Przeklęta korona

Przeklęta korona

Autorzy: Victoria Aveyard

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Dla młodzieży Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 208

cena od: 25.99 zł

Poznaj losy dwóch niezwykłych kobiet – różni je kolor krwi, a łączy życie w czasach, gdy Czerwoni zaczęli buntować się przeciwko Srebrnym.

 

 

„Jestem żoną księcia, który pewnego dnia zostanie królem. Zwykle właśnie ślubem kończą się bajki. I obawiam się, że nie bez powodu żadne opowieści nie opisują tego, co dzieje się potem”.

 

Fragmenty pamiętnika Coriane Jacos to historia miłości do następcy tronu pisana w cieniu samotności i strachu. Ukazuje kruchą i wrażliwą kobietę, której losy na zawsze splotły się z koroną.

 

 

„Moje imię się nie liczy. Ważne są tylko stopień i pseudonim. To, jak wołała na mnie matka, nie ma już żadnego znaczenia. Dla nikogo. Nawet dla mnie”.

 

Kapitan Diana Farley „Jagnię” ma za zadanie stworzyć ruch oporu: podstawy Szkarłatnej Gwardii. Dzięki jej opowieści dowiesz się, jak pośród przemytników oraz drobnych złodziei rodziła się siła, która zmieniła życie mieszkańców Królestwa Norty.

 

PIEŚŃ KRÓLOWEJ

Julian dał jej książkę – jak zawsze.

Jak w zeszłym roku i jak dwa lata temu, i jak w każde święta czy z jakiejkolwiek innej okazji, jaką udało mu się wymyślić między urodzinami siostry. Miała już całe półki pełne tych tak zwanych prezentów. Niektóre były nawet szczerze dane, inne stanowiły tylko sposób na zrobienie miejsca w bibliotece, którą nazywał swoją sypialnią. Stosy książek piętrzyły się tam w tak ryzykownych konstrukcjach, że nawet koty nie były pewne, czy bezpiecznie jest się prześlizgiwać przez owe labirynty. Tematy były różne – od powieści przygodowych o Prerii po zbiory nadętych wierszy o nudnym królewskim dworze, którego obydwoje unikali za wszelką cenę. „Dobre na podpałkę”, mówiła Coriane za każdym razem, gdy zostawiał jej kolejne niestrawne tomiszcze. Raz, na dwunaste urodziny, dał jej jakiś prastary tekst spisany w języku, którego nawet nie znała. I którego – jak podejrzewała – on także tak naprawdę nie rozumiał.

Mimo że nie znosiła prawie wszystkich podarowanych przez brata książek, rozrastającą się biblioteczkę trzymała starannie ułożoną na półkach, w alfabetycznej kolejności, z równo ustawionymi skórzanymi grzbietami, żeby było widać tytuły. Większość stała tam nawet nietknięta, nigdy nieotwarta, nieprzeczytana, czego Julian nie mógł pojąć. Brakowało mu słów (a to zdarzało się rzadko), by opisać tę tragedię. Nie ma nic gorszego niż nieopowiedziana historia. A jednak Coriane tak je właśnie przechowywała – zawsze pieczołowicie odkurzone, wręcz wypolerowane. Ich złote litery lśniły w mglistym świetle lata i w zimowej szarzyźnie. W każdej nabazgrane było: „Od Juliana”, i to te dwa słowa ceniła sobie niemal nade wszystko. Ważniejsze były tylko te prawdziwe prezenty – podręczniki i instrukcje obsługi opakowane w plastik i wciśnięte między strony jakiejś genealogii czy encyklopedii. Kilka trzymała nawet pod materacem, żeby móc je sobie wyciągnąć w nocy i zgłębiać łapczywie techniczne schematy i opisy maszyn. Wszystko o tym, jak budować, jak psuć i jak konserwować transportowce, odrzutowce, telegrafy, a nawet żarówki i kuchenki.

Jej ojciec oczywiście tego nie pochwalał. Srebrna, córka Szlachetnego Domu, nie powinna przecież mieć palców powalanych olejem silnikowym, paznokci poniszczonych „pożyczonymi” narzędziami, a oczu zaczerwienionych od nocnego zgłębiania nieodpowiedniej literatury. Harrus Jacos zapominał jednak zawsze o swoich zastrzeżeniach, gdy tylko ekran w bawialni nagle się buntował, sypiąc snopy iskier i ukazując tylko jakieś mazaje. „Zrób coś, Cori!” Wtedy wykonywała jego polecenie, za każdym razem łudząc się, że wreszcie go to przekona. Jednak już kilka dni później znów obśmiewał jej talent do majsterkowania, a zupełnie zapominał o tym, że go poratowała w potrzebie.

Dobrze, że teraz go nie było. Wyjechał do stolicy pomóc ich wujowi, lordowi Jacos. Dzięki temu mogła spędzić urodziny z osobami, które naprawdę kochała – z bratem Julianem i z Sarą Skonos, która przyjechała specjalnie na tę okazję. „Piękniejsza z każdym dniem”, pomyślała Coriane o przyjaciółce. Nie widziały się od miesięcy, a dokładniej odkąd Sara skończyła piętnaście lat i przeniosła się na stałe na dwór królewski. Nie było to może znowu aż tak długo, a jednak dziewczyna wydawała się zupełnie odmieniona. Jej kości policzkowe były teraz ostro zarysowane pod jakby bledszą niż dawniej, niemal wyssaną z krwi skórą. A szare oczy – niegdyś jasne jak gwiazdy – stały się mroczne, pełne czających się w nich cieni. Tylko uśmiech pozostał taki sam – wciąż pojawiał się, gdy tylko była w towarzystwie Jacosowych dzieci. „Właściwie to w towarzystwie Juliana”, pomyślała Coriane. Jej brat za to nic a nic się nie zmienił – uśmiechał się równie szeroko jak zawsze i trzymał na dystans, który zdradzał więcej, niżby chłopak chciał. Widać było, że przy Sarze jest świadom każdego swojego ruchu. A Coriane z kolei wyczuwała każdą myśl brata. Miał już przecież siedemnaście lat, wiek w sam raz na oświadczyny. Siostra podejrzewała, że to kwestia najdalej kilku miesięcy.

Oczywiście nie zadał sobie trudu opakowania prezentu. Bo też i był on piękny sam w sobie. Oprawiona w skórę księga, z żółto-złotymi pasami domu Jacos i wytłoczoną na okładce Płonącą Koroną Norty. Na grzbiecie nie było jednak tytułu. I na przodzie też nie. Coriane od razu wiedziała też, że tym razem nie znajdzie między kartkami żadnej ukrytej instrukcji obsługi. Spojrzała na brata spode łba.

– Chociaż ją otwórz, Cori – poprosił Julian, nim zdążyła cisnąć książkę na mizerną stertę prezentów. Wszystkie one stanowiły tak naprawdę ukryte obelgi: rękawiczki, by ukryć „plebejskie” dłonie, niepraktyczne suknie odpowiednie na dwór, na który nie zamierzała się wybrać, oraz otwarte już pudełko ze słodyczami, których według ojca nie powinna jeść. Te znikną jeszcze przed kolacją.

Coriane wykonała polecenie brata i otworzyła książkę. Była pusta. Kremowe strony były zupełnie czyste. Zmarszczyła nos, nawet nie próbując udawać siostrzanej wdzięczności. Przy Julianie nie musiała kłamać, zresztą i tak by ją przejrzał. Poza tym nie było przy nich nikogo, kto by ją zbeształ za takie zachowanie. „Matka nie żyje, ojciec wyjechał, a kuzynka Jessamine na szczęście jeszcze śpi”. W sali ogrodowej byli więc tylko oni – Julian, Coriane i Sara. Trzy koraliki grzechoczące w zakurzonym słoju posiadłości Jacosów. Pomieszczenie ziało pustką, która doskonale odzwierciedlała zawsze obecną, nieznośną tęsknotę w sercu Coriane. Wysokie okna wychodziły na zarośnięty ogród różany, który od dobrych dziesięciu lat nie widział żadnego Strażnika Zieleni. Podłoga aż się prosiła o pozamiatanie, a złote zasłony były szare od kurzu i pajęczyn. Nawet obraz wiszący nad ubrudzonym sadzą marmurowym kominkiem stracił złotą ramę – sprzedano ją już dawno temu. Mężczyzna gapiący się na nich z nieoprawionego płótna był dziadkiem Coriane i Juliana. Janus Jacos na pewno byłby przerażony stanem rodzinnej posiadłości. Biedni arystokraci próbujący ugrać cokolwiek na starym nazwisku i tradycjach, a tymczasem ubożejący z każdym rokiem.

Julian roześmiał się tym swoim charakterystycznym śmiechem, który w czuły sposób sygnalizował, że kończy mu się już cierpliwość do ukochanej młodszej siostry. Był od niej dwa lata straszy i każda okazja była dobra, by przypomnieć jej o swojej wyższości pod względem wieku i intelektu. Przypomnieć delikatnie oczywiście, ale jednak.

– To dla ciebie, żebyś zaczęła pisać – wyjaśnił, wskazując jej puste strony długimi, smukłymi palcami. – Spisywać swoje przemyślenia, to, co robiłaś w ciągu dnia.

– Wiem, co to pamiętnik – odburknęła, zatrzaskując książkę. Nie miał jej tego za złe, nie obraził się. Rozumiał ją lepiej niż wszyscy. „Nawet jeśli czasem gadam, co mi ślina na język przyniesie”. – Ale moje dni raczej nie są warte opisywania.

– Bzdura. Jesteś nawet dość interesująca, jeśli się tylko postarasz.

Uśmiechnęła się.

– Coś ci się poczucie humoru wyostrzyło, Julianie. Czyżbyś w końcu znalazł podręcznik, który by uczył tej sztuki? – Spojrzała na Sarę. – A może ktoś ci udziela korepetycji?

Julian zawstydził się natychmiast, jego policzki napłynęły srebrną krwią i stały się dosłownie błękitne, ale Sara zareagowała błyskawicznie.

– Jestem Uzdrowicielką, a nie cudotwórczynią – rzuciła melodyjnym głosem.

Ich śmiech poniósł się echem i na jedną cudowną chwilę wypełnił pustkę domu. W kącie odezwał się stary zegar, złowieszczo ostrzegając, że minuty Coriane są policzone. Zaraz pojawi się tu kuzynka Jessamine.

Julian wstał szybko i rozciągnął swoje patykowate ciało, które powoli nabierało męskości. Powinien jednak jeszcze sporo urosnąć – i w górę, i wszerz. Coriane z kolei już od kilku lat była tego samego wzrostu i nic nie wskazywało na to, by jej wygląd miał się zmienić. Była pospolita w każdym calu – od niemal bezbarwnych niebieskich oczu aż po przyklapnięte kasztanowe włosy, które jakoś nijak nie chciały urosnąć dalej niż do ramion.

– Nie będziesz ich jadła, prawda? – powiedział i sięgnął po słodycze, ale trzepnęła go po ręce. „W nosie mam etykietę. Cukierki są moje”. – No, no – burknął ostrzegawczo. – Bo powiem Jessamine.

– Nie ma takiej potrzeby – piskliwy głos podstarzałej kuzynki poniósł się echem, gdy stanęła między kolumnami przy wejściu do bawialni.

Coriane aż syknęła z irytacji. Zacisnęła powieki i spróbowała siłą woli po prostu unicestwić Jessamine Jacos. „To na nic. Nie jestem przecież Szeptaczką, tylko Pieśniarką”. A zresztą nawet gdyby starła swoje marne moce z Jessamine, z pewnością nie skończyłoby się to dobrze. Choć kuzynka nie była już młoda, jej głos i umiejętności nadal były ostre niczym bicz – i potrafiła być o wiele szybsza niż Coriane. „Lepiej z nią nie zadzierać, bo każe mi szorować podłogi, i to z uśmiechem na ustach”.

Coriane zmusiła się więc do uprzejmego uśmiechu i odwróciła w stronę kuzynki opierającej się na zdobionej klejnotami lasce. Był to jeden z bardzo niewielu pięknych przedmiotów w tym domu. I oczywiście należał do najbrzydszej osoby. Jessamine od dawna nie chodziła do Srebrnych Uzdrowicieli Ciała, by – jak to sama ujmowała – „przyzwoicie się zestarzeć”. Rodziny nie było już stać na takie zabiegi u najbardziej utalentowanych Uzdrowicieli z domu Skonos, ani nawet na terminujących u Uzdrowicieli Ciała ludzi niższego stanu. I dlatego skóra Jessamine była obwisła, szara, blada, z fioletowymi plamami na pomarszczonych dłoniach i szyi. Na głowie miała dziś cytrynową, jedwabną chustę, która ukrywała jej siwe, rzadkie włosy, a do tego włożyła długą suknię w tym samym kolorze. Doskonale potrafiła ukryć jej obżarte przez mole krawędzie. Zresztą w ogóle tworzenie iluzji było jej specjalnością.

– Bądź tak dobry i zanieś to do kuchni, Julianie – powiedziała, wskazując długim niczym szpon paznokciem pudełko z łakociami. – Służba będzie ci niezmiernie wdzięczna.

Coriane z trudem powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Dumne określenie „służba” nie wydawało się adekwatne, skoro w rzeczywistości odnosiło się do jednego Czerwonego, który pełnił funkcję lokaja i był chyba jeszcze starszy niż Jessamine – w każdym razie nie miał już nawet zębów – oraz kucharza i dwóch pokojówek, które jakimś cudem miały dbać o całą posiadłość. Te ostatnie może i ucieszyłyby się ze słodyczy, ale przecież Jessamine nie zamierzała im ich dać. „Pewnie wylądują w śmietniku. Albo może raczej w jej pokoju”.

Mina Juliana wskazywała na to, że podzielał zdanie siostry. Jednak spieranie się z Jessamine było z zasady równie bezowocne jak drzewa w ich starym sadzie.

– Oczywiście, proszę kuzynki – wymamrotał grobowym głosem.

Posłał siostrze przepraszające spojrzenie, a ona odpowiedziała słabo ukrywaną wściekłością. Patrzyła z pogardą, jak podaje ramię Sarze, a drugą ręką chwyta rzekomo nieodpowiedni dla siostry podarek. Oboje chcieli jak najszybciej wymknąć się z terenu Jessamine, choć żal im było zostawiać Coriane na pastwę starej kuzynki. A jednak to właśnie zrobili. Wymknęli się z bawialni i dziewczyna została sama.

„Świetnie, zostawcie mnie. Jak zawsze”. Nic już teraz nie chroniło jej przed Jessamine, która jakiś czas temu za punkt honoru postawiła sobie wychować ją na godną córkę domu Jacos. Godną, czyli taką, która siedzi cicho.

Tak samo zresztą zostawią ją na pastwę ojca, gdy tylko wróci z dworu po tym długim czekaniu na śmierć wuja Jareda. Przywódca domu Jacos, gubernator regionu Aderonack, nie miał własnych dzieci, toteż jego tytuły odziedziczy brat, a po nim Julian. Ściśle rzecz biorąc, już nie miał

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

STALOWE BLIZNY

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

KRÓLEWSKA KLATKA

(fragment)

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 1

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 2

Dostępne w wersji pełnej.

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

PRZEKLĘTA KORONA

Tytuł oryginału: Cruel Crown

QUEEN SONG Copyright © 2015 by Victoria Aveyard

STEEL SCARS Copyright © 2016 by Victoria Aveyard

Copyright © for the translation by Maria Smulewska-Dziadosz

KRÓLEWSKA KLATKA

Tytuł oryginału: King’s Cage

Copyright © 2017 by Victoria Aveyard

Copyright © for the translation by Adriana Sokołowska-Ostapko

Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska, Wojciech Karkoszka

Cover art © 2016 by John Dismukes

Cover design by Sarah Nichole Kaufman

Adaptacja okładki na potrzeby wydania polskiego: Andrzej Sierak

Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak

Adiustacja: Magdalena Adamek / d2d.pl

Korekta: Katarzyna Gniewko / d2d.pl,

Jadwiga Makowiec / d2d.pl

ISBN 978-83-7515-684-3

www.moondrive.pl

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Królewska klatka Przeklęta korona Szklany miecz Czerwona Królowa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę