Obrońca

Obrońca

Autorzy: G.X. Todd

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 600

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 22.69 zł

Siedem lat temu świat jaki znamy uległ zagładzie. W zrujnowanym pustkowiu, znanym dotąd jako Stany Zjednoczone, resztki ludzkości za wszelką cenę próbują jakoś przetrwać. Formują się w grupy, wyżynają się nawzajem i wśród gruzów miast i stert ludzkich zwłok szukają zapasów broni i pożywienia. W tym świecie, gdzie zaufanie jest towarem deficytowym, pewien mężczyzna postanawia posłuchać głosu w swojej głowie, który każe mu na środku pustej drogi zatrzymać motocykl obok młodej dziewczyny. Ten moment splata ze sobą ich losy – Pielgrzym spotyka Lacey nie bez powodu. Razem wybierają się przez postapokaliptyczną pustynię w podróż pełną niewyobrażalnych niebezpieczeństw. Pielgrzym obiecuje dziewczynie, że pomoże jej dotrzeć do zgliszcz Vicksburga, w którym przed tajemniczą katastrofą mieszkała jej starsza siostra. Po drodze przekonają się na własnej skórze, do jakich okrucieństw jest zdolny człowiek w obliczu końca świata, i zrobią wszystko, by przeżyć.

"Wybija się ponad inne powieści ze swojego gatunku".
"Guardian"

"Wciągająca, pełna napięcia i niesamowicie oryginalna".
Lee Child

Dla moich rodziców,

Veroniki i Gerry’ego.

(Tato, brakuje mi ciebie każdego dnia, bez wyjątku).

Człowiek pragnie odzyskać utracone głosy.

Julian Jaynes (Harvard Crimson, 12 maja 1977 roku),

autor Pochodzenia świadomości

w analizie umysłu bikameralnego

Notka

Teoria stojąca za bikameralnym umysłem głosi, że nie istniał nigdy wewnętrzny krajobraz myśli, że nie nauczyliśmy się przyswajać myśli jeszcze długo po tym, jak napisano Biblię (źródła takie jak Iliada Homera nie zawierają dowodów na „samoświadomą introspekcję”). Pomiędzy ludźmi istniał jedynie zewnętrzny dialog.

Człowiek bikameralny odbierał słyszalne halucynacje. Wierzył, że to bogowie.

Pozostały jedynie szczątki bikameralności. Jedynie 10 procent populacji słyszy głosy i tylko 35 procent zgłasza, że czuje obecność ukochanych osób po ich odejściu. Inne przykłady obejmują syndrom trzeciego człowieka (przewodniej obecności wyczuwanej przez wspinaczy w warunkach ekstremalnych) i muzy, które w środku nocy odwiedzają artystów i obdarzają ich natchnieniem. I nie zapominajmy, że około 65 procent dzieci przyznaje się do relacji z wyimaginowanymi przyjaciółmi lub antropomorficznymi zabawkami, które ich chronią. W niektórych wypadkach tacy przyjaciele pojawiają się również w okresie dorosłości.

Poza tym kto z nas na krawędzi snu nie słyszał wzywającego głosu?

List numer 24

Czwarty lipca, poniedziałek

Drogi Nieznajomy,

nigdy się nie poznamy. Ten list to jedyne, co nas łączy – moje myśli nabazgrane na kartce przesyłane przez twoje oczy prosto do mózgu. To pewnego rodzaju spotkanie i powinniśmy być za nie wdzięczni.

Podejrzewam, że ten list zastanie Cię w rozpaczy, samotnego albo zagubionego. Tak teraz wygląda nasze życie. Wszyscy staliśmy się dla siebie obcy, a nawet, co gorsza, jesteśmy sobie wrogami. Ludzki duch, który niegdyś wiązał nas ze sobą, teraz dzieli ludzi trwale niczym ocean. Ale zapomnijmy o tym na chwilę. Teraz chcę opowiedzieć Ci historię.

Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczyna nazywana Ruby, normalna pod każdym względem. Mieszkała w zwyczajnym domu ze swoją zwyczajną rodziną i swoje zwyczajne weekendy spędzała na pracy w domu spokojnej starości, gdzie opiekowała się zwyczajnymi osobami w podeszłym wieku. W jej życiu był tylko jeden człowiek, który nie był zwyczajny, a na imię miał Mike.

Mike mieszkał w tym domu opieki. On i Ruby grali w szachy i razem spacerowali, dobrodusznie spierając się, kto mógłby opowiedzieć lepszą historię – Grisham czy King. Mike przypominał Ruby jej młodszego brata (co tłumaczyło w pewien sposób, dlaczego tak go uwielbiała). Ale najdziwniejsze w nim nie było to, że miał Grishama za lepszego gawędziarza, tylko fakt, że od sześćdziesięciu lat rozmawiał z Jonahem, głosem w swojej głowie.

Mike powiedział Ruby, że wkrótce pojawią się niezliczone głosy, niektóre z nich niszczycielskie, i wielu ludzi zginie, ale że nie powinna się bać, ponieważ to pierwszy krok na drodze do lepszego, piękniejszego świata. Na łożu śmierci Mike przekazał Ruby Jonaha i tak został on jej nowym przyjacielem. Następnie razem z jej bratem wyruszyli w te zniszczone na nowo ziemie, by razem płakać, śmiać się i przelewać krew, i koniec końców znaleźć Gospodę nad morzem, którą nazwali swoim domem i w której żyli długo i szczęśliwie.

Morał tego wszystkiego, Drogi Nieznajomy, jest prosty: mądrość można czasami mylnie wziąć za szaleństwo, a obcy potrafią się okazać przyjaciółmi w przebraniu.

Spróbuj proszę pamiętać w trudne dni i zimne noce, które nadejdą, że żadna śmierć nie poszła na marne. To jeszcze trochę potrwa, bo wszystkie zmiany potrzebują czasu, ale będzie lepiej, obiecuję.

Twoja przyjaciółka

Ruby

Mamo, kieruję ten wpis z dziennika do Ciebie, ponieważ już nie wrócisz. Nie żyjesz, a ja muszę zobaczyć te słowa na piśmie.

Słowa przychodzą mi z łatwością. Al i ja pisaliśmy do siebie notatki od maleńkości. Doprowadzaliśmy Cię do szaleństwa tym skrobaniem i chichotaniem, ale słowa ratowały nam życie. Myślę, że zawsze tak już będzie. Ale słowa to potęga, dlatego muszę być ostrożna – zwłaszcza w przypadku tajemnic, których dochowuję już zbyt długo.

Szokująca liczba ludzi nie żyje. To żadna tajemnica. Zabijali się własnymi i cudzymi rękoma. Fakt, że zajęło im to prawie trzy tygodnie, zanim przestali, też jest powszechnie znany, choć wiele osób nie mogło w to uwierzyć.

I tu podzielę się pierwszą prawdziwą tajemnicą: mnie to wszystko zupełnie nie zdziwiło. Zostałam ostrzeżona. Pamiętasz Mike’a, mamo? To jeden ze starszych panów, którym opiekowałam się w tamtym domu. Lubił wiśniową tabakę i rozpraszanie mnie podczas partii szachów sprośnymi opowieściami o czasach, kiedy podróżował. Pracownik obsługi powiedział, że Mike cierpi na demencję, ale to nieprawda. Był najzdrowszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałam. Powiedział mi, co się wydarzy, jeżeli nadejdą głosy. A ja uwierzyłam w każde jego słowo.

Pisząc to, raz po raz podnoszę wzrok i widzę panią Jefferson. Leży u siebie na trawniku przed domem, ubrana w spódnicę, włosy ma nawinięte na wałki. Łopata, którą uderzył ją pan Jefferson, jest rzucona tuż obok. Nie widzę pana Jeffersona, ale niedługo po tym, jak zabił swoją żonę, usłyszałam wystrzał. Jestem przekonana, że i on nie żyje. Chciałabym, żebyś wróciła, mamo. Tak bardzo za Tobą tęsknię.

Muszę już iść. Al wrócił. Kocham cię.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Mężczyzna, który był Pielgrzymem

Rozdział 1

Z początku Pielgrzym tęsknił za wieloma rzeczami, których braku siłą rzeczy nie dało się przeoczyć. Przykładowo wspomnienie wołowiny mogło człowieka wykończyć. Z łatwością sobie wyobrażał średnio wypieczony stek, czuł, jak rozpływa się w ustach, jak zęby trzonowe zatapiają się w mięsistym kawałku, który eksploduje strugami soku. Taka wizja wystarczyła, by wywołać nieprzyjemne skurcze żołądka, stanowiącego teraz źródło pragnień, których nie dało się zignorować.

Z kolei następnego tygodnia brakowało mu już czegoś innego. Chociażby tłuczonych ziemniaków albo smażonej okry. Na początku przez jakiś miesiąc był taki okres, kiedy nieprzerwanie podróżował, przemierzał tysiące kilometrów, jeśli tylko wiedział, że na końcu tej podróży czekał gęsty, zimny shake truskawkowy. Niedorzeczność tego pragnienia nie sprawiała wcale, że przestawało go dręczyć – dalej było niczym szorstka koszula stykająca się z otarciem.

Dość często te kulinarne pragnienia go opuszczały, ale to było jeszcze gorsze, wtedy bowiem przychodziły do niego duchy ludzi, których kochał, i inne pragnienia trudne do wytrzymania. Próbował je ukrywać w obawie, że wyciągnięte na światło dzienne zastygną jak lawa i już nigdy się ich nie pozbędzie.

Dlatego odczekiwał, aż pragnienia tego typu mu przejdą, staną się ubite niczym te drogi, po których podróżował. Wiedział, że z upływem lat jego wspomnienia porośnie bluszcz codziennych trosk i że uda mu się pogrzebać prześladujące go duchy z przeszłości. Pogrzebać razem ze starym, martwym światem, w którym kiedyś żył. Oczekiwanie na pochówek było długie i wyczerpujące, ale każdy następny dzień pokrywał ich groby kolejną warstwą ziemi, aż w końcu wielki kopiec sprawiał, że pomimo dobrego wzroku przestawał je widzieć.

Teraz żył wyłącznie z dnia na dzień i niczego nie pragnął.

Czas i ruch pomagały mu w zapominaniu, ale kiedy zamieszanie towarzyszące podróżowaniu nie było w stanie zająć jego myśli, pojawiało się wiele innych rzeczy, przez które nie mógł się skupić.

Butelka piwa. Z kapslem. Nietknięta. Etykieta odchodziła w jednym rogu, napisy bladły. Szkło było brązowe, co stanowiło zaletę: ciemne szkło wpuszczało mniej światła i uniemożliwiało molekularne zmiany w składnikach. Pielgrzym sprawdził datę ważności. Od siedmiu lat było przeterminowane.

Rozejrzał się po zakurzonym barze. Był przy tym uważny, przytomny, choć nie spodziewał się zobaczyć nikogo i nic ciekawego, niemniej wynikało to z gorliwej potrzeby. Któregoś dnia podczas podobnych poszukiwań mógł na niego czekać jakiś ukryty cień, chcąc odebrać, co do niego nie należy. Gotów okaleczyć lub zabić, by dopiąć swego. Oczywiście ten dzień nie miał nadejść jeszcze dzisiaj – w tym pokoju nie było nikogo, tylko różnorakie odbicia jego własnej osoby w długich okruchach stłuczonego barowego szkła, które biegło wzdłuż ściany za ladą.

Wziął piwo i wyszedł ze stołkiem na zewnątrz. Popatrzył na niebo, odnotował brak chmur i jasny, czysty błękit, który rozciągał się od horyzontu po horyzont, jak gdyby rozwałkowano go po całej tej powierzchni, gładki i bez skazy. Letnie niebo sprawiało, że dzień był piękny, ale jego zdaniem dużo wspanialsza była ciemna butelka z piwem, którą trzymał. Prawie jak zapomniany symbol świata, który odchodził w niepamięć.

Był pośrodku niczego w zachodnim Teksasie. Znak drogowy na obrzeżach miasta wskazywał liczbę mieszkańców, 539, jednak Pielgrzym wątpił, by zostało tu więcej niż 39 osób. W dodatku żadna z nich nie pojawiła się w ramach komitetu powitalnego. To akurat go cieszyło. Najbezpieczniej było schodzić sobie nawzajem z drogi. Niektóre części miasta ucierpiały od pożaru, wypatroszone, poczerniałe szkielety domów sterczały pomiędzy nietkniętymi budynkami niczym gnijące zęby. Wypalone łupiny nadal dymiły i wydzielały trochę ciepła, kiedy przechodziło się obok nich, i nawet teraz gryzący zapach docierał do jego nozdrzy za każdym razem, kiedy wiatr przybierał na sile.

Przeniósł stołek na środek pustej ulicy i postawił go na linii biegnącej pośrodku drogi. Usiadł i przeturlał butelkę między dłońmi. Była twarda jak granit i gładka niczym steatyt. Było ciepło, co nie wpływało dobrze na jej zawartość, ale mógł z tym żyć – w końcu to jego ulubiona marka. Pozbył się kapsla i oblizał wyschnięte wargi. Biała piana formowała się na jego oczach. Przypominała mu bąbelki wytwarzające się podczas kąpieli w wannie, ale woń słodu i chmielu były tak dalekie od zapachu mydła, jak to tylko możliwe. Jęknął cicho i uniósł szyjkę butelki do nosa, po czym głęboko wciągnął powietrze. Ciepłe, spienione piwo jeszcze nigdy nie pachniało tak dobrze.

Oblizał się raz jeszcze, przytknął butelkę do ust i znieruchomiał, widząc kątem oka jakiś cień. To tylko małe mignięcie po lewej stronie, może po prostu chmura przesłoniła na moment słońce albo promień słońca zatańczył na potłuczonej szybie okiennej. W każdym razie coś go zdekoncentrowało, a przecież chciał tylko w spokoju napić się piwa.

Pielgrzym wypuścił powietrze przez nos, odsunął butelkę od ust i zaczął się wpatrywać w okno sklepu całodobowego, aż ruszający się cień wycofał się i schował. Gapił się jeszcze przez chwilę, by upewnić się, że nie pojawi się ponownie, wlepiał świdrujące spojrzenie we front sklepu, jednocześnie odchylił znowu głowę, pozwalając strumieniowi płynu dotrzeć do zaciśniętych ust i zwilżyć wargi piwem. Kusił sam siebie. Chwilę później otworzył usta, które zalała powitalna fala bursztynowego nektaru. Mięśnie gardła się zacisnęły, chcąc automatycznie wymusić przełknięcie, i mało brakowało, a udusiłby się piwem, zanim zdołałby je wypluć.

Odchrząknął i znów napełnił usta piwem, po czym przepłukał zęby i dziąsła niczym płynem do jamy ustnej. To również wypluł na ziemię i wkrótce utworzył się strumyczek piwa płynący wężykiem w stronę baru i ścieku.

Jeszcze długo przepłukiwał usta piwem i je wypluwał, chcąc utrwalić słodowy smak w blednących i strzępiących się wspomnieniach. Musiało mu to wystarczyć na jakiś czas.

Wiedziałem, że nie zaryzykujesz picia tego – odezwał się Głos, który dobiegał z tego ciemnego miejsca z tyłu głowy Pielgrzyma.

Pielgrzym zamknął oczy. Nie dlatego, że zakłócono mu spokój – każde poczucie spokoju, które życzył sobie osiągnąć, byłoby jedynie złudzeniem, ponieważ Głos był zawsze przy nim i na zawsze miał tam pozostać. Był demonem, aniołem i sumieniem w jednym i nie było przed nim ucieczki.

Pielgrzym poprawił na ramieniu swój plecak, odwrócił się w prawo i ruszył w stronę alei, na której ukrył motocykl. Próbował zignorować czarnego kota podążającego w ślad za nim.

Nadal nas śledzi.

Starał się też w miarę możliwości ignorować Głos. Ten nie odzywał się do niego przez cały poranek, urażony czymś, co Pielgrzym powiedział. Albo czego nie powiedział. Pielgrzym nie miał pojęcia i nie bardzo go to obchodziło. Wymowna cisza była mu na rękę. Tak naprawdę miał nadzieję, że Głos będzie wdrażał tę taktykę częściej.

Zaraz będzie chciał jedzenia. Zapamiętaj moje słowa.

Złapali ten ogon niedługo po wejściu do miasta. Pielgrzym stwierdził, że kot był niegdyś udomowiony albo przynajmniej do niedawna przebywał w towarzystwie innych ludzi. Był zbyt przyjacielski, co nie mogło mu wyjść na dobre. Większość zwierząt nauczyła się do tej pory, że ludziom nie można już ufać. Wiedziały, że mają trzymać się z daleka albo wkrótce będą serwowane jako kebab. Ten kot nie rozumiał niebezpieczeństw i łaził za nim do sklepów, niemal deptał mu po piętach, odskoczył jedynie wtedy, gdy Pielgrzym wszedł na tylne podwórko baru. Zobaczył kopniętą psią miskę obok tylnych drzwi i niedbale skleconą budę postawioną w dalekim narożniku podwórka i stwierdził, że w okolicy nadal unosi się zapach dawnego właściciela tego obejścia. Kot rozpoznał swojego starego, a może nowego wroga.

Gdy Pielgrzym usiadł na stołku pośrodku drogi i rozkoszował się piwem, zdążył zupełnie zapomnieć o kocie. Dlatego kiedy ten wskoczył na maskę samochodu, wyciągnął broń, a jego palec już zaciskał się na spuście, zanim mężczyzna rozpoznał w małym, czarnym zwierzęciu swojego niedawnego prześladowcę.

Rzucił pod adresem kota przekleństwo czy dwa, ale zwierzak się tym nie speszył. Za nic miał sobie lufę pistoletu wycelowaną w jego głowę. Przez chwilę Pielgrzym rozważał, czy pociągnąć za spust. Odwiódł nawet kurek.

Kot wydał z siebie niskie, żałosne miauknięcie. Gapił się na niego żółtymi lampkami swoich oczu. Zdawały się świecić od środka, lśniące i nieruchome.

Zamiauczał znowu.

Pielgrzym wypuścił cicho powietrze, po czym ostrożnie wycofał kurek z powrotem i włożył broń do kabury.

– Nie byłbyś taki przylepny z dziurą w głowie.

Dźwięk jego głosu był zachętą, której kot potrzebował. Zanurkował do przodu, ocierając się o jego nogi i mrucząc, jak gdyby ktoś umieścił w jego małym ciele silniczek.

Utkniesz na dobre z tym parszywym sierściuchem – powiedział Głos.

– Mogę go najwyżej później zastrzelić – odrzekł Pielgrzym, pochylając się, by podrapać zwierzę za uchem.

Kot zatrzymał się, pochłeptał rozlane na asfalcie piwo. Jego różowy język poruszał się szybko. Kichnął cichutko, potrząsnął głową i pozwolił reszcie wyschnąć na słońcu. Pielgrzym nie winił zwierzęcia – także w jego ustach trunek zostawił nieprzyjemnie gorzki posmak.

O pewnych sprawach lepiej czasem po prostu zapomnieć.

Uśmiech poruszył kącikiem jego ust, gdy ujrzał jednoślad schowany za starym, zardzewiałym śmietnikiem. Motocykl był porysowany, miał kilka wgnieceń i pęknięć, ale chodził jak szwajcarski zegarek i służył mu już od ośmiu miesięcy. To o trzy dłużej niż jakikolwiek inny wcześniej. Wyciągnął go z ukrycia, dłonią ścierając linię kurzu ze spłowiałego zbiornika na paliwo. Przełożył nogę nad postrzępionym siedziskiem, silnik żywo zadudnił, wystarczyło przekręcić kluczyk i wcisnąć starter. Poprawił plecak na ramionach, tak by zawartość była dobrze rozłożona. Wydawał się cięższy niż w ostatnich tygodniach. Zdobył tu więcej zapasów, niż się spodziewał, ale nie zostało już nic przydatnego. Gnijące ciała pochowane w tylnych pomieszczeniach budynków, w garażach i piwnicach, większość poznaczona ranami, które ofiary zadały sobie samodzielnie. Marne to było towarzystwo.

Poza tym masz przecież mnie – powiedział Głos.

– Myślałem, że nie odzywasz się do mnie.

Tak było. Ale mam już dość czekania, aż wreszcie przeprosisz.

– Przeproszę? Niby za co?

No właśnie! Ty nawet nie wiesz, co zrobiłeś. A czekam już całą wieczność.

Pielgrzym przestał słuchać. Może faktycznie powinien rozważyć zostanie tutaj przez jakiś czas, oszczędzić trochę benzyny, zanim potrzeba zdobycia zapasów popchnie go naprzód.

Nie usiedzisz w jednym miejscu – powiedział Głos. – Obaj to wiemy. Poza tym jeżeli zostaniemy tu za długo, to licho wie, skąd weźmiemy następny posiłek albo więcej paliwa.

Nie chciał mu przyznawać racji, ale tym razem musiał, Głos trafił w sedno. Poza tym Pielgrzym wolał się poruszać. Lepiej żyć pod gołym niebem i z horyzontem w zasięgu wzroku niż z murami miasta wokół. Dzięki temu lepiej widział, co go czeka.

Wreszcie miejscowi nie będą zachwyceni, jeżeli tu zostaniemy. Jedynie kot zechciał nas miło powitać.

Oczy Pielgrzyma automatycznie powędrowały w kierunku kota. Chodził w tę i we w tę koło motoru, szukając bezpiecznego sposobu, by wspiąć się na niego.

Zabierz go – powiedział Głos. – Może posłuży nam później jako przekąska. Albo wymienimy go na coś przydatnego.

Pielgrzym odchrząknął.

A skoro już przy nim jesteśmy, można by go jakoś nazwać.

– Może i tak zrobię – odrzekł Pielgrzym.

Pochylił się i chwycił zwierzę za skórę na karku, po czym podniósł wysoko i usadził na baku przed sobą. Tylne łapy kota ślizgały się, dopóki nie oparł ich o uda kierowcy rozchylone w kształt litery V, tuż przy szwie krokowym dżinsów.

– Jeśli zobaczę choćby jeden pazur w pobliżu moich jaj, wylecisz stąd w podskokach.

Pielgrzym otworzył przepustnicę, obserwując reakcję kota na gardłowy ryk silnika. Zwierzę wydało z siebie krótkie, urwane miauknięcie, ale uspokoiło się prawie od razu.

Pielgrzym burknął i nałożył okulary przeciwsłoneczne, które miał zawieszone na szyi. Jak zawsze świat stawał się dużo bardziej znośny, kiedy było trochę ciemniej. Następnie uniósł zakurzoną chustę i przewiązał ją ciasno nad nosem. Siedział tak z zamkniętymi oczyma, chłonąc ciepło tego dnia jak jakaś jaszczurka i ogrzewając się przez chwilę. Głęboko wciągnął powietrze przez bawełniany materiał przy ustach, motor wibrował pod nim kojąco. Wolno odliczył do piętnastu – zawsze uważał tę liczbę za dobrą – po czym piętą złożył boczną nóżkę, wrzucił bieg i obrócił maszynę w stronę słońca.

Niewiele było wokół do oglądania. Pielgrzym skupił się na drodze, na horyzoncie. Patrzył na opuszczone samochody i na miejsca, gdzie ktoś mógł zastawić na niego pułapkę. Wypatrywał ostrych przedmiotów na asfalcie, które rozkładano, by dziurawiły opony. Na kilka rzeczy należało zwracać uwagę (przykładowo na znaki kierujące do supermarketów, stacji benzynowych, aptek, szpitali, a nawet bibliotek), ale ogólnie rzecz biorąc, nie zajmowało go nic poza tymi kilkoma miejscami i obawą przed tym, że ktoś pozbawi go cennego ładunku albo nawet życia (teraz ta troska obejmowała chyba również kota).

Wtem zauważył dziewczynę.

Była jeszcze ładny kawałek od niego, ale już teraz stanowiła wyraźną kolorową plamę, która rzucała się w oczy. Mimo to jej widok wzbudził w nim niewielkie zainteresowanie.

Nastolatka siedziała na składanym krześle rozstawionym na poboczu. Obok stał ręcznie robiony znak z namalowanym napisem „Świeża lemoniada na sprzedaż. Pij albo spływaj”. Wokół ktoś pięknie namalował zielone pnącza oplatające litery, a w rogach reklamy widniały duże, żółte cytryny.

Ciekawość – odezwał się Głos z tyłu głowy. – Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

G.X. Todd

POLOWANIE

Drugi tom serii „Głosy” to pozycja obowiązkowa dla fanów Neila Gaimana, Clive’a Barkera i Stephena Kinga.

Mężczyzna prowadzony przez Głos, który nie należy do niego, podąża w ślad za dziewczyną, powoli tracąc zmysły. Łowy się zaczęły, a jej od jakiegoś czasu nikt już nie broni.

W gospodzie nad morzem chłopak bez języka i Głosu zbiera swoich wojowników. Albus musi znaleźć Lacey, zanim ta padnie ofiarą polowania, i dokończyć dzieło, które zaczęła jego siostra, Ruby.

G.X. Todd

Przeciętny wzrost.

Przeciętna inteligencja.

Wybitna wyobraźnia.

Pochodząca z Wielkiej Brytanii pisarka i mobilna bibliotekarka. Na swoim blogu i w mediach społecznościowych pisze głównie o książkach, graniu na PlayStation 4, redagowaniu książek i nieoglądaniu światła słonecznego przez całe dnie, ale także o konstrukcjach z klocków Lego, filmach, muzyce, dietach (które ignoruje), zdrowych nawykach (których nie stosuje) i wycieczkach po Stanach Zjednoczonych.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Cytat

Notka

List numer 24

CZĘŚĆ PIERWSZA: Mężczyzna, który był Pielgrzymem

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

CZĘŚC DRUGA: Dziewczyna, która słyszała Głosy

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

CZĘŚĆ POMIĘDZY: Człowiek, który był Łazarzem

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

CZĘŚĆ TRZECIA: Dziewczyna, która się odnalazła, i mężczyzna, który nie potrafił się odnaleźć

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

CZĘŚĆ CZWARTA: Człowiek, który zatonął

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

CZĘŚĆ OSTATNIA: Dziewczyna, która stała się Pielgrzymem

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Podziękowania

Źródła

Reklama

G.X. Todd

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Defender

Copyright © 2017 G X Todd

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek

formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także

fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem

nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2017

Projekt okładki: © Mariusz Banachowicz

Zdjęcie: © Stokkete/Shutterstock

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Dorota Wojciechowska

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-267-2

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Redaktor prowadzący serii: Adrian Tomczyk

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Obrońca 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów Doreen