Dziennik 2000-2002

Dziennik 2000-2002

Autorzy: Krystyna Janda

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 680

Cena książki papierowej: 44.00 zł

cena od: 22.88 zł

Pierwszy tom otwierający pełne wydanie dzienników Krystyny Jandy.

Na swojej stronie internetowej Krystyna Janda od ponad piętnastu lat nieprzerwanie prowadzi dziennik i wpuszcza czytelników do swojego świata. Od teatralnych kuluarów, kolejnych premier, rodzinnych rozmów w Milanówku, przez czytane właśnie książki, aż po ukochane Włochy. W tym głodzie życia wszystko chce nazwać, uporządkować, zapisać. Na tyle, na ile tylko może w natłoku obowiązków. Z właściwą sobie precyzją myśli, trafnością spostrzeżeń i ciepłem.

Od kilku dni ten dziennik mnie uwiera, piszę jak do przyjaciół, znajomych. Czy słusznie? Czy nie powinnam więcej wyjaśniać, opisywać rzeczy precyzyjniej, żeby zostać zrozumiana? A może odwrotnie? Może powinnam pisać jeszcze bardziej nonszalancko, bezpośrednio, skrótami? Gdzie wyznaczyć granice zwierzeń, podawanych faktów, intymność zapisów? Niewątpliwie trochę się w tym pogubiłam albo, jak wolicie, nie wydaje mi się to tak oczywiste jak dotąd. Co więcej, zaczynają mnie czasem te zapiski krępować, a następnym razem myślę o Was tak serdecznie, z taką wdzięcznością, że mam ochotę być dużo bardziej otwarta.

Krystyna Janda, 25 października 2002

Krystyna Janda – aktorka teatralna i filmowa, reżyserka, pisarka i piosenkarka. Ma na koncie ponad sześćdziesiąt ról teatralnych i ponad pięćdziesiąt filmowych. Wielokrotnie nagradzana w kraju i na świecie. Uznana za aktorkę stulecia polskiego kina i Człowieka Wolności w kategorii „Kultura” z okazji 25-lecia przemian ustrojowych. W 2004 roku stworzyła fundację, a w jej ramach dwa teatry: Teatr Polonia i Och-Teatr, które prowadzi do dziś.

Copyright © Krystyna Janda, 2017

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Robert Jaworski

Zdjęcia w książce

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego autorki.

Zdjęcia na stronie 88-89 autorstwa Piotra Dłubaka dzięki uprzejmości

Teatru im. A. Mickiewicza w Częstochowie.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Przygotowanie zdjęć do druku

i konsultacja merytoryczna

Maciej Łysakowski

Korekta

Zofia Firek

ISBN 978-83-8097-990-1

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

2000

7 września 2000, czwartek, 6.03

Zaczynam dziś pisać dziennik na mojej stronie internetowej. Jest kilka powodów. Pierwszy – bo powiedziano mi, że będzie super! Drugi – ponieważ podczas wakacji trochę przyzwyczaiłam się do zapisywania zdarzeń, refleksji, robienia notatek z dnia. Robiłam to na zamówienie, a teraz mi trochę żal, że już tego nie robię, i korzystam w związku z tym z pretekstu. Po trzecie, wczoraj dostałam pismo z mojego teatru takiej treści: „Pani Krystyna Janda / aktorka / w miejscu / Na podstawie rozporządzenia Ministra Kultury i Sztuki z dnia 31.03.1992 r. w sprawie zasad wynagradzania pracowników niektórych instytucji kultury/ Dz.U. nr 35 z 1992 r. poz.151 z późniejszymi zmianami / z dniem 7 września 2000 r. przyznaję Pani nagrodę jubileuszową za 25 lat pracy, tj. 100% wynagrodzenia miesięcznego” i tu następuje osobisty dopisek mojego dyrektora. Mogłabym Wam to pismo zeskanować i włączyć do dziennika, ale dyrektor mojego teatru prawdopodobnie miałby za to do mnie pretensje, na dodatek słuszne. Otóż. Po dwudziestu pięciu latach pracy, takiej jak moja, następują zmiany w mózgu i nie można, a raczej trudno, coś robić niepublicznie, tak żeby się nikt o tym nie dowiedział. Oczywiście, nie mówię o sprawach osobistych, intymnych, rodzinnych czy zdrowotnych, mówię o szeroko pojętej twórczości. Ten dziennik jest nią, czy chcę, czy nie. A pisać coś tylko dla siebie? W każdym razie, ja tego po tylu latach „publicznego życia” już nie umiem, a poza tym „do szuflady” albo „dla potomnych” mnie nudzi, i zresztą, po co? Mam potrzebę „dzielenia się” i kontaktu z ludźmi permanentnego, i tyle. A więc – publiczny dziennik, a raczej dziennik z dostępem dla każdego. A w związku z tym, na moich zasadach.

Pozdrawiam najserdeczniej, za chwilę zaczyna się dzień, życzę wszystkiego dobrego. Chciałam jeszcze powiedzieć, że ten ciemnoskóry zawodnik w reprezentacji Polski w piłce nożnej to skarb. Zrobi moim zdaniem więcej w sprawie tolerancji w tym kraju niż wszystkie programy wychowawcze rządowe i pozarządowe razem. Cudo. Dostał polskie obywatelstwo i paszport, brawo. Tylko człowieku! Strzelaj te bramki! Bo jak nie, to wiesz... to Polska! Karta sympatii się może odwrócić! Żegnam i idę pod prysznic. Potem siedem godzin na scenie w sprawie Nocy Helvera, oby z jakimś rezultatem.

9 września 2000, sobota, 6.14

Dziś urodziny Człowieka z marmuru, jak napisali w „Gazecie Wyborczej”, czyli Jurka Radziwiłowicza. Pięćdziesiąt lat. Od rana różne radia dzwonią do mnie z głupimi pytaniami: – Czy dzwoniła już pani do męża z życzeniami? (że niby taki żart).

Jurek. Żorż. Niebieskie oczy i rozbrajający uśmiech dziecka poparty niewinnością, czyli mruganiem oczami. Całkiem niedawno na pytanie: Przyjaciel? bez namysłu odpowiedziałam: Jerzy Radziwiłowicz. Dlaczego? Przecież rzadko się widujemy, nawet od momentu jego przeprowadzki z Krakowa do... tu, koło mnie... do Kani. Przyjaciel, bo przyjaciel. Niebieskie oczy, czystość, prawość, rzetelność, lekka naiwność i nieśmiały uśmiech. Jednym słowem – jasna łąka. I tak pięknie niósł tę cegłę. Do dziś ten jego chód mnie wzrusza. Jurku, nie dałam się wepchnąć przez dziennikarzy w żarty na Twój temat. Niech sobie żartują na inny, Ty jesteś Człowiek z marmuru i wara! Życzę Ci wszystkiego, wszystkiego dobrego. Pamiętam, jak kiedyś szliśmy razem o ósmej rano Nowym Światem, mijali nas ludzie, uśmiechali się do nas wszyscy, cala ulica, cale miasto. Coś im razem przypominaliśmy, coś ważnego, ale i coś miłego, to był ważny poranek. Andrzej Wajda też się wzrusza, kiedy widzi nas razem. Ma od razu mokre oczy, a potem ukradkiem ociera to wilgotne. Całuję Cię.

Dziś w nocy przyjeżdża – wraca mąż, mąż, mąż!!!

Cały dzień próba, w niedzielę też. Jędruś, mój synek, powiedział mi rano w łóżku: – Lepiej byś miała, jakbyś chodziła do szkoły, mielibyśmy razem wolne, aż dwa dni. – I zasnął znowu. Wróciłam z Wrocławia o trzeciej rano, trochę jestem zmęczona.

Dobrego dnia! Mam nadzieję, że Wy macie wolne. A swoją drogą, jak ja łatwo weszłam w to zwierzanie się do Internetu, zdumiewające, ta łatwość wynika z charakteru mojego cholernego zawodu. Mam nadzieję, że nikt tego nie czyta, a w każdym razie osób niewiele.

10 września 2000, niedziela, 6.05

Wczoraj widziałam swoją rolę w nowym filmie pana Zanussiego Życie jako śmiertelna choroba przenoszona droga płciową..., piszę, widziałam swoją rolę, celowo, widziałam też i film w całości, ale nie chciałabym się na ten temat wypowiadać, może to ktoś czyta, a napisać, co myślę zanim inni się wypowiedzą, byłoby może nieelegancko, więc omijam temat. Zresztą uważam, że od jakiegoś czasu nie powinnam się wypowiadać o twórczości jakiejkolwiek, w ogóle, bo jestem walnięta! Naprawdę! Moje kryteria, moje tempo wewnętrzne, sposób myślenia tak różnią się od tego, co czują inni, że kończę z ocenianiem kogokolwiek i czegokolwiek, zajmuję się tylko sobą. Ten nowy film pana Krzysztofa jest podobno piękny, mądry i w ogóle nienudny, widziałam zapłakanych ludzi wychodzących z kina. Ja nie mogłam w ogóle wysiedzieć w kinie, z powodu mojego grania. Do siebie pretensje mam monstrualne. Po co ja się tak wzruszam na końcu? Kwiatek? A co to za kwiatek? Dali mi do ręki ten żałosny kwiatek i zaczęłam z nim coś grać, bez sensu. Szklaneczka, woda, kwiatuszek do wody, wzruszenie. Idiotka. Powinien wjechać dupny bukiet kwiatów, komórka w prezencie przed jego śmiercią i wychodzę. A co to za bieganie po korytarzu szpitala na końcu? Niby że nie mogę wytrzymać? Że cierpię? Wyszło tak, jakbym uciekała przed Szymonem Bobrowskim, grającym mojego faceta, a co to, on mi zrobił jakąś krzywdę? Szymon zresztą to najlepsza postać. Oj, pani Krysiu! Zastanowiłaby się pani, co pani robi! W takim ustawieniu tematu i przy takim głównym bohaterze filmu trzeba było za wszelką cenę trzymać się pionu i nie sentymentalnie, bo to żałosne. Trudno, wypadek przy pracy. Pewnie to dlatego, że pan Krzysztof zawsze obsadza mnie w tak zwanych negatywnych postaciach, a ja chcę ich w naiwny sposób bronić. A! Rozpisałam się, bo jestem zła! Idźcie do kina, tylko bez zegarka. Żegnam wyniośle, szczególnie że mój mąż, który robił zdjęcia w tym filmie, nie ostrzegał mnie, żebym za żadne skarby świata nie opuszczała głowy przed kamerą, bo mi „spada twarz”, a ja wciąż ją tam opuszczam. No, ale jak mam nie opuszczać, skoro wciąż się tam martwię i martwię. Jak się mam martwić i mieć problemy – z głową do góry? Żeby nie było zmarszczek?! Film bardzo ważny, o temacie bliskim ludziom. Widziałam, jak jedna pani po obejrzeniu bardzo płakała. Może też ma problem, czy popełnić samobójstwo, czy umrzeć jak chrześcijanka, w zgodzie z Bogiem i siłami natury. Przepraszam za ten zapis, ale nie odpowiadam dziś za siebie.

11 września 2000, poniedziałek, 6.39

Jak to jest, że za każdym razem, jak ON wyjeżdża, psuje się w domu wszystko? Kończą się żarówki i na ogół te, które są wysoko i nie ma do nich żadnego dostępu, zaczynają skrzypieć drzwi, zacina się ekspres do kawy i opiekacz do grzanek? Za każdym razem. Pies od razu włazi do łóżka, bo nie wiadomo skąd wie, że wolno, koty biją się w nocy, a głównie w sypialni, albo budzą śpiących o drugiej, żeby wstać i dać im jeść. Jak to jest, że jak ON jest, dzieci i ja śpimy spokojnie, zasypiamy i budzimy się mniej więcej o czasie, a jak GO nie ma, dzieci już od świtu siedzą przy komputerze albo budzą się za późno i spóźniają do szkoły, a ja oglądam nocami filmy albo łażę po domu, czytam, a śpię chwilami, po dwie, trzy godziny w dziwnych porach nocy? Co to jest, że jak On wyjeżdża... Wyjechał. Zaczyna się znów czas bez NIEGO.

12 września 2000, wtorek, 3.42

Jest czwarta rano. Jak mówi ciocia, która u mnie mieszka: – Już cię trzepie przed premierą? To prawda, już mnie „trzepie”. Ciocia jest najwierniejszym widzem wszystkich, ale to absolutnie wszystkich seriali telewizyjnych, i oglądając je, strasznie plącze wątki i postaci; ukryłam przed nią, że istnieje taki kanał, Romantica, na którym idą brazylijskie seriale od rana do rana, bo wsiąkłaby już na stałe i sama została splątana.

W związku ze zbliżającą się premierą Nocy Helvera nie mogę już spać. Myślę. Ale co ja mogę w łóżku wymyślić, trzeba wyjść na scenę i grać, nie ma ratunku. Co za zawód, piękny i straszny, bywa jak operacja na otwartym mózgu.

Marysia, która ma próby w innym teatrze czegoś całkiem innego, telefonuje kilka razy dziennie w sprawie „swojej” teatralnej rozpaczy. – Dziecko! A czy ja ci nie mówiłam, że to okropny zawód? Czy nie ostrzegałam? Czy nie tłumaczyłam? A teraz, jak już to kochasz, jeśli w dodatku wiesz, czego chcesz, masz swoje zdanie, swój gust, nie jesteś potulna, myślisz, jesteś dojrzałym człowiekiem, to wykonywanie tego zawodu – bywa torturą, operacją na żywym organizmie, szantażem psychicznym, wymuszeniem. Teraz już nic ci nie mogę pomóc. Jesteś aktorką. To brzmi jak przekleństwo. Ona ma premierę dwudziestego drugiego, ja siedemnastego. Tylko że mnie, po dwudziestu pięciu latach pracy, doświadczenia, „trzepie” dopiero przed premierą, a ją stale, i ja mam łatwiej, bo po tylu latach potrafię racjonalnie myśleć i realnie oceniać szanse, choć ciągle naiwnie mam nadzieję, że w rezultacie będzie lepiej, niż się spodziewam.

13 września 2000, środa, 5.52

Nie mogę dziś pisać. Ledwo żyję. Niespanie mnie wykańcza. Wczoraj pierwszy raz zagraliśmy całość. Leżę w nocy i myślę. Nic nie wymyślę. Rodzi się nowe teatralne dziecko i we mnie nowa osoba. Cały czas kombinuję, jak zrobić, żeby żyła długo i szczęśliwie. Nie wszystko zależy ode mnie. Pozdrawiam. Dobrego dnia. Leje jak cholera. Przypomina mi się piosenka Maryli Rodowicz: „...autobusy zapłakane deszczem, wiozą ludzi od siebie do siebie” ...bardzo lubię tę piosenkę. Pa, pa. Idę znów „zabijać”. W tej sztuce zabijam na końcu. Gramy teraz, w okresie prób, dwa razy dziennie całość, więc zabijam dwa razy dziennie, o, przepraszam, dziś trzy, bo jeszcze dla dziennikarzy i telewizji. W piątek pierwszy raz zabiję dla publiczności. Nie ja, zabije kochająca matka, opóźnionego w rozwoju syna Helvera, żeby go ocalić przed faszyzmem, okrucieństwem tego świata i ludźmi. Zabiję, żeby umarł szczęśliwy.

15 września 2000, piątek, 6.56

Dziś próba generalna.

Wczoraj do fryzjerki, która mnie czesze, przyszła jej stała klientka. Siadła na fotelu i poprosiła o ostrzyżenie. Kiedy pani Wanda już układała jej włosy, pani ta na propozycję zmiany koloru i zakrycia siwizny odparła spokojnie: – Nie, pani Wando, strzyże mnie pani ostatni raz, za miesiąc, dwa, umrę. Czuję się świetnie, mam jeszcze dużo sił, ale to koniec. Teraz tylko chcę jeszcze posprzątać dokładnie dzieciom w domu, bo nikt tego lepiej ode mnie nie zrobi, nagotuję im, włożę do zamrażalnika, to im się nie zepsuje, zrobiłam przetworów, dżemów, ogórków tyle, że powinno im to starczyć na kilka lat. Teraz to już tylko chcę im pomóc, ile sił, a siwe włosy mi nie przeszkadzają. Pracuję całymi dniami ani na chwilę nie staję, tyle mam jeszcze do zrobienia. Wywietrzyć zimowe, bieliznę posortować, wyprać wersalki, dywany, żebym tylko zdążyła. Pani Wanda jak zahipnotyzowana, skamieniała, skończyła ją czesać, bez słowa. Pani spokojnie wytrzepała się z włosów, włożyła sweterek, życzyła pani Wandzie, jej mężowi i dzieciom wszystkiego dobrego i z uśmiechem pobiegła do domu, sprzątać, bo to lubiła najbardziej. Pani Wanda powiedziała mi, że jak zamiatała jej włosy, to płakała.

Wczoraj zaginął mój syn Jędrek, wszedł do biblioteki szkolnej i się zaczytał. Wszyscy domownicy postawieni na równe nogi, w histerii, szukali go dwie godziny, mnie nie zawiadomili, żebym mogła spokojnie grać, tzn. spokojnie zabijać teatralnego syna. O matko, jak ja wieczorem zagram tę Karlę?! Przychodzi publiczność!

16 września 2000, sobota, 8.05, premiera

Wczoraj już było. Nie rzuciliśmy nikogo na kolana. Byli sami znajomi. Trudny temat, mówili. Ładna muzyka, mówili, dobre światło. Jest atmosfera. To ważna twoja rola, mówili. Dobrze to wymyśliłaś. Teraz trudno z takim tematem. Jesteś zupełnie inna, to niesamowite. – Nie obchodzi was to? Temat? Problem? – pytałam. – Nie wzruszyliście się? – czepiałam się. Nie. Boże, a moim głównym problemem przy zagraniu tej roli jest, żeby się nie rozpłakać, bo będzie wstyd. Jestem walniętą amatorką. Nie! Nie jestem. Jestem precyzyjna, powtarzalna, wiem, co robię, robię to świadomie. Wyjmuję z kieszeni środki wyrazu, które są mi akurat potrzebne, nie ma w mojej pracy przypadku. Wiem, czego chcę. Gdzie jest błąd? Wiem, wiem, ale nie powiem. Wczoraj, na tej próbie generalnej, był też Ernest Bryll. Mówił, że tekst mu się nie bardzo podoba. Że ma z tym problem. Mówił też, że w Czechach piętnaście tysięcy ludzi zgromadziło się, żeby obejrzeć sześćsetne przedstawienie Na szkle malowane, pytał, co z próbami Szkła w Częstochowie. Reżyseruję. Spokojnie. Próby już trwają, uczą się tam wszyscy śpiewać i tańczyć, z moimi specjalistami od tego, z Myszką Krebsówną i Michałem Jarczykiem, którzy robili ze mną spektakl warszawski Szkła. Będę dojeżdżać do nich na próby teraz od czasu do czasu, dopóki nie opanują materiału. Potem zacznie się intensywna praca już na scenie. Ale sześciuset przedstawień, jak w Czechach, nie mogę obiecać, co prawda, warszawskie przedstawienie zagraliśmy sto pięćdziesiąt razy, a rozpadło się z powodu „czynnika ludzkiego”, tak to nazwijmy, bo mogło być grane do dzisiaj. Lubię Ernesta, jego żona Małgosia przysłała mi Jego nowe wiersze, całkiem świeże, jeszcze gorące. Wie, że zawsze byłam wielbicielką jego twórczości, zawsze dotykała mojego serca. Przeczytajcie. I dobrego dnia.

Archanioły

Archanioły runęły od morza jasnego

Przez nasze ciasne, kościste mieszkania

Pan wołał: – Dosiadajcie ich grzbietu dzikiego,

Płyńcie szeroko na nowe spotkania...

Ale jak się zapoznać z czymś, co nieznajome,

Nieprzedstawione? Jak drzwi otworzone?

Zostawić? A podłogi to kto powyciera

Po tej pieśni, co na nas zwaliła się teraz...

A walizki też przecie są niespakowane

I nie jest powiązane, co ma być zabrane,

I moje ręce także nie do tego,

Żeby się trzymać grzbietu anielskiego.

Panie, za wielka ryba i cud zbyt ogromny,

Co przez pomyłkę wpadł w mieszkanko skromne.

17 września 2000, niedziela, 7.14

Już po premierze, macie spokój, już więcej o tym nie napiszę, garderoba tonie w kwiatach, bileciki z gratulacjami, nieprawdopodobny bukiet z Londynu z bilecikiem: „Gratuluję odwagi w wyborze repertuaru, życzę sukcesu, spanikowany wielbiciel”. Kwiaty, perfumy, elegancja, Polska Rada Biznesu, a ja na scenie, nieumalowana, w szarej sukience, w kuchni z kaflowym piecem i metalowym kubkiem, staram się ze łzami w oczach i ściśniętym gardłem zagrać coś, co, mam nadzieję, ma znaczenie, jest ważne i posiada tzw. wyższe zadanie czy misję, jeśli ktoś woli. Nieważne.

Wczoraj na biurku mojego najmłodszego dziecka zobaczyłam jego plakat wyborczy na przewodniczącego klasy, przez niego narysowany: JĘDREK TO WASZ KANDYDAT, KTÓRY: JEST GŁUPI! NIE POTRAFI RYSOWAĆ! NIE POTRAFI GRAĆ W PIŁKĘ! NIE UMIE PISAĆ I CZYTAĆ! ALE GŁOSUJCIE NA NIEGO! No, panowie kandydaci na prezydenta, uczcie się! Pozdrawiam. Dziś szkolny festyn, idziemy sprzedawać ciastka, które upiekła klasa życia, czyli dzieci niepełnosprawne. To jest szkoła integracyjna. Bardzo mi zależało, żeby moi synowie uczyli się w szkole z „klasą życia” i mieli kontakt z tymi dziećmi, pomagali im. Pa, pa.

24 września 2000, niedziela, 8.17

Dzisiaj patrzyłam rano na twarze i skupienie gimnastyków podczas olimpiady. Przerażający stres. Świadomość, że po latach pracy, ćwiczeń, wyrzeczeń te nadchodzące sekundy mają je ukoronować albo przekreślić, jest straszna. Z całej tej relacji zapamiętałam tylko momenty nieludzkiego skupienia, przed... Twarze zwycięzców na podium już są właściwie dla mnie bez wyrazu. Ach, trwa jeszcze w mojej pamięci sztuczny uśmiech do aparatów i kamer młodej dziewczyny, mistrzyni świata w jakimś skoku – patrząc na ten uśmiech, wyobraziłam sobie, jak ciężka praca, jakie życie, jakie nieprawdopodobne godziny pracy nad sobą ten uśmiech przypieczętowuje. Gratuluję i nie zazdroszczę. Mam nadzieję, że dla nich to ma sens. Cała olimpiada wywołuje we mnie uczucie smutku i przygnębienia. Idea jest piękna, a wszystko, co jest dalej – koszmarne.

Mąż wrócił i zostaje chwilę, naszego kota, Żeni, szarego, rosyjskiego z oczami Putina, dalej nie ma. Adaś, mój starszy syn, dostał pałę z niemieckiego i tłumaczył mi, że tej oceny nie ma, ona nie istnieje, bo w poniedziałek naprawdę będzie jej weryfikacja, a ja nic z tego nie rozumiem. Jędrek – młodszy, pisze jak kura pazurem i dla niego szkoła to w ogóle nie jest miejsce godnie najdrobniejszej wzmianki. Lenka, moja trzyletnia wnuczka, nagle zaczęła mówić do mnie Krysiu, bo usłyszała, że tak mówi do mnie mąż, mama wciąż opowiada o wrażeniach z Ziemi Świętej, ciocia jest cichutka jak zwykle i popłakuje po kocie, drugi kot, Wiewiór, cały czas szuka tamtego, psy żadnego zniknięcia nie zauważyły. Od poniedziałku zaczyna się dla mnie kolejny trudny zawodowo tydzień, jak zwykle. Nie wiem zupełnie, dlaczego zaczęłam nagle podsumowywać, pewnie dlatego, że była niedziela. Pójdę dziś na cmentarz w Milanówku, bo mi jakoś tego potrzeba. Wieczorem ostatni... w tym bloku po premierze... spektakl Nocy Helvera, następny dopiero pod koniec października, a do tego czasu przygotowuję mój spektakl telewizyjny Klub kawalerów. W międzyczasie muszę wyjechać do Baku z Przedwiośniem na zdjęcia, i zaczynam pierwsze wyjazdy w ramach wielkiej trasy teatralnej „Sto twarzy KJ” – czyli Shirley, Marlena i Callas – po dwa razy dziennie po pięć godzin na scenie, w największych salach teatralnych i operowych w Polsce, osiem miast. Życzcie mi sił.

A Was niech Bóg ma w swojej opiece, tego życzy Wam Krysia!

25 września 2000, poniedziałek, 6.30

Dopiero dziś zaczęłam się zastanawiać nad tymi zapiskami. Pewnie z powodu listu, który otrzymałam wczoraj pocztą, dowiedziałam się z niego, że razem z tymi zapiskami dołączyłam do kilkunastu tysięcy młodych osób, które w Internecie piszą pamiętnik. Nazywają się one „błogi”. Fantastycznie, tylko co znaczą te moje zapiski? Po co one są? Dlaczego ja to robię?

Rozumiem, że młody człowiek, każdy młody człowiek, ma absolutne przekonanie o swojej wyjątkowości i oryginalności, jeśli go nie ma, to powinien się zwrócić do lekarza. W związku z tym przekonaniem chce się skomunikować ze światem, żeby o tej swojej wyjątkowości opowiedzieć, podzielić się sobą nadzwyczajnym, innym, niezwykłym. Każdy jego smutek, nastrój, myśl, spostrzeżenie wydają mu się wyjątkowe i chce tym obdarować innych. Dodatkowo uczucie samotności i niezrozumienia przez otoczenie, powoduje wrzucanie w Internet, czyli w kosmos, jak ja to nazywam, swoich wątpliwości i bólu, namiętności do życia i rodzącej się właśnie osobowości.

A co ja?

Od dawna jestem ukształtowana i od bardzo dawna wiem, jaka jestem i kim jestem. Od dawna też pogodziłam się z sobą, zaakceptowałam siebie, nie mam wątpliwości i nie chcę się zmieniać. Dwadzieścia pięć lat pracy zawodowej sprawiło, że kontaktowanie się z ludźmi jest czymś absolutnie naturalnym, także opowiadanie o sobie, zwierzanie się ze swoich myśli, poglądów i uczuć. Bo czymże innym jest interpretacja, granie roli? Każdej roli? W gruncie rzeczy także opowieścią o tym, kim jestem, jak czuję i myślę, jak dalece potrafię zrozumieć jakiś problem, jakim jestem człowiekiem, i żaden reżyser świata nie jest w stanie tego wyreżyserować, przykryć, całkowicie zmienić. To zawsze widać, to się czyta nawet z ilości wyrzucanego powietrza przy mówieniu tekstu roli. To się przedrze przez każdą, nawet narzuconą, interpretację.

Z drugiej strony, nie mam potrzeby epatowania sobą, swoją prywatnością, kogokolwiek. Od lat uciekam przed publicznymi miejscami, premierami, jubileuszami, dziennikarzami, aparatami fotograficznymi. Jak ognia unikam wypowiedzi prywatnych na wszelkie tematy publiczne, pozaartystyczne, a gazetowych ankiet w rodzaju: „Czy pamięta pani swój pierwszy pocałunek?”, nie znoszę i rzucam słuchawką. Postanowiłam dziesięć lat temu, po zmianie na „wolność”, nie angażować się i nie użyczać swojego nazwiska żadnym kampaniom, przedsięwzięciom czy akcjom politycznym. Przyłączam się jedynie do poczynań charytatywnych, w szczególności dotyczących dzieci.

O co mi więc chodzi? Dlaczego ten „blog” czy jak wolę go nazywać, dziennik internetowy? I jeżeli już, to jakie powinny być te zapiski?

Myślę, że po pierwsze, dlatego że jest to dla mnie coś zupełnie nowego, a nic tak mnie nie podnieca jak nowości, po drugie, dlatego że lubię pisać w ogóle, sprawia mi to radość, po trzecie, pewnie dlatego że to nie ma żadnych reguł, że w naturalny sposób, nie zmuszając się do niczego, na moich warunkach, komunikuję się z ludźmi. I to jest najważniejsze. To rodzaj spotkania z publicznością. Spotkania takie zawsze lubiłam, a teraz nie mam na nie czasu i czuję, że mi tego brakuje. Brakuje mi PRAWDY! Żyję w izolacji, samotności, w kręgu środowiskowych wartości, ocen, i mnie to prawdziwie martwi. Muszę porozmawiać ze zwykłymi, innymi ludźmi. Potrzebny mi barometr, jakim jest kontakt z nimi. I mam uczucie, że tak oddalam się od rzeczywistości, że za chwilę będę bała się wyjść na nieznaną ulicę, na której nie znam zasad ruchu i nie wiem, jaka mnie czeka na niej pogoda.

Poza tym, coś takiego jest w tym Internecie, że tutaj się jakby mniej udaje. Tak czuję. Ja jestem tutaj niewymuszenie prawdziwsza niż na spotkaniu zorganizowanym. Mam też wrażenie, że Wasza korespondencja do mnie też jest szczera, i jest obu stronom jakoś potrzebna, no i nie ma co dalej tego precyzować. I zastanawiać się nad tym, dlaczego!

Bo ten dziennik w oderwaniu od Forum, na tej stronie, jest jakby niekompletny. Zaczynam Was rozpoznawać i to już nie jest spotkanie z publicznością, raczej spotkania pewnej grupy, towarzystwa. Może ludzi, którzy myślą podobnie albo mają podobne przeżycia, wspomnienia, lektury, refleksje? Razem spędzone wieczory w teatrze. Coś w rodzaju niezobowiązującej inspirującej i potrzebnej obu stronom przyjaźni. Mam nadzieję.

26 września 2000, wtorek, 6.43

PS do wczorajszego wpisu...

Zapomniałabym o najważniejszym! Film, który robiła moja córka ze swoimi młodymi przyjaciółmi, Pól żartem, zdobył wczoraj na Festiwalu Filmowym w Gdyni pięć nagród! Brawo! Jeżeli mnie kiedyś przeczytacie, gratuluję Wam wszystkim! Mama Marysi.

Wczoraj cały dzień prób i książka Moja droga B. przyniesiona mi do ostatniej korekty przed drukiem. Duże przeżycie. Wieczorem mąż zaprosił mnie na kolację. A podczas kolacji pomyślałam, że nie mam siły jeszcze raz czytać tego, co bazgrałam cały rok, a co teraz, zebrane, ma się ukazać jako książka, choć za pierwszym razem, przy kierowaniu materiału do wydawnictwa, śmiałam się sama z siebie i swoich zapisków, jak norka. Podczas kolacji załatwiłam sobie, że tę cholerną korektę zrobi za mnie mój mąż, którego książka w jakimś stopniu dotyczy, a moich zapisków zupełnie nie zna. Może będzie lepiej, szczególnie że przed drukiem powinien się z nimi zapoznać, bo się może zdziwić, a potem rozwieść ze mną po przeczytaniu, wydanej już książki. Więc lepiej temu zapobiec. Siedzi teraz w milczeniu i czyta. Podglądam. Jest na siedemdziesiątej stronie. W ogóle się nie śmieje! Przyszedł tu i sprawdza coś w encyklopedii! Co tam z tej mojej książki można sprawdzać w encyklopedii? Chyba zwariował! Nieważne, w południe skończy, i od tego momentu już nigdy nie będziemy dla siebie tym, czym byliśmy przed tym czytaniem! Chyba na razie pójdę do kosmetyczki, żeby przeczekać.

Dziś rano relacje z olimpiady. Obezwładniające. Słucham tych komentarzy: „Start to jest ta chwila szczęścia i nadziei dla zawodników dążących do zwycięstwa!”. Albo: „Tak to już jest, że po porażce przychodzi smutek”, „Rosyjskie zawodniczki pływania równoległego pokazały układ na miarę dwudziestego pierwszego wieku, takie to było precyzyjne!”.

Żegnam, bo się denerwuję. Do jutra, tylko że ja będę chyba w zmienionej sytuacji osobistej.

27 września 2000, środa, 8.55

Za chwilę zaczynam nagranie Klubu kawalerów dla Teatru TV. Jestem reżyserem i gram Dziudziulińską. Trudne zadanie i mało czasu. Jak zwykle przed nagraniem telewizyjnym, wszystko się wali na głowę. Wczoraj o dwudziestej trzeciej dowiedziałam się, że jeden z aktorów grający dużą, bardzo znaczącą rolę, nie będzie mógł zagrać, bo okazało się, że ma zobowiązania w jakiejś mydlanej operze kręconej dla telewizji. No cóż, młody kolega. Stuhrowi, Gajosowi, Zamachowskiemu się to nie zdarza. Trudno. Pół nocy szukałam więc aktora do jednej z głównych ról, co ja piszę aktora! partnera dla Jurka Stuhra, Zbyszka Zamachowskiego, Janusza Gajosa, Czarka Pazury, Sławka Orzechowskiego, bagatela! Nikt z tych, którzy przychodzili mi do głowy, nie był wolny. Gratuluję. Jeśli ktoś wam będzie mówił o bezrobociu aktorów, nie wierzcie. Nagranie zaczynamy jutro. Dziś muszę kogoś zaangażować i zrobić z nim przynajmniej jakąś próbę, sama, dobrać kostium itd. Reżyser to bynajmniej nie ten, kto reżyseruje, tym się zajmuje na końcu. Najpierw osiemdziesiąt procent energii i siły idzie w organizację. Nie bawi mnie to. Inna sprawa, jest wielu reżyserów, którzy świetnie się czują, kiedy organizują, gorzej jak przyjdzie do wyreżyserowania czegoś. Głównie organizacja im idzie dobrze. Ale to inny temat.

Wczoraj wieczorem byłam na przedstawieniu Jeździec burzy w teatrze Rampa. Historia życia Morissona, Marysia, moja córka, gra tam jego żonę. Nie mogę wiele powiedzieć na temat tego, co widziałam, bo siedziałam z zatkanymi uszami. Cały czas czułam się tak, jakby ktoś dokonywał na mnie gwałtu, siłą dźwięku i źle ustawionymi basami. Ludzie koło mnie wyszli po pierwszym akcie, też siedzieli z palcami w uszach. Faceci od dźwięku to jakiś problem w tym kraju i w filmie, i w teatrach.

Marysia, z tego, co widziałam i rozumiałam na niemo, gra ładnie. Ma poczucie formy, jest prawdziwa, przekonująco gra narkomankę. Odsłoniłam uszy, tylko jak śpiewał Staszewski, on zawsze sprawia mi przyjemność, i on był jakby mniej głośny. Zdumiewające! Oklaski świadczyły o niebywałym sukcesie, podobało się nadzwyczajnie. Widocznie się starzeję i nic już nie jest dla mnie. W każdym razie idźcie na to. Ale ostrzegam, to jest dla młodych, starszym panom i paniom pójdą szwy po liftingach i przestaną działać sztuczne zastawki.

Nagranie Klubu kawalerów od jutra! Co mnie czeka!? Trzymajcie za mnie kciuki. Z pisaniem do Was też nie wiem, jak będzie. Jutro zaczynamy o piątej rano, ekspozycja, to znaczy – można kręcić tylko do czwartej po południu, potem już jest za ciemno, a jesteśmy na zewnątrz. Do nakręcenia z dziesięć scen i to zbiorowych. Ratunku!!! A przed kamerą same gwiazdy. Ciekawe, jak ja mam ich wyreżyserować, to znaczy namówić do stylistyki, którą wymyśliłam. Mam nadzieję, że moi koledzy mi zaufają, tylko tyle. Powiedziałam im – to jest bardzo zabawna sztuka, wy jesteście fantastycznymi artystami, ludzie oczekują od was kaskad dowcipu, gagów, tysiąca min. Na to czekają. Spójrzcie, co się dzieje w telewizji, jak grają nasi koledzy, żeby zarobić na życie i zdobyć sławę i popularność za wszelką cenę. Publiczność oczekuje od Was, takich, jak to się nieelegancko nazywa, „jajcarzy” jeszcze więcej; mam prośbę, dajcie im MNIEJ!

Pozdrawiam. Zapomniałam, że i ja tam gram. Ale prawie wszystko sobie skreśliłam, bo już w czytaniu wychodzi to za długie. Trzymajcie się wiatru!

28 września 2000, czwartek, 8.03

Wczoraj odbył się pogrzeb naszego sąsiada. Fantastycznego faceta. Był to jeden z najpozytywniejszych ludzi, jakich spotkałam w życiu. Pracowity, uczynny, dynamiczny, uśmiechnięty. Jeden z tych, dla których nie ma rzeczy niemożliwych i pomysłów nie do zrealizowania. Miał trochę ponad czterdzieści lat. Umarł. Czy Bóg jest sprawiedliwy? Nie. Jako Marlena mówię na scenie: – Bóg w każdym razie nie staje po żadnej stronie, jakby nie zajmował stanowiska. – W ogóle ostatnio dużo śmierci, samobójstw zwykłych skromnych ludzi, samobójstw bez przyczyn, zdumiewających, zaskakujących. To przerażające, że obok nas żyje tylu ludzi z piekłem w środku, z jakąś tragiczną przerażającą tajemnicą wewnątrz.

Okna. Straszą. Często, przejeżdżając nocą obok szpitali, patrząc na okna, myślę o tragediach, cierpieniu, które za nimi istnieje, albo przejeżdżając przez miasto, po spektaklach, nagraniach, patrzę w oświetlone o tej zdumiewającej godzinie okna i… boję się pomyśleć, co tam się dzieje, co rozgrywa, a przecież może być tylko matka karmiąca dziecko lub ktoś, kto właśnie uczy się do egzaminu.

Przejeżdżałam dziś w nocy pod czarnymi oknami mojego nieżyjącego sąsiada, pomyślałam o jego żonie, która tam gdzieś była w środku, o jego dzieciach. Tej nocy po pogrzebie. Takie śmierci uświadamiają wciąż na nowo bezsens pośpiesznego, zagonionego życia. Jak mówię w innej sztuce: – Co tak naprawdę w życiu było ważne? Zastanów się? Niewiele! I jak mało temu poświęcaliśmy czasu i uwagi. A potem pewnego dnia nagle uświadamiasz sobie – ja kochałam, żyłam, nienawidziłam, rodziłam, całowałam, cierpiałam, byłam matką, żoną, byłam kobietą wiosną, zimą, latem, teraz umieram.

Koniec. A ja? Czy ja już pamiętam tylko teksty sztuk, w których gram, i nimi tłumaczę życie? Dno!

O co mi chodzi? Co za nastrój? To ta śmierć, o której myślałam cały dzień, a może to pierwszy dzień nagrania, które poszło nie najlepiej. Jutro znów zaczynam o piątej rano. Może jutro będzie lepiej. I pomyśleć, że robię tak pyszny, komediowy tekst, i mam tak wspaniałych aktorów! To depresja, którą zaraził mnie Bałucki. Autor najśmieszniejszych, najrozkoszniejszych polskich komedii umarł śmiercią samobójczą. Nie do uwierzenia, cholera! Zastrzelił się, siedząc na ławce w parku! Podobno. Na Plantach krakowskich. Tam teraz pomnik. Co za chandra! Przepraszam.

29 września 2000, piątek, 6.36

Dzisiaj będzie o dzieciach, a to z powodu e-mailowego listu od przyjaciela z Niemiec.

Ten ktoś ma małą córeczkę tam urodzoną, dziecko dwujęzyczne, choć z polskim miewa kłopoty. Tatuś maleństwa, a mój przyjaciel, jest wybuchowym, dość niekonwencjonalnym człowiekiem. Zdenerwował się w jakimś sklepie podczas wakacji we Francji i dość często potem opowiadał o tym wydarzeniu. Dziecko słyszało te opowieści, zresztą było świadkiem zajścia. Mój przyjaciel, pisze mi w liście, że wczoraj przypadkowo rozmawiał z małą o wakacjach, wypadł mu z pamięci jakiś szczegół i wtedy córeczka mu pomogła: – To było koło tego sklepu, w którym się tak skurwiłeś! Od razu skojarzył.

A teraz o moim młodszym synku. Odkryłam w nocy, podczas przeglądania jego zeszytów w ramach wyrzutów sumienia i nadrabiania obowiązków macierzyńskich, takie wypracowanie:

Na wakacje pojechałem do Chorwacji, droga była długa i kręta, a w samochodzie było gorąco. Jednym słowem, drogę spędziłem najniewygodniej, jak się da. Wakacje, co tu mówić o wakacjach, te spędziłem nawet, nawet, ale jacht był najfajniejszy. Niestety na nim zwymiotowałem (i pobrudziłem pokład), a do tego pod kabiną i mój tata myślał, że to ryż, który robił z takim specjalnym nadzieniem, a to dlatego, że tak trzęsło.

Urocze prawda?

Wczoraj rano moja wnuczka weszła niespodziewanie, podczas mojej kąpieli, do łazienki. Zażenowana nagością i sytuacją, nie bardzo wiedząc, jak się zachować, przywitałam ją radosnym, zwyczajnym:

– Dzień dobry, Lenka! Spojrzała na mnie uważnie, obejrzała mnie dokładnie w tej wannie i odparła:

– Mów do mnie Blanka! I wyszła.

No, i co zrobilibyśmy bez dzieci?

Nagranie Klubu kawalerów idzie lepiej, koledzy są nadzwyczajni, wszyscy robią naprawdę, co w ich mocy, żeby mi pomóc. Grają fantastycznie, no, ale mam na planie „pierwszą ligę”. Ze zmęczenia upadam na twarz, jutro zaczynamy godzinę później, tzn. o szóstej, ale za to mamy więcej stron do nakręcenia. Zaginionego kota szarego dalej nie ma. Ciocia płacze. Idę spać, a raczej czołgam się do łóżka. Pozdrawiam. Na mnie nie liczcie w żadnej sprawie. Dobranoc.

30 września 2000, sobota, 15.47

Nie idzie mi! Beznadziejny dzień, nie podoba mi się to, co robię. Czasem tak jest, nic się nie układa. Beznadziejne. Przesadzam, prawie beznadziejne. Nie dość, że reżyseruję, to i w tym gram! Nie mogę na siebie patrzeć w monitorach, cały czas kombinuję, jak tu nakręcić, żeby siebie wyciąć. Do tego reżyserowanie w kapeluszu ze strusim piórem, długiej sukni i w butach na obcasie to męka, szczególnie przy tym tempie i liczbie scen do nakręcenia każdego dnia. Na szczęście Dziudziulińska to nieduża rola. Okropność. Inni grają świetnie, tylko ja nie mam dostatecznej wyobraźni, żeby to odpowiednio pokazać. Co to będzie? Co to będzie! Przyjęłam metodę rejestrowania jak największej ilości materiału z jak najliczniejszych ustawień kamery. Potem jakoś to zmontuję. Oj! Źle mi, źle mi, źle! Jutro zaczynamy pracować w nocy i tych nocy będzie pięć. Zrobiłam jeden akt i kawałek. Nie mogę pisać o niczym innym, bo mnie telepie na ten temat. Nie mogę siebie znieść nawet na ekranie telewizora. To choroba. Dobranoc. Tym razem... żegna Was „sfrustrowany” reżyser.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

2000 7 września 2000, czwartek, 6.03

9 września 2000, sobota, 6.14

10 września 2000, niedziela, 6.05

11 września 2000, poniedziałek, 6.39

12 września 2000, wtorek, 3.42

13 września 2000, środa, 5.52

15 września 2000, piątek, 6.56

16 września 2000, sobota, 8.05, premiera

17 września 2000, niedziela, 7.14

24 września 2000, niedziela, 8.17

25 września 2000, poniedziałek, 6.30

26 września 2000, wtorek, 6.43

27 września 2000, środa, 8.55

28 września 2000, czwartek, 8.03

29 września 2000, piątek, 6.36

30 września 2000, sobota, 15.47

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziennik 2003-2004 Dziennik 2000-2002 Pani zyskuje przy bliższym poznaniu Moja droga B. www.malpa.pl 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia