Sypiając z wrogiem

Sypiając z wrogiem

Autorzy: Sarah M. Anderson

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 160

Cena książki papierowej: 9.99 zł

cena od: 7.19 zł

 

 

Prawniczka Rosebud Donnelly wie, że tę sprawę musi wygrać, ale jej pierwsze spotkanie z przeciwnikiem przybiera niekorzystny obrót. Nikt jej nie ostrzegł, że przedstawiciel korporacji, z którą Rosebud zażarcie walczy, będzie tak przyjazny, męski i przystojny...

Sarah M. Anderson

Sypiając z wrogiem

Tłumaczenie:

Julita Mirska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dan Armstrong zabrał z sobą na przejażdżkę rewolwer, choć nie sądził, by mu się przydał. Rzadko nosił broń, wuj jednak nalegał, żeby bez niej nie oddalał się od domu. A ponieważ wuj po raz pierwszy od lat zatroszczył się o jego bezpieczeństwo, Dan postanowił go posłuchać.

Mieszkał we wspaniałej posiadłości tuż za Fort Worth, ale w północnym Teksasie nie widywało się tak okazałych sosen czy klifów z piaskowca jak nad rzeką Dakota. No i ten las… Człowiek czuł się tu jak na Dzikim Zachodzie.

Szkoda, pomyślał Dan, że przyroda ucierpi na poczynaniach firmy. Wuj, Cecil Armstrong, właściciel połowy Armstrong Holdings, zamierzał wyciąć setki hektarów lasu, a następnie pół kilometra dalej zbudować zaporę na rzece.

Dan powiódł wokół wzrokiem. Miał wrażenie, że dziś te tereny wyglądają identycznie jak przed setkami lat, kiedy zamieszkiwali je Indianie i kowboje. Przymknął oczy; niemal słyszał okrzyki wojenne i tętent koni.

Ale to chyba naprawdę tętent… Po chwili dźwięk ucichł. Dan nasunął głębiej kapelusz, by nie raziło go słońce, i odwrócił się w siodle. Jakieś sto metrów za sobą, na piaszczystej ścieżce, ujrzał chmurę kurzu. Instynktownie zacisnął rękę na rękojeści rewolweru. Czekał. Chmura opadła, odsłaniając postać na koniu. Dan zamrugał. Postać nie znikła. Potrząsnął głową. Obraz się nie zmienił. Na koniu rasy Pinto siedziała indiańska księżniczka, której długie włosy powiewały na wietrze. Dan nie czuł wiatru. Był zbyt zszokowany, by czuć cokolwiek.

Kobieta miała na sobie krótką sukienkę z koźlej skóry sięgającą do połowy uda oraz proste mokasyny. Jej koń zaś miał pysk pomalowany na czerwono – czyżby w barwach wojennych?

Dan przetarł oczy. Odkąd trzy dni temu przybył do Dakoty, widział paru Indian z plemienia Lakotów, ale wyglądali zupełnie inaczej. Kobieta przechyliła głowę. W jednej ręce trzymała wodze, druga zwisała wzdłuż ciała. Dan odsunął rękę od rewolweru. Takiego widoku się nie spodziewał. Cecil uprzedził go, że miejscowi to banda leniwych pijaków, ale ta Indianka… Była olśniewająca. Nigdy w życiu nie widział piękniejszej istoty. Czuł narastające podniecenie.

Uśmiechnęła się. Z tej odległości nie potrafił odczytać wyrazu jej twarzy, ale zęby miała lśniące i białe. Nagle wydarzyło się kilka rzeczy naraz: kobieta uniosła rękę, jej koń wierzgnął, kapelusz Dana spadł na ziemię, a doliną wstrząsnął potężny huk. Kobieta znikła. Dan instynktownie spiął konia i ruszył w pogoń. Po chwili zagłębił się w ciemny las. Na lewo od ścieżki usłyszał szelest. Skręcił w gąszcz. Mrużąc oczy, usiłował odróżnić w półmroku kształty. W oddali mignęło mu coś białego.

Parę sekund później znów dojrzał poruszającą się białą plamę. Okazało się, że to jeleń wirginijski z charakterystyczną bielą pod ogonem.

Przeklinając w duchu, Dan przystanął. Próbował zebrać myśli. Może miał przywidzenia? Ale przypomniał sobie kapelusz: sam by mu zleciał z głowy? Kiedy zobaczył w trawie brązowe rondo, zeskoczył na ziemię.

Na widok dziury w stetsonie wstąpiła w niego furia. Kula przeleciała dosłownie kilka centymetrów nad jego czołem. Nie do wiary! Ta piękna kobieta o śniadej cerze i gołych nogach oddała do niego strzał!

Roztrzęsiony wrócił na ranczo.

Z jakiegoś powodu wuj urządził siedzibę Armstrong Hydro, oddział Armstrong Holdings, w ogromnym domu zbudowanym sto pięćdziesiąt lat temu przez bogatego ranczera. Sam dom był imponujący, dwupiętrowy, o wspaniałych rzeźbionych poręczach i witrażowych oknach, ale nie nadawał się na biuro. Dlaczego Cecil wolał to miejsce położone w połowie drogi między stolicą stanu Pierre a granicą z Iową zamiast biura w Sioux Falls? Tego Dan nie potrafił pojąć.

Armstrong Holdings założyli czterdzieści lat temu dwaj bracia, Cecil i Lewis. Od śmierci ojca Dan był współwłaścicielem domu, rancza, firmy i doliny, w której podziurawiono mu kapelusz; miał też połowę praw wodnych na rzece Dakota, o które plemię Lakotów walczyło z Cecilem. Odkąd skończył dwadzieścia jeden lat, kierował mieszczącym się w Teksasie Armstrong Petroleum. Nie zamierzał pozwolić, by wuj zniszczył firmę.

W zeszłym tygodniu Cecil polecił mu, by natychmiast przybył do Dakoty Południowej. Od pięciu lat usiłował zbudować zaporę; zagroził, że jeśli Dan nie przyjedzie, firma straci miliardy dolarów, przepadną też wszystkie rządowe kontrakty, jakie mieli podpisane.

Dan nie chciał, by uważano, że jest na każde zawołanie wuja, uznał jednak, że może na miejscu zdoła odkryć, skąd się biorą nieścisłości w raportach finansowych.

– Wszystko w porządku, señor Armstrong? – spytała z meksykańskim akcentem gosposia.

Odwrócił się. Kiedy po przyjeździe zorientował się, że Cecil traktuje biedaczkę gorzej niż psa, starał się być dla niej wyjątkowo miły.

– Powiedz mi, Mario – ściszył głos – czy macie tu jakieś problemy?

Kobieta zaczerwieniła się i spuściła oczy. Pewnie trzydzieści lat temu niejednemu mężczyźnie zawróciła w głowie.

– Problemy, señor?

– Z tubylcami.

– Z tubylcami?

– Indianami – sprecyzował, wskazując na podziurawiony kapelusz.

– Dios mi! Nie, takich problemów nie mamy.

Wiedział, kiedy ludzie, szczególnie kobiety, kłamią. Maria mówiła prawdę.

– Dasz mi znać, gdybyś o czymś słyszała?

– Si, señor – obiecała, cofając się do kuchni.

Usatysfakcjonowany skierował się do gabinetu wuja. Kiedyś był to zapewne pokój jadalny, ale teraz znajdowało się w nim wszystko potrzebne szefowi dużej firmy. Cecil był cwanym i bezwzględnym biznesmenem. W Teksasie kupował za bezcen ziemię bogatą w złoża naftowe, później z ropy przerzucił się na zapory i hydroelektrownie. Przeniósł się do Dakoty Południowej. Prawa wodne były tu tanie, a możliwości ogromne. W krótkim czasie Armstrong Hydro wykosiło konkurencję.

Dan nie przepadał za wujem, ale rodzina to rodzina; poza więzami krwi łączył ich wspólny interes. Dan wiedział, że bez dowodów świadczących o sprzeniewierzaniu pieniędzy nie usunie wuja z firmy.

– I co? – spytał starszy mężczyzna, nie podnosząc wzroku znad raportu, który czytał.

Miał identyczną fryzurę i wąsy jak w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. W ciągu ostatnich pięciu lat przybył mu jedynie podbródek. I z tym podbródkiem wyglądał jak uosobienie zła. Zawsze był skrzywiony, zawsze groźnie marszczył czoło. Tylko raz Dan widział go uśmiechniętego: na zdjęciu, kiedy wraz z Lewisem stał przy ich pierwszej wieży wiertniczej.

Zaciskając zęby, Dan rzucił kapelusz na biurko.

– Ktoś do mnie strzelał.

Przez chwilę Cecil wpatrywał się w dziurę po kuli. Nie wydawał się zdziwiony ani przejęty.

– Dorwałeś tego drania?

– Uciekła mi.

– Uciekła? Dziewczyna? Jesteś pewien?

Danowi stanął przed oczami widok smagłych ud, długich powiewających na wietrze włosów i lśniących białych zębów. To nie była dziewczyna. To była bogini.

– Tak.

– Jeśli to ta, o której myślę, to ciągle daje nam się we znaki.

Dan słyszał o kłopotach na terenie budowy, ale wyłącznie z trzeciej ręki, od inżyniera, którego Cecil zwolnił. Wuj uważał, że o ataku ekoterrorystów nie warto informować zarządu. Ciekawe, co jeszcze ukrywał?

Z ekoterrorystami Dan miał już do czynienia: zniszczyli kilka wież wiertniczych, zanim udało mu się wynegocjować z nimi ugodę. Działali głównie w nocy, atakowali sprzęt, nie ludzi. Potrafił sobie z nimi radzić, nie miał natomiast pojęcia, jak poradzić sobie z piękną uzbrojoną księżniczką indiańską.

Cecil odrzucił kapelusz i podniósł z biurka plik papierów.

– Mam dla ciebie zadanie.

Dan ugryzł się w język. Wuj usiłował traktować go jak pomagiera, a nie wspólnika. Dawało mu to poczucie, że jest jedynym właścicielem firmy.

– Spotkasz się z Indianami. Lepiej się… – przez moment szukał słowa – dogadujesz ode mnie.

Lepiej? Cecil z nikim się nie dogadywał. Kłócił się lub wydawał polecenia.

– Znów wystąpili do sądu. Chcą wstrzymania budowy. Głupcy! Prawa wodne należą do mnie.

– Do nas – poprawił Dan. – Nie masz prawników? Do czego ja ci jestem potrzebny?

– Ich przedstawicielka, niejaka Rosebud Donnelly, rozgromiła trzech naszych fachowców. – Cecil pokręcił zdegustowany głową.

No proszę, pomyślał z uznaniem Dan. Mało kto potrafił pokonać Cecila Armstronga.

– A ja…?

– A ty, synu, jesteś przystojny i znasz się na kobietach. Nawet do służącej odnosisz się, jakby była królową.

Dan policzył w myślach do pięciu. Synu? Nienawidził, kiedy wuj tak do niego mówił.

– Skoro poradziłeś sobie z ekoterrorystami w Teksasie, poradzisz sobie również z tą babą.

– Na co liczysz? Że ją uwiodę, a wtedy ona wycofa papiery z sądu?

– Że ją oczarujesz swym wdziękiem. I może przy okazji zdołasz zajrzeć do jej dokumentów…

Dan wyrwał wujowi kartki z ręki. Miałby podrywać wroga? Robić za męską prostytutkę? Niesamowite!

– Gdzie jest to spotkanie?

– Na terenie rezerwatu. Jutro o dziesiątej. – Cecil wykonał gest, jakby odprawiał służącego.

Dan nie odezwał się. Zerknął na kartki, które trzymał w ręce. Była na nich mapka z drogą dojazdu oraz kilka nazwisk. Hm, jeśli Cecil ma „problemy” z Indianami, może oni mają na niego haka. Coś, co on, Dan, mógłby wykorzystać. Poza tym, jeśli chciał odnaleźć swoją księżniczkę, powinien rozpocząć poszukiwania od rezerwatu. Najlepiej od rozmowy z Rosebud Donnelly.

ROZDZIAŁ DRUGI

Rosebud Donnelly popatrzyła na drzwi, w których ze skonfundowaną miną stała recepcjonistka Judy.

– Przyszedł.

– Johnson? Znów? – Rosebud uśmiechnęła się na myśl o tej żałosnej kreaturze. Że też taki zostaje prawnikiem!

– Nie.

– Chyba nie Armstrong? – zdziwiła się Rosebud. Nie wyobrażała sobie, aby Cecil Armstrong pokazał się w biały dzień na terenie rezerwatu czy gdziekolwiek indziej. Jawił się jej jako wampir, który zamiast krwią żywi się ludzkim nieszczęściem.

– Facet nazywa się Dan Armstrong. Mówi, że jest bratankiem Cecila.

Rosebud skinęła z satysfakcją głową. Najwyraźniej Cecilowi wyczerpał się zapas drogich prawników, którzy nie mieli zielonego pojęcia o prawie plemiennym, i postanowił szukać pomocy u członków rodziny.

– Czyli młodsza kopia starego drania?

– Nie bardzo – odparła szeptem Judy. – Gość robi wrażenie. Miej się na baczności.

– Zawsze mam się na baczności – odparła Rosebud. Nigdy nie ryzykowała, nie stać jej było na porażkę. – Wprowadź go do sali konferencyjnej. Daj mu dużo kawy. I zawiadom mnie, jak przyjadą Joe z Emily.

Kiedy Judy zamknęła drzwi, Rosebud wyjęła kosmetyczkę. Atrakcyjny wygląd to narzędzie, którym lubiła się posługiwać podczas pierwszego spotkania z nowym przeciwnikiem.

Od trzech lat reprezentowała Lakotów w ich walce z Armstrong Holdings. W tym czasie doprowadziła do perfekcji swą strategię. Johnson był jej ostatnią ofiarą. Przez trzy tygodnie udawała łatwowierną idiotkę. Johnson nabrał przekonania, że jest górą, a ona zdobyła obciążające go zdjęcia z dostawcą sprzedawanych na receptę leków przeciwbólowych. Wyszedł z więzienia za kaucją, ale Armstrong zrezygnował z jego usług.

Faceci! Zwłaszcza biali. Wydaje im się, że prawo ich nie dotyczy. Zaplotła włosy i upięła warkocz na czubku głowy. W takim uczesaniu wyglądała niewinnie, a zarazem srogo. Żeby kok się nie rozpadł, wetknęła we włosy dwie szpile przypominające chińskie pałeczki, tyle że zakończone zielonymi koralikami. Były jedyną pamiątką, jaką zostawiła sobie po matce.

Pomalowawszy usta, przysunęła do siebie dokumenty. Nie łudziła się, że Dan Armstrong okaże się inny od prawników, z którymi miała do czynienia, bądź co bądź przysyła go ten łobuz Cecil, ale istniała szansa, że może wymknie mu się coś na temat jej brata Tannera.

Rozległo się pukanie do drzwi. Rosebud spojrzała na zegarek. Minęło pół godziny. Idealnie.

– Przyszli – rzekła Judy.

– Jak wyglądam? – Rosebud zatrzepotała rzęsami.

– Bądź ostrożna.

Ciekawa była mężczyzny, który wywarł na Judy takie wrażenie. Ale najpierw wyszła przywitać się z Joem Whitem Thunderem i Emily Mankiller.

– Wiecie, że Cecil przysłał kogoś nowego?

Oczy Joego zalśniły groźnie. W tym momencie przypominał siebie z dawnych lat, buntownika i wojownika. Dziś był członkiem starszyzny plemiennej, z którego zdaniem wszyscy się liczyli.

– Wiedziałem, że ten ostatni nie dorasta ci do pięt.

Ciotka Emily pokręciła z dezaprobatą głową.

– Uważaj, kochanie. Pewność siebie bywa zgubna.

To prawda, przyznała w duchu Rosebud, ale na razie świetnie sobie radziła z ludźmi Cecila.

– Pamiętacie, co macie robić? – spytała.

Joe poklepał ją po ramieniu.

– How, kemo sabe – rzekł, po czym przybrał kamienny wyraz twarzy.

Stanowił uosobienie indiańskiego wodza. Miał za zadanie onieśmielać przeciwnika milczeniem i stoickim spokojem. Ani razu nie spojrzy na Dana Armstronga. Tego ci ważni prawnicy nienawidzili najbardziej: bycia ignorowanym. Wtedy się dekoncentrowali, a prawnik zdekoncentrowany to prawnik pokonany.

Ciotka Emily westchnęła. Nie cierpiała tych spotkań, tej farsy i Joego w roli stereotypowego Indianina. Ale gotowa była wszystko znosić, byleby firma Armstronga nie zalała rezerwatu.

– No to ruszamy – rzekła Rosebud, otwierając drzwi.

Poczuła przypływ adrenaliny. Kolejny przeciwnik to kolejna potyczka. Potyczki wygrywała. Czy wygra wojnę, tego nie wiedziała, ale mogła przeciągać sprawę latami.

Dan Armstrong stał zwrócony tyłem do drzwi, twarzą do okna. Szkoda. Wolała, gdy ofiara siedzi na chybotliwym krześle. Po chwili jej irytacja ustąpiła miejsca zaciekawieniu. Co jak co, ale Dan Armstrong w niczym nie przypomina Johnsona. Wysoki, barczysty, o lekko falujących ciemnoblond włosach… Prawdę mówiąc, nie pamiętała, kiedy ostatni raz widziała w tym budynku, lub poza nim, prawdziwego faceta, takiego z krwi i kości.

Nagle gość się obrócił.

To on! Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Psiakość, jeszcze moment temu była taka pewna siebie, a teraz czuła się jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku.

Musiał zauważyć zmieszanie na jej twarzy, bo uśmiechnął się znacząco – jak facet, który wie, jakie wrażenie wywołuje na kobietach. To ją otrzeźwiło. Fakt, iż go rozpoznała, nie świadczy o tym, że on wie, z kim ma do czynienia.

– Pan… Armstrong? – spytała tak, jakby szkoda jej było czasu na zapamiętywanie jego nazwiska. Chociaż miała na sobie buty na dziesięciocentymetrowych obcasach, przewyższał ją prawie o głowę. – Rosebud Donnelly, reprezentuję plemię Indian Lakota.

– Miło mi panią poznać – odrzekł Dan.

Odruchowo podniósł rękę do ronda kapelusza, po czym zorientowawszy się, że nie włożył stetsona, wyciągnął ją w stronę Rosebud. Ciekawa była, czy wrócił po kapelusz, czy zostawił go na ścieżce. Sprawdzi dziś wieczorem. Bez dowodów nie ma przestępstwa.

Żaden z ostatnich trzech prawników nawet nie raczył się z nią przywitać. Zawahała się. Lekki uścisk dłoni byłby oznaką słabego charakteru, a zawsze na początku lubiła udawać słabą… Zawsze, lecz nie tym razem. Podała rękę. Uścisk miała silny, niemal miażdżący.

Wysłannik Cecila przyjrzał się jej uważnie. Zastanawiała się, co mu wuj powiedział: pewnie że jest zimną, nienawidzącą mężczyzn suką. Przez moment korciło ją, aby zaprotestować, że to nieprawda.

Bez sensu. Nic dziwnego, że Judy kazała jej mieć się na baczności.

– To jest Joseph White Thunder, członek starszyzny plemiennej, oraz członek rady plemiennej, Emily Mankiller.

– Panie Armstrong, czy zna pan szczegóły traktatu podpisanego w tysiąc osiemset siedemdziesiątym siódmym roku przez rząd Stanów Zjednoczonych oraz plemiona Lakotów, Dakotów i Siuksów z Dakoty Południowej? – zapytała Emily.

– Obawiam się, że nie. – Usiadłszy na chybotliwym krześle, Dan przytrzymał się stołu, by nie upaść.

Emily, jedna z niewielu wykształconych kobiet na terenie rezerwatu, miała dyplom z historii Stanów Zjednoczonych. W trakcie spotkań z wysłannikami Cecila opowiadała im o krzywdach wyrządzonych Lakotom przez rząd amerykański. Jej monolog trwał około czterdziestu minut; chodziło o to, by zmęczyć przeciwnika.

Nie tracąc czasu, rozpoczęła wykład. Joe wpatrywał się nieruchomo w ścianę, a Rosebud przeglądała notatki. Niestety wciąż miała mało informacji o Cecilu. Wiedziała, że popiera obie partie polityczne, utrzymuje kontakty z powszechnie szanowaną rozwódką, którą dwa razy w miesiącu odwiedza w Sioux Falls, i nie zatrudnia sekretarki. Ponadto nigdy nie był w biurze Armstrong Hydro w Sioux Falls, a tamtejszy personel niewiele mógł o nim powiedzieć. To wszystko, co udało jej się zdobyć w ciągu trzech lat.

Zerknęła na Dana. Nie tylko słuchał z zainteresowaniem wywodu Emily, ale i robił notatki. Co, do diabła? W pewnym momencie przerwał jej i spytał o dokładną datę. Może jednak nie jest prawnikiem? W takim razie po co by Cecil go tu przysłał?

– Panie Armstrong – zaczęła, kiedy Emily zakończyła wykład, a Dan odłożył notes – czy zdaje pan sobie sprawę, że Armstrong Holdings zamierza zbudować zaporę na rzece Dakota?

– Tak, proszę pani. – Usiłował odchylić się na krześle, groziło to jednak upadkiem. – W dolinie, jakieś trzy kilometry stąd w linii prostej. Nabyliśmy prawa wodne i mamy pozwolenia. Budowa rozpocznie się jesienią.

– A czy zdaje pan sobie sprawę, że jezioro retencyjne, które powstanie, to półtora tysiąca hektarów rezerwatu zalanych wodą?

Dan zmarszczył zdziwiony czoło.

– Mówiono mi o znacznie większej powierzchni, ale podobno to tereny niezamieszkałe.

Rosebud zmrużyła oczy. Na co Cecil liczył, przysyłając bratanka? Przypomniała sobie, jak ów bratanek wyglądał na koniu. Powinna była strzelić w powietrze, z ukrycia, tak jak planowała, zamiast podjeżdżać bliżej. Kiedy się odwrócił, zaskoczona niemal odstrzeliła mu głowę.

Okej, teraz ma się skupić na pracy, a nie bujać w obłokach. Była prawniczką. W sądzie nie ma podziału na kobiety i mężczyzn. Liczy się wyłącznie prawo.

– W takim razie nie mamy o czym rozmawiać – oznajmiła, zgarniając papiery.

Emily z Joem wstali; byli gotowi do wyjścia.

– Nie, proszę… – Dan również wstał. – Niech mnie pani oświeci.

Oświeci? Mało mu było lekcji historii? Nagle przyszło Rosebud do głowy, że Dan Armstrong może okazać się groźnym przeciwnikiem. Nie był marionetką, jak jej dotychczasowi oponenci. Ogarnęła ją złość.

– W porządku. Odkąd przybył tu pięć lat temu, Cecil Armstrong wszystkich rozstawia po kątach. Zmusił miejscowych ranczerów, z którymi mieliśmy niepisane umowy, żeby sprzedali mu ziemię i prawa wodne. Co rusz składa idiotyczne pozwy przeciwko Lakotom. Powołuje się na prawo do użytkowania cudzych gruntów w wyższych celach służących dobru ogółu. Kogo obchodzi los kilkuset Indian? Tylko ich samych.

Dan Armstrong usiadł i znów zaczął notować. Jeżeli udawał, że jest przejęty tym, co słyszy, to był świetnym aktorem. A może był nową twarzą Armstrong Holdings? Może dlatego Cecil go przysłał?

Rosebud kontynuowała opowieść o tym, jak Cecil zastrasza członków plemienia. Wprawdzie nie złapała go za rękę, ale któż inny strzelałby do okien Emily lub dziurawił koła w aucie Joego? Kto zostawiłby u niej na ganku obdartego ze skóry szopa? Tylko Cecil Armstrong, który nienawidzi jej z całego serca.

– To poważne oskarżenia – oznajmił Dan.

– Zabito również dwie osoby… – Głos uwiązł Rosebud w gardle. Emily położyła rękę na jej ramieniu. Psiakość! Nie powinna tracić opanowania.

– Ma pani jakieś dowody?

Proste pytanie. Odpowiedź była bardziej złożona.

– FBI uznało, że obie popełniły samobójstwo. Policja plemienna była innego zdania. Oczywiście nic z tego dalej nie wynikło.

Cecil Armstrong miał pieniądze, a kto ma pieniądze, ten ma rację. Indianie wiadomo: upijają się, tłuką i zabijają. Jeden więcej Indianin, jeden mniej, co za różnica? A że jej brat, Tanner, nigdy nie pił alkoholu? Kogo to interesuje? Był po prostu Indiańcem.

Dan popatrzył na Rosebud.

– Bardzo pani współczuję – rzekł. I zabrzmiało to szczerze. – Postaram się czegoś dowiedzieć. – Na moment zamilkł. – Chciałbym zapoznać się z pani dokumentacją.

– Rozumie pan chyba, że oryginały nie mogą opuścić tego budynku? – Tylko tego brakowało, by Cecil rozpalił przed domem wielkie ognisko.

– Oczywiście. Wystarczą mi kserokopie.

No tak. Dan Armstrong obraca się w świecie, w którym sprzęt działa, na biurkach stoją komputery z internetem, a krzesła nie grożą zawaleniem. W świecie, który różni się od jej świata. Uniosła dumnie głowę.

– Pański poprzednik, pan Johnson, miał kopie wszystkiego. – A przynajmniej tak mu się wydawało.

– Niestety jakiś tydzień temu znikły z jego samochodu. Wraz z laptopem, iPodem oraz trzema batonikami.

Podejrzewała, że to sprawka Matta, który chciał się wzorować na Tannerze, lecz był zwykłym rzezimieszkiem. Och, ile by dała, by zajrzeć do komputera Johnsona, ale Matt pewnie już go sprzedał. Szlag by to trafił. Oczywiście przybrała stosownie zdziwioną minę, ale sądząc po uśmiechu Dana, chyba go nie przekonała.

– No to pech. Bo widzi pan, kilka dni temu zepsuła się nam kopiarka. Czekamy na części… – Nieznacznie pokrywało się to z prawdą. Kopiarka naprawdę się zepsuła, tyle że dwa lata temu.

Dan skinął głową.

– Zostaje jedno wyjście. Mam nadzieję, że zgodzą się państwo, abym tu na miejscu przejrzał dokumenty?

– Oczywiście. – Rosebud zerknęła na Emily. – Ale pod jednym warunkiem.

Dan wyprostował się na krześle. Coraz lepiej sobie radził z tym chybotliwym meblem.

– Będę miał nadzór?

Wiedział, że tylko Rosebud zna zawartość wszystkich teczek, a zatem tylko ona może dopilnować, aby nic z nich nie zginęło. To oznacza, że przez wiele godzin, może dni będzie musiała siedzieć w małej salce z przystojnym czarującym mężczyzną, patrząc, jak studiuje dokumenty i robi notatki.

Emily Mankiller ponownie zabrała głos. Rosebud nie słuchała wykładu, zamiast tego wpatrywała się w ręce Dana. Odciski świadczyły o tym, że nieobca mu była praca fizyczna. Hm. Przeniosła spojrzenie na klamrę u pasa. Nie wyglądała na taką, jaką kupuje się w sklepie. Koszulę chyba też miał szytą na zamówienie. A buty z krokodylej skóry… musiały kosztować więcej niż jej zeszłoroczny przychód. Uświadomiła sobie, że Dan nie jest niczyim chłopcem na posyłki. Tym razem trafiła na godnego siebie przeciwnika.

Akurat gdy Emily zbliżała się do końca, Dan zaczął się wiercić. Duże ilości wypitej kawy nareszcie poskutkowały. Kiedy indziej Rosebud przetrzymałaby faceta, niech się pomęczy, ale dziś chciała jak najszybciej się go pozbyć i obmyślić plan działania.

Joe dalej udawał, że nie widzi Dana. Emily uścisnęła dłoń gościa, Rosebud również.

– Do zobaczenia – powiedział, a ją przeszył dreszcz.

Cholera! Nie mogła się doczekać następnego spotkania.

Tytuł oryginału: A Man of His Word

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2011

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2011 by Sarah M. Anderson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3038-4

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sypiając z wrogiem Mroczna namiętność 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu