Międzymorze

Międzymorze

Autorzy: Ziemowit Szczerek

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 344

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 22.49 zł

Ziemowit Szczerek rusza na wyprawę po krainie wetkniętej między Niemcy, Rosję a Turcję, między trzy morza: od Petersburga po Stambuł i od Donbasu po Rugię.

Autor zabiera nas w intrygującą podróż po pograniczach dawnych imperiów i religijnych wpływów, czujnie wypatrując, czy „międzymorskie” państwa i ich obywatele są faktycznie połączeni nierozerwalną siecią podobieństw i zażyłości.

Dygresje o architekturze. Rozmowy na ulicach, dworcach i w barach. Setki przejechanych kilometrów. To wszystko składa się na fascynującą opowieść i złożony obraz rozhuśtanej gwałtownymi przemianami współczesnej Europy, która próbuje na nowo zdefiniować swoje korzenie.

Redakcja: Magdalena Petryńska

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Łukasz Piskorek/Fajne Chłopaki

Skład i przygotowanie do druku: ProdesGraf, Michał Wastkowski

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

Mapa: Wawrzyniec Święcicki

WYDAWCY:

AGORA SA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

WYDAWNICTWO CZARNE

Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

© by Agora SA, 2017

© by Ziemowit Szczerek, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1980-3 (epub), 978-83-268-1981-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Pozdrowienia z końca historii

Southern Accents

Piękne duchy hipster-Zachodu i nowa fala dekolonizacji

Koniec

Drezno

Berlin

Nowe Niemcy

Droga przez Rurytanię

Berlin 2

Frankfurt

Spalony Reichstag

Odra i Nysa

Nuda, nuda, nuda, nic nie dzieje się

Cedynia

Dolny Śląsk

Wiosna na dziewięćdziesiątceczwórce

Dziewiątka

Kosowopolska

Jak się samemu zaorać mimo najszczerszych chęci

Kałków

Wyklęci i niesprowokowani

To jest flaga Unii Europejskiej, Franiu

Ostrawa

Kłęby czeskości

Nacki

Marek

Wiosna w Břeclaviu

Wschód

Ostrawa cd.

Polska patrzy na Czechy i wzdycha

Słowianie

Góry

Austria

Linz

Praga

Egzonimy

Bogatynia

Łużyce

„Reslawizacja”

Szantaż Niemcami

Połabie

Kotleba

Konieczna

New York, Paríž, Veľký Šariš

Słowacka miejskość

Natio hungarica

Natio hungarica 2

Znów granica

Ostrzyhom

Linia Arpada

Mohi

Mohacz

Turcy

Lengyelek

Budapeszt

Żyć i dostać oklep w Budapeszcie

Polityczny Budapeszt

Ákos Hadházy

Emőd

Słowianie

Rumunia

Węgry – Rumunia

Wybory w Transylwanii

Satu Mare

Resztki słowiańskości

Bardzo południowa Polska

Drugi port Międzymorza, czyli gdzie to się wszystko kończy

Kluż

Nowa Ukraina

Donbas

Intermarium

Litewska flaga nie jest biało-czerwona

Pogranicze

Wileńszczyzna

Quasi-Polski

Lidl idzie

Spełniona historia alternatywna

Bałtoskandia

Via Baltica

Perun i Jezus w jednym stali kraju

Wileńska wielkomiejskość

Pol-Lit-Bieł w UE

Urliki

Końce

Beton

Kowno

Kiejdany, Litwa idealna

Naisiai, wieś idealna

Łotwa

Ryga, czyli kto komu budował stolice

Łotewskość

Wschód

Łotewskość 2

Valga/Valka

Koniec pewnej cywilizacji

Estoński sen

Helsinki

Rosja

Paskudny Petersburg

Felek Zdankiewicz style

Pan/chuj Nowogród Wielki

Barszcz Sosnowskiego

Inna słowiańskość

Tylko frajerzy wierzą w demokrację

Czekając na barbarzyńców, czyli na samych siebie

Powrót do Bordurii, czyli wstęp

W dalszym ciągu rdzeń układu polityczno-gospodarczego świata, a w szczególności Europy, leży w Europie Zachodniej. Im bardziej oddalamy się od tego rdzenia, tym bardziej rośnie gradient orientalistyczny. Nie ma tu prostej zależności od struktur ekonomiczno-politycznych, jednak symboliczna projekcja deprecjonujących obrazów jest pośrednio powiązana z geoekonomiczną konfiguracją sił we współczesnej Europie, gdzie z jednej strony mamy Niemcy czy Austrię, które są krajami silnymi gospodarczo, a jednocześnie atrakcyjnymi, obdarzonymi bardzo mocnym kapitałem symbolicznym. Są to kraje, które mają zdolność do definiowania tego, co nowoczesne, co postępowe, co cywilizowane. Z drugiej strony mamy Rosję, która tę siłę utraciła, choć trzeba pamiętać, że orientalizacja Rosji nie jest zjawiskiem odwiecznym i nieprzerwanym.

Tomasz Zarycki w rozmowie z Katarzyną Kotyńską,

Na peryferiach, „Herito”, 2015, nr 21.

DLA RODZICÓW, SIOSTRY I KAI

To jest książka podróżnicza. To będzie książka o podróżach i wrażeniach.

Komu się to nie podoba, niech odłoży ją już teraz.

* * *

Pozdrowienia z końca historii

To był, obawiam się, Berlin.

W metrze jakiś koleś łysy, który mógł być równie dobrze skinem, jak działaczem LGBT, słuchał muzyki w słuchawkach i płakał. Jeśli był skinem, wyobrażałem sobie, to pewnie słucha jakichś piosenek o upadku Berlina w czterdziestym piątym i samobójstwie Führera. A jeśli LGBT, to pewnie Erasure, Always I wanna be with you and make believe...

Przejechałem stację i musiałem wracać.

Szedłem od strony Bernauer Strasse, w dół, do Rosenthaler Platz. Przez Prenzlauer Berg, który naprawdę jest końcem historii. Prenzlauer Berg, tak się powszechnie uważa, to najlepsze na całym kontynencie miejsce do życia i rozmnażania się.

O Boże, Boże, jak tu było spokojnie, swobodnie i lekko. O, jak nieznośna tu była lekkość bytu. Po wycmokanych ulicach, sztucznie tu i tam, dla klimatu, przybrudzonych, snuły się rodziny z wózkami z całego świata.

Jakaś anglofońska rodzina, która wyglądała jak z obrazka, kupiła od nędznie ubranego człowieka gazetę redagowaną i sprzedawaną przez bezdomnych, po czym – uśmiechając się szeroko i dobrotliwie – niemal na oczach tego bezdomnego wypieprzyła ją do kosza na śmieci i poszła dalej wyglądać jak z obrazka.

Mówiono po angielsku, tam po francusku, ówdzie po niderlandzku, polsku, rosyjsku, hiszpańsku, włosku. Niemiecki tulił to wszystko razem do kupy. Delikatnie na wszelki wypadek tulił, żeby go nie posądzono o Bóg wie co.

W parkach dzieci radośnie dokazywały między leżącymi na trawie ciałami. Ciała, jedno tak, drugie owak, leżały porozrzucane na zielonym: białe ciała, różowe, żółtawe, śniadawe, ciemne, czarne. Nagie, wypielęgnowane stopy poruszały palcami leniwie, obok stóp stały zzute buty: low cuty, wysokie, z jęzorami, bez jęzorów, japonki, tenisówki, sandały, klapki.

Na ulicach, nie za wąskich, nie za szerokich, takich w sam raz, drzewami w sam raz ocienionych – porozkładały się knajpki. Tu Wietnamczyk, tam Francuz, tu śniadanie, tam obiad, tu kolacja, tam wieczorne piwo, wino. Stoliki na ulicach, rowery przy słupkach – i prawie nikt ich nie zapinał. Ludzie się kręcili, ale nie spieszyli. Było ich sporo, ale się nie tłoczyli. Spokojne, leniwe, poczciwe życie płynęło sobie na tym dawnym Oście, wschodzie Berlina – bo tu kiedyś wschodni Berlin był, a potem się zgentryfikował do szczętu.

Tu był koniec historii, tu, raptem godzinę jazdy od polskiej granicy. Prócz rzeki i historii niczym od Polski nieodgrodzony.

Berlin działał. Wszystko tu działało. Samochody zatrzymywały się przed przejściami dla pieszych. Obywatele uważali się za odpowiedzialnych i wszyscy masowo popierali demokrację. Tutaj, co tam, mógł sobie w najlepsze trwać koniec historii. Aż po kres czasu. Ludzie zgadzali się na niemiecką umowę społeczną i styl życia. No, przynajmniej większość. Życie toczyło się rytmem przystosowanym do kapitalistycznego dealu. I dobrze pasowało. Rano w U-Bahnach, S-Bahnach i tramwajach siedzieli ludzie jadący do pracy i nie wyglądali na szczególnie przyciążonych tą nieszczęsną, znaną na wschodzie Europy, nieznośną ciężkością bytu. Inni jeździli do pracy na rowerach albo – odpowiedzialnie, nie zatruwając specjalnie atmosfery – małolitrażowymi miejskimi samochodzikami. Ach. W pracy zapieprzali efektywnie i racjonalnie, wiadomo, a później pełni satysfakcji wracali do domów, by oddać się, ach, swoim pasjom.

No więc cóż, pięknie, pięknie.

Patrzyłem na tę niemiecką idyllę, na tych ludzi, z których każdy pielęgnował własny styl życia, ubioru, mówienia, zachowania – i niby nie było się czego czepić, ale jakoś śmiać mi się chciało. I się śmiałem, świadom swego barbarzyństwa. Śmiałem się, mając pełną świadomość, że ten mój śmiech jest cegiełką dołożoną do wielkiej, trollerskiej machiny oblężniczej, jaką do racjonalnego i pragmatycznego Zachodu przystawia Rosja.

Ja jednak nie byłem do końca częścią Zachodu. To znaczy trochę byłem, ale moja peryferyjność, moje położenie pomiędzy skazywało mnie na ten trollerski rechot. A moja peryferyjna zachodniość – na wyrzuty sumienia z jego powodu.

Miałem też wyrzuty sumienia, gdy przypominałem sobie z rozbawieniem, co mi pewien niemiecki znajomy, liberał, a jakże, wyznał ze śmiechem na lekkiej bani: że są w swoim hiperliberalizmie i deklarowanej przyjaźni wobec wszystkich tak samo posłuszni władzy, jak to posłuszni zawsze w historii bywali. Miałem wyrzuty, bo wymiotować mi się zawsze chciało od tej polskiej prawicowej narracji, która zakłada, że Niemcy, choćby nie wiem co, zawsze będą dla Polski symbolem szatana. Smokiem. Cholera mnie brała zawsze, gdy słuchałem tego polskiego odwiecznego „jak świat światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem”. Ale i cholera mnie brała, i śmiać mi się chciało, i nic nie mogłem poradzić.

Southern Accents

Myślałem potem o tym wszystkim na przykład na przejściu granicznym pomiędzy Republiką Serbską w Bośni a Serbią właściwą. To była wczesna, ale gorąca wiosna, i kręciliśmy się po Bałkanach, wrzynając się coraz głębiej w coś, co, jak pisał z wyrzutem Božidar Jezernik, przez długi czas określane było przez zachodnich podróżników jako „dzika Europa”. Im dalej na południe, tym częściej przed knajpami stały stoliki, a przy stolikach siedzieli kolesie, którzy pili tanią kawę i herbatę, i – z niemieckiego punktu widzenia, z punktu widzenia tego porządnego, racjonalnego i dobrotliwego w ostatnich dekadach, dla odmiany, Berlina – przepieprzali czas żywota swojego tak, że aż szły drzazgi.

Od rana do wieczora. Kawa, papieros, gadka, kawa, papieros, gadka, śmiech, narzekanie, narzekanie, kawa, papieros, gadka, narzekanie.

Umawialiśmy się na spotkania. Nasi rozmówcy, gdy do nich dzwoniliśmy, zastrzegali, że nie mają czasu, że ciężko pracują, że w ogóle w ciągu najbliższych kilku godzin nie ma najmniejszej szansy na spotkanie, i odkładali słuchawki, po czym jak gdyby nigdy nic po dwudziestu minutach wysyłali SMS-a z tekstem „to gdzie siedzicie?”, przychodzili w ciągu kolejnych dziesięciu, a potem przez dwie godziny gadali jak najęci, aż musieliśmy wymyślać jakieś preteksty, żeby się zwijać. Choć bardzo nam się to wszystko podobało.

Wokół toczyło się życie. Spokojnie i własnym tempem. W Banja Luce ludzie siedzieli w wielkim ogródku opodal placyku, przy którym stały odlewy głów poległych w czasie II wojny światowej bohaterów. Wyglądało to dość koszmarnie, jakby te głowy ponabijano na pale. W Mostarze siedziano po obu stronach miasta – bośniackiej i chorwackiej. Chorwaci siedzieli przy stolikach w ogródkach pomiędzy modernistycznymi jugosłowiańskimi blokami i narzekali na Bośniaków, że siedzą i nic nie robią. Bośniacy siedzieli pomiędzy starymi i odbudowanymi murami potureckiej starówki. Oni jedyni na nikogo nie narzekali, przynajmniej nie otwarcie. Jeśli otwarcie, to tylko na nacjonalistów. Bo w Bośni muzułmanie byli – paradoksalnie – najbardziej proeuropejscy, to oni – przynajmniej nominalnie – najżarliwiej głosili przywiązanie do europejskich wartości, nawet jeśli interpretowali je tak samo mylnie jak Polacy, gdy wstępowali do UE. Bośniacy byli antynacjonalistyczni, bo ich tożsamość opierała się bardziej na kwestii religijnej niż narodowej, a jednocześnie ta religia na razie była w Bośni na tyle słaba, że nie stworzyła swojej wersji hard (choć ten proces już się zaczynał). Tak, Bośniacy byli proeuropejscy, bo określało ich raczej to, czym nie byli, niż to, czym byli. A nie byli ani Serbami, ani Chorwatami. Choć i Serbowie, i Chorwaci mieli na ten temat własny pogląd, uważając Bośniaków za swoich poturczonych rodaków. Bośniacy mogliby sobie zapewne nadal w najlepsze być Jugosłowianami, ale Jugosławia się rozpadła, a jugosłowiański sztandar w czasie tego rozpadu zabrali sobie Serbowie. Bośniakom zostało więc wyłącznie wieszanie tu i tam portretów Tity, czasem obok oprawionej w ramki szahady czy ryciny przedstawiającej Mekkę. Więc z Bośniakami było chyba trochę tak jak z polską klasą średnią, tą liberalną, przez wrogów zwaną „lemingami”: czekali po prostu na wiszącą gdzieś na horyzoncie atrakcyjną europejską tożsamość i europejskie instytucje, żeby przyszły i załatwiły za nich całą sprawę z państwem, tożsamością, przyszłością i w ogóle wszystkim. A czekając – próbowali jakoś żyć. A że to Południe – więc tak, siedzieli. W Sarajewie – w części starej, tureckiej, i tej, którą do niej dobudowali Austriacy, zanim im tam Gavrilo Princip zabił arcyksięcia Ferdynanda. Dziś zdjęcia Ferdynanda sprzedawano w starej czarszii na hipsterskich torbach. To było mniej więcej tak samo, jakby w Zachęcie sprzedawano torby z Narutowiczem, i znajdowaliśmy to zabawnym. Siedziano też we wschodnim Sarajewie, zapuszczonym i dość upiornym, zamieszkanym przez Serbów i zapomnianym przez resztę świata. Wschodnie Sarajewo, drugie, alternatywne Sarajewo, było czymś takim jak, powiedzmy, alternatywny Kraków złożony z samego Kurdwanowa czy druga Warszawa z centrum w Chomiczówce. I tak dalej. Od razu zaczynał się trochę inny świat, pełen dymu z wypalanych na wiosnę traw, plakatów sławiących serbską ideę narodową i policjantów kontrolujących wyrywkowo samochody.

Do jednej z knajp przy pustym deptaku przyszła czarnowłosa dziewczyna z bardzo tajemniczym wyrazem twarzy, zamówiła kawę i zaczęła omawiać ściszonym głosem jakieś tajemnicze sprawy z kelnerką. Wciągnęło je to zupełnie i kelnerka przestała kelnerzyć. Ale przynajmniej po serbskiej stronie w knajpie siedziały dziewczyny, bo po tej drugiej, bośniackiej, rzadziej. A na pewno w czarszii w ciągu dnia. Choć to żadna reguła, bo już wieczorem w knajpie o nazwie „Kino Bosna” siedziały i kurzyło im się z głów od rakii tak samo jak facetom. Boże, co to było za miejsce. Pomiędzy przetłoczonymi stolikami w gęstych oparach dymu kręcili się muzycy z akordeonem, trąbką i tak dalej, z banknotami, które pijący wpychali im za paski, do kieszeni i gdziekolwiek się tylko dało, i rżnęli tradycyjne pieśni, do których wszyscy skakali.

Boże, jak żałowałem, że Polacy nie znają swoich piosenek. Że wypierają się swojego pochodzenia, swojej przeszłości. Swojej chłopskości. Albo traktują ją jako powód do wstydu i wyzywają się od wieśniaków, albo idą w drugą stronę i pierdolą o Jakubie Szeli. Tak jak Ukraińcy o Szuchewyczu.

Kiedyś w Lublinie byłem na imprezie, na którą zaproszono ludowych śpiewaków z Kielecczyzny. Hipsterzy na początku nie ogarniali, co robić, ale chwilę później tańczyli jak szaleni. Matko Boska Medjugorska, jakie to było piękne. Z jaką ulgą odrzucali wstyd swoich rodziców, którzy ze wsi weszli do miast, i tańczyli jak wariaci do muzyki ich korzeni. To była jedna z lepszych imprez, na jakich byłem.

A rano przyszedł kac. I znów wszystko było jak zwykle.

Ale siedziano. W nocy i w dzień.

Siedziano w Nowym Pazarze i w Prisztinie, i Mitrowicy, tak samo po serbskiej stronie, jak i po albańskiej. Pogryzano lokum i kostki cukru, i gadano. Siedzieli policjanci, budowlańcy i właściwie wszyscy.

Po albańskiej stronie tłum wydawał się tylko nieco młodszy od tego po stronie serbskiej. Kolesie siedzieli albo przy stolikach, przy małych filiżankach kawy, albo w witrynach sklepów, klepiąc w smartfony.

Siedziano w Skopje: w albańskiej czarszii i pomiędzy postjugolskimi blokami. Choć w sumie w czarszii bardziej się kręcono, niż siedziano, natomiast w słowiańskiej części, pod wielkim, świecącym krzyżem, postawionym tak, żeby go z czarszii dobrze było widać, rozkładali się przy stolikach sporzy faceci w podkoszulkach. Zamawiali kawę albo piwo i dyskutowali o losach kraju, regionu i świata. I cenach samochodów, bo ich marki pojawiały się w szybkiej macedońszczyźnie jak błyśnięcia.

Ale to, że siedzieli, nie oznaczało, że siedzieli przez cały dzień i nic nie robili.

I got my own way of workin’ – śpiewał Tom Petty w wychwalającej amerykańskie Południe piosence Southern Accents, a za nim Johnny Cash. – But everything is run, with the southern accent, where I come from.

Albo inny pieśniarz country Alan Jackson:

Where I come from it’s cornbread and chicken, where I come from a lotta front porch sittin’, where I come from tryin’ to make a livin’, and workin’ har to get to heaven, where I come from. „Tam, skąd pochodzę, dużo siedzi się na werandzie”, ale i „ciężko się pracuje, by dostać się do nieba”.

Zjeżdżaliśmy coraz niżej i niżej, aż w końcu, w górach pomiędzy Višegradem a Užicami, złapaliśmy gumę i trafiliśmy na stację wulkanizacyjną pełną przybyczonych Serbów, wielkich jak wozy bojowe, którzy opowiadali nam, jak dobra jest Rosja i jak zła jest Unia Europejska kontrolowana – wiadomo – przez Niemców. Czuliśmy się tam trochę jak w jakiejś wersji prorosyjskiego Donbasu, gdzie zamiast hałd są piękne, zielone góry i gdzie zamiast nerwowego przemieszczania się z miejsca w miejsce raczej siedzi się przy stoliku i popija kawę, ale gdzie mówi się mniej więcej to samo. Pieprzyć Zachód, Rosja nas uratuje. Putin – pomóż.

No i oczywiście klęło się na tę niemiecką tyranię zapieprzania od dnia do nocy.

– Pracujemy, kiedy chcemy – mówili Serbowie z wulkanizacji. – Mamy swój sposób pracowania. Inny niż ci cholerni Niemcy.

Z tym im się kojarzyła Unia Europejska. Z niemieckim ekonomem z batem, mówiącym, jak i kiedy mają pracować.

Zachód w ogóle im się źle kojarzył. Bośniaccy muzułmanie byli proeuropejscy, bo to Zachód pomógł im w wojnie z Serbami, a europejska integracja wydawała się jedynym sposobem na przetrwanie tego bośniackiego, sklejonego z kilku niespecjalnie kochających się części państwa, ale Serbowie mieli same pretensje. A ci z wulkanizacji to już w ogóle. Do pewnego stopnia trudno było im się dziwić. Siedzieli w wiosce Knjeginja pod Pribojem, położonej po „niewłaściwej” stronie granicy: Priboj leżał już w Serbii, a Knjeginja na terytorium Bośni i Hercegowiny. Oni jednak próbowali żyć tak jak Serbowie z Serbii. W głąb Bośni jeździli, tylko gdy musieli. Nie mieli nawet bośniackich numerów telefonów, bo w ich wsi łapała już serbska sieć. I żyli tak w szarej strefie serbskości pomiędzy dwoma państwami: nie do końca ani w jednym, ani w drugim. Zachód kojarzył im się z siłą, która nie dość, że podzieliła ich kraj i rzuciła jedną część bośniackim muzułmanom, a drugą Albańczykom, ale w dodatku taką, która się wymądrza, jak się powinno żyć i rządzić krajem.

Było ich tam chyba z pięciu. Oponę wulkanizował jeden. Drugi był jego szefem. Reszta komentowała, doradzała i rozprawiała o życiu. Przyjechali niemieckimi samochodami, które zaparkowali przy ulicy, jak kto chciał. Byli dość agresywni, ale wyglądało na to, że po prostu taki mają sposób funkcjonowania. Tryskali testosteronem i sprawiali wrażenie, jakby byli trochę wkurwieni, że spóźnili się na tę wojnę, która nie tak przecież dawno temu wypaliła prawie do gołej ziemi zachodnie Bałkany. Tak to wygląda: ci Serbowie, którzy pamiętają wojnę, powtarzają: nigdy więcej. Ci, którzy nie pamiętają – gotowi są znów iść walczyć i zabijać. Na przykład za Kosowo. Tak mówią sondaże.

Ci ze stacji namawiali Mislava, Chorwata, który podróżował z nami, żeby wrócił do swojego kraju i zwoływał swoich rodaków na wielką antyislamską krucjatę.

– Wy, Chorwaci – przekonywali – jesteście chrześcijanami, jak my. Musicie nam pomóc pokonać tych muslimów! Albańczyków, Bośniaków!

Odrzucali Zachód. Odrzucali jego sposób życia i myślenia. Żyli w Bośni i Hercegowinie, stworzonym przez Zachód sztucznym i dysfunkcyjnym państwie, i trudno się było dziwić ich frustracji, ale jedyne, co przychodziło im do głowy, co mogło zastąpić zachodni ład, to ponowne zanurzenie się z głową w systemie konkwista-rekonkwista, w rzezi i bebechach. I pogardzie. Sami gardzili wyfiokowanym i wylizanym Zachodem, ale z wyższością mówili też o Macedończykach, którzy według nich żyli w zacofaniu i poczciwej biedzie.

Serbowie z wulkanizacji, jak chyba prawie wszyscy na świecie, mieli się za złoty środek, społeczeństwo idealne, które wie najlepiej, co dobre i co złe. I jak powinno się żyć na całym świecie.

W muzułmańskim Nowym Pazarze, stolicy Sandżaku, też siedzieli ludzie po kafeczajnicach w starej czarszii, ale mniej niż dawniej: od kiedy wyremontowano aleję w nowszej, modernistycznej części miasta, część życia miejskiego przeniosła się tam. Wieczorami tłum muzułmańskich nastolatków snuł się ulicami albo siedział po knajpach, pijąc kawę, herbatę lub jogurt. W dyskotece na wzgórzu, z której muzyka huczała jak popieprzona na cztery strony świata, pito wyłącznie napoje energetyzujące. Dziewczyny chodziły w miniówkach, choć raczej bez dekoltów. Chłopaki siedzieli w kłębach słodkiego dymu z nargili i próbowali coś do siebie krzyczeć w tym jazgocie. Nieliczni Serbowie spoza kręgu muzułmańskiego stylu życia siedzieli przy piwie i patrzyli na to wszystko kwaśnymi oczami. Rano nikt, poza tymi nielicznymi Serbami, nie miał kaca i ludzie powoli wchodzili w życie. Czyli kręcili się przy bazarach, otwierali biznesiki, w których zawsze siedziało po kilka osób. I siedzieli przy kawie albo herbacie. W kafanie, będącej siedzibą jednej z sandżackich partii, rozmawiałem po niemiecku. Bo ten język tu się znało. Prawie każdy miał w rodzinie kogoś, kto w Niemczech pracował. Niemcy, owszem, istniały tutaj, ale jako coś w rodzaju bogatego wuja, który wymaga, ale daje zarobić. A przy okazji rzuca jeszcze na rynek niezłe towary, bo jednak auta na ulicach, proszki do prania, środki czystości – wszystko to było niemieckie. Ale to tyle. Poza tym wuj jest toksyczny i zrzędzi, jak Angela Merkel opieprzająca Greków, że za mało pracują. Dlatego dobrze jest się u wuja dorobić i wrócić spokojnie do starego, dobrego życia. Za stoliki.

Biba, muzułmanka, która handlowała na bazarze podróbami nike’ów air maxów, mówiła, że żyje się w Nowym Pazarze cudownie. Pracuje się, kiedy się chce, a kiedy się nie chce, to się nie pracuje. Jej też się ewidentnie nie podobała obsesja na punkcie regulowanego zegarkiem zapierdolu. Jasne, większość postjugosłowiańskich muzułmanów była proeuropejska, tylko że – jak mówił nam w Banja Luce dziennikarz Srdjan, Serb, ale prozachodni – mało komu tutaj chodzi o unijne wartości. Unia, przekonywał, to kasa. Kasa i poziom życia, lecz nie styl.

Słyszałem to już, myślałem, milion razy. Na Ukrainie na przykład. Albo w Polsce.

Bośniacką dziennikarkę, entuzjastyczną proeuropejkę o deklarowanych liberalnych poglądach, spytałem w Tuzli o to, jak wygląda wśród tych liberalnych muzułmanów kwestia podejścia na przykład do feminizmu i praw gejów.

Bośniacka dziennikarka uśmiechała się z zażenowaniem i mówiła: a po co te prawa gejów, po co ten feminizm – niech każdy żyje, jak chce, po swojemu, i będzie spokój. Po co o tym w ogóle gadać!

Tak. Tak samo było na przykład, gdy spytałem znajomego albańskiego lewicowca, jak sobie w tradycjonalistycznym albańskim społeczeństwie radzi z europejskimi wartościami. Podnosić, mówiłem, prawa mniejszości, kobiet w ultrakonserwatywnej Albanii to przecież jakaś katorga i oranie na betonie.

– Tak – zgodził się z szerokim uśmiechem – dlatego ich nie podnosimy.

Piękne duchy hipster-Zachodu i nowa fala dekolonizacji

W Bośni trafiliśmy na marsz dla Aleppo, zorganizowany przez Annę Alboth, Polkę mieszkającą w Niemczech. Byli tam w większości Niemcy i Polacy. Szli przez całą Europę Środkową i Bałkany w stronę Syrii, by w ten sposób wyrazić swoją solidarność z cierpiącym ludem Aleppo. Wstawali rano, brali się za ręce, wypowiadali na głos, chórem, kilka razy z rzędu nazwę Aleppo po arabsku, po czym wymaszerowywali. Dziennie robili kilkadziesiąt kilometrów. Eskortowała ich policja, a kierowcy na wąskich drogach musieli ich omijać. Spali po szkołach. Na murze tej, w której spaliśmy razem z nimi, na terytorium Republiki Serbskiej w Bośni, wymalowana była swastyka, a między jej ramionami umieszczono cztery cyrylickie litery S, skrót od serbskiego narodowego hasła Samo sloga Srbina spašava: tylko jedność zbawi Serbów.

Zastanawiałem się, czy aleppczykom siedzącym pod bombami taki marsz ludzi z Pierwszego Świata, nawet jeśli o nim usłyszeli, w jakikolwiek sposób poprawiłby humor. Czy wyłącznie wzbudził pusty śmiech.

Ale nie szydziłem. Łatwo jest szydzić z Zachodu. Zbyt łatwo. Szczególnie teraz. Zachód mógł wyglądać na pięknoduchowski i leczyć złamania w tych miejscach, które sam wcześniej ochoczo łamał – ale mimo wszystko nie widziałem na świecie lepszej od niego alternatywy.

W Mostarze próbowałem wytłumaczyć dwóm młodym Niemkom przez tydzień maszerującym w tym pochodzie dla Aleppo, w którym szli marzyciele, idealiści, hipsterzy, poszukiwacze przygód, podróżnicy i zwykli wariaci, o co chodzi tym wszystkim, którzy się z nich wyśmiewają. – Przecież oni chcą dobrze – nie rozumiały Niemki. – O co chodzi? Skąd ta ciągła szydera z Zachodu?

Próbowałem tłumaczyć, mówić o skali potrzeb w piramidzie Maslowa. O tym, że Zachód, ze swoim współczuciem i szerzeniem liberalnych, pragmatycznych wartości, spełnia potrzeby Pierwszego Świata, swoje własne. Sytego Pierwszego Świata, który po prostu może już sobie być dobry. Nie ma w tym nic złego, próbowałem tłumaczyć, ale nawet sam siebie nie przekonywałem, choć z pewnego punktu widzenia te potrzeby mogą wyglądać na fanaberie.

– A czy ci, którzy widzą je jako fanaberie – pytały Niemki – nie mogą zrewidować swojego sposobu myślenia? Nie mogą sami sobie wytłumaczyć, że nie powinni źle myśleć o ludziach, którzy mają dobre intencje? Czy muszą być takimi dupkami? Przecież na całym świecie mogłaby obowiązywać tylko jedna, międzynarodowa reguła: Try not to be a dick. I wszystko byłoby dobrze.

Nie do końca wiedziałem, co odpowiedzieć. Jechaliśmy więc głębiej w Bałkany i słuchaliśmy M.I.A., która śpiewała o tym, że reprezentuje Trzeci Świat, te wszystkie third world democracies, People’s Republics of Swagistans. Ale nie miałem wrażenia, by M.I.A. kogokolwiek reprezentowała. Miałem wrażenie, że biorę udział w wielkim producenckim szwindlu, i choć lubiłem M.I.A., to nie słyszałem jej nigdy w kebabiarniach tureckich w Berlinie czy choćby w Warszawie albo w pakistańskich budach z plackami w Londynie. Nie wiem, może się mylę, może mi się po prostu nie poszczęściło i dlatego nie słyszałem, ale jakoś nie wydawało mi się, by ci wszyscy imigranci z republik ludowych Trzecioświatostanu słuchali hipsterskiej M.I.A. i czuli się przez nią reprezentowani. Owszem, M.I.A. zwracała uwagę świata na ich potrzeby, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że za pośrednictwem tej muzyki jej wytwórnia po prostu sprzedaje Zachodowi samokrytykę i uspokojenie sumienia. Najwyższe potrzeby sytego społeczeństwa. Potrzebę współczucia sprzedaje.

Ale nikt poza Zachodem nie brał Zachodu do końca na serio. W niektórych punktach wręcz go odrzucano. Jak w Serbii czy w Rosji. Czasem, miałem wrażenie, można było to odrzucenie rozumieć jako kolejną falę dekolonizacji. Tym razem już nie politycznej czy gospodarczej, ale kulturowej. Rosja, po nieudanym eksperymencie z liberalną demokracją, której nie udało jej się właściwie sobie zaaplikować, poddała się i wróciła w stare, według wielu naturalne dla niej koleiny prawosławnego i nacjonalistycznego konserwatyzmu. I trzymania za pysk. Zachód odrzuciła również Białoruś, wracając do najszczęśliwszych czasów, których zaznali jej mieszkańcy, a nie były to – sorry, Polacy – czasy Rzeczpospolitej, pierwszej czy drugiej, ale czasy ZSRR. I tak dalej. W końcu od Zachodu odłączyła się również w pewnym stopniu Polska, która uznała, że liberalna demokracja to forma gwałtu na jej tożsamości. I pogrążyła się w nacjonalistycznej paranoi i wychwalaniu własnych wad jako narodowych cnót. Bo nic na to nie można poradzić, że to zachodni hipsterzy i syci pięknoduchowie, którzy – okej – być może realizują swoje potrzeby współczucia i ekspiacji, zaspokoiwszy już wszystkie pozostałe, wymyślili w ramach tej realizacji najbardziej humanitarny i przyjazny jednostce system. Ze wszystkich aktualnie na ziemi dostępnych.

Ale odrzucano Zachód. Zachód na swoich peryferiach był sztuczny. Tym bardziej sztuczny, im dalej od centrum. Widziałem to wyraźnie, na przykład patrząc na ruch uliczny w Nowym Pazarze. Albo w kosowskiej Prisztinie. Żeby przepchać się przez skrzyżowanie, trzeba było zagrać w coś w rodzaju drogowego Tetrisa: jedno auto robi miejsce w skłębionej i trąbiącej plątaninie i ten, kto szybszy i bystrzejszy – wjeżdża w to miejsce. Jeździło się tak, jak się chodzi w tłumie, i jeśli się uważało, to w zasadzie wszystko było w porządku. Trzeba było tylko odrzucić zachodnie reguły i działać zgodnie z lokalnymi. W tym pozornym chaosie była metoda i wszystkie wymyślone na Zachodzie światła na skrzyżowaniach tylko przeszkadzały. Zakłócały płynność. No ale światła były. Bo na całym świecie są, więc muszą być i tu. Wstyd byłoby nie mieć. Bo bez świateł miasto byłoby barbarzyńskie, a nie cywilizowane. Bo trzeba nosić garnitury, a nie dżalabije i turbany. Choć w albańskiej części Kosowskiej Mitrowicy widziałem starego faceta, któremu udało się połączyć obie rzeczy, Zachód i Wschód: założył na głowę beret i obwiązał go szalikiem dokładnie tak samo, jak dawniej Turcy i mieszkańcy Bałkanów obwiązywali fezy kefijami.

To samo, co Albańczyk z kefiją, robią na przykład związani z władzą biznesmeni na Węgrzech. Ogłaszają niby – po zachodniemu – przetargi, ale te przetargi i tak są wygrywane przez tych, którzy mieli wygrać. Albo politycy w Rosji czy na Białorusi – ogłaszane są niby wybory, ale i tak wygrywają je ci, którzy mają wygrać. Władca to władca, i tyle. Albo politycy w Polsce – wszystkie zachodnie instytucje, cały trójpodział władzy, niby formalnie istnieje, ale tak naprawę nie chodzi o to, żeby działał, tylko żeby rację miał zawsze rządzący lider, który ogłasza się „głosem narodu”. Wszystko odbywa się nie tak, jak powinno być. Instytucje demokratyczne nie są używane tak, jak głosi ich instrukcja obsługi, ale tak jak Albańczyk użył szalika: nie na szyję, lecz wokół beretu. Tak jak to było zawsze, od wieków. Peryferie odgrywają przed Zachodem teatrzyk. Dobrze, że przynajmniej choć do tego się poczuwają, bo przecież Putin mógłby się ogłosić dożywotnim prezydentem, Kaczyński zapisać w konstytucji swoją rolę jako wodza narodu i przewodnią rolę partii, a Orbán – pierwszeństwo biznesmenów z nim związanych w przetargach publicznych.

Czekałem jednak na to, kiedy to wszystko rozleci się na kawałki. Wolałbym, żeby do tego nie doszło, ale cholera wie. Ileż można udawać? Ileż można żyć przeciwko rzeczywistości?

Weźmy taką Rosję. Na wschodzie większość samochodów jest z Japonii, gdzie obowiązuje ruch lewostronny, auta mają więc kierownicę po prawej stronie. Tylko że w Rosji ruch obowiązuje akurat prawostronny, więc te auta muszą jeździć w nienaturalnych dla siebie warunkach, z kierownicami od strony krawężnika, bo Rosja co prawda nie jest w stanie zapewnić na terytorium przez siebie administrowanym samochodów z kierownicą po właściwiej dla ruchu stronie, ale jest imperium, więc nie będzie zmieniać swoich praw dla jakiejś tam głupiej sytuacji faktycznej. W dodatku wymuszonej czynnikami zewnętrznymi. Nie będzie jak jakieś głupie Samoa, które w podobnej sytuacji najnormalniej w świecie zmieniło sobie ruch z lewostronnego na prawostronny, bo większość aut tam jeżdżących pochodziła z Australii i Nowej Zelandii.

Zresztą kto wie, być może da się tak funkcjonować całkiem długo.

Być może całkiem długo można jeździć według przepisów dostosowanych do zupełnie innego trybu jazdy. Weźmy taką Gruzję, zmodernizowaną przez Micheila Saakaszwilego: egzaminy na prawo jazdy kończą się na jeździe na placu, po mieście nie da się bowiem jeździć zgodnie z przepisami. Prawo swoje, a zwyczaj swoje. Ach, uwielbiam jeździć po Gruzji. Nieoficjalnie dozwolone jest właściwie wszystko, poza przejeżdżaniem na czerwonym świetle czy jakimś już ewidentnym łamaniem prawa, typu na przykład jazda pod prąd. Ale wyjeżdżanie z podporządkowanej, nagłe skręty, zajeżdżanie drogi – proszę bardzo. Patrzyłem na ruch w Berlinie i wyobrażałem sobie tych porządnych Niemców, gdyby musieli prowadzić auta w Tbilisi. Wyobrażałem sobie ich panikę i histerię. W Gruzji jeździ się świetnie, bo przypomina to grę komputerową, w której przez cały czas trzeba patrzeć na to, co się dzieje wokół. Nie można się spinać, ale trzeba mieć oczy dookoła głowy. Wychodzi z tego niezła zabawa, jeśli oczywiście ma się ochotę w nią bawić. Ale to jest zupełnie inny sposób jazdy niż ten, dla którego pisano zachodnie reguły. Przy przechodzeniu przez jezdnię na przykład mniej potrzebne są światła, a bardziej zdecydowanie. Trzeba po prostu przemieszczać się pomiędzy tłoczącymi się, ale niezbyt przez to pospiesznie jeżdżącymi samochodami, by dotrzeć do środka jezdni, który jest czymś w rodzaju respektowanego przez wszystkich kierowców azylu dla pieszego. Następnie powtórzyć manewr na drugim pasie. I bezpiecznie dotrzeć do chodnika. To znaczy – względnie bezpiecznie. Kiedyś w Tbilisi obtrąbił mnie samochód jadący po chodniku i omijający w ten pomysłowy sposób korek na jezdni.

To samo było w Prisztinie, stolicy albańskiego Kosowa. Były tu ulice George’a Busha i Tony’ego Blaira, i ogólnie wielka wdzięczność dla Zachodu za pomoc w wojnie z Serbią, ale jeśli chodzi o zachodnie reguły funkcjonowania społeczeństwa – to już nie było wcale takie proste. Mniejsza z ruchem ulicznym, ale kraj, pokonawszy Serbów, osunął się w klanowość i prawo silniejszego. I jak to coraz częściej się zdarza, bawił się z Zachodem w kotka i myszkę. Kosowo brało zachodnie fundusze, a funkcjonowało po swojemu. Węgry i Polska robią to samo. Tylko z mniejszym przytupem.

Do Kosowa na przykład, po trzydziestu latach spędzonych w Danii, wrócił pan Shaban. Wrócił do zrujnowanego domu, bo jego przyjaciel z dzieciństwa, Serb o imieniu Milan, zanim uciekł z przejętego przez Albańczyków Kosowa, spalił mu połowę domu, a drugą próbował zatopić: zalał mu cementem odpływy w kranie i odkręcił wszystkie kurki. Pan Shaban przywiózł z Danii sporo pieniędzy: dorobek trzydziestu lat życia. Chciał zainwestować. Jak wszyscy, którzy wracali z emigracji do Kosowa. Ale łapówkarskie państwo pożarło jego pieniądze. Oszukało go. Pan Shaban mógł tylko bezsilnie patrzeć, jak oszczędności jego życia idą na łapówki, a później z całego projektu wychodzą nici, bo z ministerstw dzwoniono do znalezionych przez niego na Zachodzie współinwestorów i domagano się dziesięciu procent zysku.

– Wszystko w Kosowie stoi – mówił pan Shaban. – Biznesy utykają w tym skorumpowanym systemie.

Utykają, bezrobocie rośnie. Kosowarzy uciekają ze swojego świeżo postawionego państwa masami. Na Zachód. A w kraju przez cały czas trwa prozachodnia retoryka, wymachuje się flagami UE.

W ogóle te wszystkie kraje biorące udział w buncie peryferii, w ignorowaniu albo odrzucaniu zachodnich reguł, można podzielić, myślę, prosto: na Kosowa i Irany. Irany są tam, gdzie następuje „wstawanie z kolan” i „powrót do własnych wartości”, jak na przykład w Rosji, na Węgrzech czy w Polsce. Ale razem z tym „powrotem” odcina się zachodnie wpływy i – jak na Węgrzech – tak czy owak kończy się „ukosowieniem”. Opadnięciem w o wiele niższe standardy, jeśli chodzi o transparentność przetargów, biznesu, działań polityków, działań urzędników, policjantów. Symptomy tego widać już również w Polsce.

I co robić?

Z Zachodem źle, bez Zachodu jeszcze gorzej. Więc ludzie rozpaczliwie szukają rozwiązań. I wytłumaczenia własnych niepowodzeń. Siedzi się i gada o spiskowych teoriach. Światowy spisek antybułgarski. Zamach w Smoleńsku. Kondominium niemiecko-rosyjskie. Okrążanie Rosji przez bazy NATO. Spisek Zachodu przeciwko Serbii. Szuka się coraz nowszych, desperackich i dramatycznych rozwiązań tam, gdzie sytuacja utknęła w dramatycznie beznadziejnym środkowoeuropejskim, międzymorskim błocie.

Jak na przykład ci Serbowie z wulkanizacji, którzy utknęli w Bośni i Hercegowinie, niedziałającym, dysfunkcyjnym państwie, którego nie chcą ani Serbowie w nim żyjący, ani Chorwaci, i którzy piszą na ścianach „Putin – pomóż” albo roją o wspólnej, chorwacko-serbskiej antymuzułmańskiej krucjacie.

Albo na przykład taki pan Shaban, który uważa, że ten Trump może i wygląda na idiotę, ale to w gruncie rzeczy mądry facet, któremu chodzi o rozpieprzenie w drzazgi starego, skostniałego światowego układu, który właśnie zaczyna się zacierać.

– Ale co później, panie Shabanie? – zapytałem. – Co przyjdzie w tym nowym świecie?

– Nie wiem – odpowiedział pan Shaban.

– To może coś gorszego? – odpowiedziałem.

– Może.

– To może warto bronić jednak tego starego świata?

A pan Shaban się tylko uśmiechnął.

– Przecież tu już nie ma czego bronić. To już koniec.

Koniec

Dwadzieścia lat z okładem wystarczyło, żeby to wszystko, co próbowały europejskie peryferie osiągnąć poprzez przyjmowanie standardów centrum, poszło się paść. By pozostała po tym wszystkim pusta forma. Demokratyczna skorupa, w której gnieżdżą się takie Orbány, Kaczyńskie, Putiny. Tak, to wszystko jest Putinowi na rękę, bo wątpliwe, by grał na zupełny upadek Zachodu. Putin wie, że Rosja bez Zachodu nic nie znaczy, a chodzi tylko o to, by Zachód do takiego stopnia obniżył swoje standardy, żeby Putinowska Rosja stała się dla niego akceptowalna. I te standardy są obniżane. Obniżają je pożyteczni idioci Rosji. Vučicie, Orbány, Kaczyńscy, Babiše. Już niedługo Putin będzie mógł powiedzieć Unii: co się mnie czepiasz, Brukselo zła, skoro we własnych szeregach masz takich Putinów jak ja?

Ale forma, demokratyczna forma, mimo wszystko, pozostała. Na świecie są chyba tylko dwa kraje otwarcie antydemokratyczne: Arabia Saudyjska i Watykan. Przecież Putin nie musiał robić tych wszystkich teatralnych fiknięć z zamianą miejsc z Miedwiediewem: mógł po prostu ogłosić się dożywotnim prezydentem. Ale tego nie zrobił. Demokracja to świętość, a święty jej ogień nadal płonie na Zachodzie. I przed tym Zachodem cały ten świat peryferyjnych cwaniaków nadal szopkę odgrywa.

Tak, forma pozostała. Demokracja stała się świętością, ale nieprzestrzeganą. Jak chrześcijaństwo w wiekach średnich. Tak, Robert Kaplan miał rację, porównując demokrację z chrześcijaństwem: i jedno, i drugie miało w założeniu zmienić relacje między ludem i władzą, jedno i drugie występowało w obronie maluczkich, ale i jedno, i drugie szybko stało się pustą formą chroniącą stare, dobre ustawienia. To, co obserwujemy obecnie, to nic innego niż korupcja tego demokratycznego ideału – tak samo skorumpowało się chrześcijaństwo i nabrało wynaturzonych form, tych wszystkich katabasoidów, tych ociekających złotem kościołów i parafii, pierścieni na palcach biskupich, tego tępego konserwatyzmu, torquemadyzmu, tej całej obrony starych porządków przed zmianami. Demokracja w czasach dynastii Bushów i niespełnionej dynastii Clintonów też nie miała się przecież najlepiej. W czasach przegięć i wynaturzeń, w czasach bliźniaków na pozycjach premiera i prezydenta i dogmatyzmu z prawej i lewej strony, w czasach zbójeckiego liberalizmu gospodarczego i narzucania światu rozwiązań, których nie chciał. Teraz to wszystko po prostu się zawaliło, bo gniło od dawna.

Drezno

Do Drezna jedzie się bardzo nudną niemiecką autostradą. Nudną i pustą, bo mało kto z Niemiec tu jeździ. To koniec świata. Dla Niemców. Dla Polaków początek. Z polskimi rejestracjami, owszem, są samochody, ale z perspektywy Niemiec – to koniec. Das ist die Ende, die Ende der Welt – jak krzyczał wokalista w jednej z piosenek Laibacha.

Koniec. Tak samo jest na polskiej aczwórce w stronę Ukrainy. Pusto, im dalej na wschód, tym mniej polskich samochodów, sporo natomiast tych na numerach ukraińskich. BC ze Lwowa, AC z Wołynia, AT z Iwano-Frankiwska, BO z Terespolszczyzny, BX z Chmielnickiego, AA i AI z Kijowa, czasem nawet AX z Charkowa czy BH z Odessy. Tutaj, na autostradowych końcach światów, widać wyraźnie, kto do kogo lgnie i kto kogo potrzebuje. Wschodu nikt nie potrzebuje, czasem – może – jako rynków zbytu. Na zachód garną się wszyscy.

No więc do Drezna jedzie się przez dojczerskie prowincjonalne ostgebity. I jest się gdzieś między Łużycami a Saksonią, mija się jakąś wieś ze śladem słowiańskości w nazwie. Pusto, czarno i powietrze wydaje się rzadsze. Czasem pomiędzy polskimi pojawiają się jakieś lokalne niemieckie blachy z trzema-czterema literami z przodu (a u Niemca jest tak, że im więcej liter, tym mniejsza miejscowość) i zjeżdżają najdalej za dwa zjazdy. Też zjechałem na jakiś prowincjonalny zjazd, nie mogłem się powstrzymać. Generalnie to na tych całych autostradach cholera mnie bierze. To znaczy dobrze, że są, ale głównie dlatego, że dzięki nim regionalne drogi są odciążone i można sobie po nich spokojnie jeździć, a nie stać w korkach, z ciężarówkami, busikami i autobusami.

Po prowincjonalnej stacji benzynowej na końcu niemieckiego świata kręciły się chłopaki w bawełnianych dresach i laski w fioletowych adidasach. Przyjechali tu wieśniacko stuningowanymi autami. W salonie gier na następnej stacji jakiś kolo o wyglądzie amerykańskiego truckersa zmiksowanego z czeskim piłkarzem grał w gry i był bardzo smutny. Na ścianach wisiały zdjęcia starych, dobrych czasów, jak wszędzie, gdzie czas się skończył, zanim się zaczął. Starsze panie sprzedające w kiełbasiarni były bardzo miłe i mówiły do wszystkich „skarbie”. To znaczy mówiły tak do siebie samych i do mnie, i do czarnej pustki, bo prawie nikt inny tam nie przychodził.

Przy półce z alkoholami stał dość elegancki pan, emeryt na oko. Trzymał się dobrze. Wyglądał trochę jak Łotysz albo Estończyk. Tak sobie myślałem. W radzieckich filmach wojennych właśnie Łotysze i Estończycy zawsze grali Niemców, a ten pan raczej wyglądał właśnie tak, jakby grał Niemca, niż jakby był Niemcem. Szukał taniej whisky, bo nie wodził nosem między brandowymi, na wysokiej półce, ale między jakimiś o nazwach typu Feldjäger albo Fahneträger. No, nie takich, bo takich pewnie nie ma, ale w tym guście. Wsiądzie potem, wyobrażałem sobie, w volkswagena polo i pojedzie do domu harmonijnie wkomponowanego między inne domy, zapali w kominku, naleje fahneträgera, dorzuci lodu i będzie sobie wyobrażał samego siebie na końcu świata. Niby jest na końcu świata, ale będzie nadawał temu swojemu końcowi klimat prawdziwego, romantycznego końca, będzie apokaliptycyzował. Im bardziej będzie się upijał, tym mocniej będzie się czuł jak Rzymianin gdzieś pod Wałem Hadriana, jak angielski zwariowany lord w zamku wybudowanym na skalistej wyspie, jednej z setek w imperium, jak sędziwy pruski graf gdzieś na Ostprojsie albo saski Herr gdzieś w Siebenbürgen, jak norski jarl zimujący w warowni gdzieś na Winlandii. Albo jak Adrian Carton de Wiart, brytyjski niezniszczalny oficer, który w czasie I wojny światowej stracił oko, kawałek ucha, dłoń (na pół odstrzelone palce sam sobie odrywał), kilka razy wyjmowano mu kule z czaszki i innych, mniej newralgicznych części ciała, przeżył kilka nieprzeżywalnych katastrof, by wreszcie, poharatany, nie chcąc pchać się ludziom w oczy, osiedlić się na końcu znanego mu świata, czyli na należącym do II RP Polesiu. W tej „europejskiej dżungli”, jak nazywano te tereny przed wojną, oddawał się polowaniu i miesiącami nie rozmawiał z ludźmi. Zawsze kojarzył mi się z kanonierem Jaburkiem ze starej austro-węgierskiej piosenki o tym, jak to „przy armacie stał i furt-furt nabijał”, mimo że kule odrywały mu po kolei wszystkie kończyny. Kanonier Jaburek jednak „przy armacie stał i furt-furt nabijał”, a gdy w końcu pozostała z niego tylko głowa, to potoczyła się pod nogi najjaśniejszego pana Franciszka Józefa I i posłusznie się zameldowała, przepraszając, że nie ma czym salutować.

Ale gdy nasz niemiecki emeryt od Fahneträgera będzie już bardzo pijany – zgottendämmerunguje się po cichu i puści sobie na dobranoc muzykę rwącą krew w żyłach. Wagnera. Albo Laibach, jeśli ma gust muzyczny. Albo Rammstein, jeśli nie ma. Morgenem erwachtnie się z lajśtnym kacem i zabierze do nadawania formy wszystkiemu wokół, żeby nawet tu, w tej pustce, ulepić jakąś rzeczywistość. Wydrzeć ją nicości. Nawet tu, na polskiej grency.

A ja jadę dalej, do Drezna. Dziwnego miasta.

Drezno w czasie wojny zbombardowano do kościotrupów budynków.

W Dreźnie powstała więc architektura z czasów ambitnego komunizmu, gdy jeszcze chciało mu się udowadniać, że jest najlepszą opcją cywilizacyjną na świecie. A wszystko to przykrywa współczesna niemieckość.

W części centrum odbudowywanej teraz próbuje się wskrzesić jakieś ślady zamordowanej lokalności, ale średnio to wychodzi. Deweloperzy usiłują odtworzyć dawny układ ulic w okolicach Frauenkirche i już teraz wygląda to nudno. Tak nudno, jak każde inne bogate i świecące centrum zachodnioeuropejskiego miasta. Jak jakaś Kopenhaga czy Kolonia. Jak te wszystkie miasta, za którymi wyli z tęsknoty zamknięci w republikach ludowych, nasączani szaroburem obywatele, te same, do których ciągną sznury uchodźców i migrantów z południa i wschodu, a które teraz, ćwierć wieku po upadku murów, wyglądają jak kolejny etap uniformizacji.

Dlatego lubię chodzić dalej, w okolice Prager Strasse, i kręcić się wśród socjalistycznych wieżowców, wybebeszonych już z socjalizmu i napchanych kapitalizmem. To coś w stylu połączenia wyobrażonej w demoludach Ameryki i filmu science fiction. Wszędzie stara forma sprzed dekad i migające reklamy McDonald’sa, H&M i hotelu Ibis.

W rosyjskiej knajpce z blinami siedzieli niemieccy neofaszyści i głośno coś zawodzili. Byli podpici i rosyjskojęzyczna obsługa popatrywała na nich z niepokojem. W zasadzie nie powinno się tam pić, to był lokal typu „zjedz blina i do widzenia”, ale oni już przyszli nawaleni, rozsiedli się i nie mieli ochoty wychodzić. Wyglądali jak ten znany z historii obrazek: lata trzydzieste, piwnica piwna gdzieś w niemieckojęzycznym mieście, w Danzig, Breslau, Lipsku czy właśnie Dreźnie, kolesie z SA przy szerokim stole, rozchybotane kufle i Die Wacht am Rhein albo Horst Wessel Lied. Die Strasse frei den braunen Bataillonen, SA marschiert...

Ale w końcu wyszli, obsługa i goście odetchnęli.

Później, gdzieś pod Ibisem, spotkałem kolejnych: krzyczeli, że Ausländer raus. Też byli pijani, ale tylko trochę, raczej nie stanowili zagrożenia. Dwóch czarnoskórych chłopaków minęło ich z udawanym rozbawieniem na twarzach, spod którego przezierało jednak przerażenie.

Berlin

– Ci imigranci, którzy przyjechali tu wcześniej, niespecjalnie lubią uchodźców – mówił mi znajomy, działacz partyjny SPD. Siedzieliśmy w piwnicy berlińskiego Klubu Polskich Nieudaczników, a jego właściciel, który miał na sobie modny, dobrze skrojony i drogi garnitur, siedział na górze. – Mój fryzjer na przykład. Turek. Mówi: mój panie, wy nie wiecie, kogo żeście tutaj nawpuszczali. Oni nie umieją czytać. To barbarzyńcy. Mówię mu: panie, to rasizm, a on swoje: nie wiecie, nie wiecie. No ale jednak – ściszył głos – drażni mnie, że trochę nie da się o tym swobodnie gadać. Każdy od razu bierze cię za rasistę...

– Kto się dogmatyzuje – powiedziałem, upijając piwa – musi przegrać.

– No i dlatego przegrywamy. Albo przegrywaliśmy. Teraz już powoli zaczyna się normalna, rozsądna debata.

W wypożyczali płyt DVD na Neukölln kręcili się pięćdziesięciolatkowie, facet z wąsami wyglądający na Turka bądź Kurda i jego żona w zawoju na głowie. Grzebali na półce z komediami. Mąż coś proponował, żona kręciła głową. Mąż ochrzaniał żonę, że nie chce oglądać niemieckich filmów. Demonstracyjnie. Żeby było dobrze słychać.

– Kennst du nicht Deutsch? – krzyczał. – Bist du Blut?!

Kostek, który mieszka na Kreuzbergu w bloku tureckim, mówi, że Turków można poznać po wąsach. Komuniści, mówi, mają kosmate, nieporządne. Atatürkowcy – takie jak Kemal Atatürk. Islamiści – krótkie, w stylu Erdoğana. Nacjonaliści – wielkie, trochę à la kierowca ciężarówki, w kształcie półksiężyca. Neootomaniści – podkręcone do góry. I tak dalej.

– Wiesz – mówi – ale oni są zintegrowani porządnie, wbrew pozorom. To widać w czasie meczów. Jak gra Turcja, to jasne, wieszają tureckie flagi. Ale jak Niemcy – niemieckie.

W Norymberdze byłem akurat wtedy, gdy Niemcy dokopali Słowakom w mistrzostwach. W knajpach kibicowało sporo Turków. Po zwycięstwie szeroką aleją dookoła starego miasta jeździły tam i z powrotem kolumny samochodów obwieszonych niemieckimi flagami. Ich kierowcy wiwatowali i trąbili na wuwuzelach. Mnóstwo z nich było Turkami.

Norymberga wyglądała jak lata dziewięćdziesiąte. Te pastele, paskudna kostka: stary i brzydki sposób odnawiania. Przed sądem, w którym odbywały się procesy nazistów, stała turecka myjnia. Było w niej wesele tureckiej młodej pary. Bardzo mi się to podobało.

Braliśmy udział w panelu na temat tego, co się dzieje w Polsce i Europie Wschodniej. Że odwrót od demokracji i takie rzeczy. Z punktu widzenia nowej polskiej władzy pewnie szkalowaliśmy ojczyznę, ale tak naprawdę próbowaliśmy wytłumaczyć. Że poczucie skolonializowania, peryferie, nie ma co się spodziewać, że kopalny konserwatyzm na peryferiach zostanie zastąpiony przez hiperdemokratyczne potrzeby centrum, nie ma co udawać, że to jest takie proste, ale niektórzy się wkurzali i na to. Jakiś lokalny dziennikarz wstał i zaczął krzyczeć: – Kiedy w końcu Europa zrozumie, że nacjonalizm jest zły, bo prowadzi do nazizmu? Patrzyłem na niego i przypominałem sobie siebie sprzed roku, zaraz po zwycięstwie PiS. Byłem tak samo wściekły i wystraszony.

A potem przypominałem sobie, jak patrzyli wtedy na mnie Węgrzy, którzy „nieliberalną demokrację” mieli już od kilku ładnych lat.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Międzymorze Tatuaż z tryzubem Siódemka Rzeczpospolita zwycięska. Alternatywna historia Polski Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI