Skradziony pawian

Skradziony pawian

Autorzy: Anna Karolina

Wydawnictwo: 12 Posterunek

Kategorie: Horror Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 557

cena od: 19.51 zł

Zbrodnia. Jedni robią to dla pieniędzy, inni dla władzy, a jeszcze inni dla zemsty...

Adnan właśnie skończył odsiadywać wyrok za handel narkotykami. Teraz szybko musi zdobyć kasę, aby spłacić swoje długi wobec jugosłowiańskiej mafii. Magnus jest skorumpowanym gliną, który w swoich działaniach balansuje na granicy prawa. Ma słabość do kobiet.

Amanda jest początkującą policjantką. Wybrała ten zawód z bardzo osobistej przyczyny: samobójstwa siostry. Odkrywa jednak, że jej siostra została zamordowana. I jest gotowa poświęcić wszystko, aby odkryć prawdę i doprowadzić zabójców przed oblicze sprawiedliwości.

W tym niezwykle pasjonującym miejskim thrillerze trzy postaci balansują na krawędzi między dobrem a złem, gdyż ich losy są kunsztownie i zręcznie splecione ze sobą. Seks, kłamstwa i pokaz siły na korytarzach komendy policji i w podziemnym światku Sztokholmu. A wszystko to napisane przez prawdziwą szwedzką policjantkę.

Skradziony pawian to surowy i bardzo mocny debiut.

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Przypisy

Tytuł oryginału: STÖLD AV BABIAN

Redakcja i korekta: MAŁGORZATA UBA

Projekt graficzny okładki: SYLWIA ZAGÓRSKA

Skład i łamanie: 12 Posterunek

STÖLD AV BABIAN © 2014 by Anna Karolina

First published by Nordstedst, Sweden

Published by arrangements with Nordin Agency AB, Sweden

© Copyright by Wydawnictwo 12 Posterunek

Wydanie I

Warszawa 2017

ISBN 978-83-63737-37-5

www.12posterunek.pl

kontakt@12posterunek.pl

Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ 1

KURWA, KURWA, KURWA! Adnan ponownie zerknął w tylne lusterko i zobaczył, że ten cholerny saab nadal go śledzi. Nie było żadnych wątpliwości. Jechali za nim. Dodaj gazu albo giń. PSIAKREW!

Zobaczył go, zaparkowanego na ukos, na Statoil. Potem już więcej o nim nie myślał. Zatankował i wziął kilka głębokich wdechów. Uwielbiał zapach benzyny. Strzepnął wąż, ani jednej kropelki na – diamentowo czarnym – lakierze. Przesunął palcem po masce. Ani śladu, oczywiście. Wywoskował go jak najprawdziwszy Karate Kid. Wax on, wax off, wax on, wax off[1]. Duma była nie do opisania, gdy dostał kluczyki. Dorastał wraz z wozem. Dorastał w szacunku. Widział, jak w spojrzeniu innych samców pojawia się coś maniakalnego. Był kimś. On i wóz – razem stanowili najlepszy magnes na panienki.

Kiedy płacił, obejrzał sobie lalę przy kasie. Wielkie balony – na pewno silikon. Rzucił paczkę gumek na ladę i wziął jeszcze jedną. Nadeszły nowe czasy. Cudowne czasy! Pora znowu podupczyć po więcej niż półtora roku brandzlowania się w mamrze. A to nieszczególnie podniecające w małej celi o zimnych betonowych ścianach i na twardej nierównej miniaturze łóżka. Wyobraźnia musiała ciężko pracować.

Pieprzony saab jechał tuż za nim. Na Drottningholmsvägen wpuścili przed siebie inny samochód. Myśleli, że są cwani. Na Ulvsundavägen zjechali na sąsiedni pas. I znowu wyłonili się z tyłu. KURWA, KURWA, KURWA! Tym razem chłopaczki Milorada go zarżną. Obedrą żywcem ze skóry.

Ostatnim razem przeżył dzięki ich łasce. Honor legł w gruzach. Całował ich syfiaste, obleśne buty. Lizał je. A oni rechotali. Rechotali tak, jak tylko jugolskie świnie potrafią. Forsę mają dostać teraz! Najlepiej wczoraj.

– Z odsetkami to będzie trzysta pięćdziesiąt patoli – powiedział Milorad swoim ochrypłym niskim głosem, który bankowo przestraszyłby głuchego. Rzucił swojemu przydupasowi spojrzenie, które mówiło: jeszcze jednego kopa. Wezwany, którego postura przywodziła na myśl goryla, zebrał wszystkie siły i za całą krainę szwedoli uderzył prosto w splot słoneczny.

Technika goryla nie była na szczęście zbyt wyszukana, ale kopniak i tak miał powalający efekt. Lepiej byłoby zobaczyć gwiazdy. Zamiast tego wszystko zrobiło się czarne. Panika. Płuca nie przyjmowały powietrza. Uderzenie adrenaliny, która chciała eksplodować, zostało zamknięte w środku jak do odsiadki. Chciała na zewnątrz. Do ataku. Dusiła się odebraną wolnością. Rozsadzała. Leżał jak jakieś zasrane niemowlę. Pozycja embrionalna. Stali dookoła. Mur syfiastych butów. Rechotali. Kopali. Charchali. Zmniejszyli ucisk. Rechotali jeszcze głośniej. Wcierali ziemię w twarz. Do ust. Ziemię ze szczochami po sterydach. Ziemię z trzema rodzajami jugolskich szczochów po sterydach.

– Ty i twój arabski koleżka macie tydzień. Potem będziecie wpieprzać coś innego niż ziemię. – Jeszcze większy rechot. Więcej kopniaków. Tak było. Nigdy, psiamać, więcej!

Saab ciągle w tylnym lusterku. Musi coś wymyślić. Coś mądrego. Szybko. Ale nie ma szans na genialne myśli, kiedy tętno osiąga maksa. Z przodu po lewej zobaczył stację Shell. Po prawej – dzielnicę willową. Tam mógłby ich na pewno wykiwać. Miał przecież króla szos. Pod maską pięćset dwadzieścia koników. Wcisnął gaz do dechy i zwiększył trochę dystans. Wille na przedmieściach przemykały obok. Kurczowo trzymając kierownicę, skręcił do dzielnicy. Wpadł na doskonały pomysł. Gwałtowne hamowanie: w prawo i w prawo. Zawsze działało. Klasyk. Na pierwszym skrzyżowaniu skręcił i pognał z pełną prędkością. Pisk opon. Odparował kierownicą. Zarzuciło. Wrócił do właściwej pozycji. Następne skrzyżowanie, znowu w prawo. Wkrótce zgubił saaba.

KURWA! Zapory betonowe na jezdni!

Noga na hamulec.

Wsteczny.

Szybko jak diabli.

Z powrotem pozycja do jazdy.

Niech to szlag!

We wstecznym lusterku pojawiły się reflektory. Były coraz bliżej. Bach! Uderzył głową o kierownicę. Był w szoku. Musi wiać. Honor nie wytrzymałby kolejnej rundy. Ani mama. A wtedy i tak widziała tylko guza na czole i blednące limo pod okiem. Tata oskarżycielsko wyjaśnił, że nie spała potem przez kilka tygodni. Próbował jak najdłużej unikać rodziców, ale gdy Samir, jego młodszy brat, miał zakończenie roku szkolnego, Adnan został zmuszony do pokazania swojej zmasakrowanej twarzy. Co prawda, wtedy już z powrotem zaczynał przypominać samego siebie. Grube rysy i prosty nos – nie haczykowaty jak u większości Arabów – mimo niezliczonych ciosów udało mu się zachować jego prosty kształt.

W zderzeniu samochód obróciło o pół obrotu. Adnan znowu dodał gazu. Saab jak fiut nagrzanego pedała w dupie. Łup i z powrotem, łup i z powrotem. Nie jest żadnym pieprzonym pasywem! Więcej gazu. Saab wydawał się jeszcze bardziej rozochocony i pojechał za nim. Tym razem uderzył z większą siłą. Łup. Adnan wpadł w poślizg. Zobaczył drzewo ze zbyt bliskiej odległości. Ominął je. Zakręcił się jak najlepsza łyżwiarka figurowa. Jeden obrót, dwa obroty. Stracił rachubę.

Potem się zatrzymał. Dwie myśli – wyjść i biec. Biec szybciej niż Usain Bolt[2]. Szybkość reakcji sto na sto. A jednak, światła milimetr od drzwi. Nagle na siatkówce oka dwa reflektory rozmnożyły się w tysiące. Ktoś szarpnął drzwiami pasażera. Silna dłoń trafiła na twarz. Stracił orientację. Stracił czas. Stracił czas na myślenie. Raptem znowu leżał twarzą w ziemi. Powtórka. Wspomnienia wirowały. Nogi zostały w samochodzie. Ręce wykręcone. Próbował się uwolnić. Protestował. Rzucał całym ciałem. Protestował jeszcze bardziej. Uścisk stał się silniejszy.

Naraz coś dźgnęło w oczy jak nożem. Paliło i pociekły łzy. Ci skurwiele mieli gaz łzawiący! Wrzeszczeli jak opętani. Adnan też. W środku tego jazgotu – krzyk zbyt uprzejmy na to, co się działo. Coś było nie tak. Mocno nie tak. Nagle załapał. Westchnął z ulgą. Mógł rozróżnić i zrozumieć wrzaski. Gliny. To były gliny. Był uratowany. Nie umrze. Nie dzisiaj. Nie teraz.

– POLICJA, leż spokojnie, do diabła! Albo będzie jeszcze gorzej! – policyjna dziwka wrzeszczała jak opętana. Kilkoro wrzeszczało. Ciężar ciała na każdym z ramion.

Ulga przeszła we wściekłość. Co oni sobie właściwie wyobrażają?

– Pierdolone ścierwa! Próbowaliście mnie rozjechać, do cholery! – Gaz łzawiący sprawił, że zaczął ryczeć jak rozhisteryzowana panienka. A jak się cieszyli, kiedy ich opieprzał. Upokorzenie było całkowite. Smarki ciekły z nosa.

– Na chuj użyliście gazu łzawiącego? Tchórzliwe ścierwa!

– To nie jest gaz łzawiący. To gaz pieprzowy. Jak się tylko uspokoisz, będziemy mogli go złagodzić. To nic groźnego.

Smarków przybyło. Lały się nosa. Zawisały na podbródku jak białko z rozbitego jajka.

– W dupie mam, co to jest, do cholery! Kurwa! – Oczy paliły.

– To tylko chili, nic groźnego.

Jeśli dziwka zaraz nie zamknie mordy, to jej przywali. Zmiażdży ją. Jebać pozycję leżącą. Jebać skutki.

– Psia jego mać!

Niższy głos:

– Wiem, że to boli jak diabli, ale jeśli się teraz uspokoisz, będziemy mogli cię posadzić i niedługo poczujesz się lepiej.

– Jestem przecież spokojny, do cholery!

– Rozluźnij ramiona, to cię posadzimy.

Adnan rozluźnił napięte bicepsy, które tego samego dnia pakował do granic pęknięcia. Równie dobrze może dołączyć do zabawy.

– O tak, dobrze. Teraz cię posadzimy. Tylko spokojnie.

Spróbował otworzyć oczy, żeby sprawdzić, co to za tuman nawijał jak przedszkolanka. Odruch rogówkowy mu to uniemożliwił. W ciągu tych krótkich chwil, kiedy udało mu się nie zamknąć oczu, dostrzegł trzy osoby, może cztery osoby.

Przedszkolanka wyciągnął rękę.

– Masz tu nawilżaną chusteczkę – powiedział.

Adnan wziął i wytarł oczy.

– Aaauuu, od tego jest przecież jeszcze gorzej!

– Spróbuj otworzyć oczy. Wiem, że to trudne, ale powietrze pomaga, więc im częściej mrugasz, tym szybciej przechodzi.

To była chyba sytuacja, w której należało skorzystać z rady przedszkolanki.

– Dlaczego próbowałeś nam uciec? – ciągnął przedszkolanka.

– Skąd, do diabła, miałem wiedzieć, że jesteście glinami?

– Kim innym mogliśmy być? – wtrąciła się dziwka.

– Ty tam, nie do ciebie mówię. – Adnan spróbował rzucić jej nienawistne spojrzenie, ale szybko zrozumiał swój błąd. Z oczu pociekło jeszcze bardziej niż przedtem, a ból dotarł do mózgu. Trudno mu się oddychało. Hiperwentylacja. Skupił się, żeby nie dało się tego zauważyć.

– Bierz głębokie wdechy. Wiem, że to parszywe uczucie. – Przedszkolanka go przejrzał.

– Skąd, do diabła, możesz wiedzieć?

– Wszyscy próbowaliśmy. W przeciwnym razie nie moglibyśmy tego używać.

Adnan zamruczał pod nosem, nie powiedział nic głośno. Spróbowali pewnie z kroplą do jednego oka. A nie całą jebaną puszką!

– W takim razie próbowaliście też do siebie strzelać?

– Słuchaj, Adnan, chcemy być mili. Jak będziesz się tak do nas odnosił, odwdzięczymy ci się tym samym. To chyba fair. – Przedszkolanka wydawał się tu szefem.

– Mili! To tak się właśnie zachowujecie, jak jesteście mili? Próbujecie mnie rozjechać, a potem pryskacie w ryj gazem łzawiącym.

– To gaz pieprzowy z chili. Nic groźnego. – Dziwka po prostu nie mogła odpuścić z tym chili.

Tym razem nie zadał sobie trudu, żeby odpowiedzieć. Lepiej ich po prostu zlać. Nie miał zamiaru zniżać się do gadania z policyjną dziwką.

– Dawaliśmy znaki i użyliśmy lizaka – powiedział przedszkolanka. – Nie widziałeś?

Nie widział. Jedyne, co miał na siatkówce, to jugole, ziemia i szczochy. Zdeptany honor.

– Skąd w ogóle wiecie, kim jestem?

– Pracujemy nad projektem NOVA[3]. Znasz go?

Nagle urósł. Urósł z dumy. Od łkającej dziewki po siejącego postrach, znanego kryminalistę. Był na liście NOVA! Tak groźny, że objął go największy projekt gliniarzy poświęcony najcięższym przestępcom w Sztokholmie. Był jednym z największych w całym jebanym mieście, a może i kraju. Najniebezpieczniejszym. Najokrutniejszym. Zajebiście wielkim.

– Wiem, czym się zajmujecie – odpowiedział.

– Masz coś przy sobie?

– Nie robię już w tym gównie. – Ręka odruchowo powędrowała do prawej kieszeni spodni. To stało się automatycznie. Bez możliwości kontroli. Nawyk, żeby zawsze trzymać tam kilka samarek z porcjowanym białym proszkiem. Albo jeszcze częściej – jego resztkami.

– To co tam masz? – Dziwka gapiła się na prawą kieszeń. – Obszukamy cię, więc równie dobrze możesz wyjąć to, co chowasz.

– Sprawdzajcie, gdzie tylko chcecie. I tak nic nie znajdziecie. – Był czysty jak śnieg. Nie brał i nie dilował, od kiedy poszedł siedzieć.

– Możesz wstać. Kiedy brałeś ostatni raz?

– Trudno ci załapać, czy jak? Nie robię już w tym gównie.

– A co wcześniej brałeś? – Dziwka stawała się niemożliwa.

– To możecie chyba sami sprawdzić. Większość przecież o mnie najwidoczniej wiecie.

– Ale pytam ciebie. Wszystko pójdzie znacznie sprawniej i szybciej, gdy będziesz współpracował i odpowiadał na nasze pytania.

Adnan zaprotestował milczeniem.

– Co takiego wyrzuciłeś przez okno?

O czym oni, do cholery, mówią?

– Nie rżnij głupa, i tak sprawdzimy, co to było.

Nagle przypomniał sobie, że kiedy skręcił ze Statoil, wyrzucił papierek po gumie do żucia. To była przyczyna tego wszystkiego? Papierek po gumie! O ekstramiętowym smaku. Tego mogli jak najbardziej szukać. Miał nadzieję, że długo im to zajmie.

Przedszkolanka przejął inicjatywę.

– Siedziałeś chyba ostatnio półtora roku za posiadanie narkotyków, prawda?

– Jeśli tak twierdzicie.

– Nie chciałbyś pewnie znowu trafić za kratki? Nie masz przecież prawa jazdy, dobrze wiesz. Więc na twoim koncie będzie prowadzenie pojazdu bez uprawnień.

Adnan zamrugał, żeby przez mgnienie oka uchwycić obraz przedszkolanki.

– Za to raczej nie pójdę siedzieć? Moje grube numery z przeszłości zostały anulowane. – Wytarł się wierzchem dłoni.

– Tak pewnie było, żebyś jednocześnie dostał wyrok za przestępstwo narkotykowe i ulgę za całą resztę. Ale mogę cię poinformować, że więzienie znajduje się w zakresie kar za grube numery, więc powinieneś się chyba trochę zastanowić. Czyj to samochód, tak na marginesie?

– Kolegi.

– A jak nazywa się kolega?

– Jak to? On na pewno nie ma z tym nic wspólnego.

– Pomyślałem tylko, że dobrze byłoby powiedzieć twojemu koledze Diarowi o pozbawieniu go nowiuśkiego samochodu.

– Nie możecie zabrać samochodu, do cholery!

– Słuchaj, Adnan, nigdy nie robimy tego, czego nie możemy. To w nim byłeś wielokrotnie widziany i zostałeś zatrzymany trzy razy w ciągu ostatniego miesiąca. Czyli to ty używasz samochodu, zostanie więc zarekwirowany. Możesz w związku z tym wymyślić jakąś błyskotliwą historyjkę dla swojego kolegi. Zapewne nie będzie tak całkiem zadowolony?

– Ale błagam, wpiszcie mi ciężkie wykroczenie, róbcie, co chcecie. Ale nie zabierajcie samochodu! Przecież go tylko pożyczyłem! – Adnana na serio obleciał strach.

– Wiesz dobrze, że po prostu wykonujemy swoją pracę. Mamy dwa ważne powody do zabrania samochodu. Pierwszy to ten, że regularnie prowadzisz bez prawa jazdy, a drugim jest zadłużenie w Kronofogden[4]. Wydaje się im dość ciekawe, że masz długi na blisko pół miliona, których nie możesz spłacić, a jednocześnie jeździsz samochodem wartym niemal tyle samo.

– Ale to przecież, do cholery, nie jest mój samochód! – Zrobiło się groźnie. Pocił się. Z oczu dalej ciekło. Z nosa też.

– Doskonale wiem, jak to jest. To się wcale nie dzieje tak rzadko, że rejestrujecie samochody, domy i wszystko inne na krewnych, znajomych i tak dalej tylko po to, żeby ukryć wasze – jak by to ująć – szemrane źródła dochodów. Ale niestety, tym razem to nie przejdzie.

Pozamiatane. Finito. Szlus. Wiedział to. Cios w brzuch. Gorszy niż wtedy, kiedy Goryl walnął za całą krainę szwedoli. Wóz Diara zarekwirowany. Złoty samorodek Diara, który Adnan pożyczył, kiedy on kiblował. Z początku planował skorzystać z niego tylko raz. Potem siostra Diara zadzwoniła i chciała, żeby ją podwiózł. To się wtedy niespodziewanie stało niemal legalne, nawet bez zgody Diara. Później to był już zły nawyk i Adnan jeździł wozem kumpla codziennie.

Diar – koleś, który nienawidził aktywności fizycznej. Odkąd został zatrzymany stracił na pewno z dziesięć kilo. Adnan widział go na rozprawie po zatrzymaniu. Wyglądał tak, jakby siedział w Auschwitz. Ubrania zwisały. Policzki były zapadnięte. Diar mógł być praktycznie tak napakowany, jak chciał. Miał to w genach. Gdyby tylko zdołał kiedyś zawlec swoje kościste dupsko na siłownię. Ale jego to nie obchodziło. Sądził, że pakerzy marnują czas.

Adnan próbował uświadomić mu wartość napakowanych mięśni: kobiety, respekt, zazdrość. Więcej kobiet. Lista była nieskończona. Ale Diar miał to gdzieś. Jemu wystarczała dobra fura.

Fura, do której właśnie wsiadł któryś z gliniarzy i odjechał. Kurwa!

Adnan podparł się na ręce i przeskoczył nad barierkami wejścia do metra. Starym zwyczajem. Zaropiałe oczy źle jednak oceniły wysokość. Prawa stopa utknęła i poleciał do przodu jak długi. Nadgarstki zatrzeszczały pod ciężarem mięśni. Kolano uderzyło o ziemię.

Dwie dziewczynki przerwały esemesowanie i zachichotały.

Szyderczy uśmiech strażniczki był bardzo wymowny – takich Bóg karze natychmiast.

Reakcja Adnana: podnieść się szybko jak sam diabeł! Nie kuleć. Udawać, że nic się nie stało. Wszedł na ruchome schody, żeby zjechać do pociągu, który stał już na peronie, więc żeby zdążyć, musiał podbiec ze stłuczonym kolanem.

Pociąg gnał przez czarne tunele. Adnan spojrzał na swoje odbicie w oknie. Odwrócił wzrok. Akurat tym razem nie był zadowolony z widoku – twarz w różnych odcieniach i o zgaszonym spojrzeniu. Z oczu przestało ciec, ale nadal były przekrwione. Gorzej niż na kacu. Wyczyszczony mózg – jak wyciśnięta cytryna. Spodnie były uwalane po nagłym ataku gliniarzy, dłonie podrapane po brutalnym upadku na barierce, lepkie od zarazków połowy mieszkańców Sztokholmu. Kolano pulsowało. Życie wyruchało Adnana w dupę.

Odrzucało go od pojechania metrem. Środek lokomocji klasy pracującej.

Pracować cały miesiąc, a w kolejnym dostać wypłatę – to nie dla Adnana. Tak mogą zasuwać zwykli pasażerowie metra.

W jego stylu były raczej szybkie zlecenia i płatność bezpośrednia.

Raz, dawno temu, próbował to wytłumaczyć swojej wychowawczyni, ale nigdy nie pojęła tej logiki. Gderała o tym, że wykształcenie jest ważne i że Adnan musi zdobywać dobre stopnie. Wtedy dostanie dobrą pracę. Rozumiał jednak ten mechanizm: im lepsze stopnie, tym lepsza robota. Im lepsza robota, tym roboty więcej. Mimo dobrej roboty pieniądze nigdy nie starczają do pierwszego.

Widział to u swoich rodziców. Tata, który zawsze harował od poniedziałku do piątku, a nawet w weekendy, żeby naciułać trochę więcej. Mama usiłująca za te pieniądze prowadzić dom z dwoma głodnymi dzieciakami. Tata zawsze poza domem. Życie rodzinne w rozsypce. Ale trzymali się razem, taka była kultura. I Adnan wiedział, że kochali się gdzieś poza tym wszystkim. Ale skąd brali siły?

Nie, praca, którą pasażerowie metra rozpirzali sobie życie, nie była dla Adnana.

Liczył się dobry wóz. Mimo tego spieprzonego dnia.

Nie mógł nawet zadzwonić do żadnego z kumpli. „Siema, przejebałem merola Diara, możesz mnie zabrać z...”. Nigdy! Zawiódł Diara. Złamał braterską przysięgę. Gliny spierdoliły mu życie! Gorzej niż jugolskie świnie.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

PRZYPISY

[1] Wax on, wax off – słynna fraza z filmu Karate Kid, oznaczająca technikę walki. Tu w charakterze gry słownej: wax (ang.) – wosk, woskować (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Usain Bolt (ur. 1986) – jamajski lekkoatleta, mistrz świata w sprincie.

[3] https://sv.wikipedia.org/wiki/Aktionsgrupp_NOVA

[4] Kronofogden (Kronofogdemyndigheten) – szwedzki urząd państwowy, który zajmuje się m.in. działaniem na rzecz spłaty niespłaconych długów.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Skradziony pawian 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione