Koniec samotności

Koniec samotności

Autorzy: Benedict Wells

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.74 zł

Poruszająca powieść o przezwyciężaniu straty i samotności, oraz o tym, co w człowieku jest niezmienne. Ale przede wszystkim to wielka historia miłosna.

Jules i jego rodzeństwo Marty i Liz bardzo różnią się od siebie. Wydaje się, że jedyne, co ich łączy, to tragiczne wydarzenie z przeszłości: jako dzieci stracili w wypadku ukochanych rodziców. Mimo iż wszyscy zostali umieszczeni w tym samym internacie, każde z nich zaczęło żyć swoim osobnym życiem. Stopniowo oddalają się od siebie i tracą z oczu.

Najmłodszy z trójki, Jules, tak pewny niegdyś siebie, coraz bardziej wycofuje się w świat marzeń. Zaprzyjaźnia się jedynie z tajemniczą Alvą, lecz dopiero wiele lat później uświadamia sobie, ile ona dla niego znaczyła i co przez cały czas przed nim ukrywała.

Jules, jako dorosły człowiek, ponownie spotyka Alvę. Wydaje się, że mogliby odzyskać stracony czas, jednak wtedy ponownie dogania ich przeszłość.

Tytuł oryginału: Vom Ende der Einsamkeit

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Małgorzata Burakiewicz, Renata Kuk

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Fabio Sabatini/Moment Select/Getty Images

© 2016 by Diogenes Verlag AG Zürich

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2017

© for the Polish translation by Viktor Grotowicz

ISBN 978-83-287-0609-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Mojej siostrze

Przysuń krzesło

aż do skraju otchłani,

to opowiem ci swoją historię.

F. Scott Fitzgerald

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

Nurty (1980)

Na rozstaju (1983–1984)

Krystalizacja (1984–1987)

Reakcje chemiczne (1992)

Żniwa (1997–1998)

CZĘŚĆ DRUGA

Droga powrotna (2000–2003)

Lot czasu (2005–2006)

Narodziny strachu (2007–2008)

To, co niezmienne (2012–2014)

Inne życie

Podziękowania









































CZĘŚĆ PIERWSZA





















Śmierć znam już od dawna, teraz i ona zna mnie.

Ostrożnie otwieram oczy, mrugam kilka razy. Ciemność ustępuje powoli. Puste pomieszczenie, rozjaśnione jedynie żarzącymi się na zielono i czerwono światełkami małych aparatów oraz jasnym promieniem padającym przez uchylone drzwi. Szpitalna cisza nocna.

Mam wrażenie, jakbym obudził się z trwającego kilka dni snu. Tępy, ciepły ból w prawej nodze, mój brzuch, moja klatka piersiowa. W głowie ciche dudnienie, które staje się coraz silniejsze. Powoli przypominam sobie, co się wydarzyło.

Przeżyłem.

Pojawiają się obrazy. Jak wyjeżdżam na motocyklu z miasta, przyspieszam, przede mną zakręt. Jak koła tracą przyczepność na szosie, widzę zbliżające się drzewo, daremnie usiłuję je ominąć, zamykam oczy…

Co mnie uratowało?

Spojrzałem na siebie. Kołnierz ortopedyczny, prawa noga unieruchomiona, zapewne gips, obojczyk zabandażowany. Zawsze miałem dobrą kondycję, jak na swój wiek nawet bardzo dobrą. Być może to właśnie mnie uratowało.

Przed wypadkiem… Chyba było tam jeszcze coś, ale co? Jednak nie chcę sobie tego przypominać, wolę myśleć o dniu, w którym nauczyłem dzieci puszczać kaczki na wodzie. O gestykulującym bracie, kiedy ze mną dyskutuje. O wycieczce z żoną do Włoch, jak spacerowaliśmy wczesnym rankiem wzdłuż zatoki na wybrzeżu Amalfi – wokół nas rozjaśniał się dzień, a morze pieniło się łagodnie, uderzając o skały…

Zasypiam. We śnie stoimy na balkonie. Ona patrzy mi uważnie w oczy, jakby mnie przejrzała. Podbródkiem wskazuje na podwórze, gdzie nasze dzieci bawią się właśnie z chłopcami sąsiadów. Córka odważnie wspina się na mur, syn pozostaje na uboczu i tylko obserwuje innych.

– Ma to po mnie – mówię.

Słyszę, jak się śmieje, i łapię ją za rękę.

Zapiszczało kilka razy. Pielęgniarz zawiesza nowy worek z płynem infuzyjnym. Nadal jest środek nocy. Wrzesień 2014, tak jest napisane na kalendarzu ściennym. Próbuję usiąść.

– Jaki dzień jest dzisiaj? – Mój głos brzmi obco.

– Środa – mówi pielęgniarz. – Był pan dwa dni w śpiączce.

Mam wrażenie, jakby mówił o kimś obcym.

– Jak się pan czuje?

Opadam ponownie na poduszkę.

– Trochę kręci mi się w głowie.

– To zupełnie normalne.

– Kiedy mogę zobaczyć dzieci?

– Jutro z samego rana powiadomię pana rodzinę. – Pielęgniarz idzie do drzwi, potem zatrzymuje się na chwilę. – Jakby coś się działo, proszę dzwonić. Zaraz jeszcze zajrzy do pana pani ordynator.

Nie odpowiadam, a on wychodzi.

Co sprawia, że życie jest takie, jakie jest?

W ciszy słyszę każdą swoją myśl i nagle odzyskuję pełnię świadomości. Zaczynam przyglądać się poszczególnym etapom swojej przeszłości. Pojawiają się twarze, które miały zostać zapomniane, widzę siebie jako nastolatka na boisku internatu oraz czerwone światło w mojej ciemni w Hamburgu. Początkowo wspomnienia są nieostre, ale w następnych godzinach stają się coraz wyraźniejsze. Myśli zapadają się głębiej w czasie przeszłym, aż docierają w końcu do katastrofy, która rzuciła cień na moje dzieciństwo.

Nurty

(1980)

Kiedy miałem siedem lat, pojechaliśmy całą rodziną na urlop do południowej Francji. Mój ojciec, Stéphane Moreau, pochodził z Berdillac, wsi niedaleko Montpellier. Tysiąc ośmiuset mieszkańców, piekarnia, piwiarnia, dwie winnice, stolarnia i drużyna piłki nożnej. Odwiedzaliśmy babcię, która w ostatnich latach nie opuszczała już tego miejsca.

Ojciec, jak podczas wszystkich długich podróży autostradą, miał na sobie starą jasnobrązową skórzaną kurtkę, a w kąciku jego ust tkwiła fajka. Matka, która przez większą część jazdy drzemała, włączyła kasetę z piosenkami Beatlesów.

– Dla ciebie, Jules.

Paperback Writer, wtedy moja ulubiona piosenka. Siedziałem za mamą i nuciłem tę melodię. Jednak moje rodzeństwo skutecznie zagłuszało muzykę. Siostra uszczypnęła brata w ucho. Martin, zwany przez nas Marty, krzyknął głośno i pożalił się rodzicom.

– Ty głupia skarżypyto! – Liz ponownie uszczypnęła go w ucho.

Zaczęli się głośno kłócić, aż matka odwróciła się i na nich spojrzała. Wyraz jej oczu był jedyny w swoim rodzaju. Odbijało się w nich jednocześnie zrozumienie dla Marty’ego gnębionego przez wredną siostrę, jak i dla Liz wkurzonej denerwującym zachowaniem brata. Ale przede wszystkim to spojrzenie sygnalizowało, że kłótnie są bez sensu, a poza tym dawało do zrozumienia, że na najbliższej stacji benzynowej na grzeczne dzieci czekają może lody. Moje rodzeństwo natychmiast się uspokoiło.

– Dlaczego musimy każdego roku odwiedzać babcię? – zapytał Marty. – Dlaczego choć raz nie możemy pojechać do Włoch?

– Ponieważ tak wypada. A także dlatego, że wasza mamie cieszy się z tych odwiedzin – powiedział ojciec po francusku, nie odrywając wzroku od drogi.

– Nieprawda. Ona nas wcale nie lubi.

– Poza tym ona dziwnie pachnie – dodała Liz. – Starymi pluszowymi meblami.

– Wcale nie, ona pachnie stęchłą piwnicą – powiedział mój brat.

– Nie mów takich rzeczy o waszej mamie!

Ojciec wjechał samochodem na rondo.

Spojrzałem przez okno. W dali rozciągały się krzewy tymianku, garig i sosny karłowate. Powietrze w południowej Francji było aromatyczne, kolory bardziej intensywne niż w domu. Włożyłem rękę do kieszeni i bawiłem się monetami frankowymi, które zostały z ubiegłego roku.

Pod wieczór dojechaliśmy do Berdillac. Z perspektywy czasu ta wieś wydaje mi się podobna do mrukliwego, ale w zasadzie sympatycznego staruszka, który przez cały dzień sobie drzemie. Domy, jak w wielu innych miejscach w Langwedocji, były zbudowane z piaskowca. Miały proste okiennice i rudawe dachówki zanurzone w miękkim świetle zachodzącego słońca.

Żwir zatrzeszczał pod kołami, kiedy kombi zatrzymało się przed domem na końcu rue Le Goff. Budynek robił niezwykłe wrażenie, zewnętrzną fasadę porastał bluszcz, dach był spróchniały. Pachniało przeszłością.

Pierwszy wysiadł ojciec i ruszył sprężystym krokiem do drzwi. Był wtedy, jak to się mówi, w kwiecie wieku, po trzydziestce. Miał jeszcze gęste czarne włosy, do każdego odnosił się z uprzejmą życzliwością. Często widziałem, jak gromadzili się wokół niego sąsiedzi oraz koledzy i słuchali zafascynowani tym, co do nich mówi. Tajemnica leżała w jego głosie: łagodnym, niezbyt głębokim, niezbyt wysokim, z lekko tylko słyszalnym akcentem, którym oplatał słuchaczy jak lassem i przyciągał bliżej do siebie. W swoim zawodzie rewidenta był bardzo ceniony, jednak dla niego liczyła się wyłącznie rodzina. Gotował dla nas każdej niedzieli, zawsze miał czas dla nas, dzieci, a jego młodzieńczy uśmiech świadczył, że jest optymistą. Kiedy później oglądałem jego zdjęcia, dostrzegłem jednak, że już wtedy coś było nie w porządku. Jego oczy. Pojawiał się w nich cień smutku, być może także strachu.

W drzwiach stała babcia. Miała wykrzywione usta i nawet nie spojrzała na swojego syna, jakby się czegoś wstydziła. Uściskali się.

Obserwowaliśmy tę scenę z samochodu. Podobno babcia była w młodości znakomitą pływaczką i ulubienicą całej wsi. To musiało być chyba sto lat temu. Teraz jej ramiona robiły wrażenie wiotkich, głowa i szyja przypominały pomarszczoną głowę żółwia i wyglądało na to, że z trudem znosi hałas, który robią jej wnuczęta. Baliśmy się jej oraz tego skromnie wyposażonego domu ze staromodnymi tapetami i żelaznymi łóżkami. Pozostawało dla nas zagadką, dlaczego ojciec chciał tutaj przyjeżdżać każdego lata. „Jakby musiał co roku wracać do miejsca swoich największych upokorzeń”, powiedział kiedyś później Marty.

Ale pamiętam również zapach kawy. Promienie słoneczne na wyłożonej płytkami podłodze salonu. Delikatne dźwięki dochodzące z kuchni, kiedy moje rodzeństwo przygotowywało sztućce na śniadanie. Ojciec zatopiony w swojej gazecie, matka snująca plany na cały dzień. Potem wędrówki po jaskiniach, wycieczki rowerowe albo partia pétanque w parku.

Wreszcie, pod koniec sierpnia, coroczne święto wina w Berdillac. Wieczorem grała kapela, domy były ozdobione lampionami i girlandami, a po ulicach snuł się zapach grillowanego mięsa. Siedziałem z rodzeństwem na dużych schodach przed ratuszem i patrzyliśmy, jak dorośli tańczą na głównym placu wsi. Mam w rękach aparat fotograficzny, który powierzył mi ojciec. Ciężka i droga mamiya; dostałem zadanie zrobienia zdjęć z festynu. Uważałem to za zaszczyt, ojciec nikomu innemu nie dawał swoich aparatów. Cały dumny zrobiłem kilka fotografii, podczas gdy on elegancko prowadził matkę po parkiecie.

– Tato jest dobrym tancerzem – powiedziała Liz tonem znawcy.

Moja siostra, wysoka dziewczyna z jasnymi lokami, miała jedenaście lat. Już wtedy charakterystyczne dla niej było to, co z bratem nazywaliśmy „chorobą teatralną”: Liz zachowywała się zawsze tak, jakby stała na scenie. Uśmiechała się promiennie, jakby skierowane były na nią wszystkie reflektory, i mówiła głośno i wyraźnie, żeby nawet ludzie w ostatnich rzędach doskonale ją słyszeli. Przed obcymi chętnie udawała wcześnie dojrzałą, ale w rzeczywistości dopiero teraz przezwyciężyła fazę księżniczki. Rysowała i śpiewała, chętnie bawiła się z dziećmi sąsiadów, czasem nie myła się przez kilka dni, chciała zostać wynalazcą, później marzyła, aby być elfem; wydawało się, że w jej głowie dzieje się tysiąc rzeczy naraz.

W tamtym czasie większość dziewczyn wyśmiewała się z Liz. Często widziałem, jak matka siedzi u niej w pokoju i próbuje ją uspokoić, kiedy koleżanki ze szkoły dokuczyły jej albo schowały tornister. Potem i ja wchodziłem do pokoju Liz, a ona obejmowała mnie gwałtownie. Czułem jej gorący oddech na skórze, a ona opowiadała mi raz jeszcze wszystko, o czym mówiła już matce, a zapewne jeszcze więcej. Kochałem swoją siostrę jak nikogo innego na świecie i to się nie zmieniło także i wówczas, gdy wiele lat później bardzo się na niej zawiodłem.

*

Po północy nad wsią unosiła się nadal wilgotna duchota. Mężczyźni i kobiety, którzy znajdowali się jeszcze na parkiecie – nasi rodzice także – zamieniali się partnerami po każdej nowej melodii. Zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie, mimo że z trudem już trzymałem mamiyę w rękach.

– Daj mi aparat – powiedział mój brat.

– Nie, tato dał go mnie. Mam na niego uważać.

– Tylko na chwilę, chciałem zrobić jedno zdjęcie. Ty już raczej nie dasz rady.

Marty wyrwał mi aparat.

– Nie bądź dla niego taki wredny! – zawołała Liz. – Tak się cieszył, że go potrzyma.

– No tak, ale jego zdjęcia są marne, nie umie nastawiać przesłony.

– A ty jesteś taki mądrala, nic dziwnego, że nie masz przyjaciół.

Marty zrobił kilka zdjęć. Był tym dzieckiem pośrodku. Miał dziesięć lat, ciemne włosy, bladą, niczym się niewyróżniającą twarz. Liz i ja byliśmy wyraźnie podobni do rodziców, on, jeżeli chodzi o wygląd zewnętrzny, nie miał z nimi nic wspólnego. Jakby przybył z jakiegoś Nigdzie, obcy, który zajął miejsce między nami. Nie lubiłem go ani trochę. W filmach, które oglądałem, starsi bracia byli zawsze bohaterscy i bronili swojego młodszego rodzeństwa. Natomiast mój brat był odludkiem. Siedział przez cały dzień w swoim pokoju, bawił się farmą mrówek albo badał próbki krwi pobrane od salamander i myszy poddanych sekcji – jego zapas martwych małych zwierząt wydawał się niewyczerpany. Niedawno Liz nazwała go „wstrętnym dziwakiem”, co bardzo do niego pasowało.

Z tego urlopu we Francji pozostało mi w pamięci, oprócz owego dramatycznego wydarzenia na końcu, tylko parę fragmentarycznych wspomnień. Pamiętam jednak dokładnie poczucie wyobcowania, jakie nas ogarnęło, gdy razem z rodzeństwem obserwowaliśmy na festynie francuskie dzieci grające na placu w piłkę nożną. Wszyscy troje urodziliśmy się w Monachium i czuliśmy się Niemcami. W naszym domu nie było nic, oprócz pewnych specjalnych potraw, co wskazywałoby na francuskie korzenie, i bardzo rzadko rozmawialiśmy ze sobą po francusku. Ale nasi rodzice poznali się w Montpellier. Ojciec przeprowadził się tam po szkole, ponieważ chciał uciec od swojej rodziny. Matka z kolei zamieszkała tam, ponieważ kochała Francję. (I ponieważ chciała uciec od swojej rodziny). Opowiadając o tamtym czasie, wspominali zazwyczaj wieczory, które spędzali w kinie albo podczas których matka grała na gitarze, pierwsze spotkanie na zabawie studenckiej u wspólnego przyjaciela albo wyjazd – wtedy matka była już w ciąży – do Monachium. Po wysłuchaniu tych opowieści ja i moje rodzeństwo mieliśmy zawsze poczucie, że znamy dobrze swoich rodziców. Ale później, kiedy już ich zabrakło, musieliśmy przyznać, że nic o nich nie wiedzieliśmy, absolutnie nic.

*

Poszliśmy na spacer. Ojciec nie powiedział nam, dokąd idziemy, a po drodze prawie się nie odzywał. Wspięliśmy się w piątkę na wzniesienie i dotarliśmy do lasu. Ojciec zatrzymał się przed potężną sosną na wzgórzu.

– Widzicie, co tu jest wyryte? – zapytał, ale robił wrażenie nieobecnego myślami.

– L’arbre d’Eric – przeczytała Liz. – Drzewo Erica.

Patrzyliśmy na sosnę.

– Tutaj ktoś złamał gałąź. – Marty wskazał na okrągłe zgrubiałe miejsce na drzewie.

– A, rzeczywiście – wymamrotał ojciec.

Nigdy nie poznaliśmy naszego wujka Erica, mówiło się, że zginął przed wieloma laty.

– Dlaczego to drzewo tak się nazywa? – zapytała Liz.

Twarz ojca się rozjaśniła.

– Ponieważ mój brat pod tym drzewem uwodził dziewczyny. Przyprowadzał je tutaj, siadali na ławce, spoglądali na dolinę, recytował im wiersze, a potem je całował.

– Wiersze? – zdziwił się Marty. – I to działało?

– Za każdym razem. I dlatego jakiś żartowniś wyrył te słowa w korze.

Spojrzał w zimny poranny błękit nieba, matka przytuliła się lekko do niego. Popatrzyłem na drzewo i powtórzyłem po cichu: L’arbre d’Eric.

*

A potem nadszedł koniec wakacji i ostatnia wycieczka. W nocy znowu padało, na liściach wisiały grube krople rosy, czułem świeże poranne powietrze na swojej skórze. Wstałem o świcie i ogarnęło mnie, tak jak zawsze, cudowne uczucie, że ten dzień należy do mnie. Niedawno poznałem miejscową dziewczynę, Ludivine, i opowiedziałem o niej matce. Ojciec, jak zawsze pod koniec urlopu we Francji, był wyraźnie rozluźniony: wreszcie miał to za sobą, i to na cały rok. Zatrzymywał się niekiedy, aby zrobić zdjęcie, i gwizdał sobie pod nosem. Liz szła przodem, Marty truchtał ostatni, ciągle musieliśmy na niego czekać.

W lesie natknęliśmy się na pełną otoczaków rzeczkę, przez którą przerzucony był pień drzewa. Ponieważ i tak musieliśmy dostać się na drugą stronę, zapytaliśmy rodziców, czy możemy po tym przejść.

Ojciec wszedł na pień, aby sprawdzić jego wytrzymałość.

– Może być niebezpiecznie – powiedział. – Ja na pewno po tym nie przejdę.

Także i my wskoczyliśmy na pień. Dopiero teraz zobaczyliśmy, jak kamienista i szeroka jest rzeczka, jak wysoko nad nią leży pień i jak śliską ma korę. Był długi na jakieś dziesięć metrów, a jeśli ktoś poślizgnąłby się i spadł, z pewnością by się poranił.

– Tam niżej pewnie jest most – orzekła Liz.

Mimo że zawsze wszystko usiłowała wypróbować, tym razem wolała nie ryzykować i poszła dalej, Marty pobiegł za nią. Zostałem tylko ja. Wtedy nie wiedziałem, co to strach: kilka miesięcy wcześniej, jako jedyny z klasy, odważyłem się zjechać na rowerze po stromym zboczu. Po kilku metrach straciłem panowanie nad kierownicą, przekoziołkowałem i złamałem sobie rękę. Jednak jak tylko złamanie się zrosło i zdjęto mi gips, zacząłem szukać kolejnej niebezpiecznej przygody.

Chwilę wpatrywałem się w pień leżący przede mną i nie namyślając się dłużej, ruszyłem po nim krok po kroku.

– Zwariowałeś – zawołał Marty, ale ja go nie słyszałem.

Nagle poślizgnąłem się. Na widok kamienistego dna rzeczki zakręciło mi się w głowie, ale byłem już w połowie drogi. Serce zabiło mi szybciej. Ostatnie dwa metry przebiegłem i szczęśliwie dotarłem na drugą stronę. Z ulgą wyrzuciłem ręce w górę. Moja rodzina szła po lewej stronie rzeczki aż do mostu, a ja stałem sam po prawej, patrzyłem na nich i szczerzyłem zęby w uśmiechu. Nigdy jeszcze nie byłem z siebie tak dumny.

*

Dalej rzeka wypływała z lasu. Stała się szersza, nurt przyspieszył, a deszcz z poprzednich dni podniósł poziom wody. Brzegi były pokryte szlamem i rozmokłe, tabliczka ostrzegała spacerowiczów, aby nie podchodzili zbyt blisko.

– Kto tam wpadnie, utonie. – Marty spoglądał na rwącą wodę.

– Mam nadzieję, że wpadniesz z pluskiem i wreszcie się ciebie pozbędziemy – powiedziała Liz.

Chciał ją kopnąć, ale ona uchyliła się zręcznie i wzięła matkę pod rękę w sposób tak oczywisty i niewymuszony, jak tylko ona potrafiła.

– Znowu byłaś niegrzeczna? – zapytała matka. – Wygląda na to, że będziemy musieli zostawić cię jednak u babci.

– Nie! – powiedziała Liz z na wpół udawanym, a na wpół prawdziwym przerażeniem. – Proszę, nie.

– Nie dajesz nam wyboru. Babcia dobrze się tobą zajmie. – Naśladowała karcące spojrzenie naszej babki, a Liz parsknęła śmiechem.

Matka była bez wątpienia gwiazdą naszej rodziny, w każdym razie dla nas, dzieci. Była atrakcyjna i smukła, miała przyjaciół w całym Monachium i wydawała przyjęcia, na które przychodzili artyści, muzycy i aktorzy teatralni poznani przez nią Bóg wie gdzie. Nawiasem mówiąc, kiedy nazywam ją „atrakcyjną” czy „smukłą”, absolutnie nie oddaje to naszego podziwu dla niej. To nieadekwatne określenia, które nie są w stanie wyrazić tego, co czuliśmy: że przypadkowo mamy za matkę połączenie Grace Kelly z Ingrid Bergman. Kiedy byłem dzieckiem, wydawało mi się zupełnie niezrozumiałe, dlaczego nie została słynną aktorką, lecz jedynie zwykłą nauczycielką. Ona sama wypełniała obowiązki domowe z kpiącym i jednocześnie pełnym serdeczności uśmiechem i dopiero później dotarło do mnie, jak bardzo musiała się czuć ograniczona takim życiem.

Odpoczywaliśmy na łące przy brzegu rzeki. Ojciec nabijał fajkę, a my jedliśmy przyniesione ze sobą bagietki z szynką. Później matka zagrała na gitarze kilka piosenek Gilberta Bécaud.

Kiedy ojciec z matką zaczęli je śpiewać, Marty przewrócił oczami.

– Proszę, przestańcie. Nie wstyd wam?

– Ale przecież tutaj nikogo nie ma – stwierdziła matka.

– Nieprawda, a ci tam!?

Mój brat wskazał na przeciwległy brzeg, gdzie usadowiła się jakaś rodzina. Dzieci były w naszym wieku, miały młodego psa mieszańca, który biegał między nimi rozbawiony.

Zrobiło się południe, słońce stało wysoko na niebie. W tym upale ja i Marty zdjęliśmy podkoszulki i położyliśmy się na kocu. Liz mazała coś w bloku: małe rysunki opatrzone zawsze jej imieniem. Wtedy wypróbowywała różne rodzaje pisma, szukając najładniejszego, i wszędzie zapisywała swoje imię, na papierze, na stole, w segregatorze czy na serwetkach. Liz, Liz, Liz.

Rodzice poszli na spacer i powoli znikali w oddali przytuleni do siebie, my zostaliśmy na łące. Okolica była przesiąknięta słońcem. Marty i Liz grali w karty, jak brzdąkałem na gitarze i obserwowałem rodzinę na drugim brzegu rzeki. Dobiegały do mnie śmiechy przerywane szczekaniem. Jeden z chłopców rzucał kijek, który pies natychmiast mu przynosił, aż w końcu chłopcu pewnie się to znudziło i schował kijek pod koc. Pies chciał jednak bawić się dalej, biegał od jednego dziecka do drugiego, a potem ruszył nieco dalej w dół rzeki. W krzakach na brzegu zaplątała się wielka gałąź. Pies próbował ją wyciągnąć, ale mu się nie udawało. Nurt był w tym miejscu bardzo rwący i silny. Jako jedyny obserwowałem tę scenę i poczułem, jak włosy jeżą mi się na karku.

Młody pies ciągnął za gałąź i w swojej lekkomyślności coraz bardziej zbliżał się do rzeki. Właśnie chciałem zwrócić na to uwagę rodzinie z drugiego brzegu, kiedy usłyszałem skowyt. Kawałek brzegu po prostu się oderwał, a pies wpadł do wody. Tylko przednimi łapami i zębami trzymał się kurczowo gałęzi. Piszczał i usiłował dostać się na osypujący się brzeg, ale prąd był zbyt silny. Jego piski stawały się coraz głośniejsze.

– O mój Boże – powiedziała Liz.

– Nie da rady – orzekł Marty. Zabrzmiało to tak zdecydowanie, jakby był sędzią w tej scenie.

Rodzina po drugiej stronie pobiegła do psa. Prawie go mieli, ale wtem gałąź oderwała się od krzaków i rzeka porwała ją razem ze zwierzęciem.

Przez jakiś czas utrzymywał się jeszcze na powierzchni, a potem zniknął. Dzieci na drugim brzegu krzyczały i płakały, a ja odwróciłem się i spojrzałem na moje rodzeństwo. Nigdy nie zapomnę ich spojrzeń.

*

Wieczorem w łóżku nadal słyszałem skowyt psa. Liz chodziła cały dzień przybita, Marty prawie się nie odzywał. Najdziwniejsze jednak, że kiedy to się wydarzyło, nie było przy nas rodziców. Oczywiście po swoim powrocie usiłowali nas pocieszać, co jednak nie zmieniało faktu, że ja i moje rodzeństwo przeżyliśmy coś, co wstrząsnęło tylko nami.

Przez pół nocy przewracałem się w pościeli. Nie umiałem przestać myśleć o tym, jak w ciągu kilku sekund legło w gruzach beztroskie szczęście rodziny z drugiego brzegu. Przypomniałem sobie znowu wuja Erica, o którym powiedziano nam kiedyś, że „zginął”. Dotychczas moje życie biegło spokojnie i bezpiecznie, ale najwidoczniej istniały niewidzialne siły i nurty zdolne wszystko nagle zmienić. Wyglądało na to, że los oszczędza niektóre rodziny, a na inne zsyła nieszczęścia. Tej właśnie nocy zadałem sobie pytanie, czy moja rodzina do nich przypadkiem nie należy.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ucieczka z martwego życia Koniec samotności 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter