Zabójcze układy

Zabójcze układy

Autorzy: Przemysław Gasztold

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.40 zł

Kulisy bliskiej współpracy komunistycznych służb z międzynarodowymi ugrupowaniami terrorystycznymi przez wiele lat należały do najpilniej strzeżonych sekretów PRL. Radykałowie z Bliskiego Wschodu oraz skrajnie lewicowi ekstremiści z Europy Zachodniej traktowali Polskę jako sprawdzonego sojusznika i bezpieczną przystań, gdzie można było skutecznie ukrywać się przed agentami służb zachodnich i w spokoju przygotowywać kolejne zamachy. Dzięki tajnym układom z peerelowskimi służbami cywilnymi i wojskowymi, terroryści czuli się w Polsce bezpiecznie. Omijali procedury wizowe, przysyłali rannych bojowników na odpoczynek, otrzymywali stypendia, otwierali własne firmy, handlowali bronią, a na nielegalnych interesach z państwowymi przedsiębiorstwami zarabiali miliony dolarów. Abu Nidal, Monzer Al-Kassar, Abu Dawud i Abu Abbas to tylko niektórzy z czołówki najgroźniejszych światowych terrorystów ostatniej dekady zimnej wojny, którzy nie tylko korzystali z gościny peerelowskich służb, ale traktowali Polskę jako ważne ogniwo przestępczej działalności. Dzięki drobiazgowym poszukiwaniom archiwalnym Autorowi udało się zrekonstruować najważniejsze siatki terrorystyczne operujące na terenie komunistycznej Polski oraz naświetlić okoliczności ich sekretnych powiązań z funkcjonariuszami aparatu bezpieczeństwa PRL.

Projekt okładki i stron tytułowych Maciej Szymanowicz

Zdjęcia na okładce Chris Niedenthal/FORUM (hotel „Victoria”), Liliana Bilińska/Laski Diffusion/East News (Abu Daud)

Redaktor inicjujący Marcin Kicki

Wydawca Dąbrówka Mirońska

Redakcja językowa Renata Lewandowska

Korekta Olga Gorczyca-Popławska, Zofia Kozik

Produkcja Mariola Iwona Keppel

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN

Michał Latusek / konwersja.virtualo.pl

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2017

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2017 r., (wyd. I)

Warszawa 2017

ISBN 978-83-01-19299-0

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 288

infolinia: pwn@pwn.com.pl

e-mail: pwn@pwn.com.pl, www.pwn.pl

Informacje w sprawie współpracy reklamowej: reklama@pwn.pl

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1. Kłopotliwi goście

Współpraca z OWP

,,Szakal,, na Starym Mieście

Fedain z Kamienia Pomorskiego

Poszukiwania bandy RAF

Rozdział 2. Warszawskie imperium Abu Nidala

Terroryzm do wynajęcia

,,Strzelec,, pod lupą SB

Sekrety Cenzinu

Czołgi dla Saddama: handel bronią w Intraco

Urzekająca aura Najmeddina

Rządowe stypendia

S.A.S. na celowniku CIA

Rozdział 3. Polskie lenno Księcia z Marbelli”

Handlarz bronią i celebryta

Alkastronic

Cenzin, CIA i Nikaragua

Porwany statek

Przystań nad Wisłą

Cenrex w III RP

Rozdział 4. Abu Dawuda igraszki ze śmiercią

Narodziny Czarnego Września

Zamach w Monachium

Życie uciekiniera

Oaza w Warszawie

Egzekucja w ,,Victorii,,”

Niepokój OWP

Sfingowane śledztwo

Zagadka jednego telefonu

Rozdział 5. Forpoczta Al-Kaidy. Terroryzm islamski w PRL

Wysadzić Ambasadę USA!

Bractwo Muzułmańskie

Zakończenie

Bibliografia

Archiwalia

Publikacje

Prasa

Internet

Przypisy

ROZDZIAŁ 2

WARSZAWSKIE IMPERIUM ABU NIDALA

W małej restauracji w centrum żydowskiej dzielnicy Paryża w porze obiadowej goście rozmawiali i spożywali koszerne przysmaki: kawior, śledzie oraz słynną na całą okolicę siekaną wątróbkę. W pewnym momencie trzech zamaskowanych osobników wrzuciło do środka granat. Starymi kamienicami przy rue de Rosiers wstrząsnął potężny huk. Napastnicy weszli do środka i strzelali na oślep do oszołomionych klientów. Po wystrzelaniu magazynków szybko uciekli. Historię można by potraktować jak scenariusz filmu akcji klasy B, gdyby nie to, że wydarzyła się naprawdę.

Atak na restaurację Jo Goldenberga z 9 sierpnia 1982 roku przynosi straszliwe żniwo: 6 zabitych i 22 rannych. Największa tragedia francuskich Żydów po II wojnie światowej – krzyczały nagłówki paryskich gazet. Francuzi dawno nie byli świadkami tak brutalnego mordu. Dlatego śledczy znaleźli się pod dużą presją opinii publicznej. Prokuratorzy mozolnie zbierali dowody, ale dochodzenie szybko się nie posuwało. Brakowało świadków i dowodów przestępstwa. W końcu udało im się odnaleźć łuski oraz jeden z pistoletów, który poddali badaniom laboratoryjnym. Diagnoza okazała się intrygująca: na jednym z pistoletów było widać wyryty numer M.S. 6541 II 1975. Był to RAK – polski pistolet maszynowy używany przez specjalne oddziały milicji.

We wrześniu 1982 roku sędzia śledczy Jean Luis Bruguiere zwrócił się do władz PRL o pomoc prawną. Podał numer seryjny pistoletu, ponieważ chciał ustalić, w jaki sposób terroryści weszli w jego posiadanie. Jego prośba wywołała panikę w warszawskiej prokuraturze. Zaczęła narastać nerwowa atmosfera, gdyż w świat poszła już informacja o zamachowcach korzystających z polskich RAK-ów. Wciąż trwał stan wojenny, ekipa generała Wojciecha Jaruzelskiego była izolowana przez Zachód i tym bardziej zależało jej na uniknięciu oskarżeń o wspieranie międzynarodowego terroryzmu. Polskie władze nie wiedziały za bardzo, jak odnieść się do pisma francuskiego śledczego. W końcu w połowie 1983 roku dyrektor gabinetu Prokuratora Generalnego PRL Andrzej Krajewski odpowiedział: „broń wraz z magazynkami zaginęła w Polsce i figuruje w ewidencji broni zaginionej po 1975 roku”[1]. Władze umyły ręce, ale dobrze wiedziały, dokąd trafił feralny pistolet. Nie mogły jednak publicznie przyznać, że odebrała go organizacja terrorystyczna siejąca popłoch w Europie Zachodniej.

Za brutalnym zamachem w Paryżu stał Sabri al-Banna znany pod nom de guerre jako Abu Nidal, czyli „Ojciec Walki”. Przez prawie 30 lat kierował terrorystyczną organizacją Rada Rewolucyjna Fatah, znaną też jako Organizacja Abu Nidala (OAN)[2]. Grupa była odpowiedzialna za ataki w 20 państwach, w których zginęło lub zostało rannych blisko tysiąc osób. Powstała w 1974 roku, kiedy Banna skłócił się z Jaserem Arafatem i z pomocą irackich służb specjalnych Mukhabarat założył własne ugrupowanie. Reżim w Bagdadzie chciał wywierać wpływ na palestyński ruch narodowy i wykorzystywać go do własnych celów, lecz Arafat sprzeciwiał się takiemu instrumentalnemu traktowaniu. Nie dawał się wykorzystywać i dlatego irackie władze wspomogły rozwój Organizacji Abu Nidala. Dzięki temu zapewniły sobie jego wdzięczność i podporządkowanie.

Banna postrzegał legendarnego lidera Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP) jako zdrajcę oraz liberała posłusznego Izraelowi i amerykańskim imperialistom. Dlatego terroryści OAN z zimną krwią mordowali zwolenników kompromisu z Tel Awiwem i umiarkowanych polityków OWP (Said Hammani, Issam Sartawi, Abu Ijad). Egzekucje dawały asumpt do plotek, że byli sterowani przez Mossad. Abu Nidal próbował również zamordować Mahmuda Abbasa – aktualnego prezydenta Autonomii Palestyńskiej, który w latach siedemdziesiątych był jednym z ważniejszych liderów ruchu Al-Fatah. Jako oficjalny powód decyzji dotyczącej likwidacji Abbasa podano jego rzekome związki z izraelskimi służbami, ale prawdziwa przyczyna miała zupełnie inne, ambicjonalne podłoże. We wrześniu 1970 roku przedstawiciele różnych palestyńskich ugrupowań spotkali się w Bagdadzie z irackim prezydentem Ahmadem Hassanem al-Bakrem w celu pozyskania jego wsparcia w walce o suwerenne państwo. Mocno się jednak rozczarowali, ponieważ iracki przywódca przywitał ich bardzo chłodno, mówiąc, że „palestyńska rewolucja jest jak kot z siedmioma duszami”. Obecny w czasie rozmowy Abu Nidal nie zaprotestował, a nawet zaczął bronić opinii al-Bakra. Po spotkaniu wściekły Abbas uderzył go w twarz i nazwał agentem. Abu Nidal został wtedy publicznie upokorzony, czego nigdy nie darował Abbasowi i kilka lat później wciągnął jego nazwisko na swoją prywatną „listę śmierci”[3].

Gdy w czerwcu 1982 roku komando Abu Nidala poważnie raniło izraelskiego ambasadora w Londynie – Szlomo Argowa – to zamach stał się bezpośrednią przyczyną izraelskiej inwazji na Liban. Wciąż nie wiadomo, czy była to celowa prowokacja OAN, czy władze w Tel Awiwie jedynie czekały na dogodny pretekst do rozpoczęcia ofensywy.

Zanim cały świat usłyszał o Osamie bin Ladenie i zamachach na World Trade Center oraz Pentagon we wrześniu 2001 roku, to właśnie Bannę uważano za niebezpiecznego fanatyka w rankingu niesławnych terrorystów. W 1989 roku amerykański Departament Stanu uznał jego organizację za najgroźniejszą na całym świecie[4]. Bezwzględny, przebiegły, fanatyczny – spełniał wszystkie podręcznikowe definicje politycznego radykała. Krwawo rozprawiał się zarówno z przeciwnikami politycznymi, jak z bliskimi współpracownikami. Represje dotykały każdego, kto choćby w prywatnej rozmowie wyrażał się niepochlebnie o liderze lub kwestionował jego decyzje. Nikt nie mógł czuć się pewny, a ślepe i systematyczne czystki wewnątrz organizacji przeprowadzane na wzór stalinowski zapewniały mu niepodzielną władzę. Abu Nidal twardą ręką rządził w ugrupowaniu i pozbywał się każdego, kto mógł zagrozić jego niepodzielnej władzy. Krążyły o nim plotki, że codziennie zmienia miejsce noclegu, choruje na białaczkę i maniakalnie dba o własne bezpieczeństwo. Istny człowiek widmo, któremu zawsze udawało się przechytrzyć zachodnie służby.

Abu Nidal ma duże zdolności organizacyjne i instynkt kupiecki. Mówiono mi, że robi wrażenie psychopaty. Pokurczony, zła twarz, niezdrowy wygląd. Pije dużo whisky, rzadko wychodzi na powietrze ze względów bezpieczeństwa. Niewykształcony. Tarzał się w pieniądzach. Chciałem się z nim spotkać. Jednak Palestyńczycy przestrzegali: Nie jedź, to niebezpieczny facet

– wspominał były korespondent PAP na Bliskim Wschodzie[5]. Abu Nidal często zmieniał kryjówki i przemieszczał się po krajach arabskich, używając fałszywych paszportów. Zachodnie służby wywiadowcze starały się monitorować działalność jego grupy, ale wyśledzenie przebiegłego terrorysty było właściwie niemożliwe. Gdy Abu Nidal skutecznie ukrywał się na Bliskim Wschodzie, jego centrala finansowa przez wiele lat znajdowała się w tym samym miejscu – w niepozornym biurze na 25. piętrze wieżowca Intraco przy ulicy Stawki 2 w Warszawie.

Terroryzm do wynajęcia

W przeciwieństwie do Hezbollahu, Hamasu czy Al-Kaidy członkowie ugrupowania Abu Nidala rzadko odwoływali się do haseł religijnych. Większość organizacji terrorystycznych miała wówczas charakter świecki i radykalny dżihad nie zdobywał tylu zwolenników co dzisiaj. Dzięki jawnemu sekularyzmowi oraz lewicującej ideologii skrajne bliskowschodnie ugrupowania mogły liczyć na wsparcie, a przynajmniej przyjazną neutralność Związku Sowieckiego i jego satelitów. Dla lidera OAN najwyższą wartość stanowiły władza i pieniądze, a nie idea niepodległej Palestyny. Był najemnikiem bez skrupułów, szefem ekstremistycznej szajki, którą za ogromne sumy wynajmował hojnym sponsorom. W pierwszych latach działalności (1974–1983) OAN korzystała z pomocy finansowej i wsparcia logistycznego służb specjalnych Iraku, które przyczyniły się do rozwoju grupy. Po pewnym czasie Abu Nidal skłócił się jednak z Saddamem Husajnem i przeniósł swoje biura do Syrii – głównego rywala Iraku na Bliskim Wschodzie.

Ugrupowanie opierało się na ścisłej hierarchii członków i surowej dyscyplinie. Dzięki wewnętrznemu rygorowi i wojskowemu drylowi mogło przeprowadzić skomplikowane operacje terrorystyczne w kilku miejscach w tym samym czasie. Dwudziestego siódmego grudnia 1985 roku zamachowcy OAN przeprowadzili symultanicznie ataki na lotniskach w Rzymie i Wiedniu. Ich celem byli pasażerowie podróżujący samolotami izraelskich linii lotniczych El-Al. Kwadrans po godzinie 8.00, w kilkuminutowych odstępach, lotniskami Fiumincino i Schwechat wstrząsnęły wybuchy granatów i odgłosy wystrzałów karabinów maszynowych. W wyniku ataku 19 osób zostało zabitych, a ponad 140 – rannych. Ochrona lotniska zabiła wprawdzie czterech zamachowców, ale duża liczba ofiar cywilnych dowiodła wysokiej zdolności logistycznej i dobrego przygotowania organizacyjnego terrorystów. Zaplanowanie skutecznego zamachu wymagało czasu i odpowiednich kwalifikacji – właśnie tych zdolności nie brakowało ludziom Abu Nidala. Kraje zachodnie podejrzewały, że za atakiem stoją służby syryjskie lub libijskie, ale do dzisiaj nie wiadomo, który z reżimów opłacił zamach.

Terroryści OAN współpracowali blisko z reżimem Hafiza al-Asada do 1985 roku, a potem świadczyli swoje przestępcze usługi Libijczykom. Abu Nidal zmieniał patronów jak rękawiczki, ale przez cały czas pozostawał wierny jednej zasadzie: współpracował tylko z państwami należącymi do tak zwanego frontu odmowy. Terminem tym określano kraje arabskie, które nie uznawały Izraela na arenie międzynarodowej i opowiadały się przeciwko jakimkolwiek rozmowom pokojowym. Każdy z tych krajów prowadził własną i – dodajmy – awanturniczą politykę na Bliskim Wschodzie, wspierając różne ugrupowania terrorystyczne. To właśnie Irak, Syria i Libia tworzyły awangardę „frontu odmowy” i we własnym zakresie próbowały kształtować politykę OWP.

Saddam Husajn, Hafiz al-Asad oraz Muammar Kaddafi wykorzystywali OAN do mokrej roboty. Gdy z różnych względów nie chcieli zlecać swoim cynglom morderstw o charakterze politycznym, wynajmowali do konkretnego zadania Abu Nidala[6]. Jego głęboko zakonspirowana i bezwzględnie zarządzana siatka terrorystyczna rozpościerała się na kilku kontynentach. Miał swoich ludzi we wszystkich krajach europejskich po obu stronach żelaznej kurtyny, a pod bronią czekało na jego rozkazy kilkuset uzbrojonych zawodowców[7]. W szeregach OAN znajdowali się profesjonalni fałszerze dokumentów, doświadczeni konstruktorzy bomb z wojskowym doświadczeniem oraz przeszkoleni zabójcy. Na różnych szczeblach hierarchii można było tam spotkać lekarzy z libańskich obozów dla uchodźców oraz biznesmenów z Londynu, którzy w dobrze skrojonych garniturach potrafili wyprać każdą ilość nielegalnie zdobytej gotówki. Dyktatorzy z Iraku, Syrii i Libii byli gotowi zapłacić naprawdę sporo za usługi tak głęboko utajnionej i skutecznie działającej struktury. Dlatego kierownictwo OAN nigdy nie narzekało na brak pieniędzy. Terroryści dowodzeni przez Bannę nie musieli rabować banków w celu zdobycia funduszy, gdyż za kryminalne przysługi otrzymywali sowitą zapłatę z Damaszku, Bagdadu i Trypolisu.

,,Strzelec,, pod lupą SB

Jedenasty września 1981 roku wypadł w piątek. Atmosfera w kraju była napięta, bo cała Polska żyła zakończonymi dzień wcześniej w Gdańsku obradami pierwszej tury I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność”. Hala „Oliwia” pękała w szwach, do Trójmiasta przyjechało wielu zagranicznych korespondentów, ale kongres przebiegł w miarę spokojnie. Na wschodzie sporo kontrowersji wywołało jedynie Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej. Zanosiło się na ostrą reakcję Moskwy. Funkcjonariusze SB pod wodzą nowego szefa MSW – generała Czesława Kiszczaka – skupili się na inwigilacji delegatów i rozbijaniu od wewnątrz Solidarności. Kilku pracowników stołecznej „betki” (Biuro „B” MSW) otrzymało jednak inne zadanie. Zazwyczaj śledzili opozycjonistów, mieli na oku działaczy Komitetu Obrony Robotników, Konfederacji Polski Niepodległej, podążali za Adamem Michnikiem i Jackiem Kuroniem, z ukrycia robili zdjęcia i odnotowywali ich rozmówców. Teraz mieli obserwować niskiego, elegancko ubranego Irakijczyka w przyciemnianych okularach, któremu nadali pseudonim „Strzelec”. Militarna konotacja kryptonimu nie była bezpodstawna, bo MSW podejrzewało, że Arab miał coś wspólnego z tajemniczą strzelaniną w kawiarni hotelu „Victoria” z 1 sierpnia 1981 roku, w której raniono palestyńskiego terrorystę Abu Dawuda.

Pierwsze wyniki obserwacji nie przyniosły niczego nadzwyczajnego. „Figurant” – jak w esbeckim żargonie nazywano śledzonego – zatrzymał się w „Victorii”, wówczas najbardziej luksusowym warszawskim hotelu, cieszącym się szczególną popularnością wśród gości z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Centralna lokalizacja, wysoki standard pokoi, basen, podziemny dansing ze striptizem, wykwintna kuchnia, a zwłaszcza przystępne dla obcokrajowców ceny czyniły z „Victorii” miejsce szczególne na ówczesnej mapie Warszawy. Prestiżowy hotel był zawsze pełen zagranicznych dyplomatów, podejrzanych biznesmenów, ekskluzywnych prostytutek oraz cinkciarzy liczących na szybki zarobek, a jego lobby stanowiło dogodny punkt do omawiania szemranych interesów.

O godzinie 14.15 „Strzelec” wyszedł z hotelu i ulicą Czapskiego udał się w kierunku Świętokrzyskiej. Wyglądało na to, że idzie na spacer lub chce pozwiedzać miasto. W pewnym momencie Irakijczyk skręcił w lewo i wszedł do budynku Ministerstwa Finansów. Jak na obcokrajowca podejrzewanego o próbę morderstwa zachowywał się bardzo niezwykle. Ale to dopiero początek dziwnych zdarzeń będących częścią intrygi na międzynarodową skalę. Po 15 minutach wyszedł z urzędu i przy siedzibie Banku Handlowego spotkał się z nierozpoznanym mężczyzną. Musieli się wcześniej umówić i chyba dobrze się znali, bo przywitali się serdecznie w języku angielskim. Irakijczyk wrócił do „Victorii” po torbę śniadaniówkę i obaj udali się do Ministerstwa Finansów, gdzie spędzili następne dwie godziny. Funkcjonariusze „betki” zrobili kilka zdjęć, zakończyli obserwację i pojechali sprawdzić, kim był tajemniczy rozmówca „Strzelca”.

„Andrzej Urbaniak […] mgr elektromechanik. W 1979 roku był oficerem WP, zatrudniony w Ministerstwie Obrony Narodowej” – wiadomość prawdopodobnie zelektryzowała naczelnika Biura „B”[8]. Jeśli palił, to szybsze bicie serca i skołatane nerwy ukoił carmenami. Zaskoczenie mogło wynikać z faktu, że cywilni uchwycili na zdjęciach zawodowego wojskowego, co w kontekście zakulisowej rywalizacji między MSW i MON mogło doprowadzić do niepotrzebnej awantury. Oficerowie Ludowego Wojska Polskiego podlegali jurysdykcji Wojskowej Służby Wewnętrznej i bez jej zgody nie mogli być inwigilowani. Obydwie instytucje nie darzyły się zbytnim szacunkiem i postrzegały przez pryzmat rozpowszechnionych w środowisku stereotypów. Funkcjonariusze MSW uważali wojskowych za nieco „ograniczonych”, mówili o nich „trepy” i za plecami śmiali się z ich przywiązania do wojskowej dyscypliny. Z kolei pracownicy WSW czy choćby Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego – instytucji odpowiedzialnej za ideologiczny nadzór nad armią – często wskazywali, że funkcjonariusze MSW nie zawsze ściśle przestrzegają zasad marksizmu-leninizmu i dość często lekceważą wewnętrzne regulaminy i przepisy.

Gdy zatem okazało się, że bezpieka zrobiła z ukrycia zdjęcia zawodowemu oficerowi, sprawa stała się poważniejsza, bo mogła doprowadzić do zadrażnień z WSW. Coś tu jednak nie pasowało. Jakie interesy mogły łączyć Urbaniaka z Irakijczykiem i dlaczego obaj udali się do Ministerstwa Finansów? W dokumentach nie ma o tym ani jednej wzmianki, ale gdyby ktoś w MSW przejrzał dane adresowe gmachu przy ulicy Świętokrzyskiej, to raczej szybko skojarzyłby podstawowe fakty. Oprócz resortu finansów mieściły się tam też biura Centralnego Zarządu Inżynierii – w skrócie Cenzinu – jednego z departamentów Ministerstwa Handlu Zagranicznego i Gospodarki Morskiej. Nazwa instytucji przeciętnemu obywatelowi prawdopodobnie nic nie mówiła, ale wtajemniczeni wiedzieli, że Cenzin zajmował się handlem bronią. Urbaniak był zatem nie zwykłym oficerem LWP, lecz etatowym pracownikiem Cenzinu, a odwiedzający go Irakijczyk zapewne nie zjawił się na pogaduszki, tylko służbowo – w sprawie rozmów o sprzedaży uzbrojenia, co mogła zresztą sugerować jego tajemnicza teczka. Funkcjonariusze MSW musieli w końcu dojść do podobnego wniosku, bo zaprzestali inwigilacji „Strzelca” i nie interesowali się już Urbaniakiem. Woleli trzymać się od nich z daleka, bo wojskówka bardzo starannie strzegła przed cywilami swoich biznesowych sekretów.

Sekrety Cenzinu

Pracownicy Cenzinu stanowili elitę wśród zatrudnionych w centralach handlu zagranicznego – crème de la crème – państwowych przedsiębiorstw. Sprzedawali bardzo specyficzne towary: karabiny, działa, czołgi i helikoptery, dlatego bezwzględnie obowiązywała ich tajemnica służbowa. W zamian korzystali z wyższej pensji, licznych dodatków oraz atrakcyjnych apanaży w postaci samochodów służbowych i wyjazdów zagranicznych. Do Cenzinu nie trafiało się z ulicy. Chętni musieli przejść skomplikowany proces rekrutacyjny, bo oprócz znajomości języków obcych trzeba było udowodnić lojalność wobec PRL. Dostawali się nieliczni, dlatego w spółce pracowały rodzinne klany, tworząc wewnętrzny krąg wtajemniczenia. Przeważająca większość należała do PZPR, co gwarantowało kontrolę nad kadrami. Zresztą ponad połowę pracowników stanowili oddelegowani oficerowie LWP, a handel bronią był osłaniany kontrwywiadowczo przez WSW oraz wywiadowczo przez Zarząd II Sztabu Generalnego WP. Swoje wtyczki w firmie miało również MSW[9].

Angaż w Cenzinie stanowił przepustkę do lepszego świata, umożliwiał częste podróżowanie po Europie i utrzymywanie kontaktów z obcokrajowcami – była to wręcz wymarzona praca dla starszych oficerów chcących dorobić do – i tak niemałej – emerytury. Wprawdzie w spółce roiło się od tajnych współpracowników, ale wojskowy dryl nie był w niej ściśle przestrzegany. Alkohol lał się strumieniami, bo zgodnie ze stereotypem większość oficerów nie wylewała za kołnierz. Skłonność do pijatyk udowodnił nawet Urbaniak, którego w marcu 1981 roku zatrzymała MO za jazdę pod wpływem alkoholu. Na kontrolę drogową zareagował bardzo agresywnie i ani myślał podporządkować się poleceniom patrolu. Nie szanował milicjantów i na komisariat doprowadzili go dopiero żołnierze WSW. Wprawdzie siłą pobrano mu krew, zabrano prawo jazdy, ale incydent został zamieciony pod dywan i nie przeszkodził w jego dalszej karierze[10]. Praca w Cenzinie gwarantowała „plecy”, a specjalne przywileje wojskówki stanowiły w państwowych instytucjach tajemnicę poliszynela.

Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale PRL była jednym z ważniejszych światowych eksporterów broni. Większość sprzętu trafiała do „bratnich” państw, gdyż zaczepna doktryna Układu Warszawskiego implikowała permanentne dostawy uzbrojenia. Przemysł zbrojeniowy napędzały również konflikty zbrojne, wojny w Korei, Wietnamie oraz niezliczone rebelie w Afryce i Azji. Sprzęt produkowany w państwach komunistycznych kosztował o wiele mniej niż jego zachodnie odpowiedniki, był mniej skomplikowany i dlatego cieszył się popularnością w krajach Trzeciego Świata. Ponadto technologiczna rywalizacja bloku komunistycznego ze Stanami Zjednoczonymi zapewniała zatrudnienie tysiącom ludzi po obu stronach barykady. Dlatego zakłady zbrojeniowe pracowały pełną parą, zwłaszcza po inwazji ZSRR na Afganistan.

Umowy handlowe zazwyczaj zawierano na szczeblach rządowych, a płatności dokonywano w rublach transferowych – wirtualnej walucie wykorzystywanej w transakcjach między krajami RWPG. Mimo upadku komunizmu Narodowy Bank Polski nadal określa średni kurs rubla transferowego, a jego starsza odmiana – rubel clearingowy – wciąż jest wykorzystywana w rozliczeniach między Polską a Albanią, Kambodżą i Koreą Północną[11]. Mimo sprzedaży do „bratnich” krajów dużej ilości broni władze w Warszawie cały czas szukały nowych rynków zbytu. Potrzeby NRD, Czechosłowacji czy Węgier były ograniczone, możliwości negocjacji cen – niezbyt duże, a co najważniejsze – wszystkie te kraje nie płaciły w dewizach. Dlatego szczególną uwagę Cenzinu przykuwały rynki Trzeciego Świata, gdzie nie było zbędnych biurokratycznych barier, a lokalni dyktatorzy nie żałowali państwowych pieniędzy na stałe dozbrajanie własnych arsenałów.

Każdy z demoludów specjalizował się w produkcji konkretnego „sprzętu specjalnego”: radomski Łucznik słynął ze świetnej jakości kałasznikowów, w Świdniku produkowano niezawodne i cenione helikoptery Mi-2, a chlubą gliwickiego Bumaru były bardzo nowoczesne, jak na ówczesne standardy, czołgi T-72. Spora część uzbrojenia z polskich fabryk trafiała na Bliski Wschód i do Afryki – dyktatorzy Syrii, Iraku i Libii płacili w twardej walucie, a dzięki wpływom z ropy naftowej zupełnie nie liczyli się z wydatkami na obronność. Tylko w ciągu 10 lat (1973–1983) Muammar Kaddafi przeznaczył aż 28 miliardów dolarów amerykańskich na dozbrojenie swojej armii. Z jego mocarstwowych ambicji skorzystał również Cenzin, który w tym czasie zawarł z Libijczykami 41 kontraktów wartych około 700 milionów dolarów. Dzisiaj o takiej kwocie i skali współpracy polski przemysł zbrojeniowy może jedynie pomarzyć. A wtedy Kaddafi kupował od Polaków czołgi T-55, śmigłowce Mi-2, okręty desantowe, armaty przeciwlotnicze, rakiety „Strzała”, działa bezodrzutowe, hełmy stalowe oraz oczywiście niezawodne karabiny AK-47. Oprócz dostaw uzbrojenia oficerowie LWP zajmowali się szkoleniem libijskich pilotów w Dęblinie, techników obsługi naziemnej w Zamościu oraz wojskowych lekarzy w Łodzi. Napływ zagranicznych studentów oznaczał spore inwestycje w infrastrukturę – do dzisiaj jeden z internatów Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni przy ulicy Śmidowicza nosi miano „libijskiego”[12].

Dzięki zamówieniom z Iraku, Syrii i Libii przemysł zbrojeniowy w latach osiemdziesiątych dostarczał miliony dolarów dla osłabionej zachodnimi sankcjami gospodarki PRL. Z drugiej strony te trzy państwa finansowały działalność Abu Nidala poprzez wykorzystanie terrorystów jako pośredników w handlu bronią. Wyglądało to w ten sposób, że prowizje z kontraktów zawieranych przez Saddama Husajna z Cenzinem trafiały na konta firm zależnych od Abu Nidala. Innymi słowy, władze PRL wykorzystywały terrorystów w celu sprzedaży broni dla reżimów w Bagdadzie, Syrii i Trypolisie, świadomie wspierając jedną z najgroźniejszych ekstremistycznych organizacji na świecie. Za polski rynek odpowiadał „Strzelec”, który naprawdę nazywał się Samir Najmeddin i był bliskim współpracownikiem Abu Nidala. Zawsze działał w cieniu, za kulisami, skrupulatnie dbał o anonimowość, a mniej wtajemniczonym przedstawiał się jako handlarz „precyzyjnymi urządzeniami” i kooperant Metalexportu – jednej z peerelowskich Central Handlu Zagranicznego.

Samir Najmeddin przyjeżdżał do PRL od połowy lat siedemdziesiątych. Zatrzymywał się w hotelach „Solec”, „Europejski” oraz w prywatnych kwaterach, które wynajmował poprzez Biuro Zagranicznej Turystyki Przyjazdowej Polskiego Biura Podróży „Orbis”. Jedna z pracownic tej instytucji wspominała, że był niezwykle czarujący, szybko skracał dystans i często zapraszał poznanych Polaków do lokali gastronomicznych. Lubił towarzystwo polskich kobiet i nie ukrywał zamiłowania do dobrych alkoholi. „Samir jest właścicielem jakiegoś przedsiębiorstwa zatrudniającego 12 osób. W Polsce kontaktuje się z pracownikami Ministerstwa Przemysłu Maszynowego. Co konkretnie kupuje Samir w Polsce – tego nie wiem” – zeznała w sierpniu 1981 roku pracownica Orbisu wypytywana o kulisy znajomości z Irakijczykiem. Był on wówczas podejrzany o udział w zamachu na Abu Dawuda[13].

Czołgi dla Saddama: handel bronią w Intraco

Dwudziestego czerwca 1981 roku na warszawskim Okęciu późnym wieczorem wylądował niewielki samolot. Wysiadło z niego kilku śniadych mężczyzn w dobrze skrojonych garniturach, którym towarzyszyli uzbrojeni ochroniarze o atletycznych sylwetkach. Na czele delegacji stał Ibrahim Barzan al-Tikriti, przyrodni brat prezydenta Saddama Husajna i szef irackiego wywiadu – jeden z najpotężniejszych ludzi reżimu, znany z okrucieństwa i brutalności wobec przeciwników partii BAAS. Jego wizyta była częścią tajnej misji mającej na celu zdobycie broni na toczącą się wojnę z Iranem. Na Bliskim Wschodzie wówczas wrzało, rewolucja w Iranie zdmuchnęła proamerykańskiego szacha Rezę Pahlawiego, a w kraju wprowadzono teokratyczne rządy ajatollaha Chomeiniego. Husajn nie chciał czekać na okrzepnięcie władzy w Teheranie i przy cichym poparciu Zachodu we wrześniu 1980 roku zaatakował sąsiada. Armia irańska radziła sobie jednak całkiem nieźle, ponieważ była wyposażona w nowoczesny sprzęt produkcji amerykańskiej. W pierwszej połowie 1981 roku na linii frontu toczyły się krwawe walki pozycyjne, a oddziały Saddama coraz bardziej odczuwały braki w sprzęcie. Polska broń była potrzebna Barzanowi do rozpoczęcia nowej ofensywy.

Komuniści byli wtedy zajęci Solidarnością, ale udany deal z Irakijczykami oznaczał duże zyski w twardej walucie, więc gościa z Bagdadu przyjęto z najwyższymi honorami. Rozmawiał z wicepremierem Mieczysławem Jagielskim, ministrem handlu zagranicznego Ryszardem Karskim, wiceministrem Władysławem Gwiazdą, generałem Tadeuszem Hupałowskim i generałem Jerzym Modrzewskim – grupą decyzyjną w sprawach gospodarczych. Został też przyjęty przez premiera – generała Wojciecha Jaruzelskiego – co nadało jego wizycie jeszcze wyższą rangę. Polacy chcieli poprosić reżim w Bagdadzie o 5 miliardów dolarów amerykańskich kredytu oraz zwiększenie irackich depozytów o 500 milionów dolarów. Ostatecznie Jagielski zgłosił zapotrzebowanie jedynie na miliard dolarów, zaniżając pierwotną propozycję i wywołując tym samym zdziwienie niektórych oficjeli[14]. Niemniej umowę o kupno polskiej broni zawarto, a jej wykonanie pozostawiono właśnie Najmeddinowi – stałemu reprezentantowi Abu Nidala w Warszawie[15]. Był on odpowiedzialny za realizację kontraktu i dzięki temu utrzymywał stały kontakt z pracownikami Cenzinu. Ilość broni, którą kupował w imieniu Iraku, była tak ogromna, że w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych stał się jednym z dwóch najważniejszych „prywatnych” odbiorców uzbrojenia produkowanego w PRL! Warto dodać, że tylko w 1983 roku polsko-irackie obroty handlowe wyniosły prawie 350 milionów dolarów amerykańskich, z czego około 95 milionów pochodziło ze sprzedaży broni dla Saddama[16].

Najmeddin realizował polskie kontrakty między innymi poprzez spółkę S.A.S. zarejestrowaną w styczniu 1982 roku w Panamie dzięki pomocy kancelarii prawnej i podatkowej Mossack & Fonseca. Przez prawie 40 lat za sowitą prowizję pomagała ona ukrywać majątek biznesmenom, przestępcom i organizacjom terrorystycznym z całego świata. Dzięki mnożeniu spółek córek, kruczkom prawnym i rejestrowaniu firm w rajach podatkowych Jürgen Mossack na zlecenie swoich klientów ukrywał ich dochody, które często pochodziły z nielegalnej działalności. Z jego usług korzystali również członkowie Organizacji Abu Nidala, co udowodniła afera Panama Papers, która wybuchła w 2016 roku[17].

W nazwie S.A.S. ukryto pierwsze litery imion szefów komórki finansowej terrorystów, a byli to: Samir Najmeddin, Adnan al-Kaylani, Szakir Farhan[18]. Ostatnim z nich był prawdopodobnie sam Abu Nidal, który posługiwał się wieloma fałszywymi nazwiskami. W listopadzie 1982 roku uruchomiono biuro londyńskie, którym kierował kuzyn lidera OAN – Adnan Ibrahim Abdulhamid Banna[19]. Jednym z dyrektorów został także Najmeddin[20].

Pod koniec 1983 roku S.A.S. została zarejestrowana w Warszawie. „Strzelec” zwrócił się do warszawskiego Domu Handlowo-Agenturowego Maciej Czarnecki – koncesjonowanej spółki reprezentującej zagranicznych inwestorów – z prośbą o pomoc w rejestracji S.A.S. Trade and Investments Company Inc. W niedawno odtajnionych dokumentach zachowało się jego podanie, w którym wyjaśniał:

Zamierzam prowadzić działalność eksportową towarów polskich na rynki arabskie i inne, importową do Polski […] oraz działalność zmierzającą do inwestowania kapitału arabskiego w Polsce. Moja współpraca handlowa z Polską rozpoczęła się w 1970 r. i jak do tej pory ograniczała się tylko do współpracy z Centralnym Zarządem Inżynierii MHZ.

Przekaz był jasny i pracownicy „Czarneckiego” nie mieli złudzeń co do „wojskowych” powiązań kontrahenta. Niemniej Najmeddin informował, że miał duże plany inwestycyjne, a w swojej firmie zamierzał zatrudnić dwóch obywateli z Bliskiego Wschodu, dwóch Polaków i sekretarkę. Dlatego poprosił o wynajęcie czterech pomieszczeń w wieżowcu Intraco oraz zainstalowanie tam teleksu i telefonów. Aby się uwiarygodnić, dodał, że w październiku 1983 roku przelał na konto „Czarneckiego” 30 tysięcy dolarów – sumę z pewnością robiącą wówczas duże wrażenie. Istotne jest również to, kto pomagał wtedy Najmeddinowi w kontaktach z władzami. Był to wspomniany już Andrzej Urbaniak z Cenzinu[21].

Spółka zajmowała się delikatną dziedziną handlu bronią, więc jej działalność ochraniały służby wojskowe[22]. Warszawska centrala stanowiła najważniejsze ogniwo w sekretnym łańcuchu finansowym Abu Nidala, gdyż położona za żelazną kurtyną umożliwiła nieskrępowane prowadzenie brudnych interesów. Jednym z pracowników S.A.S. został Andrzej Marchewka, absolwent Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecnie SGH), członek PZPR, pracownik Przedsiębiorstwa Handlu Zagranicznego „Universal”. W latach 1981–1983 był oddelegowany służbowo do Wiednia, gdzie podjął pracę w przedsiębiorstwie Ostrana – firmie wykorzystywanej przez służby PRL do pozyskiwania zaawansowanych technologii i towarów objętych embargiem. Pośredniczył wówczas w transakcjach między firmami zachodnimi, a także – co ważne – handlował bronią. Miał więc wymagane doświadczenie w tej niebezpiecznej branży i prawdopodobnie poznał wtedy innych „handlarzy śmiercią”. W tym samym czasie pod pseudonimem „Polityk” współpracował z wywiadem wojskowym PRL, gdyż interesy Ostrany znajdowały się w polu zainteresowań Zarządu II Sztabu Generalnego. Był zatem idealnym kandydatem do objęcia stanowiska w warszawskiej firmie Abu Nidala. Jego lojalność zaprocentowała i w listopadzie 1983 roku zaczął rezydować w biurowcu Intraco[23]. Jednocześnie polepszył status materialny, bo terroryści płacili 600 dolarów miesięcznie, co pozwalało na bajeczne życie w siermiężnych latach osiemdziesiątych.

Marchewka na bieżąco informował wywiad wojskowy o działalności S.A.S., dzięki temu wiemy, że spółka zaczęła nawiązywać kontakty z innymi przedsiębiorstwami należącymi do „rodziny” Abu Nidala, których utajniona sieć oplotła pół kontynentu. Warszawska centrala nawiązała kontakty ze spółką Zibado w NRD, Zibado w Syrii, Al-Noor w Grecji, Al-Reem na Cyprze i IMC w Kuwejcie. Zawarto również umowy z Mostastalem i Geokartem na rynek syryjski i kuwejcki, rozpoczęto współpracę z austriacką firmą BMS, jak również z wyspecjalizowanymi firmami szwajcarskimi TIG i LEER oraz Intermador, w której notabene pracował Urbaniak. Najbliższy oddział ulokowano w Berlinie wschodnim. Oprócz kontaktów handlowych z przedsiębiorstwem IMES – enerdowskim odpowiednikiem Cenzinu – terroryści pod czujnym okiem agentów Stasi przechodzili szkolenie w zakresie radzieckich technik walki rakietowej[24].

Wedle niedawno upublicznionego raportu CIA, spółka Intermador, zarejestrowana w Zurichu w 1986 roku, należała do tajnej sieci przedsiębiorstw Organizacji Abu Nidala. Amerykanie wprawdzie odtajnili jedynie 10 z 32 stron raportu, ale jego treść wyraźnie wskazuje na to, że Urbaniak pracował na rzecz terrorystów. Miał kierować firmą razem z Ibrahimem al-Abidem, zresztą zdjęcia obydwu panów zamieszczono jako wkładkę do raportu[25]. W kwietniu 1989 roku Urbaniak zarejestrował Intermador na Cyprze, co chyba oznaczało, że wyprowadził się ze Szwajcarii[26]. Spółkę działającą w Zurichu zlikwidowano jednak dopiero we we wrześniu 1991 roku. Niemniej jeszcze w 1992 roku Urbaniak miał utrzymywać kontakty z terrorystami jako osoba powiązana ze służbami wojskowymi i biegła w sprawach handlu bronią[27]. Bardzo mało wiadomo o działalności Intermador, ale wszystko wskazuje na to, że spółka nie została do dzisiaj rozwiązana[28].

Tymczasem w 1983 roku S.A.S. sprzedała za pośrednictwem Ars Polonii srebrne różańce muzułmańskie do Kuwejtu. Dwa lata późnej nawiązano pierwsze kontakty z Iranem, ale dwukrotne wizyty reprezentantów firmy w Teheranie nie zaowocowały niczym konkretnym. Wydawać by się mogło, że warszawska spółka terrorystów radziła sobie średnio i brakowało jej spektakularnych sukcesów. Nic bardziej mylnego. Oficjalna działalność S.A.S. stanowiła jedynie parawan dla handlu bronią i to na sprzedaży „sprzętu specjalnego” terroryści zarabiali duże pieniądze.

Wedle raportów MSW firma Abu Nidala obracała wówczas kwotami, które nawet dzisiaj wydają się niebagatelne. Jedna z umów z Cenzinem na sprzedaż broni i fabryk zbrojeniowych dla Syrii była warta prawie 2 miliardy dolarów![29] Terroryści uzyskiwali największe profity podczas wojny iracko-irańskiej, kiedy sprzedawali uzbrojenie obu walczącym stronom. Majątek OAN wzrósł wtedy ze 120 do 400 milionów dolarów[30]. Tylko w ramach kontraktu z 1986 roku zakupiono w Polsce broń za 211 milionów dolarów. Pieniądze lokowano w szwajcarskich, austriackich i hiszpańskich bankach. Finansiści Abu Nidala często korzystali z usług londyńskiego Bank of Credit and Commerce International (BCCI). W 1981 roku konto założył tam właśnie Samir Najmeddin. Bank był owiany złą sławą, gdyż za odpowiednią sumę oferował całe spektrum podejrzanych transakcji. Swoje tajne konta mieli w nim Saddam Husajn, dyktator Panamy Manuel Noriega Moreno oraz kolumbijskie kartele narkotykowe. BCCI zamknięto w 1991 roku z powodu oskarżeń o pranie brudnych pieniędzy. Jak wynika z odtajnionych raportów, bank pełnił ważną funkcję w siatce Abu Nidala. Tylko do 1984 roku suma różnych pożyczek z BCCI uzyskanych przez Najmeddina wyniosła około 10 milionów dolarów amerykańskich. W połowie 1986 roku jego podanie o kredyt było nawet rozpatrywane przez zarząd banku, który zbierał się tylko w celu omawiania pożyczek powyżej 10 milionów dolarów[31]. Mogło to świadczyć o tym, że terroryści zarobili na handlu z PRL tyle lewej gotówki, że mieli problem z jej legalizacją i potrzebowali wysokich kredytów na jej wypranie.

Amerykańskie służby wywiadowcze posiadały informacje, że obrót uzbrojeniem przez S.A.S. odbywał się we współpracy z polskimi służbami. W tym celu kierownictwo OAN w latach 1983–1984 odbywało sekretne spotkania z pracownikami Cenzinu w warszawskich hotelach „Solec” i „Novotel”. Zebraniom miał przewodniczyć Abu Nidal, a służby specjalne PRL zabezpieczały przebieg rozmów i chroniły uczestników[32]. Jak się okazało po latach, nie były to wcale bezpodstawne zarzuty. Funkcjonariusze cywilnego kontrwywiadu PRL stale utrzymywali siatkę informatorów ulokowanych w najważniejszych hotelach odwiedzanych przez zagranicznych gości. Właściwie w każdym takim miejscu znajdował się przynajmniej jeden współpracownik pozostający „na kontakcie” lokalnych służb. Należeli do nich zwłaszcza portierzy, personel techniczny, kelnerzy, zaprzyjaźnieni taksówkarze oraz cinkciarze. Gdy tylko dyplomaci lub cudzoziemcy meldowali się na recepcji, informacja o ich przyjeździe trafiała do pracowników Służby Bezpieczeństwa, którzy mogli zlecić obserwację podejrzanych gości. Takie działanie praktykowano wtedy, gdy przybysze z obcych krajów nawiązywali kontakty z obywatelami PRL. W jednym z dokumentów odnalezionych w Archiwum IPN czytamy, że od 17 do 19 października 1984 roku w stołecznym hotelu „Solec” zatrzymał się obywatel Jordanii Adnan al-Banna, który spotkał się z Andrzejem Marchewką[33]. Wspomniany cudzoziemiec był kuzynem Abu Nidala i szefem londyńskiego oddziału spółki S.A.S., jego polski rozmówca pracował w warszawskim oddziale firmy należącej do OAN, a całe spotkanie najwyraźniej dotyczyło omówienia spraw dotyczących handlu bronią.

Urzekająca aura Najmeddina

Terroryści z S.A.S. nie osiągnęliby oszałamiającego sukcesu finansowego, gdyby nie wsparcie komunistycznych władz w Warszawie. Wydaje się pewne, że spółkę chroniły służby wojskowe, ale wciąż brakuje opisu okoliczności, w jakich współpraca została zawarta. Odpowiedź na pytanie o kulisy zawiązania wzajemnych relacji będzie złożona, niejednoznaczna i pełna znaków zapytania. Wymaga również cofnięcia się nieco w przeszłość.

W 1974 roku niski i łysiejący Palestyńczyk zgłosił się do budynku Ambasady PRL w Bagdadzie. Chciał rozmawiać z attaché handlowym, gdyż miał dla niego ciekawą ofertę. W rozmowie wyjaśnił, że państwa komunistyczne są jego sprzymierzeńcami, popierają wolną Palestynę przeciwko „syjonistycznemu” Izraelowi oraz udzielają wsparcia fedainom. Chwalił się, że kieruje grupą Palestyńczyków, którzy reprezentują pryncypialną linię i nie podzielają ugodowej polityki Arafata. W pewnym momencie wspomniał, że słyszał wiele dobrego o polskiej broni. Solidnie wykonane kałasznikowy z Radomia świetnie sprawdzają się w pustynnym klimacie, a niezawodne RAK-i idealnie nadają się do akcji specjalnych. W przeciwieństwie do innych lokalnych watażków nie prosił jednak o bezpłatną pomoc. Miał pieniądze i chciał dobić targu. W końcu podpisał umowę i wyszedł.

W ten sposób Abu Nidal mógł po raz pierwszy zetknąć się z dyplomatami PRL, a notatka z takiego spotkania, oznaczona gryfem „tajne specjalnego znaczenia”, spoczywa może gdzieś w polskim archiwum. Abstrahując od kulisów przebiegu pierwszego kontaktu między Abu Nidalem a polskimi służbami, jedno wydaje się pewne: pierwsze lody zostały przełamane, a kontrakt najprawdopodobniej sfinalizowano, gdyż w 1976 roku RAK-ów użyto w atakach OAN przeciwko placówkom dyplomatycznym Syrii w Rzymie, Islamabadzie, Ankarze i Stambule[34]. W 1981 roku kilka RAK-ów austriacka policja odnalazła w kryjówce OAN w Salzburgu i mogły one posłużyć do zamachu na Heinza Nittela – przewodniczącego Austriacko-Izraelskiego Towarzystwa Przyjaźni[35]. W następnych latach terroryści nadal wykorzystywali broń polskiej produkcji, między innymi w zamachach na żydowskie synagogi w Wiedniu (1983) oraz w Stambule (1986). RAK-i szmuglowano także na inne kontynenty. W 1988 roku policja hinduska znalazła w Nowym Delhi „nowoczesny pistolet maszynowy polskiej produkcji” przy jordańskim terroryście powiązanym z OAN[36]. W tym samym roku gazeta „The Times of India” doniosła, że władze celne przechwyciły mikrobus, w którym znaleziono wyrzutnie rakietowe, kilkadziesiąt elektronicznych detonatorów i 3200 sztuk amunicji polskiej produkcji[37].

Terroryści Abu Nidala wysoko cenili polską broń za jej prostotę, wytrzymałość, a przede wszystkim sprawność. Rzadko się zacinała, była poręczna, a w razie zagrożenia szybko i niezauważenie można było ją schować pod ubranie. RAK-i trafiały w ręce bojowników OAN zapewne z kilku źródeł. Poza bezpośrednimi zakupami poprzez bliskowschodnią sieć Cenzinu terroryści mogli otrzymać pistolety w ramach wsparcia udzielanego im przez syryjski Mukhabarat. W wojskowych magazynach Hafiza al-Asada znajdowało się sporo broni wyprodukowanej w PRL, w tym również specjalne wyposażenie dla komandosów. W 1979 roku syryjska armia zakupiła 100 sztuk RAK-ów, płacąc za nie Polakom 14 tysięcy dolarów amerykańskich[38]. Reżim al-Asada w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych bardzo blisko współpracował z Abu Nidalem i wykorzystywał jego ekstremistyczną organizację do przeprowadzania sekretnych ataków wymierzonych w przeciwników partii BAAS. Władze w Damaszku udostępniały terrorystom fałszywe paszporty, zapewniały wsparcie logistyczne i przekazywały broń. Nie można wykluczyć, że RAK-i zakupione w 1979 roku trafiły właśnie w ręce bojowników OAN.

Pod koniec lat siedemdziesiątych Abu Nidal zdeponował aż 10 milionów dolarów w jednym z peerelowskich banków. Nie wiadomo dokładnie, gdzie i w jakiej formie wpłacił tak ogromną kwotę dewiz[39]. Wszystko wskazuje na to, że brudne pieniądze mogły wpłynąć na konto Banku Handlowego for the Middle East S.A.L. w Bejrucie. Ten polsko-libański bank funkcjonował na prawach spółki akcyjnej i był uprawniony do prowadzenia krajowych oraz zagranicznych operacji finansowych. Został powołany w 1974 roku, gdy Bank Handlowy z siedzibą w Warszawie wykupił od wpływowej libańskiej rodziny Tawk 80 procent akcji Commercial Business Bank w Bejrucie. Przedstawiciele familii Tawk zostawili w swoich rękach pozostałe 20 procent akcji i przez pierwsze dwa lata decydowali o obsadzie funkcji prezesa. Powołanie banku miało na celu zaktywizowanie ekonomicznej obecności PRL na Bliskim Wschodzie i znaczne ułatwienie kredytowania polskich inwestycji. W praktyce okazało się, że instytucja znalazła się poza jakimkolwiek nadzorem Banku Handlowego w Warszawie. Kontrola działalności banku z 1981 roku wykazała, że polscy pracownicy nie przestrzegali wewnętrznych przepisów, samowolnie przyznając wysokie kredyty lokalnym politykom i zaprzyjaźnionym biznesmenom. Notorycznie przekraczali limity dopuszczalnych pożyczek i nie dbali o odpowiednie zabezpieczenia, jak również terminy spłat. W pierwszej połowie 1981 roku straty banku wyniosły aż 88 milionów 800 tysięcy funtów libańskich (około 26 milionów dolarów amerykańskich), co stanowiło około 25 procent wszystkich środków pieniężnych i należności polsko-libańskiej instytucji[40].

Kulisy finansowych transakcji Banku Handlowego for the Middle East S.A.L. w Bejrucie wciąż kryją wiele tajemnic. Jego biura mieściły się w zachodniej części miasta naprzeciwko głównej siedziby libańskiego premiera Szafika Dib al-Wazzana. W kraju trwała wtedy wojna domowa, dzielnica znajdowała się pod stałym ostrzałem, ale mimo ciężkich walk toczących się na sąsiednich ulicach kierownictwo banku nigdy nie zdecydowało się na jego zamknięcie. „Przy mnie kilkanaście dni temu przyszedł do Banku jakiś dżentelmen i wpłacił 700 tysięcy dolarów, twierdząc, że żaden bank już takiej kwoty nie przyjmie” – wspominał tajny współpracownik o pseudonimie „Andrzej”, który w lipcu 1982 roku odwiedził Bejrut[41]. Zaangażowanie pracowników banku w utrzymanie jego działalności w tak trudnych warunkach wynikało jednak nie z braku troski o własne bezpieczeństwo, lecz z ogromnych profitów finansowych. Długoletnia wojna domowa i ogólny chaos w Libanie sprzyjały malwersacjom, które z powodu luk w dokumentacji były później bardzo trudne do wykrycia. Ponadto bank wykorzystywano do sekretnych operacji finansowych związanych z handlem polską bronią[42]. Na jego konta wpływały pieniądze bliskowschodnich organizacji terrorystycznych handlujących z Cenzinem. Jeśli zatem Abu Nidal wpłacił na konto polskiego banku kilka milionów dolarów, to najprawdopodobniej zrobił przelew w kasie bejruckiego oddziału Banku Handlowego.

Taki gest na pewno został dostrzeżony i zrobił odpowiednie wrażenie na polskich decydentach. Władze potrzebowały dewiz dla słabnącej gospodarki, więc Ambasada PRL w Libanie z otwartymi rękami witała każdego „biznesmena” z grubo wypchanym portfelem. Należy również pamiętać, że ówczesny obraz Sabriego al-Banny jeszcze był daleki od wizerunku fanatyka stojącego na czele zbrodniczej organizacji siejącej popłoch na Bliskim Wschodzie. Władze peerelowskie traktowały organizację Abu Nidala tak samo jak inne palestyńskie ugrupowania, a ulokowanie kilku milionów dolarów w polskim banku na pewno znacznie podniosło wiarygodność terrorysty.

Być może dzięki temu depozytowi lider OAN zapewnił sobie nie tylko wdzięczność służb, lecz także nietykalność na terenie PRL. Jak podaje Patrick Seale, terrorysta przeszedł w 1979 roku skomplikowaną operację serca, po której musiał unikać zbyt długiego przebywania w tropikalnych warunkach. Lekarze polecili mu kilkumiesięczny odpoczynek w kraju o chłodniejszym klimacie. Na rekonwalescencję z kilku względów idealnie nadawała się Polska, dlatego Abu Nidal między 1981 a 1984 rokiem był tu stałym gościem. Przedstawiał się jako dr Said i udawał wziętego przedsiębiorcę z zagranicznymi koneksjami. Wraz z rodziną zamieszkiwał w obszernym domu położonym około 60 kilometrów od Warszawy. Wprawdzie w ogóle nie mówił po polsku, ale jego córka Badia uczęszczała do lokalnej szkoły i podobno nawet nabrała biegłości w posługiwaniu się polszczyzną. W tym czasie Abu Nidal odpoczywał, powoli wracał do zdrowia, a swoją rozległą organizacją kierował za pośrednictwem kurierów. Prawdopodobnie przez pierwszy rok pobytu polskie służby nie znały jego prawdziwej tożsamości. Ale gdy prawda wyszła na jaw, terroryście włos z głowy nie spadł. W PRL nic mu nie groziło, gdyż szczodre łapówki wystarczały do kupna wszystkich wtajemniczonych[43].

Dokumenty polskich służb niezbicie potwierdzają tezę, że funkcjonariusze MSW wiedzieli o kilku przyjazdach Abu Nidala do Polski. Takie informacje uzyskano między innymi w kwietniu i październiku 1983 roku[44]. Źródła jednego z przecieków należy doszukiwać się w warszawskiej placówce OWP. Wedle ujawnionej informacji przywódca terrorystów pojawił się w Polsce lub NRD, korzystając z paszportu dyplomatycznego wystawionego na fałszywe nazwisko. Jego przyjazd miał rzekomo „charakter konsultacji lekarskich związanych z chorobą serca”. Wśród docelowych miast, które odwiedził, znalazły się Łódź, Wrocław i Świnoujście. Nie podróżował sam, gdyż jako przewodnik i ochroniarz towarzyszył mu arabski student z Poznania o nazwisku Nasr Noffal. Przebywał on już wcześniej w Polsce od 16 grudnia 1982 do 4 stycznia 1983 roku, a jego pobyt nadzorował wtedy Zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza. O domniemanym pobycie Abu Nidala w PRL wiedział również dyrektor Departamentu II MSW generał Zdzisław Sarewicz, który wydał Granicznym Placówkom Kontrolnym zalecenie niezwłocznego informowania Warszawy w przypadku przekroczenia granicy PRL przez arabskich terrorystów[45].

„Aniołem stróżem” lidera OAN był Najmeddin i to jemu Abu Nidal zawdzięczał pełną dyskrecję ze strony polskich służb. Szef firmy S.A.S. zbudował ogromną sieć kontaktów w MSW, MON i administracji. Najważniejszym oparciem Irakijczyka był wywiad wojskowy PRL, który wykorzystywał lewą spółkę terrorystów do pozyskiwania zachodnich egzemplarzy uzbrojenia. Polskie zakłady zbrojeniowe chciały konkurować z Zachodem i uważnie śledziły najnowsze trendy w produkcji specjalnej. Dlatego zlecały wywiadowi zdobywanie izraelskich pistoletów maszynowych UZI, najnowszych amerykańskich granatów czy kamizelek kuloodpornych. Zakup takiego towaru u producenta nie wchodził w grę z powodu embarga na handel z krajami komunistycznymi.

Najnowsze wzorce trzeba było zdobywać inaczej – poprzez sieć pośredników i podejrzanych handlarzy bronią. Najlepszym miejscem do przeprowadzania takich nielegalnych transakcji był Bliski Wschód. Działały tam liczne ugrupowania zbrojne i organizacje paramilitarne, a ciągłe konflikty napędzały popyt na uzbrojenie. Krwawa wojna między Irakiem i Iranem oraz bratobójcze walki w Libanie stały się dla producentów wyspecjalizowanych środków walki z obu stron żelaznej kurtyny idealnym poligonem doświadczalnym. Zagraniczne firmy testowały w warunkach bojowych osiągnięcia najnowszych wersji uzbrojenia, które później trafiały do regularnego użytkowania. Zdarzało się, że transporty nieużywanej broni były przechwytywane, gubione lub nawet odsprzedawane wrogim ugrupowaniom. Pozyskiwaniem takich delikatnych materiałów zajmowali się między innymi pośrednicy, z których wielu należało jednocześnie do organizacji terrorystycznych. Organizacja Abu Nidala dysponowała dobrze zakamuflowaną siecią współpracowników, którzy często dostarczali funkcjonariuszom wywiadu wojskowego PRL odpowiedni sprzęt z listy przygotowanej przez Oddział Informacji Technicznej Szefostwa Badań i Rozwoju Techniki Wojskowej – specjalistycznej jednostki ulokowanej w Głównym Inspektoracie Techniki[46].

W maju 1984 roku Jan Skowron – attaché handlowy Ambasady PRL w Damaszku, a jednocześnie współpracownik wywiadu wojskowego pod pseudonimem „Raszyd” – zapoznał niejakiego Amina. Mężczyzna miał około 40 lat, był wysoki i dobrze zbudowany, a spod jego czarnych włosów wyłaniała się widoczna łysina. Po syryjskiej stolicy poruszał się zwykle samochodem marki Volvo, a dla bezpieczeństwa nosił dwa pistolety. Amin pozował na biznesmena, ale w rzeczywistości był szefem damasceńskiej komórki Organizacji Abu Nidala. Jego biuro mieściło się w centrum miasta, ale nie miało oficjalnej nazwy i funkcjonowało pod przykrywką miejscowej firmy handlowej. Pierwszy kontakt z terrorystą nawiązał podpułkownik Siennicki – reprezentant Cenzinu, który przyjechał do Damaszku na oficjalne rozmowy w sprawie sprzedaży polskiego uzbrojenia.

W rozmowie Amin pochwalił się posiadaniem przez jego organizację składów broni i amunicji, przy czym jeden z największych znajduje się w Dolinie Bekaa. Na moje profesjonalne zainteresowanie się tym zagadnieniem, Amin bez wahania zaproponował mi wspólny wyjazd w celu zwiedzania tych magazynów. Zaproszenie przyjąłem, pozostawiając określenie terminu mojemu rozmówcy

– pisał „Raszyd” w tajnym raporcie do Warszawy[47]. Jego wiadomość ucieszyła oficerów Zarządu II Sztabu Generalnego, którzy polecili kontynuowanie i rozwijanie znajomości z terrorystą w celu ewentualnego pozyskania od niego zagranicznego uzbrojenia48. Współpraca z Aminem układała się bardzo dobrze. Dzięki jego pomocy służby wojskowe otrzymały między innymi szwajcarski karabinek SIG, kamizelki kuloodporne i amunicję, które później przesłano do dalszych badań technicznych. W zamian za owocne kontakty i przekazanie cennych wzorców uzbrojenia wywiad wojskowy nagrodził terrorystę słynnym peerelowskim upominkiem epoki Gierka i Jaruzelskiego, czyli kryształem[49].

Oprócz zdobywania zagranicznych egzemplarzy broni funkcjonariusze polskich służb i dyplomaci kontaktowali się z członkami Organizacji Abu Nidala w celu pozyskiwania od nich informacji o sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie. W marcu 1983 roku I sekretarz Ambasady PRL w Bagdadzie – Mieczysław Jacek Stępiński – spotkał się z dwoma reprezentantami OAN o nazwiskach Mustafa i Sami, którzy przedstawili mu swoje oceny bliskowschodniej polityki amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana[50]. Rok później, tym razem w Damaszku, współpracownik Departamentu I MSW o pseudonimie „Muran” spotkał się z Samim, reprezentującym syryjskie dowództwo ugrupowania OAN. Nie można wykluczyć, że był to ten sam działacz co wcześniej, gdyż po naciskach irackich ludzie Abu Nidala musieli wyjechać z Bagdadu i w dużej liczbie przenieśli się do Syrii. Niemniej obaj panowie odbyli długą rozmowę na temat polityki zagranicznej al-Asada, a zwłaszcza jego niechęci do OWP Arafata i prób blokowania inicjatyw politycznych proamerykańskiego króla Jordanii Husajna. Sami przekazał, że na polu działań wymierzonych przeciwko władzom w Ammanie Syryjczycy mogli liczyć właśnie na ugrupowanie Abu Nidala, które miało tam „dobrze rozwiniętą, nielegalną strukturę organizacyjną, zdolną do efektywnych działań”. „Muran” zapewne bezbłędnie odczytał aluzję rozmówcy do rzeczywistego charakteru „efektywnych działań” na terenie Jordanii, bo pod notatką opisującą treść rozmowy dodał bardzo ważny komentarz:

Uwaga: 22 marca [1984] grupa Abu Nidala w opublikowanym w Damaszku komunikacie przyznała się do zamachu bombowego pod hotelem „Intercontinental” w Ammanie, vis-à-vis tamtejszej Ambasady USA. Wg wspomnianego oświadczenia była to odpowiedź na praktykowane przez władze jordańskie wobec Palestyńczyków „akty terroryzmu i aresztowania”[51].

PRZYPISY

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

[1] AAN, Prokuratura Generalna, sygn. 3/421, Pismo Prokuratora Prokuratury Generalnej Andrzeja Krajewskiego do Sędziego Śledczego Jean Luisa Bruguiere, Warszawa, VII 1983 roku, k. 92–93.

[2] Organizacja stosowała też inne nazewnictwo: Arabskie Brygady Rewolucyjne, Komando Trzech Męczenników, Arabska Rada Rewolucyjna, Rewolucyjna Organizacja Socjalistycznych Muzułmanów.

[3]Al Arabiya show reveals how Abu Nidal blew up a Gulf plane in UAE skies, https://english.alarabiya.net/en/media/inside-the-newsroom/2015/08/08/When-Abu-Nidal-kidnapped-Aramco-staff-and-tried-to-kill-Mahmoud-Abbas.html (dostęp: 7 XII 2016).

[4] J. Risen, A Much-Shunned Terrorist Is Said to Find Haven in Iraq, „The New York Times”, 27 I 1999 roku.

[5] R. Stefanicki, Legenda palestyńskiego terroryzmu Abu Nidal nie żyje, http://wyborcza.pl/1,75248,979130.html (dostęp: 8 XI 2016).

[6]The Abu Nidal Organization. A Reference Aid. Directorate of Intelligence, February 1987, https://www.cia.gov/library/readingroom/document/0005283775 (dostęp: 8 II 2017).

[7] Na przykład w Czechosłowacji: P. Žáček, Military Intelligence from Libya and Terrorism. The „Oil” Residency in the Materials of the Main Counterintelligence Directorate, „Behind the Iron Curtain. Review of the Institute for the Study of Totalitarian Regimes” 2012, nr 2, s. 142–144.

[8] AIPN, 01220/10, t. 1138, Ustalenie na kontakt ps. „War” od figuranta ps. „Strzelec” z dnia 11 IX 1981 roku, Warszawa, 18 IX 1981 roku, k. 9.

[9] AIPN, 2386/21349, Notatka służbowa St. Oficera Oddziału II Zarządu III Szefostwa WSW mjr. Stanisława Rakowskiego dot. struktury organizacyjnej oraz niektórych form działania CZInż. MHZ, 7 I 1981 roku, k. 1–3.

[10] AIPN, 2386/21223, Meldunek dzienny nr 55/81 o ważniejszych zdarzeniach zaistniałych w Wojsku Polskim meldowanych do Dyżurnej Służby Operacyjnej Szefostwa WSW za dzień 3–4.03.1981, Warszawa, 4 III 1981 roku, k. 164.

[11]http://www.nbp.pl/home.aspx?f=/kursy/kursyh.html (dostęp: 12 IX 2016).

[12] P. Gasztold-Seń, Kontrwywiadowcza ochrona kontraktów wojskowych w PRL w Libii w latach osiemdziesiątych XX wieku [w:] Studia nad wywiadem i kontrwywiadem polski w XX wieku, tom II, red. W. Skóra, P. Skubisz, Szczecin 2015, s. 675–680.

[13] AIPN, 0582/97 t. 2, Protokół przesłuchania świadka, Warszawa, 13 VIII 1981 roku, k. 150–155.

[14] Konkretnym wynikiem rozmów było porozumienie o dostarczeniu Irakowi uzbrojenia wartego około 100 milionów dolarów amerykańskich. W zamian wysłannik Husajna obiecał zwiększenie depozytów irackich w Banku Handlowym SA o 100 milionów dolarów.

[15] AIPN, 1405/23, Notatka Szefostwa Wojskowej Służby Wewnętrznej dot. rozmów handlowych z przedstawicielem Iraku, Warszawa, 2 VII 1981 roku, k. 23.

[16] AMSZ, Departament V, 35/86, w-1, 241-3-83, Aktualny stan i perspektywy stosunków Iraku z krajami socjalistycznymi – opracowanie Radcy Ambasady PRL w Bagdadzie M.J. Stępińskiego, XII 1983 roku, b. p.

[17] Panamska spółka była zarejestrowana pod numerem 84487; http://opencorporates.com/companies/pa/84487 (dostęp: 8 X 2013).

[18] P. Seale, Abu Nidal: A Gun For Hire, London 1992, s. 203.

[19] Spółka S.A.S. była zarejestrowana pod dwoma numerami: FC011655 oraz BR011984. Jej siedziba mieściła się pod adresem: Arab Bank Limited 116–118, Kensington High Street, London W8, a we wrześniu 1990 roku przeniesiono ją pod adres: 5th Floor, 100 Brompton Road, London, SW3. Co ciekawe, spółka ta nadal teoretycznie jest aktywna i do dzisiaj nie została rozwiązana; http://data.companieshouse.gov.uk/doc/company/BR011984; http://data.companieshouse.gov.uk/doc/company/FC011655 (dostęp: 8 X 2013).

[20]http://opencorporates.com/companies/gb/FC011655 (dostęp: 8 X 2013).

[21] AIPN, 00464/105 t. 3, Pismo Samira Hassana Najmeddina do Domu Handlowo-Agenturowego Maciej Czarnecki w Warszawie, b. d., k. 84.

[22] AIPN, 01228/2992/CD, Notatka Inspektora Wydziału XIV Departamentu II MSW por. Włodzimierza Szpakiewicza dot. działalności na terenie Warszawy spółki arabsko-polskiej pod nazwą S.A.S. Investment Trading Company, Warszawa, 20 XI 1986 roku, k. 187–188.

[23] AIPN, 00464/105, t. 3, Notatka [1987], k. 102.

[24] M. Wolf, A. Mc Elvoy, dz. cyt., s. 353.

[25]The Abu Nidal Terror Network: Organization, State Sponsors and Commercial Enterprise. Research Paper prepared by Counterterrorist Center, July 1987, https://www.cia.gov/library/readingroom/docs/DOC_0005283769.pdf (dostęp: 8 II 2017).

[26] Intermador (Marine) Limited została zarejestrowana pod numerem ΗΕ 35553, https://icyprus.com/company/105555 (dostęp: 8 II 2017).

[27] Joint Publications Research Service (JPRS) Reports, East Europe, 21 July 1992, s. 31.

[28] Intermador (Marine) Limited, http://cy-check.com/intermador-marine-limited/61456.html (dostęp: 8 II 2017).

[29] AIPN, 01228/2992/CD, Informacja sporządzona na podstawie relacji ustnej tajnego współpracownika o ps. „Dzik”, Warszawa, 28 I 1988 roku, k. 1514–1518.

[30] P. Seale, dz. cyt., s. 204.

[31] M. Hosenball, BCCI: Caught in the Coils of Cash, „Washington Post”, 29 IX 1991 roku.

[32] AIPN, 01228/2992/CD, Pilna notatka Jana Kinasta w sprawie demarche Ambasady USA odnośnie [do] działalności w Polsce Organizacji Abu Nidala, Warszawa, 27 V 1987 roku, k. 195–199.

[33] AIPN, 00464/105 t. 3, Informacja Zastępcy Dyrektora Biura „B” MSW ppłk. Andrzeja Mościckiego dla Szefa Zarządu II Sztabu Generalnego WP, Warszawa, 26 XI 1984 roku, k. 94.

[34] P. Seale, dz. cyt., s. 107.

[35] Y. Melman, The Master Terrorist. The True Story Behind Abu Nidal, New York 1986, s. 115.

[36] AIPN, 0449/26 t. 28, Informacja Departamentu I MSW dot. wykorzystania broni polskiej produkcji do celów terrorystycznych [X 1988 roku], k. 206.

[37] AIPN, 0449/6 t. 14, Szyfrogram nr 692 z Nowego Delhi, 28 I 1988 roku, k. 323.

[38] AIPN, 2602/26784, Informacja Zarządu II Sztabu Generalnego WP o Arabskiej Republice Syrii i jej siłach zbrojnych, Warszawa [VI 1980], k. 150.

[39] P. Seale, dz. cyt., s. 119.

[40] AIPN, 514/15 t. 2, Sprawozdanie z kontroli działalności Banku Handlowego for the Middle East S.A.L. w Bejrucie, Warszawa, 15 V 1981 roku, k. 7, 20, 40.

[41] AIPN, 01228/2992/CD, Informacja odtworzona z nagrania magnetofonowego ze źródła tajny współpracownik ps. „Andrzej”, Warszawa, 20 VII 1982 roku, k. 978.

[42] AMSZ, Departament V, 26/86, w-2, 242-1-82, Raport Andrzeja Biera, b. II sekretarza Ambasady PRL w Bejrucie, z pobytu na placówce w Bejrucie w okresie od 7 XI 1981 roku do 2 IV 1982 roku, 28 IV 1982 roku, b. p.

[43] P. Seale, dz. cyt., s. 119.

[44] AIPN, 01228/2992/CD, Notatka ze spotkania z Dawoodem odbytego w dniu 20 kwietnia 1983 roku, Warszawa, 21 IV 1983 roku, k. 1024; tamże, Szyfrogram, Warszawa, 5 X 1983 roku, k. 118.

[45] Tamże, Szyfrogram, 21 IV 1983 roku, k. 67; Notatka służbowa, 20 IV 1983 roku, k. 65; tamże, Szyfrogram, 21 IV 1983 roku, k. 66.

[46] AIPN, 418/41, Raport dot. uzyskiwania wzorów uzbrojenia i sprzętu wojskowego, 11 VII 1983 roku, k. 91–92.

[47] Tamże, Notatka „Raszyda” dot. zawarcia interesującej znajomości z Aminem, 8 V 1984 roku, k. 423–424.

[48] Tamże.

[49] Tamże, Pismo nr 5/84, 30 IX 1984 roku, k. 466.

[50] AMSZ, Departament V, 35/86, w-1, 240-2-83, Notatka I Sekretarza Ambasady PRL w Bagdadzie M.J. Stępińskiego z rozmowy z przedstawicielami palestyńskiej organizacji Fatah – Rada Rewolucyjna, Bagdad, 30 III 1983 roku, b. p.

[51] AIPN, 0449/5 t. 67, Notatka „Murana” z rozmowy z Sami’m z Dowództwa Rewolucyjnego Fatah /grupa Abu Nidala, Damaszek, 29 III 1984 roku, k. 160–162.

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zabójcze układy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze