Fobos. Tom 2

Fobos. Tom 2

Autorzy: Victor Dixen

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 520

cena od: 26.99 zł

„Tak, stoję nad krawędzią przepaści, gotowa skoczyć sześć tysięcy kilometrów w dół, do czerwonego piekła, z którego nigdy się nie wydostanę, a jednak mam wrażenie, że to najpiękniejszy dzień mojego życia”.

 

 

Lot statkiem Cupido trwa, ale Léonor i pozostali uczestnicy programu Genesis już wiedzą, że zostali oszukani – na Marsie będą w stanie przetrwać zaledwie kilka miesięcy. W wyniku buntu załogi transmisja reality show zostaje przerwana, a Serena, której zależało tylko na wzbogaceniu się, musi zacząć działać, by ratować swoją reputację.

Tymczasem zbliża się moment ujawnienia Listy Serca. Uczestnicy dowiedzą się, czy ich uczucia zostały odwzajemnione. Najważniejsza decyzja jednak wciąż przed nimi: wylądować czy spróbować wrócić na Ziemię? Jedno jest pewne – łatwo się nie poddadzą.

 

Dla E.

„1 łyżeczka syropu kukurydzianego

1 duża puszka mleka skondensowanego

tyle samo przegotowanej albo destylowanej wody

1 żółtko

wymieszać i ostudzić

żadnego mięsa ani konserw

1 kropla witamin dziennie”

Ostatnie słowa zapisane przez

Jamesa Deana (1931–1955)

AKT I

1

KANAŁ GENESIS

Sobota 9 grudnia, godz. 12.13

PRZEPRASZAMY ZA NIEDOGODNOŚCI.

PRACUJEMY NAD JAK NAJSZYBSZYM

WZNOWIENIEM ŁĄCZNOŚCI Z CUPIDO.

DZIĘKUJEMY ZA PAŃSTWA

CIERPLIWOŚĆ I ODDANIE.

DO ZOBACZENIA NA WASZYM

ULUBIONYM KANALE:

KANALE GENESIS!

2

PLAN

Start + 159 dni, 22 godz. 44 min

(Dwudziesty trzeci tydzień)

Drużyna. Jest nas dwanaścioro. Po raz pierwszy razem znaleźliśmy się w Kuli Spotkań, tej szklanej bańce, do której przez ostatnie pięć miesięcy mogliśmy wchodzić wyłącznie parami. Teraz jesteśmy tu wszyscy, my, uczestnicy programu Genesis, największego reality show w historii telewizji i najbardziej bezlitosnego oszustwa wszech czasów.

Jest nas dwanaścioro, spragnionych sławy, przekonanych, że wyruszając na Marsa, zyskamy nieśmiertelność.

Jest nas dwanaścioro, głodnych miłości, ufnych, że będzie jak w baśni – „wyprawili wielkie wesele i żyli długo i szczęśliwie” – czyż nie tak kończą się wszystkie piękne opowieści?

Jest Niemka Kris, moja najwierniejsza przyjaciółka (choć znamy się zaledwie od półtora roku). Z koroną z blond warkoczy na głowie, z wielkimi błękitnymi oczami, przypomina śpiącą królewnę, która właśnie przebudziła się ze zbyt długiego snu.

Jest Kanadyjka Kelly, niepokorna buntowniczka, rozczochrana po bójce, którą niedawno stoczyłyśmy, kiedy dziewczyny myślały, że dostałam ataku paranoi i jestem wściekłą niebezpieczną wariatką.

Jest Hinduska Safia, najmłodsza i najmądrzejsza z nas, którą zraniłam w przypływie szału. Na jej szyi wciąż widać purpurowy ślad po pasku, którym o mało jej nie udusiłam, choć wcale tego nie chciałam.

Są Brytyjka Liz i Singapurka Fangfang, pierwsza to pokładowa top modelka, a druga jest dyżurną intelektualistką, razem podtrzymują za ramiona poturbowaną Safię.

Wszystkie patrzą na mnie ze zdziwieniem – i strachem. Nawet Louve, pokładowa suczka wyglądem przypominająca pudla, wbija we mnie czarne, błyszczące oczy, jakby rozumiała, że tak jak my wszyscy padła ofiarą potwornego oszustwa.

– Wysłali nas na pewną śmierć – powtarzam trzeci raz. Kiedy wymawiam to zdanie, czuję, jakbym miała w gardle żyletki. – Serena i instruktorzy. Pozwolili nam wystartować, wiedząc, że po wylądowaniu nic tu nas nie czeka, nic, poza wadliwymi modułami mieszkalnymi, w których uda nam się przeżyć nie dłużej niż kilka miesięcy. Wszystko jest tu wyjaśnione. Patrzcie.

Dziewczyny zbliżają się do mnie bez słowa, sunąc przez szklaną kulę, do której weszły, gdy przed chwilą podniosłam klapę i otworzyłam właz. Tutaj, w samym sercu statku Cupido, nie ma sztucznej grawitacji – człowiek ma wrażenie, że płynie przez bezkresną próżnię. Ziemia jest tylko jednym z milionów migoczących punkcików. W zagłębieniu mojej dłoni błyszczy przedmiot, który nigdy nie powinien był się tutaj znaleźć, ale zrządzeniem losu trafił w moje ręce: telefon komórkowy z fotowoltaicznym ekranem, ładujący się dzięki światłu kosmosu.

To gwiazdy sprawiły, że ekran w końcu się rozjarzył, to dzięki nim zajaśniała prawda: obraz byłby piękny, gdyby nie był tak straszliwy…

– Co takiego znalazłaś w tej komórce, że ci zupełnie odbiło? – pyta ktoś głosem pełnym gniewu i wątpliwości.

To Aleksiej, Rosjanin, który swego czasu był najbardziej pożądaną partią wśród uczestniczek programu, dopóki nie zaręczył się z Kris.

Stoi po drugiej stronie pancernej niemożliwej do sforsowania szyby, która dzieli Kulę Spotkań na pół. Jego głos dociera do mnie za pośrednictwem systemu dźwiękowego, umożliwiającego łączność między dwiema idealnie odizolowanymi półkulami. Piorunuje mnie stalowoszarym spojrzeniem, jakbym to ja była za to wszystko odpowiedzialna. Jakbym była zbrodniarką, która zniszczyła jego marzenia. Czy można go winić? Miałam tygodnie, by nabrać podejrzeń, uwierzyć w to, co zupełnie niewiarygodne, i wypowiedzieć na głos to, czego nie sposób wysłowić. Ale oni? Oni niczego się nie domyślali i nagle rzucam im to wszystko prosto w twarz jak obelgę, jak niezasłużony policzek. Wierzyli, że są wybrańcami, szczęściarzami przeżywającymi najwspanialszą przygodę w dziejach ludzkości, a teraz dowiadują się, że są jedynie ofiarami, które czeka już tylko okrutny koniec w podłych warunkach.

Twarze chłopców za pancerną szybą przypominają oblicza skazańców, których przyprowadzono z celi śmierci do więziennej rozmównicy na ostatnie spotkanie, nim ruszą korytarzem wprost na krzesło elektryczne.

Czoło Nigeryjczyka Samsona tworzy na szkle plamę w kolorze atramentu, a czoło Japończyka Kenjiego w kolorze mleka. Silne ręce Tao, chińskiego akrobaty, naciskają na szklaną przegrodę tak mocno, jakby chciał ją rozbić, co jest oczywiście niemożliwe. Dwaj pozostali chłopcy, Brazylijczyk Mozart i Amerykanin Marcus, nie wpatrują się w mały ekran telefonu, lecz patrzą na mnie.

Na usianą piegami twarz, ubrudzoną zaschniętą krwią.

Na potargane, rude loki i rozdartą muślinową sukienkę w identycznym kolorze.

Na nagą łopatkę z przyczajoną na niej Salamandrą, długą bliz­ną, którą przez całe życie starałam się ukrywać – wystarczyło parę sekund, by ujrzeli ją wszyscy pasażerowie statku.

– „Raport Noego…” – Kris czyta drżącym głosem, pochylając się nad wyświetlaczem telefonu. – To właśnie znalazła, Aleks: „Raport Noego”… – Odchrząkuje, by mówić głośniej, aby wszyscy dobrze ją słyszeli. – „Streszczenie raportu: czujniki wskazują, że sześć par szczurów, jaszczurek i karaluchów wysłanych potajemnie w siódmym module mieszkalnym przetrwało przez osiem miesięcy w warunkach marsjańskich, rozmnażając się z częstotliwością zbliżoną do tej, jaka panuje w warunkach ziemskich. Ale na początku dziewiątego miesiąca wszystkie żywe organizmy z niewyjaśnionych przyczyn nagle zginęły. Wniosek: w obecnej sytuacji, aż do wyjaśnienia, co spowodowało niewytłumaczalną śmierć zwierząt doświadczalnych, należy uznać, że moduły mieszkalne na Marsie nie zapewniają długotrwałego podtrzymywania funkcji życiowych organizmów…”

Aleksiej z wściekłością uderza pięścią w szybę, przerywając Kris.

Głęboka bruzda przecina wysokie, gładkie czoło chłopaka.

Jego elegancki biały garnitur z szarą lamówką nagle wydaje się zupełnie nie na miejscu, jest coś niestosownego także w idealnie ułożonej fryzurze kinowego amanta. W filmie, w którym przyszło mu mimo woli grać, nie ma nastoletnich uwodzicieli gotowych postawić wszystko na jedną kartę i wygrać, nie ma superbohaterów zdolnych uratować świat ani tym bardziej książąt z bajki. Są tylko przegrani na skraju załamania nerwowego.

– Nie wierzę w to! – krzyczy, a jego rosyjski akcent, dotąd trzymany na wodzy, hula teraz jak chart spuszczony z łańcucha. – Ten raport musi być fałszywy!

– Podpisali się pod nim Gordon Lock, Archibald Dragovic i Ruben Rodriguez… – Kris odpowiada cichutko, odczytując kolejne zdania z ekranu komórki. – Nazwiska dyrektora technicznego i mojego instruktora biologii widnieją tu czarno na białym, Aleks…

– Jesteś naiwna! – ucina Aleksiej. – Nie ma żadnych dowodów, że to właśnie oni napisali ten stek kłamstw.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zwraca się do niej raczej jak ojciec strofujący córkę, niż narzeczony do swej wybranki. Kris jednak nie odpowiada, a stojąca za mną Fangfang zdecydowanie kręci głową, czepiając się nadziei, że to tylko zły sen.

– Aleksiej ma rację – mówi. – To z pewnością mistyfikacja, okrutny żart… Musiałaś się pomylić, Léo…

Tak bardzo chciałaby wierzyć w to, co mówi.

Z jej oczu odczytuję niemą prośbę, błaganie, bym odpowiedziała czymś w stylu: „No tak, jasne, że się pomyliłam. Teraz to oczywiste. Co za szczęście, że tu jesteś, Fangfang, ty zawsze masz rację!”.

Słowa, które wychodzą z moich ust, są jednak przeciwieństwem tych, na które wszyscy czekają.

– Fangfang, Aleksiej, to nie jest żart. Ja się nie mylę. Brzmi to jak zupełne wariactwo, ale Serena poświęciła nas dla pieniędzy. Taka jest prawda. Postanowiła wyprodukować program, wiedząc o usterkach modułów, by zgarnąć miliardy z wpływów z reklam, od sponsorów i widzów wysyłających esemesy. Kiedy ją o to zapytałam, nawet nie próbowała zaprzeczać. Wie, że ma mało czasu. Zależy jej tylko na tym, byśmy potwierdzili, że jutro, w niedzielę, grzecznie i nie sprawiając żadnych problemów, wylądujemy na Marsie, jak przewidywał plan podróży i jak zapowiedziały wszystkie stacje telewizyjne. A kiedy będziemy już na miejscu, spróbujemy sami naprawić moduły mieszkalne. W zamian za to ona zobowiązuje się, że nie rozhermetyzuje ich zdalnie z Ziemi.

– Czekaj… – szepcze Safia. Jest przerażająco blada, jakby jeszcze cała krew nie wróciła jej do głowy po okropnym wypadku, który nieomal kosztował ją życie. – To potworne… To by oznaczało, że chce kupić nasze milczenie za nikłą szansę przeżycia?

– Tak, Safia. Właśnie taką ohydną transakcję zaproponowała mi Serena po tym, jak przyznała się do wszystkiego. Mamy grać dalej swoje role, jak gdyby nigdy nic.

Aleksiej mnie nie słucha – czy raczej, słyszy tylko to, co chce.

– Serena przyznała się do wszystkiego!? – wrzeszczy. – Masz nas za idiotów? Chcesz, byśmy uwierzyli, że Serena przyznała się do wszystkiego na oczach miliardów widzów?

– Transmisja została przerwana. W tej chwili ogląda nas tylko sześć osób: Serena, Gordon oraz instruktorzy, bez Roberta Salvatorego, który uciekł, kiedy dowiedział się, że mam tę komórkę. Należała do Rubena Rodrigueza, którego podpis widnieje pod raportem. Opiekował się zwierzętami z laboratorium NASA, skąd pochodziły te wysłane przed nami na Marsa. Ten facet próbował mnie ostrzec w ostatniej chwili na platformie startowej. Pewnie dopadły go wyrzuty sumienia, gdy zobaczył, jak szykujemy się do wejścia do rakiety. Niestety zareagował zbyt późno. Nie zrozumiałam, co chciał mi powiedzieć. A teraz już nie żyje, został zamordowany, jak wcześniej Sherman Fisher…

– Zamordowany? Ach tak? – odparowuje Aleksiej. – Byłaś przy tym? Widziałaś? Masz dowody? To zabawne, bo mógłbym przysiąc, że ostatnie pięć miesięcy spędziłaś z nami na tym statku, a nie na Ziemi, bawiąc się w Sherlocka Holmesa.

– Aleks, proszę cię, przestań… – błaga Kris.

Aleksiej jednak nie przestaje.

Krzyczy coraz głośniej.

Bombarduje mnie pytaniami, które brzmią jak oskarżenia.

– W co ty grasz, Léonor? Bawi cię opowiadanie tych bredni? A w ogóle to co masz z tyłu na ramieniu?

Czuję, jak wszystkie spojrzenia skupiają się na moich plecach, niczym wiązki promieni laserowych. W tej przezroczystej, szklanej bańce, w której się znajduję, nie mam dokąd uciec. Moja sukienka zmieniła się w strzępy ledwie zakrywające bezbronne ciało. Nie mogą mnie też osłonić długie rude włosy, bo w stanie nieważkości unoszą się do góry, zamiast opadać na ramiona. Piętnaście lat starań, by utrzymać bliznę w sekrecie, zmieniło się w jednej chwili w nic niewarte wspomnienie. Odtąd jestem Salamandrą. Salamandra to ja.

– Jesteś chora, prawda? – atakuje wściekle Aleksiej. – Masz jakiegoś ohydnego syfa, który cię wykańcza, i chcesz, byśmy uwierzyli, że wszyscy zdechniemy razem z tobą?

Z krtani Mozarta wydobywa się stłumione warknięcie:

– Zamkniesz wreszcie tę swoją niewyparzoną gębę?

Rzuca się na oślep na Aleksieja i uderza go w klatkę piersiową. Jednak przy całkowitym braku grawitacji cios nie napotyka żadnego oporu i odrzucony siłą uderzenia Rosjanin frunie przez Kulę Spotkań, aż do szklanej ściany, za którą jest już tylko bezbrzeżna kosmiczna próżnia.

– Sam zamknij parszywą gębę, śmieciu! – wrzeszczy. – Dla ciebie to bez znaczenia, czy tu umrzesz? Gdybyś został na Ziemi, przedawkowałbyś dragi w tej swojej plugawej faweli!

Mozart nie sili się na odpowiedź, błyskawicznie doskakuje do Aleksieja i wymierza cios. Rosjanin, przyparty do ściany, nie może się cofnąć: pięść uderza w szczękę z przytłumionym trzaskiem.

– Zapłacisz mi za to! – syczy Rosjanin, wycierając zakrwawione usta wierzchem dłoni.

Nie zwracając uwagi na przenikliwy pisk Kris, Aleksiej odpycha się od ściany i rzuca na Mozarta. Splatają swe ciała, walcząc nie tylko z przeciwnikiem, ale i ze stanem nieważkości. Wyglądają, jakby wykonywali dziwny taniec albo brali udział w zawodach pływania synchronicznego w bezkresnym kosmicznym oceanie. Tyle tylko, że w ich przekrwionych oczach pała żądza mordu. Z ust Aleksieja spływają cienkie strużki krwi i unoszą się wolno w przestrzeni. Za każdym razem gdy Mozart się obraca, jego brązowe loki unoszą się, odsłaniając błyszczącą metalową kulkę na karku: jajo śmierci, ampułkę jadu, wszczepianą w szyję każdemu członkowi gangu Aranha.

– Umrzemy… – szepcze Kenji.

Odkleił czoło od szyby, by nasunąć na głowę kaptur swego szarego futurystycznego kombinezonu. Jego strój pokrywa warstwa aluminium, mająca go chronić przed promieniowaniem kosmicznym, mogącym przenikać przez ściany Kuli Spotkań. Zza tej dosyć groteskowej osłony, biorąc pod uwagę śmiertelne zagrożenie, które nad nami wisi, Kenji obserwuje Fobosa. Zdaje się zahipnotyzowany przez tę ogromną, czarną, nieforemną skałę. Ten nieprzeciętnie uzdolniony, obdarzony fenomenalną pamięcią chłopak, cierpiący na rozmaite fobie i nieprzystosowany do trudnej misji, w której właśnie uczestniczy, powtarza uporczywie wciąż te same słowa, jak zgrana, zacinająca się płyta, która odtwarza w kółko jeden fragment piosenki, jakby właśnie spełniały się wszystkie jego obsesje i paranoiczne wizje.

– Umrzemy… Wiedziałem… Nie ma ucieczki… Nigdy nie było… Kosmos nigdy nie chciał, by gatunek ludzki zamieszkał na Marsie i wszyscy umrzemy…

Samson i Tao próbują bezskutecznie rozdzielić walczących.

Warden, pies chłopców, krzyżówka kundla z dobermanem, zaczyna wściekle ujadać, do czego natychmiast przyłącza się Louve, tymczasem dziewczyny rzucają się na szklaną szybę, każda wykrzykuje imię tego, z którym miała nadzieję spędzić resztę życia – długiego i szczęśliwego życia, pełnego wzruszeń, śmiechu i zachwytów.

Tylko Marcus nie bierze udziału w szarpaninie.

Wygląda, jakby pozostali chłopcy, którzy biją się i szamoczą tuż obok, w ogóle nie istnieli. Wciąż wpatruje się we mnie szarymi, magnetyzującymi oczami, jakbyśmy byli zupełnie sami. Na jego zmarszczonym ze zdenerwowania czole pulsuje żyła. Między szeroko rozchylonymi połami koszuli, na wysokości serca, widać świeżą ranę, którą sam sobie zadał ostrzem scyzoryka. Litery L, E i O – początek mojego imienia. Wysychając, krwawy tusz zmienił barwę z jasnoszkarłatnej na ciemnopurpurową, niemal czarną, jak kolor niezliczonych tatuaży, które zdobią jego skórę.

Nagle uzmysławiam sobie, że jeśli zawrócimy, nigdy nie będę mogła dotknąć tej skóry. Na tę myśl skręcają mi się wnętrzności.

Jak to cholernie boli!

– Zamknijcie się… – szepczę ze ściśniętym żołądkiem.

Od otaczającego mnie wrzasku pękają mi bębenki.

– Zamknijcie się… – Od krzyku towarzyszy boli mnie głowa. – Zamknijcie się…

Im bardziej dziewczyny zdzierają sobie gardła, im głośniej chłopcy wrzeszczą, a psy szczekają, tym wyraźniej dostrzegam patetyczność tego dramatu, który jest zarazem ogromny i maleńki. Kula Spotkań pośród bezkresnego oceanu śmierci jest tylko miniaturową przestrzenią życia, mierzącą ledwie kilka metrów kwadratowych.

Kula jest delikatna i nietrwała jak bańka mydlana.

– Zamknijcie się!

Tym razem krzyknęłam tak głośno, że musieli mnie usłyszeć. I spojrzeć na mnie.

Wszystkie oczy patrzą teraz na mnie, jedne smutne i pełne łez, inne przekrwione, pałające gniewem i nienawiścią.

– Tam na Ziemi, pięćdziesiąt pięć milionów kilometrów od Cupido, obserwuje nas Serena ze swoją bandą psychopatów – szepczę, wskazując podbródkiem paraboliczną antenę transmisyjną, która wieńczy Kulę Spotkań. – Za trzy minuty, kiedy dotrze do nich sygnał, zobaczą, jak skaczemy sobie do gardeł. Usłyszą obelgi, razy i szlochy. Kiedy wyobrażam sobie uśmiech, jaki pojawi się na idealnie wygładzonej botoksem twarzy tej wiedźmy, to czuję się upokorzona i jest mi wstyd. Chce mi się rzygać na samą myśl o tym.

Biorę głęboki wdech.

Nikt się już nie burzy – nawet Aleksiej.

– Ta kobieta zaproponowała nam układ. Teraz czeka na odpowiedź. Chciała, żebym zdecydowała za całą załogę Cupido, ale odmówiłam. Wiecie, co jej powiedziałam, zanim otworzyłam właz do przedziału mieszkalnego dziewczyn i zażądałam, by przywróciła łączność dźwiękową z przedziałem chłopców?

Czuję, że serce głośno wali mi w piersi, jak wtedy, gdy w szkole stawałam przodem do tablicy, przerażona myślą o tym, że wszyscy patrzą na moje plecy.

– Powiedziałam Serenie, że ona jest sama, podczas gdy nas jest dwanaścioro, a ja jestem częścią drużyny. Twierdziłam, że w tym jest nasza siła. Proszę was, niech to nie stanie się naszą słabością. Musimy trzymać się razem i wspólnie podjąć decyzję. Nie mamy zbyt wielu możliwości. Tak naprawdę istnieją tylko dwie: możemy wylądować na Marsie, jak tego chce Serena, i spróbować naprawić moduły mieszkalne, nie dając nic po sobie poznać przed kamerami, do czego będą potrzebne cholernie duże zdolności aktorskie; możemy też zostać na pokładzie Cupido i zdemaskować ją, kiedy tylko wrócimy na antenę, wiedząc, że umrzemy z głodu, pragnienia i braku tlenu, nim dotrzemy na Ziemię.

Co za ironia: czuję szaloną presję, kiedy wpatruje się we mnie te jedenaście par oczu, choć miałam gdzieś fakt, że przez ostatnie pięć miesięcy każdy mój ruch przez całą dobę śledziły anonimowe miliardy widzów. Skąd te emocje? Ponieważ zależy mi na tej jedenastce osób i boję się, że ich stracę, oto skąd!

– Nie wiem, czy uda nam się wyjść z tego cało – stwierdzam. – Nie wiem, jak sobie poradzimy, jeśli wylądujemy na Marsie, ani jak długo przeżyjemy, jeśli zostaniemy na pokładzie Cupido.

Tak naprawdę nie wiem nic. Z wyjątkiem jednego: jest nas dwanaścioro.

Dwanaście żyć.

Dwanaście głosów.

Zagłosujmy.

3

KONTRPLAN

Schron przeciwatomowy, baza na przylądku Canaveral,

sobota 9 grudnia, godz. 12.52

– Tam na Ziemi, pięćdziesiąt pięć milionów kilometrów od Cupido, obserwuje nas Serena ze swoją bandą psychopatów.

W głębi ciemnego bunkra, w którym zebrali się organizatorzy programu Genesis, na jednym z okien wielkiej cyfrowej ściany wyświetla się w ogromnym zbliżeniu usiana piegami kocia twarz Léonor.

– Za trzy minuty, kiedy dotrze do nich sygnał, zobaczą, jak skaczemy sobie do gardeł. Usłyszą obelgi, razy i szlochy.

Właśnie upłynęły trzy minuty, odkąd Léonor wypowiedziała te słowa, czas niezbędny, by laserowy system łączności przesłał widomość z Cupido na Ziemię – wprost do przebywających w bunkrze konspiratorów.

W sinym świetle cyfrowej ściany ich pobladłe, przestraszone twarze o trudnym do określenia wieku wyglądają jak księżyce.

Geronimo Blackbull, instruktor inżynierii, nawija nerwowo kosmyki długich, ufarbowanych na kruczoczarno włosów na upierścienione palce, podczas gdy Odette Stuart-Smith, instruktorka planetologii, ściska wiszący na szyi krzyżyk i szepcze modlitwy.

W przeciwieństwie do niepokojącej twarzy Archibalda Dragovica, instruktora biologii, którą wykrzywiają tiki nerwowe, oblicze lekarza Arthura Montgomery’ego jest tak nieporuszone, że wygląda, jakby było wykute w skale, a ozdobione szarym wąsem ściśnięte usta zdają się zaszyte.

Zamykający krąg Gordon Lock, dyrektor techniczny programu, wyciera dłonią spocone czoło.

– Kiedy wyobrażam sobie uśmiech, jaki pojawi się na idealnie wygładzonej botoksem twarzy tej wiedźmy, to czuję się upokorzona i jest mi wstyd. Chce mi się rzygać na samą myśl o tym.

Wbrew temu, co sądzi Léonor, stojąca pod cyfrową ścianą kobieta w zielonym kostiumie wcale się nie uśmiecha. Twarz okolona srebrzystą, idealnie ułożoną i twardą jak lodowy blok fryzurą, jest poważna i skupiona. Całe jej ciało wyciąga się w kierunku cyfrowego okna, skąd przemawia ta, którą po wylądowaniu na Marsie zamierzała zdmuchnąć jak pyłek kurzu, usunąć jednym skinieniem palca razem z pozostałymi pasażerami statku, których bez wahania skazała na śmierć.

A teraz ta dwunastka stoi jej na drodze do nieopisanego bogac­twa i najwyższej władzy, do osiągnięcia celu, któremu poświęciła całe życie pełne kłamstw i manipulacji, do żyły złota obiecanej przez Atlas Capital i stanowiska wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki.

– A jeśli nie pójdą na układ…? – szepcze nagle Gordon Lock. – A jeśli postanowią nie lądować na Marsie, tylko zawrócić i wyjawić prawdę o raporcie Noego…? Moja głowa spadnie jako pierwsza, pod raportem widnieje moje nazwisko! – Ukrywa łysą czaszkę w wielkich dłoniach. Jego drżący, nagle zbyt piskliwy głos zupełnie nie pasuje do zwalistej sylwetki olbrzyma. – Nie powinienem był się zgadzać na zniszczenie raportu w zamian za pieniądze zaoferowane przez Atlas Capital. Trzeba było podać go do publicznej wiadomości, ryzykując odwołanie programu, rezygnację z podboju Marsa, nawet jeśli musiałbym przejść na wcześniejszą emeryturę bez żadnej nagrody. Jak mogłem posunąć się do czegoś takiego, ja, były pracownik NASA, szanowany naukowiec… Nie chcę skończyć w więzieniu… Mam rodzinę, żonę, dzieci…

– Przestań zawodzić! – ruga go ostro Serena. – Przypomina mi to żałosne jęki Rubena Rodrigueza. Nie ocalił w ten sposób swojej skóry. A co do twego dziecinnego strachu przed więzieniem, przejrzyj na oczy: jeśli raport Noego zostanie odkryty, to gwarantuję wam, że policja szybko dojdzie do tego, kto zamordował Rubena i Shermana, nie wspominając o wysłaniu na śmierć dwanaściorga uczestników programu. Nie czekałoby nas więzienie, ale krzesło elektryczne za zabójstwa z premedytacją.

Szepty przerażenia rozchodzą się echem w bunkrze.

Producentka wykonawcza programu jednak jak zwykle nie okazuje żadnych emocji.

– Co za okrutna ironia losu! – mówi. – Nasz los spoczywa w rękach tych skończonych zer, tych śmieci, które wyciągnęłam z najbardziej odrażających rynsztoków ludzkości. Mieli odstawić show i zginąć, równie nieświadomi jak owady z misji Noego. Ale karaluchy odkryły, co je czeka. Kto by przypuszczał? A teraz nie chcą dać się rozdeptać bez walki. To fascynujące…

– Jak możesz być taka spokojna? – duka Gordon Lock z mieszaniną odrazy i podziwu. – Nie jesteś człowiekiem… Jesteś androidem jak te, którymi posługuje się Atlas Capital…

– Androidem? Nie. Jestem po prostu realistką. I jestem dalekowzroczna. Jeśli to was uspokoi, to przypominam, że prywatny odrzutowiec, który Atlas Capital oddał do mojej dyspozycji na początku programu, czeka na lądowisku tuż nad naszymi głowami. Jeśli sprawy przybiorą naprawdę zły obrót, możemy uciec za granicę, do jakiegoś neutralnego kraju, który chętnie nas przyjmie w zamian za brzęczące monety. Na razie jednak muszę wystosować krótkie oświadczenie, żeby widzowie mieli o czym myśleć – przesuwa palcem po cyfrowej ścianie, na której pojawia się klawiatura dotykowa. – Ktoś musi się zająć public relations, skoro nasz specjalista od komunikacji Sherman Fisher wystawił nas do wiatru.

4

POZA PLANEM

Willa Sereny McBee, Long Island, stan Nowy Jork,

sobota 9 grudnia, godz. 12.53

Dziewczyna siedzi na brzegu łóżka zasłanego jedwabnymi poduszkami. Jest ubrana w sukienkę z szarej koronki z długimi rękawami. Delikatne ornamenty znikają pod okrywającym ramiona grubym wełnianym szalem, na który opadają jej jasne, niemal białe włosy. Patrzy na wiszący naprzeciwko między dwoma obrazami impresjonistów czarny ekran, na którym pojawiają się białe litery, w miarę jak niewidzialna dłoń wstukuje je gdzieś na klawiaturze:

DRODZY WIDZOWIE, TU SERENA McBEE.

ZAPEWNE JESTEŚCIE BARDZO ZMARTWIENI PRZERWĄ W NADAWANIU PROGRAMU,

NIE MA JEDNAK POWODÓW DO NIEPOKOJU.

STATEK CUPIDO DZIAŁA BEZ ZARZUTU,

A UCZESTNICY SĄ ZDROWI I CZUJĄ SIĘ DOSKONALE.

POTRZEBUJĄ TYLKO ODROBINY CZASU POZA ANTENĄ,

NA TE KILKA GODZIN PRZED HISTORYCZNYM LĄDOWANIEM NA POWIERZCHNI MARSA.

OPUŚCILI NAS NA PARĘ CHWIL, BY WRÓCIĆ WE WSPANIAŁYM STYLU.

JUŻ NIEBAWEM WSZYSTKO WAM WYJAŚNIMY.

DO ZOBACZENIA WKRÓTCE NA WASZYM ULUBIONYM KANALE:

KANALE GENESIS!

Wykrzyknik kończy wiadomość.

Kolejne litery już się nie pojawiają.

Obraz zastyga, utrzymując miliardy widzów w pełnym napięcia wyczekiwaniu – a młodą dziewczynę siedzącą na łóżku prawdopodobnie bardziej niż kogokolwiek innego.

– Mamo… – szepcze Harmony McBee, gdy nagle w jej ogromnym pokoju, w tym przestronnym więzieniu o zakratowanych oknach, za którymi pada grudniowy śnieg, rozlega się jakiś hałas.

Dziewczyna gwałtownie odwraca głowę w stronę drzwi.

Tak, to stamtąd dochodzi hałas!

Znów go słyszy!

Ktoś drapie delikatnie po drugiej stronie.

Harmony wstaje, przebiega po wypastowanej podłodze i przykłada ucho do drzwi.

– Czy to ty? – szepcze. – Chłopak, którego widziałam w ogrodzie?

– Tak – odpowiada stłumiony głos. – Dziękuję, że mnie nie wydałaś…

– Przyniosłeś moją działkę? – pyta gorączkowo Harmony. – Jest za zimno dla gołębi, dlatego przyszedłeś osobiście, tak? Przysłali cię, żebyś mi dostarczył to, czego potrzebuję?

– Działkę? Gołębie? Nie rozumiem… Nie jestem tym, na którego czekasz.

Na bladej twarzy Harmony pojawia się okropny grymas – odbicie rozczarowania, pustki, której nic nie może wypełnić, pogardy dla samej siebie i swej słabości.

– Co w takim razie tutaj robisz i kim jesteś!? – krzyczy z wściekłością, osuwając się bezwładnie na podłogę. – Duchem, który chce mnie wystraszyć? Halucynacją wywołaną głodem? Czy tylko zwykłym powiewem wiatru…

– Błagam cię, nie krzycz! – prosi głos po drugiej stronie drzwi. – Nie jestem powiewem wiatru. Przyszedłem, by z tobą porozmawiać, wszystko ci wyjaśnić.

Klamka się porusza, ale nic się nie dzieje.

Chłopak naciska jeszcze raz.

Znowu nic.

– Jesteś uwięziona? – pyta cicho. – Dlaczego? Kim jesteś?

Przez twarz Harmony przebiega cień.

Marszczy jasne brwi – jakby to pytanie, najprostsze, najbardziej oczywiste ze wszystkich, było dla niej zagadką: „kim jesteś?”.

– Sam już odpowiedziałeś, Duchu… – odzywa się w końcu półgłosem. – Jestem Uwięziona… Jestem Zamurowana… Jestem Delikatną Trzciną, którą byle podmuch może złamać… Tak w każdym razie twierdzi moja matka, Serena McBee.

Po słowach Harmony zapada kilkusekundowa cisza.

– Serena McBee? – powtarza chłopak za drzwiami. – Serena nie ma córki!

– Owszem, ma. Od osiemnastu lat.

– Ale kim jest twój ojciec?

– Nie wiem.

Znów cisza.

A potem nagle gorączkowo wypowiedziane słowa:

– Słyszę kroki na schodach! Muszę uciekać. Muszę się schować!

– Nie, Duchu, nie odchodź! – woła Harmony, przywierając wątłym ciałem do drzwi.

– Wrócę. Obiecuję. Żeby cię uwolnić. Jeśli tego chcesz. Jeśli mnie poprowadzisz.

Harmony mówi najszybciej, jak potrafi, na jednym oddechu:

– Lokaj Balthazar. Trzyma wszystkie klucze w szufladzie biurka. Na parterze. Na samym końcu prawego skrzydła domu. Jesteś tu jeszcze?

Tym razem na pytanie dziewczyny odpowiada tylko dochodzący zza okratowanego okna monotonny szum wiatru, w którym wirują białe płatki śniegu.

5

PLAN

Start + 159 dni, 23 godz. 24 min

(Dwudziesty trzeci tydzień)

– Poczuliście to!? – wykrzykuje Liz.

Tak poczuliśmy to wszyscy: wrażenie dziwnej pustki, ucinające gwałtowną kłótnię, którą prowadzimy od wielu minut po obu stronach szklanej przegrody.

– Może to jakaś awaria – szepce Fangfang.

– Nie – mówi Kelly. – Jeśli silniki się zatrzymały, to znaczy, że dotarliśmy do celu. Cupido wszedł na orbitę, po której Fobos krąży wokół Marsa.

Nasza specjalistka w dziedzinie nawigacji ma rację.

Nie słychać już silnika jądrowego ani rakiety hamującej. Nieprzerwany, ledwo wyczuwalny warkot statku, który kołysał nas przez pięć miesięcy, nagle ucichł, ustępując miejsca nieprzeniknionej ciszy kosmosu.

Nie przybliżamy się już do Fobosa, lecz podążamy w ślad za nim. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy go tak dokładnie przez szklaną ścianę kuli: nadęty, nieforemny, ciągnie nas za sobą, jak kometa swój ogon. Z tej niewielkiej odległości można dostrzec jego potworną, ospowatą, usianą kraterami powierzchnię. Z jednego z nich wystaje mała metalowa wieża, przytwierdzona do skały.

– Co to…? – pyta drżącym głosem Kris.

– To główna antena komunikacyjna, zainstalowana na Fobosie przez misję bezzałogową, która dotarła tu przed nami – odpowiada ponuro Safia. – Za pomocą dodatkowych satelitów umieszczonych na orbicie wokół Marsa, przechwytuje dane radiowe przesyłane z bazy Nowy Eden i przekształca je w wiązkę promieni laserowych, którą wysyła w przestrzeń kosmiczną z prędkością światła. Wszelkie obrazy z kamer dla kanału Genesis, dokumentujące resztę naszego życia, każde nasze połączenie z Ziemią: wszystko to będzie przechodziło przez Fobosa, jeśli wylądujemy…

Hinduska wskazuje palcem wielką, czerwoną kulę Marsa, która zdaje się wciągać nas jak otchłań.

– Musimy coś zrobić! – krzyczy Fangfang w przypływie paniki. – I to natychmiast, zanim planeta wciągnie nas nieodwracalnie w swoje pole grawitacyjne!

– Dopóki zachowujemy tę odległość, nie mamy się czego obawiać – odpowiada Kelly. – Cupido dalej nie poleci. A tym, którzy chcą dotrzeć na Marsa, przypominam, że zgodnie z planem lądowanie ma się odbyć w kapsułach. Mnie w każdym razie tam nie będzie. Głosuję za powrotem na Ziemię.

Słowa Kelly, pierwszej, która podjęła decyzję, spadają na nas jak topór kata.

Bo tym właśnie są: ostrzem gilotyny, ostatecznym, nieodwołalnym wyrokiem – ponieważ powrót na Ziemię oznacza pewną śmierć.

– Mówisz poważnie…? – pyta Fangfang.

Kanadyjka kiwa głową, a jej długie tlenione włosy falują dookoła twarzyczki przypominającej oblicze lalki Barbie.

– Nigdy nie byłam poważniejsza. Przez całe życie ja i moja rodzina pozwalaliśmy się traktować jak śmieci, ale już tego wystarczy, więcej nie wytrzymam. Moich wiecznie naćpanych braci wykorzystują dealerzy, pastwią się nad nimi gliniarze, a porządni ludzie nimi gardzą. Wyruszyłam na Marsa, bo chciałam, by patrząc w niebo, mogli myśleć o młodszej siostrze i poczuć to, czego nigdy nie znali: dumę. Ale okazuje się, że zostałam jeszcze bardziej upokorzona! Marsjański królik doświadczalny, nie może być gorzej! Teraz liczy się dla mnie tylko zemsta. Nieważne, wylądujemy czy zostaniemy na pokładzie Cupido, i tak wszyscy zginiemy. Z tą różnicą, że na Marsie możemy zdechnąć w każdej chwili. Tak, jasne, możemy przetrwać kilka dni czy kilka miesięcy, trzęsąc się ze strachu, że Serena naciśnie guzik i rozhermetyzuje bazę. Nazywacie to życiem? Ja nie. Na statku możemy przynajmniej ocenić, na ile starczy nam zapasów. I wykorzystać ten czas, by posłać tę sadystkę Serenę do diabła!

– Osiemdziesiąt trzy dni.

To Samson odzywa się z drugiej strony szklanej przegrody.

Ma w dłoniach tablet, a w jego oczach odbija się światło ekranu. Jako specjalista w dziedzinie biologii ma dostęp do danych i statystyk dotyczących zaopatrzenia oraz systemów podtrzymywania życia na statku.

– Obie części Cupido korzystają z tego samego systemu recyklingu – tłumaczy – który z jednej części ścieków odzyskuje czystą wodę, a dzięki elektrolizie drugiej części produkuje tlen. Jeśli wykorzystamy każdą kroplę moczu i całymi tygodniami będziemy pozostawać zupełnie bez ruchu, by uniknąć strat w postaci potu, możemy w najlepszym wypadku wyprodukować tysiąc litrów wody. Minimum niezbędne do przeżycia to litr wody dziennie. Łatwo policzyć: tysiąc podzielone na dwanaście równa się osiemdziesiąt trzy. Umrzemy z pragnienia po upływie osiemdziesięciu trzech dni… albo trochę wcześniej, jeśli w równaniu uwzględnimy jeszcze psy.

Na te słowa Warden przytula się do boku Samsona.

– To jakiś absurd! – wykrzykuje Aleksiej.

Mierzy Nigeryjczyka wzrokiem od stóp do głów. Na szczęce Rosjanina w miejscu, gdzie trafiła pięść Mozarta, wykwitł wielki siniak.

– Chcesz, byśmy uwierzyli, że można przeżyć osiemdziesiąt trzy dni bez jedzenia? Przypominam ci, że nasza spiżarnia jest prawie pusta, a nie da się żyć tylko o czystej wodzie i tlenie. Jeśli zawrócimy, na początku trzeba będzie poświęcić psy. Po pierwsze, by pozbyć się niepotrzebnych stworzeń zużywających nasz tlen, po drugie, by zjeść psią karmę, i w końcu, by przerobić je na steki.

Aleksiej patrzy na nas wszystkich, jakby rzucał nam wyzwanie.

– Tego chcecie? – pyta. – Żebyśmy najpierw zżarli psy, a potem siebie nawzajem? Żebyśmy się zmienili w podludzi, w bezkształtne, niemrawe robaki, bo według scenariusza Samsona nie ma mowy o żadnej aktywności fizycznej, by walczyć z zanikiem mięśni z powodu nieważkości? Ja nie chcę skończyć w ten sposób! – Spluwa przed siebie, a plwocina zmieszana z krwią unosi się w powietrzu, tworząc dziwną, czerwonawą arabeskę. – W Moskwie nieraz dostałem w skórę. Nieraz czułem w ustach obrzydliwy posmak krwi. Musiałem wiele wycierpieć i wiele poświęcić. Ale jednej rzeczy nigdy się nie wyrzekłem, nawet pod gradem ciosów: honoru. Chcę stanąć na Marsie z wysoko podniesioną głową, z Kris u mego boku!

Zatapia swe stalowoniebieskie spojrzenie w lazurowych oczach mojej przyjaciółki.

– Kris, powiedz im. Powiedz im, że wylądujesz razem ze mną. W przeciwnym razie nigdy nie będziemy mogli się dotknąć, pocałować. Nie będę miał szansy, by klęknąć przed tobą i wsunąć ci go na palec… – Wskazuje na pierścionek, który zawiesił sobie na łańcuszku na szyi, ten sam, który obiecał Kris w dniu, kiedy się zaręczyli, ponad trzy miesiące temu.

– Tak – szepcze Kris, nie odrywając wzroku od oczu Aleksieja. – Tak, wyląduję z tobą, z miłości…

– Dziękuję ci, mój aniele.

– … pod dwoma warunkami. Po pierwsze, coś mi obiecasz, a po drugie, przeprosisz.

Aleksiej bez słowa kiwa głową, choć jego źrenice błyszczą ze wzburzenia.

– Musisz obiecać, że uszanujesz wspólną decyzję, tak jak ja ją uszanuję – ciągnie Kris. – Jeżeli większość postanowi zawrócić, będziemy musieli się temu podporządkować.

– A dlaczego nie możemy podzielić się na dwie grupy?

– Naprawdę sądzisz, że Serena na to pozwoli? Myślisz, że zgodzi się, aby część z nas została na pokładzie statku i wydała ją zaraz po wejściu na antenę, podczas gdy pozostali jak gdyby nigdy nic wylądują na Marsie? Albo wszyscy lądujemy, albo wszyscy wracamy. Nie mamy innego wyjścia, jak tylko trzymać się razem. Musimy zdać się na decyzję większości i na łaskę Boga. Ty też. Obiecaj.

– Obiecuję. A przeprosiny? Powiedziałaś, że muszę przeprosić?

– Proszę cię, przeproś Léo za to, co powiedziałeś. Jej blizna nie jest wynikiem żadnej choroby. To oparzenie. Nie jest zaraźliwe.

Kolejny raz cała uwaga skupia się na mnie, co sprawia, że czuję się bardzo nieswojo. Kładę rękę na ramieniu mojej kochanej Kris.

– Daj spokój…

Ale Aleksiej odwraca się w moją stronę.

– Przepraszam, Léo – szepcze, spuszczając wzrok. – Nie chciałem… tego powiedzieć. Zrobiłem to w gniewie. Straciłem zimną krew. Przestałem się kontrolować i plotłem głupoty. Przepraszam.

– Nic się nie stało. – Macham dłonią, by dać do zrozumienia, że już zapomniałam o przykrości, która mnie spotkała, ale przede wszystkim, by odgonić te wszystkie wbijające się we mnie spojrzenia. – Czas ucieka. Głosujmy dalej.

Zaczynam odliczać w myślach, tak jak z pewnością wszyscy pozostali. Jeden głos za pozostaniem na pokładzie – Sprawiedliwość; dwa głosy za lądowaniem na Marsie – Nadzieja.

– Ja głosuję za powrotem na Ziemię! – wykrzykuje nagle Safia.

Jej twarz wciąż jest bardzo blada. Ale w żywych, czarnych oczach błyszczy zdecydowanie.

– Co wy sobie wyobrażacie? – ciągnie. – Że umowa z Sereną jest jak oferta Spokój ducha, którą proponuje nowym abonentom mój sponsor Karmafone? Gwarancja najszerszego zasięgu, przejrzystość naliczania opłat i darmowe wsparcie techniczne przez całą dobę? Obudźcie się! Przecież doskonale wiecie, że przy pierwszej nadarzającej się okazji Serena naciśnie guzik i rozhermetyzuje bazę! W tej chwili mamy szansę zaświadczyć, powiedzieć całemu światu o tym, jak nas potraktowano; jeśli teraz nie wykorzystamy tej okazji, może się już więcej nie powtórzyć. Ci dranie poświęcili nas dla pieniędzy. Serena McBee, TA Serena McBee, która ma zostać wiceprezydentem USA, wysyła świadomie dwanaścioro nastolatków na pewną śmierć, a my zbywamy to milczeniem? Zdajecie sobie sprawę, co to oznacza? Nie zgadzam się! Bo tu nie chodzi tylko o nas, rozumiecie…?

Ozdobione małym złotym kolczykiem nozdrza Hinduski rozszerzają się przy każdym oddechu. Patrząc na jej odwagę, trudno sobie wyobrazić, że jest najmłodszą uczestniczką programu – dopiero drugiego lutego skończy osiemnaście lat.

To pragnienie sprawiedliwości tak przemienia tę młodą dziewczynę, którą wzgardzony narzeczony oblał żrącym kwasem, po czym wyparła się jej rodzina. Przemawia dalej pewnie i zdecydowanie, a każde jej słowo brzmi boleśnie prawdziwie:

– Posłuchajcie mnie. My, sieroty, wyrzutki, myśleliśmy, że program Genesis daje nam drugą szansę. Że dzięki niemu niesprawiedliwość, jaka nas spotkała, zostanie nam wynagrodzona. Wiem, że trudno się z tym pogodzić, ale musimy przyznać, że srodze się pomyliliśmy. Ale to jeszcze nie wszystko. Ponieważ teraz spotyka nas jeszcze większa niesprawiedliwość, podłość wręcz monstrualna. Jeśli pozwolimy jej zapanować, ofiar będzie nie dwanaście, będą ich miliony. Serena, ta podła żmija, ma wkrótce zostać wybrana wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. Wyobrażacie sobie, jaki będzie świat, jeśli ktoś jej pokroju zdobędzie takie stanowisko? Udaremnijmy to! Możemy to zrobić. To jest naszym obowiązkiem. Kto się ze mną zgadza?

Po drugiej stronie pancernej szyby Samson wpatruje się w Safię z podziwem. Nie spuszczając z niej oczu, robi kilka gestów ręką, a ona kiwa głową z powagą. Co to? Jakiś tajemny język migowy? Nie ma czasu, by prosić o wyjaśnienia.

– Zgadzam się z Safią – oświadcza Samson. – Głosuję za powrotem na Ziemię.

I tak szala zwycięstwa przechyla się na drugą stronę: trzy głosy na Sprawiedliwość, dwa głosy na Nadzieję.

Liz i Fangfang gwałtownie odsuwają się od Safii, jakby ta nagle stała się trędowata.

– Głosować za powrotem…? – mruczy pod nosem Angielka. – Nie wiem… Nic już nie wiem… Miałam takie wielkie nadzieje! Tyle razy wyobrażałam sobie, jak moje baletki stąpają po marsjańskim piasku… Mogłabym w tak lekkiej atmosferze unieść się aż na dwa metry, wykonując entrechat… Chciałam być pierwszą gwiazdą tańca w kosmosie, zyskać nieśmiertelną sławę… – Zamglony wzrok Liz gubi się gdzieś daleko w przestrzeni, jakby oglądała film wyświetlający się przed jej oczami, a przedstawiający marzenie, z którego nie chce zrezygnować. – Jeszcze nie jest za późno… – szepcze drżącym głosem. – Jeszcze nie jest za późno, by wypisać swoje imię na firmamencie. W życiu tancerki nie liczy się liczba występów: jedyne, co się naprawdę liczy, to chociaż raz zrobić coś, czego nikt wcześniej nie dokonał. Nawet jeśli umrę jutro, chcę, żeby świat zapamiętał mnie jako wielką artystkę, a nie godną pożałowania ofiarę, zamkniętą do końca swych dni w puszce sardynek, wystrzelonej w sam środek wielkiej próżni. Chcę zatańczyć swój ostatni taniec! Zasługuję na to. Głosuję za lądowaniem!

Liz przesuwa się w kierunku Kris, przyklejonej do szyby w miejscu, gdzie po drugiej stronie stoi Aleksiej, podczas gdy Kelly i Samson zbliżyli się do Safii. W ten sposób utworzyły się dwie grupy. Połowa załogi zagłosowała. Szanse znów się wyrównały: po trzy głosy z każdej strony…

– A ty Fangfang? – pyta Safia. – Co wybierasz?

Singapurka drżącą ręką poprawia kwadratowe okulary na nosie.

– Potrzebuję więcej danych – jąka się. – Nie mogę decydować pod wpływem emocji. Nigdy tak nie postępuję. Zanim zgłosiłam się do programu Genesis, przez wiele tygodni dokładnie wszystko analizowałam: wszystkie techniczne parametry misji, kryteria selekcji, wszystko!

– A mimo to dałaś się wrobić tak samo jak ja, choć wysłałam zgłoszenie bez zastanowienia, pod wpływem chwili – stwierdza Kelly z bezlitosną przenikliwością.

Ale Fangfang wcale jej nie słucha.

– Mogę zobaczyć komórkę? – prosi.

Podaję jej telefon.

Zaczyna przewijać strony raportu Noego, zapisane w pamięci urządzenia. Jej oczy przesuwają się po linijkach tekstu z niezwyk­łą prędkością, jak metronom ustawiony na najszybsze tempo. Całym swym jestestwem chwyta się rozumu, który, jak dotąd, nigdy jej nie zawiódł – ona jest mózgiem naszego zespołu, ma doktorat z matematyki i jest specjalistką w dziedzinie planetologii.

Nagle uświadamiam sobie, że każdy ma swoje koło ratunkowe, coś, czego może się uchwycić, kiedy wszystko wokół się wali – nadrzędną wartość, która nadaje sens tym ostatnim chwilom, które nam zostały, nim wszystko zetrze śmierć.

Dla Fangfang jest to rozum.

Dla Liz – sława.

Dla Samsona i Safii tą wartością jest obowiązek.

Dla Aleksieja to honor.

Dla Kris – miłość.

Dla Kelly – zemsta.

Co dla mnie jest najważniejsze? Co pomoże mi podjąć decyzję, kiedy nadejdzie moja kolej? Czy przeważy nienawiść do Sereny, którą pragnę zamordować, czy skóra Marcusa, której tak bardzo pragnę dotknąć?

– Mam coś! – wykrzykuje nagle Fangfang.

Macha telefonem. Dziewczyny przysuwają się do niej bliżej, żeby lepiej widzieć, a chłopcy przyciskają czoła do szklanej przegrody.

Na ekranie wyświetla się schemat przedstawiający trzy krzywe, które najpierw systematycznie się wznoszą, by nagle opaść, tworząc jakby urwisko nad przepaścią.

– Wydaje mi się, że znalazłam coś ciekawego… – mówi Fangfang. – Popatrzcie. To dane o rozwoju populacji z siódmego modułu.

Singapurka znowu poprawia okulary, jak zawsze gdy jest zdenerwowana, po czym zakłada za ucho pasmo swych czarnych, lśniących włosów. Czuję, że stara się kontrolować drżenie głosu, by okazać nam spokój i opanowanie, jakie przystoją specjalistce z dziedziny planetologii, w dodatku najstarszej osobie na pokładzie.

– Te krzywe pokazują, jak przez kilka miesięcy rozwijały się trzy grupy zwierząt doświadczalnych: prusaki, szczury i jaszczurki, przysłane tu przed nami.

– Dlaczego wykres zaczyna się w dziesiątym miesiącu? – pyta Kris. – Podróż tych zwierząt na Marsa trwała aż dziesięć miesięcy?

– Nie – odpowiada Fangfang. – Pamiętaj, że na Marsie czas płynie inaczej: marsjańska doba, czyli sol, jest o czterdzieści minut dłuższa od ziemskiej i zamiast dwunastu miesięcy mamy ich aż dwadzieścia cztery. To oznacza, że zwierzęta przyleciały tu w dziesiątym miesiącu roku marsjańskiego… – rzuca nerwowe spojrzenie na ogromną czerwoną planetę, która potrzebuje dwa razy więcej czasu niż Ziemia, by okrążyć Słońce – i że zginęły w osiemnastym miesiącu.

– Jak na razie nie odkryłaś żadnej sensacji – przerywa Kelly. – Od początku wiemy, że zdychały przez dziewięć miesięcy, wszystko jedno marsjańskich czy ziemskich; akurat tyle ile trwa ciąża, o ironio!…

– Nie rozumiesz! – wykrzykuje Fangfang, niezdolna dłużej utrzymać nerwów na wodzy. – Osiemnasty miesiąc nie jest taki jak pozostałe! To peryhelium!

– Pery-co?

– To czas, gdy odległość między Marsem a Słońcem jest najmniejsza.

Oczy Singapurki błyszczą z podniecenia, gdy zaczyna opisywać zjawisko, którego nigdy nie widziała, ale uczyła się o nim tyle, że musiało się jej śnić po nocach:

– W czasie peryhelium temperatura wzrasta… Rozgrzane powietrze szaleje i podnoszą się wiatry wiejące z prędkością nieznaną na Ziemi… Miliony ton cząstek unoszą się w atmosferze, spowijając planetę grubym, czerwonym, nieprzejrzystym płaszczem… Osiemnasty miesiąc to czas Wielkiej Burzy Piaskowej, która zdarza się na Marsie co roku!

Wymieniamy spojrzenia pełne niewypowiedzianych pytań.

Wszyscy, poza Marcusem, który wciąż nie spuszcza mnie z oczu.

Dałabym wszystko, by wiedzieć, co o tym sądzi, co chodzi mu teraz po głowie.

– Czy to ta Wielka Burza zabiła zwierzęta wysłane przed nami na Marsa? – pyta Kris.

– Dokumenty tego nie stwierdzają – odpowiada Fangfang, przewijając kolejne strony raportu Noego w telefonie. – Baza Nowy Eden została tak skonstruowana, by podobne zjawiska nie miały wpływu na jej mieszkańców. Według danych, które mam przed oczami, systemy podtrzymywania życia przez cały osiemnasty miesiąc działały bez zarzutu, później też funkcjonowały normalnie. Wciąż odzyskiwana była woda zamarznięta pod powierzchnią planety, generator produkował tlen, a rośliny w szklarni rosły. W dzienniku pokładowym nie odnotowano żadnej awarii. Ale zaraz…

Oczy Fangfang otwierają się szeroko.

– … raport stwierdza, że utracono kontakt z bazą na ponad godzinę, trochę więcej niż marsjański rok temu, 511 sola osiemnastego miesiąca między godziną 22.27 a 23.29, czyli tuż przed tym, jak krzywe wykresu gwałtownie się załamały!

– Jak to, utracono kontakt? – pyta Samson zza szyby.

– Autorzy raportu przypuszczają, że kiedy zerwała się przedostatnia Wielka Burza, sygnał wysyłany z Marsa na Ziemię został poważnie zakłócony i minęło trochę czasu, nim udało się odzyskać łączność… – Fangfang bierze głęboki wdech, po czym dodaje: – Ale ja sądzę, że to było coś więcej, niż tylko zakłócenie łączności… Śmierć zwierząt doświadczalnych akurat w tym czasie musi mieć związek z peryhelium… Czuję to, intuicja mi to podpowiada… Taki zbieg okoliczności nie może być przypadkowy…

Intuicja.

Po raz pierwszy słyszę to słowo w ustach Fangfang, wielkiej racjonalistki, dla której świat opiera się wyłącznie na równaniach matematycznych.

– Jaki mamy teraz miesiąc? – pytam nagle. – To znaczy, który to miesiąc na Marsie?

– Jesteśmy w połowie dwudziestego.

– To znaczy, że ostatnia Wielka Burza minęła całkiem niedawno, tak? Już druga od śmierci zwierząt w bazie Nowy Eden.

– Tak, według wszelkiego prawdopodobieństwa…

Fangfang kieruje wzrok na powierzchnię Marsa, która rozpościera się wyraźnie za szybą szklanej kuli. Słońce rozświetla doskonale widoczne kaniony, góry i kratery. Na całej półkuli, którą widzimy przed sobą, nie ma najmniejszego śladu chmury czy jakiegokolwiek atmosferycznego zakłócenia.

– Niebo jest całkiem jasne… – szepcze Safia. – Trudno uwierzyć, że niedawno przetoczyła się tędy potworna piaskowa burza…

– Wielka Burza każdego marsjańskiego lata może przybierać nieco inną formę – wyjaśnia Fangfang drżącym głosem. – Czasami obejmuje całą planetę, a czasami tylko skrawek jej powierzchni. Czasem trwa miesiącami, a czasem wiatry rozwiewają ją już po paru dniach. Tak zapewne było tego roku… Trzeba by sprawdzić archiwalne dane pogodowe z przylądka Canaveral, by mieć pewność…

Aleksiej klaszcze w dłonie, przerywając specjalistce od planetologii.

– Co tam archiwum pogodowe! – wykrzykuje. – Przeszłość nie ma znaczenia, liczy się tylko przyszłość, a ta jest lepsza, niż mogliśmy przypuszczać. Popatrzcie!

Chucha na szybę; jego ciepły oddech tworzy na szkle białą mgiełkę, na której palcem wskazującym rysuje linię.

– Zwierzęta zginęły podczas Wielkiej Burzy, na długo przed naszym przybyciem… – mówi, stawiając na początku linii znaczek i cyfrę jeden – pisze odwrotnie, jak w lustrzanym odbiciu, żebyśmy mogły odczytać jego wykres po drugiej stronie.

– Fangfang mówi, że następna Wielka Burza, która rozpętała się dwadzieścia cztery miesiące po pierwszej, przeszła całkiem niedawno… – ciągnie, stawiając na linii kolejny znaczek, a tuż za nim krzyżyk, oznaczający moment wejścia Cupido na orbitę Marsa: – … a my jesteśmy tu, dwa miesiące po burzy.

– To oznacza, że do trzeciej Wielkiej Burzy zostały nam jeszcze dwadzieścia dwa miesiące – podsumowuje, stawiając na linii trzeci znaczek. – Dwadzieścia dwa miesiące! Podczas gdy myśleliśmy, że mamy przed sobą tylko dziewięć! Kolejny powód, by wylądować i spróbować szczęścia!

Aleksiej odrywa roziskrzone oczy od swojej osi czasu i patrzy na nas.

Jego entuzjazm natychmiast opada: po obydwu stronach szklanej przegrody zapada zupełna cisza.

– Dziewięć czy dwadzieścia dwa, co za różnica? – odzywa się w końcu Kenji, blady niczym duch, w cieniu szerokiego kaptura bluzy, wpatrując się w przestrzeń nieobecnym, szklanym wzrokiem. – Nie mamy żadnej wskazówki, która mogłaby nas naprowadzić na to, co stało się zwierzętom doświadczalnym, nie wykryto żadnej awarii, nie ma żadnych poszlak, niczego. Jeśli zdecydujemy się wylądować na Marsie, miesiące, które tam przeżyjemy, będą koszmarem. Wolę zawrócić i spokojnie poczekać na śmierć.

W głosie Kenjiego brzmi dziwny spokój. To więcej niż rezygnacja, to ulga. Jak gdyby pewność nadchodzącego końca paradoksalnie koiła lęk, który dręczył go przez całe życie.

Mnie to jednak nie uspokaja, wręcz przeciwnie. Szala znów przechyla się na jedną stronę: na stronę tych, którzy głosują za powrotem na Ziemię, za agonią gdzieś pośród kosmicznej próżni, za skończeniem podróży w dwóch oddzielnych grobowcach. Na tę myśl zaczyna mnie boleć brzuch, jakby coś skręcało mi wnętrzności. Czy to oznacza, że w głębi duszy wolałabym wylądować?

Nie, wcale nie jestem tego pewna: perspektywa zdania się na łaskę Sereny wzbudza we mnie taką samą odrazę.

– Głosuję za… – zaczyna Fangfang i jestem przekonana, że stanie po stronie Kelly, Safii, Samsona i Kenjiego.

Ale Tao nie pozwala jej skończyć zdania.

– Kenji się myli! – woła, opierając się szerokimi dłońmi o szybę. – To, co czeka na nas po lądowaniu, to nie koszmar, a w każdym razie nie tylko. To także nowy świat, który tak cię pasjonuje, o którym tyle się nauczyłaś!

Fangfang otwiera usta, by odpowiedzieć, ale Tao znów jest szybszy.

– Nie jestem w jednej setnej tak wykształcony jak ty i nawet w połowie tak inteligentny, Fangfang – mówi. – Dawałaś mi to odczuć przy każdym spotkaniu.

– Ja? Ale ja…

– Za każdym razem wracałem kompletnie przybity i wypompowany, z żołądkiem ściśniętym ze zdenerwowania i jedną myślą kołaczącą mi się po głowie: „Co taka dziewczyna jak ona widzi w gościu takim jak ja?”. Ty masz doktorat z matematyki, a całe moje wykształcenie ogranicza się do rocznego szkolenia z inżynierii w Dolinie Śmierci. Ty jesteś ulubienicą całego singapurskiego narodu, wybraną spośród innych i wysłaną do szkoły dla geniuszy, a ja jestem tylko nikomu nieznanym cyrkowym akrobatą, zagubionym wśród setek milionów Chińczyków, który nie zdał egzaminu nawet w szkole życia.

– W szkole życia? – powtarza Fangfang. – Masz na myśli misję? To nie twoja wina. Wszyscy daliśmy się oszukać…

Tao bierze głęboki wdech, który rozszerza jego atletyczną pierś, rozbudowaną dzięki ćwiczeniom akrobatycznym.

– Nie mówię o misji – wyjaśnia. – Wiesz, zapisując się na wyprawę na Marsa, nie po raz pierwszy popełniłem błąd. Kiedyś już się potknąłem i spadłem. Z bardzo wysoka. Z samego szczytu cyrkowego namiotu. Nie zdążyłem złapać drążka w trakcie mojego ostatniego numeru. Na dole czekała mnie tylko twarda ziemia, bo numery bez zabezpieczenia robią na widzach większe wrażenie. Połamałem nogi.

– Co ty opowiadasz? Twoje nogi są już zdrowe, prawda? Są mocne i silne, tak jak twoje ramiona, klatka piersiowa i całe wysportowane ciało, widać to doskonale nawet przez spodnie!

– Moje spodnie okrywają tylko dwa niezdatne do niczego kawałki mięsa. W Kuli Spotkań, gdzie nie ma grawitacji, mogę się zachowywać tak, jakby te dziesiątki kilogramów bezużytecznego ciała nie istniały. Udawałem, że tak jest podczas każdego naszego spotkania. Ale kiedy zejdę na powierzchnię Marsa, moje nogi na powrót staną się tylko ciężarem, a choć będą ważyły mniej niż na Ziemi, to i tak wystarczy, by przybić mnie do ciasnego wózka inwalidzkiego. Atleta zmieni się w kalekę… jak Kopciuszek po północy.

Spojrzenia, które jeszcze przed chwilą paliły mnie w plecy, wbijają się teraz w nogi Tao. Jest coś zaskakującego i wzruszającego w tym, że ten potężnie zbudowany, umięśniony chłopak porównuje się do kruchej sieroty z bajki.

– Sądziłem, że nigdy nie zdobędę się na odwagę, by ci to wyznać – dodaje szeptem Tao. – Sądziłem, że zejdę na Marsa, nie ośmieliwszy się powiedzieć ci o mojej niepełnosprawności. Pogodziłem się z myślą, że odkryjesz to w ostatniej chwili i odrzucisz mnie dwukrotnie: raz jako kalekę i drugi raz jako kłamcę. Ale okoliczności sprawiły, że zyskałem odwagę, której mi brakowało. Natchnął mnie przykład Léo. Jej dzielność mnie zainspirowała. Jej oparzenie mnie wyzwoliło.

Nasze spojrzenia się spotykają. W jego oczach jest szczerość. A słowa Tao odbijają się echem w mojej głowie.

Moje oparzenie go wyzwoliło.

Nigdy bym nie pomyślała, że Salamandra, która gnębiła mnie przez całe życie, może kogokolwiek wyzwolić.

– Teraz, kiedy powiedziałem prawdę, czuję się lżejszy niż kiedykolwiek dotąd i nie ma to żadnego związku z nieważkością – ciągnie Tao. – Lądowanie na Marsie już mnie nie przeraża, Fangfang. Już się nie boję, że będę przybity do wózka inwalidzkiego. Nawet jeśli ma to trwać tylko dwadzieścia dwa miesiące, to chcę jeździć tym wózkiem po ceglastych równinach, chcę zostawić ślad kółek na czerwonym piasku. I chcę tulić cię w silnych ramionach, jeśli wciąż mnie chcesz, bez nóg, na których mógłbym chodzić, i bez czasu na spłodzenie ośmiorga dzieci, o których marzyłaś.

Fangfang mruga oczami.

Tego się nie spodziewała: ani wyznania Tao, ani tego, że jego słowa tak ją poruszą i przewrócą do góry nogami jej racjonalnie zaplanowane życie.

– Ośmioro dzieci… może poczekać – duka. – Ale ja dłużej już nie mogę. Oczywiście, że wciąż ciebie chcę. Chcę cię dotknąć, przytulić, pocałować. Masz rację, dwadzieścia dwa miesiące to nie jest nic. To cenny czas, który być może pozwoli nam zrozumieć, dlaczego przedostatnia Wielka Burza zabiła zwierzęta doświadczalne, i przygotować się do następnej. Głosuję za lądowaniem, Tao. Za lądowaniem razem z tobą.

Kris klaszcze w dłonie.

– Pięć głosów za lądowaniem! – woła. – Jeszcze dwa głosy i będziemy mieli większość! – Odwraca się w moją stronę: – Chcesz wylądować z nami, prawda Léo? Jak Aleks i ja, jak Fangfang i Tao: wy też wylądujecie, ty i …

Jej entuzjazm nagle opada, milknie z rozłożonymi dłońmi.

Ty i… kto?

Nie potrafi tego powiedzieć.

Żadna z uczestniczek nie wie, którego chłopaka wybiorę, nawet moja najlepsza przyjaciółka. Skąd mają wiedzieć – przez całą podróż robiłam wszystko, by odkładać decyzję do ostatniej chwili, nawet przez te ostatnie tygodnie, kiedy spotykałam się tylko z Mozartem i Marcusem, usiłowałam zachowywać bezstronność. Jednak podczas gdy udawało mi się przekonać wszystkich, że sprawa jest otwarta, gdy czułam rosnącą sympatię do Mozarta, coś o wiele większego niż sympatia rodziło się w moim sercu i rosło za każdym razem, gdy widziałam Marcusa.

Teraz, gdy po raz pierwszy obaj stoją przede mną i jeden przeszywa mnie czarnym spojrzeniem, a drugi szarym, nie mogę dłużej tego ukrywać – mogę co najwyżej spróbować ostatni raz wywinąć się od odpowiedzi na to pytanie.

– Dobieranie się w pary, Listy Serca, te brednie o szczęściu i miłości, to wszystko nic już nie znaczy – mówię zdławionym głosem. – To nie ma już znaczenia, teraz, kiedy wiemy, co naprawdę czeka nas na Marsie.

W tej samej chwili, gdy te słowa wychodzą z moich ust, zdaję sobie sprawę, jak bardzo są fałszywe, a nawet tchórzliwe. Inni też to czują, przede wszystkim Kris.

– Dobrze wiesz, że to nadal coś znaczy! – stwierdza z mocą. Korona z warkoczy na jej ślicznej głowie zdaje się promieniować, gdy blond kosmyki, które wymknęły się z misternego upięcia, unoszą się i falują w powietrzu. – To ciągle ma znaczenie dla nas i dla miliardów ludzi oglądających kanał Genesis! Przypomnij sobie warunki Sereny: będziemy mogli wylądować, jeśli odegramy nasze role do końca, jak gdyby nigdy nic.

Liz natychmiast dodaje:

– Kris ma rację. Jeśli wylądujemy, będziemy musieli przestrzegać reguł gry, czyli dobrać się w pary, które zamieszkają w sześciu Gniazdach Miłości bazy Nowy Eden. Widzowie muszą oglądać idealnie zsynchronizowany balet. Nie ma miejsca na pomyłkę, potknięcie oznacza śmierć. Musisz wreszcie zdecydować, Léo…

Wszystkie dziewczyny już zagłosowały. Teraz otaczają mnie kręgiem.

– … najpierw, czy chcesz wylądować…

Krąg się zacieśnia, nie ma ucieczki.

– … a jeśli tak, to z kim.

6

POZA PLANEM

Willa Sereny McBee, Long Island, stan Nowy Jork,

sobota 9 grudnia, godz. 13.05

Słychać cichy zgrzyt w zamku. Porcelanowa gałka przekręca się bezgłośnie. Drzwi pokoju powoli się uchylają na korytarz oświetlony słabym grudniowym światłem.

Chłopak, którego Harmony zauważyła w ogrodzie, który szeptał do niej zza drzwi, stoi teraz przed nią. Jest ubrany na czarno, tylko na szelkach plecaka i kapturze kurtki topnieją jeszcze białe płatki śniegu. Ma zsiniałą od mrozu twarz i usta spierzchnięte od wiatru, ale w oczach za okularami w czarnych oprawkach błyszczy dziki żar.

– Znalazłeś klucz… – szepcze Harmony. – Nie jesteś duchem…

Stoi drżąca na progu sypialni. Jej ramiona otula wełniany szal, ale chłodne powietrze z korytarza przenika przez szarą koronkę sukienki i wywołuje gęsią skórkę. Jasne, niemal białe włosy Harmony unoszą się delikatnie. Jedyną plamą koloru na tej widmowej postaci jest złoty medalion wiszący na jej szyi.

– Tak, znalazłem klucz – odpowiada cicho chłopak. – Tak jak powiedziałaś, był na parterze, na samym końcu prawego skrzydła domu, w szufladzie biurka razem z całą resztą… – Podnosi rękę, ukazując metalowe kółko, na którym wiszą dziesiątki kluczy. – … I nie, nie jestem duchem, choć ostatnimi czasy wydawało mi się, że żyję w jakimś innym wymiarze, odcięty od świata. Ale myślę, że tobie nie muszę tego tłumaczyć. Jesteś najlepiej strzeżoną tajemnicą Stanów Zjednoczonych Ameryki… Córka Sereny McBee… Twoje oczy są identycznego koloru jak jej, kształt twarzy, jesteś do niej niezwykle podobna, ale jest też w tobie coś, co sprawia, że różnisz się od niej całkowicie.

Harmony drży coraz mocniej. Obejmuje się ramionami, jakby chciała się ochronić przed zimnem – a może przed czymś innym? Każdy odległy dźwięk, dochodzący gdzieś z głębi willi, sprawia, że aż podskakuje ze strachu. Pustka długiego korytarza, który ciągnie się za plecami chłopaka, zdaje się przyprawiać ją o zawroty głowy.

– A teraz, kiedy masz już klucze, odejdź – mówi nagle, mrugając jasnozielonymi oczami. – Nie, najpierw wytłumacz mi, co… Albo nie. Nie. Odejdź. Nigdy cię nie widziałam. Znikaj.

– Ale jak to?

– Idź stąd!

– Ale… myślałem, że chcesz uciec?

– Już nie chcę. Jest za zimno. Nie powinnam opuszczać pokoju. Uciekaj. Nic nikomu nie powiem. Nie wiem nawet, jak masz na imię. I nie chcę wiedzieć. Chcę tylko zapomnieć, że tu byłeś.

Zamierza zamknąć drzwi, ale chłopak wkłada stopę w szparę.

– Andrew – mówi. – Teraz już znasz moje imię. A ja znam twoje, Harmony – pokazuje pierwszy klucz z pęku z małą plakietką, na której widnieje napis SYPIALNIA HARMONY. – Ja wiem, jak masz na imię – powtarza. – I nie zapomnę o tobie. Świat musi się dowiedzieć o twoim istnieniu. Wyborcy powinni wiedzieć, że ta, na którą chcą zagłosować, więzi swoją córkę w wieży.

– Nie powinnam była ci mówić, gdzie są klucze! – żałuje dziewczyna. – Ostrzegam cię, zaraz zacznę krzyczeć!

– No to krzycz.

Harmony jednak nie krzyczy.

Blada twarz w drzwiach pozostaje nieruchoma, zęby w uchylonych ustach wydają się takie białe i delikatne jak kreda. Teraz to już nie przeciąg unosi jej jasne włosy, lecz oddech Andrew, który stoi tak blisko i wbija w nią wzrok.

– Świat zewnętrzny nie jest dla mnie – dziewczyna rzuca w końcu na jednym oddechu. – Jeśli pozostanę w ukryciu, będę szczęśliwa. Mama mi to obiecała.

– Mój ojciec też złożył mi wiele obietnic, ale żadnej nie dotrzymał. Jest tylko jeden sposób, by się przekonać, czy świat zewnętrzny jest dla ciebie: wyjść mu na spotkanie!

Andrew zaciska palce na wątłym nadgarstku Harmony, na tyle delikatnie, by go nie złamać, ale wystarczająco mocno, by pociągnąć ją ku sobie. Lekkie ciało dziewczyny przechyla się przez próg. Pierwszy raz bez pozwolenia stawia stopy w korytarzu.

Na krótką chwilę zamierają jedno przy drugim, jak książę i księżniczka sprzed wieków, których pocałunek może złamać klątwę rzuconą przez złą królową i wydobyć świat z ciemności, w których go pogrążyła.

Lecz nagle na schodach prowadzących na górę słychać kroki.

– To strażnik, który przed chwilą o mało mnie nie przyłapał – szepcze Andrew, zamykając drzwi pokoju. – Szybko! Najwyższy czas poszukać tego, po co przyszedłem. Gdzie jest gabinet Sereny?

Zamierza pobiec korytarzem, lecz Harmony pozostaje nieruchoma, wpatrując się w niego.

– Twój ojciec… – mówi cichutko. – Mówiłeś o nim w czasie przeszłym.

– Bo nie żyje! No chodź!

– Ja nawet nie wiem, czy powinnam mówić o moim ojcu w czasie przeszłym czy teraźniejszym… Mama nie powiedziała mi o nim nawet słowa… Nigdy…

Oczy Andrew błyszczą.

– Wyjaśnienie być może znajduje się w gabinecie twojej matki – mówi. – To jeszcze jeden powód, byś tam ze mną poszła.

Ciężki odgłos kroków zbliża się z każdą chwilą.

Harmony wciąż się jednak waha, na jej twarzy malują się wątpliwości, a ciało paraliżują mentalne kajdany, które nałożyła jej Serena McBee, odgradzając od wolności. Palce prawej dłoni zaciskają się na wiszącym na szyi medalionie, jakby w tej wewnętrznej szarpaninie i niepewności, tylko tej jednej rzeczy mogła się uczepić.

– Jeśli pójdę, czy obiecasz, że nie zostawisz mnie jak… jak tamten chłopak?

– Tamten chłopak? – powtarza Andrew, starając się nie podnosić głosu, mimo narastającego strachu. – Nie wiem, o czym mówisz, ale przysięgam, że nigdy cię nie zostawię, Harmony! I że pomogę ci odnaleźć ojca!

To przyrzeczenie działa jak iskra zapalająca.

Jak zasuwka, która nagle odskakuje.

Harmony rusza pędem przez korytarz niczym samobójca, który skacze z wysokiego mostu, niczym odkrywca, który odlatuje w nieznane.

– Tędy! – mówi, popychając pierwsze z brzegu drzwi prowadzące na ukryte schody.

Chłopak i dziewczyna rzucają się na spiralne schody jak w ciemną, przepastną gardziel. Dudnienie kroków po stopniach roznosi się echem w tej ślepej, zamkniętej klatce.

Wydostają się na wąski korytarz oświetlony białymi żarówkami.

– Ufff… to korytarz służbowy… – wyjaśnia Harmony, z trudem łapiąc oddech. – Obsługa korzysta z niego w czasie przyjęć, poruszając się między kuchnią a pokojami… uff… bawiłam się tu czasem jako dziecko… uff… Dzisiaj na pewno nie natkniemy się tu na nikogo… uff… A tu jest służbowe wejście do gabi­netu mamy.

Harmony zatrzymuje się przed gładkimi drzwiami.

Podczas gdy Andrew gorączkowo przerzuca klucze w pęku w poszukiwaniu tego z plakietką z napisem gabinet Sereny McBee, dziewczyna próbuje odzyskać oddech.

– Nie powiedziałeś mi… uff… czego tutaj… uff… szukasz?

– Prawdy – odpowiada Andrew, wkładając do zamka odnaleziony w końcu klucz.

– Prawdy? Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć…

Andrew pierwszy raz przekręca klucz w zamku. Delikatnie.

– Nie sądzę, byście ty i twój ojciec byli jedyną tajemnicą, jaką Serena McBee skrywa przed światem – mówi. – Myślę, że ma ich znacznie więcej. Na przykład to, co się stało z moim ojcem.

Harmony mruga oczami.

– Co masz na myśli? Myślałam, że on nie żyje. Nic nie rozumiem. Mama by się wściekła, gdyby wiedziała, że…

Andrew ze złością przekręca klucz drugi raz.

– Jestem synem Shermana Fishera, szefa łączności programu Genesis. Oficjalnie padł ofiarą nieszczęśliwego wypadku, podobnie jak Ruben Rodriguez, szef laboratorium, niedługo po nim. Ja jednak jestem przekonany, że to nie były wypadki. Mój ojciec zginął, prowadząc auto, choć nigdy nie ryzykował za kierownicą. Jeden z instruktorów programu Genesis wyczyścił twardy dysk w komputerze Rubena w czasie jego pogrzebu. Przypadek? Nie sądzę. Jestem przekonany, że uciszono ich, by nie zaczęli mówić… Tylko co chcieli powiedzieć? Jaki sekret skrywa program Genesis? Odpowiedź na to pytanie być może jest w tym gabinecie. Oto, czego tu szukam. Śladu twojego ojca i wspomnienia mojego: mojej prawdy i twojej.

Andrew przekręca klucz po raz trzeci i ostatni.

Drzwi otwierają się, skrzypiąc w zawiasach.

Harmony odwraca się odruchowo, jakby się obawiała, że zza rogu natychmiast wyłoni się zaalarmowany hałasem ochroniarz. Jednak służbowe przejście jest puste. Dziewczyna bierze więc głęboki wdech i rusza za Andrew do zakazanego pomieszczenia.

7

KONTRPLAN

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

AKT II

Dostępne w wersji pełnej

AKT III

Dostępne w wersji pełnej

AKT IV

Dostępne w wersji pełnej

AKT V

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

O AUTORZE

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Phobos 2

Copyright © Editions Robert Laffont, Paris, 2015

through arrangement with Renata de La Chapelle Agency

Copyright © for the translation by Eliza Kasprzak-Kozikowska

Redakcja: Agnieszka Urbanowska

Ilustracje w książce: © Edigraphie

Korekta: Magdalena Adamek / d2d.pl,

Anna Woś / d2d.pl

Projekt okładki: Małgorzata Drabina

Fotografie na 1 s. okładki: chłopak – © Stefano Cavoretto / Shutterstock.com,

hełm astronauty – © Vadim Sadovski / Shutterstock.com

Grafika na 4 s. okładki: © Vadimsadovski / Fotolia.com

Rysunki postaci: Rafał Szłapa

ISBN 978-83-7515-688-1

www.moondrive.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fobos. Tom 2 Fobos. Tom 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę