne myśli, gdy wskazówka minutowa zmierza nieuchronnie do pozycji pionowej. – Po prostu muszę już wiedzieć, stary. Muszę wiedzieć.

Moje nerwy dodatkowo pobudza świadomość, że właśnie moi asystenci i ja najbardziej ze wszystkich zasłużyliśmy na to, aby wystąpić w niedzielnym finale. Jak dotąd w turnieju szło nam nieźle: zyskaliśmy doskonałe recenzje za pracę, jaką na poprzednich etapach wykonaliśmy w meczach Hiszpania–Szwajcaria, Słowacja–Włochy i Brazylia–Chile, i przetrwaliśmy naprawdę brutalne momenty, gdy po kolejnych rundach odesłano do domów aż dwadzieścia trójek sędziowskich. Nieubłagana FIFA kazała jednym pakować walizki z powodu nieodpowiedniego przygotowania fizycznego, a innym wskutek ich niefortunnych błędów.

Na przykład Urugwajczyk Jorge Larrionda otrzymał polecenie wyjazdu, ponieważ nie uznał gola Franka Lamparda, strzelonego Niemcom – nie dostrzegł, że piłka, odbita po jego strzale od poprzeczki, spadła za linią bramkową. W ten sposób nie zaliczył Anglikom wyrównującej bramki, która mogła zwiększyć ich szanse na pozostanie w mistrzostwach. Roberto Rosetti, doskonały sędzia z Włoch, nie dotarł do końcowego etapu, gdyż uznał gola Carlosa Teveza, zdobytego z ofsajdu w zaciętym meczu pomiędzy Meksykiem a Argentyną. Te pożegnania były dla nich naprawdę okrutne.

Jeśli chodzi o mnie, to podobnie jak wszyscy angielscy kibice, jestem totalnie zdołowany faktem, że podopieczni trenera Fabia Capello nie grają już w mistrzostwach, mimo że ich wyeliminowanie w oczywisty sposób zwiększa moje szanse (nie mógłbym przecież sędziować meczów Anglii).

Podtrzymuje mnie jednak na duchu to, że wielu ludzi w kraju zdaje się teraz przenosić uczucia patriotyczne na nas, wiążąc „angielskie nadzieje piłkarskie” z 38-letnim sędzią z Rotherham i jego asystentami z Norwich i Exeter. Bukmacherzy od Williama Hilla przyjmują zakłady w wysokości 5:4, że wystąpimy w niedzielnym finale, a media w całym kraju publikują moją fotografię i snują intensywne rozważania na temat szans sędziów angielskich na udział w finale, obwieszczając, że ANGLIA MOŻE RZĄDZIĆ ŚWIATEM. Jako sędzia Premier League z siedmioletnim doświadczeniem nie jestem przyzwyczajony do wsparcia publicznego, ale teraz, cóż, nie narzekam.

Chociaż nic nie jest przecież przesądzone, wiele wskazuje na to, że Darren, Mike i ja mamy naprawdę duże szanse. Od dnia przyjazdu do Pretorii nasza skromna trójka pracowała naprawdę bardzo ciężko, zarówno na boisku, jak i poza nim. Podnosiliśmy stopień przygotowania fizycznego, poprawialiśmy umiejętność sygnalizowania decyzji i poruszania się po boisku, integrowaliśmy się z innymi sędziami i – nikomu bynajmniej nie liżąc tyłka – staraliśmy się nawiązywać jak najlepsze relacje z najważniejszymi działaczami FIFA. W głębi serca wszyscy trzej jesteśmy przekonani, że wybór właśnie nas do przeprowadzenia najważniejszego meczu mistrzostw będzie jak najbardziej trafny. Uważamy, że w pełni na ten wybór zasługujemy.

To, że w finale zagrają dwie reprezentacje europejskie, Hiszpania i Holandia, jest zdecydowanie korzystne. FIFA stawia na „neutralność kontynentalną”, czyli jeśli oba rywalizujące zespoły pochodzą z tego samego kontynentu, sędziowie również reprezentujący ów kontynent mają większe szanse od innych, by zostać wyznaczeni na mecz (o ile nie gra w nim reprezentacja ich własnego kraju, rzecz jasna), a możliwości te znacznie maleją, jeśli grają zespoły z innej części świata. Finał pomiędzy zespołami z różnych kontynentów całkowicie zmieniłby naszą sytuację: gdyby to Urugwaj wygrał z Holandią, a nie odwrotnie, i miał stanąć do meczu o złoto przeciwko Hiszpanii, nasze szanse zmalałyby do absolutnego zera.

Na naszą korzyść przemawia także fakt, że dwie trójki arbitrów, którzy sędziowali półfinały, nie powinny zostać obsadzone w finale, chociaż w FIFA-landzie nie jest to regułą. Realistycznie rzecz biorąc, nasze szanse wynoszą zatem jeden do siedmiu.

Moim głównym rywalem do finału jest Benito Archundia, kompetentny i wielce szanowany sędzia z Meksyku, który sędziował już w 2006 roku półfinałowy mecz mistrzostw świata rozegrany pomiędzy Niemcami i Włochami w Dortmundzie. Jeśli wziąć pod uwagę nasze ostatnie występy i stopień doświadczenia, my, czyli Anglicy, oraz Meksykanie prezentujemy prawdopodobnie mniej więcej równy poziom. Przypadkowo Benito zajmuje w sali konferencyjnej Kievits Kroon miejsce tuż przede mną. Wydaje się znacznie spokojniejszy i bardziej opanowany niż jego podenerwowany kolega z Anglii.

Dokładnie o 18.00 do sali wchodzi przedstawiciel FIFA z Algierii, Belaïd Lacarne, i dotychczasowy pomruk rozmów zamienia się w ciszę.

Pierwszym komunikatem, jak nam uroczyście oznajmia, będzie informacja o obsadzie na mecz nr 63, czyli na mecz o trzecie miejsce, który ma zostać rozegrany pomiędzy Urugwajem a Niemcami w Port Elizabeth. Oczywiście sędziowanie takiego spotkania to jest także zaszczyt – chociaż jeśli chodzi o blichtr, raczej nieporównywalny z meczem otwarcia albo z dynamicznymi półfinałami – ja jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że jeśli teraz usłyszę swoje nazwisko, będę bardzo zawiedziony. Z drugiej strony, jeśli niebawem w ogóle nie usłyszę swojego nazwiska, będę musiał wrócić do domu z niczym. To jakby teleturniej Sędziowie, prowadzony przez algierskiego Chrisa Tarranta. – Mecz numer 63, Urugwaj–Niemcy – oznajmia pan Lacarne – sędziować będzie Archundia, Meksyk.

W głowie lekko mi szumi, kiedy uświadamiam sobie, że mój największy rywal właśnie wypadł z gry. Pochylam się i klepię Benita w ramię, życząc mu powodzenia; on odwraca się i posyła mi przyjazny uśmiech, choć wyraźnie w nim widać cień rozczarowania.

Nadchodzi decydująca chwila. Wszystko albo nic. Moje serce bije jak oszalałe. Mój pęcherz ma ochotę eksplodować. Moje niespokojne nogi niemal wykonują jakiś szybki irlandzki taniec. Nasza trójka wymienia przelotne spojrzenia w tej samej chwili, w której śmiertelnie poważny działacz FIFA opuszcza wzrok na kartkę papieru. Wrzucam do ust kolejnego tic taca.

– Mecz numer 64, Hiszpania–Holandia – oznajmia Algierczyk, unosząc głowę i omiatając spojrzeniem całą salę – sędziować będzie Webb, Anglia.

O mój Boże, a więc mamy to.

Darren i Mike jednocześnie ściskają moje lewe i prawe udo. W moim ciele wzrasta poziom adrenaliny, krew uderza mi do głowy. Powaga sytuacji nie pozwala mi zerwać się na równe nogi, wyrzucić w górę pięści i zawołać: „KURWA, JEEEEST!!!”, tkwię nadal na miejscu, jak przyklejony do krzesła, spięty i sztywny jak stalowa krata, zmagając się z głupim uśmiechem, który uporczywie chce wyskoczyć na moje usta.

Będę sędziował finał mistrzostw świata, kołacze w mojej głowie jakiś głos. BĘDĘ SĘDZIOWAŁ FINAŁ MISTRZOSTW ŚWIATA.

Rozlegają się grzeczne oklaski, po czym głos zabiera Jean-Paul Brigger z zespołu technicznego FIFA. Przez następną godzinę dokładnie omawia możliwy przebieg obu meczów, taktykę czterech zespołów i pokazuje na wideo ich najlepsze momenty w czasie turnieju.

Robię, co mogę, żeby się skoncentrować na tej prezentacji, ale co chwilę czuję, że wibruje telefon w kieszeni moich dresowych spodni. Informacja o wyznaczeniu mnie na finał najwidoczniej już dotarła do Wielkiej Brytanii i pozwalam sobie na skromny uśmieszek, wyobrażając sobie podekscytowany klan Webbów, zgromadzony w salonie naszego domu w Rotherham.

– Tata sędziuje finał! Tata sędziuje finał! – Wyobrażam sobie rozkrzyczane dzieciaki, podskakujące na kanapie, ubrane, jakże by inaczej, w koszulki w barwach narodowych.

Wreszcie spotkanie oficjalnie się kończy i po szybkiej ucieczce do toalety na rekordowo długie sikanie wreszcie mogę się rozluźnić i cieszyć chwilą. Moi koledzy sędziowie gromadzą się wokół mnie z gratulacjami, na przykład Viktor Kassai z Węgier, Rawszan Irmatow z Uzbekistanu i Frank De Bleeckere z Belgii. Ściskają mi dłoń, poklepują po plecach i serdecznie mnie obejmują. Wszyscy naprawdę gorąco lubimy i wspieramy siebie nawzajem, co teraz mocno doceniam; tylko ci koledzy, którzy przebywają akurat tutaj, w Afryce Południowej, doskonale zdają sobie sprawę, jak wiele znaczy dla mnie nominacja na mecz finałowy i jak ciężko pracowałem, żeby ją uzyskać.

Wreszcie razem z Darrenem i Mikiem wychodzę z budynku na chłodne wieczorne powietrze. Kłębią się we mnie różne emocje, lecz dominują wśród nich duma, wielka ulga i radosne podniecenie.

Rozdział 1

WIELKI MIĘCZAK

Był grudzień 1989 roku, niedziela przed Bożym Narodzeniem, kiedy po raz pierwszy sędziowałem mecz piłkarski. Zostałem wyznaczony do prowadzenia spotkania trampkarzy w wieku do jedenastu lat, rozgrywanego w ramach Rotherham and District Centenary Junior League na boisku niedaleko wioski Orgreave, położonej w odległości mniej więcej mili od mojego domu w Brinsworth.

Egzamin sędziowski zdałem zaledwie trzy dni wcześniej i prawdę mówiąc, miałem ogromną tremę. Chociaż egzamin poszedł mi jak z płatka i przez całą sobotę powtarzałem sobie przepisy gry, teoria a praktyka piłki nożnej to dwie odmienne kwestie. Byłem więc strasznie zdenerwowany.

Nie pomagał mi fakt, że wyglądałem jak muppet. Ponieważ nie kupiłem jeszcze własnego stroju sędziowskiego, musiałem pożyczyć wszystko od ojca, ohydny zestaw z błyszczącego nylonu, na który składały się bezkształtna czarna koszulka z odpinanym kołnierzykiem i mankietami, czarne luźne spodenki, sięgające mi za kolana, oraz czarne getry z szerokimi białymi paskami na górze. Wyobraźcie sobie gorszy kostium dla osiemnastolatka, który przecież przywiązuje wagę do swojego wyglądu. Trudne, prawda?

Wyglądam jak pieprzony Stanley Matthews, pomyślałem, wychodząc na ścieżkę, która prowadziła na boisko z niewielkiego domku campingowego, będącego moją przebieralnią.

Jeszcze gorzej się poczułem, kiedy wybiegłem na boisko. Było nie tylko pochyłe, ale i za sprawą wietrznej i wilgotnej pogody grząskie i nierówne, rzadka trawa rosła na nim tylko gdzieniegdzie, a linie, jakimi je oznaczono, były zielonkawe. Gdy przy linii bocznej zgromadziły się oba zespoły, żeby wysłuchać ostatnich wskazówek trenerów, zadrżałem, częściowo z zimna, częściowo ze strachu.

Nigdy dotąd nie sędziowałem na prawdziwym boisku – szumiał głos w mojej głowie. – Nie wiem, gdzie powinienem biegać, gdzie patrzeć, jak się ustawiać, nie potrafię nawet porządnie dmuchać w ten pieprzony gwizdek…

Przy linii bocznej oprócz zawodników stał także mój ojciec. Przed meczem zdążył jeszcze powiedzieć mi kilka mądrych słów.

– Bądź pewny siebie, panuj nad wszystkim i nie denerwuj się, Howard. Nie przejmuj się zanadto swoją rolą, bo zjedzą cię emocje – oznajmił. – Wszystko będzie dobrze, synu, daję ci słowo.

Rodzicielska rada trafiła, rzecz jasna, na podatny grunt. Poza tym rzeczywiście nie miałem żadnych poważnych powodów do zdenerwowania. Mecz, dwa razy po pół godziny, przebiegł bez większych problemów, a ja – według mojego ojca – wykonałem swoją robotę dobrze pod każdym względem. To, że po ostatnim gwizdku aż pięciu zawodników podało mi ręce, było dobrym znakiem, zauważył. Był to najlepszy barometr dla oceny mojego sędziowskiego debiutu.

Tego dnia na boisko długie cienie rzucały kominy i chłodnie kominowe niedziałającej już koksowni British Steel. Dokładnie pięć lat wcześniej, w czerwcu 1984 roku, te wielkie okopcone piece były scenerią osławionej bitwy pod Orgreave, gwałtownego starcia pomiędzy tysiącami strajkujących górników z hrabstwa South Yorkshire a policyjnymi oddziałami prewencji, uzbrojonymi w gumowe pałki. Tego roku w serwisach informacyjnych dominował temat strajku górników oraz konfliktu pomiędzy dwojgiem przeciwników – premier Margaret Thatcher i przewodniczącym Narodowego Związku Zawodowego Górników Arthurem Scargillem. Na pierwszych stronach tabloidów widniały podburzające tytuły, takie jak NIE PODDAMY SIĘ czy MINE1 FÜHRER, a dziennikarze z BBC i ITN często zajmowali stanowiska wśród pikietujących górników, od Nottinghamshire po Northumberland. Na niepokojące prowokacje pozwalały sobie obie strony podziału, czy to byli pełni nienawiści uczestnicy strajku, którzy rzucali kamieniami w policjantów, czy też funkcjonariusze, którzy palili banknoty dziesięciofuntowe przed oczami protestujących górników.

Byłem wówczas trzynastoletnim uczniem i kiedy pewnego ranka okolicę obiegły informacje, że pod Orgreave dzieją się ważne rzeczy, razem z kolegą wymknąłem się w czasie przerwy obiadowej ze szkoły i pojechaliśmy do wioski na naszych rowerach Raleigh Grifter. Gdy wspięliśmy się na jakiś nasyp, żeby mieć na wszystko jak najlepszy widok, było już po bitwie. W powietrzu jednak wciąż czuło się napięcie, a przed kopalnią nadal kłębiło się mnóstwo górników, policjantów i dziennikarzy z kamerami.

Dla szukającego przygody nastolatka, który nie w pełni rozumiał niepewną sytuację polityczną, te dramatyczne wydarzenia były po prostu makabrycznie fascynujące. W końcu nie każdego dnia najważniejsze wydarzenia w kraju rozgrywają się niemal w miejscu twojego zamieszkania.

– Cholera, spóźniliśmy się. Chyba najlepiej będzie już wrócić – mruknąłem, licząc na to, że kiedy wśliźniemy się na drugą lekcję matematyki, nikt nie zauważy, że nie było nas na pierwszej.

Strajk miał wielki wpływ na społeczeństwo Rotherham, ponieważ wszyscy mieszkańcy albo znali, albo byli krewnymi górników lub gliniarzy (w niektórych rodzinach byli i ci, i ci). Z pewnością bardzo wpłynął na rodzinę Webbów. Mój ojciec, Billy, był górnikiem, tak jak jego ojciec, i miał 15 lat, kiedy po raz pierwszy zjechał pod ziemię w Silverwood, kilka dni po ukończeniu szkoły.

Prawie dziesięć lat przepracował pod ziemią, ale zrezygnował z tej pracy w 1966 roku, po dwóch tragicznych wypadkach, które miały miejsce w odstępie zaledwie dwóch tygodni i zakończyły się śmiercią dziesięciu jego kolegów. Trauma towarzysząca wydobywaniu spod zwałów węgla zwłok najlepszego przyjaciela przelała czarę. Praca w kopalni może i była dobrze płatna, zbliżała ludzi funkcjonujących razem w bezustannym zagrożeniu, ale ryzyko, jakie ze sobą niosła, było po prostu zbyt duże dla mężczyzny posiadającego rodzinę.

– Mam tego dosyć, Sylvia – ze łzami w oczach oznajmił tego wieczoru mojej mamie i pogodził się z myślą, że już nigdy więcej nie będzie pracował jako górnik.

Karierę zawodową kontynuował jako sprzedawca. W połowie lat osiemdziesiątych został regionalnym przedstawicielem Wall’s i na terenie całego South Yorkshire rozwoził produkty mięsne tej firmy do sklepów i hurtowni. W czasie strajku górników regularnie zatrzymywał się przy Orgreave, gdzie otwierał szeroko drzwi swojej furgonetki, wyciągał tacę z kawałkami wieprzowiny zapiekanej w cieście i częstował nią swoich byłych kolegów, którzy teraz urządzali pikiety.

Przez całe moje dzieciństwo ojciec spędzał dużą część weekendów na boisku piłkarskim, sędziując lokalne mecze. Z gwizdkiem postanowił biegać w 1969 roku, aczkolwiek przez przypadek. Zespół ligi niedzielnej, w którym występował, często narzekał na brak sędziów – zazwyczaj po prostu nie dojeżdżali na mecze ze względu na duże odległości albo zwyczajnie ich brakowało. Aby mecz mógł się odbyć, właśnie tato zmieniał rolę i ratował sytuację. Jego racjonalny charakter, poważne podejście do życia i dudniący głos idealnie pasowały do funkcji sędziego i zachęcony przez kolegów z zespołu, a także przez kibiców, postanowił zapisać się na odpowiedni kurs.

Billy Webb zyskał opinię surowego, lecz sprawiedliwego człowieka z gwizdkiem. Pięciokrotnie zostawał sędzią roku na szczeblu lokalnym i w końcu awansował z lig amatorskich oraz półprofesjonalnych na poziom Yorkshire League. Regularnie towarzyszyłem mu w jego podróżach na boiska i stadiony w północnej Anglii, często przenosiłem ciężką torbę ze sprzętem z bagażnika samochodowego do szatni. W każdy piątkowy wieczór czyściłem mu buty piłkarskie na wysoki połysk, posługując się szczotkami i tłuszczem garbarskim. Robiłem to w kuchni i za każdym razem wykładałem podłogę starymi egzemplarzami „Yorkshire Post”.

Przed meczami obserwowałem zza linii bocznej, jak zwołuje oba zespoły, ustawia je w szeregu i wygłasza przedmeczową mowę sędziowską, zawsze używając tych samych słów.

– Drodzy panowie, znacie mnie już dobrze i zapewne wiecie, że nie zamierzam wysłuchiwać na boisku przekleństw i obraźliwego języka – ostrzegał młodych ludzi, żartobliwie wygrażając im palcem. – I nieważne, czy będziecie tak mówili do mnie, do kolegi z drużyny czy do przeciwnika. Nie będę tego tolerował.

Czasami wyciągałem notes i prowadziłem statystyki meczowe, zapisując czas najważniejszych wydarzeń zgodnie ze wskazaniami mojego zegarka marki Casio. Notowałem, kiedy zawodnicy otrzymywali czerwone i żółte kartki, próbowałem też wystawiać poszczególnym piłkarzom oceny. Po powrocie do domu zamykałem się w pokoju i na podstawie notatek z trybun sporządzałem mały protokół z meczu. Byłem chyba dobrym statystykiem amatorem.

Pozycja taty jako sędziego była na tyle wysoka, że często bywał asystentem w FA Conference (obecnie Premier League) i w rozgrywkach drużyn rezerw. To oznaczało podróże na najważniejsze stadiony północnej i środkowej Anglii, jak chociażby Maine Road, Old Trafford czy Villa Park.

Pamiętam, jak mój kolega Matthew Page i ja któregoś dnia na początku lat osiemdziesiątych towarzyszyliśmy tacie w wyprawie na City Ground, ponieważ wyznaczony został jako sędzia liniowy na mecz Pontin’s League2. Nottingham Forest wciąż wówczas pławiło się w blasku sławy po triumfach w Pucharze Europy, a ja zawsze chciałem zobaczyć stadion tego klubu. Kiedy przyjechaliśmy do Nottingham po godzinnej podróży autostradą M1 w brązowym austinie princess taty, na ulicach miasta zobaczyliśmy mnóstwo rozentuzjazmowanych ludzi.

Wielkim wydarzeniem dla mnie i dla Matta było już samo wejście do szatni pierwszego zespołu Nottingham, ale kiedy tato przebrał się już w strój sędziowski, do jego pokoju wszedł sam wielki Brian Clough. Ubrany w firmową bluzę z zielonego dżerseju i czarne spodnie do biegania, przyszedł po prostu przywitać się z sędziami.

– Panowie, jeżeli tylko będziecie czegoś potrzebować, dajcie mi znać – powiedział z uśmiechem na ustach, podając rękę mojemu oniemiałemu ojcu i jego kolegom. – Mam nadzieję, że dzisiaj wieczorem wszystko pójdzie dobrze.

Tato był pod głębokim wrażeniem jego uprzejmości i spokoju. Z trudem mógł uwierzyć, że jeden spośród najbardziej szanowanych menedżerów poświęcił czas, żeby przywitać się z zupełnie nieznanym sędzią liniowym z Rotherham. A potem było jeszcze lepiej, gdyż pan Clough przez cały mecz siedział na trybunach obok mnie i Matta i z ożywieniem rozmawiał z nami o naszych ulubionych zawodnikach i meczach. W tym czasie tato był, rzecz jasna, na swoim posterunku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Mine (ang.) – kopalnia. Mine wymawia się tak samo jak niem. Mein (przyp. tłum.). [wróć]

Rozgrywki zespołów rezerw (przyp. tłum.). [wróć]

Tytuł oryginału: The Man in the Middle

Copyright © 2016 by Howard Webb

All rights reserved.

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Krzysztof Tropiło

Redaktor merytoryczny: Remigiusz Lewandowski

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce: Włodzimierz Sierakowski

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Howard Webb. Autobiografia, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-823-6

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Howard Webb. Autobiografia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia