Filmoterapia

Filmoterapia

Autorzy: Małgorzata Kozubek

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.20 zł

„Książka Małgorzaty Kozubek jest pierwszym w polskiej literaturze przedmiotu naukowym opracowaniem zagadnienia filmoterapii. […] Przesłanki tej metody autorka analizuje w rozległym kontekście kultury terapeutycznej, a także w ramach problematyki stricte filmoznawczej, związanej z percepcją filmu”.

Tadeusz Szczepański

„Małgorzata Kozubek zadaje pytanie o możliwości teoretyczne, a także o szanse praktycznej skuteczności wykorzystania filmu do psychoterapii, a zwłaszcza do psychoterapii stosowanej w ramach resocjalizacji młodzieży społecznie nieprzystosowanej. Tak określony cel książki może mieć zastosowanie podwójne, teoretyczne i praktyczne […], co w przypadku pracy z dziedziny humanistyki jest wartością rzadką i cenną”.

Tadeusz Lubelski

Korekta: Katarzyna Kaszorek

Projekt graficzny i typograficzny: Stanisław Salij

Skład i łamanie: Stanisław Danecki

© Małgorzata Kozubek

© wydawnictwo słowo/obraz terytoria

wydawnictwo słowo/obraz terytoria

sp. z o.o. w upadłości układowej

80-246 Gdańsk, ul. Pniewskiego 4/1

tel.: (58) 341 44 13, 345 47 07

fax: (58) 520 80 63

e-mail: redakcja@terytoria.com.pl

www.terytoria.com.pl

Gdańsk 2016

ISBN 978-83-7453-467-3

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Przedmowa

Wprowadzenie

Stan badań

Część pierwsza: Teoria

Kultura terapeutyczna

Kult(ura) indywidualizmu…

…kultura poradnikowa

Filmoterapia w obszarze kultury terapeutycznej

Zagadnienia teoretyczne związane z odbiorem dzieła filmowego

Zjawisko projekcji-identyfikacji: uczestnictwo uczuciowe

„Dobrze wiem, lecz pomimo wszystko…”: wrażenie realności, pochwała kłamstwa i co z tego wynika

Emocje widza filmowego

O nieodzowności (aksjotycznie zorientowanych) nauk humanistycznych

Część druga: Między teorią a praktyką

Dobór filmów do terapii

Film jako współczesna forma mitu

W stronę kina gatunków

Katharsis – nierozwiązana zagadka

Gatunki filmowe (niesłusznie?) pomijane w filmoterapii: horror i film pornograficzny

Horror

Część trzecia: Praktyka

Badania w młodzieżowych ośrodkach socjoterapii

Twórcza resocjalizacja

Podstawowe cele terapii oraz dobór filmów do badania

Realny świat/możliwy świat: młodzież w poszukiwaniu tożsamości

Cudownie i pożytecznie: wykorzystanie bajek i filmów zrealizowanych w konwencji baśniowej

Identyfikacja/empatia – pytanie o możliwość zwiększania wrażliwości empatycznej za pomocą filmu

Wnioski

Zakończenie

Przypisy

Bibliografia

Źródła internetowe

Filmy wykorzystane w badaniach

Aneksy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Przedmowa

Obraz „filmoterapii”, jaki wyłania się z Mechanicznej pomarańczy (1971) Stanleya Kubricka, filmowej adaptacji antyutopijnej, futurystycznej powieści Anthony’ego Burgessa, jest – delikatnie mówiąc – przerażający. Oto widzimy głównego bohatera, nonszalanckiego młodzieńca Alexa de Large, który poddawany jest nowemu programowi rządowemu, mającemu w bardzo krótkim czasie skutecznie resocjalizować więźniów. Terapia (nazwana przez Burgessa „techniką Ludovica”), w której uczestniczy młodociany przestępca, ma całkowicie wyeliminować u niego skłonność do przemocy. Eksperyment polega na pokazywaniu chłopakowi niezwykle brutalnych scen filmowych przedstawiających między innymi gwałty, pobicia i morderstwa. Podłączony do skomplikowanej aparatury, unieruchomiony tak, aby nie mógł odwrócić głowy, a nawet – dzięki specjalnym spinaczom na powieki – zamknąć oczu, Alex nie ma wyboru – musi patrzeć. Jego spojrzenie staje się mechaniczne, stworzone i pochwycone przez urządzenie, do którego jest podpięty. Podawane mu chemiczne preparaty wywołują potworny ból i paraliż, a podsuwane obrazy powodują odruch obrzydzenia i wstrętu do wszelkiego rodzaju przemocy oraz napełniają go strachem.

Terapia awersyjna, która w rzeczywistości przyjmuje kształt koszmarnego prania mózgu i znęcania się nad Alexem, niewątpliwie odnosi więc sukces: powoduje – tak, jak założyli jej twórcy – niezdolność do jakichkolwiek, nawet obronnych, aktów przemocy; chłopak podejmując takie próby, od razu dostaje strasznych mdłości i konwulsji. Ubocznym skutkiem „terapii Ludovica” (a w sferze symbolicznej – jej ukoronowaniem) jest wywołanie u chłopaka odruchu wstrętu do muzyki Beethovena, którą kochał. Staje się „mechaniczny”, „sztuczny”, pozbawiony wartości dla człowieka najważniejszych: wolności oraz możliwości samostanowienia. Wyraźnie widać, że jego zachowanie nie jest naturalne, jedynie próbuje maskować wrodzoną przemoc.

Wszystko w tym niezwykłym obrazie opowiadającym o człowieku pozbawionym wyboru jest przesadzone, przejaskrawione, wyolbrzymione – począwszy od wystroju wnętrz wszelkich lokali, poprzez ubiór, wygląd i sposób zachowania bohaterów (którzy mają raczej charakter alegoryczny, są uosobieniem pewnych idei – są bardziej „gatunkami” niż jednostkami, opisanymi często za pomocą jednej karykaturalnie wyolbrzymionej cechy) aż do kary, która spotyka głównego bohatera i która przybiera postać groteskowej „terapii” filmem.

Kiedy powstała adaptacja Kubricka, o „prawdziwej” filmoterapii mało kto słyszał, nie była to jeszcze, jak dziś, popularna forma wspierania procesu psychoterapeutycznego. Oprócz sprawozdań lekarzy, którzy stosowali filmy w leczeniu żołnierzy cierpiących na depresję w pierwszych latach po drugiej wojnie światowej i w kilku innych opisanych przypadkach, terapia filmem nie była szerzej znana. Chociaż naturalnie nigdy nie przybrała takiej postaci jak w filmie twórcy Lśnienia – do dzisiaj opisano cały szereg przypadków, kiedy obrazy filmowe w sposób wymierny pomogły, gdy wszystkie inne metody zawodziły – to jednak filmoterapia nie była i nie jest wolna od pewnych ograniczeń, a nawet potencjalnych zagrożeń.

Bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę dokonywania ostatecznych podziałów, które – wydawałoby się – są zbawienne w procesie porządkowania oraz oznaczania świata: dobro–zło, prawda–fałsz, lekarstwo–trucizna. Jednak przeciwstawienia te nie wyjaśniają wszystkiego, co nas otacza, bowiem natura człowieka znajduje inne, nieszablonowe rozwiązania. Platon uważał, że chorobie (porównanej przez niego do żywego organizmu) należy pozwolić na „normalny rozwój”; w Fajdrosie – nawet zanim król Tamuz wyda swój nieprzychylny wyrok na wynalazek pisma, które Teut zachwala jako lekarstwo (farmakon) na pamięć (mneme) i mądrość (sofia) (Platon 2002, s. 92), lekarstwo już jest czymś niepokojącym. Jacques Derrida, wracając do tekstu Platona i „zakładając, że kiedykolwiek od niego odstąpił” (Derrida 1992, s. 39), stwierdza, że farmakon to lekarstwo, które równie dobrze może okazać się trucizną: „Farmakon nigdy nie może być po prostu dobroczynny. Z dwu powodów i na dwu różnych poziomach. Przede wszystkim dlatego, że dobroczynna istota lub właściwość farmakon nie usuwa jego bolesności. W Protagorasie zalicza się farmaka do rzeczy, które mogą być zarazem dobre (agata) i przykre (aniara). Farmakon ujmowany jest zawsze w połączeniu (simmeikton) […]. Ta bolesna rozkosz związana tyleż z chorobą, co z jej uśmierzeniem stanowi farmakon sam w sobie. Ma cechy wspólne zarazem z czymś dobrym i złym, przyjemnym i nieprzyjemnym. Lub raczej to w tworzącej ją mieszaninie dają o sobie znać te przeciwieństwa. Na głębszym zaś niż ból poziomie farmaceutyczny specyfik jest zasadniczo szkodliwy, ponieważ jest sztuczny” (Derrida 1992, s. 43).

Farmakon – powie Derrida – to niebezpieczny przypadek. Podobnie jak pismo (które pod pretekstem zastąpienia pamięci może spowodować zapominanie, a zamiast powiększać wiedzę, zmniejszać ją), farmakon daleki jest od podporządkowania się uszeregowanym przeciwieństwom dobro–zło, czy lekarstwo–trucizna, jednak – czytamy dalej – otwiera ich możliwość. Podobnie jest w przypadku filmoterapii: nie da się ujarzmić dwuznaczności i określić w sposób definitywny, czy film leczy, czy truje – obraz, który dla jednej osoby będzie kojącym lekarstwem, dla drugiej może okazać się niebezpieczną trucizną. Związki filmu z terapią uwypuklają złożone możliwości sztuki filmowej.

Niniejsza książka jest próbą przybliżenia zjawiska terapii filmem, które do tej pory nie doczekało się w Polsce naukowego opracowania. Biorąc pod uwagę – z jednej strony – masowy charakter sztuki filmowej, jej uniwersalność, dostępność i łatwość odbioru dzięki wizualnemu charakterowi, z drugiej zaś – intensywność działania i możliwość wpływania na widzów, wydaje się, że namysł nad tym zagadnieniem jest niezbędny. Oczywiście, relacje filmu i terapii są bardzo złożone, więc każda próba ich zbadania niesie ze sobą ryzyko pewnych uproszczeń. Ponadto nieustannie trzeba mieć świadomość istnienia owej „logicznej sprzeczności”, o której pisze Derrida w kontekście tekstu Platona. Smak farmakonu pozostanie tajemnicą – nie sposób opisać jednoznacznie jego działania. Jednak próbować trzeba.

Wprowadzenie

Perspektywa, jaką przyjmuję w rozważaniach o filmoterapii, jest punktem widzenia filmoznawcy-kulturoznawcy i w związku z tym staram się widzieć podejmowane problemy i zagadnienia przede wszystkim na tle pojęć podstawowych dla tych dyscyplin. Moją analizę zjawiska filmoterapii rozpoczynają rozważania (oparte na pracach socjologów kultury) dotyczące kultury terapeutycznej i miejsca, jakie terapia filmem wraz z opracowaniami na jej temat zajmują w obszarze tej kultury. Odwołuję się między innymi do prac Anthony’ego Giddensa (2002; 2006) piszącego o tożsamości jednostki w epoce późnej nowoczesności oraz Małgorzaty Jacyno (2007; 2010), która próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy współczesną kulturę zdominował dyskurs terapeutyczny. Pojęcie „kultura terapeutyczna”, używane od połowy lat sześćdziesiątych, jest według Jacyno „diagnozą całościowych przemian kulturowych, a sens tego określenia wykracza poza proste stwierdzenie faktu, że coraz większa liczba ludzi skłonna jest powierzać swoje problemy terapeutom, a nie na przykład rodzinie czy przyjaciołom” (Jacyno 2007, s. 248). Istotną kwestią wydał mi się aspekt związany z procesem przemian, jaki dokonuje się w dziedzinie psychoterapii – zmienność nie tylko form terapii, ale i stosunku do człowieka, a także człowieka do samego siebie. Wątek ten pojawia się między innymi we fragmencie referującym stan badań i w części omawiającej podstawowe zagadnienia kultury terapeutycznej (rozdział „Kult(ura) indywidualizmu…”).

Coraz większa popularność psychoterapii wiąże się z utrwaleniem przekonania (zarówno w naukowym, jak i w popularnym dyskursie), że jest ona nie tylko niezbędna dla kogoś, u kogo zdiagnozowano chorobę psychiczną, ale jest przydatna (a nawet konieczna!) dla kogoś „zdrowego”, kto zamierza „wzbogacić” swoje życie i nadać mu „głębszy sens”. Teza ta, bardzo różnie argumentowana, doprowadziła do takiego rozumienia psychoterapii, w którym jawi się ona jako intratna inwestycja w siebie, podejmowana w celu autodefinicji, samoaktualizacji, udoskonalenia swoich możliwości, samorealizacji, „samourzeczywistnienia” oraz – najogólniej rzecz ujmując – podniesienia „jakości życia”1. Psychoterapia jest więc rozumiana dzisiaj przede wszystkim jako narzędzie umożliwiające pełne rozwinięcie własnego potencjału intelektualnego, emocjonalnego i motywacyjnego. Nie przypadkiem w drugiej połowie lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych grupa wpływowych propagatorów psychoterapii określała się mianem Human Potential Movement, a więc właśnie Ruchem (Rozwoju) Ludzkiego Potencjału. Od tamtych czasów (zwłaszcza w krajach Zachodu) stale wzrasta przekonanie o tym, że człowiek ma „prawo do szczęścia”, a przynajmniej do optymalizacji zewnętrznych i wewnętrznych2 warunków swojego życia (por. Jacyno 2007, s. 12). Na tak rozumianej psychoterapii skupiam się również w niniejszej książce.

Swoistym znakiem zapotrzebowania na różnego rodzaju specjalistów jest pokaźna liczba słów, które ich określają i które pojawiły się w komunikacji społecznej na przestrzeni ostatnich kilku, kilkunastu lat: eksperci, konsultanci, doradcy, opiniodawcy, mentorzy, specjaliści od public relations oraz coachingu, terapeuci, psychoterapeuci, wreszcie – filmoterapeuci. Profesje te – jak przedstawia Zygmunt Bauman – są symptomatyczne dla kultury indywidualizmu lub, trzymając się terminologii autora, dla ponowoczesności: „Czasy ponowoczesne są erą specjalistów od problemów tożsamości, uzdrowicieli osobowości, doradców małżeńskich, autorów poradników […] – samouczków nabierania pewności siebie, wywierania wpływu na innych i pozyskiwania sprzymierzeńców w obronie tożsamościowej fortecy. Jest ponowoczesność erą koniunktury na poradnictwo; dla jej oznaczenia ukuto angielskie wyrażenie counselling boom” (Bauman 2000, s. 307).

Na szczęście w wielu środowiskach (również doradców, a zwłaszcza psychoterapeutów) pojawiają się głosy ostrzegające przed pokładaniem zbyt dużego zaufania w psychoterapii, a także domagające się poddania jej ściślejszej kontroli (zob. Witkowski 2009). Wskazuje się charakterystyczne dla tego rodzaju pomocy niebezpieczeństwa: potencjalne sekciarstwo, nadmierną (i nie zawsze pożyteczną) psychologizację wielu problemów i dziedzin życia, a przede wszystkim – wątpliwość rezultatów oddziaływań psychoterapeutycznych3. W tym kontekście szczególną uwagę postanowiłam poświęcić amerykańskim poradnikom filmoterapeutycznym, które pojawiły się w powodzi książek do samopomocy (kompletnie zdominowawszy rynek związany z terapią filmem), chociaż nie dotarły (jeszcze?) do Polski. Uważam, że warto skupić krytyczną uwagę na tym zjawisku, gdyż „filmoporady” zawarte w tych opracowaniach są niejednokrotnie nie tylko bardzo powierzchowne (niezależnie od „przepisanego” filmu niewiele różnią się między sobą), ale także potencjalnie niebezpieczne. Zwraca na to uwagę między innymi Ursula S. Henningsson, szwedzka terapeutka wykorzystująca w pracy metody filmoterapii. Nie przebierając w słowach, stwierdza, że amerykańskie poradniki są „bardziej niż śmieszne”, a wielu psychoterapeutów pracujących tą metodą w Stanach Zjednoczonych nie ma podstawowych informacji na temat odbioru filmu i bardzo niewielu z nich jest znawcami kina: „większość osób pracujących z filmem to po prostu psychiatrzy, którzy lubią film. W związku z tym w znacznej części literatury powracają stale te same błędy” (Lundström 2008, s. 14). Największe jednak wątpliwości budzi sama procedura „przepisywania” filmów w tych poradnikach. Henningsson ironicznie wylicza: „Czy niedawno dowiedziałeś się, że jesteś adoptowany? Zobacz Uwolnić orkę! Masz problem z dojrzewaniem? Ze staniem się dorosłym? Zobacz Absolwenta!” (ibidem, s. 15). Anna Jędryczka-Hamera, psycholożka kliniczna, wykładowczyni arteterapii w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, która również wykorzystuje w swojej pracy film, wyjątkowo celnie odnosi się do tego zagadnienia: „Żaden psychoterapeuta, zwłaszcza rozumiejący wielopłaszczyznowe oddziaływanie kina, nie da […] takiej recepty, bo nie ma uniwersalnego sposobu dobierania filmów. To byłaby rada na poziomie rubryki z dziennika lokalnego” (Jędryczka-Hamera 2009, s. 46).

Nie tylko bowiem różne filmy na jednego pacjenta działają różnie i nie tylko jeden film na różnych pacjentów może działać zupełnie odmiennie – nawet ten sam film na tego samego pacjenta w różnych okolicznościach może zadziałać całkiem inaczej. Filmoterapia powinna zaczynać się zawsze od pacjenta – nie od filmu; farmakon użyty w niewłaściwy sposób może okazać się trujący.

*

Niniejsza książka, jak sugeruje tytuł, dzieli się na dwie zasadnicze części: teoretyczną i praktyczną. Pomiędzy znajdują się natomiast rozważania dotyczące doboru filmu do terapii, sytuujące się na pograniczu teorii i praktyki. Analizuję w tej części zagadnienia związane z filmem jako współczesną formą mitu, podejmuję problematykę gatunków filmowych najchętniej wybieranych do terapii przez psychoterapeutów, a także tych (niesłusznie?) przez nich pomijanych. Zwracam szczególną uwagę na fakt, iż wprawdzie niektóre dzieła w historii kina mają trwałą wartość uznawaną zarówno przez krytyków, jak i widzów, to jednak w filmoterapii „miernikiem” wartości filmu jest jego zdolność do poruszania wyobraźni widza, wzbudzania w nim prawdziwych emocji (Solomon 1995; Wolz 2005), zachęcania do refleksji i stawiania sobie pytań – co nie musi mieć (i często nie ma) związku z utrwalonym kanonem dzieł filmowych. Filmy zyskują wartość w momencie, gdy okazują się mieć szczególne znaczenie terapeutyczne dla jakiejś osoby, nawet jeśli nie przedstawiają większych walorów artystycznych. Z perspektywy filmoterapeuty prawdziwe przeżycie filmu przez pacjenta wynika najczęściej z faktu, iż „dostrzegł on siebie” na ekranie, porównał swoje życie z życiem bohaterów filmowych, dokonał inkorporacji idei, faktów i symboli, a przede wszystkim sytuacji, które wydały mu się jego własnymi albo przynajmniej mogłyby nimi być; kiedy reaguje na ekran jak na coś, co przedstawia prawdziwe życie, jak na pewne wielowymiarowe pole, na którym musi dokonywać własnych wyborów. Rzadziej wskazuje się natomiast na fakt, że silne przeżycie wynikać może z zupełnie innych elementów, takich jak chociażby muzyka czy inne komponenty estetyczne budujące atmosferę filmu. Wyjątkiem są filmy wyprodukowane przez fundację Auroratone (1946), których analizę przedstawiam w pierwszym rozdziale.

Rozdziały składające się na środkową część pracy mogą okazać się interesujące dla osób szukających inspiracji do prowadzenia zajęć filmowych i filmoterapeutycznych, zwłaszcza z młodzieżą. Być może – w połączeniu ze sprawozdaniem z badań, które przeprowadziłam i opisałam – rozważania te okażą się przydatne w pracy terapeutycznej i socjoterapeutycznej wykorzystującej narzędzie, jakim jest film.

W części teoretycznej, oprócz umieszczenia filmoterapii w obszarze kultury terapeutycznej i próby spojrzenia na filmoterapię z różnych perspektyw (społecznej, psychologicznej, filmoznawczej) oraz analizy poradników filmoterapeutycznych, dokonuję przeglądu pojęć, które – w moim przekonaniu – są kluczowe w konceptualizowaniu podstaw teoretycznych filmoterapii. Oczywiście, trudno byłoby ukazać w pełni dorobek akademicki w tym zakresie, jednak nie ma wątpliwości, że podejmując się zadania stworzenia podstaw teoretycznych filmoterapii, konieczne jest przybliżenie debaty, jaka miała miejsce w ramach psychologii odbioru filmu na temat emocjonalnego odbioru filmu przez widza, czy na temat fenomenu projekcji-identyfikacji oraz związanej z tymi pojęciami kwestii wrażenia realności w kinie.

Podstawowa teza teoretyczna, jaką stawiam, brzmi: projekcja-identyfikacja, która jest częścią reakcji emocjonalnych i poznawczych widza, stanowi czynnik umożliwiający i uaktywniający proces filmoterapeutyczny, natomiast wrażenie realności odgrywa w tym procesie kluczową rolę. Tezę o projekcji-identyfikacji zakładam jako główną i na niej opieram swój projekt badawczy – uważam bowiem, że badania pozanarracyjnych środków filmowych, czyli badania terapeutycznych możliwości tkwiących w innych elementach struktury dzieła filmowego, są tematem na inną pracę, której powinien się podjąć inny zespół badawczy. Celowo zrezygnowałam więc z filmoterapii posługującej się filmami abstrakcyjnymi, tak zwanymi wizualizacjami (które zwykle połączone są z odpowiednio dobraną muzyką). Taką filmoterapię – w moim przekonaniu – mogą badać jedynie lekarze neurolodzy, najlepiej we współpracy z muzykoterapeutami, ponieważ kulturoznawcy, pedagodzy czy filmoznawcy nie mają wystarczających kompetencji w tej dziedzinie.

W związku z tym, że w swoich rozważaniach skupiam się przede wszystkim na filmoterapii narracyjnej, niejednokrotnie korzystam z metod i koncepcji biblioterapii, a nie z założeń arteterapii związanej z mediami afabularnymi. Ale i w tym przypadku staram się uniknąć pułapki ślepego zapatrzenia w biblioterapię. Jest to bowiem temat bardzo obszerny i dobrze rozpoznany – nie widziałam więc potrzeby zbyt częstego odwoływania się do tekstów dotyczących tego rodzaju terapii. Założenia są podobne, staram się je wychwytywać, wychodzę jednak z założenia, że można zbudować podstawy teoretyczne filmoterapii przede wszystkim na bazie teorii filmu. Stąd tak wiele uwagi poświęcam wrażeniu realności, projekcji--identyfikacji, gatunkom filmowym oraz stylowi zerowemu.

Oczywiście, nie da się w filmie oddzielić narracji od innych elementów jego struktury, owa narracja jest bowiem wykuta z tych elementów. Nie oddzielimy przykładowo muzyki, ale elementy pozanarracyjne w opisywanych przeze mnie filmach zamknięte są w zbiorze stylu zerowego. Najprościej rzecz ujmując – filmy, które mają „zakłóconą”, nieprzezroczystą muzykę, nie znalazły się w zbiorze filmów terapeutycznych. W moim przekonaniu elementy pozanarracyjne nie tylko nie powinny przeszkadzać, powinny wręcz sprzyjać budowaniu mechanizmu projekcji-identyfikacji.

Ponadto w części teoretycznej opisuję skrótowo najważniejsze modele odbioru dzieła filmowego, zwracając szczególną uwagę na indywidualny wymiar aktywności odbiorczej. Zasadniczo, część pierwsza została pomyślana jako pewnego rodzaju wgląd w różne aspekty filmoterapii. Przybliżony jest więc nie tylko kontekst społeczny, ale i podstawowe zagadnienia związane z psychologią odbioru filmu, której przedmiotem jest recepcja dzieła filmowego przez widza (rozdział „Teoretyczne zagadnienia związane z odbiorem dzieła filmowego”). Celem teoretycznej części jest między innymi przedstawienie tej rozległej i niejednorodnej problematyki oraz wyjaśnienie pojęć, które w trzeciej, praktycznej części pracy odgrywają istotną rolę: począwszy od terminu „identyfikacja”, poprzez bardzo ważną w filmoterapii kwestię emocjonalnego odbioru filmu, cechy charakteryzujące widza filmowego aż po złożone pojęcie katharsis. W części tej starałam się pokazać, w jaki sposób pojęcia wywodzące się z teorii odbioru filmu mogą być przydatne w wyjaśnianiu metod filmoterapii.

Zagadnienie, które również wydało mi się zajmujące i w związku z tym poświęciłam mu szczególną uwagę, jest związane z pytaniem: Co do refleksji nad filmoterapią mogą wnieść aksjotycznie zorientowane nauki humanistyczne? Interesowało mnie bowiem to, jakie rozwiązania może wnieść perspektywa ujmująca człowieka jako żyjącego w świecie wartości. Wydaje się, że do pełniejszego zrozumienia procesu odbioru dzieła filmowego w filmoterapii należy wyjść poza jego psychologiczne i kognitywne ujęcie i zwrócić się właśnie w stronę aksjotycznie zorientowanych nauk humanistycznych, które starają się określać jednostkę w jej niepowtarzalności – jednostkę interpretującą, poszukującą sensu. W ślad za Marią Janion uważam, że humanistyka może interpretować i zmieniać świat; rozumieć go, uczyć rozumienia i ulepszać, a także „mogłaby przezwyciężyć dźwięczący w niej dziś dysonans między poznaniem i terapią […] pod warunkiem zaufania do rozumu, do wartości poznania pojętych jako wartości również moralne; samo poznanie wartości stałoby się wtedy terapią” (Janion 1982, s. 226).

W części praktycznej tezy i przekonanie amerykańskich badaczy (Solomon 1995, 2001, 2005; Wolz 2005; Hesley, Hesley 1998) o terapeutycznych możliwościach filmu poparłam, przynajmniej w pewnym zakresie, dowodem, jakim były kilkuetapowe badania empiryczne, na które złożyły się – w pierwszej fazie: projekcje filmów w dwóch młodzieżowych ośrodkach socjoterapii4, rozmowy na temat obejrzanych tytułów (zarówno grupowe, jak i indywidualne) oraz ankieta określająca upodobania filmowe wychowanków tych ośrodków, a także ankieta badająca poziom ich empatii, wypełniana przed badaniem i po zakończeniu zajęć5. W drugiej fazie: analiza i interpretacja materiału zebranego w czasie badań. Podstawowa teza, jaką stawiam w tej części, zawiera się w stwierdzeniu, że wskazywanie na wartości jest bardziej odpowiednie w przypadku młodzieży społecznie niedostosowanej niż wskazywanie powinności. W warstwie teoretycznej tej części swoje rozważania opieram na pracach z zakresu twórczej resocjalizacji, głównie na książce Marka Konopczyńskiego Metody twórczej resocjalizacji (2006); podzielam bowiem zdanie autora, że młodym osobom przejawiającym zachowania przestępcze można pomóc w sposób odmienny od utartych schematów resocjalizacyjnych.

Badani – wychowankowie ośrodków poprawczych, stygmatyzowani jako ci „inni”, którzy nie respektują i nie uznają wartości większości społeczeństwa – znajdują się w wyjątkowej sytuacji życiowej. Czują się w konflikcie z przyjmowanymi przez większość ludzi wartościami, które odbierają jako narzucane im autorytatywnie. Równocześnie próbują zrozumieć, nazwać, opisać i uporządkować własne uwikłania w świat wartości, odnaleźć się w chaotycznej przestrzeni moralnej. W tej części książki zostały między innymi przedstawione zagadnienia i problemy o charakterze etycznym, jakie pojawiły się w trakcie dyskusji po zakończeniu projekcji filmowych. Interesowało mnie przede wszystkim, czy i jak badani odnoszą je do własnych sytuacji życiowych, czy zaczynają interpretować je z odmiennej perspektywy oraz szerzej – jak fabuła filmowa staje się w oczach wychowanków inspirującą opowieścią o ich życiu, problemach egzystencjalnych, etycznych i moralnych.

Podejmując badania, zdawałam sobie sprawę z tego, że w układzie relacji między filmem a widzem nie można założyć jakiejkolwiek pewności, „czystości” łuku odruchowego bodziec–reakcja. Nawet po uchwyceniu jakiejś pozytywnej reakcji czy dodatniego wpływu filmów na wychowanków należało wziąć pod uwagę inne czynniki społeczne, które w korelacji z filmem mogły wpłynąć na modyfikację postawy życiowej, przekonań czy nawet na sposób postępowania. Od czasów badań Paula F. Lazarsfelda – przeprowadzonych w latach pięćdziesiątych – wiadomo chociażby, że równie silny wpływ, co sam przekaz (w tym przypadku film) może mieć tak zwany przywódca opinii, czy szerzej – grupa wzorotwórcza, najbliższe otoczenie.

Trudności, jakie napotykane są w badaniu odbioru filmu i zagadnień ściśle z nim związanych, wynikają przede wszystkim z indywidualnej niepowtarzalności każdego odbiorcy/widza/pacjenta. Hugo Mauerhofer stwierdził nawet niegdyś, że „doznanie filmu jest prawdopodobnie najbardziej indywidualne ze wszystkich doznań” (cyt. za: Helman 1992, s. 120). Kontakt z dziełem sztuki bowiem „wyzwala w odbiorcy mozaikę znaczeń opatrzonych kontekstem efemerycznych, trudnych do werbalizacji emocji, wzruszeń i przeżyć. Nawet najbieglejsi mistrzowie w konstruowaniu ankiety i prowadzeniu sondaży nie są w stanie poddać ich kwantyfikacji i wyrazić w miernikach ilościowych” (Malewski 1991, s. 39).

Dokładne określenie wpływu filmu na widza (na przykład na jego sukcesy, co jest szczególnie ważne w filmoterapii), czy choćby jego przybliżone sformułowanie, wydaje się niemożliwe. Obejrzanych treści nie da się bowiem użyć w sposób prosty, instrumentalny, precyzyjny – podobnie jak jakiegoś narzędzia. Wiele opowieści zapada w pamięć, tożsamość widza nadbudowuje się wokół nich, opowieści te stają się częścią jego wiedzy o sobie, świecie, częścią umiejętności osiągania celów i sukcesów. Odbierane w sposób indywidualny historie mają to do siebie, że się nie kończą, nie zamykają, trwają w reinterpretacjach i otwartych aporiach, mogą powracać w pamięci jako wrażenia, wspomnienia, impresje i na nowo zaskakiwać. Splatają się z innymi przenoszonymi przez widza treściami, które ciągle zdobywa w kontakcie z innymi tekstami (w dosłownym sensie – a więc czytanymi, oglądanymi, ale naturalnie również z „tekstami” społecznymi – innymi ludźmi). Tak więc spośród ogółu wpływów bardzo trudno jest wyodrębnić ten niewątpliwy wpływ filmu. Nie można z całą pewnością stwierdzić, że zauważone i ustalone w czasie terapii zmiany są wyłącznie skutkiem filmu. Z drugiej strony, niestwierdzenie takich zmian nie musi wcale oznaczać, że zmiany takie w ogóle nie nastąpiły lub nie wystąpią. Zmiany te mogą się „odłożyć” i ujawnić dopiero po pewnym czasie. Dodatkowo, nie zawsze są one wymierne i wyraźnie widoczne. Cały ten proces jest więc niezmiernie skomplikowany, a rezultat filmoterapii stanowi wypadkową bardzo wielu elementów. Sprawą otwartą pozostaje również problem trwałości zmian wywołanych tego typu terapią. Choć filmy mogą powodować trwałe pozytywne skutki6, wydaje się, że w wielu przypadkach jest to jednak efekt krótkotrwały. Reakcja emocjonalna wywołana przez film z reguły zanika dosyć szybko, gdyż widz po obejrzeniu filmu znajduje się w nowych sytuacjach, napotyka nowe bodźce i poddawany różnym nowym wpływom, może stać się, na przykład, coraz mniej gotowy do zrobienia czegoś, o czym jeszcze myślał, oglądając film.

A jednak psychoterapeuci dostrzegają w filmie ogromne możliwości, są przekonani o tym, że „to właśnie film” trwale pomógł ich pacjentom. Wiara ta wynika z tego, że dostrzegają oni w kinie medium, które odsłania to, co inaczej pozostałoby dla pacjenta w pewnym sensie niedostępne. Przekraczanie granic, próba spojrzenia na problem z innej perspektywy, jaką zapewnia film, gra istotną rolę w procesie samorozumienia, które jest tak ważne w terapii.

*

Choć w badaniu zastosowałam ankiety badające empatię, żeby sprawdzić możliwość rozwijania wrażliwości empatycznej w kontakcie z filmem, to jednak bardziej niż analiza tych ankiet i badanie dokładnych statystyk interesowało mnie, jakich przeżyć doświadczają w trakcie projekcji konkretnych filmów wychowankowie, co „robią” z treściami przekazywanymi przez obrazy, jakie nadają im znaczenia, który aspekt przedstawionej historii jest dla nich najistotniejszy, jak oceniają działania głównych bohaterów i dlaczego formułują takie, a nie inne oceny. Głównym przedmiotem mojego zainteresowania jest bowiem, jak już zasygnalizowałam, indywidualna i twórcza reakcja na film oraz grupowe negocjowanie znaczenia i opinii na temat obejrzanego obrazu.

Obrana przeze mnie metoda, która – przynajmniej w pewnym zakresie – umożliwia zmierzenie się z tak postawionym zadaniem, najbliższa jest badaniom fenomenograficznym, związanym z analizą znaczeń nadawanych pojęciom. Niektóre założenia tej metody pozwoliły mi więc uchwycić to, co było dla mnie najważniejsze. Perspektywa fenomenograficzna polega na rejestracji różnych sposobów „percepcji zjawisk, wyrażanych w pojęciach przez jednostki, a to pozwala na ustalenie obszaru znaczeń nadawanych przez ludzi zjawiskom zachodzącym w kulturze. Poprzez opisywanie różnych sposobów doświadczania świata przez jednostki dowiadujemy się, jakie znaczenia nadają ludzie otaczającemu ich światu i jak jest on przez nich rozumiany” (Bauman 2001, s. 304).

Świat fikcji filmowej (i nie tylko) może oddziaływać również na ocenę świata rzeczywistego, a także na ocenę, jaką wystawia widz samemu sobie. W efekcie procesu nakładania się na siebie dwóch światów, ich wzajemnego filtrowania, tworzone zostają bowiem nowe znaczenia i zmienia się nasze rozumienie rzeczywistości nas otaczającej oraz nas samych. Uchwycenie tych zmian i próba zrozumienia, w jaki sposób nadawane są znaczenia filmowi (i jaką rolę odgrywają w tym procesie wartości), a także historii, którą przedstawia oraz odniesienie tego do swojego życia, jest bardzo trudne, ale w pewnym zakresie możliwe.

W przypadku tego typu refleksji bardzo pomocna okazała się również metoda interpretacji dokumentarnej, która ma charakter refleksyjny i rekonstrukcyjny; ukazujące się w trakcie badań zjawisko jest interpretowane oraz znaczeniowo dookreślane. Moje podejście bliskie jest tej metodzie przede wszystkim w tym sensie, że nie dążyłam w pierwszej linii do weryfikacji uprzednio przyjętych hipotez i teorii, zależało mi głównie na dopuszczeniu do głosu badanych osób; przyjęłam ich codzienny sposób opisu rzeczywistości, dopiero później – na podstawie materiału zebranego w czasie badań – przeszłam na poziom interpretacji bardziej ogólnej, porządkującej i omawiającej ów materiał. Referując przebieg badania w trzeciej części książki, skupiłam się na tej drugiej fazie interpretacji.

Podejmując próbę analizy wypowiedzi najpierw grupy, a później poszczególnych wychowanków, starałam się wydobywać z nich przede wszystkim aspekty istotne dla rozważań o filmoterapii. Oczywiście, w pierwszej kolejności uwaga została skupiona na tym, co osoby biorące udział w zajęciach mówiły na temat obejrzanych filmów, jak je odbierały i jakie nadawały im znaczenia, natomiast równie ważne było uchwycenie nie tylko tego, co mówiły, ale również jak mówiły, w jakich przypadkach spontanicznie podejmowały narrację i jakie emocje temu towarzyszyły.

Badanie tego, jakie obiekty i wydarzenia podlegały silnej ocenie pozytywnej lub negatywnej pozwoliło pośrednio uchwycić również świat przeżyć wewnętrznych. „Przejście od interpretacji formułującej (immanentnej) do interpretacji refleksywnej (dokumentarnej) wyznacza również przejście od pytań typu: co?, do pytań typu: jak?. Należy tu rozróżnić, co jest tematem [wypowiedzi] i podlega interpretacji formułującej, od tego, jak dany temat zostaje rozpatrywany, w jakich ramach zostaje podjęty, w jakim modus operandi zostaje rozwinięty w wypowiedziach badanych. Podstawowym zadaniem interpretacji formułującej jest tematyczny podział tekstu, odkodowanie struktury całej wypowiedzi grupy lub jednostki” (Bohnsack 2004, s. 29).

Interpretacja formułująca bazuje na dosłownej analizie – zostaje zreferowane to, co zostało powiedziane. Natomiast interpretacja refleksywna przekracza ten poziom komentarza i zmierza do identyfikacji charakterystycznego, specyficznego sposobu, w jaki badane osoby podejmują konkretne tematy i jak je przeżywają, oglądając film. W skrócie można by ująć taki sposób postępowania mianem przejścia „od obserwacji – do interpretacji”. Ważna jest w tym wypadku analiza porównawcza, gdyż wzór orientacji (sposób, w jaki badani podejmują tematykę) uwidacznia się poprzez zestawienie z innymi przypadkami, gdzie te same zagadnienia zostały podjęte w różny sposób, chociażby ze względu na odmienne życiowe doświadczenie. Analiza porównawcza tworzy zatem zasadniczą heurystykę interpretacji dokumentarnej. Oczywiście, uwikłanie badacza interpretatora we własny punkt widzenia nie zostaje przez to automatycznie zawieszone, wydaje się zresztą, że nigdy nie jest to w pełni możliwe, ale przynajmniej zostaje – w pewnym zakresie – poddane metodologicznej konsekwencji, „kontroli”, „gdy wprowadzimy empirycznie weryfikowane odmienne przeciw-horyzonty (na przykład poprzez porównanie kontrastowych przypadków; poprzez stawianie pytania, jak tenże temat został przepracowany przez inną grupę, wewnątrz innych ram orientacji)” (ibidem, s. 30).

Oczywiście, własnością omawianej metody interpretacji jest obecność racjonalizacji post factum – na końcu trzeba było wyselekcjonować i uporządkować wyniki, które były już znane, tak aby działanie dało się spójnie opisać i zinterpretować. Analogicznie jak w innych badaniach rekonstrukcyjnych, tak i w dyskusji grupowej oraz indywidualnej, osoba prowadząca dyskusję powinna umożliwić „swobodny rozwój toku wypowiedzi, w sposób odpowiedni dla danego przypadku (grupy)” (Bohnsack 2004, s. 45). W praktyce oznacza to pozwalanie (i zachęcanie), by osoby biorące udział w dyskusji same podejmowały zagadnienia, które są dla nich najistotniejsze, tematykę „centralnych” przeżyć. Teresa Bauman podkreśla, że jeśli w wypowiedziach badanych systematycznie i uporczywie pojawia się jakiś problem czy wątek, to znaczy, że jest to ważne dla nich zagadnienie (Bauman 2001, s. 350). Natomiast warto pamiętać również o tym, że „niemała rola przypada też analizie tego, co nie znalazło się w omawianych przeżyciach, tych tematów oraz przestrzeni doświadczeń, które wydają się dla danej grupy obce, zostały przez nią pominięte” (Bohnsack 2004, s. 46).

Rekonstrukcja deklaracji młodzieży, z którą pracowałam, wymagała ponadto wglądu w strukturę ich życia i codziennego zachowania, które okazywało się nie zawsze zbieżne z wyrażanym wprost (na przykład w ankietach dotyczących empatii) brakiem zainteresowania światem wartości, uporczywą negacją praktycznie wszystkiego, odmową przyjęcia jakiejkolwiek strategii planowania swojej przyszłości, a nawet poruszania tego tematu. Okazało się między innymi, że wspólnie oglądane filmy spowodowały nie tylko rozładowanie napięcia7, ale również prowokowały twórcze dyskusje i zrzucanie masek, pod którymi skrywała się niejednokrotnie ogromna wrażliwość, niemożliwa jednak do zbadania poprzez ankietę. Samo przejście do refleksyjnej umiejętności mówienia o sobie i zadawania sobie pytań po projekcji odczytuję jako ogromny sukces wychowanków.

Inspiracje: Gorgona Meduza

Zanim przejdę do zreferowania stanu badań dotyczących zagadnienia filmoterapii, pozwolę sobie zacytować obszerny fragment z Teorii filmu Siegfrieda Kracauera, który kilka lat temu zainspirował mnie do rozważań na temat terapeutycznych możliwości filmu. Zdania te pomogą również podkreślić raz jeszcze, w jakim znaczeniu termin „terapia” będzie funkcjonował w niniejszej pracy. „Kino pozwala nam poznać świat, w którym żyjemy. Ukazuje zjawiska, które mają duże znaczenie. Stawia nas twarzą w twarz z tym, czego się lękamy. I nieraz każe nam konfrontować zdarzenia z życia z wyobrażeniami, jakie o nich żywimy. […] Uczyliśmy się w szkole o Gorgonie Meduzie, której twarz była tak okropna, że jej widok obracał ludzi i zwierzęta w kamień. Gdy Atena kazała Perseuszowi zabić potwora, ostrzegła go, by nie ważył się spojrzeć w twarz Meduzy, tylko patrzał w jej odbicie w wypolerowanej tarczy, którą mu dała. Posłuszny przestrogom bogini, Perseusz ściął Hermesowym Sierpem głowę potwora. Morał tego mitu jest oczywisty. Nie możemy widzieć oczywistych okropności, ponieważ nas oślepia paraliżujący strach; prawdę o nich możemy poznać tylko z obrazów, które je wiernie reprodukują. Owe obrazy nie mają nic wspólnego z imaginacyjnym oddaniem przez artystę niewidzialnej grozy, ale mają charakter odbicia w lustrze. Otóż ze wszystkich istniejących mediów tylko kino trzyma lustro przed naturą. Dlatego oczekujemy, że odbiją się w nim zdarzenia, które zamieniłyby nas w kamień, gdybyśmy się z nimi zetknęli w prawdziwym życiu. Filmowy ekran jest wypolerowaną tarczą Ateny. To nie wszystko. Mit mówi także, że obrazy na tarczy, czyli na ekranie są środkiem służącym do realizacji celu; mają pokazać – a w konsekwencji i nakłonić widza – by ściął głowę okropnościom, które odzwierciedlają. […] Być może, największym czynem Perseusza nie było ścięcie głowy Meduzy, lecz pokonanie strachu i spojrzenie w odbicie potwora w lustrze. Czy nie to właśnie pozwoliło mu unicestwić Meduzę?” (Kracauer 2008, s. 344–345).

Film nie jest jedynie fenomenem estetycznym; odbija świat, w którym żyje człowiek, jest również odzwierciedleniem problemów i niepokojów, których człowiek żyjący w świecie dóbr i wartości nieustannie doświadcza i nieustannie się z nimi zmaga, a które niejednokrotnie tak bardzo trudno nazwać, wyrazić. Film w takiej sytuacji może okazać się bardzo pomocny, może być jednym ze sposobów lepszego poznania siebie.

Mimo pewnych zagrożeń, które wiążą się z wykorzystywaniem filmu w psychoterapii, wynikających chociażby ze znaczących różnic w sposobie odbierania dzieł sztuki przez różnych ludzi, film posiada bardzo duży potencjał terapeutyczny – zwłaszcza jeśli będziemy rozumieć terapię przede wszystkim jako proces zdobywania wiedzy o sobie, umiejętności spojrzenia na swoje życie niejako z zewnątrz. Takie podejście do psychoterapii, jak zaznaczyłam wyżej, charakterystyczne jest dla nowego typu współczesnej świadomości i dominuje w dyskursie terapeutycznym. Podkreśla się (samo)rozwój potencjału człowieka w różnych sferach bytu i świadomości – intelektualnej, materialnej i duchowej – a także zdobywanie wiedzy dotyczącej samego siebie. Oczywiście, uzyskanie wiedzy, rozumienie na poziomie intelektualnym, nie jest jeszcze rozwiązaniem problemu, ale – jak podkreślają terapeuci – często bywa pierwszym krokiem w stronę zmiany. Natomiast dzięki sztuce filmowej wiedza ta odbierana może być w bardzo sugestywny sposób. Według Teresy Kołodziejskiej dzięki sztuce wiedzę odbiera się w formie nie tylko bardziej konkretnej, ale i w sposób bardziej wszechstronny niż posługując się językiem nauki: „Dzieje się tak dlatego, że po pierwsze, fikcyjna rzeczywistość dzieł artystycznych nawiązuje do rzeczywistości realnej, ukazując konkretne losy ludzi w konkretnych sytuacjach. Po drugie, percepcja dzieł sztuki oparta jest na emocjach, na przeżywaniu wartości estetycznych, na nawiązaniu uczuciowego kontaktu z postrzeganą rzeczywistością. Jest to zatem wiedza pogłębiona przeżywaniem i doznawaniem. […] Dzięki różnym interpretacjom świata w dziełach sztuki odbiorca pogłębia i poszerza wiedzę osobistą o różne prawdy dotąd mu nie znane, odkrywa nowe obszary rzeczywistości, do których być może bez sztuki by nie dotarł” (Kołodziejska 1995, s. 37).

Należy jednak pamiętać, że film sam w sobie nie jest lekarstwem, jak chcieliby niektórzy amerykańscy filmoterapeuci – potrzebna jest jeszcze rozmowa z terapeutą lub pedagogiem po projekcji; również filmoterapia nie jest terapią „samodzielną”, a jedynie elementem wspomagającym tradycyjny proces terapeutyczny. Nie ma jednej szkoły czy kierunku w psychoterapii, w ramach którego najczęściej wykorzystuje się dodatkowe narzędzie terapeutyczne, jakim jest film. Terapeuci często sięgają po to medium w celu uatrakcyjnienia terapii albo wówczas, gdy tradycyjne metody nie przynoszą rezultatów.

Stanislav Kratochvil, autor wielu opracowań dotyczących psychoterapii, zaznacza, że w przebiegu psychoterapii ujawniają znaczenie takie procesy, jak konfrontacja z trudnościami, samopoznawanie, katartyczne odreagowanie, otrzymywanie nowych informacji oraz uczenie się brakujących społecznych umiejętności (Kratochvil 2003, s. 19). Film może działać na zasadzie uaktywniania tych procesów: często bywa asumptem do podjęcia rozmowy z pacjentem, wspólnej interpretacji, poszukiwania i nadawania sensu swojemu życiu, odpowiadania sobie na pytanie „Kim jestem?”.

Stan badań

Kolebka filmoterapii

Kolebką filmoterapii są bez wątpienia Stany Zjednoczone. Wydaje się, że dotyczy to każdego rodzaju psychoterapii. Wszystkie wczesne formy terapii – Zygmunta Freuda, Carla Gustava Junga, Alfreda Adlera, Ottona Ranka czy Wilhelma Reicha – zostały stworzone w Europie i tu były przede wszystkim przedmiotem zainteresowania intelektualistów, w Ameryce natomiast od razu w tysiącach ludzi rozbudzały chęć poznania skuteczności leczenia w praktyce. Nowsze formy terapii, rozwinięte przez Karen Horney1, Ericha Fromma i innych, również w gruncie rzeczy dotarły do Stanów Zjednoczonych z Europy. A jednak to w właśnie w Ameryce wszelkiego rodzaju terapie zyskiwały rozgłos i niejednokrotnie uznawano je za oryginalny wytwór amerykański. We współczesnej psychoterapii (zwłaszcza w atrakcyjnych jej odmianach, chociażby w filmoterapii), jest wiele ze spektakularnych chwytów reklamowych, z barwności plastikowych opakowań (okładki poradników do autoterapii są niezwykle kolorowe, często utrzymane w komiksowej stylistyce), a zarazem coś z kryjących się w nich porad jednorazowego użytku, które są gotowe do natychmiastowego użycia. Jest w niej zatem niewątpliwie coś z amerykańskiego ducha rozmachu i pragmatyzmu, coś z łatwo dostępnej, niezwykle poręcznej prowizoryczności, która jednak – jak się okazuje – może być zaskakująco skuteczna.

W Ameryce psychoterapia była i nadal jest niezmiernie popularna, przy czym bardzo istotne jest to, że Amerykanie korzystają z pomocy terapeutów nie tylko wtedy, gdy cierpią na depresję, czy zmagają się z innymi poważnymi trudnościami, ale bardzo często również po to, by zrozumieć siebie, by lepiej pokierować własnym życiem, odnieść sukces. Amerykański psycholog i psychoterapeuta, Rollo May, stwierdził, że „typowy Amerykanin nie poddaje się terapii, aby się wyleczyć, lecz żeby znaleźć nowe życie, zmienić swój sposób życia. «Zmiana» to wielkie słowo w Ameryce, w które my nie tylko wierzymy, ale oddajemy mu także cześć. […] Zmiana, czy nazwie się ją opatrznością, czy też postępem, zawsze uznawana jest w Ameryce za coś dobrego. […] Nikt w tym kraju nie będzie usiłował zachować starego statusu” (May 1997, s. 87).

Dzisiaj słowa Maya nie dotyczą już tylko Amerykanów; moda na „wielkie zmiany” dotarła również do Europy, więcej – zmiana jest „jednym z głównych przesłań ideologii współczesności” (Żuk 2009, s. 21)2. Obsesyjna i kompulsywna zmiana, skonstatuje Zygmunt Bauman, jest istotą nowoczesnego sposobu myślenia, niezależnie od tego, czy ją będziemy nazywać „modernizacją”, „postępem”, „udoskonaleniem”, „rozwojem” czy „aktualizacją”. A gdy tylko opuścimy ręce i „przestaniemy majsterkować przy sobie i otaczającym świecie”, przestaniemy być „nowocześni” (Bauman 2007, s. 78).

Kiedyś korzystanie z pomocy psychoterapeuty było czymś wstydliwym, kłopotliwym, dzisiaj jednak człowiek korzystający z takiej formy wsparcia postrzegany jest jako ktoś, kto bierze odpowiedzialność za siebie we własne ręce, komu zależy na własnym życiu, kto podejmuje starania o szczęście, zdrowie, wolność, samospełnienie, rozwój, samoświadomość i autoekspresję (por. Jacyno 2007, s. 13)3. Więcej nawet – rezygnacja z pomocy terapeutów „traktowana bywa jako grzech, zaniedbanie i ignorancja, jako niedojrzałość w ocenianiu swoich możliwości” (Kargulowa 2004, s. 184; por. Drabik-Podgórna 2010, s. 94–95).

Nie tylko jednak w wyniku dominacji kultury terapeutycznej i swoistej mody na psychoterapię, która przyszła do Europy ze Stanów Zjednoczonych, coraz więcej ludzi nie odczuwa już obawy przed przystąpieniem do procesu psychoterapii (i przyznaniem się do tego). Wydaje się, że sporą rolę w tej przemianie odegrał fakt, iż do różnego rodzaju trudności psychicznych (na przykład depresji, różnych nałogów) przyznają się osoby z elity artystycznej, naukowej czy politycznej. Spory udział w kreowaniu mody na rozmaite terapie mają również media, szczególnie zaś popularne hollywoodzkie filmy (Dziennik Bridget Jones [2001], Bridget Jones: W pogoni za rozumem [2004], Depresja gangstera [1999], Nawrót depresji gangstera [2002]) oraz seriale telewizyjne, takie jak chociażby Ally McBeal (1997–2002) i Detektyw Monk (2002–2009), czy bijący rekordy popularności serial Rodzina Soprano (1999–2007). Bohaterów wymienionych tytułów łączy to, że korzystają z pomocy psychoterapeutycznej lub z przeróżnych przewodników i poradników samopomocowych, a przy tym są osobami na wysokich stanowiskach (na przykład Ally McBeal jest prawniczką) albo ludźmi, których naprawdę trudno wyobrazić sobie jako pacjentów gabinetu psychoterapeutycznego (gangster). Warto przypomnieć również filmy, takie jak Niezamężna kobieta (1978) Paula Mazursky’ego, Zwykłych ludzi (1980) Roberta Redforda czy Buntownika z wyboru (1998) w reżyserii Gusa Van Santa, które pokazują, że terapia może przynieść wiele korzyści.

Pionier (?) filmoterapii: Movie Doctor, Gary Solomon

W 1995 roku Gary Solomon, psychoterapeuta z Portland4, wydał książkę The Motion Picture Prescription. Watch This Movie and Call Me in the Morning. 200 movies to help you heal life’s problems, czyli – w wolnym tłumaczeniu – „Recepta ruchomego obrazu. Obejrzyj ten film i zadzwoń do mnie rano. 200 filmów, które pomogą ci wyleczyć się z życiowych problemów”5. W poradniku tym Solomon dał do zrozumienia, że wcześniej nie napisano nic na temat terapii filmem, w związku z czym ogłasza się pionierem w tej dziedzinie6. W jednym z wywiadów stwierdził: „Jakiś czas po tym, jak zacząłem stosować filmy jako narzędzia terapeutyczne, wybrałem się do księgarni, żeby kupić książkę dotyczącą tego zagadnienia. Uznałem za oczywiste, że ktoś napisał książkę o terapeutycznej wartości filmów. A jednak! Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, nie było żadnej publikacji na ten temat. Korzystając ze swojej akademickiej wiedzy dotyczącej określania stanu badań, przeprowadziłem «śledztwo» w Arizona State University i również niczego nie znalazłem” (Solomon 2001, s. 8).

Wiedza Solomona o wyszukiwaniu źródeł nie jest jednak kompletna, gdyż badania dotyczące terapeutycznych możliwości filmu mają już dosyć długą tradycję. W zasadzie od 1945 roku pojawiają się w Stanach Zjednoczonych różnorodne publikacje podejmujące to zagadnienie. Pierwsze badania i ich szczegółowe opisy znajdujemy tuż po drugiej wojnie światowej w „Journal of Clinical Psychology” (1946a, s. 333–340) oraz w „Sociometry” (1946b, s. 86–89). Już w tych pierwszych opracowaniach pojawiają się sformułowania „psychoterapia filmem” i „lecznicza moc filmów”. Charakterystyczne dla tych pierwszych badań – i szczególnie warte podkreślenia – są precyzja oraz zaangażowanie badaczy w swoją pracę, jak i szczegółowość opisu ich działań. W relacjach z późniejszych badań (zwłaszcza podejmowanych w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych) tej wnikliwości już brakuje. Warto przyjrzeć się bliżej tym pierwszym opracowaniom, co oczywiście uczynię, natomiast rzeczywiście trudno pojąć fakt, iż Solomon mógł uznać, że przed nim nikt nie dostrzegł terapeutycznych możliwości kina, tym bardziej że w Stanach Zjednoczonych nazywany jest powszechnie „ojcem filmoterapii”. Nawet jeśli psychoterapeuta stwierdził, że filmy abstrakcyjne (opisywane w pierwszych pracach) nie mają wiele wspólnego z filmoterapią, jaką on stosował od „jakiegoś czasu” w swojej pracy terapeutycznej, stawiając przede wszystkim na fabułę, a liczne publikacje dotyczące arteterapii (zwłaszcza biblioterapii) nie przykuły jego uwagi, to jednak trudno zrozumieć, jak mógł przeoczyć klasyczne opracowanie z 1990 roku, w którym badaczki Linda Berg-Cross, Pamela Jennings i Rhoda Baruch szczegółowo opisały i zdefiniowały pojęcie filmoterapii.

Pominąć można już fakt, że problematyka wpływu filmu na odbiorców – zarówno jego oddziaływania negatywnego, jak i pozytywnego – stanowiła przedmiot zainteresowania psychologów oraz socjologów niemal od początków istnienia kina, a wypowiedzi wiążące film z terapią można znaleźć w wielu opracowaniach (Bayer 1947, s. 33). Swój udział w wyjaśnianiu tych związków, a szerzej – mechanizmów związanych z odbiorem filmu, mieli w pierwszym rzędzie psycholodzy, szczególnie zaś ci o orientacji psychoanalitycznej. Temat ten, częściej podejmowany w latach siedemdziesiątych, znów stał się obiektem sporego zainteresowania badaczy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Co istotne, na pierwsze miejsce w tych rozważaniach wysuwała się funkcja interwencyjna, wspierana przez poszukiwania wymiernych korzyści, jakie daje obcowanie z filmem, w tym również korzyści leczniczych.

Współcześnie można zaobserwować pewną zmianę orientacji badawczej. Nie kładzie się zbyt dużego nacisku na podświadomie przyswajane treści – eksponuje się raczej twórczą aktywność widza i jego świadome wybory, których dokonuje podczas oglądania filmu. Na zmianę tę niewątpliwie miał wpływ rozwój kognitywnej teorii filmu (zob. Ostaszewski 1999a; Ostaszewski 1999b; Ostaszewski 2007; Zalewski 2003, s. 15–82).

Niezależnie jednak od orientacji badawczej, wiara w siłę oddziaływania filmu zawsze była bardzo duża – w ujęciu wielu badaczy był on modelem poznania, modelem zachowań społecznych, zdawano sobie doskonale sprawę z tego, że niesie w sobie ogromny potencjał. Wskazywano na fakt, że film jest sztuką może nie zawsze wartościową, ale zawsze w pełni żywą, przywracającą więź między twórczością i odbiorem: „Kino przywraca dynamiczną więź między tworzeniem i konsumpcją artystyczną, więź, która […] tak bardzo rozluźniła się, jeśli nie została zupełnie zerwana, w wielu innych dziedzinach twórczości artystycznej. Czy nam się podoba, czy nie, właśnie kino – wyraźniej niż jakikolwiek inny czynnik – kształtuje opinie, smak, język, ubiór, zachowania i nawet fizyczny wygląd publiczności, obejmującej ponad 60% mieszkańców ziemi” (Panofsky 1972, s. 129).

Pierwsze badania (1946)

W 1946 roku na łamach czasopism „Journal of Clinical Psychology” oraz „Sociometry” ukazały się prace opisujące przebieg leczenia filmami żołnierzy cierpiących na depresję. Pierwsza z nich nosi tytuł: Auroratone Films for the Treatment of Psychotic Depressions in an Army General Hospital, druga: Motion Picture Psychotherapy of Psychotic Depressions in an Army General Hospital. Jak zaznaczają ich autorzy, którzy jednocześnie są pomysłodawcami i wykonawcami eksperymentu, filmy były wykorzystywane wcześniej w różnych placówkach jako forma rozrywki i szkolenia, dopiero jednak po drugiej wojnie światowej zaczęto wykorzystywać je jako narzędzia w psychoterapii. Najważniejszym celem eksperymentu była obserwacja efektów, jakie wywołały te filmy w zachowaniu pacjentów cierpiących na psychotyczną depresję, wyjaśnienie reakcji na pokazywane obrazy i zbadanie ich możliwości leczniczych. Rubin i Katz przede wszystkim zwracają uwagę na fakt, że terapia filmem stosowana była jedynie jako dodatek do tradycyjnej psychoterapii i jej uzupełnienie, a nie jako jej substytut: tam, gdzie było to konieczne, leczenie zawierało dodatkowo osobiste wywiady i udział w specjalnym programie terapeutycznym. Takie podejście w stosowaniu filmoterapii dominuje do dzisiaj – w terapii wykorzystuje się filmy w połączeniu z tradycyjnymi metodami terapeutycznymi, a psychoterapeuci podkreślają, że wartość terapeutyczna zależy od skuteczności wybranej metody ogólnej: „filmoterapia jest pomyślana jako narzędzie pomocnicze. Jeśli ogólna metoda, w ramach której sięga się po filmoterapię pomaga w rozwiązywaniu poważnych problemów, wykorzystanie filmów może jedynie wspomóc ten efekt” (Wolz 2004, s. 44).

*

W sierpniu 1945 roku szpital wojskowy w Cleveland (Ohio) otrzymał od fundacji Auroratone zestaw filmów7 do celów „eksperymentalnych”. Filmy te zostały wymyślone i zrealizowane przez Cecila Stokesa, założyciela i szefa fundacji, i można by je opisać jako abstrakcyjne, „impresjonistyczne” kolorowe wzory ciągle zmieniające swoje kształty, łagodnie mieszające się ze sobą w synchronizacji z muzyką: „wielopostaciowe, krystaliczne formy, zmieniane w synchronizacji z powolną i stonowaną, uspokajającą muzyką”. Dzisiaj na określenie tego typu obrazów stosuje się często termin „wizualizacje” i również, choć sporadycznie, wykorzystuje się je w psychoterapii8. Autorzy artykułów wskazują konkretne tytuły utworów muzycznych wykorzystywanych podczas badań: Clair de Lune, grany przez Andrego Kostelanetza i jego orkiestrę; Going My Way, Home on the Range i Ave Maria śpiewanych przez Binga Crosby’ego9; The Lost Chord (solo na organy); I Dream of Jeanie with the Light Brown Hair (solo na organy) (Rubin, Katz 1946a, s. 333; Rubin, Katz 1946b, s. 86).

W każdym zestawie filmów (a zaprezentowano ich sześć) muzyka pasowała tematycznie do obrazów. Na przykład utwór muzyczny Home on the Range był połączony ze szkicami przedstawiającymi amerykańską prerię, natomiast podczas pieśni Ave Maria wyświetlano obrazy przywodzące na myśl ołtarz i kościelne witraże, jednakże w obrazach tych dominowały abstrakcyjne, kolorowe, płynne wzory. Pokaz trwał około trzydziestu minut.

Co najmniej od czasów Platona twierdzono, że sztuki nieprzedstawieniowe, takie jak muzyka, wywołują bezpośredni efekt emocjonalny – jedna tonacja wyzwala pobudzenie, inna spokój i nastrojowość. Platon, świadomy siły emocjonalnego oddziaływania muzyki, pisał w Państwie, że rytm i harmonia „najmocniej się czepia duszy, przynosząc piękny wygląd; potem się człowiek pięknie trzyma” (Platon 1994, s. 134). Okazuje się, że również film eksperymentalny, będący połączeniem muzyki i abstrakcyjnych obrazów, zawiera motywy treściowe zdolne przyczynić się do powstania określonych emocji.

Dzisiejsza filmoterapia, oparta w przeważającej mierze na filmach fabularnych opowiadających konkretne historie, rzadko nawiązuje do doświadczeń z lat czterdziestych. Tymczasem eksperyment przeprowadzony przez Rubina i Katza pokazuje, jak duży związek może mieć styl z efektem emocjonalnym. Jeżeli spróbujemy oddzielić sposób, w jaki został „ubrany” film od jego treści, to definicja stylu mogłaby być wywiedziona z form artystycznych, na które zdecydowali się twórcy spośród całej palety potencjalnych możliwości przedstawiania, przy czym rola ekspresji artystycznej w doświadczaniu sztuki byłaby szczególnie ważna w sztuce abstrakcyjnej, dekoracyjnej, czy muzyce (por. Ostaszewski 2006, s. 167).

W filmach wyprodukowanych przez fundację Auroratone zasadniczą rolę odgrywa właśnie czynnik estetyczny, szczególnie zaś rytm: harmonijny rytm relacji, który wywołuje estetyczne wzruszenie, a nawet bardzo głębokie przeżycie – autorzy badania mówią wręcz o epifanii. Istotne są również sugestywne motywy religijne wykorzystane w filmach. „Pewne wizje bądź żywe obrazy działają na nas niemalże automatycznie, dają się fizycznie odczuć w organach naszych ciał. Żywe obrazy to ustawiona w jakiejś scenerii figura bądź kilka figur, odgrywających jakąś pierwotną scenę, którą odbieramy intuicyjnie, na niemalże zwierzęcym poziomie. Tradycja może obciążać taką scenę pewnym emocjonalnym ładunkiem. Ostatnia Wieczerza, wizerunek Madonny z Dzieciątkiem, Pietà ukazująca Matkę Boską trzymającą w ramionach umarłego syna – wszystkie te religijne obrazy mają ogromny ciężar emocjonalny” (Vogler 2010, s. 406).

Potrzeby takie jak zapomnienie o swoich problemach i doznawanie różnorodnych wrażeń zmysłowych (zwłaszcza harmonijnych, łagodnych) oraz rozładowanie i złagodzenie bolesnych napięć i urazów, mogą być – przynajmniej częściowo – zaspokajane już przez samo oddziaływanie układów formalnych: określonych zestrojów słów, dźwięków, rytmów, melodii, barw, kształtów, ruchów (Dziemidok 1976, s. 99; Ossowski 1966, s. 348). „Układy te bowiem mogą dawać odprężenie, odświeżać wewnętrznie i wywoływać różnorodne wrażenia, nastroje, uczucia, a nawet refleksje. Widać to najwyraźniej w przypadku muzyki, której katartyczne możliwości dostrzegli już pitagorejczycy”10(Dziemidok 1976, s. 99–100).

*

Ponieważ wcześniej nie było żadnych opracowań na temat wpływu filmów na pacjentów szpitali psychiatrycznych, zdecydowano, by pokazywać filmy fundacji Auroratone osobom cierpiącym na różne schorzenia. Podczas wstępnej obserwacji zauważono, że pacjenci maniakalno-depresyjni w stanie przygnębienia doświadczali katharsis i wydawało się, że czerpią wiele korzyści z projekcji. Następnie przeprowadzono dogłębne badania nad efektami tych pokazów na grupie dziesięciu pacjentów cierpiących na depresję. Podczas całego trwania eksperymentu i prowadzonych obserwacji filmy były pokazywane pacjentom zawsze w małych grupach (liczących do dziesięciu osób), a sesje odbywały się dwa – trzy razy w tygodniu. Obserwacją efektów, jakie filmy wywierały na pacjentach, zajmowali się psycholodzy oraz psychiatrzy. Jak już wspomniałam, projekcje nie zastępwały zwyczajnego leczenia i psychoterapii, lecz były jedynie dodatkiem. Po pokazach psychiatra przeprowadzał grupową dyskusję. Obserwacje ujawniły szereg typowych wzorców zachowań pacjentów, które autorzy podsumowali w następujący sposób: „Większość pacjentów wykazywała intensywny odbiór zarówno warstwy wizualnej, jak i dźwiękowej. Taki natężony odbiór odnotowywano nawet po kilkunastu projekcjach tych samych zestawów filmów. Dla większości pacjentów okres skupienia podczas projekcji był znacznie wydłużony w porównaniu do umiejętności skupienia się w trakcie trwania klasycznej psychoterapii. Skupienie wydłużało się ponadto z projekcji na projekcję. Podczas pokazów pacjentów ogarniało fizyczne odprężenie; nawet u poruszonych i zdenerwowanych pacjentów zaobserwowano stopniową relaksację w trakcie trwania projekcji. Standardowe fenomeny ruchowe takie, jak drżenie rąk, uderzenia części ciała oraz tiki nerwowe, stawały się mniej intensywne lub całkowicie zanikały. Wielu pacjentów płakało w trakcie oglądania niektórych filmów, zazwyczaj podczas kilku pierwszych projekcji. Fragmenty, które najczęściej wywoływały efekt katartyczny, to te z muzyką Home on the Range, The Lost Chord i Ave Maria. Dwa ostatnie mają zdecydowanie religijne konotacje. Niektórzy pacjenci reagowali na tę muzykę w sposób bardzo emocjonalny, na przykład głośno szlochali – nawet podczas kolejnej projekcji tego samego filmu. Przede wszystkim, większość pacjentów po projekcji filmów stała się bardziej otwarta i przyjaźnie nastawiona do personelu szpitala. Według autorów płacz dostarczył emocjonalnego katharsis, które spowodowało, że pacjenci stali się bardziej swobodni i szczerzy w indywidualnej i grupowej psychoterapii. Osoby, które wcześniej były psychicznie zablokowane, miały problemy z mówieniem, stopniowo nawiązywały bliższe relacje z psychiatrą i swobodnie odpowiadały na pytania. Autorzy na tej podstawie uznali, że zastosowanie filmów w psychoterapii jest dodatkowym, bardzo wymiernym czynnikiem wspierającym proces leczenia” (Rubin, Katz 1946a, s. 336).

Autorzy szczególnie mocno akcentują rozluźnienie pacjentów, większą swobodę ich wypowiedzi oraz ogólną otwartość, które miały wpływ na to, że bezpośrednio po projekcji psychiatrzy byli w stanie nawiązać z nimi indywidualny kontakt. Jak podkreślają Rubin i Katz, swobodniejsze odpowiedzi pacjentów oraz ich naturalne, „zdrowe” reakcje, były – przede wszystkim – rezultatem utraty ich wymagań (krytycyzmu) w stosunku do siebie, co zostało uzyskane poprzez rozładowanie napięć. Pacjenci reagujący początkowo w sposób subtelny (łzy w oczach, drżenie ust), po zapewnieniu ze strony lekarzy, że jak najbardziej mogą okazywać swoje emocje, płakali i głośno szlochali, oczyszczając się z negatywnych uczuć.

Warto zaznaczyć, że w opisie badań znalazła się niezwykle szczegółowa charakterystyka wszystkich pacjentów biorących udział w terapii (zostały odnotowane zarówno pytania psychiatrów, jak i odpowiedzi, których udzielali na nie pacjenci). Gdyby pokusić się o wyróżnienie cech charakteryzujących zachowanie większości pacjentów przed psychoterapią wykorzystującą film jako dodatkowe narzędzie terapeutyczne, byłyby to bez wątpienia: zagubienie, przygnębienie, rozkojarzenie, niepewność, halucynacje, napady płaczu, regresje typu dziecięcego, zaburzenia mowy, zamknięcie się w sobie, oskarżanie się o brak odwagi. Natomiast po każdorazowej projekcji, według relacji Rubina i Katza, pacjenci byli stopniowo coraz mniej przygnębieni, bardziej aktywni i otwarci. Podczas samych pokazów byli bardzo skupieni (choć przed projekcją większość była nastawiona do tych zajęć sceptycznie). Szczególne poruszenie wywoływały obrazy połączone z utworem Ave Maria, pacjenci określali je mianem „piękne”, „poruszające”, „odprężające”.

Psychiatrzy ponadto zadawali pacjentom w stanie hipnozy pytania dotyczące tych filmów: „Psychiatra [podczas hipnozy]: «Jak czujesz się po obejrzeniu filmów?» – «Od kiedy zaczęliśmy oglądać te filmy, dlaczego… wygląda na to, że mają niezwykły efekt relaksujący, czujesz się dużo lepiej po słuchaniu muzyki… widząc te wszystkie kolory, to naprawdę piękne. To ma wartość estetyczną, której nie da się powielić sztucznie… To jest relaksujące. Po prostu o tym nie myślisz. Kombinacja kolorów jest już na pierwszy rzut oka bardzo dobra… Uspokajasz swoje nerwy… nie ma zdenerwowania…» Psychiatra: «Czy powiedziałbyś, że podczas oglądania filmów czujesz mniej więcej to, co teraz [podczas hipnozy – M. K.]» – «Odprężenie jest takie samo, owszem. To rodzaj abstrakcyjnego odprężenia, nawet twój umysł jakby odchodzi i odpręża się. Tak jakbyś nie myślał». Psychiatra: «Jaka była twoja reakcja, kiedy pierwszy raz obejrzałeś filmy?» – «To po prostu piękna muzyka i obrazy… Czułem ulatniające się napięcie, po prostu patrzyłem na ekran. Po prostu pływający ruch muzyki»” (Rubin, Katz 1946a, s. 338).

Rubin i Katz opisują wnioski płynące z badań w następujący sposób: „Kiedy pacjenci zostali poddani działaniu filmów fundacji Auroratone, zostały otwarte dwa kanały prowadzące do ich wewnętrznego życia: dźwiękowy i wizualny. Wcześniej reagowali w chorobliwy sposób na poruszenie tematów, które ich dotyczyły, widzieli wszystko w ciemnych barwach, byli skupieni tylko i wyłącznie na smutku. Poprzez odwoływanie się do ich przygnębienia możliwe było nawiązanie porozumienia dotyczącego tego właśnie nastroju. W czasie «otwarcia» pacjentów możliwe również było ustanowienie nowych wzorców skojarzeń. Gdy stawali się bardziej otwarci, mogli dać ujście swoim napięciom wynikającym z konfliktów i frustracji, które powodowały u nich anormalne zachowanie. Dlatego też przez wystawienie na wolną, delikatną i nieco smutną muzykę oraz wolno ruszające się, kolorowe, rozmazujące się wzory możliwe było odwołanie się do depresyjnego nastroju pacjentów, a podczas gdy się otwierali, zachodziło w nich emocjonalne katharsis. Prowadziło to do większej podatności na terapię sugestywną. W takich warunkach mogły być wprowadzone nowe i bardziej pożądane idee, mogły być również rozwijane – w celu przyśpieszenia rehabilitacji – wymagania wobec pacjentów” (Rubin, Katz 1946a, s. 339).

Wśród ograniczeń tych badań można wymienić: niską liczbę pacjentów objętych badaniem, stosunkowo krótki czas trwania i ograniczoną liczbę dostępnych filmów. Pokazy filmów nie były porównywane z innymi metodami leczenia, lecz traktowane jako jeden z jego elementów. Jednak warte podkreślenia jest to, że kontakt z filmami uczynił pacjentów bardziej otwartymi na tradycyjną psychoterapię. „Nasze badanie wykazało, że filmy wyprodukowane przez Auroratone odniosły korzystny wpływ na osoby cierpiące na depresję. Filmy te dostarczyły im: 1. emocjonalnego katharsis; 2. «wentyla» do rozmyślania; wolnego, swobodnego ujścia myśli, jakie ma miejsce np. w hipnozie czy podczas snu; 3. pozwoliły uzyskać większe zaufanie pacjentów w stosunku do psychoterapii; 4. dały pacjentom poczucie samo-gratyfikacji podstawowych pragnień” (ibidem).

Stosowanie filmów terapeutycznych, takich jak wizualizacje stworzone przez Auroratone, będących połączeniem muzycznych i wizualnych bodźców, wskazało na nowe ścieżki w docieraniu do chorych pacjentów poprzez wykorzystanie abstrakcyjnych filmów zarówno w indywidualnej, jak i grupowej psychoterapii. Jednak, jak sygnalizowałam wyżej, współczesna filmoterapia poszła inną, „narracyjną” drogą.

Pierwsza definicja (1990)

Termin „filmoterapia” został po raz pierwszy zdefiniowany w artykule Cinematherapy: Theory and Application opublikowanym w 1990 roku na łamach „Psychotherapy in Private Practise” (Berg-Cross, Jennings, Baruch 1990, s. 135–156). Od razu warto zaznaczyć, że w literaturze anglojęzycznej występuje kilka wersji tego terminu: cinematherapy, cinema therapy, cinetherapy, movie therapy, reel therapy oraz video work, natomiast w Polsce można spotkać się z dwoma nazwami: „filmoterapia” oraz „kinoterapia”. W swoich rozważaniach posługuję się terminem „filmoterapia”, gdyż terapia filmem nie ogranicza się jedynie do oglądania „przepisanych” obrazów w kinie; pacjent najczęściej ogląda filmy w domu lub w gabinecie psychoterapeutycznym. Oczywiście, można rozumieć sformułowanie „kinoterapia” jako leczenie kinem, które nie odnosi się do miejsca, a do „kina w ogóle”, ale w moim przekonaniu termin „filmoterapia” jest bardziej adekwatny.

Autorki pierwszego opracowania, psycholożki, określenie cinematherapy zdefiniowały jako „terapeutyczną technikę polegającą na doborze przez terapeutę filmów, które klient11 ogląda sam lub ze wskazanymi osobami. Dany film może być dobrany z zamierzeniem odniesienia bezpośredniego wpływu terapeutycznego na klienta lub może być wykorzystany jedynie jako bodziec służący dalszym oddziaływaniom podczas sesji” (ibidem, s. 135).

Badaczki położyły nacisk na fakt, iż na filmoterapię składa się również terapeutyczna dyskusja na temat obejrzanego filmu, a nie tylko sama projekcja czy „przepisanie” filmu. Zaznaczają również – podobnie jak Rubin i Katz – że filmoterapia nie zastępuje terapii, lecz jest jedynie techniką uzupełniającą, wspomagającą, którą dobrze jest stosować w celu lepszego wglądu pacjenta w siebie oraz w celu jego optymalnego rozwoju. Takie podejście podziela większość amerykańskich psychologów (Hesley, Wolz, Peake). Również na polskim gruncie można znaleźć podobne spostrzeżenia: „Kinoterapia jest przedłużeniem zwykłej terapii. Po głównej rozmowie pytam o preferencje filmowe i proponuję obraz, którego tematyka podobna jest do aktualnej sytuacji danej osoby. Przy następnym spotkaniu o tym rozmawiamy. Dwie osoby mogą go odebrać zupełnie inaczej, a najcenniejsza będzie wymiana myśli. Psycholog często pyta pacjenta, co on zapamiętał z filmu, na co zwrócił uwagę. Może się zdarzyć, że ktoś ma zaburzone postrzeganie, skupia się na przykład na jednym, często pobocznym i mało istotnym, epizodzie. Nie jest gotowy na przeanalizowanie zaproponowanego przez twórcę punktu widzenia. Terapeuta może to wykorzystać jako wstęp do głębszej pracy nad poprawą funkcjonowania pacjenta w rzeczywistości. On może być przekonany, że jest w sytuacji bez wyjścia. Filmoterapeuta może znaleźć filmowe przykłady tych, którzy sobie poradzili” (Jędryczka-Hamera 2009, s. 46).

To właśnie w takim znaczeniu, jakie zaproponowały autorki artykułu z 1990 roku, używa się dzisiaj przede wszystkim terminu „filmoterapia”, chociaż znana jest również „filmoterapia czynna”12, aktywna, polegająca na tworzeniu przez pacjentów swoich własnych filmów. Ważne jest w tym przypadku rozróżnienie na filmoterapię indywidualną (autoterapię) i grupową13, stosowaną na przykład w szkołach i ośrodkach terapii. Głównym celem takiej terapii jest próba rozwiązania swoich problemów w sposób kreatywny, rozwój i samorealizacja, a także opowiadanie o sobie oraz uzewnętrznianie uczuć w sposób pośredni, a tym samym – bardziej bezpieczny. Lawrence Lessig w Wolnej kulturze przywołuje przykład projektu, który zrealizowano w jednej ze szkół w Los Angeles, wprowadzając tam program, który dał dzieciom szansę wypowiedzenia się o ważnych dla nich sprawach za pomocą filmu: „Zajęcia odbywały się w piątkowe popołudnia, a mimo to powstał niespotykany w tej szkole problem. Zwykle kłopot polegał na tym, jak zachęcić dzieci do przychodzenia do szkoły – tym razem z trudem można było je przed tym powstrzymać. […] Pracowały ciężej niż pozostałe klasy, robiąc coś, co jest sednem edukacji – uczyły się wyrażania siebie” (Lessig 2005, s. 63).

Autor odwołuje się też do znacznie większej inicjatywy – „Just Think”. W San Francisco szkolne autobusy wyposażone w odpowiedni sprzęt do robienia filmów odwiedzają co roku ponad trzydzieści szkół i dają wielu dzieciom szansę nauczenia się tworzenia filmów. Lessig zwraca uwagę na to, że potrzebny do tego sprzęt staje się z roku na rok coraz tańszy, a efekty tej pracy – autokreacja, samorealizacja, poszukiwanie swojej autonomii i uzewnętrznianie uczuć – są bezcenne.

Zdarza się, że niektórzy reżyserzy określają swoją twórczość, lub poszczególne dzieła, mianem „osobistej filmoterapii”. Przykładem może być film Tarnation (2003) Jonathana Caouette’a ukazujący dziewiętnaście lat z życia filmowca, który przyznaje przed kamerą, że kino nie tylko było od zawsze jego największą pasją, ale przede wszystkim sposobem na radzenie sobie z rzeczywistością za pomocą jej rejestrowania: „kamera była dla mnie rodzajem broni, która pomagała mi kontrolować otoczenie, ale także bronić się przed nim i odciąć się od otaczających mnie okropieństw. Odkąd pamiętam, zawsze chciałem kręcić filmy, a robienie tego z pewnością uratowało mi życie”14.

Na gruncie kinematografii polskiej można wskazać natomiast przykład niezwykle osobistych filmów Marcina Koszałki: Takiego pięknego syna urodziłam (1999), Jakoś to będzie (2004) oraz Ucieknijmy od niej (2010), które nie tylko przez krytyków były określane jako swoista terapia reżysera. Sam Koszałka w jednym z wywiadów, opowiadając o swojej nerwicy, stwierdził, że najlepszą terapią są dla niego filmy15.

*

Być może pewną przesadą byłoby stwierdzenie, że pierwsza definicja (która i tak domagałaby się rozwinięcia) jest zarówno ostatnią, ale trudno oprzeć się takiemu wrażeniu, ponieważ w tekstach, które pojawiały się po 1990 roku, brakuje prób zdefiniowania terminu „filmoterapia”16. Większość filmoterapeutów (a nawet teoretyków) ogranicza się do sformułowań niemal poetyckich, starając się opisać, na czym miałaby polegać terapia filmem. Filmoterapia jest więc: „Filmową Alchemią” (Wolz 2004); „spotkaniem z innymi ludźmi, z ich punktami widzenia i z ich reprezentowanymi doświadczeniami” (Peske 2005, s. 51); „uzdrawiającą podróżą” (Solomon 2005, s. 3) i „lekiem na zbolałą duszę” (Teague 2000, s. 12).

Kończąc fragment poświęcony pierwszej definicji filmoterapii, pozwolę sobie zaproponować swoją. Filmoterapię rozumiem przede wszystkim jako proces dynamicznej interakcji między osobowością pacjenta a specjalnie dobranym dla niego filmem, który to proces, z pomocą terapeuty, staje się psychologiczną przestrzenią umożliwiającą pacjentowi badanie swoich problemów, zwiększenie umiejętności samorozumienia i rozwijanie refleksyjności, otwierając tym samym szersze pole wyborów zarówno w kwestii zachowań, jak i reakcji emocjonalnych. Filmoterapia może być wykorzystywana jako technika wspomagająca klasyczną psychoterapię i, jak każda terapia sztuką, może pełnić funkcje katartyczne, kompensacyjne i ogólnorozwojowe.

Pojęcie refleksyjności – kluczowe w tej definicji – rozumiem w podobnym sensie, w jakim używa go Anthony Giddens. Być refleksyjnym, znaczy zdawać sobie sprawę z parametrów określających egzystencję, dokonywać wyborów, potrafić wyciągać wnioski i udoskonalać swoje strategie postępowania, dokonywać wyborów, porównywać różne modele działania, planować swoje działania w kategoriach pytań kontrafektycznych, a także być zdolnym do tkania spójnej narracji o sobie, a więc być zdolnym do konstruowania i rekonstruowania swojej tożsamości (Giddens 2002).

Teoretyczne podstawy filmoterapii

U podstaw założenia o terapeutycznych właściwościach filmu leży przekonanie, że może on znacząco wpływać na sferę emocjonalno-wolicjonalną człowieka, może mieć wpływ na podejmowane przez niego decyzje, zmianę perspektywy myślenia, może wzmacniać lub osłabiać w nim pewne dążenia, ułatwiać wgląd w sytuacje problemowe, a także pomagać w zrozumieniu siebie i innych. W wielu opracowaniach można przeczytać, że fikcyjne zdarzenia i postacie odgrywają znaczącą rolę w naszym życiu, dostarczając modeli zachowań, odgrywając dla nas różne role i sytuacje, z których możemy wyciągać wnioski dotyczące własnego życia, świadomie lub nie uczyć się z ich działalności, z ich triumfów i cierpień. Pozwalają nam bowiem „popróbować” różnych ról lub stylów życia, nie narażając się na konsekwencje, jakie mogłyby wynikać z takich eksperymentów w rzeczywistym życiu.

Mimo że zgadzam się z podobnymi stwierdzeniami, prawdą jest, że w zasadzie do tej pory nie przedstawiono wystarczających wyników badań, które mogłyby potwierdzić wartość terapeutyczną filmów i pomóc w ustaleniu teoretycznych podstaw filmoterapii. Nie ma też konkretnej metodologii – filmoterapia nie jest wystarczająco dobrze sprawdzoną metodą leczenia. Filmoterapeuci (a nawet teoretycy) dostarczają głównie (żeby nie powiedzieć: jedynie) studiów przypadków pozytywnego oddziaływania filmu w konkretnych sytuacjach; analizuje się rolę filmu i pacjenta w całym procesie, brakuje natomiast teorii w sensie ogólniejszym. Analizy przypadków mogłyby przecież dać asumpt do badań chociażby nad interpretacją dokonywaną przez pacjenta czy pogłębionych badań dotyczących percepcji, kategoryzacji, wartościowania. Badań, których ciągle brakuje, a brak ten jest szczególnie odczuwalny przy próbie stworzenia teorii filmoterapii17.

W większości opracowań mówi się po prostu o terapii filmem w kontekście znanej i gruntownie opisanej biblioterapii (z której filmoterapia „wyrosła”), a która jako metoda terapeutyczna znana jest od momentu powstania pierwszego spisanego tekstu, natomiast jako dyscyplina naukowa od lat trzydziestych XX wieku, choć sam termin (użyty do oznaczenia stosowania książki w leczeniu chorych) został użyty po raz pierwszy już w 1916 roku18. Samo odniesienie do biblioterapii oraz korzystanie z niektórych jej metod nie budzi większych zastrzeżeń, natomiast dziwi nieco fakt, że na gruncie polskich rozważań na ten temat19, film pojawia się jako narzędzie terapeutyczne w biblioterapii – nie mówi się o „filmoterapii” lecz o „biblio-filmoterapii” (Czernianin 2005). Trudno dociec, dlaczego autor nie oddziela filmoterapii od biblioterapii20, która jest w końcu działaniem terapeutycznym opierającym się o zastosowanie materiałów czytelniczych. Tworzywo sztuki literackiej jest radykalnie odmienne i – jak podkreślają teoretycy – zazwyczaj bardziej angażujące wyobraźnię, jeśli idzie o elementy trudne do przedstawienia dla sztuki filmowej. Sprowadzenie filmu do „widzialnej i słyszalnej literatury” (ibidem, s. 90) lub określania filmów używanych w terapii mianem „filmów fabularnych o charakterze audiowizualnej powieści” (Konieczna 2003, s. 141) wydaje się znacznym uproszczeniem i brakiem precyzji. Bo chociaż rzeczywiście założenia, cele, etapy oraz funkcje są podobne, to przecież istotny jest fakt, że całkowicie zmienia się medium.

Jak postaram się wykazać w praktycznej części niniejszej książki, w wypadku pracy z młodzieżą społecznie niedostosowaną (i z młodzieżą w ogóle), właśnie to medium jest czynnikiem decydującym o atrakcyjności terapii, co – poprzez zmniejszenie oporu towarzyszącego tradycyjnym formom wychowania i oddziaływania – otwiera drogę do naturalnego rozwijania umiejętności wglądu w siebie i stwarza szansę na pozytywne zmiany. W Stanach Zjednoczonych przeprowadzono badanie, którego celem było określenie, czy stosowanie filmoterapii może pomóc w podwyższeniu samooceny młodych ludzi z zaburzeniami emocjonalnymi (Lee Powell, Newgent, Lee 2006, s. 247–253)21. Badanie realizowane było podczas zakrojonego na szeroką skalę sześciotygodniowego kursu uczącego, jak radzić sobie z różnymi problemami. Uczestników podzielono na trzy grupy: grupa pierwsza od początku kursu miała dodatkowe, filmoterapeutyczne wsparcie, grupa druga nie miała takiego wsparcia, natomiast trzecia rozpoczęła pracę z filmem dopiero w czwartym tygodniu badania. Okazało się, że dodatkowe stosowanie filmoterapii w kursie miało pozytywny wpływ na samoocenę: w grupie pierwszej samoocena zwiększyła się, w drugiej pozostała prawie bez zmian, a w trzeciej zwiększyła się tylko nieznacznie (ibidem, s. 250). Dodatkowo, grupa, która nie otrzymała wsparcia filmoterapeutycznego, wykazała spadek samooceny po skończonym kursie.

Film w sytuacji resocjalizacyjnej ma potencjał, którego w tak dużym stopniu być może nie jest w stanie osiągnąć żadna inna sztuka. Chociażby dlatego, że zajęcia, podczas których ogląda się filmy, są dla wychowanków bardzo atrakcyjne i chętnie w nich uczestniczą. Oczywiście, samo oglądanie filmu spełnia najczęściej jedynie funkcję rozrywkową. (A jeśli jest to ambitny i wartościowy film, odpowiednio dobrany do wieku, zainteresowań i tak dalej, może dodatkowo spełniać funkcję ogólnorozwojową i profilaktyczną poprzez zagospodarowanie wolnego czasu wartościową treścią). Jednak kiedy oglądanie filmów ma być w założeniu wykorzystywane do celów resocjalizacyjnych, musi być starannie zaplanowane (szczegółowo określone cele, dobór filmów) i – dodatkowo – wsparte rozmową bezpośrednio po projekcji, najlepiej w towarzystwie wychowawców i psychologa. Wielu terapeutów podkreśla, że „nadzorowana projekcja” (a nie tylko „przepisanie” filmu do domu) ma wyjątkową wartość, gdyż „zwiększa szansę na wgląd dzięki terapeucie, który ułatwia bezpośrednią introspekcję” (Hebert, Neumeister 2001, s. 224)22 i „stara się, za pomocą strategicznych pytań oraz języka przenośni (który dodatkowo pomaga klientowi przezwyciężyć opór w pracy z trudnym materiałem), sugerować podobieństwa między nim a filmowym bohaterem” (Sharp, Smith, Cole 2002, s. 273).

Oglądanie filmu wiąże się z dużym poziomem refleksyjności i z uruchomieniem wyobraźni, stąd rozmowa, przeprowadzona bezpośrednio po projekcji, na temat pojawiających się u konkretnych osób skojarzeń, jakie obudziła w nich opowiedziana w filmie historia, jest bardzo cenna. Henningsson, której poglądy na temat filmoterapii już kilkakrotnie przywoływałam, i w tym przypadku wykazuje się profesjonalnym podejściem, gdyż zawsze ogląda filmy lub ich fragmenty ze swoimi pacjentami: „Wspólnie […] oglądamy film, który podejmuje problematykę pacjenta. Wtedy może on podążać za procesem dojrzewania bohatera i, jak ujął to Joseph Campbell, jesteśmy razem w «podróży bohatera»” (Lundström 2008, s. 14).

Dla kogo filmoterapia?

Choć we wprowadzeniu szczegółowo ustaliłam, w jakim znaczeniu termin „terapia” będzie się pojawiać w niniejszej książce oraz określiłam, do kogo taki typ terapii jest skierowany (zaznaczając, że nie mam kompetencji, by opisywać i analizować terapie kliniczne), to – dla pewnego porządku – warto pokusić się choćby o rozróżnienie i wyliczenie rodzajów filmoterapii. Systematyzacji dokonałam na podstawie typów i celów, wzorując się na podziałach stosowanych w biblioterapii (por. Tomasik 1994, s. 13; Szulc 1994, s. 37–38):

Filmoterapia instytucjonalna – przeznaczona dla hospitalizowanych pacjentów, często dla chorych w szpitalach psychiatrycznych.

Filmoterapia kliniczna23 – przeznaczona dla pacjentów z problemami emocjonalnymi i behawioralnymi; tu między innymi: filmoterapia katartyczna i rozwijająca wyobraźnię w celu wglądu lub zmiany zachowań, a także w celu szeroko rozumianego wsparcia psychologicznego: motywacji, poprawy samopoczucia. Wydaje się oczywiste, że oglądanie filmów nie jest w stanie usunąć objawów chorobowych, ale bez wątpienia może pomóc na przykład radzić sobie w trudnych chwilach (przykład komedii oraz bajek puszczanych młodszym pacjentom w szpitalach). Działanie filmu można by porównać do działania tych środków medycznych, które nie leczą i nie uodporniają przeciw chorobie, ale łagodzą w pewnym stopniu cierpienia chorego.

Filmoterapia rewalidacyjna – przeznaczona dla pacjentów o obniżonej sprawności intelektualnej.

Filmoterapia resocjalizacyjna – przeznaczona dla osób niedostosowanych społecznie; stosowana między innymi, by pomóc odzyskać tym osobom wiarę w siebie i pokazać możliwe wzorce zachowań.

Filmoterapia wychowawcza – przeznaczona na przykład dla uczniów; stosowana w celach informacyjnych, inspirujących do pewnych zachowań.

Filmoterapia profilaktyczna – mająca za zadanie zapobiegać tworzeniu się problemów natury emocjonalnej.

Filmoterapia ogólnorozwojowa – przeznaczona dla zdrowych osób doświadczających lub mogących doświadczać kryzysów; stosowana w celu wzbogacenia życia wewnętrznego.

W moich rozważaniach koncentruję się głównie na filmoterapii wychowawczej, ogólnorozwojowej i oczywiście tej skierowanej do młodzieży społecznie niedostosowanej. Te trzy rodzaje terapii różnią się od terapii klinicznej między innymi pod względem zawodowego przygotowania pomagającego, typów osób wspomaganych oraz celów oddziaływań terapeutycznych. Biblioterapię rozwojową prowadzić mogą bibliotekarze, pedagodzy, pielęgniarki i tym podobne, kliniczną natomiast już tylko lekarze i specjaliści z zakresu zdrowia psychicznego (Szulc 1994, s. 37–38). Podobnie rzecz wygląda z filmoterapią. Pedagodzy czy filmoznawcy – w przeciwieństwie do psychoterapeutów i psychiatrów stosujących filmoterapię jako dodatek do podstawowego procesu leczenia lub wręcz traktujących terapię filmem jako podstawową metodę leczenia – nie mogą prowadzić terapii, mogą natomiast prowadzić dyskusje i analizować z pojedynczymi pacjentami, najczęściej jednak w grupie, filmy lub ich fragmenty. Diagnoza jest niezwykle istotnym etapem każdej terapii, to w końcu od jej trafności zależeć będzie kształt całego leczenia, dlatego też oczywiste jest, że nie powinna być ustalana przez biblioterapeutę czy filmoterapeutę, lecz przez psychiatrę lub psychologa. Dobrze jest również, gdy ci ostatni są obecni podczas sesji terapeutycznych.

Filmoterapia rozwojowa, tak jak biblioterapia tego typu, bliższa jest zatem poradnictwu, a z jej metod najczęściej korzystają osoby zdrowe, niezaburzone w stopniu głębokim, zaradne, posiadające jednak pewne problemy, na przykład natury decyzyjnej, adaptacyjnej czy motywacyjnej. Wita Szulc jako „kandydatów” do biblioterapii rozwojowej wymienia uczniów, studentów, osoby nieprzystosowane, natomiast w wypadku odmiany biblioterapii klinicznej: ludzi chorych, zaburzonych w stopniu głębokim, cierpiących na zaburzenia psychiczne (depresja, schizofrenia, myśli samobójcze), osoby potrzebujące pomocy lekarza psychiatry lub intensywnej, głębokiej psychoterapii. Analogicznie sprawa wygląda w stosowaniu filmoterapii: w jej klinicznej odmianie chodzi o leczenie zaburzeń w zachowaniu, natomiast w odmianie rozwojowej, wychowawczej i resocjalizacyjnej przede wszystkim o korygowanie postaw, kompensację, samorealizację, osiąganie samoświadomości oraz dojrzałości emocjonalnej.

W biblioterapii materiał tekstowy służy również odmiennym celom: psychiatrzy i psychoterapeuci wykorzystują najczęściej książki beletrystyczne, natomiast pedagodzy i inne osoby zajmujące się biblioterapią rozwojową oprócz beletrystyki często wykorzystują również literaturą dydaktyczną24, popularną i popularnonaukową. Jak zaznacza Szulc, w biblioterapii klinicznej literatura traktowana jest jako narzędzie terapeutyczne, środek leczniczy (therapeutic tool), z kolei w biblioterapii wychowawczej przede wszystkim jako środek komunikacji, porozumienia. Zagadnieniu doboru filmów do terapii poświęcona jest druga część książki, natomiast w tym miejscu warto podnieść dwa inne ważne zagadnienia, mianowicie: jakie problemy pojawiają się najczęściej w kontekście filmoterapii oraz kto nie powinien korzystać z tego rodzaju pomocy terapeutycznej.

Jeśli chodzi o odpowiedź na pierwsze pytanie, to najczęściej pojawiające się kategorie problemów, które psychoterapeuci decydują się rozwiązywać ze swoimi pacjentami za pomocą filmu, to: depresja, różnego rodzaju lęki, zaburzenia neurotyczne, trudności w budowaniu relacji z innymi, trudności związane z wyrażaniem uczuć, nieśmiałość, brak asertywności, agresja, zaburzenia stresu pourazowego, radzenie sobie ze stresem i z utratą (na przykład bliskiej osoby). Birgit Wolz stwierdza, że „kinoterapia sprawdza się bardzo dobrze w przypadku klientów, których onieśmiela tradycyjna terapia. Najlepiej sprawdza się z klientami, którzy lubią wykorzystywać w myśleniu symbole i metafory” (Wolz 2009, s. 12).

Dosyć obszernej odpowiedzi na drugie pytanie udzielają amerykańscy psychoterapeuci John W. Hesley i Jan G. Hesley w swojej książce Rent Two Films and Let’s Talk in the Morning: Using Popular Movies in Psychotherapy. Tytuł wydaje się wprawdzie nawiązaniem do pierwszej pracy Solomona (…Watch This Movie and Call Me in the Morning), ale treści zawarte w opracowaniu Hesleyów (choć też niepozbawione pewnych uproszczeń i uogólnień) mogą okazać się przydatne, zawierają bowiem sporo praktycznych wskazówek, jak chociażby te dotyczące pytania, dla kogo terapia filmem nie jest wskazana:

„Nie powinno się używać filmów w pracy z małymi dziećmi, z wyjątkiem terapii rodzinnych, w których na przykład chcemy skłonić rodzinę do zrobienia razem czegoś pozytywnego. Z powodu ograniczeń rozwojowych dzieci i naszej praktyki polegającej na dyskutowaniu o filmie tydzień po jego «przepisaniu», praca z filmem z dziećmi jest zazwyczaj nieefektywna. Terapeuci mogą jednak znaleźć sposoby na rozmawianie z dziećmi o filmach – szczególnie w przypadku pokazywania dzieciom i rodzicom filmów w gabinecie psychoterapeutycznym i natychmiastowej rozmowy po projekcji.

Klienci z poważnymi upośledzeniami psychicznymi również nie są dobrymi «kandydatami» do pracy z filmem. Ponieważ klienci raczej oglądają filmy we własnych domach, a nie w naszym gabinecie, ciężko im jest radzić sobie ze sprawami, które wychodzą w czasie projekcji lub bezpośrednio po niej.

Oczywiście największym ryzykiem byłoby pracowanie z klientami, którzy mają problemy z odróżnieniem fikcji od rzeczywistości oraz z klientami z poważnymi objawami psychotycznymi.

Terapeuci nie powinni również przepisywać filmów, które według ich klinicznej oceny mogłyby zasmucić klienta. W takiej sytuacji dobrze jest przedyskutować wstępnie fabułę filmu z pacjentem i oszacować jego ewentualne reakcje. Jeśli przypuszczamy, że oglądanie będzie dla niego zbyt trudne pod względem emocjonalnym, lepiej zastąpić to inną pracą. Odkryliśmy, że możemy zaufać naszym klientom w tej kwestii. Z naszego doświadczenia wynika, że mimo iż klient może nie wiedzieć, czy film mu pomoże, prawie zawsze wie, kiedy oglądanie byłoby zbyt trudne. Po prostu opisujemy sceny, które są wysoce emocjonalne, jeśli sądzimy, że film może być zbyt trudny dla naszych klientów (na przykład scena pogrzebu w Stalowych magnoliach). Jeśli film wydaje się im zbyt przykry, szybko odpowiadają, że wolą go nie oglądać. Oczywiście zasada ta dotyczy tych najbardziej wrażliwych klientów, zazwyczaj bowiem nie ma większych wątpliwości, jaki film należy przepisać” (Hesley, Hesley 2001, s. 36–37).

Pierwszy polski tekst o filmoterapii (1985)

Jestem przekonany, iż pojęcie kinoterapia winno wejść do powszechnego obiegu na tej samej zasadzie jak np. muzykoterapia, zaś terapeutyczny walor filmów mocniej podniesiony.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Filmoterapia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław