Tudorowie. Narodziny dynastii

Tudorowie. Narodziny dynastii

Autorzy: Joanna Hickson

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 40.00 zł

cena od: 20.91 zł

Anglia 1451 rok. Jasper i Edmund Tudorowie, przyrodni bracia Henryka VI Lancastera, wychowali się z dala od pałacu i dworskich intryg. Król sprowadza ich do Londynu, uznaje za prawowitych braci i obsypuje zaszczytami. Edmund żeni się z najbogatszą angielską arystokratką Małgorzatą Beaufort, a Jasper zarządza rodowymi włościami w Walii. Anglia coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Ród Yorków rości sobie pretensje do tronu i wybucha Wojna Dwóch Róż. Edmund, znany z bezwzględnej lojalności wobec Lancasterów, zostaje pojmany przez Edwarda Yorka i umiera w więzieniu. Jasper przejmuje opiekę nad jedynym synem Edmunda, Henrykiem. Teraz na nim spoczywa odpowiedzialność za losy rodu Tudorów. Trwa wojna, szala zwycięstwa przechyla się na stronę Yorków. Jeden fałszywy krok może prowadzić do zguby, dawni przyjaciele zmieniają strony i okazują się śmiertelnymi wrogami.

Joanna Hickson

Tudorowie. Narodziny dynastii

Tłumaczenie:

Hanna Hessenmüller

Dla mojej wspaniałej wnuczki,

Lyry Joanny z rodu Ashtonow,

która przyszła na świat

w tym samym czasie co niniejsza książka.

CZĘŚĆ PIERWSZA

BRACIA KRÓLA

1451-1453

1

JASPER

Pałac westminsterski i Londyn

W spowitej w mrok niewielkiej komnacie opalizujące plamki niczym robaczki świętojańskie połyskiwały na rozłożonej na łożu tkaninie. Była ciemnoniebieska i udrapowana we wdzięczne fałdy. Wyglądała jak rzeka, w której w samo południe przegląda się intensywnie błękitne niebo, przy tym usiane złotem gwiazd.

– Jak myślisz, spodoba jej się? – spytał Edmund.

Najpierw odetchnąłem głęboko, bo wcale nie było mi miło pozbawiać brata złudzeń.

– Tak… Albo i nie.

– Nie?! Dlaczego? O Jezu, Jas! Przecież każda niewiasta w sukni z takiej tkaniny poczuje się jak królowa!

Był rozdrażniony, ale ja też się zjeżyłem, bo nie znosiłem, gdy nazywał mnie Jasem. Wiele razy mówiłem mu o tym, ale na próżno, dlatego nadal byłem dla niego Jasem, jak w latach chłopięcych, które przecież mieliśmy już za sobą. Teraz byliśmy giermkami, służyliśmy królowi i niebawem zostaniemy pasowani na rycerzy. Nie jestem więc już Jasem, tylko Jasperem. Takie jest moje imię. Przecież już pierwszego dnia, kiedy tylko przybyliśmy na królewski dwór, przestałem nazywać brata Edem.

– Ale nasza siostra nie jest królową, Edmundzie, a istnieje coś takiego jak prawo przeciwko zbytkowi. Za noszenie sukni z takiej tkaniny zostanie ukarana grzywną. Dobrze wiesz, że tak zbytkowne stroje zastrzeżone są dla członków rodziny królewskiej, arcybiskupów i posągów świętych.

Z zachwytem dotknąłem tkaniny. Była cudownie miękka i podatna, wystarczyło, że ostrożnie jej dotknąłem, a już się poruszyła i zaiskrzyła urokliwie dzięki niezwykle zręcznym palcom, które z anielską cierpliwością okręcały wokół osnowy złote druciki. Edmund miał rację. Każdy, kto taką tkaninę ma na sobie, musi poczuć się kimś znamienitym. Złotogłów! Kosztował niemało, a jednak mojego brata było na to stać. Ciekawe, jakim cudem.

Edmund odchrząknął i wyprostował się na całą swoją imponującą wysokość, czyli sześć stóp.

– Córka królowej może ubierać się, jak jej się żywnie podoba. Nikt nie ośmieli się ukarać naszej siostry grzywną!

Był irytujący, dlatego znów dotknąłem drogocennej tkaniny, ale już nie tak delikatnie, a ona zafalowała jak wzburzone jezioro, którego spokój ktoś nagle zmącił.

– Bujasz w obłokach, Edmundzie! Lepiej zejdź z powrotem na ziemię. Nasza siostra nie mieszka w pałacu, lecz w londyńskim zaułku Tun Lane, gdzie nikt nie nazywa jej lady Małgorzatą, lecz po prostu Meg. I ma wyjść za człowieka, którego sama sobie wybrała, a ów człowiek nie jest księciem, lecz prawnikiem. Będzie żoną, i oby z woli bożej także matką. Jest szczęśliwa, ma dach nad głową i żyje w dostatku, niezależnie więc od tego, co tam sobie wymarzyłeś w związku ze swoją przyszłością, naszej siostry w to nie mieszaj.

Edmund jednym gniewnym ruchem zgarnął tkaninę z łoża i przycisnął ją do piersi jak tarczę, która miałaby go ochronić przed rzeczywistością.

– Dobrze wiem, kim ona jest i jakie życie sobie wybrała! Ale nadal jest córką królowej i wnuczką króla, dlatego godna jest królewskiej szaty. Chcę, by ją miała, nawet gdyby nigdy nie mogła jej włożyć.

– Dobrze, niech już tak będzie – burknąłem, wzruszając ramionami. – Ale moim zdaniem niepotrzebnie wydałeś tyle pieniędzy. I pamiętaj, pod żadnym pozorem nie ujawniaj naszej siostrze jej prawdziwego pochodzenia. A może cię podkusić, by szepnąć coś Małgorzacie podczas ślubu. Nie wolno ci tego zrobić, bo ściągniesz na siebie gniew Mette, a także mój.

– Mette? – Edmund, zajęty starannym składaniem drogocennej tkaniny, poderwał głowę. – To ona jeszcze żyje?

W przeciwieństwie do mnie mój brat nigdy nie odwiedzał winiarni przy Tun Lane, gdzie czternaście lat temu, po śmierci królewskiej matki, zamieszkała nasza siostra. Nie zaglądał tam, bo w ostatnich latach wykształciło się w nim coś, co moim zdaniem było po prostu nadmiernym poczuciem przynależności do wyższego stanu, dlatego też zapuszczanie się w brudne, zaśmiecone uliczki na przedmieściu Londynu uważał za coś poniżej swej godności.

– Naturalnie, że żyje. Nie udawaj, że nie wiesz o tym. Żyje i zawsze pyta się o ciebie, tak samo zresztą jak twoja siostra.

Mette była piastunką, wierną służącą, której nasza matka na łożu śmierci powierzyła maleńką córeczkę, wiedziona nadzieją, że dzięki temu Meg będzie miała szczęśliwe dzieciństwo, jakiego ona nigdy nie zaznała. Nasza matka była jednym z licznych dzieci Karola VI, króla Francji chorego na umyśle, co wywarło piętno na wszystkich jego potomkach, czego wyrazem była zażarta walka o władzę. Teraz Meg miała poślubić Williama, swego przybranego brata, który niedawno ukończył szkołę prawniczą Middle Temple. Ślub miał się odbyć wiosną w kościele Świętej Mildredy.

– I co wtedy im mówisz? – spytał Edmund, kładąc złożony złotogłów na swojej skrzyni, która stała tuż obok mojej skrzyni pod ścianą w naszej komnacie, znajdującej się w jednej z wielu wież pałacu westminsterskiego.

– Mówię im, że miewasz się dobrze. To wszystko.

Skrzynia Edmunda wypełniona była szatami wszelakiego rodzaju. Dawniej często zastanawiałem się, skąd u mojego brata takie bogactwo strojów, skoro dostaje z królewskiego skarbca taką samą pensję jak ja. Podejrzewałem, że podobnie jak wielu giermków zdobywa dodatkowe pieniądze, grając w kości albo odwiedzając lichwiarzy przy Lombard Street. Dla mnie zadłużanie się było czymś niewybaczalnym i mogłem śmiało obejść się bez zbytkownych szat. Za zaoszczędzone pieniądze wolałem kupić zbroję, chociaż nieraz czułem ukłucie zazdrości, gdy patrzyłem, jak wystrojony Edmund krąży po królewskim dworze.

– Przyjdziesz na ślub Meg, prawda? – spytałem nie do końca pewny, bo na Edmundzie nie zawsze można było polegać.

– Oczywiście, że przyjdę. Przede wszystkim nie odpuszczę sobie uczty weselnej. – Edmund uśmiechnął się, odsłaniając dwa rzędy białych równych zębów. Czyli jeszcze coś, w czym niewątpliwie miał nade mną przewagę. Mój uśmiech nie był tak olśniewający, ponieważ przednie zęby zostały nadłamane, kiedy podczas pojedynku zderzyłem się z przeciwnikiem. – Jas, a co masz zamiar jej podarować?

Czułem, jak krew napływa mi do policzków. Jeszcze jedna niedogodność związana z rudymi włosami i jasną skórą. Często się rumieniłem, także bez powodu, jak teraz. Przecież nie musiałem się wstydzić swego podarku, choć wiedziałem, że Edmund uzna go za zbyt skromny.

– Beczkę ciemnego piwa.

– Piwo? – Edmund spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Podarujesz jej piwo?!

– A tak. Tradycyjne piwo dla panny młodej. Mocne, długo warzone, przyprawione ziołami i miodem. I to piwo wszyscy goście będą pić za jej zdrowie.

Edmund skrzywił się, odrzucając w tył bujne lśniące włosy.

– Cóż… Mam nadzieję, że będzie tam i wino. W końcu nazywają się Vintner[1]! I nie tylko nazwisko mówi samo za siebie, przecież w tej rodzinie nie brakowało handlarzy winem.

Meg i William Vintner pobrali się w kościele Świętej Mildredy w londyńskiej dzielnicy znanej jako Vintry[2]. W tym samym kościele, w którym przed dwudziestoma laty z okładem świętym węzłem małżeńskim zostali połączeni rodzice Williama. Kiedy państwo młodzi zgodnie z obyczajem składali sobie przysięgę małżeńską przed drzwiami kościoła, ja zerkałem na kobietę, która wychowała ich oboje. Pani Guillaumette Vintner, dla rodziny i przyjaciół po prostu Mette, teraz już pomarszczona i tęga matrona, bo sześćdziesiątą trzecią wiosnę szczęśliwie miała za sobą. W tym dniu tak szczególnym Mette przystroiła głowę nie tylko podwiką i welonem, lecz i wdowim czepkiem, by podkreślić swój stan. Jej mąż Geoffrey przed laty zapadł na płuca i zmarł. A było to bardzo zgodne stadło, żyli w wielkiej harmonii i miłości przez siedemnaście lat. Zauważyłem, że pani Vintner kilkakrotnie z nieskrywanym smutkiem spoglądała na przykościelny dziedziniec, na którym pochowany był jej mąż. William, ich jedyny syn, a tego dnia pan młody, był, jak zwykła mówić, ich „jesiennym liściem”, ostatnim owocem płodności. Potem już niestety zabrakło soków, jak w drzewie, którego sok na zimę spływa do korzeni. I nikt chyba nie był bardziej zachwycony niż Mette, kiedy William i Meg przestali być kochającym się rodzeństwem, a narodziło się między nimi uczucie całkiem innego rodzaju. Może Geoffrey też przeczuwał, że tych dwoje czeka wspólna przyszłość, bo w jakiś sposób wydawało się to nieuniknione.

Koło Mette stał Owen Tudor, który przyjechał tu z Marchii Walijskich. Ojciec Edmunda, Meg i mój. Siwowłosy, nadal przystojny, o zdrowej, rumianej twarzy. I krzepki. Wiedziałem, że pięćdziesięcioletni Owen nadal systematycznie ćwiczy walkę mieczem i łukiem, dzięki czemu pod względem tężyzny może równać się z czterdziestolatkiem. Poza tym, mimo wieku, potrafi oczarować damę, czego miałem teraz dowód niezbity, a mianowicie to, że podczas krótkiej ceremonii kilkakrotnie coś tam szeptał do ucha Mette, a ona nie tylko uśmiechała się, lecz i rumieniła. Do nas, Edmunda i mnie, Owen na powitanie mrugnął wesoło. Ja, owszem, też mrugnąłem, ale Edmund nie, tylko syknął pogardliwie. Myślę, że Edmund stanowczo wolałby widzieć tu teraz naszą matkę, królową Katarzynę, a nie walijskiego giermka, którego poślubiła potajemnie i urodziła mu czworo dzieci. Edmund był najstarszy, potem ja, Meg, a na koniec Owen, po którego narodzinach matka niebawem zmarła. Owen przybrał inne imię i został mnichem w opactwie westminsterskim.

Kiedy szliśmy z gospody do kościoła, zauważyłem, że ludzie oglądają się za Edmundem. Wystrojonym, z przerzuconym przez ramię ślubnym podarkiem owiniętym w zwyczajne płótno. Tego dnia Edmund miał na sobie dublet z jasnozielonego adamaszku z rozszerzającymi się ku dołowi rękawami z ozdobnym obrębkiem. Nogawice różnego koloru, jedna biała, druga żółta, i to zapewne przyciągało wzrok.

– A co oni się tak gapią? – mruknął po chwili. – Nigdy nie widzieli takich rękawów?

– Myślę, że nie chodzi o ręce, a o nogi – odparłem. – Dwukolorowe nogawice, a także taki krótki kaftan to na londyńskiej ulicy rzadki widok.

– Nic dziwnego… – mruknął Edmund, ostrożnie przestępując przez zalegające na drodze odchody zwierząt i zgniłe warzywa. – Dziękuję świętemu Kryspinowi, że włożyłem porządne trzewiki za kostkę.

Po nabożeństwie orszak weselny przeszedł Tun Lane. Na czele szło kilku przystrojonych kokardami minstreli, ubranych bardzo kolorowo – pod tym względem mogli śmiało rywalizować z moim bratem. Grali skoczną melodię, by stworzyć radosny nastrój. A w Winiarni w holu wyłożonym boazerią czekała już obfitość wafli i najrozmaitszych ciast, a także zapowiedź, że podane będzie pieczone mięsiwo różnego rodzaju. I rozpoczęło się ucztowanie. Kiedy całowałem pannę młodą i pana młodego, życząc im wszelkiej pomyślności, zauważyłem, że moja beczka z piwem dla panny młodej stoi dumnie w widocznym miejscu, gotowa napełniać kubki gości, ile dusza zapragnie. Meg podziękowała mi wylewnie za tak wspaniały podarek, a Mette, kiedy goście zaczęli gromadzić się wokół beczki, zaproponowała, byśmy posiedzieli chwilę przy kominku. Wielu gości też już przysiadło na niskich ławach przykrytych tkaninami i ozdobionych girlandami z wiosennych kwiatów. Pachniało nie tylko kwiatami, lecz także drożdżami i ziołami. A piwo lało się strumieniami, z tym że Edmund naturalnie spojrzał na beczkę tylko przelotnie i ruszył przed siebie niewątpliwie w poszukiwaniu wina.

– Znakomity pomysł z tym piwem – powiedziała Mette. – Powinno być na każdym weselu, bo wprawia gości w dobry humor i rozmowa toczy się wartko. Bardzo się cieszę, że cię widzę, Jasperze. Edmunda również, naturalnie, z tym że rozpoznałam go z trudem. Trzeba przyznać, że zaczął ubierać się w sposób bardzo, ale to bardzo wyszukany.

– Jak zwykle nie przebierasz w słowach, Mette! – odparłem ze śmiechem. – A Edmund i owszem, lubi się wystroić, ale na dworze królewskim to rzecz normalna. Tylko ja odstaję od reszty, bo ubieram się raczej nijako.

Mette spojrzała na mój najlepszy dublet, niebieski i obszyty szarym futrem z królika, po czym stwierdziła taktownie:

– Po prostu każdy z was ubrał się po swojemu. Zresztą słyszałam, że król woli skromne ubrania. Powiedz mi, Jasperze, czy nadal dobrze się czujesz na dworze? Nie bywasz onieśmielony tymi wszystkimi ceremoniami i etykietą?

– Ależ nie, skądże. Mamy co robić, a to ważne, poza tym jest jeszcze wielu innych giermków, z którymi można i pośmiać się, i poboksować. I… – Uśmiechnąłem się. – Karmią nas bardzo dobrze, o wiele lepiej niż w zakonie.

Po śmierci matki, kiedy małżeństwo naszych rodziców przestało być tajemnicą, ojciec został uwięziony za złamanie prawa małżeńskiego. Edmund i ja znaleźliśmy wtedy schronienie poza Londynem, u zakonnic w opactwie Barking nad Tamizą, gdzie dołączono nas do grupy młodocianych królewskich strażników, którzy tu pobierali nauki. Kiedy nasz przyrodni brat, król Henryk, osiągnął pełnoletność, ojciec został wypuszczony z więzienia, a Edmund i ja znaleźliśmy się na królewskim dworze, gdzie mentorzy zajęli się przysposabianiem nas do stanu rycerskiego. Ta zasadnicza zmiana w naszym życiu bardzo nam obu odpowiadała.

– Wyobrażam sobie! – powiedziała Mette, uśmiechając się szeroko, i dlatego zmarszczki w kącikach wyblakłych oczu stały się jeszcze bardziej widoczne. – A jak tam się układa z młodymi damami? Czy królowa trzyma w swoich komnatach stadko ślicznotek, które mają cieszyć oczy młodych kawalerów na królewskim dworze?

– Owszem, ma swoje damy dworu, ale żadna nie dorównuje jej urodą. Przecież wiadomo, że królowa Małgorzata jest bardzo piękna. Ludzie powiadają, że czarne oczy i śniadą skórę odziedziczyła po babce Hiszpance.

Mette pokiwała głową i nachyliwszy się nieco ku mnie, zniżyła głos do konfidencjonalnego szeptu:

– Dla Anglików jej uroda nic nie znaczy. Ważniejsza jest płodność, a ona nie dała nam jeszcze następcy tronu. Poza tym Anglicy nie lubią cudzoziemek. Królowa Małgorzata jest Francuzką, a Francuzek Anglicy nie lubią jeszcze bardziej niż Hiszpanek czy Walijek.

– Właśnie dlatego staram się nie zdradzać swego pochodzenia i po ojcu, i po matce. Mette, przecież ty też jesteś Francuzką. Czy odczułaś kiedyś na własnej skórze jakieś uprzedzenia ze strony Anglików?

– Nie, Jasperze. – Uśmiechnęła się, jakby chciała dodać mi otuchy. – Ale co tam ja… Prosta kobieta, niewiele w moim życiu się dzieje. Natomiast twoja pani matka to co innego, przeżyła naprawdę sporo. Ale gdyby wiodła spokojne życie, może nie wyszłaby za Owena Tudora i ty, Jasperze, nie przyszedłbyś na świat.

– Czyżby mowa o mnie? Plotkuje pani o mnie, madame Mette?

Do kominka podszedł mój ojciec. Jak zwykle pełen galanterii wobec dam, zdjął przebogato zdobiony piórami kapelusz i pocałował Mette w rękę.

Mette posłała mu promienny uśmiech i odparła, unosząc lekko brwi:

– Panie Tudor, nie muszę plotkować o panu, bo na mieście słyszałam już niejedno.

– Ach tak? – Ojciec wyraźnie spochmurniał. – A cóż takiego teraz o mnie rozpowiadają? Naturalnie wszystko wyssane z palca.

Oczywiście nadstawiłem uszu. Ostatnio nasz ojciec, wykazując się wielką rozwagą, na dworze królewskim bywał tylko wtedy, gdy wezwano go do króla. Kiedy przyjeżdżał do Londynu, często spotykałem go w jednej z licznych oberży usytuowanych wokół pałacu westminsterskiego, gdzie sprawowano sądy. A co do plotek, to Mette zapewne to i owo słyszała od swojego syna Williama, który jest prawnikiem i wie, co w trawie piszczy.

Spojrzała na Owena wręcz surowo.

– Ludzie powiadają, że jako królewski leśniczy w północnej Walii masz wielkie ambicje i żeby je zaspokoić, wykorzystujesz wszystkie biedne wdowy w Denbighshire.

Owen wybuchnął głośnym śmiechem. Jego ciemnobrązowe oczy, które odziedziczył po nim Edmund, rozbłysły.

– Przecież powiedziałem, Mette, że w tym, co gadają, nie ma ani krzty prawdy. A poza tym, bądźmy szczerzy, po co zawracać sobie głowę biedną wdową? Jeśli już, to oczywiście bogatą! – Zaśmiał się jeszcze raz i puścił rękę Mette, naturalnie nieśpiesznie, jak prawdziwy uwodziciel. – Widzę, że nie masz czym ugasić pragnienia, Mette, i dlatego, dolewając oliwy do ognia plotek, zabawię się w twego podczaszego i przyniosę ci piwa, tego z beczki dla panny młodej.

Mette ochoczo przystała na jego propozycję i Owen ruszył po wspomniane piwo. Mette przez chwilę odprowadzała go wzrokiem, a potem szepnęła do mnie:

– A tak szczerze mówiąc, Jasperze, to dlaczego twój ojciec nie miałby szukać pocieszenia, skoro z pewnością mógłby je znaleźć? Nadal jest przecież bardzo przystojny. Tak, mógłby, chociaż wiadomo, że rana, która pozostała w jego sercu po niepowetowanej stracie twojej pięknej matki, nigdy się nie zagoi. Wszyscy boleśnie odczuli jej śmierć… – Głos Mette załamał się, w jej oczach dostrzegłem łzy. – Wiesz, Jasperze, że ile razy spojrzę na Meg, widzę twarz waszej matki. I dla mnie to niepojęte, że nikt nie doszedł prawdy o jej pochodzeniu. Chociaż z drugiej strony Bogu niech będą dzięki, że tak właśnie jest.

Spojrzałem na młodą parę. Stali na środku holu i popijając piwo z jednego kubka, przysięgali sobie dozgonną miłość. Dwudziestojednoletni William Vintner, zaledwie o kilka tygodni młodszy od Edmunda, był bardzo przystojnym młodym mężczyzną o nienagannych manierach. Bystry, opanowany, niełatwo było wzbudzić w nim gniew. Był średniego wzrostu, krzepkiej budowy. Włosy brązowe, kręcone, rumiane policzki świeżo ogolone. Był bardzo podobny do swego ojca, człowieka o wyjątkowo miłym usposobieniu, którego zawsze podziwiałem. Jedno ich tylko różniło. Zarost. U Williama nieszczególny, nie było więc mowy, by zapuścił sobie brodę równie imponującą, jaką szczycił się Geoffrey Vintner. William był starszy ode mnie o rok. W dzieciństwie, które spędzaliśmy w Hadham Manor, on, Edmund i ja byliśmy ze sobą bardzo zżyci, o czym mój brat zdawał się już nie pamiętać. Widziałem go kątem oka. Stał sam we wdzięcznej pozie, popijając wino z kubka z rogu i przemykając spojrzeniem po twarzach otaczających go ludzi. Czyli prawdopodobnie nie złożył jeszcze życzeń młodej parze i nie przekazał podarku.

Nasza siostra była drobną, zwiewną istotą o delikatnych rysach. Oczy miała ciemnoniebieskie, twarz słodką i łagodną jak u lalki, ja jednak wiedziałem, że pod tą maską słodyczy kryje się człowiek silny, zdecydowany i szlachetny. Mette mówiła, że Meg jest bardzo podobna do matki. Ja niestety nie mogłem tych dwóch istot porównać ze sobą, ponieważ pamięć mnie zawodziła. Miałem przecież zaledwie sześć lat, kiedy matka wyjechała z Hadham Manor i nigdy tam już nie wróciła, a nasze dotychczasowe życie zostało wywrócone do góry nogami. Pamiętałem doskonale, jak razem z Edmundem i Williamem bawiliśmy się w rycerzy i łotrzyków na wyspie na rzece Ash, a piękna twarz mojej matki ku memu wielkiemu żalowi zatarła się w pamięci. Twarz zmarłej przedwcześnie królowej wdowy po królu Henryku V, potem żony Owena Tudora. Wiedziałem, że gdzieś w zamku Windsor wisi portret Katarzyny de Valois. Został namalowany, gdy była szesnastoletnią księżniczką. Ten portret przysłano Henrykowi, by skłonić go do mariażu. Niestety jak dotąd nie udało mi się do tego portretu dotrzeć.

Mette z lubością popijała piwo. Kiedy wdzięcznym ruchem uniosła kubek w stronę młodej pary, dając do zrozumienia, że pije za ich zdrowie, raptem pojawił się Edmund. Wysunął się spoza pleców rozbawionych gości, poganiając służącego, który niósł składany stołek. Stołek ten został rozstawiony na środku holu tuż przed młodą parą, a mój brat, skłoniwszy się nisko, położył na nim swój podarek nadal owinięty w płótno. Naturalnie w holu zapadła cisza jak makiem zasiał, wszyscy przecież umierali z ciekawości. Edmund natomiast zrobił krok do przodu, by ucałować siostrę, po czym stanął koło stołka. Wyprostował się i odchrząknął, a ja poczułem niepokój. Bo cóż takiego zaraz wygłosi mój brat? Czyżby coś na miarę swego pstrokatego przyodziewku? Nie, to niemożliwe, bo przyodziewek to nie wszystko. Liczy się to, co pod nim: dumnie wyprostowany ciemnowłosy mężczyzna.

– Tak jak wszyscy przybyłem tutaj, by życzyć młodej parze długiego i szczęśliwego życia w zdrowiu oraz dostatku. Ten podarek jest dla pięknej panny młodej, by przystroiła się jak prawdziwa królowa i pokazała światu, ile naprawdę jest warta. – Jednym zręcznym ruchem ściągnął płótno, a potem dramatycznym już gestem chwycił mieniący się złotogłów i zarzucił na wyciągniętą w górę rękę.

Wpadające przez otwarte okna promienie słońca przydawały jeszcze więcej blasku złocistej tkaninie, oświetlały też twarze gości, na których widać było największe zdumienie. A na twarzy Edmunda, kiedy usłyszał odpowiedź Meg, wyraz triumfu. Z tym że Meg, zanim otworzyła usta, zerknęła na męża, który zmarszczył brwi wyraźnie zaniepokojony tym, co usłyszał z ust Edmunda, i tym, co zobaczył. Oprócz rodziny Vintnerów, Owena, Edmunda i mnie nikt w tym holu nie miał pojęcia o prawdziwym pochodzeniu Meg. Zgodnie z wolą rodziny miało pozostać to tajemnicą, a teraz, po wystąpieniu Edmunda, tajemnica jeszcze nigdy nie była tak bliska ujawnienia.

Meg po króciutkiej chwili milczenia podeszła do brata, ostrożnie zsunęła z jego ramienia drogocenną tkaninę i położyła ją z powrotem na stołku. Wspaniały złotogłów miękkimi falami spłynął na posadzkę, rozlewając się po niej jak stopiony kruszec, a Meg, unosząc ku bratu uśmiechniętą słodką twarz otuloną tiulem welonu, złożyła przed nim wdzięczny ukłon.

– Bardzo ci dziękuję, Edmundzie. – Wspiąwszy się na palce, cmoknęła go w policzek. – To tkanina wyjątkowa, a coś tak pięknego od razu przywodzi na myśl niebiosa i dlatego, jeśli pozwolisz, ofiaruję ją Królowej Niebios. Uszyjemy z niej piękną szatę dla figury Najświętszej Marii Panny w kościele Świętej Mildredy, by okazać Jej wdzięczność za to, że dziś pobłogosławiła naszemu małżeństwu.

Słyszałem, jak Mette, która stała obok mnie, odetchnęła z ulgą. Wielką, naprawdę wielką, bo wypuszczała powietrze długo i głośno, czyli przedtem musiała równie długo wstrzymywać oddech. A zaraz potem usłyszałem tak dobrze mi znany jej głośny, perlisty śmiech.

– Dziękujmy świętemu Mikołajowi za to, że mamy tu pannę młodą nie tylko piękną, lecz i roztropną, dzięki której nasza Najświętsza Panienka ustrojona będzie iście po królewsku, i zadowolona z waszego daru niewątpliwie zadba, by wasze małżeństwo było płodne i szczęśliwe!

Tłumnie zebrani goście wydali okrzyki pełne aprobaty, a Mette, spoglądając na mnie z ukosa, szepnęła:

– Zamiast tej tkaniny mógł im kupić nowe łoże i zasłony. Na szczęście ja im to kupiłam.

Edmund podszedł do nas, pochylił się ku Mette i pocałował ją w policzek.

– Możesz być dumna z Meg, madame, a twojego Williama spotkało wielkie szczęście, że trafiła mu się taka żona.

– Są ze sobą bardzo szczęśliwi, Edmundzie – odparła bardzo zdecydowanie. – Daj Panie Boże, aby tak było zawsze!

2

JANE

Tŷ Cerrig, Gwynedd, północna Walia

Na dźwięk dzwonu ostrzegawczego cały dom natychmiast ożywał, oznaczało to przecież jakieś kłopoty albo przyjazd gości. Albo i to, i to. Ten dzwon mój ojciec, Hywel, i moi bracia, Maredudd i Dai, przywieźli z zagród dla owiec. Pojechali tam, by sprawdzić, jak się mają urodzone przed miesiącem owieczki, które razem z pozostałymi owcami z początkiem wiosny wypuszczone zostaną na pastwiska na wrzosowisku za domem.

A teraz dzwon się odezwał, więc robienie sera trzeba odłożyć na później. Szybko zdjęłam fartuch i kazałam Mair jak najszybciej sprawdzić, co się dzieje, a sama popędziłam do warzelni po dzbanek piwa. Bo niezależnie od tego, kto przybył, na pewno będzie chciał się pokrzepić. Kiedy ustawiałam dzbanek i kubki na stole, w holu pojawiła się Mair i powiadomiła mnie, że trzech konnych przyjechało drogą od strony morza. Jacyś obcy, a tacy byli w Tŷ Cerrig rzadkością.

– Co się dzieje, Sian?

Zza grubej wełnianej zasłony, która oddzielała hol od komnaty, wynurzyła się zaspana Bethan, moja macocha. Tak, żona mego ojca, choć zdarzyło jej się widzieć tylko o trzy wiosny więcej niż ja, czyli siedemnaście.

– Jacyś obcy jadą do nas. Idę zobaczyć, któż to taki.

– Aha… Czy mam też iść, żeby ich powitać?

Była przy nadziei, już z wielkim i twardym brzuchem, bo rodzić będzie niebawem. Nogi w kostkach miała opuchnięte i oddychała z trudem. W takim stanie nie powinna wychodzić na dziedziniec, kiedy zajeżdżają konni i wzbijają tumany kurzu.

– Nie, nie, Bethan, poczekaj tutaj. Ci, co przyjechali, na pewno tu wejdą, no i ojciec zaraz się zjawi. Wyjdę do nich, a ty nalej piwa.

Zadowolona podreptała do wielkiego fotela koło kominka i powiedziała:

– Dobrze. Zaczekam tu i naleję piwa.

Bethan była słodka, ale niezbyt rozgarnięta. Ojciec tym małżeństwem bardzo nas zaskoczył. Chodzi o czas. Ślub odbył się w ubiegłym roku, zaledwie osiem miesięcy po nagłej śmierci mojej matki, z którą przeżył blisko dwadzieścia lat i niewątpliwie bardzo ją kochał oraz szanował. Ale Bethan była dziedziczką, jedynym dzieckiem właścicieli ziemi przylegającej do naszej. Małżeństwo zostało więc zawarte, spisano także kontrakt w celu zabezpieczenia przyszłości i Bethan, i naszej. Był to krok bardzo rozważny, ponieważ Bethan znała mego ojca od dziecka i darzyła go wielkim zaufaniem. My wszyscy znaliśmy ją bardzo dobrze i wiedzieliśmy, że jej ułomność to skutek długiego i bardzo ciężkiego porodu, który i ona, i jej matka przeżyły cudem.

Rozejrzałam się po holu, by upewnić się, czy można w nim przyjąć gości. W kominku napalone, nad płonącym torfem unosiły się leniwie smużki dymu. Obok kominka kociołek z gęstą zupą, która podana będzie na kolację. Tylko zupa, czyli jeśli goście zatrzymają się u nas, trzeba będzie zarżnąć kilka kurczaków. Szkoda, wielka szkoda. Ale może goście przywiozą jakieś podarki…

Kiedy wyszłam na dwór, słońce na majowym niebie stało już wysoko i musiałam osłonić oczy ręką. Na dziedzińcu było głośno. Psy ujadały, choć skarcone przez pana milkły i warowały. A przez bramę przebiegały cztery konie. Trzy niosły na grzbiecie jeźdźców, czwarty, objuczony, prowadzony był przez jeźdźca, który pojawił się jako pierwszy.

Ojciec natychmiast do niego podszedł i złapał za but.

– Chwała świętemu Dawidowi z Menevii! Przecież to Owen Tudor. Witaj w Tŷ Cerrig.

Przybysz zeskoczył z konia i zgniótł mego ojca w niedźwiedzim uścisku, klepiąc go serdecznie po ramieniu.

– Nie widzieliśmy się kawał czasu, Hywel! Stanowczo za długo, ale w końcu przywiozłem tu moich synów, by poznali walijskich krewniaków. – I odwróciwszy się do dwóch pozostałych mężczyzn, którzy nadal siedzieli na koniach, dodał po angielsku: – Edmundzie, Jasperze, zsiadajcie z koni i poznajcie swego kuzyna Hywela Fychana. Na pewno go nie pamiętacie, ale on was tak. Czyż nie tak, Hywel?

Owen był naprawdę przystojny, a po walijsku mówił płynnie, choć wyczuwało się, że nie jest to język, którym posługuje się na co dzień. Jego synowie, wykonując polecenie ojca, szybko zsiedli z koni, popatrując na mnie z ciekawością. A ja na nich. Na pierwszy rzut oka wydawali się rówieśnikami, ale szybko się wyjaśniło, że ciemnowłosy to starszy syn, więc rudzielec jest synem młodszym. Zdjęli kapelusze i skłonili się z szacunkiem, po czym ojciec serdecznie uściskał starszego, a młodszy w tym czasie co i rusz zerkał na mnie, aż po którymś razie twarz jego pojaśniała w uśmiechu. Bardzo zabawnym, bo wszystkie przednie zęby miał nadłamane. A mi raptem zrobiło się bardzo przyjemnie, że uśmiechnął się właśnie do mnie, i naturalnie też się uśmiechnęłam, choć bardzo nieśmiało.

– Doskonale pamiętam dwóch urwisów zawsze skorych do psoty – powiedział ojciec, kiedy już wszyscy się przywitali. – A teraz widzę dwóch młodych mężczyzn, których na pewno stać na coś więcej – dodał przyjaźnie.

Na co Owen roześmiał się głośno, serdecznie.

– Mów, co chcesz, Hywel, bo oni i tak nie zrozumieją. Z wielkim wstydem przyznaję się, że walijski jest im obcy, mam jednak nadzieję, że wyuczą się choć kilku słów, no i zobaczą na własne oczy, jak gospodaruje się na ziemi. Przecież nie mają o tym zielonego pojęcia.

– Moi chłopcy zadbają, żeby to się zmieniło. – Hywel dał ręką znak i ruszyliśmy do przodu, po czym dokończył po angielsku, żeby synowie Owena też zrozumieli: – Ten osiłek z ciemnymi włosami to Dai, a ten jasnowłosy to Maredudd, mój najstarszy syn. Jest bardzo podobny do matki, prawda, Owenie? Niestety moja Agnes na początku zeszłego roku przeniosła się do lepszego świata.

– Nie żyje? Agnes? – Owen zrobił znak krzyża i wyraźnie posmutniał, czyli musiał dobrze znać moją matkę. – Niech spoczywa w pokoju. Bardzo boleję nad twoją stratą.

– Tak, to wielka, niepowetowana strata – odparł ojciec ze ściągniętą twarzą. – I ból wielki. Agnes dała mi dwie córki i trzech synów, i wkrótce potem zmarła na gorączkę. Chociaż tak do końca nie wiadomo na co. Teraz wziąłem sobie nową żonę, która niebawem będzie rodzić. Modlimy się żarliwie, by tym razem wszystko poszło gładko. Proszę, wchodźcie do środka. Poznacie moją nową towarzyszkę życia. Ma na imię Bethan… Owenie! Uważaj na głowę! – Ojciec, ostrzegając gościa przed niskim nadprożem, jednocześnie spojrzał na mnie. – Owenie, to Sian, moja młodsza córka. Starsza wzięła już sobie męża i nie mieszka z nami.

Kiedy Owen mnie mijał, dygnęłam. Wtedy zatrzymał się, ukłonił i miłym, łagodnym głosem powtórzył moje imię. Potem pochylił głowę, by nie zderzyć się z niskim nadprożem, i wszedł do środka. Podążający za nim młodzieńcy również zatrzymali się i skłonili, z tym że pierwszy z nich, ten starszy, zaraz potem ruszył w ślad za ojcem, natomiast ten drugi, rudowłosy, nie. Został przed progiem.

– Wybacz, ale nie dosłyszałem – powiedział, posyłając mi po raz drugi ten swój szczerbaty uśmiech. – Jak masz na imię? Bo ja nazywam się Jasper.

Dziwne, ale zarumieniłam się. Ja, która mam trzech braci i byłam przyzwyczajona do towarzystwa chłopców. Poza tym byli to moi kuzyni, a różnica między braćmi a kuzynami jest niewielka.

– Mam na imię Sian.

– Shawn? – powtórzył niepewnie, bardzo odbiegając od prawdziwego brzmienia, którego nie umiał sobie przyswoić. – Czy to walijskie imię?

– Tak. Moja matka była Francuzką i nazywała mnie Jeanne, ale teraz wszyscy mówią do mnie Sian.

– Aha… A Jeanne to po angielsku Jane, prawda? Może więc, jeśli nie masz nic przeciwko temu, tak będę mówił do ciebie? Jane?

Owszem, kiwnęłam głową, ale tylko odruchowo, bo angielskie „Jane”, jakieś takie chropowate i pospolite, wcale mi się nie spodobało.

A Jasper jeszcze dodał:

– Moja matka też była Francuzką.

– Wiem. I moja matka była kiedyś jej damą dworu.

Jasper pokiwał głową i spojrzał tam, skąd dobiegał szum morza.

– Bardzo tu pięknie. Może nie uwierzysz, ale po raz pierwszy mogę tak naprawdę napatrzeć się na morze. Prawdziwa uczta dla oczu, to widok zapierający dech. Morze jest wspaniałe. Dzikie, nieposkromione, bezkresne! – Wszystko to wyrzucił z siebie jednym tchem, potem uśmiechnął się nieśmiało, jakby przepraszał za tę chwilę uniesienia, i skierował wzrok w drugą stronę, na stały ląd. – Tu też pięknie. Wystarczy spojrzeć na te skały na zboczach wzgórz. A wczoraj przejeżdżaliśmy przez góry. Nie ukrywam, że były chwile grozy. W Anglii tak wielkich gór nigdy nie widziałem.

Zachwycał się moim krajem, co sprawiło, że moja kolejna wypowiedź wcale nie była lakoniczna. O nie, z pewną przesadą można by rzec, że wypłynął ze mnie cały potok słów:

– Bardzo się cieszę, Jasperze, że podoba ci się Walia. Nie wiem, jak długo zamierzacie tu zostać, ale niebawem będziemy wyganiać owce na pastwiska położone wysoko na wzgórzach. I będziemy tam nocować pod rozgwieżdżonym niebem. Może chciałbyś nam towarzyszyć?

Jasper nieznacznie wzruszył ramionami.

– Mój ojciec, jak sądzę, ma ochotę, byśmy zabawili tu dłużej, ale powiedz mi, tylko proszę, szczerze, czy jesteście w stanie nas przyjąć? W końcu jest nas niemało.

Wątpiące spojrzenie Jaspera spoczęło na naszym domu. Nie wiedziałam – bo i skąd? – do jakich wygód przywykł, niemniej jego pytanie świadczyło, że na pewno do większych niż te, jakie mógł mu zapewnić nasz solidny kamienny dom zbudowany przez mojego dziadka, Tudura Fychana, za panowania króla Henryka IV, kiedy to podczas powstania Glyna Dŵra połowa Walii ruszyła przeciwko angielskiemu najeźdźcy. I wtedy to angielscy żołdacy wygnali dziadka z jego ziemi. Jego drewniany dom w Ynys Môn puścili z dymem, dlatego dziadek nowy dom, położony u podnóża Yr Wyddfa, zbudował z kamienia. I tak też go dumnie nazwał: Tŷ Cerrig, czyli Kamienny Dom, by podkreślić, że nowe domostwo na pewno oprze się płomieniom. Z tym że nie był to wielki dom, miał tylko jedno piętro. Na dole były obora i dojarnia, na górze izby dla nas. Wszystkie inne budynki, takie jak szopy, stajnie, warzelnia, psiarnie czy wychodki, były z drewna. Po śmierci Tudura Fychana mój ojciec wraz ze swoją francuską żoną przyjechał tu z Anglii i objął schedę po ojcu. Było to przed moim urodzeniem.

Szybko rozwiałam wątpliwości Jaspera:

– Ależ o tej porze roku w domu jest mnóstwo wolnego miejsca. Krowy są na pastwiskach, w oborze wysprzątane, chłopcy śpią teraz na dole. A na świeżej słomie śpi się bardzo dobrze.

Jasper zaśmiał się, po czym odparł:

– Z całą pewnością, bo jest czyściej niż w wielu zajazdach, w których zatrzymywaliśmy się po drodze.

– Proszę, wejdź. – Wskazałam otwarte drzwi. – Na górze czeka poczęstunek.

Jasper nie odpowiedział, tylko się obejrzał. Domyśliłam się, że chce wiedzieć, co dzieje się z jego wierzchowcem. A działo się to, że ów wierzchowiec wraz z pozostałymi końmi naszych gości był właśnie prowadzony przez moich braci do stajni.

– Nie martw się, Jasperze. Chłopcy zadbają o wasze konie. I przyniosą sakwy.

– Nie wątpię, że krzywda naszym koniom się nie stanie, ale przypomniałem sobie, że w jednej z sakw jest kilka zajęcy, które upolował ojciec, kiedy wczoraj przejeżdżaliśmy przez wrzosowiska. Ojciec jest prawdziwym mistrzem w strzelaniu z łuku. A te zające powinno się już zjeść, bo jest bardzo ciepło.

Uśmiechnęłam się, bo to oznaczało, że nasze kury żyć będą dalej, a zapas jajek nie ulegnie uszczupleniu.

– Oczywiście! Upieczemy je dziś wieczorem. Zaraz się tym zajmę, a ty, proszę, idź na górę i poznaj panią tego domu.

– Panią tego domu? A ja myślałem, że już ją poznałem… Ach, nieważne! Wiesz, Jane, bardzo się cieszę, że tu przyjechaliśmy. Nieistotne, czy na długo, czy tylko na chwilę. Ważne, że tu jesteśmy.

Tak powiedział, właśnie to, i w rezultacie kiedy ruszyłam na poszukiwanie upolowanych przez Owena zajęcy, nie szłam, ale biegłam, i tak naprawdę w podskokach.

Kiedy dzień miał się ku końcowi, zasiedliśmy na dworze do długiego stołu, z którego korzystaliśmy zwykle podczas święta plonów. Jedenaście osób, bo nawet Bethan udało się zejść na dół. Zasiadła do stołu razem z nami i choć odzywała się rzadko, cała była w uśmiechach i wyglądała bardzo ładnie w swojej najlepszej sukni, tej niebieskiej, z uwagi na stan Bethan zasznurowanej jak najluźniej.

Mój najmłodszy brat, Evan, pucołowaty i ciemnowłosy psotny ośmiolatek, został wysłany na sąsiednią farmę po rodziców Bethan, czyli Emrysa i Gwyladus, by również poznali trzech Tudorów. W rezultacie było nas naprawdę sporo. Siedzieliśmy ściśnięci na ławkach, tylko dla Bethan wyniesiono z domu duży drewniany fotel wymoszczony poduszkami. Widok mieliśmy piękny, bo za murem okalającym podwórze było zbocze, dzięki czemu widać było rozległą zatokę Tremadog i półwysep Lleyn, najdalej wysuniętą na zachód część hrabstwa Gwynedd. Gdy słońce skryło się za wzgórzami, różowe dotąd niebo przybrało barwy ochry, złota i czerwieni, a to z kolei sprawiło, że zatoka wyglądała jak gigantyczny tygiel wypełniony ogniem. W tych stronach tak długi, tak oszałamiający zachód słońca zdarzał się nieczęsto. Podziwialiśmy go wszyscy, a mężczyźni opróżniali przy tym beczułkę małmazji, przechowywaną przez ojca na szczególne okazje. A kiedy resztki gęstej zupy zostały wyskrobane z kociołka i kości rzucone psom, przyniosłam koszyki z suszonymi owocami i miseczki ze śmietaną, w której owoce miały być maczane. Coś takiego rzadko pojawiało się na stole, ponieważ prawie cała śmietana zużywana była do robienia serów na zimę.

– Szkoda, że nie ma z nami Gwyneth – powiedział Hywel. – Pamiętasz ją, Owenie? Moją pierworodną? Mieszkała z nami w Hadham, kiedy królowa Katarzyna jeszcze żyła. Gwyneth przed dwoma laty wyszła za mąż, a męża wzięła sobie z Ynys Môn. Tak, stamtąd, chociaż ty, ponieważ jesteś teraz angielskim dżentelmenem, niewątpliwie nazywasz to miejsce Anglesey.

– Nazywam różnie, w zależności od tego, z kim rozmawiam – z uśmiechem odparł Owen, pokazując szpary między zębami. – Powiedz mi, Hywel, czy Gwyneth przypadkiem nie wyszła za potomka wielkiego Ednyfeda Fychana, ochmistrza księcia całej Walii?

Mój ojciec wcale się nie uśmiechnął.

– W tamtej części Walii trudno, żeby było inaczej, prawda? Gwyneth mieszka przecież teraz na dawnych ziemiach Tudurów. My też nadal byśmy tam byli, gdyby nasi ojcowe nie wspierali Glyna Dŵra.

– O nie! Ojcze, chyba nie zamierzasz opowiadać o dawnych dobrych czasach przed wielkim powstaniem, a nasi goście wznosić radosnych okrzyków z okazji zwycięstwa Lancasterów pod Shrewsbury! – zawołał wyraźnie już podchmielony Maredudd. Zrobił to po angielsku, bo w tym języku toczyła się rozmowa przy stole, choć tylko nieliczni byli biegli w mowie najeźdźców.

Kiedy to usłyszałam, cała skurczyłam się w środku. Maredudd, wysoki, krzepki, prosty, był solą walijskiej ziemi, ale układność nie należała do jego mocnych stron. I dlatego wykrzyczał o Shrewsbury, gdzie przed pięćdziesięcioma laty podczas bitwy na walijskich wrzosowiskach ojciec obecnie panującego króla zabił sławnego rycerza Hotspura i położył kres powstaniu Walijczyków, którego przywódcą był przodek mego ojca, Owain Glyn Dŵr. Po upadku powstania Owain uciekł w dzikie ostępy Yr Wyddfa.

Owen zmarszczył czoło, co było niepokojące, i zawołał:

– A dlaczegóż to moi synowie mają się cieszyć z porażki ojca chrzestnego ich ojca? – Poczerwieniał przy biesiadnym stole, czyli od mocnego wina też zaszumiało mu w głowie. – Glyn Dŵr był wielkim człowiekiem, miał także wielką wiedzę. W mojej obecności nie wolno mu uwłaczać.

Jakby niczym nieporuszony Edmund wybrał sobie jedną z suszonych śliwek i umoczył w śmietanie, jednocześnie zwracając się do Maredudda:

– Niestety, ale nasi nauczyciele uczą nas tylko o czasach starożytnych.

– I poezji. Tylko to – dodał wyraźnie skruszony Jasper. – Jeśli chcecie posłuchać Wergiliusza, możemy wam coś zadeklamować…

I spojrzał na brata znacząco, jednak Edmund go zignorował, spokojnie przeżuwając śliwkę, czyli wcale nie wyczuwał, że teraz najlepiej porozmawiać o czymś innym. Natomiast Jasper wyczuwał to doskonale, dlatego podjął kolejną próbę, zwracając się do mnie:

– Kuzynko Jane, możesz powtórzyć, co mi mówiłaś o wypędzaniu owiec na wysokie pastwiska?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo ubiegł mnie Maredudd akurat zajęty dokładaniem do ognia chrustu:

– Ojcze, jutro wyruszamy? Nie zmieniłeś zdania?

– Nie, nie zmieniłem – odparł mocno sposępniały Hywel. – Nie wolno nam tego opóźniać ze względu na Bethan. Ruszamy już jutro, żeby wrócić na czas rozwiązania.

– Chyba nie zabieracie Bethan ze sobą! – zawołał przerażony Edmund.

Szybko zasłoniłam ręką usta, żeby ukryć uśmiech, za to ojciec po prostu wybuchnął gromkim śmiechem. Speszony Edmund poczerwieniał jak burak.

– Oczywiście, że nie! – zawołał Hywel. – Nie jesteśmy przecież irlandzkimi Cyganami, których dzieci rodzą się w lesie wśród paproci. Gwyladus i Emrys zostaną z Bethan, a nas nie będzie tylko przez dwa, góra trzy dni, a dziecko na pewno nie urodzi się jeszcze przez co najmniej tydzień.

Spojrzałam na Bethan. Siedziała ze zwieszoną głową, bardzo już senna, czyli należało jak najszybciej odprowadzić ją do izby, zanim zaśnie na dobre. Wstałam więc szybko i ku swemu wielkiemu zaskoczeniu zauważyłam, że Jasper zrobił to samo. Też wstał, mało tego, od razu domyślił się, o co chodzi, i sięgnął po latarnię.

– Poświecę ci, Jane – powiedział.

I nie tylko poświecił, bo skończyło się na tym, że tak naprawdę zanieśliśmy półprzytomną Jane. Dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie, jak wezmę z obory jeden z sienników, na których spali chłopcy, przeniosę do dojarni i tam ułoży się Bethan. Niech sobie śpi spokojnie, a jak będzie chciała iść za potrzebą, co teraz często jej się zdarza, także w nocy, to niech idzie do wychodka na dworze.

Tak też zrobiłam. Kiedy ułożyłam Bethan, starając się, by miała jak najwygodniej, od razu zapadła w głęboki sen. A Jasper, jak się okazało, wcale nie odszedł, tylko czekał na mnie. Siedział na kamiennej ławce pod ścianą domu od strony wejścia. Na ziemi postawił latarnię, która podświetlała jego otwartą, uczciwą twarz, przydając jej tajemniczości. Księżyc już wzeszedł, całe podwórze skąpane było w srebrzystej poświacie. A tam, gdzie srebrzystość nie sięgała, była głęboka czerń.

Jasper klepnął ławkę tuż obok siebie.

– Proszę, posiedź ze mną chwilę. Nasi ojcowie za dużo rozmawiają o dawnych czasach, a ja wolałbym dowiedzieć się czegoś więcej o waszym obecnym życiu. Chodzi o Bethan. Chyba raczej mizerna z niej pani domu, skoro jasnością umysłu nie grzeszy. Chociaż… może jest inaczej, a ja zachowuję się jak zwyczajny gbur?

Zakłopotana zagryzłam wargi, bo bardzo nie lubiliśmy rozmawiać z obcymi o stanie umysłu Bethan. Ale… No cóż, Jasper to co innego. Wprawdzie żaden z niego Walijczyk z krwi i kości, do tego nie zna naszych obyczajów, ale obcy też nie jest. Jest kuzynem, i co więcej, na pewno ma dobre serce. Czułam też, że na pewno to, co ode mnie usłyszy, zachowa dla siebie.

Usiadłam, naturalnie zachowując odpowiednią odległość. W świetle księżyca Jasper wyglądał o wiele młodziej, na pewno za młodo jak na giermka z królewskiego dworu. A tak, giermka. Wiedziałam już przecież, że nim jest.

– Po prostu jesteś spostrzegawczy, Jasperze. Bethan pod względem umysłu odstaje od innych, ale kocha mego ojca i z radością dzieli z nim łoże. To nie jej wina, że nie posiada wielu umiejętności potrzebnych do prowadzenia domu. Nie potrafi gotować ani piec chleba czy zrobić sera. Potrafi ubić masło, z tym że trzeba jej powiedzieć, kiedy powinna przestać. Nie zna się na ziołach, nie pamięta, które ziemie należą do jej rodziny, nie rozróżnia monet. Ale gdyby nie była przy nadziei, mogłaby wypielić ogród warzywny, wydoić krowy i kozy, nakarmić drób, pozbierać jajka. Poza tym Bethan bardzo lubi opiekować się osieroconymi jagniętami i cielaczkami. I jeśli ustawię jej wrzeciono, będzie kręcić nim godzinami. Tak więc widzisz, wcale nie jest taka bezradna, a poza tym mamy jeszcze Mair, która jest naszą dojarką. Mieszka w wiosce na wybrzeżu. Mair co trzeba, to przeniesie, co trzeba też i wyniesie, a także ugotuje wspaniałą gęstą zupę.

Na chwilę zapadła cisza, słychać było tylko szum strumienia płynącego wartko przez zadrzewioną dolinę za domem, podobnie jak pola otoczone kamiennymi murkami skąpaną w księżycowej poświacie.

– Nasz dziadek wybrał dobre miejsce na dom – powiedziałam. – Strumień daje nam wodę i porusza kołem młyńskim. Mamy wełnę do przędzenia, zboże, by upiec chleb, mamy piwo, a także łój do lamp i na mydło. Owce dają nam runo, które sprzedajemy mnichom. Mamy też ryby w morzu, mięso na hakach, mamy pola uprawne. Mamy właściwie wszystko, czego do życia potrzeba. Ja czuwam nad wydatkami i recepturami. Gospodarujemy jak należy. Przekonasz się o tym, jeśli pobędziesz tu jakiś czas.

– Podejrzewam, że jest tak tylko dlatego, że harujesz od świtu do nocy, Jane. A te wydatki, receptury. Musiałaś gdzieś pobierać nauki.

– A tak, u mojej matki, która lata dziewczęce spędziła w klasztorze, a potem swoje dzieci nauczyła czytać, pisać i rachować. Teraz ja staram się, by Evan również się tego wyuczył, ale nie jest to takie proste, zwłaszcza wtedy, kiedy potrzebny jest do pracy w polu. Zimą łatwiej go przymusić, by posiedział nad literami. Nasza matka przeznaczyła go do stanu duchownego, ale Evan, choć chłopak bystry, za książkami nie przepada.

Zdawałam sobie sprawę, że niepotrzebnie tak się rozgaduję, ale słowa jakoś tak same ulatywały z mych ust. Kiedy zamilkłam, Jasper chwilę pomyślał, potem bezradnie potrząsnął głową.

– Nie, nie mogę sobie przypomnieć. Twoja matka miała na imię Agnes, prawda? Imię pamiętam, ale człowieka nie. Nawet swojej matki nie zachowałem w pamięci, choć Edmund twierdzi, że on tak. Ale moim zdaniem jej obraz, jaki zachował w pamięci, jest fałszywy, bo opowiada o niej tak, jakby była tylko wystrojoną lalką, a przecież była człowiekiem z krwi i kości.

Było mi go szczerze żal, bo moje wspomnienia były tak żywe, że czasami, kiedy zajęta byłam szyciem, miałam wrażenie, że mama siedzi tuż obok.

– Moja matka zawsze mówiła, że wasza matka jest prawdziwym aniołem. I wasza matka była piękna. Bo moja taka… zwyczajna, a ja jestem do niej podobna.

Jasper cicho prychnął, po czym oznajmił:

– „Zwyczajny” to najczęściej delikatne określenie kogoś brzydkiego, a ty przecież taka nie jesteś, Jane! Jesteś bardzo ładna. Tylko tak można powiedzieć o kimś, kto ma takie długie i trzepoczące rzęsy jak ty.

Szybko spuściłam głowę, by ukryć rumieńce, które zabarwiły moje policzki. A wzięły się z tej przyczyny, że w naszej rodzinie takich miłych rzeczy raczej sobie nie mówiliśmy, stąd moje zakłopotanie.

– Bardzo ładna? Nie wierzę… – wymamrotałam, splatając mocno palce na podołku.

A Jasper znów cicho prychnął.

– Ależ tak jest i nikt temu nie zaprzeczy. Moja matka podobno też była bardzo ładna, ojciec też jest niczego sobie, ale nie zawsze urodę przekazuje się dalej. Edmund wziął po ojcu ciemne włosy, śniadą skórę, a ja? Rude włosy nie wiadomo po kim i prawie zawsze czerwone policzki. Moja matka nazwała mnie Jasperem chyba dlatego, że miała pierścień z krwawym jaspisem, takim z czerwonymi plamkami. Pewnie uznała, że jeśli da synowi imię podobne do nazwy szlachetnego kamienia, przyniesie mu to szczęście. A młodszy syn zawsze bardzo potrzebuje, by los się do niego uśmiechnął, prawda?

On narzekał? Przecież miał jasną twarz bez piegów i wspaniałe niebieskie oczy, którym nawet poświata księżycowa nie dała rady odebrać blasku. Bardzo chciałam mu powiedzieć, że dla mnie jest bardziej niż urodziwy. Ale wstydziłam się, więc powiedziałam coś innego:

– Naprawdę w ogóle nie pamiętasz swojej matki?

– Nie, wiem o niej tylko to, co powiedziała mi Mette.

– Mette? Kto to jest?

– Bardzo bystra i bardzo szczera dama, która dobrze znała nasze matki. Jest już w podeszłym wieku, ale wiesz, że w jakiś sposób jesteś do niej podobna.

I w tym momencie niestety bardzo się wzburzyłam. Może i nadmiernie, ale nie potrafiłam nad sobą zapanować.

– Przypominam ci starą kobietę, która zapewne mówi, co jej ślina na język przyniesie? Bardzo, bardzo ci dziękuję, miły panie, za takie porównanie! – Zerwałam się z ławki i dygnęłam. – Proszę wybaczyć, że się już oddalę, ale najwyższy czas zagnać Evana do łóżka.

Zdawałam sobie doskonale sprawę, że jestem niegrzeczna wobec gościa, ale było to silniejsze ode mnie. Powiedziałam, co powiedziałam, on spochmurniał, a ja ruszyłam przed siebie. Po krótkiej chwili usłyszałam, że idzie za mną. Usłyszałam i kroki, i głos. Jasper był wyraźnie skruszony.

– Jane, przecież szczerość to zaleta! Mette jest bardzo otwarta, ale jednocześnie zbyt bystra, by tego nadużywać. Taka właśnie jest. Wyjątkowo bystra, a ja żadnej innej kobiety nie podziwiam tak jak jej!

Dopiero kiedy zwinęłam się w kłębek na sienniku koło kominka i zamiast zasnąć, oddałam się rozmyślaniom, doceniłam to, co powiedział Jasper. Komplement, który niewątpliwie ukryty był w jego słowach.

3

JASPER

Objazd po królestwie. Westminster i Greenwich

Przez cały następny rok wciąż miałem przed oczami słodką twarz Jane, a już zwłaszcza te długie i gęste rzęsy ocieniające brązowe aksamitne oczy. I wciąż ożywały piękne wspomnienia. O tym, jak podczas wyjątkowo sprzyjającej pogody zażywaliśmy wiejskiego życia podczas wypasu owiec Hywela. W tych chwilach zadumy wciąż powracał obraz Jane w słomkowym kapeluszu, trzewikach z wysoką cholewką, z podwiniętą spódnicą i kijem pasterskim w ręku. A później, po naszym powrocie z pastwisk do Tŷ Cerrig, gdy Bethan zaczęła rodzić, widziałem, jak Jane zawiadywała dosłownie wszystkim. Wygoniła z domu mężczyzn, i to co do jednego, i przez cały czas doglądała poczynań akuszerki, dodawała otuchy zarówno rodzącej, jak i jej matce, czyli przyszłej babce. Wszystko to robiła ze spokojem i niezwykle skutecznie. A ja w czasie pobytu w domu Hywela przyswoiłem sobie kilka nowych słów po walijsku, przede wszystkim nauczyłem się, że „mab” to chłopiec, a „merch” to dziewczynka albo dziewczyna. Miałem niewiele doświadczenia z kobietami, więc może dlatego tak wryła mi się w pamięć rozpromieniona czternastoletnia merch, która wybiega z domu, by pokazać ojcu jego nowo narodzoną córeczkę. Ten obraz towarzyszył mi przez wiele miesięcy, inspirując do porównań z wizerunkami Madonny i Dzieciątka Jezus.

Kiedy pewnego dnia, jeszcze w Walii, wybraliśmy się z Edmundem na przejażdżkę, brat wcale nie krył gniewu z powodu mojej przyjaźni z Jane. I uczulił mnie, że po powrocie na królewski dwór o tym spoufaleniu się z walijską wieśniaczką, zwłaszcza taką, której ojciec był wyjęty spod prawa za bunt przeciwko Koronie, nie wolno wspomnieć ani słowem.

– Tutaj możesz nią się nacieszyć, Jas, możesz zabrać ją do łoża, jeśli taka twoja wola, ale na litość boską, kiedy wrócimy do Westminsteru, trzymaj język za zębami. Ani słowa o Jane!

To nastawienie Edmunda bardzo mi się nie podobało, bo wyglądało na to, że brat wcale sobie nie przyswoił zasad z kodeksu rycerskiego, które wpajano w nas, gdy przerabialiśmy legendę o królu Arturze, na co nalegał król, uważając, że na tym też polega przygotowanie do stanu rycerskiego. W legendzie tej położono szczególny nacisk na szacunek do kobiet, a do Jane, przecież kobiety, Edmund nie miał go ani odrobiny. Bo taki już był. Imponował znajomością poezji łacińskiej i tekstów filozoficznych, ale jego zasady moralne były na poziomie piwiarni.

Naturalnie sugerował też, że mam wobec Jane lubieżne zamiary.

– Ja? Kłaść się z nią? Wiesz co, Edmundzie, jeśli chodzi o kładzenie, to owszem, coś tu kładłem. Świeżą słomę w stajni, czyli ściółkę dla koni. I na litość boską, przestań mnie w końcu nazywać Jasem!

– Uspokój się, nie krzycz. Lepiej powiedz, jak to tam nazywa ciebie ta skromna Jane? Rudzielec?

– Nie! Ale powiem ci, jak nazywa ciebie. Ładny chłopczyk! Wystraszyłeś owce tym swoim jasnoczerwonym dubletem i żółtymi nogawicami. Powinieneś zostawić je w Londynie.

– A ty powinieneś te swoje szmaty koloru błota zostawić w Walii, razem z tymi walijskimi wyrazami i tą twoją głupawą pasterką.

I musiał zrobić unik, czyli wsunąć się pod szyję konia, żeby umknąć przed moją pięścią.

Kiedy wróciliśmy na królewski dwór, przedmiotem drwin ze strony innych giermków były nie nasze ubrania czy mój język, lecz spalone na brąz twarze, co jest nieuniknione po trzech miesiącach spędzonych w siodle. Dało nam to wiele radości, choć Edmund naturalnie rozpowiadał na prawo i na lewo, że tylko marnował czas na tym wygwizdowie. Tak nazywał zachodnią Walię.

Byłem już prawie pewien, że będę musiał zadowolić się tylko wspomnieniami o Jane, bo nic nie wskazywało na to, że kiedyś powrócę do Walii. A obowiązków na królewskim dworze przybywało. Kiedy obaj, Edmund i ja, osiągnęliśmy pełnoletność, nasz królewski brat często wzywał nas do siebie, byśmy dotrzymywali mu towarzystwa. Wzywał nas zdecydowanie częściej niż pozostałych giermków. Podejrzewałem, że działo się tak, ponieważ nalegała na to królowa Małgorzata, która sprawiała wrażenie, że jej ulżyło, kiedy dowiedziała się, że jesteśmy jej bliskimi kuzynami. Siostra jej ojca, Maria Andegaweńska, była także naszą ciotką, ponieważ poślubiła brata naszej matki, zmarłego już króla Francji Karola VII.

– Na tym dworze jednak na nic to się nie przyda – ostrzegła nas podczas rozmowy w cztery oczy, jak zwykle mówiąc tą swoją uroczą łamaną angielszczyzną. – Ponieważ niezależnie od tego, ile by zwycięstw nie odniosły w Normandii i Maine wojska naszego wuja Karola, król Henryk i tak nadal jest królem Francji.

I to było kwestią sporną. Na mocy traktatu pokojowego nasza matka została wydana za ojca Henryka, a Henryk oficjalnie był królem zarówno Francji, jak i Anglii. Ale jego wodzowie niechlubnie po kawałku tracili olbrzymie połacie francuskiej ziemi, które kiedyś zdobył Henryk V, i pokój w królestwie był poważnie zagrożony przez hordy żołnierzy uchodźców, którzy kiedyś wraz z rodzinami osiedli w Normandii i Maine, a teraz nacierające wojska króla Karola zmusiły ich do ucieczki i powrotu do Anglii. Wielu z nich włóczyło się po hrabstwach. Bezdomni, bez pieniędzy i zdesperowani, byli zarzewiem najrozmaitszych kłopotów. Poza tym całe serie porażek wojsk angielskich uszczuplały zawartość królewskiego skarbca i stały się przyczyną niebezpiecznego rozłamu wśród angielskiej arystokracji. Tego roku daleki kuzyn króla, książę Yorku, który publicznie lamentował z powodu tych błędów, został wygnany z królewskiego dworu za przyprowadzenie wojsk do Londynu i za domaganie się powierzenia mu dowództwa w wojnach z Francją, a także za to, że mienił się dziedzicem Henryka.

Podczas tej rozmowy królowa Małgorzata powiedziała nam, że ona i król ruszają w objazd po królestwie i Henryk życzy sobie, byśmy mu towarzyszyli. Obaj, Edmund i ja, i to nie jako giermkowie króla, lecz jako jego bracia.

– Henryk chce sprawiedliwości dla wszystkich nieszczęśników, którzy zostali napadnięci i ograbieni przez renegatów z Francji – wyjaśniła królowa.

Niewątpliwie był to dla nas wielki zaszczyt, ten dowód zaufania ze strony króla, a z naszej możliwość wywiązania się z braterskich obowiązków. Podczas objazdu mieliśmy mieszkać w komnatach w pobliżu komnat króla i dzielić z nim jego wielką komnatę. A był to objazd dla mnie bardzo pouczający, ponieważ dowiedziałem się sporo o królewskiej sprawiedliwości, o ogromnej rozbieżności między szlachetnie urodzonymi, którzy wykazywali się dobrą wolą, a tymi, którzy pozbawieni skrupułów, w nieuczciwy sposób pozyskiwali dodatkowe opłaty od swoich dzierżawców. Dowiedziałem się również wiele o samym królu i królowej. Traktowali się nawzajem niezwykle uprzejmie, ale okazywali sobie bardzo mało uczucia. Kiedy spędzaliśmy z nimi czas wolny od obowiązków, brakowało śmiechu czy swobodnej rozmowy, czego można było się spodziewać, skoro małżeństwem byli od ponad sześciu lat. A tymczasem wyczuwało się w nich stałe napięcie, co mnie zdumiewało. Naturalnie miłość w małżeństwach dynastycznych, takich jak Henryka i Małgorzaty, nie była warunkiem wstępnym do zawarcia małżeństwa, ale tyle lat minęło, a Henryk chyba jeszcze nie zauważał, że królowa Małgorzata wyróżnia się oryginalną urodą i wdzięczną postacią. Młodsi dworzanie spoglądali na nią ukradkiem z wielką aprobatą, natomiast król nigdy nie uczynił nawet najmniejszej uwagi na temat jej wyglądu czy sukni, chyba że owa suknia jego zdaniem była zbyt wyszukana lub zbyt śmiała. On sam ubierał się bardziej jak kleryk niż monarcha, mimo że Małgorzata nalegała, by przekonał się do tkanin o jasnych barwach i klejnotów, które jej zdaniem były odpowiednie dla monarchy.

I tu starała się pozyskać w nas sojuszników.

– Ludzie oczekują, że ich monarcha wyglądać będzie wspaniale, prawda? Ty, Edmundzie, na pewno z tym się zgodzisz, przecież zawsze jesteś ubrany zgodnie z najnowszymi nowinkami dworskiej mody. Może podpowiedziałbyś Jego Królewskiej Mości, co teraz noszą szlachetnie urodzeni? Zauważyłam, że kaftany i tuniki młodych dworzan są coraz krótsze, nogawice coraz bardziej kolorowe, a klejnotów coraz większa obfitość. Niestety nie potrafię przekonać Henryka do zmian w tym względzie. Ubiera się tak, jakby codziennie był Wielki Piątek.

Ale Henryk nadal unikał splendoru, nawet kiedy szedł na wystawną ucztę wydawaną podczas objazdu przez goszczących nas notabli, którzy wszyscy bez wyjątku bardzo chcieli dogodzić władcy, żywiąc naturalnie nadzieję, że zostaną za to wynagrodzeni. Uczty połączone były z tańcami i maskaradą. Zauważyłem wtedy, że wielu młodych dworzan podczas maskarady korzysta z okazji, by zaprezentować swoje ciało, i podciąga wysoko nogawice, ukazując nagie uda. Co wcale nie było rozsądne, bo panował chłód. Król Henryk maskarady bardzo lubił, zwłaszcza gdy były w nich odniesienia do opowieści biblijnych, niemniej zwykle wracał do swoich komnat wcześnie, zanim wieczorna rozrywka stawała się zbyt hałaśliwa i figlarna jak na jego gust. I wtedy, ku wielkiemu niezadowoleniu Edmunda, prosił, byśmy oddalili się razem z nim. Potem Henryk wypijał małe piwo, rozmawiając z nami o tym, co wydarzyło się tego dnia, o ciekawszych sprawach, jakie przyszło rozstrzygnąć, albo o odwiedzeniu miejscowej świątyni. Kiedy przez otwarte okna słychać było skoczne dźwięki, Edmund mimo woli zaczynał przytupywać nogą, naturalnie starając się też okazywać wielkie zainteresowanie wywodami króla. A ja przypominałem sobie, jak nasi nauczyciele z siwymi brodami wykładali niestrudzenie zasady świętego Benedykta czy pisma świętego Grzegorza, a nam młodym marzyło się jakieś polowanie albo turniej.

W ostatnich dniach objazdu, kiedy zatrzymaliśmy się w opactwie Reading, dołączył do nas Edward Beaufort, książę Somerset, kuzyn Henryka i jego główny doradca. Wieczorem jak zwykle piliśmy piwo w naszym braterskim gronie, a książę razem z nami. Znaliśmy go dobrze i wiedzieliśmy, że nie wolno go lekceważyć. Jako młody człowiek, kiedy jeszcze nie miał takiej pozycji i wpływów jak teraz, Edmund Beaufort oświadczył się naszej matce, królowej wdowie Katarzynie, ale Rada Królewska nie wyraziła zgody na ten związek. I to Edmund jakiś czas potem odkrył, że Katarzyna potajemnie poślubiła Owena Tudora. Zgodził się dochować tajemnicy, i nie tylko. Został też ojcem chrzestnym ich pierwszego syna, który na jego cześć otrzymał imię Edmund. Udowodnił więc, że jest naszym wiernym przyjacielem, dlatego jego obecność tego wieczoru miała dla nas olbrzymie znaczenie.

Opat oddał wielką komnatę do dyspozycji króla, salę ze sklepionym sufitem wyłożoną boazerią, i tak ogromną, że nawet królewskie łoże podróżne wyglądało jak legowisko prostego żołnierza. Wszystkie drzwi i okna były pozamykane, choć po wyjątkowo upalnym dniu wieczór był bardzo ciepły, dlatego miałem wielką ochotę poluzować kołnierz i rozpiąć kaftan, bo koszula była już mokra od potu. Król i książę zasiedli na dębowych rzeźbionych krzesłach przed pustym kominkiem. Król łaskawie zezwolił nam usiąść w jego obecności, więc spoczęliśmy na dwóch wyściełanych stołkach, po czym głos zabrał książę:

– Jego Królewska Mość jest wdzięczny, że towarzyszyliście mu podczas objazdu królestwa, wykazując się niezachwianą lojalnością wobec króla i królowej, dlatego też Jego Królewska Mość zdecydował, że nadeszła pora, by okazać wam swoją łaskawość…

W tym momencie król Henryk podniósł rękę, dając do zrozumienia, że teraz to on przemówi. Somerset naturalnie zamilkł, a Edmund i ja wymieniliśmy się spojrzeniami. Oczy brata błyszczały, a ja, tak samo przecież podekscytowany, czułem, jak moje serce bije coraz szybciej.

– Lord Somerset ma rację – zaczął król. – Ostatnimi czasy ciężar odpowiedzialności za losy monarchii przygniatał nasze barki i mimo że część tej odpowiedzialności przejęła na siebie Jej Królewska Mość, a także nasi lojalni urzędnicy i doradcy, przyszła mi do głowy pewna myśl. Myśl taka, że wy, moi ukochani bracia, w których żyłach płynie krew królów i którzy okazujecie nam w sposób oczywisty miłość i lojalność, dzięki czemu więź między nami jest coraz mocniejsza, powinniście znaleźć się w najbliższym nam kręgu przez wyniesienie was do stanu, który odpowiada waszemu urodzeniu. I dlatego też pragniemy i zamierzamy, Edmundzie, uczynić cię hrabią Richmond, a ciebie, Jasperze, hrabią Pembroke. Mamy nadzieję, że wszelkie kroki związane z nadaniem tych tytułów zdążymy podjąć do świąt Bożego Narodzenia i uroczyste wyniesienie do godności odbędzie się podczas uczty w święto Objawienia Pańskiego, kiedy to przekazuje się podarki, by uczcić dary złożone przez Trzech Mędrców nowo narodzonemu Dzieciątku Bożemu. A te tytuły będą moim podarkiem dla was.

Kończąc swoją wypowiedź, Henryk wyciągnął ku nam ręce, przy czym odległość między dłońmi równała się szerokości psałterza. I uśmiechnął się wyczekująco, a my, Edmund i ja, naturalnie padliśmy przed nim na kolana, po czym Edmund, jak zwykle wykorzystując fakt, że jest starszym bratem, szybko wsunął swoje dłonie między dłonie króla i wygłosił przysięgę wierności, którą każdy szlachetnie urodzony zna na pamięć:

– Panie, jestem twym wasalem, jestem ci oddany duszą i ciałem, prawdą i zaszczytami ziemskimi, i wynoszę ciebie ponad wszystkich innych ludzi, tak mi dopomóż Bóg i Najświętsza Panienko.

Król Henryk pochylił się, Edmund pocałował go w policzek, po czym król zwrócił się ku mnie, ponownie rozpościerając ręce, chyba jeszcze bardziej niż poprzednio. Kiedy poczułem, jak suche królewskie palce zamykają się na moich śliskich i spoconych, z moich ust uleciały drżące z emocji słowa tej samej przysięgi. Kiedy pochyliłem się, by przekazać bratu pocałunek wierności, poczułem charakterystyczny zapach, niewątpliwie kadzidła. Zapachem tym przesiąknięte było jego ubranie, co świadczyło o tym, jak wiele godzin król codziennie spędza na modlitwie w kościele czy innym Domu Bożym.

Kiedy wstał, my naturalnie skwapliwie poszliśmy za jego przykładem. Uśmiech króla, tak bardzo szeroki, był dla nas nowością, bo był to uśmiech wyjątkowo ciepły.

– Czuję, jak dobry Bóg błogosławi naszemu braterskiemu związkowi – powiedział. – Lord Somerset objaśni wam, co powinniście teraz zrobić, a ja mam nadzieję, że przede wszystkim podziękujecie Panu Bogu i Matce Boskiej za ich szczodre błogosławieństwo. A ja udam się do kaplicy opactwa, by prosić Najwyższego o pomoc w jutrzejszej sesji sądowej, która ma być wyjątkowo trudna. Życzę wam dobrej nocy.

Ponieważ szambelan był nieobecny, podszedłem do drzwi, by otworzyć je przed Jego Królewską Mością. Strażnicy po drugiej stronie tych drzwi na mój widok drgnęli, po czym skwapliwie ustawili halabardy na sztorc, by oddać cześć monarsze, który wychodził z komnaty zatopiony w myślach. Ręce miał złożone, a głowę opuszczoną jak mnich udający się na nabożeństwo o północy. Kiedy zamknąłem drzwi, Edmund podszedł do mnie i objął ramieniem.

– I jak tam, lordzie Pembroke? – zawołał z nieskrywaną radością. – Teraz jesteśmy prawdziwymi braćmi króla!

Odwzajemniłem uścisk równie entuzjastycznie, ale pełen powagi Somerset podszedł do nas, nakazując spokój.

– Jeszcze to się nie stało! Jeszcze nie – powiedział, wymachując palcem tak gorliwie, że jego siwa broda podskakiwała. – Jego Królewska Mość prosił mnie, by was ostrzec, że te wieści macie zachować dla siebie, dopóki nie zostanie to obwieszczone na królewskim dworze. Należy przygotować odpowiednie dokumenty prawne i orzec, które włości dostaniecie, a to wymaga czasu. Wy zaś zastanówcie się nad herbem i tarczą herbową. Heraldycy zostaną powiadomieni, że wkrótce zostaniecie wywyższeni, i jako przyszli lordowie możecie już zamówić u królewskiego krawca szaty w odpowiednich barwach. Wszyscy potrafią dochować tajemnicy. Król, jak sam wam powiedział, zamierza obwieścić to w święta Bożego Narodzenia i wręczyć wam miecze w londyńskiej Tower podczas uczty w święto Objawienia Pańskiego. A ja z całego serca życzę wam jak najlepiej i czekam z niecierpliwością, kiedy będę mógł was powitać w szeregach potężnych hrabiów Anglii.

Po powrocie do pałacu westminsterskiego okazało się, że zamieszkamy w komnatach usytuowanych tuż przy komnatach króla, o czym naturalnie natychmiast zaczęto plotkować. Nasze nowe komnaty były jasne, przestronne i zastawione pięknymi sprzętami, a z jednoskrzydłowych, otwieranych na zewnątrz okien widać było Tamizę. Okna te, z małymi szybkami w kształcie rombu, nie miały okiennic. Każdy z nas miał osobną latrynę z odpływem do fosy, była więc opróżniana przy każdym przypływie. Takie udogodnienie miały tylko osoby uprzywilejowane o naprawdę wysokiej pozycji. Pomiędzy tymi komnatami był obszerny przedpokój, gdzie mogli czekać i służący, i goście, póki nie zostaną przyjęci. Nasze komnaty były na tym samym piętrze, co komnaty króla, z tym że po półkolistych kamiennych schodach chodził tylko król, my natomiast po innych schodach, kręconych i o wiele węższych. Królowa Małgorzata i jej damy dworu zajmowały osobne skrzydło w pałacu, z komnatami króla połączone galerią, której dyskretnie pilnowali wybrani i zaufani strażnicy. Pilnowali, chociaż wszystko wskazywało na to, że z galerii nie korzystano zbyt często.

Za zamkniętymi drzwiami nowych komnat Edmund i ja przyzwyczajaliśmy się do naszych koron i płaszczy. Dostaliśmy fundusze na uzupełnienie naszej garderoby, a ja po raz pierwszy byłem zadowolony, że Edmund zna się na tkaninach, na krojach, na tym, co się teraz wkłada na grzbiet. Czyli na tym, na czym ja w ogóle się nie znałem. Król zapowiedział, że kiedy rozgościmy się w naszych komnatach, odbędzie się turniej na naszą część, a potem, na co czekaliśmy z największą niecierpliwością, zamówimy zbroje. Wiedzieliśmy już, do którego mistrza sztuki płatnerskiej z tym się zwrócić, i byliśmy bardzo przejęci, bo do tej pory, jak wszyscy inni giermkowie, dostawaliśmy gotowe lekkie uzbrojenie. Kiedy nadszedł wielki dzień i wreszcie stałem w gorącym i gwarnym warsztacie w Cheapside, gdzie zdejmowano ze mnie miarę do mojej pierwszej prawdziwej zbroi, pękałem z dumy. A Edmund wykazywał o wiele mniej entuzjazmu.

– A jakie to ma znaczenie, czy będę miał niedawno wymyślone zawiasy przy przyłbicy? Najważniejsze, żebym mógł ją unieść i zamknąć! Przede wszystkim martwię się o trzewiki. U szlachetnie urodzonych rycerzy ich długość zależy od tego, na jaką długość jego stopa wysuwa się ze strzemiona, gdy rycerz odchyla się w tył, celując kopią. Zdecydowanie wolę trzewiki z jak najdłuższymi noskami.

Płatnerz, który klęczał przed Edmundem, biorąc miarę na nagolenniki, poderwał głowę.

– Jako hrabia masz, panie, zezwolenie nosić je dwukrotnie dłuższe niż długość twej stopy, ale pozwolę sobie wyrazić opinię, że jeśli noski są zbyt długie, niełatwo będzie uwolnić stopę, gdy wyrzuci ciebie, panie, z siodła.

– I wiadomo, noga pozostanie w strzemieniu – wtrąciłem – a galopujący koń będzie cię wlókł za sobą, Edmundzie, i jest to najlepszy sposób, by pożegnać się z życiem.

Brat spojrzał na mnie kwaśno i zaoponował energicznie:

– Prawdziwy rycerz nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby spaść z konia. Że mógłby ponieść klęskę! Nic nie świadczy o tchórzostwie bardziej niż trzewiki.

Moim zdaniem głupia fanfaronada podczas turnieju czy walki była największą głupotą, a ryzykuje się wiele. Nie każdy ma takie szczęście jak ja, że po wypadku w trakcie turnieju ma tylko nadłamane zęby. Nie chciałem jednak spierać się z bratem, bo i po co jątrzyć, kiedy powinniśmy trzymać się razem. Dlatego wzruszyłem tylko ramionami i uznając, że niech brat pogada o tym wszystkim z płatnerzem, zacząłem rozglądać się ciekawie dookoła po miejscu dotąd mi nieznanym.

Jak ma to w zwyczaju większość szlachetnie urodzonych angielskich rycerzy, niektóre części naszych zbroi wykonane były na miarę w Niemczech, bo tam proces walcowania stali doprowadzony był do perfekcji. Potem części te będą w razie potrzeby dopasowane w którymś z londyńskich warsztatów, na przykład takim jak ten, gdzie spoceni czeladnicy biegają między trzema kuźniami, wykonując polecenia mistrzów płatnerstwa. Cisza zapadała niezwykle rzadko, bo prawie bez przerwy wali się tu młotem w którąś z osobnych części składających się na zbroję, czyli napierśniki, napleczniki, nagolenniki, rękawice, kirysy, zarękawia i wszelkiego rodzaju złączki, okrętki, klamry i naręczaki. Poza tym było tu niezwykle gorąco, ale zapach potu i hałas wpływały na mnie ożywiająco. Przed oczami pojawiały się obrazy z pojedynków i turniejów, a wyobraźnia podsuwała obrazy z prawdziwej walki na polu bitwy.

Mimo że był to koniec jesieni, drewniane dwuskrzydłowe drzwi po obu stronach warsztatu były szeroko otwarte, dzięki czemu wiatr, któremu zdarzało się zawitać do wąskich londyńskich uliczek, zabierał ze sobą trujące wyziewy z rozgrzanych do czerwoności kuźni. Oparłem się o jedną z kolumn i patrzyłem z podziwem na tych, którzy z niezwykłą biegłością wykańczali zbroję. Pracowali na ławkach ustawionych pod ścianami, pokrywając zbroję grawerunkiem, a na koniec polerując. Widziałem doskonale, jaka jest kolejność wkładania i miejsce poszczególnych błyszczących części zbroi, przecież jako giermek pomagałem rycerzom ją wkładać. A teraz czułem dreszcz podniecenia na myśl, że to wkrótce ja sam wyznaczę sobie własnych giermków, którzy będą to uciążliwe zadanie wykonywać dla mnie.

Święta Bożego Narodzenia tego roku obchodzone były w pałacu Placentia w Greenwich, dokąd ruszył cały dwór dwa dni wcześniej, rankiem, w porze przypływu, udając się w dół rzeki. Edmund i ja, nadal oficjalnie giermkowie służący królowi, towarzyszyliśmy królewskiej parze, czyli płynęliśmy królewską barką z Westminsteru. Byliśmy zachwyceni, bo kiedy barka przepływała pod łukowym mostem, widzieliśmy na własne oczy, jak wody Tamizy spływają do szerszego koryta.

Pałac i park król Henryk przed pięcioma laty odziedziczył po swoim wuju, Humphreyu księciu Gloucester, i było to teraz jego ulubione miejsce, przede wszystkim dzięki wspaniałemu księgozbiorowi, który zgromadził światły wuj. A Placentią, czyli po łacinie „rozkoszą”, nazwała to miejsce królowa Małgorzata, ponieważ było tu rozkosznie zielono i sielsko, mimo że do Londynu było stąd zaledwie kilka mil. Różnica między tym miejscem a gęsto zabudowanym Westminsterem i jego zatłoczonymi ulicami była wprost magiczna, bo tu stworzono po prostu oazę, dlatego królowa, podobnie jak umykające wody Tamizy, zawsze była gotowa uciec z miasta w górę rzeki. A poza tym polowania były jedną z nielicznych rzeczy, które kiedyś łączyły Henryka z Małgorzatą, a właśnie tu, w ogromnym leśnym parku, można było zapolować.

Kiedy wioślarze, wykazując się wielką biegłością, zręcznie opłynęli przybrzeżne błota od strony północnej, a moje nozdrza wyłapały w powietrzu tę jedyną w swoim rodzaju słoną nutę, zmówiłem krótką modlitwę, prosząc, by piękna pogoda utrzymała się, dzięki czemu będziemy mogli podczas świąt zażyć wspaniałych uciech na świeżym powietrzu.

Król Henryk zarządził, że w Wigilię Bożego Narodzenia na jego dworze nie będzie obżarstwa, nadmiernego picia i weselenia się, jak to było w zwyczaju za poprzednich władców i nadal jest w wielu lordowskich zamkach i pałacach. I dlatego po długiej uroczystej mszy porannej podano skromny posiłek złożony z trzech dań, przy czym wino serwowano w ograniczonych ilościach, a piwa bardzo mało. Podczas tego posiłku chórzyści śpiewali piękne, ale smętne psalmy, czytano również na głos modlitwy i Ewangelię. Po posiłku trupa mimów odgrywała jasełka. Mieli na sobie wspaniałe tradycyjne kostiumy przechowywane w królewskiej garderobie i używane tylko raz w roku, podczas tej jednej nocy. Przedstawienie odbywało się przy blasku świec, gdy na dworze było już całkiem ciemno, i okazało się nadspodziewanie wielkim przeżyciem. Kiedy pasterze padli na kolana oczarowani anielskim chórem, prawdziwie anielskimi głosami i skrzydłami skrzącymi się szlachetnymi kamieniami, w pamięci znów ożyły tamte noce pod gwiazdami spędzone z Jane i jej braćmi, kiedy to snopy iskier z ogniska wzbijały się ku czarnemu niebu, a mój ojciec grał na harfie i śpiewał piękne pieśni, w których przewijały się wątki ze starych legend walijskich. Po skończeniu przedstawienia rozległy się burzliwe oklaski, potem słychać już było szmer rozmów, i tę właśnie chwilę wybrał król Henryk, by obwieścić dworzanom nowinę. Nie zrobił tego osobiście, lecz zgodnie z powagą owej chwili, poprzez herolda Richmonda, który zanim przemówił, najpierw zadął w trąbkę, by uciszyć zebranych.

– Zacni milordowie, zacne milady, zacni dżentelmeni z królewskiego dworu! Wysłuchajcie woli waszego łaskawego władcy. Jako że Edmund i Jasper, zrodzeni z tej samej matki co panujący nam miłościwie król Henryk, osiągnęli pełnoletność, pragnieniem Jego Królewskiej Mości jest uznanie ich prawowitego pochodzenia od umiłowanej i opłakiwanej królowej Katarzyny, małżonki wspaniałego króla Henryka V, władcy Anglii, ojca Jego Królewskiej Mości. I dlatego winni być wyniesieni do stanu rycerskiego, a ponadto umiłowany brat króla, Edmund, otrzyma tytuł hrabiego Richmond, tytuł, który po śmierci wuja Jego Królewskiej Mości Johna, księcia Bedfordu, wrócił do Korony. Umiłowany brat króla, Jasper, otrzyma tytuł hrabiego Pembroke, tytuł, który po śmierci wuja króla, Humphreya, księcia Gloucester, powrócił do Korony. Jako rodzeni bracia Jego Królewskiej Mości otrzymają prawo pierwszeństwa przed wszystkimi szlachetnie urodzonymi, wszystkimi oprócz książąt należących do rodziny królewskiej. Taki jest zamysł króla i zostanie on dokonany z zachowaniem pełnego ceremoniału w londyńskiej Tower podczas uczty w święto Objawienia Pańskiego. Taka jest wola waszego władcy Henryka VI, króla Anglii, Francji i Irlandii!

I znów głos trąbki, potem chwila ciszy, kiedy ludzie przetrawiali to, co obwieścił herold. A potem nagle zrobiło się głośno, kiedy giermkowie, nasi towarzysze, otoczyli nas tłumnie, zaczęli klepać po plecach, wznosząc okrzyki zdumienia i składając nam gratulacje. Kłębili się, dopóki dwóch strażników królewskich nie usunęło ich na bok, by zrobić przejście dla królowej Małgorzaty, która pojawiła się przed nami bardzo piękna w swej błyszczącej świątecznej szacie i obdarzyła nas uśmiechem tak promiennym, że przyćmiewał wszystkie jej klejnoty.

– Czy do gratulacji waszych towarzyszy mogę i ja dodać swoje? Nasz dwór będzie zachwycony nadaniem lordowskich godności dwóm tak zacnym dżentelmenom, których rady i towarzystwo Jego Królewska Mość bardzo sobie ceni. Ale, mes presque-seigneurs, to ja jako pierwsza chciałabym skorzystać z waszych usług. Moim życzeniem jest, byście jutro wieczorem, podczas świątecznego balu, towarzyszyli mi w dwóch pierwszych tańcach. Mam nadzieję, że żadna dama mnie nie ubiegła i możecie to dla mnie zrobić.

Choć jej uśmiech był tak promienny, nie było w nim nic takiego, co wskazywałoby na to, że królowa ustąpi placu jakiejkolwiek damie. Była tylko pewność siebie królowej, która rzadko zaszczycała kogoś tańcem z jej królewską osobą i nie spodziewała się, że usłyszy odmowę. I naturalnie nie myliła się, bo Edmund skłonił się szybko i powiedział coś, co nie pozostawiało żadnych wątpliwości:

– Będę zaszczycony i zachwycony tańcem z Jej Królewską Mością. Gotów jestem tańczyć boso na odłamkach szkła, byle móc trzymać cię za rękę, madame.

Królowa, chyba trochę zaskoczona tak błyskotliwą odpowiedzią, uniosła lekko brwi.

– Ależ wtedy nie byłbyś w ogóle w stanie tańczyć, panie, tym bardziej że pierwszy taniec jest skoczny.

Ja też się ukłoniłem.

– W takim razie mam nadzieję, że drugi taniec będzie długi i powolny, Wasza Wysokość.

Wtedy spojrzała na mnie nieco dziwnie.

– Naprawdę, panie Jasperze? W takim razie musisz porozmawiać z grajkami. Czekam z niecierpliwością na jutrzejszy wieczór, messires, i jeszcze raz składam wam gratulacje.

I odwróciła się, zamiatając podłogę pięknym trenem ze złotogłowia.

[1] Vintner (ang.) – handlarz winem. (Przyp. tłum.).

[2] Vintry (ang.) – winnica. (Przyp. tłum.).

Tytuł oryginału: The First of the Tudors

Pierwsze wydanie: HarperCollins Publishers Limited, UK, Londyn, 2016

Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Jakub Sosnowski

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2016 by Joanna Hickson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o.Warszawa, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji HarperCollins Publishers Limited. Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: Richard Jenkins Photography.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-276-3069-8

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tudorowie. Narodziny dynastii Oblubienica z Azincourt 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Królowie przeklęci. Tom II Turniej cieni Moja piątka z Cambridge