Seks przyszłości. Nowa wolna miłość

Seks przyszłości. Nowa wolna miłość

Autorzy: Emily Witt

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 23.78 zł

Emily Witt uczciła trzydziestkę rozpadem wieloletniego związku, flautą w łóżku i telefonem od przygodnego partnera dzwoniącego, by uprzedzić ją, że ma chlamydię. Rozczarowana monogamią, również tą seryjną, pakuje walizki i przenosi się do San Francisco, od lat 60. epicentrum nowego seksu, by przekonać się, jak może wyglądać życie poza normą.

Tam poznaje świat sieciowych serwisów randkowych, fikuśnej pornografii i kamerek, poliamorycznych związków informatyków z Google’a czy posthipisowskiej medytacji orgazmicznej.

Seks przyszłości to szczera, nieironiczna książka o poszukiwaniu rozkoszy i więzi. Ważna nie tylko w Kalifornii.

Spis treści

Motto

Wstęp

Rozdział 1. Randkowanie w sieci

Rozdział 2. Medytacja orgazmiczna

Rozdział 3. Porno w internecie

Rozdział 4. Kamerki

Rozdział 5. Poliamoria

Rozdział 6. Antykoncepcja i reprodukcja

Rozdział 7. Burning Man

Rozdział 8. Seks przyszłości

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

U ludzi spotykamy w pierwszym rzędzie

niezadowolenie, które najpierw wyraża się

w postępkach mniej lub więcej bezładnych

i niedoskonałych, a potem z większym

lub mniejszym udziałem przypadku znajduje

czynność przynoszącą zadowolenie

i dzięki temu powtarzaną1.

BERTRAND RUSSELL, Małżeństwo i moralność

Wstęp

Jestem heteroseksualną singielką. Gdy w 2011 roku obchodziłam trzydzieste urodziny, wciąż wyobrażałam sobie, że moje doświadczenie seksualne dojedzie kiedyś na jakąś stację końcową, zahamuje jak futurystyczna kolej jednoszynowa w Disneylandzie. Wysiadłabym, stanęła twarzą w twarz z inną ludzką istotą i oto zostalibyśmy na naszym ostatnim przystanku w życiu: w przyszłości.

Nie wybrałam sobie stylu życia singla; miłość jest uczuciem rzadkim i często nieodwzajemnionym. Nie widziałam powodu, żeby bez miłości na stałe przywiązywać się do jakiegokolwiek miejsca. Miłość określa, jak ludzie rozmieszczają się w przestrzeni. Ponieważ przywiązuje nas do dalekosiężnych planów, ludzie wokół mnie uważają pojawienie się miłości za wydarzenie o charakterze eschatologicznym, mesjanistyczne w swojej totalności. Moi znajomi wyrażają religijne przekonanie, że mnie też się kiedyś ona trafi, tak jakby wszechświat był każdemu z nas winien miłość, los, przed którym nikt nie ucieknie.

Poznałam miłość, ale z tym poznaniem przyszła wiedza, jak bezradni jesteśmy w wywoływaniu miłości czy jej przedłużaniu. Mimo to wciąż pielęgnowałam wyobrażenie o przyszłości jako domyślnym zwieńczeniu mojej seksualności – przeznaczeniu, a nie wyborze. Ta wizja wisiała w moim umyśle jak klejnot na łańcuszku, odporna na burze moich faktycznych przeżyć, krystaliczny punkt docelowy. Wiedziałam jednak, że nie każdemu jest dane go osiągnąć, i z wiekiem zaczęłam się martwić, że dla mnie ten moment też może nie nadejść.

Rok lub dwa lata byłam z kimś, rok lub dwa lata – sama. Pomiędzy chłopakami czasem chodziłam do łóżka ze znajomymi. Po kilku latach wielu moich znajomych przespało się z innymi znajomymi, ja też. Zauroczenia zaczynały się i kończyły elastycznie. Od czasu do czasu znaczyły je wybuchy bólu i tymczasowego szaleństwa, ale w dużej mierze funkcjonowały pokojowo. Byliśmy jak dusze przemykające przez czyściec, kładące się po sobie jak uschłe liście, czekające na mosiężne trąby i marsz weselny eschatonu.

Słowa, którymi się posługujemy, opisując te związki, nie są adekwatne. Znamienną cechą tych relacji jest utrzymywanie ich i jednoczesne bycie samemu, ale nikt nie ma pewności, jak je nazwać. „Sypianie ze sobą” sugeruje bezceremonialność i brak uprzejmości. „Kochankowie” wyszli z mody, a poza tym często jesteśmy tylko znajomymi osób, z którymi uprawiamy seks, czasem nawet „tylko znajomymi”. Zazwyczaj mówimy o „randkowaniu”, używając tego słowa na wszystko: od jednonocnych przygód po kilkuletnie związki. Ludzie, którzy „randkują”, są singlami, dopóki nie randkują z kimś. Słowo „singiel” utraciło konkretny sens: może oznaczać stan wolny, jak w formularzu podatkowym2, ale niezamężne i nieżonaci czasem nie są singlami, a „w związku” – to tymczasowe zobowiązanie wobec kogoś, na które nie mamy pojedynczego określenia. Zamiast tego mówimy „mój chłopak”, „moja dziewczyna”, „partner/partnerka”, ale to zakłada zaangażowanie i intencjonalność, a zatem służy nam tylko w pewnych sytuacjach. Jeden znajomy mówił o swojej „nie-eks”, z którą przez rok był w „nie-związku”.

Zmieniły się nasze relacje, ale nie język. Gdy mówimy tak, jakby nic się nie zmieniło, wybierane przez nas słowa sprawiają, że nie czujemy się zestrojeni z rzeczywistością. Wielu z nas tęskni za układem, który mogliby nazwać – tak jakby był on czymś lepszym, a nie po prostu bardziej znajomym. Niektórzy próbują neologizmów. Większość ich unika. Jesteśmy tu przypadkiem, nieumyślnie. Cokolwiek robimy, nie słyszałam, żeby ktoś nazywał to „wyborem stylu życia”. Nikt nie określa bycia singlem w Nowym Jorku i sporadycznych kontaktów seksualnych z licznymi znajomymi jako „tożsamości seksualnej”. Myślałam o tym jako o okresie przejściowym, takim, który zakończyłoby przyjście miłości.

W roku moich trzydziestych urodzin skończył się jeden mój związek. Było mi bardzo smutno, ale ten smutek nudził wszystkich, łącznie ze mną. Przeszłam już przez to wcześniej, więc myślałam, że względnie prędko się z tego wygrzebię. Chodziłam na randki umówione przez internet, ale z trudem budziłam w sobie pożądanie do obcych osób. Czasem wpadałam natomiast na kogoś znajomego, na imprezie albo stacji metra – mężczyzn, o których wcześniej myślałam. Tej jesieni i zimy przespałam się z trzema osobami, do tego pocałowałam dwie lub trzy. Te liczby zdały mi się wyważone i rozsądne. Wszystkie te osoby znałam przez długi czas.

Czułam się szczęśliwsza w bezpośredniej obecności ludzi, ale czasem jakiś nie-chłopak niósł ze sobą mroczne echo, które żyło w moim telefonie. Tęsknotę bez nadziei na zaspokojenie i bez jasnego obiektu. Gapiłam się na falujące elipsy na ekranach. Jak lekarz sądowy analizowałam zdjęcia w mediach społecznościowych. Wykrzyknikami, wklepanym na klawiaturze śmiechem i emotikonami nadawałam swoim wypowiedziom wagę. Sztucznie opóźniałam odpowiedzi. Trzeba było ostentacyjnie udawać, że jest się zajętym: „dopiero teraz zauważyłam twoją wiadomość”. Denerwowało mnie, że telefon wziął mnie na zakładnika swoich konwencji. Chciałam po prostu znaleźć spokój i poczucie humoru. Chodziłam na wszystkie imprezy przed Gwiazdką.

To podtrzymywane fikcyjne zadowolenie z sytuacji przeszło ze mną w nowy rok. W marcu, kiedy drzewa już odmarzały, ale jeszcze wyglądały jak szkielety, zadzwonił do mnie pewien mężczyzna z prośbą, bym się zbadała w kierunku choroby przenoszonej drogą płciową. Uprawialiśmy seks z miesiąc wcześniej, kilka dni przed walentynkami. Siedziałam wtedy w barze niedaleko jego mieszkania. Zadzwoniłam i się ze mną spotkał. Szliśmy do niego pustymi ulicami. Nie zostałam na noc i od tego czasu się do niego nie odezwałam. Brak kontaktu po wszystkim był tylko pro forma; znaliśmy się ponad dekadę. Wcześniej omówiliśmy możliwość okazjonalnego seksu przez resztę życia, po to, żeby ocenić wpływ, jaki czas wywiera na nasze ciała. Mówiliśmy tak, jakbyśmy byli wolni, ale teraz kara miała go wziąć w niewolę.

Powiedział, że zauważył coś niepokojącego i zrobił badanie. Chociaż wyniki jeszcze nie dotarły, lekarz podejrzewał chlamydię. W czasie, kiedy się ze sobą przespaliśmy, mój znajomy spotykał się z inną kobietą; mieszkała na Zachodnim Wybrzeżu. Poleciał się z nią zobaczyć z okazji walentynek. Wściekła się na niego. Oskarżyła go o zdradę, a on czuł się jak jakiś oblech, który za swój występek został ukarany chorobą. Czytał esej Joan Didion O szacunku do siebie. Zaśmiałam się – to jej najgorszy esej – ale on mówił poważnie. Powiedziałam jedyne, co mogłam: że on nie jest złym człowiekiem, że nie jesteśmy złymi ludźmi. Tamta noc była skończona i nieskomplikowana. Nie zasługiwała na tyle uwagi. Po tym, jak się rozłączyliśmy, leżałam na kanapie i patrzyłam na białe ściany mojego mieszkania. Miałam się szybko wyprowadzić.

Myślałam, że się skończy na jednym telefonie, ale potem dostałam oskarżycielskiego maila od znajomej tej kobiety. „Zaskoczyłaś mnie – czytałam. – Wiedziałaś, że się widuje z kimś innym, i się tym nie przejęłaś”. To prawda. Nie przejęłam się. Kiedy powiedział, że „z kimś się widuje”, uznałam, że zapewnia mnie o ograniczonym charakterze naszego spotkania, a nie poddaje moralnemu sprawdzianowi. „Radzę ci, żebyś w zimnym, dorosłym świetle dziennym przemyślała, co zrobiłaś”, pisała korespondentka, a następnie poleciła, żebym „przestała inscenizować sobie podniety”, a zamiast tego „poważnie przemyślała ludzkie konsekwencje rzeczywistych działań”.

Następnego dnia, siedząc w zatłoczonej poczekalni publicznej przychodni na Brooklynie, przyglądałam się, jak lekarka poucza przymuszoną do tego, na wpół śpiącą publiczność, jak się wkłada prezerwatywę. Czekaliśmy, aż wezwą nasze numerki. W tymże zimnym, dorosłym świetle dziennym rozważyłam, co zrobiłam. Nie wolno nie doceniać potrzeby kontaktu z innymi ludźmi, jaką ma osoba samotna. Otoczona ze wszystkich stron moimi niedoskonałymi pobratymcami, nowojorczykami, myślałam, że wielu z nich znalazło się tu, bo złamało jakąś zasadę roztropnego zachowania. Wydaje się, że większość osób w tym pomieszczeniu przynajmniej wiedziała, jak używać prezerwatyw.

Lekarka ze spokojem odpowiadała na sporadyczne drwiny ze strony oczekujących. Uprzejmie powiedziała „nie”, kiedy pewna młoda kobieta zapytała ją, czy damskiej prezerwatywy można używać „w pupę”. Po prezentacji, gdy dalej czekaliśmy, monitory odtwarzały zapętlone wideo o zdrowiu publicznym. Filmy pochodziły z lat 90. i przedstawiały ludzi, których życie było w takim samym nieładzie jak moje, tylko jeszcze gorsze z powodu niemodnych dżinsów. Ci niedoskonali ludzie marszczyli brwi, kiedy słyszeli diagnozy, przyznawali się do romansów i czynili wyznania przez toporne bezprzewodowe telefony. Mężczyźni podrywali się nawzajem w barowych scenografiach, okraszonych dwójką statystów zajętych sztuczną rozmową nad szklankami, przy akompaniamencie bezbarwnej muzyki symbolizującej imprezową atmosferę – jak w porno, w którym nigdy nie dojdzie do seksu. Potem wspominali te zdarzenia w paradokumentalnych wywiadach. Śledziliśmy konsekwencje ich działań z siedzeń w poczekalni ustawionych przodem do ekranów, oczekując na wymazy i pobrania. (Jeden mężczyzna z gejowskiego baru miał dziewczynę… i rzeżączkę. Patrzyliśmy, jak wyznaje swojej dziewczynie, że czasem uprawia seks z mężczyznami i od tego złapał rzeżączkę). Filmiki nie sugerowały, że jedynie długotrwałe, zaangażowane związki świadczą o dorosłości, ale uczciwość – owszem. Nie ganiły. Nowojorskie władze miały technokratyczny pogląd na seksualność.

Rząd federalny oczekiwał czegoś innego. Po pamiętnym telefonie wyszukałam chlamydię w Google’u, co doprowadziło mnie na stronę internetową Centrów Kontroli i Prewencji Chorób. Rząd sugerował, że najlepszym sposobem na uniknięcie chlamydii jest „abstynencja od waginalnego, analnego lub oralnego seksu albo pozostawanie w długotrwałym, monogamicznym związku z przebadanym niezakażonym partnerem”. Była to fantazja opierająca się interpretacji, dwa klify niepołączone mostem. Do propozycji abstynencji dodano bardziej realistyczne przypomnienie, żeby używać prezerwatyw. Ja zazwyczaj używałam, ale nie tym razem, więc teraz czekały mnie antybiotyki. Kiedy jednak kilka dni później przyszły wyniki, okazało się, że nie mam chlamydii. Żadne z nas nie miało.

Tak jak rząd federalny nie pragnęłam dla siebie niczego bardziej niż „długotrwałego, monogamicznego związku z przebadanym niezakażonym partnerem”. Chciałam tego od bardzo długiego czasu, ale do mnie nie przyszło. Kto wie, czy kiedykolwiek przyjdzie. Na razie byłam osobą w świecie, osobą wchodzącą w pewne seksualne związki, których nie mogłam ani opisać, ani pogodzić z moimi ideałami moralnymi. Obawiałam się, że to będzie moja przyszłość.

Pewnego poniedziałku w kwietniu 2012 roku czekałam na lotnisku JFK w kolejce na pokład samolotu do San Francisco. Przede mną stał srebrnowłosy biznesmen z Zachodniego Wybrzeża. Jego skóra błyszczała wypeelingowanym, wypolerowanym blaskiem, spotykanym u osób wyjątkowo zdrowych; nosił okulary zrobione z najnowocześniejszych polimerów i ciemne dżinsy. Na stopach miał buty z EVA pochodzącego z recyklingu, które podobno nigdy brzydko nie pachną. Jego polarowa kurtka, pokryta sprężystą powłoką, która się nigdy nie zmechaci, była dobrej jakości i szlachetnie gruba. Sprawiał wrażenie kogoś, kto powie o sobie, że jest minimalistą i że wszystko, co kupuje, wybiera ze względu na kunszt wykonania i wysmakowany dizajn. Ale torba na komputer tego człowieka była tanim gadżetem reklamowym z siatkowymi detalami i klamerkami, na którym widniało logo Google’a. Osoba stojąca w kolejce przed nim miała na sobie T-shirt z przetworzonym logo Google’a, tak że w miejscach liter „o” znajdowały się portrety Berta i Erniego z Ulicy Sezamkowej. Przed nim z kolei stał ktoś z plecakiem Google’a.

Aż do wyjazdu z San Francisco to logo zawsze pozostawało w zasięgu mojego wzroku. Było wyhaftowane na kieszonkach na piersi, ilustrowane znanymi motywami amerykańskich miast, wytłoczone na bidonach ze stali nierdzewnej, polarach, czapkach bejsbolówkach… Ale nie na prywatnych autobusach transportujących pracowników do ich kampusu w Mountain View, gdzie w pokoju z przekąskami jedli surowe ciasteczka z jagód goji i gdzie przechadzali się niczym kapłani, w Google’owskich ornatach i stułach, orientując się w terenie dzięki Mapom Google’a, googlując nieznanych sobie ludzi i czatując przez Google’a ze znajomymi – tak jak ja ze swoimi, dziesiątki razy dziennie. Wszechobecność logo zdawała się drwiną monopolisty.

Pierwszego dnia w mieście usiadłam w oświetlonej słońcem kawiarni w dzielnicy Mission. Piłam cappuccino i czytałam anachronicznie papierowe wydanie „San Francisco Chronicle” leżące na ladzie. Pierwsza strona donosiła o masakrze z bronią palną na nieakredytowanej chrześcijańskiej uczelni w East Bay, a poniżej zgięcia – o obostrzeniach wprowadzonych przez rząd federalny w kwestii leczniczej marihuany. Podsłuchałam kogoś opowiadającego o lunchu w Googlepleksie. „Pilaw z komosy ryżowej z żurawiną” – zanotowałam. Pod spodem: „coregazm”. Bo do tego tematu przeszły rozmówczynie: samoistnego kobiecego orgazmu podczas zajęć jogi. Baristka była wniebowzięta, że ta kwestia wreszcie wyszła na światło dzienne, ponieważ dotąd wiele kobiet osiągało coregazmy i wstydziło się o tym mówić. Te czasy się skończyły.

Lud San Francisco słynął niegdyś z niechęci do dezodorantu i niepotrzebnego strzyżenia. Czasem, gdy przechodziłam ulicą obok budowlańców-gejów i sklepów z wibratorami, przypominało mi się, że to tu wybrano (i zamordowano) Harveya Milka, tu kwitła (i padła) kultura łaźni. Najczęściej jednak zauważałam, że dziś mieszkańcy San Francisco chodzą natarci grubą warstwą maści i roślinnych balsamów, wypolerowani solami i wypachnieni olejkami do aromaterapii sprzedawanymi w sklepach wzdłuż ulicy Valencia. Powietrze pachnie woskiem pszczelim, lawendą i werbeną (kiedy nie czuć ścieków), a chodniki w Mission w słoneczne dni wprost lśnią. Jedzenie jest wyborne. Jeden lokal w Hayes Valley robi na zamówienie lody mrożone ciekłym azotem. Patrzyłam, jak moje lody magicznie wyłaniają się pod wpływem ciśnienia z oparów i pneumatycznego syku. Taki cud – a wokół mnie świat pędził w swoim tempie: mamy z podróżnymi kubkami Google’a czekające w kolejce i rozmawiające o konsultantkach od laktacji. W internecie ludzie oddalali obawę grzechu od coregazmów, kierując ją na cukier i mąkę, z którymi toczyli zaciekłe bitwy. „Surowy, organiczny miód, lokalne klarowane masło i chleb jaglany z nasionami chia opanowują moją żądzę glutenu – pisała w mediach społecznościowych znajoma z uczelni. – Dzięki Bogu za prastare ziarna”.

Wieczorem była sama. Przechadzałam się ulicą, słysząc kazania w języku hiszpańskim dochodzące z kościołów mieszczących się obok lokali usługowych i elektryczny pomruk kolejki BART pode mną. Miasto było małym wszechświatem jak ze snu, pełnym świecących ekranów i analogowego fetyszyzmu, sex-shopów i owoców pestkowych. Słuchałam wygłaszanych w autobusach i na rogach ulic obłąkańczych przemów paranoików, którzy łączyli dawne spiski z nowoczesną technologią. Sama zaczęłam snuć teorie spiskowe. Szłam chodnikami Mission i orientowałam się, że połyskują tak samo, jak róż w kompakcie, którym się maluję. „Ten chodnik wygląda jak Super Orgazm”, myślałam. Super Orgazm to firmowa nazwa tego odcienia różu. Moje kosmetyki upajały się nowoczesną polityką seksualną: DLA NIEGO I DLA NIEJ, zapewniała nalepka z tyłu buteleczki z podkładem bez parabenów, jakbyśmy wszyscy żyli życiem spontanicznym i pełnym przygód, zamiast konformizmu i kar. Pobiegłam do Golden Gate Park, gdzie ogromne drapieżne ptaki wygłodniałym wzrokiem wpatrywały się w lśniące jamniki. Mijały mnie ławice rowerzystów ubranych w koszulki kolarskie Google’a.

Idea wolnej miłości ma długą amerykańską tradycję wspólnotowych eksperymentów, proroków o dzikich oczach i więzionych heretyków. Wolna miłość oznaczała kiedyś, że wolno uprawiać seks bez prokreacji i seks przedmałżeński albo w ogóle zrezygnować z małżeństwa. Oznaczała wolność seksualnego wyrazu dla kobiet i gejów, miłosną wolność na przekór rasie, płci i religii. W XX wieku postfreudowscy idealiści wierzyli, że wolna miłość wyda na świat nową politykę, a nawet zakończy wojny. Kiedy słyszałam te dwa słowa: „wolna miłość”, bezwiednie myślałam o 1967 roku, o młodych ludziach słuchających acid rocka w tym parku.

W literaturze fantastycznonaukowej wolna miłość była przyszłością. Nowe milenium obiecywało ekspedycje w kosmos, niezawodną antykoncepcję, prostytucję cyborgów i nieograniczoną seksualność. Ale przyszłość nadeszła, a z nią wiele nowych wolności, wolna miłość zaś jako ideał wyszła z mody. Wolno nam osiągać coregazm, ale hipisi okazali się naiwni, science fiction – nieprawdą. Ekspansja seksualności poza małżeństwo przyniosła nowe powody, by wierzyć w tradycyjne środki zaradcze: powody takie jak HIV, przychodzące z wiekiem ograniczenie płodności i delikatność uczuć. Godziłam się na wolność jako stan tymczasowy, ale przygotowywałam się na swoje monogamiczne przeznaczenie. Moje przekonanie o słuszności takiego losu, zrodzone z nieudanych eksperymentów poprzednich pokoleń, przypominało odbudowę barokowego pomnika zniszczonego bombą. Zauważyłam, że je znam, ale nie to, że jest ersatzem; nie widziałam też, że nadeszła inna wolność: wolność migającego kursora w pustym okienku.

Przyjazna nijakość interfejsu Google’a błogosławi słowom przechodzącym przez jego sito. W Google’u wszystkie słowa stworzone są równymi3, tak jak każdy ma równe prawo wyboru stylu życia. Google zaciera granicę między normalnym a nienormalnym. Odpowiedzi zbierane przez jego algorytmy zapewniają każdego użytkownika o istnieniu ludzi podobnie myślących: nie trzeba być samotnym ze swoimi dziwacznymi żądzami – bo żadne nie są dziwaczne. Jedyny seksualny dogmat, jakiemu jeszcze należy się podporządkować, głosi, że do życia, którym chcemy żyć, poprowadzi nas miłość.

Ale co jeśli miłość nas zawiedzie? Wolność seksualna rozciąga się też na ludzi, którzy nigdy nie chcieli się otrząsnąć z dawnych instytucji, a jedynie okazać solidarność ze znajomymi, którzy tego dokonali. Ja nie starałam się o tak różnorodny wybór, a kiedy doznałam całkowitej wolności seksualnej, byłam nieszczęśliwa.

Postanowiłam odwiedzić San Francisco tamtej wiosny, ponieważ moje pragnienia i moja rzeczywistość rozeszły się tak daleko, że stały się nie do pogodzenia. Chciałam przedstawić sobie inną przyszłość, uzgodnioną z wolnością mojej teraźniejszości, a w tamtym czasie to w San Francisco rozgryzano przyszłość, a przynajmniej właśnie to miasto Ameryka wybrała dla ludzi wciąż wierzących w wolną miłość. Starają się odłączyć rodzinę od seksualnego fundamentu dwojga ludzi. Wierzą we wspólnoty intencjonalne, którym może się udać skruszenie monogamicznej, heteroseksualnej tradycji. Nadają swym wyborom nazwy i uznają swoje działania za ruchy społeczne. W nowych technologiach widzą szansę przekształcenia społeczeństwa, łącznie z koncepcjami seksualności. Rozumiem, że skupienie mieszkańców San Francisco na intencjonalności wyznacza różnicę pomiędzy moim pesymizmem a ich optymizmem. Kiedy twoje życie nie pasuje do idei, a to niepowodzenie napawa cię smutkiem, wyrzucenie idei do śmieci poprawi ci humor.

Mogłam odnaleźć te wspólnoty w Nowym Jorku albo niemal każdym amerykańskim mieście. Nie jestem jedyną osobą, która posłużyła się Kalifornią jako wymówką. Użyłam Zachodniego Wybrzeża i dziennikarstwa jako alibi i zaczęłam się zastanawiać nad swoimi możliwościami. Wreszcie osiągnęłam stan, w którym sama myśl o niezbadaniu wszystkich perspektyw na przyszłość wypełniała mnie lękiem. Ale gdyby do trzydziestki piątki moja przyszłość po prostu nadeszła, tak jak zawsze sobie to wyobrażałam, porzuciłabym poszukiwania. Skwapliwie oddałabym się projektowi bycia żoną, monogamii oraz chowaniu dzieci i dzieliła się tym w mediach społecznościowych jako triumfem zasługującym na zbiorową celebrację. Kiedy zaczynałam odkrywać możliwości wolnej miłości, wciąż na wpół oczekiwałam, że przeznaczenie wyjdzie mi naprzeciw, że pośród całej mojej niepewności natknę się na zjazd z tej autostrady, który doprowadzi mnie z powrotem do wygodnych oczekiwań i znajomych nazw.

Nie byłam szczera wobec siebie i innych. „Ale jaka jest twoja osobista podróż?” – pytali mnie wolnomyśliciele w San Francisco, z czego potem żartowałam z przyjaciółmi.

rozdział 1

RANDKOWANIE W SIECI

Zazwyczaj nie czuję się dobrze sama w barze, ale mieszkałam w San Francisco już od tygodnia, a podnajmowane przeze mnie mieszkanie nie miało krzeseł, tylko łóżko i kanapę. Moi znajomi w tym mieście byli po ślubie albo pracowali wieczorami. Pewnego wtorku zjadłam zupę z soczewicy, stojąc przy blacie kuchennym. Po jedzeniu przeniosłam się na kanapę w pustym salonie i usiadłam z laptopem pod płaskim górnym światłem. Tak nie można żyć. Mężczyzna poszedłby sam do baru, powiedziałam sobie. Więc poszłam.

Zajęłam stołek w środkowej części, zamówiłam piwo i zaczęłam odświeżać aktualności w telefonie. Czekałam, aż coś się zdarzy. Kilka telewizorów jednocześnie pokazywało mecz koszykówki. Na wystrój lokalu składały się kanapy ze sztucznej czerwonej skóry i światełka choinkowe. Za barem stała kobieta. Para lesbijek przytulała się w jednym kącie. W innym kącie, za rogiem, mecz oglądał mężczyzna w moim wieku, okularnik. Obowiązkowo spojrzeliśmy na siebie – jako jedyny samotny mężczyzna i jedyna samotna kobieta w tym barze. Potem udałam, że śledzę koszykówkę na innym ekranie, dzięki czemu mogłam odwrócić wzrok. On obrócił się do mnie tyłem, by oglądać rozgrywkę w telewizorze nad stołami bilardowymi, gdzie bilardziści właśnie oklaskiwali czyjś wyczyn. Czekałam, aż mnie zaczepi. Kilka stołków dalej dwóch mężczyzn wybuchło śmiechem. Jeden z nich podszedł do mnie, by pokazać, co ich tak rozśmieszyło. Wręczył mi swój telefon i pokazał jakiś post na Facebooku. Przeczytałam tekst i uprzejmie się uśmiechnęłam. Mężczyzna wrócił do kolegi, a ja dalej popijałam piwo.

Pozwoliłam sobie przez chwilę zatęsknić za moim salonem i kanapą. Na kanapie leżał wełniany koc tkany we wzór nawiązujący do sztuki Nawahów. W kominku stał żeliwny piecyk gazowy. Trochę się pobawiłam gałkami i gazem, ale nie połapałam, jak go włączyć. Nocą pokój nabierał temperatury i kolorytu trupa. Nie było telewizji.

Znów się zajęłam telefonem. Otworzyłam OkCupid, internetowy serwis randkowy. Odświeżyłam listę pokazującą, gdzie w mojej okolicy znajdę podobnych do mnie samotnych ludzi w barach. Usługa nazywa się OkCupid Locals. Każde zaproszenie w OkCupid Locals musi się zaczynać słowem „chodź”4:

Chodź zapalić jointa i posiedzieć

Chodź na brunch, lunch, piwo albo jakieś inne sobotnie szaleństwa.

Chodź na drinka po Koyaanisqatsi w Castro.

Chodź, spotkajmy się na łaskotki.

Chodź na ciasteczka.

Chodź, zostańmy przyjaciółmi i pozwiedzajmy coś razem.

Nigdy nie wysłałam własnego zaproszenia na OkCupid, zawsze tylko odpowiadałam. Tego wieczoru przewijałam listę, aż natrafiłam na przystojnego mężczyznę, który napisał niewinnie: „Chodźmy na drinka”. Przejrzałam jego profil. Był Brazylijczykiem. Znam portugalski. Grał na perkusji. „Tatuaże są ważną częścią mojego życia towarzyskiego i rodzinnego” – napisał.

Odpowiedziałam i umówiłam się na drinka z nieznajomym. Całowaliśmy się, poszliśmy do niego, pokazał mi swoją kolekcję krzaków marihuany i pogadaliśmy o Brazylii. Potem wróciłam do domu i nigdy się do niego nie odezwałam.

Pierwszy raz poszłam na randkę z kimś poznanym w internecie niedługo po tym, jak w listopadzie 2011 roku kupiłam sobie smartfona. Tinder jeszcze nie istniał, a moi znajomi w Nowym Jorku używali OkCupid, więc tam się zarejestrowałam. Miałam też konto na Match, ale wolałam OkCupid, głównie dlatego, że tutejsi mężczyźni darzyli mnie nieustającą i przytłaczającą uwagą. Kwadratowoszczęcy bankierzy, którzy zalali Match zdjęciami z nurkowania na Bali i nart w Aspen, tak bardzo się mną nie interesowali, że zaczynałam się nad sobą litować. Osiągnęłam dno, kiedy wysłałam cyfrowe mrugnięcie do mężczyzny, który napisał na profilu „mam dołek w brodzie” i zamieścił zdjęcia, jak gra w rugby oraz półnagi stoi na łodzi rybackiej, trzymając przed sobą koryfenę wielkości trójkołowca. Nie odpowiedział.

Zarejestrowałam się na OkCupid pod pseudonimem „widokzkosmosu”. W rubryce „O mnie” wpisałam: „Lubię filmy przyrodnicze i jedzenie ciastek”. Odpowiedziałam na wszystkie pytania, w tym negatywnie na pytanie o seks bez zobowiązań. Chciałam mieć chłopaka. Bardzo tęskniłam też za moim ostatnim partnerem i chciałam przestać o nim myśleć. Wiele osób w tym serwisie boryka się z podobnym problemem – ludzie radośnie wymieniają tytuły ulubionych filmów, licząc na to, że wyniknie z tego coś dobrego. Ale pod promienną powierzchnią wzbiera ciemność. Ciężki bagaż żalów czai się nawet za najnormalniejszym profilem. Przeczytałam Czerwone i czarne, żeby sobie przypomnieć, że złamane serce nie zawsze leczono pogodą ducha. Z drugiej strony podobało mi się, że na portalach randkowych ludzie się podrywają z jednoznaczną intencją. Oczywiście z różnym stopniem subtelności: od zwykłego „jesteś śliczna” po odstręczające: „Hej, chciałabyś wpaść do mnie, wypalić razem jointa, a potem zrobiłbym ci nagie fotki w moim salonie?”.

Odkryłam, że algorytmy umieszczają mnie w grupie ludzi z tej samej klasy społecznej i z takim samym wykształceniem jak ci, z którymi zazwyczaj randkowałam – ale poza tym prawie wcale nie przewidywały, kto mi się spodoba. Wyglądało na to, że zarówno w internecie, jak i na żywo przyciągam statystycznie nietypową liczbę wegetarian. Nie jestem wegetarianką.

Byłam na randce z kompozytorem, który zabrał mnie na koncert Johna Cage’a w Juilliard. Po koncercie szukaliśmy popiersia Béli Bartóka na 57. Ulicy. Nie mogliśmy go znaleźć, ale kompozytor opowiedział mi, że tam Bartók zmarł na białaczkę. Mówiliśmy o studiach i poezji Wallace’a Stevensa. Obojgu nam podobały się powieści Thomasa Pynchona. Mieliśmy ze sobą tyle wspólnego, ale bardzo chciałam się znaleźć gdzie indziej. Kiedy piliśmy piwo w irlandzkim pubie w Midtown, wymyśliłam z pięć czy dziesięć innych osób, z którymi wolałabym spędzić taki wieczór. Ale teraz moim celem było znalezienie chłopaka, a żadna z tych wielu osób, które znałam, nie była potencjalnym kandydatem.

Na drugiej randce poszliśmy na ramen w East Village. Skończyłam wieczór wcześnie, przy wyjściu narzekając, jaki to miałam długi dzień. Potem zaprosił mnie na koncert na Columbii i kolację w jego mieszkaniu. Przyjęłam zaproszenie, ale w ostatniej chwili wymówiłam się chorobą i dodałam, że chyba nasze randki naturalnie dobiegły końca.

Zraniłam go. Odwołana randka, napisał, kosztowała go „mnóstwo czasu spędzonego na zakupach, sprzątaniu i gotowaniu, którego tak naprawdę nie miał na kilka dni przed ważnym deadline’em…”. Z interpunkcji najbardziej lubił Pynchonowskie trzykropki. Przeprosiłam i przestałam odpowiadać. W kolejnych miesiącach pisał dalej – długie maile z wiadomościami z jego życia – a ja dalej nie odpowiadałam, aż wreszcie zaczęło to wyglądać tak, jakby wrzucał swój smutek do jakiejś czarnej dziury, w której ja go wchłaniałam w swój własny.

Byłam na randce ze stolarzem. Spotkaliśmy się w kawarni. Było słoneczne popołudnie pod koniec lutego, ale nieoczekiwanie spadł śnieg. Jego płatki błyszczały w słońcu. Kawiarnia mieściła się w suterenie. Siedzieliśmy przy stoliku przy oknie akurat poniżej dwóch piesków chihuahua przywiązanych do ławki na chodniku na zewnątrz. Pieski trzęsły się spazmatycznie pomimo dopasowanych kubraczków. Podgryzały smycze i patrzyły na nas z góry przez okno. Stolarz kupił mi kawę, a sam pił herbatę ze szklanki.

Pokazał mi zdjęcia zrobionych przez siebie mebli. Był wysoki i miał odciski na dłoniach. Wyglądał atrakcyjnie, ale jego niebieskie oczy rozglądały się niespokojnie po kawiarni; zdawał się nudzić. Odkryłam, że urodził się w tym samym szpitalu, Allentown Hospital w Allentown w Pensylwanii, tylko że ja byłam siedem miesięcy starsza. W innej epoce, takiej, w której o małżeństwie decydowały religia, rodzina i wieś, moglibyśmy mieć teraz kilkoro dzieci. Tymczasem moi rodzice przeprowadzili się prawie na drugi koniec kraju, kiedy miałam trzy lata, a on został w Allentown do pełnoletniości. Teraz oboje mieszkaliśmy w Bedford-Stuyvesant na Brooklynie i mieliśmy po trzydzieści lat. Myślał o sobie jako o buntowniku i kochał rzemiosło równie mocno, jak wcześniej nienawidził pracy w biurze. Po wypiciu herbaty poszedł do łazienki, wrócił i bez słowa włożył płaszcz. Wstałam i też się ubrałam. Po schodkach weszliśmy w lutowy wiatr. Pożegnaliśmy się.

Byłam na randce z mężczyzną, który wyjawił, że jest fryzjerem. „Ukłony, pani Zkosmosu” – napisał. Spóźnił się na spotkanie w Alphabet City5, bo na ostatnią chwilę przyjął na nieumówione czesanie klientki przed ich własnymi randkami. Po obu stronach szyi miał wytatuowane skrzyżowane bułaty. Zapytałam go, co oznaczają. Powiedział, że nic. Pomyłki. Podwinął rękawy i zaprezentował więcej pomyłek. Jako nastolatek w Dallas pozwolił kolegom używać siebie jako ćwiczebnego płótna. Nazywanie tatuaży pomyłkami zdawało mi się czymś innym niż ich żałowanie. Nie żałował. Mówił, że to szesnastoletni on pokazuje środkowy palec. „Myślisz, że się zmieniłeś – mówi przez tatuaże szesnastolatek. – Pierdol się, wciąż tu jestem”.

Nic ze starannej autoprezentacji na profilach OkCupid nie zapowiadało tego, co odkrywałam w kilka minut po spotkaniu kogoś osobiście: że najwyraźniej nigdy nie miałam ochoty na seks z kimś poznanym online. W prawdziwym życiu niezobowiązujący seks był prosty. Spotykałam kogoś na imprezie. Jedno z nas zapraszało drugie na jakieś wyjście. Potem umawialiśmy się na randkę raz czy dwa i szliśmy do łóżka, nawet jeśli wiedzieliśmy, że się w sobie nie zakochaliśmy i ten związek „donikąd nie prowadzi”. Czasem pomijaliśmy randkowanie. Tłumaczyłam sobie moją abstynencję na OkCupid tym, że myślę o randkowaniu w internecie jako „przedsięwzięciu”, do którego podejdę z „powagą” nieobecną w moim prawdziwym życiu towarzyskim. Miałam jakieś „standardy”, którym ktoś musiał sprostać, żebym rozważyła pójście z nim do łóżka. Ale kiedy spotykałam tych mężczyzn, z których większość wykraczała ponad moje „standardy”, nic w moim ciele się nie budziło. W moim odczuciu zazwyczaj było jasne dla obu stron, że chociaż moglibyśmy pójść ze sobą do łóżka, to stałoby się tak raczej z obowiązku – i z rezygnacją – niż z prawdziwego pożądania. O ile dzięki internetowym randkom poczułam, że w jakiś sposób przejmuję kontrolę nad swoim życiem, o tyle seks z ludźmi, których nie bardzo pożądałam, przypominałby mi o daremności wyreżyserowania związku z niczego. Seks – gdy był wynikiem nagromadzenia się energii między mną a drugą osobą – naprawdę poprawiał mi samopoczucie. Natomiast udawanie, że uczucie jest, jeśli go nie było, przygnębiało mnie bardziej niż samotne pójście do domu.

Zaczęłam się orientować, że ciało nie jest czymś drugorzędnym. Umysł zna niewiele prawd, które tai ciało. Niewiele jest znaczących rzeczy, których nie ujawni spotkanie dwóch ciał. Korespondencyjne preludium do randki rzadko mówiło prawdę o poczuciu humoru mężczyzny bądź o tym, że jest introwertykiem, o jego lękach bądź towarzyskim wdzięku. Do czasu poznania ciał uwodzenie było czysto prowizoryczne. Zaczęłam odpowiadać tylko ludziom o bardzo krótkich profilach, potem zupełnie je pomijać, sprawdzając jedynie, czy użytkownicy OkCupid Locals znają ortografię i nie mają zaciekle prawicowych poglądów.

Wciąż jednak unikałam na moim profilu napomknień o seksie. Unikałam też mężczyzn, którzy raczyli mnie otwarcie seksualnymi propozycjami. Moja niechęć do wszelkich bezpośrednich odniesień do seksu sprawiła, że randkowanie w internecie przypominało stanie w pokoju pełnym ludzi polecających sobie nawzajem restauracje bez mówienia o jedzeniu. Nie, gorzej: pokoju pełnym głodnych ludzi, którzy jednak rozmawiali o pogodzie. Gdyby ktoś zaproponował mi arbuza, odmówiłabym, bo nie miał parasolki. Prawo do unikania tematu seksu było strukturalnie wbudowane w większość popularnych portali randkowych. Zaprojektowano je w ten sposób, bo inaczej nie używałyby ich kobiety.

Za twórcę takiego randkowania w internecie, jakie znamy dziś, powszechnie uważa się niejakiego Gary’ego Kremena pochodzącego z Illinois. W 1992 roku Kremen był dwudziestodziewięcioletnim programistą, jednym z wielu absolwentów Stanford Business School kierujących firmami informatycznymi w rejonie zatoki San Francisco. Po dzieciństwie spędzonym w Skokie6, do którego ten pulchny żydowski chłopiec zupełnie nie pasował, Kremen obrał sobie dwa cele na dorosłe życie: wziąć ślub i zarabiać pieniądze. W poszukiwaniu małżonki odbył wiele randek. Wkrótce nabrał zwyczaju dzwonienia na numery 1-900 – nie na sekstelefon, ale do serwisów ogłoszeń matrymonialnych w gazetach. W tamtym czasie gazety dawały czytelnikom możliwość zostawienia odpowiedzi na ogłoszenie matrymonialne na poczcie głosowej – za dwa dolary za minutę. Kremen płacił ogromne rachunki za te telefony. Był, jak sam mówił o sobie, „trochę frajerem”. Pewnego popołudnia po pracy w firmie informatycznej wpadł na pomysł: co by było, gdyby miał bazę danych wszystkich niezamężnych kobiet na świecie?

Wraz z czterema partnerami stworzył Electric Classifieds Inc., przedsiębiorstwo oparte na pomyśle odtworzenia w internecie działu ogłoszeń z gazet, począwszy od matrymonialnych. Znaleźli biuro w piwnicy w dzielnicy South Park w San Francisco i zarejestrowali nazwę domeny Match.com.

ROMANTYKA – MIŁOŚĆ – SEKS – MAŁŻEŃSTWO I ZWIĄZKI – głosił nagłówek na jednym z pierwszych biznesplanów zaprezentowanych potencjalnym inwestorom przez Electric Classifieds. „Amerykański biznes od dawna wie, że ludzie sami zabiegają o szanowane i skuteczne usługi zaspokajające te najpotężniejsze ludzkie potrzeby”. Ulegając inwestorom, Kremen ostatecznie usunął „seks” z listy potrzeb. Niemniej w tym wczesnym dokumencie określono wiele podstawowych norm obowiązujących także dzisiejsze internetowe portale randkowe. Subskrybenci wypełniali kwestionariusz, wskazując rodzaj poszukiwanego związku – „małżonek lub małżonka, stały przyjaciel lub przyjaciółka, partner lub partnerka do gry w golfa, towarzysz lub towarzyszka podróży”. Użytkownicy wklejali zdjęcia: „Klient mógłby wedle uznania pokazać się podczas wykonywania ulubionych czynności lub w ulubionej odzieży, by lepiej zasugerować oglądającemu swoją osobowość i cechy fizyczne”. Biznesplan zawierał prognozę rynkową, według której do roku 2000 singlami miało być pięćdziesiąt procent populacji dorosłych Amerykanów (w rzeczywistości do roku 2008 czterdzieści osiem procent Amerykanów było stanu wolnego, w porównaniu z dwudziestoma ośmioma procentami w roku 1960).

Electric Classifieds dowodziło, że „wielu ludzi swobodniej się czuje w rozmowach elektronicznych niż twarzą w twarz”. Kremen formułował swoje wnioski na podstawie doświadczeń wczesnych chatroomów i portali z ogłoszeniami, które pewien artykuł prasowy z tamtego okresu opisywał jako „antyseptyczną wersję baru dla singli z lat 70.”. W sieci „ludzie spotykający się w zatłoczonych chatroomach często tworzą swoje prywatne czaty, w których uprawiają cyberseks – klawiaturowy odpowiednik seksu przez telefon”. Ponieważ jednak internet najpowszechniej używany był w tych sferach życia, które historycznie wykluczały kobiety – wojskowości, finansach, matematyce i inżynierii – nowa sieć WWW i jej poprzedniczki zdążyły zyskać seksistowską reputację. „Nowy wspaniały interaktywny świat wciąż jest klubem dla białych męskich członków – ubolewał podręcznik z 1993 roku pod tytułem Radość z cyberseksu. – Nie jest ani trochę poprawny politycznie”.

Wiedząc, że skuteczny portal randkowy dla heteroseksualistów powinien mieć mniej więcej tę samą liczbę subskrybentek i subskrybentów, Kremen zatrudnił zespół specjalistek od marketingu, prowadzony przez jego byłą koleżankę ze Standfordu Fran Maier. Maier twierdziła, że kobiety chętniej skorzystają ze strony, jeśli położy ona nacisk na tradycyjne rytuały randkowania, a seks ujmie jako kwestię drugorzędną. Skoro chatroomy stanowiły odpowiednik barów dla singli, tylko online, to Match powinien się upodobnić do „bardzo eleganckiej restauracji czy ekskluzywnego klubu”. Firma zabroniła wstawiania jednoznacznie seksualnych treści i fotografii. Przekształcono kwestionariusz tak, by zawierał pytania o dzieci i religię, aby podkreślić, że chociaż przez Match można się umówić na spotkanie każdego rodzaju, strona woli sprawiać wrażenie odpowiedniego miejsca dla osób szukających stałych związków. Publikowano oryginalne artykuły dotyczące zalotów, przykładowo serię felietonów o posługiwaniu się emotikonami w „e-flircie”, oraz wskazówki w kwestiach bezpieczeństwa, na przykład proponujące, by kobiety umawiały się na randki w miejscach publicznych i nie podawały adresu nieznajomym. Zakazano jakichkolwiek wzmianek o zegarze biologicznym, ponieważ mogłoby się to przyczynić do powstania negatywnego wizerunku serwisu jako miejsca dla desperatów i desperatek. Interfejsowi nadano czyste, białe tło, uzupełnione logo w kształcie serca. To wszystko dla kobiet – pozyskanie mężczyzn wcale nie stanowiło problemu.

Match ustanowił wzór dla całej branży, która rosła wraz z internetem. W miarę jak mnożyły się bazy danych, zaczęto je precyzyjniej adresować, dopasowywać do grup etnicznych i wyznań. Potem nadeszła epoka swatania jako nauki i związanych z tym algorytmów, następnie serwisów darmowych, a wreszcie panowania telefonów komórkowych. Każda technologia randkowania starająca się przyciągnąć do siebie równą liczbę mężczyzn i kobiet musiała (niezależnie od wybranej strategii biznesowej) zapewnić kobietom możliwość dołączenia do serwisu bez konieczności składania seksualnych deklaracji. Im bardziej strona internetowa bądź aplikacja epatowała tradycyjnymi znakami heteroseksualnego męskiego pożądania – zdjęciami kobiet w bieliźnie, jasnymi sugestiami seksu bez zobowiązań – tym mniej chętnie korzystały z niej kobiety. Hakerzy, którzy skradli dane użytkowników ze strony internetowej Ashley Madison (slogan: „Życie jest krótkie. Spraw sobie romans”), ujawnili, że zaledwie piętnaście procent rekordów w bazie należało do kobiet, czyli tylko połowa w porównaniu z tym, czym się chwalił założyciel firmy.

To w branży randek internetowych pierwszy raz napotkałam popularną koncepcję marketingową „jasnego, dobrze oświetlonego miejsca”. Ta fraza, zupełnie odseparowana od źródła, czyli opowiadania Ernesta Hemingwaya, którego akcja się dzieje w hiszpańskim barze, pojawiała się często w rozmowach marketingowców o tworzeniu seksualnie „przyjaznego kobietom otoczenia”. Rozjaśnianie i oświetlanie zazwyczaj oznaczało usunięcie pornograficznych albo niedwuznacznie seksualnych obrazów. „Jasne, dobrze oświetlone miejsce” stanowiło motto pionierskiego prokobiecego sklepu z seks-zabawkami Good Vibrations7 w San Francisco, który wyjąwszy wibratory i dilda z opakowań upstrzonych zdjęciami pornograficznymi, umieścił je w otoczeniu nagiego minimalizmu, jak dzieła sztuki na postumentach. Początkowo w tym pomyśle chodziło o odzyskanie kobiecej seksualności, aforystyczny amulet przeciwko wiszącemu wciąż w powietrzu widmu seksu z lat 70., epoki pornokin, jacuzzi, barów dla singli i napastowania gwiazd porno odurzonych quaalude’ami8, ale slogan sprawdza się równie dobrze w erze przesyłania niechcianych fotek fiutów oraz ogłoszeń typu „poznaj w swojej okolicy gorące singielki, które chcą się z Tobą pieprzyć – teraz!”. W kontekście randek internetowych „jasne, dobrze oświetlone miejsce” oznaczało wolne od seksu otoczenie, w którym można rozważać, z kim w przyszłości ewentualnie pójść do łóżka. Dla niektórych kobiet choćby przyznanie się, że mają konto na OkCupid z jakąkolwiek intencją, nie mówiąc już o intencji seksualnej, jest niepożądane, więc portalom randkowym opłaca się wizerunek jak najbardziej beznamiętny, a jednocześnie tak pełen bezbarwnego entuzjazmu, jak tylko się da. Sam Yagan, jeden z założycieli OkCupid, powiedział mi, że darmowość serwisu ma pewną niespodziewaną zaletę – dzięki temu kobiety mogą same siebie przekonywać, że tak naprawdę nie szukają znajomości. „Mówią tak: «Och, poznałam swojego chłopaka na OkCupid. A nawet się na te randki nie pisałam!». Okej, niech ci będzie… – tu Yagan przewrócił oczami. – Dosłownie jedna trzecia historii udanych związków, wysyłanych nam mailem przez kobiety, jest opatrzona zastrzeżeniem «nie pisałam się na randki»”. Udanych związków, czyli miłości. Według innego założyciela OkCupid, Christiana Ruddera, liczba heteroseksualnych kobiet jasno deklarujących, że korzystają ze strony ze względu na niezobowiązujący seks, jest nieproporcjonalnie niska, zaledwie 0,8 procent, w porównaniu z 6,1 procent mężczyzn heteroseksualnych, 6,9 procent mężczyzn homoseksualnych i 7 procentami kobiet homoseksualnych.

W przypadku portali wykluczających uczestnictwo kobiet stosowano odmienną strategię. Założyciele Manhunt9, który po przekształceniu w 2001 roku z serwisu telefonicznego w stronę internetową stał się jednym z pierwszych popularnych portali randkowych dla mężczyzn, szybko się zorientowali, że w świecie mężczyzn szukających mężczyzn zawód kandydata albo jego wykształcenie stanowią kwestię drugorzędną. Ważniejszy jest pociąg seksualny i jednoznacznie seksualna komunikacja.

„Geje po prostu nie rozumieją stron prowadzonych przez heteryków – powiedział w 2007 roku w wywiadzie współzałożyciel Manhunt, Jonathan Crutchley. – Te ich kwestionariusze z pytaniami, które kobieta zadałaby mężczyźnie, gdyby szukała męża, na przykład: «ile zarabiasz?», «czy chcesz mieć dzieci?», są niedorzeczne. Geja nie obchodzi, ile masz pieniędzy, czy chcesz mieć dzieci. Chcą znać twoje cechy fizyczne, zobaczyć zdjęcia, dowiedzieć się, co cię kręci”. To nie tak, że jego klienci nie pragną być w długotrwałym związku czy założyć rodziny, wyjaśniał dalej Crutchley. Wielu o tym myśli. Ale różnica pomiędzy tymi dwoma podejściami leży w sposobie oceniania potencjalnego partnera. Dla znaczącej liczby mężczyzn seks ma swoją własną wartość i mierzalne walory, niezależnie od warunków, które decydują o tym, czy chce się z kimś mieszkać albo adoptować dzieci. Pociąg seksualny nie jest tajemniczym chemicznym przypadkiem, ale czymś, co można zbadać i opisać słowami. Seksualne pragnienia nie są nieuchwytnymi mirażami; można je nazwać. Tymczasem ktoś taki jak ja sądzi, że jeśli sprawia mi przyjemność chodzenie z danym mężczyzną do muzeum, to pociąg seksualny pojawi się sam, bez konieczności rozmawiania o nim.

W marcu 2009 roku uruchomiono aplikację do „odkryć towarzyskich” o nazwie Grindr, zapraszającą mężczyzn do znalezienia „chłopaków homo, bi i ciekawskich10 w Twojej okolicy!”. Na urządzeniu mobilnym Grindr wyświetla siatkę użytkowników ułożonych według odległości. Informacje o nich wahają się od bezgłowych torsów z pseudonimami do uśmiechniętych portretów w ubraniach, opatrzonych prawdziwymi imionami. Całkowita nagość na zdjęciach profilowych jest zakazana, częściowo po to, by uniknąć łamania zasad sklepów z aplikacjami; ludzie mogą jednak wysyłać sobie niedwuznaczne zdjęcia po rozpoczęciu czatu. Założyciel Grindra, trzydziestodwuletni nowojorczyk Joel Simkhai, mówi, że aplikację stworzono bardziej z myślą, by ludzie mieli dostęp do pewnej społeczności, a nie by podsunąć im seks. Simkhai wymyślił ją, ponieważ chciał się dowiedzieć, którzy z mężczyzn wokół niego są gejami; sześćdziesiąt siedem procent użytkowników twierdzi, że przez aplikację zawiązują platoniczne znajomości. Z drugiej strony ktoś jednak nazwał ją „Grindr”11. „New York Times” stale opisuje ją jako „apkę do numerków”. Stoi za tym zapewne następująca logika: jeśli rozmowa zaczyna się od „dużego masz?”, docelowo powinna się przerodzić w anonimowy kontakt seksualny, a jeśli od „hej, śliczna, gotowa na weekend?”, skończy się koktajlem mlecznym z dwiema słomkami, a po nim – pierścionkiem zaręczynowym. Myślę, że tak właśnie opowiadamy sobie tę historyjkę.

Zanim Grindr pokazał nam jeszcze jeden sposób używania iPhone’a, internetowemu randkowaniu udało się osiągnąć status zmiany technologicznej, nie zdekonstruowała ona jednak pewnych mitów dotyczących przebiegu miłości. OkCupid postrzegałam jako jeszcze jeden sposób umówienia się z kimś na randkę. Grindr wprowadził teoretyczną możliwość, że ktoś może spojrzeć na zdjęcie czyjegoś podbrzusza i wnet uprawiać z nim seks. Ta możliwość przerodziła się w pytanie: czy powinno się to robić? Ja odpowiedziałam – nie, oczywiście, że nie. Roztaczały się przede mną perspektywy przemocy seksualnej i chorób. Niemniej przemawiała do mnie sama idea: podobało mi się, że nasze telefony przekazują sygnał do satelitów orbitujących wokół Ziemi, by przedstawić nam osoby znajdujące się zaledwie kilka metrów od nas; odpowiadał mi fakt, że nieznajomi z miasta mogą zmniejszyć swoje osamotnienie. Czekałam, kiedy taka technologia będzie dostępna dla grupy docelowej, do której należę, nawet wiedząc, że nie ośmielę się skorzystać z jej możliwości. Nie ja jedna miałam na to ochotę. Artykuły w sieci spekulowały, że wkrótce zjawi się „Grindr dla heteroseksualnych” albo „Grindr dla lesbijek”. Były utrzymane w rzewnym tonie. Ale nawet te, które wyrażały zaniepokojenie „kulturą szybkich numerków”, zdawały się wierzyć w drzemiącą w urządzeniach mobilnych z GPS-em moc seksualnej emancypacji kobiet, tak jakby nowe technologie miały nas uwolnić od wszystkich obaw i przesądów. Spod konsternacji związanej z „upadkiem romantycznej miłości” przeświecał mimowolny optymizm, że faktycznie moglibyśmy się stać społeczeństwem, w którym każda osoba zyskiwałaby poczucie seksualnej przynależności, logując się do programu w telefonie w piątkowy wieczór. Chcę przez to powiedzieć, że nawet zgorszenie miało charakter idealistyczny – było połączone z wiarą, że technologia zmieni wszystko.

W 2011 roku Simkhai uruchomił właśnie taką aplikację. Nazwał ją Blendr, ale nie dorównała swojemu odpowiednikowi dla mężczyzn szukających mężczyzn. Gdy do tej sieci wpuścił wszystkich, przestała ona mieć sens jako narzędzie poszukiwania spójnej społeczności. Co gorsza, kiedy użytkownicy Blendra zaczęli czatować, a jakiś mężczyzna wysłał kobiecie niechciane zdjęcie penisa, panie skasowały apkę.

Emily Witt, Seks przyszłości. Nowa wolna miłość

Tytuł oryginału: Future Sex. A New Kind of Free Love

Warszawa 2017

Copyright © by Emily Witt, 2016

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65853-01-1

Przekład: Aleksandra Paszkowska

Redakcja, korekta: Magdalena Błędowska

Opieka redakcyjna: Jakub Bożek

Projekt okładki: Alex Merto

Fotografia na okładce: Clayton Cubitt

Układ typograficzny, skład: Katarzyna Błahuta

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, Warszawa), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk), Świetlicy KP w Cieszynie (al. Jana Łyska 3) oraz księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl/).

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Seks przyszłości. Nowa wolna miłość 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego