Niezwyciężeni. Arsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu

Niezwyciężeni. Arsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu

Autorzy: Amy Lawrence

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.18 zł

Jens Lehmann w bramce. W linii obrony Ashley Cole, Sol Campbell, Kolo Touré i Lauren. Robert Pirès i Fredrik Ljungberg na skrzydłach, w środku pola Gilberto Silva z Patrickiem Vieirą, a z przodu niezapomniany duet: Dennis Bergkamp i Thierry Henry.

Skład Arsenalu z sezonu 2003/2004 jednym tchem potrafi wymienić każdy fan Kanonierów. Nic dziwnego – wyczyn drużyny prowadzonej przez Arsène’a Wengera, która w drodze po mistrzostwo Anglii nie przegrała ani jednego spotkania, przeszedł do historii futbolu.

Amy Lawrence, rozmawiając z zawodnikami Arsenalu i francuskim trenerem, stworzyła fascynujący reportaż. Ta książka pokazuje legendarny sezon Kanonierów oczami głównych bohaterów wydarzeń: wielkiej drużyny zwycięzców i zwycięskiej drużyny wielkich mężczyzn.

Ta historia mogła się zdarzyć tylko raz. Ta historia mogła się zdarzyć tylko tam. I tylko wtedy, bo już nigdy nie będzie drugiego takiego zespołu, jak Niezwyciężeni.

***

W chwili, gdy ta książka trafia na polski rynek, wielu fanów angielskiej piłki – ba, wielu fanów Arsenalu – uważa, że czas Arsène’a Wengera w klubie dobiegł końca. Amy Lawrence pozwala zrozumieć, dlaczego pożegnanie z Francuzem jest tak długie i trudne. Nie mówiąc już o tym, że dzięki Autorce starsi mogą wrócić do tych niezwykłych lat, kiedy zespół z północnego Londynu grał najpiękniejszy futbol świata, a młodsi dowiedzieć się, jak to wszystko wyglądało.

 - Michał Okoński, „Tygodnik Powszechny”

Na taki wyczyn futbolowa Anglia czekała 115 lat. Od końca XIX wieku, kiedy to Preston North End przemierzyło cały ligowy szlak bojowy, w sumie 22 mecze, bez choćby jednej porażki.

Arsenal w sezonie 2003/2004 to osiągnięcie przebił, bo z Jensem Lehmannem w bramce, Solem Campbellem w obronie, Patrickiem Vieirą w pomocy i Thierrym Henrym w ataku nie znalazł pogromcy w 49 kolejnych spotkaniach w Premier League. I też zdobył mistrzostwo Anglii!

To naprawdę piękna historia o czasach, w których Kanonierzy rządzili na Wyspach, a nikomu nie śniło się nawet, że można skandować hasło „Arsène Wenger musi odejść”…

 - Rafał Nahorny, Canal+Sport

Każdy kibic marzy, by zajrzeć do szatni drużyny piłkarskiej i odkryć jej tajemnice. Dzięki Amy Lawrence staje się to możliwe. Gwiazdy Arsenalu z sezonu 2003/2004 hojnie dzielą się z nią wspomnieniami, dzięki czemu jesteśmy świadkami, jak krok po kroku wykuwa się drużyna legendarnych Niezwyciężonych.

 - Jarosław Koliński, „Przegląd Sportowy”

Może częściowo to kwestia szczęścia, ale wszystko – porozumienie między zawodnikami, nasze poczucie wspólnoty – było idealne.

 - Patrick Vieira

Mocno wierzę w to, że z każdym upływającym rokiem ludzie coraz bardziej zdają sobie sprawę, jak wyjątkowy był to wyczyn.

 - Dennis Bergkamp

Arsène wybrał piłkarzy i chciał przyrządzić smaczny posiłek. Wziął Kameruńczyka, Brazylijczyków, Francuzów, Niemca, Holendra i zatrzymał Anglików. Potem ich wymieszał i wyszło wspaniałe danie z sezonu 2003/2004.

 - Robert Pirès

Brałem udział w wielu ważnych meczach, ale bycie członkiem tej drużyny to jeden z największych powodów do dumy w mojej karierze. 

 - Jens Lehmann

Fragment książki - Niezwyciężeni.

issuu.com/wydawnictwosqn/docs/arsenal_issuu

Dla mamy,

która nie lubi piłki, ale jest jedną z tych,

z którymi nie da się zwyciężyć

Arsène Wenger

Przedmowa

Układałem drużyny od dziesiątego roku życia. Dorastałem nad knajpką w Duttlenheim, będącą zarazem główną siedzibą miejscowego zespołu. Asystowałem co niedzielę przy wyborze składu. Wyglądałem jak mały chłopiec, który próbuje być menedżerem – miałem już zresztą swoje zdanie. W dzieciństwie człowiek jest w stu procentach pewien swoich racji.

W sezonie 2003/2004 zdawałem sobie sprawę, że prowadzę wyjątkową drużynę. Od zawsze marzyłem, by przejść przez sezon bez porażki, choć może nie jest to zwyczajny cel. Wyjątkowość tego pragnienia polegała na tym, że zawsze dążę do doskonałości. Zawsze chciałem wykonywać swoją pracę tak dobrze, jak to tylko możliwe. Na zakończenie każdego sezonu pytałem siebie: czy osiągnąłem z tą drużyną maksimum? Jeśli zdobędzie się mistrzostwo, to i tak można uważać, że gość, który skończył na dziesiątym miejscu w lidze, poradził sobie lepiej, ponieważ w pełni wykorzystał możliwości swojej drużyny. Nikt nie jest tego w stanie tak naprawdę ocenić. Tylko ty jeden wiesz w głębi ducha, czy można było dać z siebie więcej. Dlatego zawsze zachwycała mnie myśl o sięgnięciu po mistrzowski tytuł bez porażki, ponieważ po takim wyczynie nie da się osiągnąć o wiele więcej. Myślisz sobie wtedy, że nie możesz już wykonać swojej pracy lepiej. Wygrać, wyciskając z drużyny, co się tylko dało, i zmuszając ją do krańcowego wysiłku, to największe z osiągnięć. Dlatego nigdy nie wolno tracić koncentracji ani pozwolić sobie na mniejsze zaangażowanie.

Sezon przed Niezwyciężonymi obwieściłem drużynie, że naszym celem idealnym jest przejście przez rozgrywki bez porażki. W 2002 roku zdobyliśmy mistrzostwo, nie przegrywając ani jednego meczu na wyjeździe. W 2003 roku utraciliśmy tytuł. Oczywiście byłem rozczarowany. W trakcie przygotowań do sezonu 2003/2004 odbyłem z piłkarzami naradę, podczas której powiedziałem:

– Przeanalizujmy, dlaczego straciliśmy mistrzostwo.

Część zawodników, na przykład Martin Keown, stwierdziła:

– To pańska wina.

– Dobrze, jestem gotów wziąć winę na siebie, ale dlaczego? – spytałem.

– Wywarł pan na nas zbyt dużą presję. Nie dało się udźwignąć myśli o zdobyciu mistrzostwa bez choćby jednej porażki. To niemożliwe – oświadczył Keown.

– Słuchajcie – odparłem – powiedziałem tak, ponieważ sądzę, że jesteście w stanie to zrobić. Ale musicie naprawdę tego pragnąć. Gdybyśmy zrobili to jako pierwsi, byłoby to niewiarygodne osiągnięcie.

Czułem, że niczego tej grupie ludzi nie brakuje. Mieliśmy pod dostatkiem piłkarskiego talentu, inteligencji i związanej z nią siły psychicznej, byliśmy też świetnie przygotowani pod względem fizycznym. Pamiętam, że któregoś dnia do naszego ośrodka treningowego zajrzał mój przyjaciel z Francji. Usiadł przy wejściu i obserwował. Nie prosiłem go o to. Po treningu podszedł do mnie i powiedział:

– Patrzyłem, jak pojawiają się wszyscy twoi piłkarze. Kiedy rano wchodzili przez te drzwi, widać było, że mają wyjątkową charyzmę.

Miał rację. Choć różnili się od siebie, byli obdarzeni charyzmą, wspólnie zaś stawali się jeszcze bardziej wyjątkowi niż każdy z osobna.

Pokazali mi, że można osiągnąć rzeczy, które wydają się nie do osiągnięcia.

Wstęp

– Halo?

– Cześć, Ames, Tom z tej strony. Słuchaj, chciałabyś jedno z tych starych biurek z loży prasowej na Highbury?

– Hm… Tak.

Tom znał kogoś, kto ocalił kilka takich rzeczy, gdy buldożery były już w trakcie wyburzania miejsca, które znaczyło dla mnie więcej niż jakiekolwiek inne na świecie. Szczerze mówiąc, same biurka nie należą do najwspanialszych wytworów kultury materialnej: to prostokątne płyty pilśniowe obleczone szarym plastikiem, do których przytwierdzone są proste metalowe nóżki pokryte błyszczącą czernią. Moje kolana boleśnie się z nimi zaznajomiły; w starej loży prasowej panował ścisk. W zależności od tego, które miejsce człowiekowi przypadło, istniała spora szansa, że z powodu jednego ze słupów trzeba będzie podskakiwać i wić się przez cały mecz, żeby niczego nie przegapić. Ale na Boga, te słupy i cała reszta były piękne, a Highbury stało się miejscem niesłychanych wydarzeń.

Za każdym razem, gdy idę po jednym z ogromnych mostów prowadzących ku gładkiemu wnętrzu Emirates Stadium, chwilę zwlekam. Niemożliwe jest nie tęsknić za miejscem, które – w moich myślach i w głębi ducha – na zawsze pozostanie domem. Stare, dobre Highbury nie było tak przestronne, nowoczesne ani nie przynosiło takich zysków, jak nowe miejsce zamieszkania Arsenalu, ale jego dusza przenikała każdą ścianę, każdy korytarz, zakątek i najmniejszą szczelinę. Chodząc tam, zawsze można było dosłyszeć echo starych piłkarskich opowieści.

Dzięki temu, że przez lata mogłam poznawać różne części Highbury, dorobiłam się prawdziwej skarbnicy wspomnień: w latach 70. wraz z moją najlepszą przyjaciółką byłyśmy zabierane na stadion, gdzie bawiłyśmy się pluszakami. W latach 80. zgarniałam kieszonkowe i wskakiwałam do autobusu, żeby zapłacić przy bramce obrotowej pod North Bank, gdzie falowałam wraz z tłumem. W latach 90. przeniosłam się naprzeciwko, pod Clock End, żeby być z kumplami. W kolejnej dekadzie objęłam stanowisko pracy na East Stand. Wszystko to nadal wyraźnie widzę oczyma duszy. Bogato zdobione schody, po których szło się za Paddym, pracownikiem obsługi stadionu o roziskrzonych oczach, lubiącym pełnić straż w Marble Halls (Marmurowym Holu). Wielkie drzwi, które prowadziły do tunelu, ze schowanym tuż za nimi małym pomieszczeniem znanym jako „zajazd w połowie drogi”. Sklepik Kanonierów prowadzony w czasach mojej młodości przez byłego bramkarza Jacka Kelseya. Droga za stadionem i przez parking za Clock End do biur i sali dla piłkarzy nad starą halą JVC. Droga do środka przez czerwone drzwi z napisem PRASA i w górę po wąskiej klatce schodowej prowadzącej do strefy dla mediów. Czasem wymykałam się przez drzwi po drugiej stronie na korytarz nad Marble Halls. Cóż to był za punkt obserwacyjny: z jednej strony ponura, pokryta dębową boazerią sala posiedzeń, z drugiej drzwi, za którymi mieścił się gabinet menedżera, na wprost zaś – ku loży dyrektorskiej górującej nad tym doskonałym boiskiem – wpadało przez bramę światło. Całe to miejsce było czarodziejskie na sposób, którego nowe stadiony w erze wielkiej finansjery nie mogą powielić. Przynależeliśmy do niego, a ono przynależało do nas.

Jeśli chodzi o pamiątki, nadal mam tamto biurko ze starej loży prasowej. Kiedy spoglądam wstecz, ze wszystkich spotkań, które widziałam ze wspomnianego punktu obserwacyjnego, na swój sposób najbardziej niewiarygodne pozostaje to między Arsenalem a Leicester City z 15 maja 2004 roku, zakończone wynikiem 2:1. Była to jedna z tych okazji, kiedy trzeba postarać się świadomie zwolnić bieg czasu. Towarzyszył jej wewnętrzny przymus, by spróbować wchłonąć to, co się dzieje. Nie przegapić ani jednego szczegółu. Przechować wszystko z taką jasnością, z jaką tylko się da. Highbury było zalane słońcem, kibice oglądali najlepszą ekipę, jaką kiedykolwiek widzieli, a na naszych oczach rozgrywała się historia, Arsenal bowiem miał właśnie zakończyć sezon bez porażki jako pierwsza drużyna w dziejach współczesnej piłki. Próba, by odnaleźć właściwe słowa, które pomogłyby uchwycić istotę tej opowieści i przekazać w jakiś sposób jej atmosferę oraz znaczenie, wydawała się doniosłym obowiązkiem. Był to ciężar, ale zarazem ogromny przywilej.

Powrót do tamtego sezonu dziesięć lat później za sprawą rozmów z jego bohaterami przyniósł mi niewiarygodną satysfakcję. Spojrzenie Arsène’a Wengera, jego zawodników i innych pracowników klubu dodało tej opowieści i jej bohaterom głębi i szczegółowości. Wspomnienia, którymi tak hojnie się dzielili, pozwoliły im wyjaśnić własnymi słowami, w jaki sposób można było osiągnąć coś tak rzadko w sporcie spotykanego, jak tworzy się grupa piłkarzy, jak kształtuje się styl, jak spaja się ludzi i hartuje ducha. Zawodnicy nabrali wyjątkowej siły charakteru, by poradzić sobie z trudami sezonu – czasem gładko, innymi razy wstrząsani burzami – i przekroczyć wiekopomną linię mety bez najmniejszego uszczerbku. To ich opowieść, więc najlepiej będzie usłyszeć ją z ich ust. Postanowiłam też zostawić odczucia Wengera w czystej, niezafałszowanej formie, mógł je więc wyrazić własnymi słowami w zakończeniu książki.

Kiedy poszukiwałam ramy, która pozwalałaby uchwycić ducha ery Niezwyciężonych, nie przemawiały do mnie do końca ani chronologiczne przedstawienie meczów, ani zestaw sylwetek poszczególnych piłkarzy. Świadectwo zaangażowanych w owe wydarzenia osób umożliwiło zgłębienie różnych tematów, które zbiegają się ze sobą, tworząc wielowymiarowy obraz tamtych rozgrywek. Aby zrozumieć, jak drużyna z czasem ewoluowała, nie można było ograniczać się wyłącznie do jednego sezonu – konieczny okazał się więc rzut okna na dalszy plan. Przywołuję tutaj także fragmenty artykułów, które w trakcie sezonu 2003/2004 pisałam dla „Observera”, aby oddać ówczesne nastroje, co zwykle oddziałuje z inną siłą niż refleksje snute z perspektywy czasu.

Sezon bez porażki to nadzwyczajne osiągnięcie, będące dziełem jeszcze bardziej nadzwyczajnej grupy ludzi. Jestem podwójnie wdzięczna Niezwyciężonym – za to, że mogłam ich oglądać, a po latach wysłuchać ich opowieści.

To były czasy.

Amy Lawrence, Londyn,

maj 2014 roku

CZĘŚĆ PIERWSZA

STYCZEŃ 1989 – LISTOPAD 2003

1. Ciut, ciut

Wenecja jako cel wakacji jest dostatecznie bajecznym miejscem, by dało się tam uciec od przytłaczającej presji związanej ze światem zawodowej piłki nożnej. Robert Pirès cieszył się urlopem, kiedy natknął się na kilku angielskich kibiców, którzy zatrzymali go, by z nim porozmawiać.

– Co tutaj robisz, Ruud? – spytali.

– Ruud? – odparł zmieszany Pirès.

Nieznajomi przerwali, zawahali się, przyjrzeli mu się z góry na dół i wreszcie zdali sobie sprawę z błędu.

– Ty wcale nie jesteś van Nistelrooy!

Pirès pokręcił głową. „Och, merde” – pomyślał.

Czekamy. Wszyscy wstrzymujemy oddech. Sparaliżowany tłum 67 639 fanów. W tej konfrontacji jest kilka poziomów. Ruud van Nistelrooy kontra Jens Lehmann. Napastnik przeciwko bramkarzowi. Manchester United przeciwko Arsenalowi. Północ przeciwko Południu. Czerwony kontra żółty. Mistrz kontra pretendent. Sir Alex Ferguson kontra Arsène Wenger. W umysłach kibiców sprowadza się to wręcz do plemiennej wersji pojedynku sprawiedliwego z nieprzyjacielem. My kontra Oni. Przytłaczająca stawka, wszystko jest kwestią jednego rzutu karnego w doliczonym czasie gry meczu, który do tej chwili był wyrównany, pełen napięcia i pozbawiony bramek.

Van Nistelrooy stoi z rękami na biodrach, wygląda prawie niedbale. Przeciera twarz przedramieniem. Lehmann się przemieszcza. Podskakuje z rozłożonymi rękami w tę i z powrotem wzdłuż linii bramkowej, próbując zakłócić czyste pole widzenia przeciwnikowi. Przeszywający gwizdek sędziego oznacza jedno – zabawę czas zacząć.

W rozbiegu widać pewność siebie, strzał jest mocny. Lehmann rzuca się w lewo. Piłka śmiga w prawo. Może najbardziej niezwykły w tym wszystkim jest odgłos, który wydaje futbolówka, uderzając w poprzeczkę. Wyrazisty, silny trzask. Zadziwiający. Wściekle głośny.

Mimo że Lehmann był atakowany kakofonią zachłyśnięć, zawodzeń i pisków spływających kaskadą ze wszystkich czterech stron, do dziś pamięta tamten odgłos.

– Oczywiście, że się to słyszy – mówi. – To tak blisko. W tego typu chwili przez ułamek sekundy na całym stadionie panuje cisza. Bramkarz wie, kiedy jest szansa, że rywal spudłuje. Widziałem, jak piłka przemyka obok mnie i obserwując jej lot kątem oka, pomyślałem sobie: „Nie jestem pewien, czy wejdzie”. I szczęśliwie trafiła w poprzeczkę.

Rzadko mamy świadomość, że to, co dzieje się na naszych oczach, jest w jakiś sposób doniosłe czy historyczne. Przeważnie znaczenie nadaje się zdarzeniom dopiero po fakcie. Kto w tamtej chwili, gdy piłka zatrzęsła bramką – nie uderzając ani ciut za wysoko, by wylądować w trybunach, ani ciut za nisko, by musnąć poprzeczkę i wpaść do siatki – zdawał sobie sprawę, że waga tego wydarzenia będzie odbijać się szerokim echem przez kolejne dni, tygodnie, miesiące? Kto wiedział, że miano Niezwyciężonych zależy od takiego szczegółu? Nikt. Nikt nie miał o tym pojęcia, bo prawdę mówiąc, nikt nie zawracał sobie specjalnie głowy czymś tak dziwacznym, jak ukończenie rozgrywek ligowych bez porażki.

Nie był to pospolity cel. Na początku nowego sezonu rozsądnie jest myśleć o sięgnięciu po trofeum, a może i pobiciu klubowego rekordu. To normalne, że napastnik ma nadzieję zdobyć pewną liczbę bramek albo że obrońca chce, by drużyna straciła ich mniej niż wcześniej. Stary wiarus ma prawo pragnąć znaleźć się na szczycie listy graczy z największą liczbą występów w historii klubu. Najbardziej utalentowany piłkarz może chcieć indywidualnych laurów, jak nagroda dla gracza miesiąca, roku czy strzelca najpiękniejszego gola. Ale sezon bez porażki nie mieści się w sferze typowych marzeń.

– Nie mieliśmy podobnych rzeczy w głowach – twierdzi Sol Campbell. – Człowiek myśli o tym, żeby wygrać więcej meczów niż inne drużyny, i to tyle.

W tym decydującym momencie Campbell znajdował się kilkaset kilometrów na południe od Old Trafford. Był na urlopie okolicznościowym po śmierci ojca. Oglądał spotkanie w telewizorze w domu. To, co widział z odległości, potwierdza tylko jego przeświadczenie, że los odegrał swoją rolę, przesądzając o przyszłości tej grupy piłkarzy – przyszłości jego i jego przyjaciół, kolegów z pracy, ludzi, którym zaufał i którzy z kolei polegali na nim.

– To chwila wybiera ciebie – zastanawia się na głos. – A nie ty chwilę. Bo jeśli strzeli, to po zawodach, po sezonie bez porażki. Trzeba mieć odpowiedni zespół i tak dalej, ale to sytuacja wybiera ciebie. Naprawdę w to wierzę.

Na środku sceny na Old Trafford, po tym jak van Nistelrooy przestrzelił karnego, żaden z trawionych gorączkowymi emocjami piłkarzy Arsenalu nie myśli nawet przez sekundę o niczym innym niż uniknięcie porażki w tym jednym meczu. To drużyna, konstelacja osób, z których każda wniosła do grupy własną obsesję na punkcie wygrywania. Stąd wspólna przemożna odraza do porażek.

Tamto spotkanie pamięta się nie tylko ze względu na dramatyczny finał, lecz także z powodu burzliwych reakcji, jakie wywołało. Dekadę później większość piłkarzy na wzmiankę o niesławnym 0:0 na Old Trafford w pierwszej chwili odpowiada podobnie. Na twarzach pojawia się ten sam porozumiewawczy uśmiech. Widać w nim figlarność, zdecydowanie, a także ukłucie wstydu.

– Ten obraz Martina Keowna – mówi Dennis Bergkamp, śmiejąc się sam do siebie.

To coś, co odruchowo przychodzi wszystkim na myśl. Kolo Touré zaczyna śmiać się niskim śmiechem czarnego charakteru z kreskówki. He, he, he. Oczy Raya Parloura rozbłyskują. Robert Pirès wydaje z siebie typowo francuskie „À oui?”, przybierając wyraz twarzy, który doskonale ujmuje powszechnie odczuwane wówczas zdumienie, i przypomina sobie „wrażenie, że Martin chciał zabić van Nistelrooya”. Gilberto Silva i Lauren wydają się lekko niepewni, jakie uczucia powinni ujawnić. Uświadamiają sobie, że okazywanie otwartej radości z powodu tego, co wydarzyło się owego wrześniowego dnia, jest nie w porządku. Piłkarze Arsenalu dostatecznie dali temu wyraz już wtedy i miało to pewne, całkiem poważne, konsekwencje.

Chwila, w której Keown z wrzaskiem doskoczył do van Nistelrooya i zawisł mu nad głową – przez co napastnik United wyraźnie się skulił – stała się jednym z ikonicznych obrazów sezonu 2003/2004, w których odbija się to, jak głęboko tamten Arsenal nie był w stanie pogodzić się z przegraną i z jaką determinacją piłkarze stawali nawzajem w swojej obronie. Keown ciągle nie mógł przeboleć, że Patrick Vieira, kapitan Kanonierów i ich siła napędowa, w 81. minucie wyleciał z boiska. Van Nistelrooy był zamieszany w tamten incydent, niezdarnie wskoczywszy na plecy Vieirze, który w odwecie zamachnął się na niego nogą. Choć do kontaktu nie było nawet blisko – „między moją nogą a jego ciałem były całe hektary”, wyjaśniał później Vieira – Holender rzucił się do tyłu, jakby odskakiwał przed śmigającym w powietrzu nożem, i żałośnie rozłożył ręce w stronę sędziego. Kiedy Vieira ujrzał czerwoną kartkę, na jego ustach pojawił się uśmiech zaprawiony porządną dawką sarkazmu. Bomba zapalająca została podłożona.

Gdy wylatujesz z boiska, szatnia jest miejscem udręk. Przypomina trochę izolatkę. Piłkarz nie tylko zostaje wyrzucony i nie jest się w stanie wnieść żadnego wkładu do gry, ale jest także odseparowany i odesłany dostatecznie daleko, by nie mógł widzieć, co dzieje się na boisku.

Vieirze trudno poradzić sobie z kipiącą mieszanką frustracji, rozczarowania i gniewu wobec losu, który spotkał go owego dnia:

– W tamtej chwili go nienawidziłem – mówi. – Oczywiście dlatego, że pajacował i tak dalej. Dziś tego nie czuję. Ale wtedy go nienawidziłem. Wiesz, o co mi chodzi?

W tym pytaniu, wypowiedzianym dziesięć lat po owym zdarzeniu, kryje się świadomość, jakie to dziwne, że inteligentny człowiek może czuć odrazę wobec kogoś innego w czysto sportowym kontekście. Głowa wie, że powinien wznieść się ponad to, ale owego gorącego popołudnia w Manchesterze nie dało się okiełznać wzburzonego serca.

– To trudne, zwłaszcza w takiej wielkiej chwili – wyjaśnia Vieira. – To był szalony mecz, szczególnie że kończyliśmy w dziesiątkę, a do tego jeszcze ten karny. Czujesz, że zawiodłeś drużynę. Że jak przegramy, to będzie twoja wina. Przez głowę przelatuje ci tyle różnych emocji, wyłącznie nieprzyjemnych. Czujesz się naprawdę źle. Myślałem wtedy o tym, co się stało, i miałem nadzieję, że utrzymamy remis. Ale byłem taki wściekły na tę czerwoną kartkę…

Keown nie potrafi odpuścić. Wśród zawodników Arsenalu van Nistelrooy już i tak cieszy się pewną reputacją, co tylko pogarsza napiętą do granic atmosferę. Keown traktuje opiekę nad Vieirą jako osobisty obowiązek.

– Byłem gorylem Patricka – tłumaczy Keown. – Piłkarze polowali na niego, a ja poprzysiągłem sobie, że będę tym, kto pojawi się na czas, żeby stanąć im na drodze. Bo nie mogliśmy tego tolerować, nic byśmy bez Vieiry na boisku nie wygrali. Ludzie szybko dostrzegli, że Patrick nigdy nie prowokuje żadnych spięć, ale za to ma ostatnie słowo. Był kapitanem, wszystko przez niego przechodziło, nie zapominajmy o tym. Tym razem znowu ktoś udawał, że przez Patricka doznał kontuzji, i przyaktorzył. I znowu był to ten sam koleś. Miałem z nim już kilka spięć. A teraz przez niego mój kumpel schodził z boiska.

Parlour był równie sfrustrowany.

– „Niepoważny z ciebie gość”, powiedzieliśmy van Nistelrooyowi i trochę go opieprzyliśmy, bo oszukiwał. Patrick odgrywał bardzo istotną rolę w naszej drużynie, więc piłkarze z miejsca się wściekli, serio. – Instynkt samozachowawczy musiał jednak szybko zadziałać. United grało w przewadze. – Pomyśleliśmy sobie: „Musimy się tym zająć” – ciągnie Parlour. – Posłuchaj, myśmy już to przerabiali. Wiele razy graliśmy w dziesiątkę. Podczas większości treningów musisz się bronić dziesiątką przeciwko jedenastce, więc wiedzieliśmy, co trzeba robić, żeby utrzymać wynik.

Skupienie się na obronie cennego punktu na wyjeździe, gdy gra się w dziesięciu przeciwko cwanemu rywalowi, wymaga sporej siły charakteru. Kiedy w doliczonym czasie gry Gary Neville wrzuca piłkę z prawej strony, Diego Forlán pada na murawę razem z Keownem, a sędzia Steve Bennett wskazuje na jedenasty metr, niezwykle waleczny środkowy obrońca Arsenalu wygląda na tak osłupiałego, jakby zaraz miał runąć jego świat. Problemy się piętrzą. Chronić Patricka. Van Nistelrooy zalazł im za skórę. Czerwona kartka. Rzut karny. Ostatnia minuta. Mój atak. Niezgoda na porażkę. Emocjonalne spalanie.

– Zanim Patrick dostał czerwoną, to było całkiem spokojne popołudnie, a potem zrobiło się z tego Alamo – wspomina Keown. – I oczywiście to on był zawodnikiem, który w moich oczach i w oczach kolegów za tym stał. No więc gdy spowodowałem karnego, pojawiło się znajome uczucie, że znowu się to wydarzy i Manchester wygra po golu w ostatniej minucie. I, kurde, to przeze mnie, to moja wina. Kiedy spudłował, przyszła ulga i obezwładniające poczucie, że „to znowu on, ten *** oszust”. I tak właśnie do tego doszło. Szczerze mówiąc, nie było za wiele czasu od pudła z karnego do końca meczu, więc to się jakby dalej ciągnęło. Ludzie przyglądają się temu i pytają, czy żałuję. Cóż, nie było to modelowe zachowanie dla dzieciaków, ale tak naprawdę wyraziły się w tym lata tłumionej frustracji. Manchester wygrał sporo, a w naszych oczach to my byliśmy zwycięzcami. Nie zdawałem sobie sprawy, że to pudło będzie miało takie decydujące znaczenie, że tyle osiągniemy także z powodu tego karnego.

Z punktu widzenia Thierry’ego Henry’ego wiązało się to z rosnącym przeczuciem, że los w tym sezonie będzie Arsenalowi sprzyjał.

– Choć czasami potrzebowaliśmy szczypty szczęścia, by obrócić sprawy na naszą korzyść, zwykle go nam nie brakowało – rozmyśla na głos.

Vieira wie o karnym, ale w szatni nie ma telewizora. Polega więc na dźwięku. Oczywiście znajduje się szmat drogi od uderzenia w poprzeczkę, które słyszy Lehmann, ale wrzawa całego chóru mu wystarcza.

– Nie usłyszałem głośnego ryku – mówi, a na twarz zakrada mu się szeroki uśmiech. – Gdyby strzelili, brzmiałoby to inaczej.

W tej konkretnej sytuacji Keown mógł posłużyć za piorunochron, ale nie tylko on wdał się w bójkę, która rozpętała się po końcowym gwizdku. Zgraja piłkarzy Arsenalu rusza za van Nistelrooyem, nie daje mu spokoju, aż ten się potyka. Parlour, Ashley Cole, a nawet Lauren – łagodny, niewzruszony Lauren – wpadają w pomroczność jasną. Kameruńczyk również naskakuje na Holendra.

– Jestem bardzo spokojny, bardzo grzeczny, ogólnie miły ze mnie człowiek, ale jak każdy popełniam błędy – wyjaśnia po latach ze zmieszaniem. – Po prostu, kiedy wychodzę na boisko, przechodzę metamorfozę. Lubię widownię, lubię przebywać na murawie w otoczeniu 80 tysięcy fanów. Uwielbiam to. Kiedy wychodzę na boisko – Lauren pstryka palcami – staję się innym człowiekiem. Chcę tylko dać z siebie to, co najlepsze, po prostu pragnę wygrywać. Może dlatego zareagowałem w taki sposób. Pomagaliśmy sobie jak rodzina. Jeśli widzę brata w trudnej sytuacji, próbuję mu pomóc. Wszyscy patrzyli na to w ten sam sposób.

Trzeźwo myślący Gilberto stara się – za późno – ostudzić emocje.

– Wiesz, to był mecz pełen napięcia. Moje zadanie polegało na tym, żeby próbować je jakoś rozładować. Byłem jednym z rozjemców – mówi. Mimo że nie leży to w jego naturze, rozumie, jak to jest, gdy ktoś wybucha. – Kiedy adrenalina osiąga bardzo wysoki poziom, twoja reakcja może być naprawdę wybuchowa. I niektórzy piłkarze United też się tak zachowali. Przypominam sobie, że ktoś, wydaje mi się, że Ronaldo, pchnął kogoś i uciekł. Było to całkiem zabawne. Nie wyglądało to dobrze, bo jako zawodowy piłkarz musisz dawać przykład widzom, ale myślę, że ludzie rozumieli, że to kwestia temperatury tego spotkania. Oczywiście musieliśmy później przeprosić.

Co dziwne, jednym z zawodników zachowujących niewzruszony spokój w obliczu tego piekła jest Roy Keane, bezpośredni rywal Vieiry w tamtym okresie i zawodnik, który nie będzie miał skrupułów, gdy przyjdzie mu później wyrazić, jak bardzo wkurzał go zwykle zespół z Londynu.

– Żywiłem do Arsenalu sporo nienawiści – stwierdza. – Żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy w kontekście przygotowań do bitwy z londyńczykami. Tylko „nienawiść” jest tu na miejscu. Nie przypominam sobie, żebym lubił kogokolwiek stamtąd. Wiedziałem, że przeciwko nim muszę być tak rozjuszony, jak tylko potrafię. Nie myślałem w ten sposób o żadnej innej drużynie, ale Arsenal wydobywał ze mnie coś szczególnego… Tamtego dnia zachowywałem się bez zarzutu i bardzo tego żałuję!

Wściekłość nie ustępuje też w tunelu, w którym piłkarze się sprzeczają, padają groźby i obelgi, a między Wengerem i Fergusonem dochodzi do czegoś, co wielkodusznie można by określić mianem szczerej wymiany zdań. Kiedy krew przestaje buzować, a tętno zwalnia, okazuje się – co w tym najzabawniejsze – że obaj mają trochę racji. Ferguson jest wściekły, że piłkarze Arsenalu zjednoczyli siły przeciwko jego napastnikowi. Wenger wychodzi z siebie, ponieważ uważa, że van Nistelrooy nabrał sędziego. Ale taka już natura rzeczy, że broniąc własnych interesów, zwykle nie zważamy na krzywdy innych ani na przewiny we własnym otoczeniu.

Lehmann, znalazłszy się z powrotem w szatni, jest zaaferowany tym wszystkim. Nadal chłonie nowe doświadczenia. To dopiero jego szóste spotkanie na angielskich boiskach, po tym jak latem przyszedł z rodzimej Bundesligi, by zastąpić Davida Seamana. Przybywając do Arsenalu w wieku 33 lat, czuje się wystarczająco dobrze we własnej skórze, by cieszyć się wszystkimi wyzwaniami i zmianami kulturowymi, które nowa liga ma mu do zaoferowania. Ale skala tego szaleństwa go zaskakuje. Jedynym jego dotychczasowym wypadem poza Bundesligę był krótki pobyt w AC Milanie sześć lat wcześniej. Nie przyniósł on sukcesów i po sześciu miesiącach Lehmann opuścił Mediolan, ale przygodą w Anglii się rozkoszuje, a cała ta pomeczowa wrzawa trafia w jego czułą strunę. Rozgląda się wokół siebie i w każdym z kolegów z drużyny może dostrzec przemożną wolę zwycięstwa.

– Tak, lubiłem to. Uwielbiałem – entuzjazmuje się. – Myślę, że ani oni, ani ja nie wiedzieliśmy, jak bardzo tak naprawdę ceniłem sobie tego rodzaju grę. Arsène nie był świadom, że wybrał gościa, który jest stworzony do takiej piłki. Ja też nie miałem o tym pojęcia. Lubiłem najważniejsze starcia, gdzie trzeba było pokazać przeciwnikom, kto jest mocniejszy, oni czy my. W trakcie meczu wychodziłem kilka razy do dośrodkowań, oberwałem parę kuksańców, kopniaków i tak dalej, ale sędzia ani razu nie zagwizdał. Pamiętam, że po całym tym zajściu na koniec meczu kilku kumpli z Niemiec mówiło mi: „To wspaniałe! Goście się okładają, drą na sędziego i nikt nie dostaje nawet kartki, nic się nie dzieje!”. Ale sześć dni później federacja ukarała sześciu piłkarzy Arsenalu i trzech United… W tamtych czasach to był najważniejszy, największy mecz w angielskiej piłce. Starcie Wengera z Fergusonem, przyjemnie dla oka grających londyńczyków z twardymi kolesiami z Manchesteru, którzy odnosili sukcesy. Do tego po meczu sporo wydarzyło się w tunelu.

Freddie Ljungberg sądzi, że wynik, a w pewnej mierze i ówczesne reakcje, były komunikatem dla United.

– Zabrzmi to arogancko, ale to jasne, że wśród drużyn zawsze toczy się walka o władzę, o to, kto tak naprawdę jest grubą rybą.

Vieira nadal wszystko przeżywa.

– Posprzeczałem się jeszcze z van Nistelrooyem w tunelu, już po prysznicu. Ciągle byłem wściekły z powodu tamtej sytuacji – mówi.

Emocje buzują. Menedżerowie powinni po meczu udzielić wywiadu telewizji. Wenger wraz z Fergusonem spełniają obowiązek, ale konieczność wypowiedzi do kamer chwilę po tym, jak było się całkowicie pochłoniętym niezwykle intensywnym spotkaniem, to zabieg zaplanowany z myślą o tym, by przyłapać ludzi w chwili, kiedy najdalej im do zdrowego rozsądku. Obaj panowie przybierają wyraz ledwie maskowanego obrzydzenia. Ich odpowiedzi są stosownie kąśliwe.

Wenger:

– Myślę, że van Nistelrooy nie pomógł. Szczerze mówiąc, jego podejście jest takie, że zawsze szuka prowokacji i okazji, żeby zanurkować. Wygląda na miłego chłopca, ale uważam, że na boisku nie zawsze zachowuje się fair.

Reporterka Sky Clare Tomlinson:

– Czy w pańskim przekonaniu to coś na kształt oszustwa?

Wenger:

– Tak, sądzę, że tak, bo choć uważam, że Patrick być może nie powinien tak zareagować, to jednak ukarano raczej skutek niż przyczynę problemu.

Ferguson:

– Jeśli chodzi o mnie, to mogę jedynie bronić Ruuda van Nistelrooya. Słyszałem uwagi Arsène’a w wywiadzie z panią i bardzo mnie one rozczarowały. Ruud van Nistelrooy popełnił faul na Patricku Vieirze, zresztą w całym meczu było sporo faulów, sam Patrick też kilka zaliczył. Ale to Patrick brzydko się zachował! Ruud nie udawał, próbował zejść z drogi, spojrzał na sędziego z pytaniem, co to za zachowanie, a sędzia nie miał wyjścia… Co do wydarzeń na koniec meczu, sądzę, że FA się tym zajmie, więc nie muszę mówić o dyscyplinie w Arsenalu… Myślę, że moi zawodnicy zachowali się jak należy.

Ukryte powody nabierają kształtu. Wściekłość Arsenalu z powodu roli, jaką w całym incydencie odegrał van Nistelrooy, mija w obliczu gniewu ogółu wspierającego Fergusona, który krytykuje zastraszanie Holendra w końcówce meczu. Ze wszystkich stron płyną wyrazy świętego oburzenia. Na Wengera i jego podopiecznych spada w mediach lawina krytyki. Federacja szybko oskarża Arsenal o „brak kontroli nad zawodnikami”, menedżer zaś proszony jest przez władze, by wyjaśnił swoje komentarze pod adresem rzekomo oszukującego piłkarza z drużyny przeciwnej. Gazetowe nagłówki są przewidywalnie bezwzględne. „Przywalcie tym oprychom porządne kary!” – krzyczy „Daily Mail”. „Plemienne utarczki znaczą Old Trafford bliznami” – utyskuje „The Times”. „Paranoja Arsenalu naraża na szwank reputację dumnego klubu” – cmoka z dezaprobatą „The Independent”. „Po Haniebnej Niedzieli Arsenal w obliczu 20-meczowego wykluczenia. Pożegnajcie się z tytułem” – nie zostawia suchej nitki „The Express”. W artykule za artykułem pojawiają się te same słowa: mściwość, zmora, kapryśność, wstyd.

Ken Friar, członek zarządu Arsenalu, który przyglądał się wydarzeniom z loży dyrektorskiej, przygotowuje się do wizyty w siedzibie Football Association.

– Moja rola polegała na tym, by reprezentować najlepsze interesy klubu, więc jasne: człowiek idzie i broni swojego – mówi dobitnie.

Podejście klubu jest takie, by publicznie mówić jak najmniej, bronić pozycji Arsenalu przed FA, zaakceptować karę i przejść nad tym do porządku dziennego najspokojniej jak się da. Niektórzy dziennikarze mogą jednak liczyć na to, że prezes Peter Hill-Wood będzie uprzejmie odbierał ich telefony, i udaje im się skłonić go, by publicznie opowiedział o swoim zażenowaniu.

– Nie ma wymówek. Ponosimy winę za to głupie zachowanie. Rozmawiałem o tym wielokrotnie z menedżerem Arsène’em Wengerem, bo owszem, mamy problem – stwierdził rzekomo Hill-Wood. – Wygląda na to, że cokolwiek powiemy piłkarzom, zapominają o tym pod wpływem chwili.

Po czterech dniach nieustępliwej krytyki Wenger wystosowuje przeprosiny. Przywodzą one jednak na myśl słowa zadziornego dziecka, które nie do końca jest szczere.

Wenger:

– Obejrzałem mecz ponownie i uważam, że zareagowaliśmy zbyt emocjonalnie. Przepraszamy za to. Sądzę jednak, że to, co się wydarzyło, również spotkało się ze zbyt mocną reakcją. Nikt nie ucierpiał, a w czasie mojej przygody z angielską piłką widziałem niebezpieczne wślizgi i interwencje, które mogły zakończyć karierę. Widziałem rzeczy dziesięć razy gorsze niż to, co stało się w niedzielę. Nigdy jednak żaden z moich piłkarzy nie był winny niczego, co mogłoby wyrządzić szkodę czyjejś karierze, niebezpieczne zagrania też nam się nie przytrafiały. Nie twierdzę, że zachowaliśmy się jak należy. Rozmawiałem na ten temat z piłkarzami. Martin Keown wie, że nie powinno się tak robić. Rozpętała się cała kampania na rzecz tego, by nas ukarać. Musimy przyznać, że nasze zachowanie było nie na miejscu, ale naprawdę spotkało się ono z przesadzoną reakcją.

Dziennikarz Steve Stammers:

– Pojawiła się sugestia odjęcia punktów…

Wenger:

– Dlaczego od razu nie zdegradować nas do trzeciej ligi? Nawet w lidze niedzielnej dzieją się gorsze rzeczy niż to, co stało się w ostatni weekend.

Komisji dyscyplinarnej federacji angielskiej rozpatrzenie sprawy Bitwy o Old Trafford (jak ten mecz zostanie nazwany) i wydanie odpowiedniego orzeczenia zajmuje kilka tygodni. W tym czasie piłkarze Arsenalu robią, co w ich mocy, by nie zwracać na nic uwagi i skoncentrować się na boiskowych wydarzeniach. Odnoszą w Premier League trzy nieznaczne, lecz znaczące zwycięstwa z rzędu: 3:2 z Newcastle u siebie, 2:1 z Liverpoolem na wyjeździe i 2:1 z Chelsea na Highbury. Na tym tle wyróżnia się szczególnie jeden gol – olśniewające trafienie Pirèsa, które daje wygraną na Anfield. Wróciwszy na północny zachód kraju dwa tygodnie po meczu na Old Trafford, londyńczycy są w centrum uwagi, a ich krytycy nie odpuszczają. Udaje im się jednak odrobić początkową stratę, a Pirès posyła podkręconą piłkę w górny róg bramki z 23 metrów. Kiedy mknie świętować gola, na jego twarzy maluje się euforia. Spieszą do niego koledzy z zespołu. Oblegają go jeden po drugim: Ashley Cole, Thierry Henry, Edu, Sol Campbell… Ich zbiorowy, oczyszczający ryk podchwytują podczas transmisji telewizyjnej mikrofony przy linii bocznej. Chór czystej, instynktownej radości przydaje uderzeniu Pirèsa wagi.

– Pamiętam tamtego gola – mówi Pirès z wyrazem tęsknej radości na twarzy. – Był dla mnie źródłem dumy. Dał nam zwycięstwo. Chciałem się nim podzielić z fanami. To była ważna chwila dla Arsenalu, wymagała więc pewnej bliskości duchowej między kibicami a drużyną.

Gilberto w interesujący sposób patrzy na skutki meczu na Old Trafford, który sprzyjał temu, by drużyna ponownie skupiła się na swoich zadaniach. Uważa, że było to coś na kształt poważnego ostrzeżenia, które przypomniało piłkarzom o tym, by zachować superczujność. Pozwoliło im to także – jak sądzi – stworzyć inną opowieść niż w minionym sezonie. Brazylijczyk trafił do Londynu latem 2002 roku z – mówiąc w przenośni – zawieszonym na szyi świeżo wybitym złotym medalem mistrzostw świata. Nie wiedział zbyt wiele o Arsenalu, ale to, co słyszał o klubie, skłaniało go do szacunku. Szacunek ten okazał się zresztą odwzajemniony. Pod koniec pierwszego sezonu Gilberto w Anglii (2002/2003) Arsenal i Manchester United rywalizowały o pierwsze miejsce w Premier League. Ale Arsenal dostał zadyszki.

– W piłce nożnej nie wolno ani na chwilę tracić koncentracji – wyjaśnia Gilberto. – Nie wolno. W poprzednim sezonie, moim pierwszym na Wyspach, kluczowy moment przyszedł w Boltonie, gdzie zaprzepaściliśmy szansę na zwycięstwo. Zremisowaliśmy 2:2. Po tym meczu nie byliśmy w stanie wrócić do pełni formy. Wydawało się, że wszyscy zapomnieliśmy, jak się gra w piłkę. Ale w meczu na Old Trafford pokazaliśmy charakter, udowodniliśmy, że uczymy się na błędach z nieodległej przeszłości. Nie chcieliśmy, żeby tamto się powtórzyło. Pomyślałem sobie potem, że skoro nie przegrywamy takich spotkań, będziemy silniejsi niż kiedykolwiek. To był wspaniały mecz, nawet pomimo problemów, które mieliśmy, a to dlatego, że zrozumieliśmy, że jeśli nawet na sekundę stracimy koncentrację, może to mieć zasadnicze znaczenie dla całego sezonu. Mogłoby to nas drogo kosztować, tak jak rok wcześniej.

Pomimo całego zamieszania w awanturze na Old Trafford tkwiła pewna wartość – piłkarze Arsenalu stali się sobie jeszcze bliżsi i bardziej zdeterminowani jako kolektyw. Parlour wspomina jednak tamtą sytuację nieco inaczej:

– Ukarali mnie grzywną w wysokości dziesięciu kawałków! – wzdryga się. – Moja była żona nie tryskała przesadnie szczęściem.

Kary zostają ogłoszone 30 października, niemal sześć tygodni po wydarzeniach. Grzywny wynoszą ogółem 275 tysięcy funtów – to najwyższa kara finansowa za brak dyscypliny w historii angielskiej piłki. Winowajcy są łącznie zawieszeni na dziewięć spotkań (Lauren nie zagra w czterech, Keown w trzech, a Parlour i Vieira w jednym. Cole otrzymuje ostrzeżenie na przyszłość, a zarzut w sprawie „niestosownego zachowania” Lehmanna zostaje wycofany).

Arsenal wydaje oficjalne oświadczenie z doskonale sformułowanymi przez zespół klubowych prawników przeprosinami, w których padają wszystkie stosowne słowa. Obejmuje ono jeden fascynujący, ukryty w środku ustęp: „Zawodników poucza się, by nie dawali się sprowokować, i przypomina, że ich sukcesy nadeszły, kiedy nie pozwalali sobie na odciągnięcie uwagi od spraw boiskowych”.

Przekaz jest jasny.

*

Nie żeby kontekst był w jakiejś mierze wytłumaczeniem, ale ciekawie jest sobie przypomnieć, że Arsenal nie wyszedł na murawę Old Trafford specjalnie odprężony. Dwa poprzednie mecze nie poszły Kanonierom zgodnie z planem i napięcie rosło. Remis w Premier League u siebie z Portsmouth był lekko rozczarowujący, a w dodatku towarzyszyły mu kontrowersje związane z symulowaniem, Pirès bowiem runął na ziemię, by wywalczyć rzut karny, po którym Arsenal wyrównał.

– Wszyscy sądzą, że nurkowałem – mówi Francuz, wspominając oskarżenia po latach. – Ale tak nie było. To frustrujące, tyle że co człowiek może zrobić? Przez pewien czas słyszałem, jak wszyscy gwiżdżą, gdy dostawałem piłkę. Pomogli mi koledzy z drużyny. Mówili, żebym tego nie słuchał.

Cztery dni później na Highbury przyjechał Inter Mediolan i rozgromił Arsenal w meczu grupowym Ligi Mistrzów. Wyprowadzeni w pole, pobici 3:0 i trochę wykończeni londyńczycy jechali na Old Trafford, aby uspokoić sytuację. W tym wypadku presja doprowadziła do wybuchu, ale z innymi komplikacjami radzono sobie wraz z rozwojem sezonu z większą godnością.

Walka z United wykraczała ponadto poza ramy zwyczajnego starcia twarzą w twarz. W szerszym kontekście była to rywalizacja dwóch drużyn, które przepychały się ze sobą na szczycie ligi angielskiej przez sześć kolejnych sezonów. Historia wzajemnej niechęci ze sporadycznymi wybuchami w tle sięgała jednak kilku dekad wstecz. United stało się drużyną, która dominowała w latach 90. Potem rozpoczęła się huśtawka. Arsenal zdobył tytuł – w czym pomogła słynna wygrana Kanonierów na Old Trafford dzięki bramce Marca Overmarsa – w roku 1998. Czerwone Diabły pozbierały się i sięgnęły po mistrzostwo trzy razy z rzędu. Arsenal wrócił do gry w 2002 roku (tym razem ligowy tytuł przypieczętował na boisku United gol Sylvaina Wiltorda). Manchester odzyskał mistrzostwo rok później.

– Gra przeciwko nim zawsze stanowiła wyjątkowe wyzwanie. Przez lata strawiłem wiele godzin, zastanawiając się nad przebiegiem tych meczów – w zamyśleniu wspominał Ferguson.

W sezonie 2003/2004 w tej straszliwej piłkarskiej próbie sił drżały wszystkie mięśnie.

Bergkamp wspomina, że czuł, jak w trakcie jego pierwszych lat w klubie zmienia się układ sił w stosunkach między oboma zespołami.

– Już w pierwszym sezonie stało się dla mnie jasne, że Manchester United jest drużyną, którą trzeba pokonać. Znajdowali się, o, tutaj [wyciąga rękę do góry], a my nie byliśmy nawet w ich pobliżu. Ale zaczęliśmy ich dochodzić. W 1998 roku wygraliśmy, ale nie miałem wtedy poczucia, że naprawdę z nimi współzawodniczymy. To było bardziej jak fuks. Ale przez resztę mojej kariery w Arsenalu zmniejszaliśmy tę różnicę. A kiedy zdobyliśmy tytuł w 2002 roku, czułem, że to ta chwila. Dla nas, ale też i dla nich, bo zdali sobie sprawę, że to my jesteśmy teraz lepsi. Dlatego traktowali nas jak zagrożenie i może trochę jak kogoś, kogo trzeba dorwać. To oni byli zawsze drużyną, którą chciało się pokonać, aż tu nagle to my się nią staliśmy. I sądzę, że wszyscy mieli tego świadomość, ich zawodnicy też.

Czy już wtedy wyjście obronną ręką ze starcia na Old Trafford było kluczowe, mimo że nie miało jeszcze znaczenia w kontekście sezonu bez porażki?

– Tak. Musieliśmy sprostać oczekiwaniom. Ludzie spodziewali się, że uzyskamy tam dobry wynik. Chodziło też o panujące w drużynie poczucie: „Już się was nie boimy, możemy z wami wygrać. Jesteśmy na tym samym poziomie, a może nawet to my jesteśmy lepsi”. To było coś nowego. Nie oznaczało buty, raczej większą pewność siebie. To, że możemy tego dokonać.

2. Rewolucja

„Gwiazda gwiazd” – głosił nagłówek w „La Gazzetta dello Sport” w uznaniu dla Piłkarza Roku FIFA George’a Weah. Piękną, barokową uroczystość wręczenia nagrody w Mediolanie uświetniła swoją obecnością futbolowa śmietanka towarzyska, fetująca trzech najlepszych piłkarzy 1995 roku: Jürgena Klinsmanna, Paolo Maldiniego, a przede wszystkim Weah. Łączącego w tak naturalny sposób boiskowy wdzięk, siłę i wyobraźnię Liberyjczyka powitały głośne oklaski, a potem atmosfera nagle uległa zmianie, kiedy oświadczył on, że wolałby, aby to nie jemu przyznano nagrodę. Weah pragnął przekazać ją swojemu mentorowi, poprosił więc na scenę francuskiego menedżera, który pracował w Japonii. Ruszył ku niemu nieco zmieszany, ale głęboko poruszony Arsène Wenger. Nie byłoby przesadą stwierdzenie, że wiele osób zgromadzonych na widowni nie bardzo wiedziało, kim jest ta szczupła postać w okularach.

– Zasługuje na nagrodę bardziej niż ja – powiedział Weah, przekazując mu statuetkę. – Panie trenerze, dziękuję za wszystko.

David Dein poznał Wengera w trakcie sezonu 1988/1989. Dla Arsenalu był to doniosły czas. Młody, wygłodniały zespół, który kipiał żądzą zwycięstw, pod wodzą George’a Grahama sięgnął po tytuł w najbardziej zapierających dech w piersiach okolicznościach, jakie można sobie wyobrazić. W doliczonym czasie gry ostatniego meczu sezonu ze zdecydowanymi faworytami występującymi przed własną publicznością na Anfield Arsenal po raz pierwszy od 18 lat zatknął chorągiewkę na Evereście angielskiej piłki nożnej.

Graham, w swym poprzednim wcieleniu znany jako Spacerowicz, był jeszcze zawodnikiem, gdy Arsenal po raz ostatni z powodzeniem pokonał drogę na szczyt. Ten ospale grający utalentowany pomocnik z drużyny z 1971 roku, która sięgnęła po podwójną koronę, nosił się stylowo, ciesząc się przyjemnym życiem poza boiskiem. W roli menedżera wrócił jako człowiek złośliwy, który niestrudzenie musztrował swoich podopiecznych, dopóki nie znali swoich zadań na wylot, co nadało ton tamtemu legendarnemu finałowi sezonu 1988/1989. Szanowano go niezwykle jako kogoś, kto łączy dwie ery – obydwa sukcesy ligowe Grahama okalały bowiem okres rozpinający się między przeciętnością, niespełnionymi obietnicami a podnieceniem związanym z pucharowymi finałami, które różnie się kończyły. Przynosząc klubowi sukcesy zarówno jako piłkarz, jak i menedżer, a także akcentując wartości określone w informatorze dla personelu za pomocą słynnej maksymy: „Pamiętaj, kim jesteś, ile jesteś wart i co reprezentujesz”, roztaczał wokół siebie swoistą aurę. W pewnym sensie trudno było wyobrazić sobie bardziej arsenalskiego menedżera niż George. Jako człowiek z taką obsesją na punkcie historii, że rzadkie pamiątki wypełniały jego domowy gabinet, wydawał się uosabiać klub i ucieleśniać jego charakter. Myśl, że ktoś może tak po prostu się zjawić i postawić wszystko na głowie, wydawała się wówczas niedorzeczna.

Graham symbolizował łączność między przeszłością a teraźniejszością Arsenalu. Ale w połowie sezonu 1988/1989, choć nikt nie mógł wówczas mieć o tym pojęcia, na Highbury zawitała przyszłość.

W poniedziałek 2 stycznia odbywały się derby północnego Londynu. Wenger wracał ze Stambułu do Monaco. Obserwował mecz Galatasaray, a później miał międzylądowanie w Anglii. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to czy przypadkiem nie da się gdzieś obejrzeć jakiegoś meczu. Zadzwonił do Dennisa Roacha, znajomego, który był agentem jednego z jego zawodników, Glenna Hoddle’a.

– „Czy mógłbyś mi załatwić bilet na jakiś mecz w Anglii, bo akurat lecę przez Londyn?”, spytałem. Powiedział, że ma bilet na Arsenal. To była moja pierwsza wizyta na Highbury – wspomina Wenger.

Tego dnia na boisku występował wysoki środkowy obrońca, który nazywał się Steve Bould i wiele lat później został asystentem Wengera. W tamtej drużynie była także grupa piłkarzy, których ostatecznie Francuz miał poprowadzić: Tony Adams, Nigel Winterburn i zdobywca bramki Paul Merson. Wenger był świadkiem derbowego zwycięstwa 2:0, zwieńczonego późnym golem Michaela Thomasa, który wbiegł w pole karne z linii pomocy i delikatnie podciął piłkę nad bramkarzem.

Wspomnienia Francuza z tamtego meczu? Wenger się uśmiecha.

– W nogach zawodników widać było zmęczenie – wygłasza klasyczną Wengerowską uwagę. – Było po świętach, grali dużo i dużo pili, widowisko nie należało do najlepszych. Pamiętam tylko rudzielca, który wszedł na boisko i zmienił bieg meczu.

Perry Groves – z zawodników przebywających tego dnia na boisku był on chyba piłkarzem najmniej w stylu Wengera.

W dni meczowe na Highbury, w barze Cocktail Lounge, który znajdował się tuż obok sali posiedzeń, goszczono wszystkie panie, jak również skautów, oficjeli z innych klubów i VIP-ów. Podawano im drinki, goście mogli również wymknąć się tu z trybun. Było to eleganckie pomieszczenie tuż nad Marble Halls, z największą atrakcją w postaci greckiego pomnika przyozdobionego symbolicznym laurem (czule zwanego Grekiem Fredem) na cokole w stylu art déco.

W tamtych czasach istniał wyraźny podział na tych, którym wolno wchodzić do sali posiedzeń w dni meczowe, i tych, którym na to nie pozwalano (rzecz pierwsza: żadnych kobiet, żony członków zarządu odsyłano do Pokoju Pań). Wenger uznał to za zabawne, ale w rezultacie został przedstawiony Barbarze Dein, żonie wiceprezesa Arsenalu, Davida. Możliwe, że drogi obu panów by się nie przecięły, gdyby Barbara nie powiadomiła męża, że na meczu jest menedżer Monaco. Pani Dein, zdając sobie sprawę z naturalnej towarzyskości Davida i jego chęci nawiązywania kontaktów w futbolowych kręgach, wiedziała, że go to zainteresuje. David przebił się więc do koktajlbaru, by odszukać gościa, dostrzegł wysokiego mężczyznę w trenczu i okularach bez oprawek i podszedł się przedstawić.

– Wyglądał bardzo elegancko, nie jak typowy menedżer piłkarski – wspomina Dein.

Ucięli sobie pogawędkę i z miejsca znaleźli wspólny język, a łatwość, z jaką Dein nawiązywał relacje, zaowocowała rozdziałami, które trafią do kronik Arsenalu. Jak długo Wenger zostawał w mieście? Tylko na noc. Czy ma plany na wieczór? Żadnych. Czy zechciałby dołączyć do Deinów na kolacji u znajomego? Z przyjemnością. Ta przypadkowa rozmowa, to spontaniczne zaproszenie zasiało ziarno czegoś, co pewnego dnia rozkwitnie w Niezwyciężonych.

– Był zupełnie sam i wyglądał na osamotnionego – przypomina sobie Dein. – Tak to się zaczęło. Porwałem go. Tego wieczora udaliśmy się do mojego przyjaciela na kolację. Tak się złożyło, że przyjaciel pracował w show-biznesie i po kolacji zaczęliśmy grać w kalambury. Spytałem Arsène’a moją najlepszą francuszczyzną, bo jego angielski nie był wtedy za dobry, czy chce dołączyć. Powiedział, że tak. Dziesięć minut później odgrywał Sen nocy letniej. Co za niezwykły gość, stwierdziłem po cichu. Pamiętam, że tamtej nocy, prawie jak grom z jasnego nieba, przyszła mi do głowy myśl: „Arsène jak Arsenal. Tak będzie. To przeznaczenie”. Naprawdę to poczułem.

Wenger czuł coś nieco innego.

– Kiedy pojechałem z nimi do Totteridge, nie przyszło mi nawet na myśl, że spędzę tu 20 lat życia. Ta nazwa wydawała mi się taka skomplikowana! – opowiada.

Na koniec wieczora, gdy już się zaprzyjaźnili i ustalili, że Dein regularnie odwiedza południe Francji, obaj mieli wyraźne przeczucie, że nie będzie to jednorazowe spotkanie.

– Powiedziałem mu, żeby dzwonił, gdy przyjedzie. Zjemy razem obiad – zdradza Wenger. – Tak więc od 1989 do 1996 roku stale byliśmy w kontakcie.

W 1989 roku w Arsenalu zachwycano się Grahamem, a Wenger był zadowolony w Monaco, więc proroctwo Deina „Arsène jak Arsenal” oznaczało coś, czemu sądzone jest pewnego dnia się ziścić, choć nie wiązało się raczej z pragnieniem nagłej zmiany. Wenger pozostawił jednak po sobie niezatarte wrażenie. Wiceprezes Arsenalu z natury lubił wybiegać naprzód, próbować nowych rzeczy i mimo że angielska piłka była wówczas dość zaściankowa, czuł, że natknął się na kogoś tak wyjątkowego, że jest on w stanie dokonać przełomu.

Obserwowanie Wengera przy pracy, gdy Deina zaproszono do Monaco, potwierdziło intuicje wiceprezesa Arsenalu, który dostrzegł u Francuza niezwykłe jak na menedżera przymioty.

– Obserwowałem, jak komunikuje się z piłkarzami, zarządem, prasą, kibicami. Myślałem sobie, że to po prostu gość z klasą. Był inny. Mówił pięcioma językami, skończył ekonomię, studiował medycynę i bez wątpienia nie pasował do zwyczajowego schematu „były piłkarz w roli menedżera” – mówi Dein.

Obaj panowie pozostawali w kontakcie, nawet gdy Wenger opuścił Monaco, by pracować w Grampus Eight w Japonii. W związku z pamiętnym przeczuciem, że pewnego dnia Wenger poprowadzi Arsenal, Dein lubił informować Francuza na bieżąco o poczynaniach drużyny. Wysyłał do Nagoi kasety z ostatnimi meczami, a w czasach sprzed internetu i powszechnego dostępu do telefonów komórkowych komunikowali się za pośrednictwem faksu. Źródłem stałego rozbawienia było to, że wypadające z terkotem faksy od Wengera miały w górnym rogu wytłoczone inne nazwisko, Francuz odziedziczył bowiem faks po znanym zawodniku, który mieszkał w tym samym domu przed nim. Jak brzmiało to nazwisko? Gary Lineker, były napastnik Tottenhamu.

W styczniu 1995 roku Wenger wykonał śmiały krok, zostawiając europejską piłkę na rzecz niecodziennej posady w Azji. Wyczucie czasu jest wszystkim – miesiąc później nie było już Grahama. Został zwolniony wskutek afery „łapówkowej”, gdy przyłapano go na przyjęciu nielegalnej zapłaty od norweskiego agenta przy okazji transferu dwóch piłkarzy ze Skandynawii. Arsenal znalazł się w kropce. Myśli Deina zwróciły się natychmiast ku dobremu znajomemu.

Udał się z propozycją do zarządu, ale większość członków zgłosiła weto, nie mając wielkiej ochoty na menedżera z zagranicy. Sprawa była zresztą złożona. Wengera wiązał kontrakt, a poza tym zatrudnienie menedżera bez doświadczenia na angielskich boiskach nadal wydawało się skokiem w nieznane. Jeszcze nigdy dotąd menedżer z zagranicy nie odniósł w tej lidze sukcesu.

Choć angielska piłka powoli zaczęła poszerzać horyzonty, menedżerowie z kontynentu należeli do rzadkości. Aston Villa przetrwała straszny eksperyment z pierwszym trenerem z zagranicy, który próbował swoich sił w Anglii (doktor Jozef Vengloš ze Słowacji w trakcie swego jedynego sezonu cudem uniknął spuszczenia drużyny z Birmingham z ligi), i był to mocny argument za powszechnym szowinistycznym poglądem, że brytyjska gra jest dla brytyjskich szefów.

– Wyspiarska mentalność wskutek historycznych uwarunkowań cechuje się nieufnością wobec obcych wpływów – zauważył Wenger.

Był to niezbadany ląd.

Mimo to Dein skupiał się na tym, co widział podczas swoich piłkarskich wojaży. Czuł, że ten sport jest właśnie poddawany jakiejś wielkiej burzy mózgów. Dein odegrał ponadto jedną z głównych ról w negocjacjach, które spowodowały oderwanie się Premier League od starej Football League. Był też świadkiem początków telewizji Sky i związanego z tym napływu pieniędzy. Widział, jak stary Puchar Europy płynnie przekształca się w Ligę Mistrzów. Dostrzegł przebłyski tego, co stanie się globalnym rynkiem, dzięki któremu piłkarze z całego świata coraz częściej zaczną przechodzić do zagranicznych lig. Wyczuwał również, że angielski futbol wkracza na nową drogę i nabiera prędkości, i pragnął, by Arsenal pędził na pełnych obrotach z Wengerem za kółkiem.

Arsenal zwrócił się do Francuza z uprzejmym zapytaniem. Wenger dał jasno do zrozumienia, że bez względu na to, jak kusząca byłaby oferta, nie zerwie obowiązującej go umowy. Pojawiła się propozycja porozumienia między obydwoma klubami, gdyby tylko dało się znaleźć zastępcę możliwego do przyjęcia dla Grampus Eight, ale okazało się to niełatwe – Japończycy byli pod sporym wrażeniem nowego menedżera.

Ken Friar, człowiek, który nie ścierpiałby głupoty, przypomina sobie ciężki okres Wengera w Grampus Eight:

– Przegrali dwa czy trzy mecze, więc prezes posłał po menedżera i mówi: „Sprawy kiepsko się mają. Przepraszam, Arsène, będę musiał zrobić kilka zmian”. No i zwolnili tłumacza. Autentycznie.

Kiedy latem 1995 roku Wenger lojalnie wywiązywał się z umowy, Arsenal postanowił zatrudnić Bruce’a Riocha. Klub sprowadził także Dennisa Bergkampa, co było punktem przełomowym, pokazującym, jak głęboko londyńczycy pragną zmiany. Był to odważny ruch, za sprawą którego klub wykraczał poza swoją finansową strefę komfortu. Holender cieszył się tak wielką sławą na całym świecie, że jego nowi koledzy z drużyny zginali się w pokłonach, półżartem intonując:

– Nie jesteśmy godni…

Rioch miał swoich zwolenników, ale wywoływał zbyt wiele napięć, by przekonać klubowe władze, że jest długofalowym rozwiązaniem. Kiedy przyszło lato 1996 roku, zwolniono go z obowiązków po przykrej kłótni z zarządem. Arsenal uznał, że raz przegapić szansę na zatrudnienie Wengera to pech, ale dwa razy oznaczałyby już niedbalstwo. Mimo wszystko była to jednak odważna decyzja, choć Dein z całą mocą wierzył w człowieka, którego dobrze poznał. Przepowiednia „Arsène jak Arsenal” spełniła się ponad siedem lat po jej wypowiedzeniu. 30 września 1996 roku oficjalnie ujawniono, że Wenger zostanie menedżerem Arsenalu. Arsène uśmiechał się do kamer, paradując w klubowym krawacie po murawie stadionu Highbury.

*

Przez kilka tygodni Francuz był w klubowej szatni przedmiotem domysłów. Kim jest ten obcy gość? Do czegoś się nadaje? Mówi po angielsku? Będzie chciał wszystko zmienić? Sprowadzić nowych ludzi? Czy jestem do odstrzału? Zawodnicy widzieli trochę urywków w telewizji, kilka zdjęć w gazetach, a Glenn Hoddle i Mark Hateley, dwaj powszechnie znani w Anglii piłkarze, którzy pracowali z Wengerem w Monaco, wypowiadali się o nim dobrze. Ci o szerszych horyzontach mogli wiedzieć, że Weah, pierwszy w historii Afrykanin uhonorowany w 1995 roku nagrodą Piłkarza Roku FIFA, dedykował to wyróżnienie trenerowi, który go ukształtował. Poza tym jednak piłkarze naprawdę nie mieli większego pojęcia, czego się spodziewać. Japonia? Afryka? Francja? Jak się dostosuje do otoczenia na Highbury? W klubie panowały mieszane odczucia. Przychodzący z azjatyckiego futbolu człowiek, któremu brak było odpowiedniej pozycji, by z miejsca natchnąć zawodników bądź dodać im otuchy, budził pewien sceptycyzm. Przypominało to też trochę jakiś spisek, przez co zawodnicy mieli wrażenie, że muszą się przygotować, by zrobić dobre wrażenie. I jak to zwykle bywa, gdy dochodzi do zmiany, każdy z graczy zastanawiał się, czy będzie pasował do planów nowego menedżera.

Kilku z nich zwróciło się zresztą do dwóch nowych chłopaków z Francji, którzy dołączyli do zespołu na wniosek Wengera. Patrick Vieira, sadzący susy gigant z dużym potencjałem, został wyciągnięty z AC Milanu, a Rémi Garde, stary wyga, który mówił po francusku i miał pomóc dzieciakowi się przystosować, a także oferował alternatywę w linii pomocy, przyszedł ze Strasbourga. Problem w tym, że i oni w zasadzie nic nie wiedzieli.

– Inni piłkarze naprawdę chcieli się czegoś dowiedzieć. Pytali trochę o Arsène’a i próbowali zrozumieć jego filozofię gry, ale myśmy sami mało wiedzieli – przyznaje Vieira. – Rzecz w tym, że znaliśmy go, bo był Francuzem. Ale nie mieliśmy tak naprawdę pojęcia, jaki preferuje styl gry ani jakim jest człowiekiem. Znajdowaliśmy się więc w takiej sytuacji jak większość piłkarzy. Musieliśmy poczekać i zobaczyć, co się wydarzy. Facet przyjechał i wcale nie wyglądał na trenera, raczej na profesora. Były co do tego pewne wątpliwości.

W szatni dominowali doświadczeni zawodnicy, na tyle dojrzali, by czuć się dobrze we własnej skórze i mieć wyrobione poglądy, co mogło stać się poważną przeszkodą dla Wengera. Ale urok tego, co się wydarzyło, polegał na tym, że dokładnie te cechy – pewność siebie i mądrość, która przychodzi, gdy zwiedzi się trochę świata – raczej mu pomogły, niż przeszkodziły.

Lee Dixon doskonale pamięta pierwsze spotkanie z Wengerem na świeżym powietrzu w Hertfordshire, blisko boisk treningowych, gdzie Francuz czuje się najlepiej. Drużyna była właśnie w drodze na trening z Patem Rice’em, wierną podporą Arsenalu (i kolejnym weteranem z drużyny z 1971 roku, w której występował także Graham), pełniącym funkcję tymczasowego menedżera. Wenger podszedł, żeby się przedstawić. Dixon, podobnie jak kilka lat wcześniej Dein w barze na Highbury, był pod silnym wrażeniem. Ten człowiek miał osobowość. Był interesujący. I inny.

– Wyszedł w okularkach i w marynarce z tymi swoimi łatami na łokciach, wyglądał zupełnie jak nauczyciel geografii. Pamiętam, że pomyślałem sobie: „Ach, więc to tak” – wspomina Dixon. – Był wyższy, niż zakładałem. Robił wrażenie. Ale z drugiej strony wyglądał na słabowitego, sama skóra i kości. Dziwne połączenie wysokiego gościa z kimś, kto nie dysponuje posturą piłkarza. Gdy się go widzi latem w szortach, wygląda bardziej jak biegacz na 1500 metrów. Takie było pierwsze wrażenie. Typ studenta, który raczej pasjonuje się piłką czysto teoretycznie, a nie ktoś, z kogo można by brać przykład.

Ian Wright był równie zaciekawiony.

– Kiedy przyszedł, wyglądał po prostu tak niechlujnie – mówi. – Tonął w tym garniturze, miał wielkie bryle. Przypominał dyrektora szkoły. Ale kiedy zajął się swoją robotą, uzmysłowił nam szybko, że jeśli jest profesorem, to specjalizuje się właśnie w futbolu.

Nowemu menedżerowi było o tyle łatwiej przeciągnąć ludzi na swoją stronę, że większość zawodników okazała się nim na tyle zainteresowana i na tyle otwarta, by dać się przekonać. Święcącym sukcesy zespołom Wengera towarzyszy konsekwentnie pewna myśl przewodnia: Francuz lubi starannie dobierać piłkarzy dostatecznie inteligentnych, by chcieli się uczyć. Sam Wenger obdarzony jest niezwykle wysokim ilorazem inteligencji i ogromnie go motywuje dynamika relacji między przekonującym nauczycielem a skorym do nauki uczniem.

– Fundamenty jego trenerki w zasadzie na tym się opierają: na inteligencji piłkarza, na jego chęciach – wyjaśnia Dixon. – Wybiera graczy w ten sposób, że stawia na osoby, które są w stanie rozwijać się niemal dzięki samemu otoczeniu. Umieszcza zawodników w środowisku, które w jego przekonaniu sprzyja osiąganiu sukcesów, i oczekuje, że będą się uczyć od innych piłkarzy i za pomocą narzędzi, które im udostępnia. Rozgląda się wokół i mówi: „Tyle mogę dla ciebie zrobić”. Innymi słowy: możesz zatroszczyć się o swoją karierę, jeśli weźmiesz sobie to i to do serca. Pomyślałem sobie wtedy: „Nie chcę się stąd nigdzie ruszać. Wchodzę w to. Zobaczmy, co będzie”.

Keown był równie zaintrygowany.

– Kiedy boss się pojawił, bardzo różnił się od menedżerów, z którymi do tej pory miałem do czynienia. Między nim a George’em był taki kontrast, że część z nas trochę się zaniepokoiła. Czy mili goście sięgają po trofea? Przychodził rano i ściskał ci dłoń. Chciał utrzymywać kontakt wzrokowy. Nagle menedżer odnosił się do ciebie z szacunkiem, jakiego niekoniecznie kiedykolwiek w piłce doświadczyłeś. Rzucił słówko tu i tam, słówko starannie dobrane praktycznie do każdego piłkarza, tak by pozostali tego nie dostrzegli. Zachęcał w ten sposób lub dodawał otuchy. Było to całkiem odświeżające.

Otworzył się przed nimi zupełnie nowy świat. Niemal każdy aspekt funkcjonowania klubu miał zostać kompletnie zreorganizowany. Keowna, którego związek z Arsenalem poprzedza przyjście Wengera o niemal dwie dekady, zdumiała skala zmian. Był zanurzony w klubowej tradycji. Stary Arsenal od czasów młodości stanowił jego cząstkę.

– Pierwszy raz na mecz poszedłem przypadkiem właśnie na Arsenal. Wychowałem się w Oxfordzie, w okolicy nie było więc zbyt dużo wielkich klubów. QPR grało chyba najbliżej, jakąś godzinę drogi od nas. W połowie lat 70. Arsenal przechodził nieciekawy okres. Szliśmy na mecz i pamiętam, jak skręciliśmy za róg gdzieś na ulicach Highbury i nagle poczułem, jakbym podróżował statkiem Tardis, niczym w serialu Doktor Who. Za tymi szeregowcami był niewiarygodny jupiter, tłum ludzi i drużyna rozgrzewająca się przed wielkim meczem. Niesamowite, jak udało się wcisnąć taki stadion między te wszystkie domy. Było coś wyjątkowego w tym, jak obiekt łączył się z podwórkami. U mnie na podwórku znajdowało się boisko, a tutaj ludzie mieli u siebie stadion Arsenalu. Szło się w dół Avenell Road i nagle migało człowiekowi to, co znajdowało się za fasadą East Stand. Całkowicie magiczne przeżycie.

Keown był skonsternowany, gdy Terry Murphy, jeden ze skautów Arsenalu, pojawił się u nich w domu, by porozmawiać z jego rodzicami.

– Ta wiatrówka z herbem Arsenalu, którą miał na sobie, klubowy krawat… Mój Boże, ten gładko ogolony gość jest z Arsenalu! – wspomina Keown. – Ze wszystkiego biła klasa, a później oczekiwano ode mnie, że dorównam tym standardom.

Zajmowanie się sprawami z klasą było cechą charakterystyczną klubu, wywodzącą się z czasów wielkiej drużyny Herberta Chapmana w latach 30. Klasa Arsenalu należała do tradycji, ale zarazem tkwiła w przeszłości, która niebawem – z punktu widzenia nowoczesnego futbolu – miała stać się przeżytkiem. Gdy przychodziło do takich spraw, jak stan ośrodka treningowego, sama klasa nie wystarczała.

*

Gdyby Wengera około 1996 roku oprowadzano po Arsenalu w takim stylu, w jakim, powiedzmy, agent nieruchomości pokazuje dom potencjalnemu kupcowi, Francuz mógłby rzucić okiem na pewne nadgryzione zębem czasu elementy infrastruktury i myślałby wyłącznie o tym, jak klub unowocześnić.

„Panie Wenger, oto Highbury, wielka rodowa posiadłość. Niech pan zwróci uwagę na piękne ozdoby w stylu art déco, historyczny Marble Halls, wypielęgnowaną murawę”.

Tak, myśli sobie Wenger. To piękny, staromodny angielski stadion z charakterem. Ale z ekonomicznego punktu widzenia 38 tysięcy miejsc to poważne ograniczenie. Jest za mały w porównaniu z obiektami europejskich superklubów i nie da się go rozbudować.

„Proszę pozwolić się oprowadzić po ośrodku treningowym w London Colney w hrabstwie Hertfordshire. Dogodnie położony przy drodze M25. Świeże wiejskie powietrze. Murawa na niektórych boiskach bywa rozmokła, ale tylko czasem. Szatnie trzeba dzielić z University College London – obecnym właścicielem – jednak to pomniejszy szczegół. Mają zaklepane pierwszeństwo w środy i piątki po południu, ale poza tym ośrodek za niewielką opłatą za dzierżawę jest w całości do pańskiej dyspozycji”.

Hm, rozmyśla Wenger, zbyt uprzejmy, by wyrazić skryte lekceważenie wynikające z tego, że wielki klub ze znacznymi aspiracjami musi dzielić boiska ze studenciakami i zadowolić się obiektem, który jest, delikatnie mówiąc, skromny.

„Proszę przyjrzeć się kadrze: dobrzy, rzetelni obywatele. Obrona gra ze sobą od lat i jest twarda jak skała. Pomocy przydałoby się małe odświeżenie… Ale jeśli spojrzy pan dalej, to zobaczy pan Iana Wrighta, Paula Mersona i Dennisa Bergkampa, wyjątkowo świetny zestaw”.

Mamy tu garść interesujących składników, stwierdza Wenger. Gdyby je doprawić i kilka rzeczy dokupić, to danie zdecydowanie miałoby potencjał.

„Niech pan spojrzy na dyscyplinę w drużynie. Są jakieś drobne problemy z alkoholem i jeden czy dwóch piłkarzy lubi słodycze, ale to goście w dobrej formie, zmotywowani i z sukcesami na koncie”.

Czas na większe przemeblowanie, snuje plany Wenger.

Keown pamięta, jak niedługo po zatrudnieniu Wengera odebrał telefon, by dowiedzieć się o nagłej zmianie planów. Pojawiła się informacja o pożarze w ośrodku treningowym.

– Ktoś zostawił ochraniacze w suszarni. Było bardzo wietrznie, a one się wzbiły i zaczęły płonąć – opowiada. – Wiedziałem, że ośrodek treningowy budzi niezadowolenie Arsène’a. Jasno dał to do zrozumienia. Był perfekcjonistą i chciał więcej. Spytałem więc, co się stało, a odpowiedź brzmiała: „To podpalenie”. Ja na to: „No cóż, wiedziałem, że nie lubi tego ośrodka, ale nie sądziłem, że go spali…”. W odpowiedzi usłyszałem: „Nie, ty idioto, to podpalenie, choć mógłby to być Arsène”[1]. Wiedziałem o tym, tylko sobie żartowałem. Czy boss był tam nocą z pudełkiem zapałek? – Keown nie może się powstrzymać i przybiera głos nikczemnego czarnego charakteru z francuskim akcentem. – „Ha, ha, teraz mogę dostać swój nowy ośrodek treningowy”.

Nikomu nie umknęła przypadkowa zbieżność w czasie. Ostatecznie jednak potrzebny był pretekst, by przyspieszyć postępy Arsenalu, i bez wątpienia chmury dymu, które spowiły stare obiekty, wyszły klubowi na dobre. Wengera zdecydowanie nic nie zachwycało, począwszy od niedoskonałych boisk, które były możliwe do przyjęcia w przypadku meczów studenckich, ale nie dla zawodowców, aż po fakt, że człowiek tam wchodził i niemalże przewracał się o stół do masażu, ponieważ nie było tam normalnej recepcji. Szatnie były malutkie, zapuszczone wnętrza nie przywoływały na myśl najlepszych możliwych warunków, na stołówce podawano zaś jedzenie kojarzące się z posiłkami w szkole i mnóstwo tabliczek czekolady. Nie istniała także specjalnie wydzielona siłownia ani gabinet odnowy, brakowało miejsca dla personelu medycznego, nie przejmowano się szczególnie czystością ani jasnością myślenia.

Vieira, który przybył do Londynu z Milanello, cieszącego się poważaniem ośrodka treningowego Milanu, w pierwszej chwili nie czuł zachwytu.

– To był koszmar – mówi, przybierając taki wyraz twarzy, jakby wdepnął w coś obrzydliwego. – Ten pożar to było najlepsze, co mogło się przytrafić. Wszystko było tam wstrętne. Kiepskie żarcie, stare i brudne szatnie. Człowiek miał poczucie, że jedzie tam potrenować, skończyć, a potem jak najszybciej wskoczyć do samochodu, żeby wrócić do domu i wziąć prysznic. Piłkarz grający na tym poziomie powinien po treningu chcieć spędzić w takim miejscu kilka godzin, poddać się różnym zabiegom, zatroszczyć o siebie.

Z punktu widzenia Wengera największą zbrodnią ze wszystkich było to, że Arsenal mógł korzystać z boisk w ograniczonym wymiarze czasowym. Jeśli Francuz chciał zaaplikować podwładnym podwójną dawkę zajęć, nie mógł tego zrobić. Piłkarze musieli zniknąć do 13:30, i to migiem, żeby studenci mogli przyjść sobie pokopać.

Nie żeby mieli coś przeciwko temu.

– Cieszyły nas wolne środy, bo nie mieliśmy się gdzie przebrać – wyznaje Keown. – W środę nie mogliśmy korzystać z budynku. Nie był on zresztą za bardzo profesjonalny. Zwykłe prysznice, wanna, brak siłowni, nie było gdzie się zregenerować. Czekało się do lata, gdy można było wynieść sprzęt na dwór.

Przez pewien czas w ramach prowizorycznego rozwiązania korzystali z Sopwell House, hotelu na wsi pod St Albans. Goście bywali często zaskoczeni, zastając falangę piłkarzy z Premier League na siłowni, podczas relaksu w jacuzzi albo po prostu na hotelowym korytarzu. Arsenal wynajmował kilka pokojów, by personel medyczny i masażyści mogli się rozstawić, i miał specjalnie wydzieloną część restauracji.

Położenie Sopwell House nie było idealne, ale ponieważ piłkarze musieli odbyć krótką wyprawę na trening i z powrotem, ten codzienny dojazd całą grupą dobrze spajał drużynę. Do legendy przeszła chwila, w której Wright spontanicznie pokazał nowym ludziom, że – mimo całego tego profesjonalizmu – w klubie nie ma miejsca na nudę. Napastnik Arsenalu przejął kontrolę za kółkiem i rozwalił autobus.

– Nie było kierowcy – wspomina. – Pamiętam, że wszyscy siedzieliśmy już w autobusie, a ja go po prostu odpaliłem. Roztrzaskałem go w połowie drogi. Chłopaki krzyczeli: „WRIGTHY!”. Koledzy z Francji wyglądali, jakby nie mieli pojęcia, co się, u diabła, dzieje.

Vieira właściwie z czułością spogląda wstecz na czasy Sopwell House, choć przyznaje, że czasem dziwnie było przebierać się w szatni na trening, gdy człowiek podnosił wzrok i łapał spojrzenie zwykłego gościa, wciągającego na siebie kąpielówki, by skorzystać z hotelowego basenu. Sprzyjało to nieco bardziej świadomej atmosferze, wykraczającej poza życie w bańce współczesnego piłkarza.

– Hotel był dobry – mówi. – Dużo lepszy niż to, co mieliśmy do dyspozycji wcześniej. Byliśmy trochę za bardzo na widoku, ale radziliśmy sobie bez większych problemów. W pewnym sensie miło było wymienić kilka zdań z innymi ludźmi. Widywaliśmy różne osoby i rozmawialiśmy o różnych sprawach. Podobał mi się ten czas.

Wszyscy się uczyli, adaptowali, przystosowywali i mierzyli z różnorodnym postępowaniem i pomysłami. Przy tak dużej ilości nowej wiedzy, którą trzeba było wchłonąć, czasem bywało dziwnie, zabawnie, trudno i satysfakcjonująco.

Bergkamp czuł ulgę, widząc zmieniające się horyzonty. Dołączył do Arsenalu, mając ochotę posmakować autentycznej angielskiej piłki, mimo to był zaniepokojony, jak bardzo jest zaściankowa, jeśli chodzi o kwestię przygotowań.

– W trakcie pierwszego sezonu często zdarzało mi się rozdziawiać szeroko buzię ze zdumienia. „Co tu się dzieje?”, myślałem sobie. To zawodowy klub, a piłkarze czasami już w południe, tuż po treningu, wracają do domu, później zaś najwyraźniej wychodzą się napić albo robić coś innego. Przedmeczowe posiłki były niewiarygodne. Jak to zobaczyłem, pomyślałem: „To nie dzieje się naprawdę”.

Czy też je jadł?

– Trzeba było. Ale zazwyczaj radziłem sobie po swojemu. Naprawdę mnie to zaskoczyło. Byłem tutaj dopiero jeden sezon, ale słyszało się różne opowieści, o stylu gry też. O nudnym Arsenalu. Z jednym napastnikiem z przodu. 1:0 i wszyscy cofają się do obrony. Pomyślałem, że nie zgadza się to z wyobrażeniem drużyny z górnej półki, czołowego europejskiego zespołu. Zmiany, które wprowadził Arsène, były dla mnie czymś normalnym. Pozwoliły nam wspiąć się na wyższy poziom.

Zasadniczą rolę w metodzie Wengera odgrywał nowy sposób myślenia o tym, jak piłkarz powinien traktować narzędzie swojej pracy – własne ciało. Wprowadzono nowe sposoby rozciągania, a zwrócenie uwagi na to, co dokładnie dostaje się do organizmu (a nawet – jak się tam dostaje), zainspirowało wiele dyskusji. Dla Wengera to wszystko było jasne jak słońce. Jak sam wyjaśnia to na podstawie prostego przykładu, „jeśli wlejesz olej napędowy do samochodu na benzynę, za daleko nie pojedziesz”.

Czy to wielkie zamieszanie w kwestii kuchni naprawdę było aż tak szokujące?

– Jedzenie zmieniło się całkowicie – mówi Keown. – Stało się niskotłuszczowe i proste. Kładziono nacisk na przeżuwanie, żeby wygrywać. Nawet ukuto z tego slogan: „Przeżuwaj – wygrywaj”. Wyjaśniono nam, że gdy się je, czasem człowiek czuje się trochę zmęczony, bo krew płynie z głowy do żołądka, żeby pomóc przetrawić jedzenie. W tym celu zużywa się energię. Ale jeśli dobrze wszystko przeżujesz, nic takiego się nie dzieje, ponieważ żołądek ma mniej roboty. Teoria była taka: nie chcemy, żebyś niepotrzebnie spalał energię w dniu meczu, dlatego masz przeżuwać. – Keown demonstruje wolne jak u wielbłąda i umyślne żucie. – Jeśli jesteś głodny i szybko wsuwasz, nie wyniknie z tego nic dobrego. Wenger nie był też zadowolony, gdy nie miało się pod ręką wody, bo chciał, żeby ciągle ją popijać.

Czy wkurzało to niektórych piłkarzy?

– Tak. Nie wolno było używać keczupu. Herbata i kawa też się pokończyły, bo Wenger uważał, że działają odwadniająco. Jedliśmy dżemy dla diabetyków, więc nie było w nich cukru. Wynegocjowaliśmy przywrócenie keczupu. Chcesz, żebyśmy jedli proste rzeczy? To lepiej, żebyśmy dostali keczup. Wcześniej, za Bruce’a Riocha, w szatni były żelki i różne smakołyki. Tacy goście jak Merse, który prawie uzależnił się od podobnych rzeczy, mówili: „Mój Boże, co ja teraz zjem? Jestem głodny!”. Piłkarze narzekali, że przed meczem chce im się jeść. W diecie do ostatniego gwizdka nie było cukrów. Pogodziłem się z tym i potem w trakcie spotkań czułem się dużo lepiej.

Ian Wright, wybredny nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach, miał trudności, żeby pogodzić się z nowymi oczekiwaniami w kwestiach żywnościowych.

– Jedzenie było zupełnie bez smaku – krzywi się. – Ciągle umierałem z głodu. Starałem się je pochłaniać. Wychowałem się na zachodnio-indyjskiej kuchni, w której dodaje się dużo przypraw, a ni stąd, ni zowąd pojawił się u nas ryż, który smakował zwyczajnie, kurczak, który smakował niewyszukanie, i pozbawione smaku warzywa. To było paliwo, nie jedzenie. Nie przypominam sobie, żebym tak naprawdę choć raz cieszył się tym, co jemy, gdy byłem z drużyną. Dużo narzekałem.

Wright celowo unikał jedzenia zawczasu, żeby wystarczająco się przegłodzić i potem wszystko przełknąć. Czasem w trakcie meczów czuł się nawet tak głodny (a fizjoterapeuta Gary Lewin sugerował także odwodnienie), że miał zaburzenia wzroku.

– Kilka razy nie widziałem nic w kącikach oczu – mówi. – Obraz mi się zacierał. Ciągle musieliśmy rozmawiać o paliwie i wodzie, wodzie, wodzie.

Dla Dixona z początku wyzwaniem były nowe sposoby rozciągania.

– Piłkarze w starym stylu, do których należałem, dotykali kilka razy palców u nóg, rozciągali pachwiny i duże grupy mięśniowe, a potem wychodzili na boisko i nawalali w piłę. Ale Arsène dobrze sobie radził w tym sensie, że nikogo do niczego nie zmuszał. Nie mówił: „Robimy tak i tak, a jak nie, to wylatujesz”. Powierzał sprawy inteligencji zawodników.

Suplementy diety i bardzo wówczas kontrowersyjną kreatynę, której używa się, by poprawić masę mięśniową, zostawiano w miskach. Popierano zastrzyki witaminowe. Wyjaśniono piłkarzom, co się za tym kryje od strony naukowej, podobnie jak zrobiono to w przypadku podejścia „przeżuwaj – wygrywaj” i rady, by zmniejszyć ilość spożywanego alkoholu na rzecz popijania wody. Wenger zaprosił do klubu specjalistę ds. żywienia z Francji, Yanna Rougeta, aby porozmawiał z piłkarzami na temat skutków troski (lub jej braku) o własny organizm. Bergkamp się śmieje, naśladując frazę, która utkwiła mu w pamięci:

– Żadnego dopingu, panowie. To nie doping.

W gestii piłkarzy pozostawała decyzja, w które metody uwierzą.

– Jedni zawodnicy wszystko brali sobie do serca, inni nie – mówi Dixon. – Jeśli chodzi o suplementy, kreatynę i inne zalecane rzeczy pojawiające się przed każdym treningiem na stoliku, to część piłkarzy zaczęła ich próbować, ponieważ pojawił się żywieniowiec, doktor Rouget, który powiedział: „Jak to weźmiecie, z waszym organizmem stanie się to i to”. Niektórzy go posłuchali, inni nie. Udostępniono nam różne rzeczy i sporo chłopaków ich popróbowało, ale ponieważ nie czuli różnicy, odstawili je. Inni do dziś je stosują. Dennis Bergkamp nie brał kreatyny, więc kilku chłopaków pomyślało sobie: „Skoro Dennis jej nie bierze, to ja też nie będę. Jest wspaniały!”. Nieprawdą byłoby stwierdzenie, że poszło to całkiem gładko. Bez wątpienia wszystko, co na początku wprowadził Arsène, było czymś zupełnie innym. Weźmy na przykład takie dziwactwo: rozciąganie o ósmej rano w dzień meczu. Wyrywano nas z łóżek, żebyśmy się porozciągali, zanim zdążyliśmy zjeść śniadanie. „O co chodzi? Gramy przecież o trzeciej po południu” – taka była reakcja. Szybko położyliśmy temu kres.

Dixon zastanawia się, czy plan Wengera nie polegał na tym, by celowo wprowadzić kilka pomysłów ze świadomością, że część z nich nie zostanie tak łatwo zaakceptowana, a gdy menedżer z niektórych się wycofa, drużyna z zadowoleniem przyjmie kompromis.

– Kiedy człowiek zda sobie sprawę, jak inteligentny jest Arsène, to uświadomi sobie, że prawdopodobnie doskonale wiedział, że pewnych rzeczy w całości nie kupimy. Kilka gotów był odpuścić. Tony Adams poszedł, żeby mu wyjaśnić, że to dokładne przeciwieństwo tego, do czego przywykliśmy. Zazwyczaj mogliśmy sobie w sobotę poleniuchować, jeśli potrzebowaliśmy odpoczynku. Zmiana niespecjalnie się sprawdziła, więc w końcu ustąpił. Zamiast rozciągania chodziliśmy na spacer. W ten sposób przeciągał nas na swoją stronę w psychologicznej batalii. W szatni styka się ze sobą cała gama mentalności i charakterów, Arsène zaś nie uciekał się do prania mózgu. Udostępniał nam różne rzeczy i pokazywał możliwości, a potem wyjaśniał, co może się stać, jeśli z danej rzeczy skorzystamy albo w konkretny sposób będziemy się rozciągać.

Te wszystkie nowe wynalazki sprawiły, że Keown poczuł się wyraźnie inaczej:

– No więc rozciągasz się, przyjmujesz suplementy, robią ci badania krwi i mówią, że masz niedobór żelaza, cynku czy magnezu, zaczynasz to wszystko brać i nagle przestajesz mieć skurcze w trakcie meczów. Czujesz się o wiele lepiej. Różnica w treningach, kładzenie nacisku na inne aspekty gry przekłada się z kolei na większą intensywność na boisku. Przychodzą zwycięstwa. Zastanawiasz się: czy to za sprawą którejś z tych zmian? A może dzięki nim wszystkim? Zaczynasz się czuć niezwyciężony. Wydaje się, że wszystko działa. To tworzy poczucie, że można wygrać z każdym.

Liczba ekspertów pracujących z drużyną rosła w postępie geometrycznym. Zatrudniono więcej masażystów i trenerów przygotowania fizycznego. Kiedy ukończono nowy ośrodek treningowy, znalazły się w nim najnowocześniejsze baseny do specjalistycznej hydroterapii. Zawodników przechodzących rehabilitację często posyłano za granicę, by pracowali pod czujnym okiem Tiburce’a Darou, trenera specjalisty. Francuski kręgarz Philippe Boixel, którego uzdrawiające ręce wprawiały w zdumienie nawet sceptycznych piłkarzy, regularnie odwiedzał wioskę London Colney. Pirès opowiada:

– Boixel jest osteopatą i dzięki latom doświadczeń wie, jak diagnozować problemy i jak najlepiej im zaradzić, by ulżyć w bólu piłkarzom.

Wright musiał się do wszystkiego przekonać.

– Przychodzili ci doktorkowie z Francji i robili różne rzeczy z czakramami, otwierali kanały. Pierwszy raz w życiu o czymś takim słyszałem. To było coś innego. W sumie, gdy już do tego przywykłem, zaczęło to budzić mój entuzjazm.

Keown stał się konwertytą.

– Philippe Boixel był absolutnym czarodziejem. Kiedy pojawił się pierwszy raz, szef chciał, żebyśmy wszyscy się z nim spotkali. Nigdy nikt nie robił mi masażu. Nie chciałem, żeby jakiś koleś się po mnie czołgał. – Wenger upierał się jednak, że Boixel im pomoże. „Nic mi nie jest, szefie”, odparł Keown, odrzucając ten pomysł. – Pamiętam, jak któregoś ranka obudziłem się z dość opuchniętym kolanem. Tego dnia w Colney był Boixel. „Zobacz się z nim, nigdy nie wiadomo”. No więc poszedłem, a on rzucał mnie po całym łóżku, wszystko mi trzaskało, kolana, plecy… Potrafił mi powiedzieć, gdzie jest źródło bólu. Kiedy następnego dnia się obudziłem, opuchlizna zniknęła. To było niesamowite.

Nawet Lehmann, który pojawił się w Arsenalu już dobrze po trzydziestce i czuł się świadom własnego ciała, był pod wrażeniem pomysłów, z jakimi się zetknął.

– Philippe Boixel był dla mnie jak drugi ojciec, bo chodziłem do niego dwa razy w tygodniu. Pojawiał się w czwartki i piątki. Tony Colbert, trener przygotowania fizycznego, miał z kolei fantastyczne podejście do treningów kondycyjnych: ćwiczył całe ciało. Wymyślił kilka naprawdę świetnych ćwiczeń. Kiedy opuszczałem Arsenal jako 38-latek, byłem dużo sprawniejszy niż jako 33-latek, który przybył do klubu.

W niezwykłym stopniu przywiązywano wagę do szczegółów. Starano się dopilnować, by każdemu aspektowi przygotowań fizycznych poświęcono tyle energii, aby zrobić choć minimalny postęp. Dostosowano temperaturę w autobusie, żeby mięśnie zachowały gibkość. Krzesła w stołówce na terenie ośrodka treningowego zostały zaprojektowane ergonomicznie, aby były wygodne, a przy tym nie utrudniały trawienia. Kilku piłkarzy posłano do dentysty, żeby dotrzeć do podłoża bólu w nodze, który mógł mieć swoje źródło w zębach lub szczęce.

Po latach Wenger będzie się śmiał, że na tyłach drużynowego autobusu wybuchł protest, gdy po przyjściu właściwie z miejsca wstrzymał dostawy czekolady. Przyśpiewkę „Chcemy nasze marsy z powrotem” wymyślili piłkarze w drodze powrotnej do Londynu po pierwszym meczu Wengera, zwycięstwie 2:0 nad Blackburn Rovers.

– Siedziałem z nim z przodu. Uznał, że to zabawne, ale odwrócił się do piłkarzy i tylko pokiwał głową – wspomina Dein.

Zdaniem Bergkampa transformacja starego, dobrego Arsenalu w nowoczesny superklub zaczęła się na dobre z przyjściem Wengera.

– Byliśmy bodaj jedną z pierwszych drużyn, w których pojawiły się takie pomysły – mówi. – Oczywiście, myślę, że odegrałem w tym rolę, podobnie jak Arsène, Patrick i każdy z piłkarzy, którzy trafiali do klubu. I to nie dlatego, że dobrze graliśmy, ale także dlatego, że graliśmy tak nie bez powodu. Arsène nie kupował głupich zawodników. Kupował graczy, którzy mieli pewien pogląd, taki jak on, na profesjonalizm.

Bergkamp toleruje głupkowatość tylko wtedy, gdy kryje się za nią jakiś psikus. O jego skłonności do wygłupów wiedziało jednak poza szatnią niewiele osób. Na boisku nie było czasu na żarty. Z Wengerem wprowadzającym nowe pomysły i piłkarzami poszerzającymi swoje horyzonty nudny Arsenal pędził w kierunku porywającej przyszłości.

Pod koniec sezonu 1996/1997, pierwszego z Wengerem u steru, Bergkamp zastanawiał się nad zmianami, jakich był świadkiem, i wyrażał dumę z ewolucji stylu Arsenalu, który stał się milszy dla oka, przypominając bardziej wersję piłki nożnej wedle futbolowego purysty.

– Jak dotąd – mówił wówczas Holender – dokonaliśmy pewnej zmiany stylu gry. Lepiej byłoby oczywiście, gdybyśmy coś wygrali. Wtedy mówiono by, że Arsenal zdobył mistrza albo coś w innym stylu niż w roku 1989 albo 1991. To byłoby miłe.

Cóż za prorocze słowa. Już w następnym sezonie, z Bergkampem jako Piłkarzem Roku Premier League w roli głównej, Arsenal sięgnął po podwójną koronę. Pojawiły się przy tej okazji pewne motywy, które za rządów Wengera staną się dobrze znane. Arsenal starał się doścignąć Manchester United i zwyciężył w tradycyjnie intensywnym pojedynku na Old Trafford dzięki sprytowi Marca Overmarsa. Pozwoliło im to nagle wrzucić piąty bieg, przyspieszyć i wygrać dziesięć spotkań z rzędu.

Dixon uwielbia tamtą drużynę i gotów jest zawsze dowodzić, że był to najlepszy z zespołów Arsenalu Wengera. Lepszy nawet od samych Niezwyciężonych.

– To była mieszanka! – mówi. – Petit i Vieira przed starą czwórką obrońców. Ludzie znali Overmarsa, ale nie mieli pojęcia o Anelce, który porozstawiał w tamtym sezonie całą ligę po kątach. Mieliśmy po trochu wszystkiego. Starych pierników z tyłu grających, jakby znów mieli po dziesięć lat. I tych dwóch zwierzaków w środku, którzy rozwalali wszystkie ataki i regulowali grę. Marca z jego szybkością i tego typa z przodu. Przez cały sezon Anelka prawie do nikogo się nie odzywał, taki był cichy. Zajmował się po prostu swoimi sprawami, ładując piłkę do bramki rywala. To było niewiarygodne.

U schyłku rządów George’a znaleźliśmy się trochę w cieniu i chcieliśmy odzyskać stracony czas. Można było wręcz poczuć, jak ta chęć w nas narasta. Byliśmy tak bardzo w tyle, a nadrobiliśmy to w takim stylu, że staliśmy się prawie niepokonani. Mimo że sporo rzeczy wygrałem, takich chwil nie było wcale wiele. Siedzieć w szatni, nie przejmując się zupełnie niczym, z ekscytującą świadomością, że wyjdzie się na boisko i wygra… Gdyby tylko dało się zamknąć to uczucie w butelce…

[1] Użyte w tym fragmencie słowo arson, oznaczające w języku angielskim podpalenie, brzmi podobnie do francuskiego imienia Arsène (przyp. red.).

Invincible. Inside Arsenal’s Unbeaten 2003–2004 Season

Original English language edition first published by Penguin Books Ltd, London

Text copyright © Amy Lawrence 2014

The author has asserted her moral rights. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the translation by Krzysztof Cieślik 2017

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Piotr Królak

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Projekt okładki – Estuary English

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografie na I stronie okładki – Stuart MacFarlane and David Price / Arsenal Football Club

Fotografie na IV stronie okładki – AFP/EAST NEWS

Rysunek armaty – Marcin Karaś

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-7924-734-9

ISBN MOBI: 978-83-7924-841-4

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Discipulus est prioris posterior dies

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Arsène Wenger – Przedmowa

Wstęp

CZĘŚĆ 1. STYCZEŃ 1989 – LISTOPAD 2003 1. Ciut, ciut

2. Rewolucja

3. Alchemia

4. Improwizacja

CZĘŚĆ 2. LISTOPAD 2003 – KWIECIEŃ 2004 5. Zaufanie

6. Turbulencje

7. Przywództwo

8. Futbol Wengera

9. Azyl

CZĘŚĆ 3. KWIECIEŃ 2004 – MAJ 2014 10. 71 – 2004

11. Niewidzialna nagroda

12. Refleksje

13. Wyburzanie

14. Kompozytor

Zakończenie

Dodatek

Podziękowania

Źródła

Posłowie Sebastiana Czarneckiego – Niedoścignione marzenie

Posłowie Przemysława Krzywdy – Co odróżnia sportowców wielkich od wybitnych?

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niezwyciężeni. Arsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila