Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL

Autorzy: Wayne Gretzky Kirstie McLellan Day

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.18 zł

NHL oczami Wayne’a Gretzky’ego.

Każdy fan hokeja musi to przeczytać!

Wayne Gretzky uważany jest za najlepszego hokeistę w historii. W trakcie kariery pobił lub wyrównał ponad 60 rekordów – to mówi samo za siebie! Nic dziwnego, że kiedy nadeszła 99. rocznica powstania NHL, zawodnik nieodłącznie kojarzony z tym numerem postanowił podzielić się swoimi wspomnieniami.

W tej książce Kanadyjczyk opowiada o ponad 20 latach gry na najwyższym poziomie. Zdradza, dlaczego w play-offach w sezonie 1992/1993 grał w kamizelce kuloodpornej i który z jego kolegów tuż przed wyjściem na taflę wyrwał sobie złamany ząb za pomocą… wieszaka.

Opowieści z tafli NHL to także fascynująca historia ligi oraz jej najlepszych graczy, takich jak Gordie Howe, gwiazda Red Wings i idol Gretzky’ego, czy Willie O’Ree, czyli pierwszy czarnoskóry zawodnik w NHL. Legendarny hokeista pisze tu o największych rywalach, kolegach z szatni i zmianach, które zachodziły w hokeju na przestrzeni lat.

Fascynująca, odkrywcza, zakulisowa, intrygująca. Dzięki tej książce poznacie Wayne’a Gretzky’ego, jakiego wcześniej nie znaliście!

 

Miałem ogromne szczęście, że w NHL trafiłem na erę Gretzky’ego. Za każdym razem, gdy wychodził na lód, tworzyła się wokół niego prawdziwa magia. Jeśli chcecie ją poczuć, koniecznie przeczytajcie tę książkę. To świetna lektura o sporcie, pasji, historii ligi. Nie tylko dla fanów hokeja!

– Mariusz Czerkawski

Hokej nie ma problemu z wyborem swojego króla – był nim, jest i będzie zawsze Wayne Gretzky. To jedna z niewielu legend światowego sportu, która budzi wyłącznie pozytywne emocje. Dzięki tej książce poznacie go takim, jaki jest naprawdę.

– Jacek Laskowski, TVP Sport

Fascynująca opowieść o hokeju. Jeśli myślałeś, że wiesz już wszystko na jego temat – ta książka wyprowadzi cię z błędu, bo Wayne Gretzky nie opowiada jedynie o sobie. To opowieść o sile hokeja za oceanem. O fenomenie i pięknie tej dyscypliny. A sam Wayne? No cóż, gigantyczny magnes dla czytelnika!

– Wojciech Zawioła, Canal+ Sport

Gretzky to najlepsza osoba do tego, by przypomnieć wydarzenia z odległej przeszłości NHL, a także opowiedzieć o nowszych dziejach najlepszej ligi świata. Znany z zamiłowania do chronienia swojej prywatności Kanadyjczyk zdradza w tej książce kilka skrzętnie pilnowanych dotychczas sekretów.

– Michał Ruszel, red. nacz. NHLW.pl

Niewiele w tej książce fragmentów poświęconych aferom i pieniądzom, bo jak pisze Wayne: „To, że zarabiasz, grając w hokeja, nie oznacza, że mniej kochasz ten sport. Tak naprawdę pozwala to kochać go bardziej”. Mamy tu jednak mnóstwo historii związanych z meczami i wydarzeniami na lodzie. Gorąco polecam i kibicom, i wszystkim grającym w hokeja.

– Stanisław Snopek, TVP SPORT

PROLOG

Wiele może się zmienić w ciągu 99 lat. Gdy myślę o tym, jak inny jest dzisiejszy świat od tego, w którym dorastali moi dziadkowie, mam wrażenie, że wszystko, co zdawało się tak trwałe, zmieniło się przez ten czas nie do poznania.

Niektóre rzeczy są jednak naprawdę niezmienne. Najpewniej te najistotniejsze. Dla mnie hokej jest jedną z najistotniejszych rzeczy. Zawsze kochałem tę dyscyplinę sportu. Kocham wszystkie opowieści oraz osobistości, które czynią tę grę wspaniałą. Uwielbiam prędkość, grację oraz, rzecz jasna, atletyczną stronę tego sportu. Ale za każdą niesamowitą zagrywką stoi facet, który dorastał, chcąc być jej autorem. Ma on swoją historię, a sam inspirował się historią kogoś innego.

Jedną z naprawdę niesamowitych rzeczy, które niemal gwarantuje debiut w NHL, jest możliwość znalezienia się w szatni lub w formacji z facetem, który był twoim idolem. Dla mnie taką osobą był Gordie Howe. Myślę, że to powszechnie znany fakt. Wydaje mi się jednak, że nie ma zawodnika, który rozglądając się wokół w trakcie swojego pierwszego dnia, nie uświadomił sobie, że facet, którym chciałby się kiedyś stać, znajduje się właśnie przed nim.

Dlatego opisywane tu historie są dla mnie tak ważne. Nie jest to tylko lista wydarzeń, do których doszło w hokeju w ciągu ostatnich 99 lat. Te opowieści nadają grze sens. Stanowią zapis tego, czym tak naprawdę jest ten sport.

Wiele mówi się o tym, jak hokej zmienił się przez kolejne dekady, od złotej ery Oryginalnej Szóstki[1], przez brutalne lata 70., obfite w zdobycze punktowe lata 80., lata 90., w których najważniejsza była obrona, i tak dalej. Mówi się o tym, jak przeobraziły się dziś sposób prowadzenia drużyny, przygotowanie fizyczne i gra na bramce. Wreszcie, dużo mówi się o tym, jak duzi i szybsi są dzisiejsi zawodnicy. To wszystko prawda. Ale to nie znaczy, że hokej sam w sobie też się zmienił.

Gdy patrzymy na stare zdjęcia zawodników z wczesnych lat ligi, ich zaczesane do tyłu włosy i wełniane swetry, łatwo zapomnieć, że oni też byli czyimiś bohaterami. Ale taka jest prawda. Podobnie jak dziś Paweł Dacjuk czy Steven Stamkos są bohaterami jakiegoś dzieciaka. Grali w tę samą grę, z tą samą pasją i zachwycali swoich fanów w dokładnie ten sam sposób.

Ci gracze z czarno-białych fotografii lub śnieżących starych filmów niczym nie różnią się od zawodników dzisiejszej NHL. Oczywiście, dzisiejsi zawodnicy są lepsi pod względem średniej. Ale lepsze nie zawsze oznacza najlepsze. Nie trzeba bardzo się wysilać, by znaleźć mniejszego gościa na szczycie listy strzelców ligi. Rzecz jasna, gra jest dziś szybsza niż kiedykolwiek. Ale szybsza nie zawsze oznacza lepsza. W każdym razie nie do końca. Zawsze znajdzie się jakiś Guy Lafleur, Glenn Anderson czy Aleks Owieczkin, który powali cię samą szybkością. Ale mógłbym wymienić kilku graczy, którzy nie byli najlepszymi łyżwiarzami, a strzelali więcej bramek niż wielu innych.

Gordie Howe. Na jego pogrzebie usłyszałem: “Byli tylko trzej gracze, którzy potrafili zmienić lodowisko w świątynię: Jean Béliveau, Maurice Richard

i Gordie Howe”

B. Bennett/Getty Images

Jeśli chodzi o nieustępliwość, to w kolejnych rozdziałach przekonasz się, że pewne formacje wychodzące na lód przez te 99 lat zawstydziłyby bohaterów Broad Street Bullies[2].

Tak, hokej jest szybki i bezlitosny. Ale bycie szybszym i twardszym niekoniecznie oznacza, że jest się lepszym. Grałem w drużynie, która była na szczycie, mimo że wiedzieliśmy, że goście w szatni obok mają większe umiejętności. Zdarza się i tak. Niektóre ekipy wyglądają świetnie na papierze, ale nie działają na lodzie. W takich drużynach również występowałem.

Dzieje się tak po części dlatego, że nikt do końca nie wie, co sprawia, że hokej jest hokejem. Nie chodzi tu tylko o zasady. Te się zmieniają. Nie chodzi o sprzęt. Doskonale wiadomo, że dziś jest on zupełnie inny (ale zabawnie jest wyobrażać sobie Bobby’ego Hulla przymierzającego się do strzału z klepki za pomocą kija kompozytowego, którego używa Shea Weber, lub takiego demona szybkości jak Howie Morenz mającego na sobie ultralekkie bauery Taylora Halla). Co innego sprawia, że hokej to najlepsza gra na świecie. To coś, czego nie da się dokładnie określić. Trenerzy i menedżerowie byliby niepokonani, gdyby doskonale wiedzieli, co sprawia, że drużyna to coś więcej niż nazwiska w składzie. Ale nawet Scottym Bowmanom i Patom Quinnom zdarzały się porażki. Prawda jest taka, że wielkość nie ma odbicia w statystykach. Wielkość widać w opowieściach.

Wydaje mi się, że częścią tajemnicy odpowiadającej za wspaniałość hokeja jest to, co można znaleźć u prekursora NHL – w pierwszej profesjonalnej lidze, która powstała w północnym Michigan, w mieście zwanym Houghton. Tak, to prawda. Zawsze myślimy o hokeju jak o sporcie kanadyjskim, ale pierwsza profesjonalna liga hokeja powstała w Stanach Zjednoczonych, mimo że została założona przez kanadyjskiego dentystę, Jacka Gibsona.

Gibson był bardzo dobrym zawodnikiem, ale otrzymał dożywotni zakaz gry w hokeja od jednej z największych i najważniejszych organizacji hokejowych w kraju, Ontario Hockey Association (OHA), gdy jego drużyna zdobyła mistrzostwo prowincji, a każdy zawodnik przyjął dziesięciodolarową złotą monetę od burmistrza miasta Berlin w prowincji Ontario, które dziś nazywa się Kitchener. Zostało to uznane za naruszenie zasad tych amatorskich rozgrywek. Jeżeli Gibson chciał grać w hokeja, musiał to robić poza Kanadą.

Po ukończeniu szkoły dentystycznej Gibson przeniósł się do Houghton, robotniczego miasta pełnego górników wydobywających miedź, którzy uwielbiali twardość tej gry. Ludzie nazywali te okolice „Kanadą Stanów Zjednoczonych” z powodu długich, ostrych zim. Młody dziennikarz zauważył, że Gibson miał w segregatorze w poczekalni kilka artykułów z czasów swojej kariery hokejowej. Ludzie biznesu zebrali się i przekonali go, by został kapitanem w profesjonalnej drużynie Portage Lakes. Miasta wokół Houghton utworzyły drużyny i w latach 1904–1905 wspólnie założyły International Hockey League (IHL). Mimo że OHA zabroniła kanadyjskim drużynom gry w IHL, drużyna z Sault Ste. Marie zdecydowała się na ten krok. I to był początek wszystkiego.

Gra przeciwko Portage Lakes nie była zapewne przyjemna. Grało się w siedmiu zawodników, przez 60 minut, z jedną dziesięciominutową przerwą w połowie. Nie było żadnych zmian, chyba że zawodnik został zwyczajnie znokautowany. Nie karano za uderzenie kijem, dopóki nie robiło się tego powyżej kolan. Bramkarze nie mogli klękać, choć nie było to takie złe, zważywszy na fakt, że nie mieli masek. W owym sezonie Lakes w 25 spotkaniach zdobyli 258 bramek i stracili tylko 39, zdobywając średnio dziesięć bramek na mecz.

W 1904 roku drużyna Jacka rzuciła wyzwanie zdobywcom Pucharu Stanleya z 1902 roku, AAA Little Men of Iron, oraz zdobywcom Pucharu Stanleya z 1903 i 1904 roku, zespołowi Ottawa Silver Seven. Obie drużyny odmówiły gry. Ale tego samego roku podczas serii meczów o Puchar Stanleya pomiędzy Ottawą a Montreal Wanderers właściciele obu drużyn pokłócili się o wynik, a Wanderers odpadli z fazy pucharowej. Jack Gibson skorzystał z okazji i wyzwał Wanderers na dwumecz o „mistrzostwo świata”. Spotkania nie były ani trochę wyrównane. W marcu duma małego miasteczka górniczego z północnego Michigan zmiotła Montreal Wanderers 8:4 oraz 9:2.

Niektórzy zawodnicy z Kanady grali w Stanach, ponieważ mogli tam zarabiać pieniądze. Zawsze ukradkiem płacono zawodnikom, by zatrzymać ich w Kanadzie, ale w 1906 roku zawodowcy zostali dopuszczeni do gry w Eastern Canada Amateur Hockey Association[3] i to otworzyło wrota do profesjonalnego hokeja. W tym samym roku Lakes stracili bramkarza, Rileya Herna, na korzyść Montreal Wanderers, którzy zdobyli z nim trzy Puchary Stanleya. Ponieważ coraz mniej kanadyjskich zawodników migrowało do IHL, liga stanęła w obliczu braku utalentowanych zawodników i w końcu się ugięła. W 1909 roku Jack Gibson spakował się i przeniósł swą praktykę do Calgary.

Liga nie przetrwała długo, ale zdołała uchwycić to, co najbardziej ekscytujące w tej grze. Zebrała grupę gości, którzy chcieli sprawdzić się przeciwko najlepszym rywalom, jakich mogli znaleźć. Fakt, że zasady ograniczające możliwość profesjonalnych występów szybko się zmieniły, był znakiem, że IHL coś planowała. To, że zarabiasz, grając w hokeja, nie oznacza, że mniej kochasz ten sport. Tak naprawdę pozwala to kochać go bardziej.

Portage Lakes robili, co mogli, szukając nowych wyzwań. Musieli dobijać się do wielu drzwi, by udowodnić, że są najlepsi na świecie. Dziś istnieje tylko jeden szlak na szczyt hokejowego świata, ale jest to jednocześnie najbardziej wyczerpujący szlak, jeśli porówna się go z wszystkimi ważniejszymi dyscyplinami sportowymi – 28 maksymalnie intensywnych meczów. W finale Pucharu Stanleya w 2013 roku Patrice Bergeron grał ze złamanym żebrem, wybitym ramieniem, zerwanymi mięśniami i przebitym płucem. Nie za to dostawał pensję, ale po każdym meczu ustawiał się w rzędzie i ściskał dłonie facetom, którzy sprawili mu ten ból.

Dla mnie jest to echo podejścia pierwszych profesjonalnych zawodników. Oni kochali ten sport nie dlatego, że byli profesjonalistami – stali się profesjonalistami, ponieważ kochali ten sport. To właśnie sprawia, że hokej jest tak wspaniały, i nie wyobrażam sobie, by mogło się to kiedyś zmienić.

Nie sądzę, bym różnił się dziś od dzieciaka, którym byłem, tego chłopaka zafascynowanego opowieściami o twardych gościach z małych miasteczek, rzucających wyzwanie światu i odciskających na nim piętno. Nie sądzę też, że ten dzieciak różni się od dzieciaka mieszkającego na końcu ulicy czy miasta. Wszyscy kochamy te opowieści i wszystkich nas one ukształtowały.

W tym roku liga obchodzi swoją 99. rocznicę. Liczba 99 jest dla mnie wyjątkowa. Nie jest wyjątkowa dlatego, że grałem z tym numerem. Jest wyjątkowa, ponieważ ktoś przede mną grał z numerem 9. Dorastając, chciałem po prostu być jak Gordie Howe. Gordie miał tak samo – idealizował chłopaków grających przed nim i wiem, że tak samo myślą zawodnicy, którzy przyszli po mnie. Bez tych opowieści nie byłbym zawodnikiem, jakim się stałem, a NHL nie byłaby taką ligą, jaką jest dziś. W czerwcu wszyscy przekonaliśmy się o znaczeniu historii hokeja, gdy jedna z jej największych opowieści dobiegła końca. Gdy Gordie Howe zmarł, na całym świecie ludzie zatrzymali się, by pokazać, co dla nich znaczył. Sam uczestniczyłem w jego pogrzebie i spotykałem osoby, które przyleciały z Rosji, Finlandii, a nawet z Francji. Gordie grał, zanim hokej stał się sportem międzynarodowym, a mimo to w Joe Louis Arena w Detroit na własne oczy widziałem, że jego dziedzictwo ma znaczenie wszędzie, gdzie uprawia się tę dyscyplinę.

Nie sądzę, by kiedykolwiek znalazł się lepszy ambasador tego sportu niż Pan Hokej. Gordie uosabiał wszystko, co kochamy w hokeju i co sprawiło, że kibicowaliśmy. W naszym sporcie chodzi o grację i nieustępliwość, o bezwzględną odwagę i pokorę. A przynajmniej to jest w nim najpiękniejsze. Gordie miał wszystkie te cechy. Na pogrzebie zjawili się ludzie, którzy byli dumni z blizn zafundowanych im przez Gordiego, a także wielu ludzi opowiadających o słynnej życzliwości Pana Hokeja.

Dla mnie jednak najlepszym wspomnieniem związanym z Gordiem Howe’em było pierwsze spotkanie z moim idolem. Byłem tylko dzieciakiem, a on okazał się wspanialszym człowiekiem, niż mogłem marzyć. Opowiedziałem o tym wszystkim kolegom i opowiadam o tym po dziś dzień. To jak obserwować grupę dzieciaków grających w hokeja na ulicy lub trenujących zagrania przy rzutach karnych, które oglądali w sobotę wieczorem. Opowieści są tak samo istotne dla hokeja jak krążek i lód.

Wyobraź sobie, że jesteś kibicem hokeja i nigdy nie słyszałeś o takich zawodnikach, jak Mario Lemieux, Bobby Orr, Jean Béliveau lub Bobby Hull. To tak, jakby nic nie wiedzieć o tej dyscyplinie. Oni zmienili ten sport w sposób, za jaki możemy im tylko dziękować. To samo tyczy się zawodników, którzy grali przed nimi, zawodników rywalizujących na lodzie 99 lat temu.

Ta książka to podziękowanie dla popularyzatorów tego sportu, jak Gibson czy bracia Patrickowie, dla Howiego Morenza, czyli pierwszej gwiazdy hokeja, dla wszystkich supergwiazd z całego świata, którzy uświetnili ligę, i dla wszystkich zawodników trzeciej i czwartej formacji, których rola była tak samo ważna.

1

PIERWSZA GWIAZDA HOKEJA

Gdy miałem 14 czy 15 lat, chodziłem na Canadian National Exhibition Stadium w Toronto, płaciłem dolara, szedłem na mecz Blue Jays, a potem spacerowałem wokół Galerii Sław, oglądając wszystko godzinami. Moi koledzy ciągle mnie pytali: „Znowu idziesz do Galerii Sław?”.

„Tak” – odpowiadałem im.

Mówili wtedy: „Od zeszłego tygodnia nic się tam nie zmieniło”.

O to właśnie chodziło. Patrzyłem na kij Howiego Morenza i myślałem: „W jaki sposób strzelił tyle bramek takim kijem?”. Kij był prosty i ciężki. Na niektórych dawnych kijach widać było gwóźdź łączący łopatę z uchwytem. Jako dzieciak nie mogłem pojąć, jak bardzo różnił się ówczesny sprzęt od tego, którego wówczas używałem.

Gdy grałem w NHL, używałem najlepszych kijów na świecie. Ale dziś dzieciaki patrzą na moje kije i zastanawiają się, jak mogłem posługiwać się takim heblem. Ujmę to tak: dziś kij bramkarski jest dwa razy lżejszy od dowolnego drewnianego titana. Za moich czasów najtwardsze i najcięższe kije w lidze mieliśmy Mike Bossy i ja. Co więcej, przez długi czas używaliśmy tych samych kijów. Być może nie strzelaliśmy najmocniej, ale obaj doskonale wiedzieliśmy, gdzie poleci krążek. Fani pewnie pamiętają sposób, w jaki Bossy i Guy Lafleur zamachiwali się i oddawali uderzenie z klepki na pełnym rozbiegu. Robiłem identycznie. Przy tak sztywnym kiju trzeba było tego zamachu, aby oddać mocny strzał.

Dzisiejszymi giętkimi kijami zawodnik może zamachnąć się szybko i oddać strzał, unosząc nogę, co zajmuje dużo mniej czasu. Z doświadczenia wiem, że hokej zmienił się znacznie w latach 1987–1997, kiedy to skrócił się czas na oddanie strzału z klepki przy pełnym zamachu. Mark Messier był jednym z pierwszych zawodników, którzy unosili nogę, by zaskoczyć nic niepodejrzewającego bramkarza. Pamiętam, że Owen Nolan zrobił to samo w Meczu Gwiazd w 1997 roku, mimo że nie próbował zaskoczyć Dominika Haška. Tak naprawdę pokazywał on róg, w który celował, a mimo to go pokonał. Ale to duzi, silni goście. Dziś każdy używa giętkiego kija i gra tak, by oszukać bramkarzy przy wyborze rogu, w który będzie strzelać. Tacy zawodnicy, jak Phil Kessel, używają kijów jak procy. Obecnie strzał z klepki można zobaczyć tylko wtedy, gdy obrońca ma czas wymierzyć takie uderzenie spod niebieskiej linii. Nie jest też niespodzianką, że zawodnicy z silniejszym strzałem używają sztywniejszych kijów. Shea Weber, Zdeno Chára i Brent Burns używają kijów, których wielu graczy nie mogłoby nawet zgiąć.

W 1989 roku Jim Easton, który był moim przyjacielem, powiedział do mnie: „Wayne, mamy dla ciebie ten kij. Pokochasz go. Uzyskaliśmy taką sztywność, jaką lubisz, ale kij jest o dwie trzecie lżejszy”. Chodziło o dwuczęściowy kij z aluminiowym uchwytem. Uwielbiałem go. Wciąż był bardzo sztywny – strzał z klepki zdawał się eksplodować spod łopatki. Jednocześnie okazał się tak lekki, że cały ciężar znajdował się w łopatce, dzięki czemu dało się lepiej wyczuć krążek.

Pomyślałem sobie: „W porządku. To brzmi nieźle”. Możecie wierzyć lub nie, ale jako dzieciak używałem tylko lekkiego kija. Ojciec zawsze powtarzał: „Musisz mieć lekki kij”.

Dodatkowo zaokrąglałem uchwyty moich drewnianych kijów tak, by przypominały kije do gry w lacrosse’a[4]. Paul Coffey robił tak samo. Dzięki temu łatwiej obracało się rękami, gdy znalazłeś się przy krążku, i było to o wiele wygodniejsze. Tak więc Easton zrobił dla mnie kij, który był sztywny i miał zaokrąglony uchwyt, ale okazał się dużo lżejszy. Gdy pierwszy raz go użyłem, pomyślałem: „Wow! Gdzie byłeś całe moje życie?”.

W Los Angeles nasz menedżer ds. sprzętu, Peter Miller, oklejał moje kije taśmą. Wielu ludzi ma oklejone gałki, ale ja lubiłem przycinać je u góry. Każdy kij był opatrzony datą. Jeśli więc chcesz się upewnić, że posiadasz mój kij meczowy, sprawdź datę na końcówce kija zapisaną za pomocą sharpie[5]. Używałem wtedy aluminiowego dwuczęściowego eastona, a Peter obwiązywał taśmą łopatkę, podgrzewał ją, nakładał na rękojeść i na gałce zapisywał datę.

Bardzo niewielu zawodników grało dwuczęściowymi kijami z aluminium, więc gdy zacząłem używać eastonów, wszyscy podążyli za mną, co na chwilę nieco zmieniło grę w hokeja. Nigdy nie używałem pojedynczych kijów kompozytowych, ale obecnie zawodnicy za nimi przepadają. Gdyby dziś pokazać im dwuczęściowe kije aluminiowe, spojrzeliby po sobie i spytali: „Co to, do diabła, jest?”. Trudno im się dziwić. Kiedy byłem dzieciakiem, myślałem tak samo, patrząc na kije Howiego Morenza.

Oczywiście, Howie Morenz grał przede mną. Grał także przed Gordiem Howe’em. W rzeczywistości gdy ligą zaczął trząść Maurice Richard, fani porównywali go do Morenza. Mimo że nigdy nie widziałem tego ostatniego w akcji, to patrząc na jego kij, mogę sobie wyobrazić, jak wyglądała gra za jego czasów. Łatwo mogę się domyślić, jak czuło się krążek na łopatce tak ciężkich kijów. Kije, których gracze używali w tamtych czasach, były o wiele krótsze, więc zgaduję, że musieli grać z rękami bliżej siebie. Z takim kijem krążek kleił się do łopatki, a strzał z nadgarstka był trudny do odczytania dla bramkarza w momencie wystrzelenia gumy. Jednocześnie należało trzymać wysoko uniesioną głowę.

Howie Morenz, Jean Béliveau, Bobby Hull, Gordie Howe, Phil Esposito oraz ja

Donna Connor Photography

Samo patrzenie na takie kije rozpala wyobraźnię dziecka. Wlepiając wzrok w wystawy Galerii Sław, widziałem, w jaki sposób grano w hokeja w przeszłości. Była to twarda, ale i elegancka gra, w czasie której koncentrowano się na kontroli krążka i sprytnym, spontanicznym wykorzystywaniu okazji. A przynajmniej w taki sposób grał Howie Morenz.

W 1950 roku Canadian Press przepytała dziennikarzy sportowych w całym kraju. Okrzyknęli oni Morenza najlepszym hokeistą pierwszej połowy wieku. Niewielu z nas widziało go w akcji, więc trudno zrozumieć, jak wielkie to osiągnięcie. Ujmę to w ten sposób: spójrzmy na najlepszych zawodników drugiej połowy wieku – Howe’a, Richarda, Hulla, Orra, Lafleura, Lemieux. Aby być najlepszym zawodnikiem drugiej połowy stulecia, trzeba przewyższyć ich wszystkich. A najlepsi z pierwszej połowy wieku to zawodnicy z tej samej półki.

Morenz był z pewnością pierwszą supergwiazdą NHL. Gdziekolwiek grał, mecze wyprzedawano. Dla amerykańskich fanów, dla których hokej był czymś nowym, Morenz stał się twarzą dyscypliny. Dla nowych kibiców jego prędkość i gracja definiowały hokej, a dla już zakochanych w tej dyscyplinie wyznaczały nowe standardy. Morenz pokazał bardziej niż ktokolwiek przed nim, że choć hokej zawsze będzie sportem zespołowym, indywidualny geniusz może poderwać ludzi z siedzeń.

Howie Morenz był najmłodszy z sześciorga rodzeństwa. Dorastał, grając w hokeja na jeziorze Mill, czyli części rzeki Thames, dosłownie kilka osiedli od jego rodzinnego Mitchell w prowincji Ontario. Po szkole łapał wartą dwa dolary parę łyżew, odziedziczonych po dwóch starszych braciach, i kij, który dostał na Boże Narodzenie. Najpopularniejszym kijem w tamtym czasie był ten wytwarzany przez Draper and Maynard Sporting Goods, z czubkiem malowanym na czerwono. Robiono go z jesionu i był wytrzymały jak stal. Taki kij mógł przetrwać lata.

Morenz grał w shinny[6] ze swoimi braćmi. Jego przyjaciele i rodzina mówią, że ciągle można było spotkać go na lodowisku z kijem w ręku. Zawsze miał ze sobą kawałek węgla w kieszeni do uderzania na stawie. Ciągle strzelał nim po lodzie. Czasami jednak węgiel odbijał się od gałęzi drzewa, której używał jako bramkarza, więc musiał złapać go jak najszybciej, zanim ten odleciał zbyt daleko. Każdy, kto kiedykolwiek jeździł po zamarzniętym stawie, wie, że wypełniają go kamienie i skute lodem gałęzie. Hrabstwo Perth to również szlak migracyjny dla grążyc, czyli nurkujących kaczek. Oznaczało to, że co najmniej milion tych ptaków przelatywało tamtędy w czasie okresu migracyjnego. Morenz musiał nauczyć się szybko skręcać, bo w przeciwnym razie potknąłby się o zmarznięte odchody kaczek leżące na lodzie.

Wiem, że dzieciaki nie grają dziś na podwórkach tyle, co kiedyś. Ale dla mnie to zawsze była część tego sportu. Pierwszy raz jeździłem po rzece Nith, która płynęła tuż za ogrodem moich dziadków, więc trochę rozumiem, jak ćwiczył Morenz. Mój ojciec brał mnie do parku w Brantford, zanim zbudował nasze pierwsze ogrodowe lodowisko. Nawet w okresie moich występów w Oilers, kiedy mieliśmy trochę czasu między sobotą a meczem w środku tygodnia, razem z Kevinem Lowe’em, Martym McSorleyem i Paulem Coffeyem braliśmy czasami kije oraz rękawice i szliśmy nad staw, żeby pograć z dzieciakami, które strzelały piłką do tenisa. Pamiętam, że nasze łyżwy nie musiały być tak ostre, jak na sztucznym lodowisku, bo nie potrzebowaliśmy tak głęboko wbijać ich w lód. Podobnie jak Morenz musieliśmy uważać na pęknięcia na lodzie i pilnować, by nasze strzały trafiały w światło bramki. W przeciwnym razie groziło to poszukiwaniami piłki lub krążka w śniegu.

Morenz był coraz lepszy i walczył o swoje miejsce wśród juniorów w OHA. Był szybki, ale uważał, że nie jest wystarczająco dobry, by grać zawodowo. Na lodzie okazał się temperamentny i wdał się w kilka bójek, ale poza nim był bardzo sympatycznym facetem. Jego rodzina przeprowadziła się później do Stratford. Uwielbiał to miejsce i przyjaciół, z którymi się tam zadawał. Kiedy skończył szkołę, grał amatorsko w drużynie Grand Trunk Railway.

W 1923 roku, gdy Morenz miał 20 lat, Léo Dandurand należał do zarządu Montreal Canadiens. Dandurand i jego przyjaciele, jeden z pierwszych bramkarzy Canadiens Joe Cattarinich oraz biznesmen Louis Létourneau, byli właścicielami drużyny od 1921 roku.

Zakupili ją na aukcji. Dandurand poprosił swojego przyjaciela, Cecila Harta, by ten ich reprezentował. Ich rywalami była spółka Mount

Royal Arena Company oraz prezes NHL, Frank Calder. Gdy cena wynosiła już dziesięć tysięcy dolarów, Hart zadzwonił do Danduranda, pytając, co ma dalej robić. Dandurand polecił mu iść na całość. Hart wrócił do pokoju, gdzie odbywała się aukcja, zaoferował 11 tysięcy dolarów i wygrał aukcję. W tamtych czasach było to bardzo dużo pieniędzy. Stawka za godzinę pracy wynosiła jakieś 25 centów, czyli poniżej czterech dolarów za dniówkę. Większość ludzi musiałaby pracować dziesięć lat, by zarobić 11 tysięcy dolarów. Inwestycja była jednak tego warta. Canadiens zarobili 20 tysięcy dolarów netto w pierwszym roku.

Dandurand, Cattarinich i Hart chcieli, by Morenz dołączył do Canadiens. Ale rodzice Morenza, William i Rosina, urodzili się w Niemczech, które borykały się z tragicznymi skutkami pierwszej wojny światowej. Ich rodzina na Starym Kontynencie znajdowała się w tarapatach finansowych i potrzebowała pomocy. Marka niemiecka, która została zredukowana do jednej bilionowej swojej wartości, była praktycznie bezwartościowa. Trzeba było całej taczki pełnej tej waluty, by kupić bochenek chleba. Morenzowi zostały dwa lata praktyki na stanowisku maszynisty, a jego ojciec chciał, by ją ukończył.

Dandurand nie zamierzał przyjąć odmowy. Zadzwonił do Cecila Harta i przekazał mu dwa czeki in blanco. Nakazał mu spotkać się z Morenzem i jego ojcem, by sprowadzić dzieciaka do Montrealu. Hart podpisał umowę z Morenzem 7 lipca 1923 roku. Kontrakt opiewał na dwa i pół tysiąca dolarów za sezon na trzy lata, jak również premię przy podpisywaniu umowy na kwotę 850 dolarów.

Zarówno Morenz, jak i jego ojciec niemal od razu zaczęli mieć wątpliwości. Matka Morenza niedawno zmarła, a on czuł się źle zmuszony do opuszczenia rodzinnych stron. Odesłał czeki do Canadiens i odpowiedział, że zamierza grać w OHA.

Léo Dandurand wysłał Morenzowi bilet kolejowy i powiedział prasie, że zdaje sobie sprawę, że amatorzy są opłacani pod stołem, i zamierza doprowadzić do zawieszenia Howiego, jeśli ten wycofałby się z kontraktu. Morenz się z nim spotkał. Był zły. Miał łzy w oczach, gdy przekonywał Danduranda, że nie jest wystarczająco duży i silny, by grać zawodowo, i że przeprowadzka do Montrealu zrujnuje mu życie. Dandurand pozostał jednak niewzruszony. Niechętnie, ale w końcu pierwsza gwiazda ligi związała się z Canadiens.

Bramkarzem był Georges Vézina. Związał się z klubem 13 lat wcześniej. Miał najniższą średnią puszczonych bramek na mecz, czyli 1.97. Przepuścił jedynie 48 bramek w 24 spotkaniach w tamtym sezonie. Aby zobrazować, jak dobry był to wynik, można spojrzeć na osiągi Henrika Lundqvista z Rangers – 2.28, Jonathana Quicka z Kings – 2.27 czy Careya Price’a z Canadiens, który obecnie jest zapewne najlepszy na świecie, a jego średnia to 2.43. Innymi słowy, Montreal miał w bramce jednego z najwybitniejszych bramkarzy wszech czasów.

22 marca 1924 roku Canadiens grali przeciwko Calgary Tigers z Western Canada Hockey League (WCHL) i był to pierwszy mecz z serii do dwóch wygranych spotkań w finale Pucharu Stanleya, który rozpoczął się w Mount Royal Arena w Montrealu.

Hala funkcjonowała od czterech lat i wykorzystywała naturalny lód. Problem z takim lodem polega na tym, że jest się zdanym na łaskę pogody. W marcu tamtego roku temperatura w Montrealu podskoczyła tak bardzo, że lód się topił. W 1990 roku, gdy grałem w Kings, rozgrywaliśmy mecze towarzyskie w Miami i Saint Petersburg na Florydzie w chlapie, co było bardzo trudne. Mięśnie nóg bolą od samych prób brnięcia w takim podłożu. Krążek nie chce leżeć płasko. Oczywiście obie drużyny musiały grać na tak samo beznadziejnym lodzie, więc narzekanie nie miało sensu. Mimo wszystko nikt nie chce oglądać meczu, o którego wyniku rozstrzyga stan lodowiska.

Niekorzystny lód zdecydowanie uprzykrzał życie takim zawodnikom, jak Morenz, których gra polegała na prędkości i kontroli krążka. Był pierwszoroczniakiem i miał obok siebie obrońców, którzy go pilnowali, podobnie jak Connor McDavid dziś. Jakimś cudem jednak zawsze zdołał wykonać rajd przez całe lodowisko, co było jego numerem popisowym. Rywalizacja była tak ekscytująca, że pod jej wpływem Charles Adams, fan hokeja z Bostonu i właściciel sieci sklepów spożywczych, zakupił pierwszą w historii miasta drużynę NHL, Boston Bruins. O tym opowiem szerzej nieco później.

W pierwszym spotkaniu Calgary przegrało 1:6. Lód stał się niezdatny do gry, więc mecz numer dwa przeniesiono do Ottawa Auditorium, hali ze sztucznym lodowiskiem.

To był ciężki pojedynek. Każda drużyna po zakończonym w podobnych okolicznościach spotkaniu w kolejnym odpowie intensywną grą, która bardzo często oznacza ostrą rywalizację fizyczną. Drużyny mistrzowskie mają jednak na to receptę. Morenz regularnie oddawał strzały w pierwszej tercji i zdobył bramkę dla Canadiens. Tigers rzucili się do odwetu. Kapitan Calgary, Herb Gardiner, który był 14 kilogramów cięższy od Howiego, dopadł go w środkowej części lodu bodiczkiem[7] zadanym łokciem. Byłem świadkiem tego, jak Marty McSorley zrobił to samo Dougowi Gilmourowi 69 lat później, w półfinałach Pucharu Stanleya w 1993 roku przeciwko Leafs, i zmieniło to losy całej rywalizacji.

Morenz zjechał z lodu ze zwisającym ramieniem i rozcięciem na głowie. Gdy rozpoczynała się trzecia tercja, był w drodze do szpitala. W ramach odwetu „ochroniarz”[8] Montrealu, Sprague Cleghorn, uderzył kijem Berniego Morrisa z Calgary i wysłał go do szatni. Morris dokończył mecz z owiniętą bandażami głową. W trakcie kariery Cleghorn wysłał 50 swoich „ofiar” do szpitala. Dwa lata później został oddany do nowo powstałego zespołu Boston Bruins, gdzie był mentorem dla młodego obrońcy Eddiego Shore’a.

Na cztery minuty przed końcem Tigers wycofali bramkarza i grali sześcioma napastnikami. Vézina był jednak w gazie. Mecz zakończył się wynikiem 3:0 dla Canadiens.

Do sezonu 1932/33 Morenz triumfował w Pucharze Stanleya już trzy razy. Zdobył również trzy razy Puchar Harta jako najwartościowszy zawodnik ligi. Bramkarz New York Americans, Roy Worters, nazwał go „sukinsynem z numerem 777”, bo gdy Howie się rozpędzał, jechał tak szybko, że jego siódemka na koszulce wyglądała jak trzy siódemki.

Howie Morenz szyty podczas meczu

Courtesy of the Boston Public Library, Leslie Jones Collection

NHL jest o tyle unikatowa pośród najważniejszych sportów w USA, że zawodnicy wymieniają uścisk dłoni po ciężkim boju w rywalizacji pucharowej, ale Morenz poszerzył granice postawy fair play. Po przegranej szedł do szatni rywali, aby podać im rękę. Był wspaniałym sportowcem, ale porażki znosił bardzo ciężko. Czasami spacerował ulicami całą noc, aby się uspokoić. Zdarzało mu się pukać do drzwi kolegów z drużyny jeszcze przed świtem, by pomówić o tym, co poszło nie tak.

Paul Kariya, niezbyt wielki gość, za to szybki, bystry i wystarczająco twardy, by walczyć na najwyższym poziomie

B. Bennett/Getty Images

Gdziekolwiek grał, stawał się celem. To cena bycia supergwiazdą. Był uderzany i podcinany kijem za każdym razem, gdy wychodził na lód. Zawsze zbierał się i grał jeszcze lepiej. To kolejna cecha zawodnika z elity. Wystarczy przypomnieć sobie sytuację z 2003 roku, gdy Paul Kariya ledwo zdrapał się z lodowiska po tym, jak powalił go Scott Stevens, by wrócić i z precyzją lasera strzelić bramkę nad ramieniem Martina Brodeura. Jeżeli taki gość jak Morenz chciał występować w NHL, musiał grać w ten sposób.

Cała jego formacja prezentowała taki styl. Jego lewoskrzydłowy, Aurèle „Mały Gigant” Joliat, miał jedynie 170 centymetrów wzrostu i ważył niecałe 62 kilogramy, ale nie bał się nikogo. Grał w pierwszym meczu Habs[9] w hali Forum, gdy tę otwarto w 1924 roku, i zdobył dwie bramki w wygranym 7:1 spotkaniu z Toronto. Zachwycił tłum jeszcze raz w 1984 roku, zdobywając bramkę strzeżoną przez Jacques’a Plante’a. Miał 83 lata. Rozegrał 16 sezonów dla Canadiens i wciąż zajmuje drugą pozycję wśród najlepiej punktujących lewoskrzydłowych w historii drużyny, zaraz za Steve’em Shuttem.

Joliat często opowiadał o Morenzie. W meczu przeciwko Montreal Maroons pędził w kierunku bramki, gdy dwóch obrońców skrzyżowało kije tuż przed nim. Całkowicie się pochylając, wjechał w te dwa kije, wywinął salto w powietrzu i wylądował na głowie. Po meczu koledzy pytali go: „Wszystko w porządku, chłopcze?”. „Nigdy nic czułem się lepiej” – odpowiedział.

W 1937 roku, w wieku zaledwie 34 lat, Morenz był gotowy na emeryturę. Zdecydował się dokończyć sezon i zawiesić łyżwy na kołku. Pod koniec stycznia, gdy Canadiens byli liderami dywizji, do Forum przybyli autsajderzy z Chicago. To miało być łatwe zwycięstwo.

Howie nosił za małe łyżwy. Wielu zawodników tak robi. Paul Coffey był najlepszym łyżwiarzem ligi moich czasów. Nosił specjalnie przygotowywane dla niego łyżwy, o dwa rozmiary mniejsze niż jego buty. Zanosił je do rymarza, by ten założył dodatkowe szwy na obszar kostek i w ten sposób dodatkowo je usztywnił. Im sztywniejsza łyżwa, tym większą siłę przenosi się na ostrze. W niedługim czasie wszyscy zaczęli tak robić. Paul i ja zakładaliśmy łyżwy i wchodziliśmy w nich do gorącej kąpieli, aby dostosowały się do naszych stóp. Ja wysyłałem je następnie do mojego najlepszego przyjaciela, Johna Mowata, który w tym czasie występował w rozgrywkach NCAA[10] w Ohio State. Miał ten sam rozmiar stopy co ja, a ich treningi mocno przypominały zawodowe zajęcia juniorów. John grał więc w moich łyżwach na treningach przez sześć do ośmiu tygodni, a następnie je odsyłał. Mimo to były bardzo ciasne. Na nagraniach, w których razem z Paulem przemieszczamy się przez tunel przed rozgrzewką, widać, że ledwo chodzimy.

Joliat twierdził, że małe łyżwy Howiego miały coś wspólnego z tym, co stało się później. Howie krążył dookoła bramki, gdy nagle potknął się i wjechał w bandy ze stopami uniesionymi w powietrzu. Spotkanie to sędziował Clarence Campbell, prezes NHL w latach 1946–1977. Powiedział, że gdy Morenz zaparł się nogami, by się zatrzymać, siła jego ciała sprawiła, że ostrza wbiły się w bandy jak noże w drewno.

Obrońca Hawks, Earl Seibert, podążał za Morenzem, gdy ten znajdował się w rogu. Seibert był zbudowany tak, jak oczekują tego trenerzy od obrońców. Miał 188 centymetrów wzrostu i ważył prawie 91 kilogramów. Upadł na lewą nogę Howiego i złamał ją w czterech miejscach. Mimo że był to wypadek, Seibert aż do samego końca kariery spotykał się z buczeniem zawsze, gdy grał w Montrealu.

Gdy Morenz wciąż przebywał w szpitalu z nogą w lodzie i na wyciągu, odwiedzali go koledzy z zespołu i większość zawodników innych drużyn. Przynosili whisky i piwo, siadali wokół niego i godzinami grali w karty.

Na początku Morenz palił fajkę i mówił o swoim powrocie, ale po miesiącu w łóżku popadł w depresję. Choć wydawało się, że jego noga goi się bardzo dobrze, powiedział swojemu koledze z formacji, Joliatowi, że będzie oglądał go w play-offach „stamtąd”, i wskazał niebo. Z czasem robił się coraz bardziej chory i coraz więcej czasu spędzał w łóżku. Tak długie leżenie mogło spowodować skrzepy krwi. W poniedziałkowy poranek, 8 marca 1937 roku, lekarz stwierdził takowe w nogach Howiego i zaplanował operację na następny ranek. Morenz przez cały dzień miał bóle w klatce piersiowej. Po lekkiej kolacji i drzemce wstał z łóżka, upadł i zmarł.

Następnego wieczoru, przed pierwszym wznowieniem pomiędzy Canadiens i Maroons, w hali Forum zapadła cisza, a trębacz odegrał motyw poświęcony poległym żołnierzom – The Last Post. Można było usłyszeć, jak echo odbija się od lodowiska. Poza tym rozlegał się tylko płacz ludzi.

W czwartek ciało Morenza zabrano do Montreal Forum i umieszczono na środku lodu. 50 tysięcy ludzi przeszło obok otwartej trumny przed ceremonią. Joliat powiedział prasie: „Hokej był całym życiem Howiego. Gdy uświadomił sobie, że już nigdy nie zagra, nie potrafił z tym żyć. Myślę, że Howie zmarł, bo pękło mu serce”.

Canadiens odpadli w pierwszej rundzie play-offów. Rozgrywający swój pierwszy sezon kolega z formacji Morenza, Toe Blake, powiedział: „Nie mieliśmy już tyle serca do hokeja po jego śmierci”.

Oczywiście, nie była to cała prawda. Choć Morenz znaczył tak wiele dla Habs, drużyna to coś więcej niż grupa zawodników. Mimo że Howiego nigdy nie zapomniano, Montreal Canadiens z cała pewnością odzyskali serce do gry. Tak naprawdę stali się najlepszą drużyną w ciągu 99-letniej historii ligi i wiąże się z nimi największa liczba opowieści. Liczni członkowie Habs zajmują istotne miejsca w Galerii Sław, włączając w to Toego Blake’a. Tak było za czasów mojej kariery, jak i długo później. Liga wyglądałaby inaczej bez Habs, a Habs byliby inną drużyną bez Howiego Morenza.

99: Stories of The Game

Copyright © Wayne Gretzky 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the translation by Michał Kolasiński 2017

NHL and NHL team marks are the property of the NHL and its teams. © NHL 2016

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Piotr Królak

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Stephen Brayda

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Zdjęcie na okładce – Bruce Bennett / Getty Images

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-7924-796-7

ISBN MOBI: 978-83-7924-795-0

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Omnia tempus habent

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

1. Pierwsza gwiazda hokeja

2. Początek

3. Tex’s Rangers oraz Leafs

4. Bruins

5. Hawks

6. Wings

7. Oryginalna szóstka

8. Puchar Stanleya

9. Puchar Véziny

10. Nagroda Lady Byng

11. Pierwszy mecz gwiazd

12. Ogień w jego oczach

13. Zapomniany cud

14. Nie ma lepszego

15. Willie O’Ree

16. Pozostań silny

17. Druga szóstka

18. Biel, czerń i srebro

19. St. Louis Blues

20. Minnesota North Stars

21. Oakland Seals

22. Pittsburgh Penguins

23. Philadelphia Flyers

24. World Hockey Association (WHA)

25. Seria na szczycie

26. Cud od kuchni

27. Puchar Kanady 1984

28. Puchar Kanady 1987

29. Puchar Kanady 1991

30. Olimpiada 1998

31. Kultura zwyciężania

32. Hokej na wyspie

33. Tylko dobrzy umierają młodo

34. Ostatnia dynastia

35. Wczoraj, dziś i jutro

36. Po prostu kocham grać

Podziękowania

Zdjęcia

Strona redakcyjna

[1] Nazwa określająca sześć pierwszych drużyn w lidze NHL: Boston Bruins, Chicago Blackhawks, Detroit Red Wings, Montreal Canadiens, New York Rangers oraz Toronto Maple Leafs.

[2] Film dokumentalny z 2010 roku w reżyserii George’a Roya przedstawiający historię drużyny Philadelphia Flyers od 1967 do 1976 roku.

[3] Amatorska, a później zawodowa liga hokejowa działająca we wschodniej Kanadzie, istniejąca w latach 1906–1909.

[4] Narodowy sport kanadyjski. Używa się w nim specjalnych siatek, za pomocą których łapie się piłkę i rzuca ją bramki.

[5] Firma produkująca pisaki, długopisy i markery.

[6] Rodzaj hokeja na lodzie. Dziś również określenie hokeja ulicznego. Odmiana bez ustalonych pozycji, większości zasad i bramkarzy.

[7] W terminologii sportowej zagranie ciałem na rywalu.

[8] Z ang. enforcer – określa się tak graczy zwanych ochroniarzami, gorylami lub policjantami. Ich nieformalna rola polega na ochronie najlepszych zawodników zespołu. Charakteryzują się ostrą grą i częstym wdawaniem się w bójki i zaczepki na lodzie. Mają także prowokować i wybijać rywala z rytmu.

[9] Zwyczajowe określenie Montreal Canadiens.

[10] Krajowe stowarzyszenie zrzeszające sportowców na poziomie uniwersyteckim.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila