Język miast

Język miast

Autorzy: Sudjic Deyan

Wydawnictwo: Karakter

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 30.38 zł

Czym właściwie jest miasto? Co stanowi o jego charakterze? W jaki sposób powstawały miasta i jak się zmieniały? Na czym polega rywalizacja między miastami? Co znaczy dla miasta tłum i jego gniew?

Odwołując się m.in. do historii, urbanistyki i ekonomii, Deyan Sudjic rozkłada miasto na czynniki pierwsze. Pokazuje, jak rozumieć jego strukturę, funkcjonowanie i rozwój. Podaje dziesiątki przykładów z historii i współczesności, a przy tym nie ogranicza się do jednego regionu czy kontynentu, pisze m.in. o Nowym Jorku lat 50., starożytnym Ur w Mezopotamii, XIX-wiecznym Londynie, XX-wiecznym Stambule, współczesnym Mumbaju, Szanghaju czy Kairze. Pasjonująca, napisana z werwą i dociekliwością panorama miejskości.

Deyan Sudjic jest dyrektorem Design Museum w Londynie. Współtworzył miesięcznik poświęcony architekturze „Blueprint”, jako krytyk współpracował także z „The Observer”. W 2002 roku był dyrektorem Biennale Architektury w Wenecji. W 2013 roku nakładem wydawnictwa Karakter ukazał się jego Język rzeczy, znakomicie przyjęte przez czytelników wprowadzenie do świata współczesnego dizajnu. W Polsce ukazały się także: B jak Bauhaus. Alfabet współczesności (wyd. Karakter) oraz Kompleks gmachu. Architektura władzy (wyd. Centrum Architektury).

Spis tre­ści

Roz­dział pierw­szy. Co to jest mia­sto

Roz­dział dru­gi. Jak stwo­rzyć mia­sto

Roz­dział trze­ci. Jak zmie­nić mia­sto

Roz­dział czwar­ty. Rzą­dze­nie mia­stem

Roz­dział pią­ty. Idea mia­sta

Roz­dział szó­sty. Tłu­my i ich nie­za­do­wo­le­nie

Po­dzię­ko­wa­nia

Bi­blio­gra­fia

Źró­dła ilu­stra­cji

In­deks

Przy­pi­sy

Roz­dział pierw­szy

Co to jest mia­sto

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Roz­dział dru­gi

Jak stwo­rzyć mia­sto

1. Na­zwa

No­we­mu mia­stu naj­pierw po­trzeb­na jest na­zwa. Może być do­wol­na, ale nie­któ­re wró­żą lep­szą przy­szłość niż inne. Sto­li­ca Cze­cze­nii na­zy­wa się Gro­zny, co tłu­ma­czy się z ro­syj­skie­go jako „groź­ny”. Się­ga cza­sów przy­czół­ka ko­lo­nial­ne­go, za­ło­żo­ne­go przez cara na po­cząt­ku XIX wie­ku, wo­kół któ­re­go wy­ro­sło mia­sto li­czą­ce obec­nie 271 ty­się­cy miesz­kań­ców. Jest to na­zwa, któ­ra po­nie­kąd od­zwier­cie­dla jego hi­sto­rię, po­czy­na­jąc od lu­do­bój­czych ma­so­wych de­por­ta­cji Sta­li­na i to­czo­nej przez Pu­ti­na mor­der­czej woj­ny ma­ją­cej wcią­gnąć je z po­wro­tem w or­bi­tę Ro­sji, aż po osu­nię­cie się w ban­dy­tyzm wo­jen­ny. Nie jest to jed­nak toż­sa­mość, któ­ra przy­cią­ga­ła­by no­wych oby­wa­te­li czy peł­nych en­tu­zja­zmu in­we­sto­rów.

Ram­zan Ka­dy­row, obec­ny przy­wód­ca Cze­cze­nii, do­szedł do wła­dzy po tym, jak jego oj­ciec zgi­nął w za­ma­chu bom­bo­wym zor­ga­ni­zo­wa­nym przez se­pa­ra­ty­stów w 2004 roku. To czło­wiek lu­bu­ją­cy się w dre­sach, zło­tych łań­cu­chach, sztu­kach wal­ki oraz bu­do­wa­niu spon­so­ro­wa­nych przez Mo­skwę wie­żow­ców. Cho­dzi z oswo­jo­nym ty­gry­siąt­kiem na smy­czy i przyj­mu­je z ho­no­ra­mi Gérar­da De­par­dieu i Mike’a Ty­so­na.

Obóz dla uchodź­ców wy­kwi­ta­ją­cy bez­na­dziej­nie w wi­rze woj­ny albo z po­wo­du ka­ta­kli­zmu nie ma na­zwy. De­ter­mi­na­cja, któ­ra może osta­tecz­nie zmie­nić osa­dę po­wsta­łą na­wet w naj­trud­niej­szych wa­run­kach w mia­sto, ro­dzi się wów­czas, gdy miej­sce zo­sta­je na­zwa­ne. W 1630 roku gru­pa an­giel­skich pu­ry­ta­nów ucie­ka­ją­cych przed prze­śla­do­wa­nia­mi re­li­gij­ny­mi zna­la­zła się w Ame­ry­ce Pół­noc­nej i na­zwa­ła mia­sto, któ­re­go po­pu­la­cja w przy­szło­ści się­gnie trzech mi­lio­nów, Bo­sto­nem – na cześć mia­sta w An­glii, któ­re opu­ści­li. Tel Awiw zo­stał za­ło­żo­ny w 1909 roku przez garst­kę wy­sie­dleń­ców ucie­ka­ją­cych przed po­gro­ma­mi w Eu­ro­pie. Lu­dzie ci zgro­ma­dzi­li się na pla­ży pod Jaf­fą, roz­ry­so­wa­li dział­ki, po­bu­do­wa­li domy i nada­li zie­mi he­braj­ską na­zwę.

Ina­czej slum­sy: te naj­czę­ściej mają na­zwy, nie­kie­dy nada­ne przy­pad­ko­wo i na wy­rost, co w ich przy­pad­ku nie za­chę­ca jed­nak do in­we­sty­cji ani nie daje po­czu­cia sta­bil­no­ści. Prze­szko­dą jest brak in­fra­struk­tu­ry. Jed­ną z nazw, któ­ra przy­lgnę­ła do mia­sta w ten spo­sób, jest Com­ple­xo do Ale­mão. To peł­na prze­mo­cy fa­we­la Rio de Ja­ne­iro, któ­rej co­raz szyb­szy roz­wój roz­po­czął się na po­cząt­ku lat 50. XX wie­ku. Na każ­dym me­trze zie­mi na­le­żą­cej nie­gdyś do imi­gran­ta na­zy­wa­ne­go przez pierw­szych squ­ate­rów Ale­mão, z por­tu­gal­skie­go: „Nie­miec”, po­wy­ra­sta­ły, w za­sa­dzie nie­le­gal­nie, do­mo­stwa z pu­sta­ków, kry­te eter­ni­tem. Ale­mão to w Bra­zy­lii tak­że nie­co po­gar­dli­we okre­śle­nie każ­de­go ob­co­kra­jow­ca o ja­snej kar­na­cji, a imi­granc­ki wła­ści­ciel Com­ple­xo do Ale­mão był z po­cho­dze­nia nie Niem­cem, ale Po­la­kiem.

Inna przy­kła­do­wa na­zwa, So­we­to – po­nu­re­go mia­sta na obrze­żach Jo­han­nes­bur­ga – za­czę­ła swój ży­wot rów­nie po­nu­ro, jako an­giel­ski skró­to­wiec od na­zwy So­uth We­stern Town­ships. So­we­to po­wsta­ło w zu­peł­nie od­mien­nym pro­ce­sie osad­ni­czym niż ten, któ­ry zro­dził slum­sy Bra­zy­lii. Jest wy­ni­kiem prób wy­pchnię­cia czar­nych z czę­ści mia­sta przy­dzie­lo­nych przez mi­nio­ny re­żim apar­the­idu bia­łym. W Com­ple­xo do Ale­mão, po­dob­nie jak w So­we­to, ży­cie rów­nież jest nie­chro­nio­ne pra­wem, krót­kie i bru­tal­ne, ale miej­sce to zo­sta­ło za­po­cząt­ko­wa­ne przez lu­dzi, któ­rzy w nim żyją, a nie przez na­rzu­co­ne im osad­nic­two. Tam­tej­sze za­bu­do­wa­nia mają for­mę na­ro­śli bez­ład­nie ucze­pio­nych ska­ły ni­czym ko­lo­nie mał­żów, a nie rów­nych sze­re­gów jed­no­pię­tro­wych do­mów z pu­sta­ków z dwu­spa­do­wy­mi da­cha­mi, w So­we­to od­gór­nie na­rzu­co­nych prze­pi­sa­mi ogól­ne­go pla­nu za­bu­do­wy, od któ­re­go od­stęp­stwo gro­zi karą. Gdy­by użyć roz­róż­nie­nia Chri­sto­phe­ra Ale­xan­dra, jed­no z tych miejsc moż­na by opi­sać jako na­tu­ral­ne, a dru­gie jako sztucz­ne. Tak czy ina­czej, zbroj­ne jed­nost­ki pa­cy­fi­ka­cyj­ne, któ­re na­je­cha­ły fa­we­le w przeded­niu igrzysk olim­pij­skich w Rio, spra­wi­ły, że Com­ple­xo do Ale­mão wy­glą­da­ło jak oku­po­wa­ne przez woj­sko. Jed­nost­ki spe­cjal­ne wy­ka­zy­wa­ły pew­ną dys­cy­pli­nę, w prze­ci­wień­stwie do po­li­cyj­nych szwa­dro­nów śmier­ci, dzia­ła­ją­cych w nie­któ­rych czę­ściach Bra­zy­lii.

Mia­sto od­zwier­cie­dla nie­kie­dy akt woli jed­nost­ki, któ­ra po­wo­ła­ła je do ży­cia. Alek­san­der Wiel­ki nadał Alek­san­drii swo­je imię. Nie­wie­le mniej skrom­ny Piotr Wiel­ki dał Pe­ters­bur­go­wi na­zwę swo­je­go świę­te­go pa­tro­na. Geo­r­ge Wa­shing­ton wy­brał miej­sce pod nową sto­li­cę Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ale nie jej na­zwę. Zro­bi­li to w hoł­dzie człon­ko­wie ko­mi­sji wy­zna­cze­ni przez Kon­gres do bu­do­wy mia­sta.

Kie­dy Ju­sce­li­no Ku­bit­schek za­sko­czył swój elek­to­rat, i chy-ba sa­me­go sie­bie, wy­ko­nu­jąc za­le­ce­nia bra­zy­lij­skiej kon­sty­tu­cji i bu­du­jąc nową sto­li­cę w cią­gu swo­jej pię­cio­let­niej ka­den­cji, na­zwał ją tak samo jak swój kraj.

W roku 1967 bry­tyj­ski rząd po­sta­no­wił na­zwać nowe 250-ty­sięcz­ne mia­sto, któ­re pla­no­wał wy­bu­do­wać wzdłuż au­to­stra­dy M1, w po­ło­wie dro­gi mię­dzy Lon­dy­nem a Bir­ming­ham, Mil­ton Key­nes. Nie była to pró­ba po­że­nie­nia Joh­na Mil­to­na, au­to­ra Raju utra­co­ne­go, z XX-wiecz­nym eko­no­mi­stą, Joh­nem May­nar­dem Key­ne­sem, w szcze­rej na­dziei na za­tar­cie gra­ni­cy mię­dzy kul­tu­rą i na­uką. Nie była to też od­po­wiedź ka­pi­ta­li­zmu na Karl-Marx-Stadt, jak w la­tach 1953–1990 na­zy­wa­no wschod­nio­nie­miec­kie Chem­nitz. Mil­ton Key­nes było po pro­stu na­zwą wsi w Buc­kin­gham­shi­re, któ­rą wkrót­ce mia­ło wchło­nąć nowe mia­sto. Wieś znik­nę­ła, ale jej na­zwa żyje da­lej w by­cie, któ­ry ją po­łknął. Daw­ne za­uł­ki i geo­r­giań­skie ce­gla­ne domy ist­nie­ją w Mil­ton Key­nes do dziś, uwię­zio­ne mię­dzy sze­re­gow­ca­mi z pre­fa­bry­ko­wa­nych be­to­no­wych płyt, biz­ne­spar­ka­mi i tu­ne­la­mi z se­gre­ga­cją ru­chu.

Mia­sta o nie­jed­no­znacz­nych toż­sa­mo­ściach mie­wa­ją wię­cej niż jed­ną na­zwę. Po­przez uży­cie jed­nej, a nie dru­giej – na przy­kład Der­ry za­miast Lon­don­der­ry – ma­ni­fe­stu­je­my okre­ślo­ną in­ter­pre­ta­cję hi­sto­rii mia­sta. Gdy na­zwy zmie­nia się z po­wo­dów po­li­tycz­nych, re­zul­ta­ty są trud­ne do prze­wi­dze­nia. An­glo­ję­zycz­ni oby­wa­te­le Mum­ba­ju – w więk­szo­ści na­le­żą­cy do in­te­lek­tu­al­nej eli­ty tego mia­sta – uży­wa­ją sta­rej na­zwy Bom­baj chęt­niej niż ich bry­tyj­scy od­po­wied­ni­cy, któ­rzy nie­uży­wa­niem jej mogą pró­bo­wać kom­pen­so­wać swo­je daw­ne prze­wi­nie­nia.

Ko­rze­nie Mum­ba­ju się­ga­ją ko­lej­nych fal eu­ro­pej­skiej ko­lo­ni­za­cji In­dii. W XVII wie­ku, kie­dy Por­tu­gal­czy­cy prze­ka­za­li go Bry­tyj­czy­kom, był za­le­d­wie sku­pi­skiem wysp i wio­sek ry­bac­kich. Od tam­tej pory z 20 ty­się­cy miesz­kań­ców mia­sto uro­sło do 18 mi­lio­nów, w mia­rę, jak z por­to­we­go mia­stecz­ka sta­wa­ło się kom­plek­sem fa­bryk, wę­złem ko­le­jo­wym, ośrod­kiem fi­nan­sje­ry oraz cen­trum in­dyj­skie­go prze­my­słu fil­mo­we­go. Jego ar­chi­tek­to­nicz­na eks­pre­sja oscy­lu­je mię­dzy ha­lu­cy­na­cyj­ną pró­bą prze­szcze­pie­nia an­giel­skie­go neo­go­ty­ku na sub­kon­ty­nent, w po­sta­ci dwor­ca ko­le­jo­we­go Chha­tra­pa­ti Shi­va­ji, za­pro­jek­to­wa­ne­go przez Fre­de­ric­ka Wil­lia­ma Ste­ven­sa z roz­ma­chem god­nym lon­dyń­skie­go St Pan­cras, aż po apar­ta­men­tow­ce Char­le­sa Cor­rei łą­czą­ce mo­der­nizm z kli­ma­tem In­dii. Zbu­do­wa­ny nie­co póź­niej przez ame­ry­kań­ską pra­cow­nię Per­kins + Will pa­ła­co­wy dra­pacz chmur wznie­sio­ny dla Mu­ke­sha Am­ba­nie­go, syna nie­wia­ry­god­nie bo­ga­te­go przed­się­bior­cy, i jego ro­dzi­ny bez­wstyd­nie za­kre­śla ogrom jego ma­jąt­ku na ho­ry­zon­cie mia­sta. Do­sta­wy wody i prą­du są nie­re­gu­lar­ne, a pod­miej­ska sieć ko­le­jo­wa tak za­tło­czo­na, że co­dzien­nie w dro­dze do pra­cy giną lu­dzie ucze­pie­ni otwar­tych drzwi po­cią­gu. W Mum­ba­ju jest 300 ty­się­cy ulicz­nych sprze­daw­ców i tyl­ko kil­ka ty­się­cy z nich po­sia­da po­zwo­le­nie na pra­cę. Resz­ta jest ska­za­na na cią­głą nie­pew­ność, zresz­tą na­wet ci, któ­rzy po­zwo­le­nie mają, mogą w każ­dej chwi­li zo­stać za­trzy­ma­ni przez po­li­cję.

Taka sy­tu­acja sprzy­ja ko­rup­cji. W Mum­ba­ju ist­nie­ją dwa ro­dza­je slum­sów: le­gal­ne, któ­rym wła­dze mia­sta mają obo­wią­zek do­star­czać pod­sta­wo­we usłu­gi, i nie­le­gal­ne, któ­re się wy­bu­rza i któ­rym mia­sto nie musi tych usług gwa­ran­to­wać. W obu za­gęsz­cze­nie lud­no­ści jest nie­wy­obra­żal­ne. W Dha­ra­vi, naj­więk­szym z miej­skich slum­sów, na każ­dym ki­lo­me­trze kwa­dra­to­wym gnieź­dzi się pra­wie 450 osób. Dla po­rów­na­nia, w ści­słym cen­trum Lon­dy­nu na ta­kiej sa­mej po­wierzch­ni miesz­ka mniej niż 300 osób. Le­gal­ne slum­sy, ta­kie jak Dha­ra­vi, sta­no­wią tyl­ko 40 pro­cent wszyst­kich, po­zo­sta­łe 60 pro­cent to te nie­le­gal­ne, czę­sto bez­praw­nie po­bie­ra­ją­ce wodę z hy­dran­tów lub zu­peł­nie po­zba­wio­ne wody. Przed wy­bo­ra­mi do władz mia­sta do­cho­dzi do stra­te­gicz­nej le­ga­li­za­cji wy­bra­nych slum­sów przez lo­kal­nych po­li­ty­ków, któ­rzy two­rzą w ten spo­sób pule wdzięcz­nych wy­bor­ców, ale w oczach władz miej­skich te­re­ny te nie są jesz­cze po­strze­ga­ne jako wy­star­cza­ją­co sta­bil­ne, żeby roz­wi­nąć się w przed­mie­ścia lub dziel­ni­ce mia­sta.

Nie­któ­re z miast two­rzą swo­je hi­sto­rie z wie­lu róż­nych toż­sa­mo­ści, aby uza­sad­nić zmie­nia­ją­ce się po­li­tycz­ne i kul­tu­ral­ne pro­gra­my swo­ich przy­wód­ców. Stam­buł, daw­niej zwa­ny Kon­stan­ty­no­po­lem, a jesz­cze wcze­śniej Bi­zan­cjum, był sto­li­cą trzech róż­nych im­pe­riów. O jego dzi­siej­szym kształ­cie de­cy­du­ją oca­lo­ne frag­men­ty cy­wi­li­za­cji grec­kiej, rzym­skiej, bi­zan­tyj­skiej i osmań­skiej, któ­re two­rzy­ły jego pod­wa­li­ny. Ar­che­olo­dzy mo­ni­to­ru­ją każ­dą in­we­sty­cję bu­dow­la­ną w cen­trum mia­sta. Bu­do­wa tu­ne­lu ko­le­jo­we­go pod Bos­fo­rem, łą­czą­ce­go Azję z Eu­ro­pą, zo­sta­ła wstrzy­ma­na na czte­ry lata, aby moż­na było w tym cza­sie od­ko­pać, udo­ku­men­to­wać i za­kon­ser­wo­wać od­na­le­zio­ne przy oka­zji szcząt­ki bi­zan­tyj­skich okrę­tów. Pró­ba prze­bu­do­wy pla­cu Tak­sim zo­sta­ła wstrzy­ma­na jesz­cze przed pro­te­sta­mi w par­ku Gezi, w związ­ku z od­kry­ciem ge­nu­eń­skich gro­bow­ców oraz sar­ko­fa­gów z V wie­ku. W Stam­bu­le moż­na spę­dzić wol­ne po­po­łu­dnie w cie­niu sta­ro­żyt­nych drzew oliw­nych, pa­trząc z ta­ra­su mu­zeum Sa­kıp Sa­ban­cı, jak w wo­dach Bos­fo­ru od­bi­ja się słoń­ce. Jak wie­le in­sty­tu­cji kul­tu­ry w tym mie­ście, mu­zeum jest wła­sno­ścią pry­wat­ną i zo­sta­ło ufun­do­wa­ne przez je­den z nie­licz­nych za­moż­nych ro­dów, któ­re do­mi­nu­ją w tu­rec­kiej go­spo­dar­ce. W po­dob­ny spo­sób funk­cjo­no­wał w XIX wie­ku Nowy Jork, choć tam­tej­si plu­to­kra­ci łą­czy­li się w ko­ali­cje, żeby wspól­nie two­rzyć in­sty­tu­cje. W Stam­bu­le na­dal pa­nu­je zbyt wiel­ka kon­ku­ren­cja, by coś ta­kie­go mo­gło się zda­rzyć. W Sa­kıp Sa­ban­cı wy­sta­wia­ne są ob­ra­zy Pi­cas­sa i osmań­ska ka­li­gra­fia. Mu­ze­al­ną re­stau­ra­cję, lu­bia­ną przez wy­daw­ców ma­ga­zy­nu „Wal­l­pa­per”, urzą­dzo­no w no­wo­cze­snym skan­dy­naw­skim sty­lu, a jej menu zo­sta­ło opra­co­wa­ne przez sze­fa kuch­ni z No­wej Ze­lan­dii. Dla spra­gnio­nych moc­niej­szych wra­żeń jest İstan­bul Mo­dern, ga­le­ria za­ło­żo­na przez ro­dzi­nę Ecza­cıba­şı w miej­scu z jesz­cze lep­szym wi­do­kiem na Bos­for – w jed­nym z por­to­wych ma­ga­zy­nów z lat 60. XX wie­ku na be­to­no­wym na­brze­żu. Tuż za nim stoi pe­łen wdzię­ku me­czet z po­cząt­ku XIX wie­ku w sty­lu neo­re­ne­san­so­wym. Dru­ga z tu­rec­kich dy­na­stii fi­nan­so­wych, ro­dzi­na Koç, utrzy­mu­je wła­sne mu­zeum, tym ra­zem po­świę­co­ne trans­por­to­wi, nie­co da­lej wzdłuż na­brze­ża.

Stam­buł to mia­sto, w któ­rym w 2003 roku Ro­ger Short, bry­tyj­ski kon­sul ge­ne­ral­ny, oraz 29 in­nych osób zgi­nę­ło, a 400 zo­sta­ło ran­nych, kie­dy pół­cię­ża­rów­ka wy­peł­nio­na ła­dun­kiem wy­bu­cho­wym wje­cha­ła w ka­mien­ną bra­mę pro­wa­dzą­cą do neo­kla­sycz­ne­go gma­chu pro­jek­tu sir Char­le­sa Bar­ry’ego, gdzie wcze­śniej mie­ści­ła się bry­tyj­ska am­ba­sa­da przy tak zwa­nej Wy­so­kiej Por­cie (jak na­zy­wa­no osmań­ski dwór), w mo­men­cie, kie­dy w Lon­dy­nie Geo­r­ge Bush roz­ma­wiał z To­nym Bla­irem.

Stam­buł to tak­że mia­sto, w któ­rym Ra­gıp Za­ra­ko­lu był wię­zio­ny przez pięć mie­się­cy za ob­ra­zę re­pu­bli­ki tu­rec­kiej, po wy­da­niu książ­ki bry­tyj­skie­go au­to­ra, któ­ra po­dej­mo­wa­ła kwe­stię trak­to­wa­nia mniej­szo­ści or­miań­skiej przez pań­stwo. To tu­taj Hrant Dink, or­miań­ski dzien­ni­karz, zo­stał za­mor­do­wa­ny za swo­je po­glą­dy po­li­tycz­ne. Stąd wy­ru­sza­ją za­chod­ni re­kru­ci ISIS; tu­taj ście­ra­ją się z tu­rec­ką po­li­cją kur­dyj­scy bo­jow­ni­cy.

Za­ło­ży­ciel no­wo­cze­snej Tur­cji, Ke­mal Ata­türk, wpraw­dzie uro­dził się w dzi­siej­szej Gre­cji, ale prze­niósł sto­li­cę ze Stam­bu­łu w eu­ro­pej­skiej czę­ści Tur­cji do An­ka­ry w Azji, mia­sta stwo­rzo­ne­go pra­wie od zera. Upie­rał się przy na­zwie Stam­buł, choć więk­sza część świa­ta na­dal na­zy­wa­ła mia­sto Kon­stan­ty­no­po­lem. W ję­zy­kach sło­wiań­skich zna­ne było ono jako Ca­ro­gród, na­zwy tej uży­wa się do dziś w Buł­ga­rii. Is­lan­dia po­słu­gu­je się jesz­cze inną, się­ga­ją­cą cza­sów XI-wiecz­nych wy­pa­dów Wi­kin­gów na Mo­rze Czar­ne, kie­dy Stam­buł okre­śla­no po pro­stu „Wiel­kim Mia­stem”. Od lat 30. XX wie­ku tu­rec­ka pocz­ta od­ma­wia do­star­cza­nia prze­sy­łek, je­śli w ad­re­sie na­zwa tego mia­sta brzmi ina­czej niż Stam­buł.

Im wię­cej hi­sto­rycz­nych ko­nek­sji han­dlo­wych, tym wię­cej wa­rian­tów na­zwy mia­sta. Im po­tęż­niej­sze mia­sto, tym bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że wszy­scy jego part­ne­rzy han­dlo­wi będą uży­wa­li na­zwy zwy­cza­jo­wej.

Przez pierw­sze kil­ka de­kad ist­nie­nia Tur­cji pań­stwo pom-po­wa­ło środ­ki w nową sto­li­cę, li­czą­cą wów­czas, w 1924 roku, tyl­ko 28 ty­się­cy miesz­kań­ców. Am­bit­ne pla­ny bu­dow­la­ne Ata­tür­ka spra­wia­ły wra­że­nie, jak­by An­ka­rze dane było osta­tecz­nie wy­prze­dzić Stam­buł. Wraz z urba­ni­za­cją Tur­cji Stam­buł od­zy­skał jed­nak prze­wa­gę. Jego po­pu­la­cja, wy­no­szą­ca pod ko­niec pierw­szej woj­ny świa­to­wej po­nad mi­lion, spa­dła do 600 ty­się­cy po prze­nie­sie­niu sto­li­cy przez Ata­tür­ka, i po tym, jak Gre­cy i Or­mia­nie wy­je­cha­li bądź zo­sta­li za­mor­do­wa­ni. Od roku 1980 zwięk­szy­ła się czte­ro­krot­nie, do pra­wie 13 mi­lio­nów. Dane sta­ty­stycz­ne dają Stam­bu­ło­wi po­wo­dy, by na­zy­wał się naj­więk­szym mia­stem w Eu­ro­pie, mimo że czę­ścio­wo leży w Azji, tam też żyje jed­na trze­cia jego oby­wa­te­li. Upa­dek ZSRR przy­czy­nił się do jego roz­wo­ju – Stam­buł świad­czył usłu­gi oraz był za­ple­czem fa­cho­wych kom­pe­ten­cji dla bo­ga­tych w źró­dła ener­gii by­łych re­pu­blik ra­dziec­kich. Dziś jest bazą wy­pa­do­wą dla ar­chi­tek­tów, firm bu­dow­la­nych, agen­cji re­kla­mo­wych i ban­ków, któ­re od­mie­ni­ły ob­li­cze Ka­zach­sta­nu, Azer­bej­dża­nu i Ukra­iny. Wzrost na­pię­cia w sto­sun­kach z Ro­sją Wła­di­mi­ra Pu­ti­na do­pro­wa­dził do przed­wcze­sne­go ze­rwa­nia wie­lu kon­trak­tów.

Stam­buł miał być tu­rec­ką prze­pust­ką do Unii Eu­ro­pej­skiej: wy­ra­fi­no­wa­ną en­kla­wą pierw­sze­go świa­ta w kra­ju, w któ­rym na­dal do­cho­dzi do ho­no­ro­wych za­bójstw i to­czy się woj­na z tu­tej­szy­mi Kur­da­mi, o wca­le nie­ma­łym na­tę­że­niu. Od tam­te­go cza­su znik­nę­ły wszel­kie po­zo­ry spo­ko­ju na gra­ni­cach z Sy­rią oraz Ira­kiem, roz­go­rzał kon­flikt mię­dzy stron­nic­twem świec­kim a is­la­mi­sta­mi oraz mię­dzy pre­zy­den­tem a jego by­ły­mi is­la­mi­stycz­ny­mi sprzy­mie­rzeń­ca­mi, kie­ro­wa­ny­mi przez Fe­thul­la­ha Gül­le­na, ży­ją­ce­go na wy­gna­niu du­chow­ne­go sun­nic­kie­go. Dziś jest to mia­sto roz­dar­te. Na przed­mie­ściu Le­vent, po eu­ro­pej­skiej stro­nie, gdzie sku­pia­ją się ban­ki, moż­na zna­leźć do­sko­na­łe ko­pie ele­ganc­kich lon­dyń­skich re­stau­ra­cji w cen­trum han­dlo­wym Ka­ny­on, za­pro­jek­to­wa­nym przez ame­ry­kań­skie­go spe­cja­li­stę od mal­li, Jona Jer­de’ego. Ale Stam­buł to też mia­sto, w któ­rym – jak za­uwa­ża Or­han Pa­muk, je­dy­ny do­tąd tu­rec­ki lau­re­at li­te­rac­kiej Na­gro­dy No­bla – w świą­tecz­ne dni rynsz­to­ki spły­wa­ją krwią ry­tu­al­nie za­rzy­na­nych ba­ra­nów.

Od 1955 roku, kie­dy Stam­buł li­czył nie­speł­na 1,5 mi­lio­na miesz­kań­ców, wiej­ska bie­do­ta, któ­rej bli­ska jest re­li­gij­na or­to­dok­sja, na­pły­wa do tego mia­sta, nie­gdyś naj­bar­dziej ko­smo­po­li­tycz­ne­go w Tur­cji, od­mie­nia­jąc jego cha­rak­ter. Dziel­ni­ce, gdzie nie­tu­rec­kie gru­py et­nicz­ne i wy­zna­nia inne niż is­lam były nie­gdyś to­le­ro­wa­ne, dziś nie­pew­nie ko­eg­zy­stu­ją z ob­sza­ra­mi, któ­re sta­ły się ba­stio­na­mi kon­ser­wa­ty­zmu. Po­zo­sta­ły opu­sto­sza­łe grec­kie szko­ły, kil­ka sy­na­gog i oko­ło stu czyn­nych ko­ścio­łów.

Stam­buł to mia­sto, w któ­rym żona bur­mi­strza nosi dziś hi­dżab, za­ka­za­ny przez osiem de­kad na kam­pu­sach przez wła­dze uni­wer­sy­te­tów jako sprzecz­ny z kon­sty­tu­cją se­ku­la­ry­stów. Co­raz bar­dziej au­to­ry­tar­ny pre­zy­dent pań­stwa, Re­cep Tay­y­ip Er­do­ğan, zniósł za­kaz i dąży do wpro­wa­dze­nia „skrom­ne­go” spo­so­bu ubie­ra­nia się oraz ogra­ni­cze­nia sprze­da­ży al­ko­ho­lu.

W nie­któ­rych czę­ściach mia­sta ke­ma­li­stycz­ne lo­kal­ne wła­dze ad­mi­ni­stra­cyj­ne do dziś wie­sza­ją na ścia­nach por­tre­ty za­ło­ży­cie­la no­wo­cze­snej Tur­cji. Na bar­dziej zi­sla­mi­zo­wa­nych te­re­nach trwa prze­mia­no­wy­wa­nie ulic na cześć osmań­skich ge­ne­ra­łów. Stam­buł to mia­sto, któ­re­go no­wo­cze­sny sens jest bez koń­ca re­ne­go­cjo­wa­ny i ma­ni­pu­lo­wa­ny w ce­lach po­li­tycz­nych.

Ha­gia So­phia, przez pra­wie ty­siąc lat naj­waż­niej­sza świą­ty­nia pra­wo­sła­wia, zo­sta­ła za­mie­nio­na w me­czet, kie­dy Osma­no­wie pod­bi­li to mia­sto po­nad 500 lat temu. Zmia­nę sy­gna­li­zo­wał do­bu­do­wa­ny wie­niec mi­na­re­tów, in­skryp­cje w ję­zy­ku arab­skim i usu­nię­cie chrze­ści­jań­skiej iko­no­gra­fii. W la­tach 30. XX wie­ku, u szczy­tu dą­żeń mo­der­ni­za­cyj­nych Ata­tür­ka, me­czet stał się mu­zeum. W ostat­niej de­ka­dzie po­ja­wia­ją się co­raz bar­dziej na­tar­czy­we żą­da­nia zmia­ny mu­zeum w me­czet. Te me­ta­mor­fo­zy są od­zwier­cie­dle­niem sprzecz­nych wy­obra­żeń na te­mat Stam­bu­łu, wy­obra­żeń, dla któ­rych nie­któ­rzy są go­to­wi za­bić.

Roz­dział trze­ci

Jak zmie­nić mia­sto

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Roz­dział czwar­ty

Rzą­dze­nie mia­stem

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Roz­dział pią­ty

Idea mia­sta

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Roz­dział szó­sty

Tłu­my i ich nie­za­do­wo­le­nie

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Po­dzię­ko­wa­nia

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Bi­blio­gra­fia

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Źró­dła ilu­stra­cji

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

In­deks

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Przy­pi­sy

Zapraszamy do kupienia książki na karakter.pl

Ty­tuł ory­gi­na­łu: The Lan­gu­age of Ci­ties

Ori­gi­nal En­glish lan­gu­age edi­tion first pu­bli­shed by Pen­gu­in Bo­oks Ltd, Lon­don

Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na: Agniesz­ka Ra­smus-Zgo­rzel­ska

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek, Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Stę­plew­ska, Ka­mil Bo­gu­sie­wicz

Pro­jekt okład­ki: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Text co­py­ri­ght © Dey­an Su­djic 2016

The au­thor has as­ser­ted his mo­ral ri­ghts.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght for the trans­la­tion © by Anna Sak, 2016

ISBN 978-83-65271-46-4

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi.

Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­daz@ka­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Język miast B jak Bauhaus 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław