Pięć razy o przekładzie

Pięć razy o przekładzie

Autorzy: Małgorzata Łukasiewicz

Wydawnictwo: Karakter

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.55 zł

Eseje wybitnej tłumaczki na temat kilku podstawowych kwestii związanych z przekładem: czym jest przekład i jakie są z niego pożytki? Jak mówi się o przekładzie i roli tłumacza – i co z tego wynika? Na czym polega autonomia przekładu? Jak tłumacze, wydawcy i czytelnicy obchodzą się z obcością? Co myślenie o przekładzie wnosi do myślenia o literaturze?

Odwołując się do historii literatury, opowieści innych tłumaczy oraz własnych doświadczeń, autorka opowiada o dylematach i paradoksach pracy tłumacza, a także o tym, jak czytać przekłady i czym może być literatura. Inspirująca, błyskotliwa i pięknie napisana książka.

Teksty powstały w ramach cyklu wykładów współorganizowanych przez festiwal Odnalezione w Tłumaczeniu i Uniwersytet Jagielloński. W 2017 roku festiwal odbywa się w Gdańsku w dniach 6-8 kwietnia. Współwydawcą książki jest Instytut Kultury Miejskiej.

Spis tre­ści

Od au­tor­ki

I. Po co prze­kład

II. Sztam­buch tłu­ma­cza

III. Czy­ta­nie, pi­sa­nie, tłu­ma­cze­nie

IV. Kto się boi ob­co­ści

V. Li­te­ra­tu­ra z per­spek­ty­wy prze­kła­du

I. Po co prze­kład

Za­cznę od przy­to­cze­nia aneg­do­ty:

„W cza­sie po­przed­nie­go week­en­du roz­ma­wia­łem z pew­nym dość na­dę­tym orien­ta­li­stą i gdy w na­szej po­ga­węd­ce za­pa­dła na chwi­lę me­ta­fi­zycz­na i brze­mien­na ci­sza, po­zwo­li­łem so­bie na­po­mknąć, że mój młod­szy bra­ci­szek po­cie­szył się kie­dyś po za­wo­dzie ser­co­wym, tłu­ma­cząc Mun­da­ka Upa­ni­szad na kla­sycz­ny grec­ki ję­zyk. (Za­śmiał się grom­ko – wiesz, jak się śmie­ją orien­ta­li­ści)”1.

Mun­da­ka to jed­na z ka­no­nicz­nych upa­ni­szad, sta­ro­in­dyj­skich tek­stów fi­lo­zo­ficz­nych, wień­czą­cych Wedy. Cy­tat po­cho­dzi z książ­ki Sa­lin­ge­ra Fran­ny i Zoo­ey. Się­gnę­łam po fik­cyj­ną aneg­dot­kę, aby wpro­wa­dzić te­mat wiel­kiej wagi, mia­no­wi­cie sens tłu­ma­cze­nia. Dla­cze­go się tłu­ma­czy? Po co prze­kład? Funk­cjo­na­li­stycz­na eko­no­mia po­trzeb od­po­wia­da: po to, by ci, któ­rzy nie zna­ją tego czy owe­go ję­zy­ka, mo­gli czy­tać li­te­ra­tu­rę pi­sa­ną w tym ję­zy­ku. Ja­sne, prze­kła­dy peł­nią tę funk­cję i jako czy­tel­ni­cy, nie­wła­da­ją­cy wszyst­ki­mi ję­zy­ka­mi świa­ta, je­ste­śmy za to tłu­ma­czom wdzięcz­ni. Jed­nak taka od­po­wiedź nie może nas usa­tys­fak­cjo­no­wać. Bo czy do­praw­dy moż­na trak­to­wać prze­kład wy­łącz­nie jako pod­pór­kę albo pro­te­zę, usłu­gę świad­czo­ną nie-po­li­glo­tom? Prze­czy­ły­by temu co naj­mniej wy­zna­nia i ko­men­ta­rze sa­mych tłu­ma­czy, co wpraw­dzie, jako świa­dec­two stron­ni­cze i nie­obiek­tyw­ne, mo­gło­by ko­muś nie wy­star­czać. Prze­czy­ły­by temu jed­nak rów­nież roz­wa­ża­nia na­tu­ry lin­gwi­stycz­nej, li­te­ra­tu­ro­znaw­czej, re­li­gij­nej, fi­lo­zo­ficz­nej, któ­re od po­cząt­ku to­wa­rzy­szą tłu­ma­cze­niu. Naj­waż­niej­szych ar­gu­men­tów do­star­cza chy­ba jed­nak ana­li­za sa­mej prak­ty­ki prze­kła­do­wej. W dal­szym cią­gu po­sta­ram się przed­sta­wić wię­cej i po­waż­niej­szych do­wo­dów, świad­czą­cych o tym, że za­rów­no mo­ty­wy pra­cy tłu­ma­cza, jak pły­ną­ce z niej po­żyt­ki by­wa­ją bar­dzo róż­ne i nie miesz­czą się w ką­ci­ku do­bro­ci dla nie­zna­ją­cych ję­zy­ka ob­ce­go.

Pierw­szym ma­te­ria­łem do­wo­do­wym niech bę­dzie Psał­terz Da­wi­dów, dzie­ło Jana Ko­cha­now­skie­go, po­etyc­ka pa­ra­fra­za sta­ro­te­sta­men­to­wej Księ­gi Psal­mów. „Pa­ra­fra­za” to okre­śle­nie sto­so­wa­ne współ­cze­śnie, na stro­nie ty­tu­ło­wej pier­wo­dru­ku wid­nie­je for­mu­ła: „Psał­terz Da­wi­dów prze­kła­da­nia Jana Ko­cha­now­skie­go”. Tę kwe­stię – stop­ni od ad­ap­ta­cji przez pa­ra­fra­zę do prze­kła­du – chwi­lo­wo po­mi­ja­my. Po­mi­ja­my też dłu­gą dro­gę, jaką prze­szły psal­my od źró­deł he­braj­skich przez prze­kła­dy na gre­kę, a po­tem na ła­ci­nę. Ko­cha­now­ski za pod­sta­wę przy­jął Wul­ga­tę (wów­czas nie­daw­no, bo w 1546 roku, na so­bo­rze try­denc­kim uzna­ną za wła­ści­wy tekst Pi­sma świę­te­go). Wia­do­mo jed­nak, że ko­rzy­stał też z cza­so­wo bliż­szych so­bie pa­ra­fraz ła­ciń­skich, opar­tych na tek­ście he­braj­skim. Z ko­lei Psał­terz Ko­cha­now­skie­go stał się źró­dłem waż­nych re­mi­ni­scen­cji dla wer­sji li­tew­skiej, ru­muń­skiej, ru­skiej, co pięk­nie świad­czy o mię­dzy­na­ro­do­wym roz­ma­chu ów­cze­snej fi­lo­lo­gii.

Naj­pierw zwróć­my uwa­gę na szcze­gól­ną, asy­me­trycz­ną re­la­cję, za­cho­dzą­cą w tam­tych cza­sach mię­dzy ła­ci­ną a ję­zy­kiem pol­skim. Eu­ro­pa śre­dnio­wiecz­na na co dzień po­ro­zu­mie­wa­ła się, a tak­że ukła­da­ła opo­wie­ści i pie­śni w ję­zy­kach lu­do­wych, gmin­nych, zwa­nych wer­na­ku­lar­ny­mi. Ale za­pis, ko­dy­fi­ka­cja ust­ne­go prze­ka­zu wy­ma­ga­ła uży­cia ła­ci­ny – prze­kła­du z ję­zy­ka miej­sco­we­go na ła­ci­nę i tym sa­mym prze­kła­du z mowy na pi­smo.

Za­tem ła­ci­na nie była wte­dy na zie­miach pol­skich ję­zy­kiem ob­cym w tym sen­sie, w ja­kim cu­dzą, inną, obcą mową był na przy­kład fran­cu­ski i inne ję­zy­ki na­ro­do­we. Nie sy­tu­owa­ła się, by tak rzec, obok, po są­siedz­ku i rów­no­rzęd­nie – przy­słu­gi­wa­ło jej wyż­sze miej­sce. Było do niej i bli­żej, i da­lej. Da­lej, bo nie przed­sta­wia­ła się jako ję­zyk oj­czy­sty, przy­swa­ja­ny od uro­dze­nia, w na­tu­ral­nym oto­cze­niu, w ra­mach ele­men­tar­nej so­cja­li­za­cji; trze­ba było się jej na­uczyć. Bli­żej, po­nie­waż za­zna­cza­ła swo­ją obec­ność na zie­miach pol­skich jako ję­zyk pra­wa, re­li­gii, in­sty­tu­cji wła­dzy, ję­zyk uczo­nych i li­te­ra­tów. I była czymś wię­cej niż tyl­ko sys­te­mem ję­zy­ko­wym, bo mie­ści­ła w so­bie cały świat doj­rza­łej kul­tu­ry du­cho­wej, po­li­tycz­nej, li­te­rac­kiej. Trze­ba było się do niej wspi­nać, pod­cią­ga­jąc miej­sco­wy ję­zyk do wyż­szych stan­dar­dów. Otwie­ra­ła do­stęp do klu­bu na­cji kul­tu­ral­nych. Ro­dzi­me aspi­ra­cje wy­ra­ża­ły się mię­dzy in­ny­mi w się­ga­niu po do­bra po­wszech­ne – an­tycz­ne i chrze­ści­jań­skie – a mia­rą wła­sne­go wy­ro­bie­nia kul­tu­ral­ne­go była zdol­ność przy­swa­ja­nia uni­wer­sal­ne­go dzie­dzic­twa. „Ja tedy, Po­la­kiem bę­dąc, ży­czył­bym tego na­ro­do­wi swe­mu, żeby mię­dzy tymi ludź­mi, co je Bar­ba­ros zową, po­czy­tan nie był, i dla­te­go, gdzie mogę, po­da­ję tego lu­dziom, żeby pol­skim ję­zy­kiem rze­czy te pi­sa­li, któ­re są abo w grec­kim, abo w ła­ciń­skim ję­zy­ku” – tak for­mu­ło­wał to Łu­kasz Gór­nic­ki2.

Prze­kład jako dźwi­gnia ro­dzi­mej kul­tu­ry nie był zresz­tą wy­na­laz­kiem hu­ma­ni­stów re­ne­san­su. Sta­ro­żyt­ny Rzym za­czy­nał po­dob­nie – pierw­szy zna­ny nam z imie­nia po­eta rzym­ski o grec­kim ro­do­wo­dzie, Li­wiusz An­dro­ni­kus, prze­ło­żył w III wie­ku p.n.e. na ła­ci­nę Ody­se­ję, sto­su­jąc wiersz sa­tur­nij­ski jako od­po­wied­nik hek­sa­me­tru, a te­atro­wi rzym­skie­mu do­star­czył prze­kła­dów albo ad­ap­ta­cji grec­kich ko­me­dii i tra­ge­dii.

Od cze­go się za­czy­na hi­sto­ria tłu­ma­cze­nia na ję­zyk pol­ski? Prze­kła­da się Bi­blię, au­to­rów sta­ro­żyt­nych, pi­sma teo­lo­gicz­ne, trak­ta­ty po­li­tycz­no-praw­ne, a obok tego so­wi­zdrzal­skie fa­ce­cje i Roz­mo­wy, któ­re miał król Sa­lo­mon z Mar­choł­tem gru­bym a spro­śnym. Znacz­ną część sta­no­wią dzie­ła nie­za­słu­gu­ją­ce na mia­no ob­cych w ści­słym sen­sie, prze­ciw­nie – cho­dzi o tek­sty za­ło­ży­ciel­skie, któ­rych zna­cze­nie jest po­wszech­nie zna­ne i uzna­wa­ne, po­nie­waż sta­no­wią wspól­ne źró­dło i pod­sta­wę kul­tu­ry. Na­kła­da­ją się tu na sie­bie dwa pro­ce­sy: awans pol­sz­czy­zny jako ję­zy­ka li­te­rac­kie­go, słu­żą­ce­go ro­dzi­mej twór­czo­ści, i jako ję­zy­ka zdol­ne­go wspiąć się na wy­ży­ny uni­wer­sal­ne­go ka­no­nu. To­wa­rzy­szą tym prze­kła­dom dys­ku­sje teo­lo­gicz­ne, re­for­ma­cyj­ne spo­ry o po­li­ty­kę wy­zna­nio­wą i kry­ty­ka fi­lo­lo­gicz­na. Dwo­rza­nin pol­ski Łu­ka­sza Gór­nic­kie­go, ad­ap­ta­cja Il cor­te­gia­no Ca­sti­glio­ne­go, do dziś jest po­żyw­ką dla trans­la­to­lo­gicz­nych dys­ku­sji o prze­szcze­pach ob­cej kul­tu­ry na ro­dzi­my grunt.

I dru­gie py­ta­nie: dla kogo się prze­kła­da? Wśród po­ten­cjal­nych od­bior­ców prze­wa­ża­ją lu­dzie wy­kształ­ce­ni, zna­ją­cy ła­ci­nę, cza­sem też gre­kę, bywa, że i wło­ski. Au­to­rzy prze­kła­dów są tego świa­do­mi. Łu­kasz Gór­nic­ki we wstę­pie do Dwo­rza­ni­na oświad­cza: „komu się ten mój Dwo­rza­nin po­do­bać nie bę­dzie, oto ma Cor­te­gia­na wło­skie­go, któ­re­go moja pol­sz­czy­zna na­mniej nie ze­pso­wa­ła; nie­chaj­że go ku sma­ku swe­mu prze­ło­ży”3.

Ksiądz Jan Ja­nu­szow­ski, tłu­macz Bes­sa­rio­na, w przed­mo­wie do czy­tel­ni­ka pi­sze:

„Wy­da­jąc Bes­sa­ry­jo­na po pol­sku, zda­ło mi sie za­raz przy tym­że wy­dać i tekst ła­ciń­ski, od ła­ciń­skie­go au­to­ra na wie­lu miej­scach po­pra­wio­ny, a to ze dwu miar. Na­przód, aby Czy­tel­nik Ła­ska­wy, czy­ta­jąc go po pol­sku, oraz mógł i ła­ciń­skie­mu się przy­pa­tro­wać, je­śliż sie gdzie cze­go nie uchy­bi­ło albo cze­mu nie do­go­dzi­ło. Dru­ga, po­nie­waż wy­kład [prze­kład] koż­dy jest trud­ny, a w ję­zy­ku pol­skim tym trud­niej­szy z tej mia­ry, że w sło­wa jest ba­rzo ubo­gi”4.

I da­lej skar­ży się, że nie ma jak prze­ło­żyć na pol­ski ter­mi­nów ta­kich jak: in­di­vi­du­um, no­tio, ens, en­ti­tas, iden­ti­tas. Jak dzi­siaj ła­two stwier­dzić, „in­dy­wi­du­um” przy­ję­ło się jako ter­min fi­lo­zo­ficz­ny, a – co za­baw­ne – obie­go­wo, na przy­kład w wy­ra­że­niu „po­dej­rza­ne in­dy­wi­du­um”, zy­ska­ło lek­ki na­lot ob­raź­li­wy; iden­tycz­ność roz­go­ści­ła się w po­tocz­nym słow­nic­twie, pod­czas gdy w fi­lo­zo­fii albo an­tro­po­lo­gii mówi się ra­czej o „toż­sa­mo­ści”; dla no­tio, ens, en­ti­tas usta­li­ły się od­po­wied­ni­ki rdzen­nie pol­skie. Ja­koś so­bie po­ra­dzi­li­śmy, bra­ki zo­sta­ły nad­ro­bio­ne.

U Gór­nic­kie­go od­zy­wa się ra­czej zu­chwa­ły ton wy­zwa­nia, u Ja­nu­szow­skie­go po­kor­na go­to­wość do ob­na­ża­nia uste­rek pra­cy. Obaj jed­nak zwra­ca­ją się do człon­ków hu­ma­ni­stycz­ne­go ce­chu, po­dob­nie wy­edu­ko­wa­nych, mo­gą­cych rów­nie do­brze czy­tać prze­tłu­ma­czo­ne dzie­ło w ory­gi­na­le. Tyl­ko oni prze­cież mo­gli pod­jąć wy­zwa­nie, wy­ty­kać błę­dy albo za­bie­rać głos w dys­ku­sjach nad sta­nem pol­sz­czy­zny. Prze­kład ist­nie­je więc w bez­po­śred­nim związ­ku z ory­gi­na­łem, nie­ja­ko do­łą­cza do nie­go, by­naj­mniej go nie wy­pie­ra i nie za­stę­pu­je.

Zaj­mij­my się Psał­te­rzem Da­wi­do­wym, któ­ry szczę­śli­wie łą­czy w so­bie ran­gę utwo­ru ory­gi­nal­ne­go i zna­ko­mi­tość li­te­rac­ką w pol­sz­czyź­nie.

Psał­terz Da­wi­dów, wy­da­ny w 1579 roku w Ofi­cy­nie Ła­za­rzo­wej w Kra­ko­wie, oka­zał się, mó­wiąc po dzi­siej­sze­mu, be­st­sel­le­rem. Już czte­ry lata póź­niej wy­szło spod pra­sy tej­że ofi­cy­ny na­stęp­ne wy­da­nie, do 1641 roku uka­za­ło się łącz­nie dwa­dzie­ścia kil­ka edy­cji. O licz­bie eg­zem­pla­rzy nie mamy da­nych. Prócz dru­ków spo­rzą­dza­no też ko­pie rę­ko­pi­śmien­ne. W 1580 roku Mi­ko­łaj Go­mół­ka skom­po­no­wał mu­zy­kę do psal­mów, co wal­nie wzmo­gło ich po­pu­lar­ność, za­rów­no wśród ka­to­li­ków, jak i pro­te­stan­tów, śpie­wa­no je w ko­ścio­łach i zbo­rach, tak­że w do­mach pry­wat­nych; nie­któ­re do dziś fi­gu­ru­ją w śpiew­ni­kach.

O bliż­szych oko­licz­no­ściach pra­cy nad Psał­te­rzem wie­my nie­wie­le. Kil­ka zdań w li­ście do Sta­ni­sła­wa Fo­gel­we­de­ra to je­dy­ny wła­sny ko­men­tarz Ko­cha­now­skie­go, ja­kim dys­po­nu­je­my. Mowa tam o dwóch bo­gi­niach, któ­re mu się zwi­du­ją przy pra­cy: ne­ces­si­tas cla­vo tra­ba­les et cu­ne­os manu ge­stas ahe­na oraz po­eti­ca, ne­scio quid blan­dum spi­rans5. Pierw­sza re­pre­zen­tu­je obo­wią­zek wier­no­ści ory­gi­na­ło­wi i re­gu­łom sztu­ki; dru­ga – nie­uchwyt­ny i nie­sko­dy­fi­ko­wa­ny udział pięk­na w po­ezji. Resz­tę, czy­li inne na­su­wa­ją­ce się w toku pra­cy za­gad­nie­nia i spo­so­by ich roz­wią­zy­wa­nia, mo­że­my tyl­ko wy­łu­skać z sa­me­go prze­kła­du.

Do tłu­ma­cze­nia psal­mów Ko­cha­now­ski przy­stą­pił jako twór­ca już doj­rza­ły, zna­ny i ce­nio­ny, au­tor fra­szek, pie­śni, hym­nu Cze­go chcesz od nas, Pa­nie. I do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę ze swo­ich osią­gnięć, sko­ro de­dy­ku­jąc Psał­terz Mysz­kow­skie­mu, użył słów:

[…] żem się rymy swy­mi

Wa­żył ze­trzeć z po­ety co zna­ko­mit­szy­mi

I wdar­łem się na ska­łę pięk­nej Ka­li­jo­py,

Gdzie do­tych­miast nie było zna­ku pol­skiej sto­py.

A w na­stęp­nej stro­fie do sze­re­gu tych trium­fów do­łą­cza pra­cę nad Psał­te­rzem:

I te­raz ci z Li­ba­nu nio­sę Da­wi­do­we

Zło­te gę­śli, a przy nich pol­skie pie­śni nowe:

Psał­te­rza pięć ksią­że­czek […].

Prze­kład jest więc ty­tu­łem do chwa­ły na rów­ni z twór­czo­ścią wła­sną. Wię­cej – prze­kład daje mia­rę, za­świad­cza, że au­tor po­tra­fił na­giąć ro­dzi­my ję­zyk do wy­mo­gów, ja­kie sta­wia twór wyż­szej kul­tu­ry. Pol­sz­czy­zna w ręku po­ety oka­za­ła się do­sta­tecz­nie gięt­ka i bo­ga­ta, żeby sku­tecz­nie mie­rzyć się z wiel­kim dzie­dzic­twem.

Psal­my były ko­lo­sal­nym wy­zwa­niem. Ko­cha­now­skie­go dzie­lił od twór­ców ory­gi­nal­nych dy­stans co naj­mniej dwóch ty­siąc­le­ci, od ła­ciń­skie­go prze­kła­du świę­te­go Hie­ro­ni­ma – dy­stans je­de­na­stu wie­ków, prze­paść ję­zy­ko­wa, róż­ni­ce kul­tu­ro­we. Ma­te­ria psal­mów – wie­lo­wąt­ko­wy, zróż­ni­co­wa­ny for­mal­nie ad­res czło­wie­ka do Boga – wy­ma­ga­ła nie­bo­tycz­nej in­wen­cji in­te­lek­tu­al­nej i fi­lo­lo­gicz­nej. Trze­ba było środ­ka­mi ję­zy­ka pol­skie­go do­brać się do dzie­dzi­ny, w któ­rą się do­tąd nie za­pusz­czał: do za­świa­tów in­tu­icji me­ta­fi­zycz­nych. Trze­ba było dla ukła­du wer­se­tów, wła­ści­we­go tra­dy­cji he­braj­skiej czy ła­ciń­skiej, zna­leźć od­po­wied­nik opar­ty na sys­te­mie sy­la­bicz­nym i ry­mach. Trze­ba było roz­strzy­gnąć: szcze­pi­my na ro­dzi­mej tkan­ce ję­zy­ko­wej kon­struk­cje he­braj­skie albo ła­ciń­skie oraz eg­zo­tycz­ne ob­ra­zo­wa­nie czy wpro­wa­dza­my swoj­skie za­mien­ni­ki. Wszyst­ko to zmu­sza­ło do kar­ko­łom­nych de­cy­zji i wią­za­ło się z po­tęż­ną ope­ra­cją na pol­sz­czyź­nie. Ba­da­cze pod­kre­śla­ją, że Ko­cha­now­ski nie trzy­mał się nie­wol­ni­czo jed­nej kon­cep­cji prze­kła­do­wej i na­wet gdy kie­ro­wał się wzo­ra­mi usta­no­wio­ny­mi przez po­przed­ni­ków, do­ko­ny­wał mię­dzy nimi wy­bo­rów we­dług wła­sne­go uzna­nia6.

Na jed­ną spra­wę war­to w na­szym kon­tek­ście zwró­cić uwa­gę. Dla psal­mów mia­no­wi­cie cha­rak­te­ry­stycz­ne są po­wta­rza­ją­ce się, spe­try­fi­ko­wa­ne wy­ra­że­nia – na­le­ży do nich mię­dzy in­ny­mi sta­ro­te­sta­men­to­we imię Boga Jah­we Ce­wa­ot, co Wul­ga­ta tłu­ma­czy jako Do­mi­nus vir­tu­tum, w prze­kła­dzie Wuj­ka Pan Za­stę­pów. To wy­ra­że­nie wy­stę­pu­je w psal­mach pięt­na­ście razy, w tym sa­mym kształ­cie. Tym­cza­sem Ko­cha­now­ski od­da­je je na wie­le róż­nych spo­so­bów, na przy­kład: Pan za­stę­pów; Pan, któ­ry za­stę­py wład­nie; moc­ny Pa­nie; wiecz­ny Boże, któ­ry wład­niesz za­stę­py moc­ny­mi; nie­zwal­czo­ny Pa­nie; moż­ny Pa­nie; Boże nasz, u któ­re­go w ręku wszyst­ki boje; Boże nie­zwy­cię­żo­ny; Boże wła­do­gro­my7. Taka roz­ma­itość wy­da­je się ry­zy­kow­na w przy­pad­ku imion czy atry­bu­tów Bo­żych, chro­nio­nych przez dok­try­nę i tra­dy­cję. Po­nad­to wy­da­je się sprzecz­na z eko­no­mi­ką pra­cy tłu­ma­cza – je­śli już raz wpa­dli­śmy na za­do­wa­la­ją­ce roz­wią­za­nie, to się go trzy­maj­my, aby oszczę­dzić so­bie dal­szych tru­dów i de­cy­zji.

A oto przy­kład jesz­cze bar­dziej ja­skra­wy. Psal­my idą nie­kie­dy za for­mą li­tur­gii zbio­ro­wej, gdzie głos pro­wa­dzą­ce­go mo­dły prze­pla­ta się z re­spon­so­ria­mi. W psal­mie 136 „Chwal­cie Pana…” u koń­ca każ­de­go wer­se­tu po­ja­wia się iden­tycz­ny zwrot: qu­oniam in aeter­num mi­se­ri­cor­dia Eius, u Wuj­ka: „bo na wie­ki mi­ło­sier­dzie Jego”, w Bi­blii Ty­siąc­le­cia: „bo Jego ła­ska na wie­ki”, i ten re­fren po­wta­rza się dwa­dzie­ścia sześć razy. Otóż Ko­cha­now­ski za każ­dym ra­zem od­da­je ów re­fren ina­czej; je­dy­nie w pierw­szym i w ostat­nim wer­se­cie uży­wa tej sa­mej for­mu­ły. Czy­li – od­cho­dzi od za­sad­ni­czej struk­tu­ry ory­gi­na­łu. Prze­cież nie dla­te­go, że nie roz­po­znał li­ta­nij­ne­go wzor­ca, bo ten czy­tel­ny jest na pierw­szy rzut oka, tym bar­dziej dla ta­kie­go eru­dy­ty fi­lo­lo­ga, ja­kim był Ko­cha­now­ski. Mu­sia­ła to być świa­do­ma, prze­my­śla­na de­cy­zja. Je­rzy Zio­mek, któ­ry ak­cen­tu­je pry­mat stro­ny li­rycz­nej Psał­te­rza nad stro­ną kul­to­wą, stwier­dza w każ­dym ra­zie:

„Ro­zu­mie­my do­brze pa­sję Ko­cha­now­skie­go, któ­ry chciał z ję­zy­ka pol­skie­go uczy­nić gięt­kie i po­słusz­ne na­rzę­dzie. Nie są to […] «sztucz­ki for­mal­ne», lecz swe­go ro­dza­ju «etiu­da» for­mal­na, pró­ba sił, chęć po­ka­za­nia, do cze­go jest zdol­ny po­eta pa­nu­ją­cy nad two­rzy­wem”8.

Za­miast jed­no­kształt­nych re­fre­nów mamy dłu­gi, li­czą­cy dwa­dzie­ścia pięć po­zy­cji sze­reg wa­rian­tów, bli­sko­znacz­nych, ale prze­cież od­mien­nych. Wer­sja ła­ciń­ska za­pew­nia o wiecz­nym trwa­niu mi­ło­sier­dzia (albo ła­ski). Ko­cha­now­ski – może w na­wią­za­niu do teo­lo­gii apo­fa­tycz­nej ­– woli po­słu­żyć się fi­gu­rą do­bit­nej li­to­ty: prze­waż­nie uży­wa for­my za­prze­czo­nej, ne­gu­je moż­li­wość gra­nic. Po­nad­to wpro­wa­dza wy­ra­że­nia, któ­re mogą od­no­sić się do wiecz­no­ści, ale tak­że do bez­kre­snej prze­strze­ni, do nie­skoń­czo­ne­go trwa­nia i nie­ustan­ne­go dzia­ła­nia. W re­zul­ta­cie skła­da się to na ob­raz roz­pę­dzo­ne­go ko­smo­su, wy­peł­nio­ne­go nie­wy­czer­pa­ną siłą – zde­cy­do­wa­nie moc­niej­szy niż w Wul­ga­cie.

Bo Jego mi­ło­sier­dzia nie za­gi­ną dro­gi

Bo on w swym mi­ło­sier­dziu ni­g­dy nie­prze­bra­ny

Bo ża­den wiek li­to­ści Jego nie prze­bie­rze

Bo swe­mu mi­ło­sier­dziu kre­su nie po­sta­wił

Bo koń­ca ni­g­dy Pań­skiej nie bę­dzie li­to­ści

Bo Pań­skie do­bro­dziej­stwo nie jest okrą­żo­ne

[…]

Wy­glą­da to tak, jak gdy­by ktoś upo­rczy­wie po­szu­ki­wał traf­ne­go wy­ra­zu dla opi­sa­nia bez­mia­ru Bo­że­go mi­ło­sier­dzia, wy­naj­dy­wał i wy­pró­bo­wy­wał wciąż inne spo­so­by. Albo wprost – jak­by ukła­dał słow­nik sy­no­ni­mów. I roz­ko­szo­wał się tym bo­gac­twem roz­wią­zań. I może uznał, że wła­śnie roz­ma­itość wy­ra­zu da naj­lep­sze po­ję­cie o nie­skoń­czo­no­ści mi­ło­sier­dzia. I może na­wet – je­śli wol­no po­su­nąć się do tak po­ufa­łe­go do­mnie­ma­nia – uwa­żał, że Bóg chce, by nie za­prze­sta­wać wy­sił­ków i wy­sła­wiać Go co­raz to ina­czej.

Ale po­pa­trz­my też od in­nej stro­ny. Czy w mia­rę od­sła­nia­nia się ko­lej­nych li­ni­jek, da­ją­cych co­raz to inne roz­wią­za­nie ory­gi­nal­nej for­mu­ły, nie przyj­dzie nam do gło­wy, że w tej li­ta­nii za­wie­ra się jesz­cze inny sens, za­szy­fro­wa­ny? Moż­na po­wie­dzieć tak, i jesz­cze tak, i jesz­cze ina­czej – li­sta wy­dłu­ża się, zda­wa­ło­by się, bez koń­ca. Bo­ski atry­but nie­po­strze­że­nie prze­no­si się na in­wen­cję po­ety tłu­ma­cza, któ­ry w nie­skoń­czo­ność po­mna­ża moż­li­wo­ści eks­pre­sji.

A dla­cze­go w ogó­le o tym mó­wi­my? Czy dy­le­ma­ty i trium­fy Ko­cha­now­skie­go mają ja­kieś prze­ło­że­nie na na­sze cza­sy i pro­ble­my? Re­spu­bli­ca lit­te­ra­ria daw­no się skoń­czy­ła. Tłu­ma­czy się dzie­ła po­wsta­łe w in­nym ję­zy­ku, aby mo­gły prze­mó­wić do czy­tel­ni­ków, któ­rzy tego ję­zy­ka nie zna­ją. A na­wet je­śli zna­ją – za­zwy­czaj po­prze­sta­ną na prze­kła­dzie. Prze­kład, wy­da­ny tu, na miej­scu, le­żą­cy na la­dzie w księ­gar­ni, na pół­ce w bi­blio­te­ce, za­wsze jest ła­twiej do­stęp­ny. Ję­zy­ki gmin­ne i bar­ba­rzyń­skie, od­po­wied­nio wy­gim­na­sty­ko­wa­ne, na­bra­ły szli­fu, okrze­pły w ję­zy­ki na­ro­do­we, ob­ro­sły w wy­bit­ne dzie­ła. Za­miast osi pio­no­wej, to zna­czy li­nii awan­su wio­dą­cej przez prze­kła­dy kla­sycz­ne­go ka­no­nu, mamy roz­ga­łę­zio­ną sieć prze­kła­dów wza­jem­nych, part­ner­skich, w osi po­zio­mej. Sy­tu­acja przed­sta­wia się więc cał­kiem ina­czej. Jed­nak się­gnię­cie do daw­nych spraw po­zwa­la wy­do­być coś, co dla prze­kła­du jako ta­kie­go jest bar­dzo waż­ne, a nie dość wi­docz­ne – twór­czą pra­cę nad ję­zy­kiem.

Jak po­wie­dzia­no, o mo­ty­wa­cjach i ce­lach, któ­re przy­świe­ca­ły Ko­cha­now­skie­mu, wia­do­mo nie­wie­le. Ale oto bieg rze­czy usłuż­nie pod­su­wa nam sy­tu­ację w pew­nej mie­rze ana­lo­gicz­ną. Na świe­cie ist­nie­je sześć–sie­dem ty­się­cy ję­zy­ków. Z tego zna­ko­mi­ta więk­szość to ję­zy­ki mniej­szo­ścio­we. Z tego z ko­lei część za­gro­żo­na jest wy­mar­ciem: we­dług sta­ty­styk co dwa ty­go­dnie gi­nie ja­kiś ję­zyk, to zna­czy umie­ra ostat­ni czło­wiek, któ­ry umiał się da­nym ję­zy­kiem po­słu­gi­wać. Część zaś jest za­gro­żo­na mar­gi­na­li­za­cją, ogra­ni­cza się do ob­słu­gi­wa­nia tyl­ko drob­ne­go i co­raz mniej­sze­go wy­cin­ka ży­cia. Pró­bu­je się temu na róż­ne spo­so­by prze­ciw­dzia­łać, a wy­sił­kom tym przy­świe­ca­ją roz­ma­ite mo­ty­wy na­tu­ry spo­łecz­nej, po­li­tycz­nej, na­uko­wej itd. Wspo­mnę tyl­ko o jed­nej ini­cja­ty­wie z pol­skie­go po­let­ka. Otóż parę lat temu Sto­wa­rzy­sze­nie Osób Na­ro­do­wo­ści Ślą­skiej po­sta­no­wi­ło w ra­mach se­rii Ca­non Si­le­siae pu­bli­ko­wać Bi­bliŏtykę Tu­ma­czyń, dzie­ła li­te­ra­tu­ry świa­to­wej po ślą­sku. Po to, żeby za­pew­nić im szer­szy od­biór? Ra­czej nie. Otwie­ra tę se­rię Prōmy­tojs przi­bi­ty, czy­li Pro­me­the­ús de­smōtēs (Pro­me­te­usz sko­wa­ny) Aj­schy­lo­sa w prze­kła­dzie na ślą­ski Zbi­gnie­wa Ka­dłub­ka, fi­lo­lo­ga kla­sycz­ne­go i kom­pa­ra­ty­sty. We wpro­wa­dza­ją­cym szki­cu Alek­san­dra Kun­ce pi­sze:

„Waż­ne jest, by po­śred­ni­czyć z tym, co nas prze­kra­cza. […] Nie na­le­ży ufać ba­nal­nej wy­kład­ni, że chce­my opo­wie­dzieć Aj­schy­lo­sa po ślą­sku, bo je­ste­śmy za­tro­ska­ni re­cep­cją jego twór­czo­ści na Ślą­sku. To nie dość waż­ny po­wód kul­tu­ro­wy”9.

Waż­niej­szym po­wo­dem jest sama pra­ca nad ję­zy­kiem. „Pra­gnie­my prze­ko­nać nie­do­wiar­ków, że po ślą­sku moż­na wy­da­wać dzie­ła z naj­wyż­szej pół­ki, a nie tyl­ko ko­lej­ne zbio­ry «wi­co­wych ry­mo­wa­nek»”10 – pi­szą wy­daw­cy se­rii. Tłu­macz de­kla­ru­je: „Moje tłu­ma­cze­nie wi­dzę jako po­sze­rze­nie pola sło­wa. Nie tyl­ko ślą­skie­go. Po­sze­rze­nie w ogó­le prze­strze­ni zna­czeń i sen­sów. Bo po to pod­trzy­mu­je się ży­cie ma­łych ję­zy­ków”11.

Prze­kład kla­sycz­ne­go dzie­ła jest więc tak­że w tym wy­pad­ku pró­bą sił i wy­zwa­niem: je­śli się uda, ję­zyk wy­rwie się z opłot­ków folk­lo­ru i roz­wi­nie skrzy­dła. A dla­cze­go prze­kład, dla­cze­go wła­śnie w nim po­kła­da się ta­kie szcze­gól­ne na­dzie­je? Cóż, może zwy­czaj­nie ła­twiej o prze­kład niż o twór­czość ory­gi­nal­ną w ję­zy­ku mniej­szo­ści. Może po­mysł pi­sa­nia w ję­zy­ku re­gio­nal­nym nie jest dość atrak­cyj­ny dla au­to­rów i dla wy­daw­ców, za­bie­ga­ją­cych o szer­szą pu­blicz­ność. Ale nie­wy­klu­czo­ne, że w grę wcho­dzi coś wię­cej: może ope­ra­cja an­ga­żu­ją­ca dwa ję­zy­ki ujaw­nia i mo­bi­li­zu­je ener­gie ję­zy­ko­we le­piej i sku­tecz­niej niż twór­czość ory­gi­nal­na.

A te­raz przyj­rzyj­my się sy­tu­acji po­nie­kąd od­wrot­nej. W in­nym ką­cie wir­tu­al­nej bi­blio­te­ki znaj­du­ją się ta­kie oto książ­ki:

Re­gu­lus

Fer­di­nan­dus Tau­rus

Win­nie ille Pu

Hob­bi­tus ille

Ha­re­ios Po­tēr kai hē tou phi­lo­so­phou li­thos

Czy to nam coś mówi? Tak, to ty­tu­ły zna­nych utwo­rów dla dzie­ci w prze­kła­dzie na ła­ci­nę i gre­kę. Przy­go­to­wa­ne zo­sta­ły i wy­da­ne w cią­gu ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat. Po co się ta­kie prze­kła­dy robi? Za­zwy­czaj moż­na usły­szeć, że dzie­ci przy­stę­pu­ją­ce do na­uki ję­zy­ków kla­sycz­nych nie chcą czy­tać Cy­ce­ro­na albo Pla­to­na, chęt­nie na­to­miast sku­pią się na pe­ry­pe­tiach bo­ha­te­rów bliż­szych so­bie. Po­dob­no zresz­tą już an­giel­skie wy­da­nie po­wie­ści Row­ling, ob­fi­tu­ją­ce w mnó­stwo ła­ciń­skich za­klęć ma­gicz­nych i od­nie­sień do mi­to­lo­gii, ogrom­nie po­bu­dzi­ło wśród mło­do­cia­nych za­in­te­re­so­wa­nie ję­zy­ka­mi kla­sycz­ny­mi. Czy jed­nak za­spo­ko­je­nie po­trzeb dy­dak­ty­ki sta­no­wi je­dy­ny sens albo zysk tak fan­ta­stycz­nych przed­się­wzięć?

Otwie­ra tę li­stę Win­nie ille Pu, w prze­kła­dzie Ale­xan­dra Le­nar­da. Le­nard, któ­ry w la­tach czter­dzie­stych XX wie­ku na emi­gra­cji w Bra­zy­lii za­rob­ko­wał jako na­uczy­ciel i ko­re­pe­ty­tor, zro­bił prze­kład na uży­tek swo­jej uczen­ni­cy. Kie­dy jed­nak szu­kał wy­daw­cy, naj­pierw do­stał tak umo­ty­wo­wa­ną od­mo­wę:

„Eks­pert od na­ucza­nia ła­ci­ny i zna­ko­mi­ty czło­nek Or­bi­lian So­cie­ty na­pi­sał: «Dzie­ci za­czy­na­ją na­ukę ła­ci­ny naj­wcze­śniej w wie­ku 11–12 lat, a o pew­nych kon­struk­cjach, któ­rych słusz­nie uży­wa Pan w prze­kła­dzie, do­wia­du­ją się do­pie­ro w wie­ku 13–14 lat. Obec­nie for­my ac­cu­sa­ti­vus cum in­fi­ni­ti­vo oraz abla­ti­vus ab­so­lu­tus wpro­wa­dza­ne są w na­szym pro­gra­mie do­pie­ro pod ko­niec dru­gie­go roku na­uki, ge­run­di­vum i ge­run­dium do­pie­ro na trze­cim roku, a nie­któ­re uży­wa­ne przez Pana for­my sub­iunc­ti­vum w cią­gu trze­cie­go lub na­wet czwar­te­go roku. Za­tem moż­na przy­pusz­czać, że nim ucznio­wie będą zdol­ni wła­ści­wie ro­zu­mieć Pań­ską ła­ci­nę, osią­gną wiek, kie­dy nie bę­dzie ich już in­te­re­so­wał te­mat»”12.

Gdy prze­kład zo­stał osta­tecz­nie wy­da­ny, w 1960 roku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, tra­fił – jako je­dy­na książ­ka po ła­ci­nie – na li­stę be­st­sel­le­rów „New York Ti­me­sa”, utrzy­mał się tam przez dwa­dzie­ścia ty­go­dni, sprze­da­no sto dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy eg­zem­pla­rzy.

Prze­kład Har­ry’ego Pot­te­ra na ła­ci­nę, au­tor­stwa Pe­te­ra Ne­edha­ma, uka­zał się w 2003 roku, na gre­kę, au­tor­stwa An­drew Wil­so­na – w 2004 roku, czy­li bar­dzo szyb­ko po pu­bli­ka­cji ory­gi­na­łu.

Alek­san­dra Klę­czar, któ­ra do­ce­nia dy­dak­tycz­ną atrak­cyj­ność wy­cho­dze­nia poza ka­non lek­tur kla­sycz­nych, stwier­dza w re­cen­zji, że prze­kład Wil­so­na wy­ma­ga już so­lid­ne­go opa­no­wa­nia gre­ki i dla po­cząt­ku­ją­cych jest zbyt trud­ny13. Peł­niej­szej od­po­wie­dzi na py­ta­nie „po co?” trze­ba po­szu­kać gdzie in­dziej.

Tu rów­nież mamy do czy­nie­nia z asy­me­trią. Z jed­nej stro­ny książ­ki na­pi­sa­ne współ­cze­śnie, w ję­zy­kach na­ro­do­wych – z dru­giej ła­ci­na i gre­ka, ję­zy­ki od daw­na ucho­dzą­ce za mar­twe. W do­dat­ku ję­zy­ki, w któ­rych na­wet za cza­sów naj­więk­szej ży­wot­no­ści nie po­wsta­wa­ła li­te­ra­tu­ra dla dzie­ci, z całą jej spe­cy­fi­ką. Wy­zwa­nie po­le­ga na tym, by ję­zyk mar­twy obu­dzić do no­we­go ży­cia, roz­bu­do­wać go na wła­sną rękę, przy­spo­so­bić do ob­słu­gi­wa­nia cał­kiem in­nej ma­te­rii. An­drew Wil­son wspo­mi­na:

„Moim za­mie­rze­niem było stwo­rze­nie ta­kiej wer­sji książ­ki, któ­ra by­ła­by zro­zu­mia­ła dla Gre­ka ży­ją­ce­go do IV wie­ku na­szej ery, któ­ry w ja­kiś ma­gicz­ny spo­sób zo­stał­by prze­nie­sio­ny w cza­sie (owe­go spo­so­bu uczy się tyl­ko bar­dzo za­awan­so­wa­nych uczniów w Ho­gwar­cie) do XXI wie­ku. Przed­mio­ty i idee by­ły­by mu obce, nie­mniej gdy­by przy­wyk­nął do no­we­go oto­cze­nia, ta książ­ka mia­ła­by być dla nie­go cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­ła. Po­my­śla­łem za­tem, że bar­dzo istot­ne jest dla mnie, bym sta­le my­ślał o tym Gre­ku po­dró­żu­ją­cym w cza­sie”14.

Wil­son po­szu­ki­wał po­mo­cy tam, gdzie naj­ła­twiej za­ob­ser­wo­wać na­tu­ral­ne li­nie roz­wo­ju ję­zy­ka, mia­no­wi­cie we wcze­snym pi­śmien­nic­twie no­wo­grec­kim. Kie­ru­jąc się tymi tro­pa­mi, kon­stru­ował nie­obec­ne w mo­wie sta­ro­żyt­nych sło­wa w ro­dza­ju „bom­ba” albo „sa­mo­chód”, spo­so­by okre­śla­nia cza­su, na­zwy od­cie­ni ko­lo­rów, wresz­cie neo­lo­gi­zmy sa­mej Row­ling. Głów­nym wzo­rem był zaś dla nie­go Lu­kian, au­tor też wy­cho­dzą­cy ję­zy­ko­wo poza swój czas, wstecz, do okre­su roz­kwi­tu Aten.

Od­naj­dy­wa­nie za­tar­tych ście­żek ję­zy­ka i li­te­ra­tu­ry, in­wen­cja słow­na, wy­obraź­nia śmi­ga­ją­ca w cza­sie – wszyst­ko to skła­da się na ogrom pra­cy fi­lo­lo­gicz­nej. W do­dat­ku pra­cy, za któ­rą nie sto­ją już po­trze­by i aspi­ra­cje żad­nej et­nicz­nej czy po­li­tycz­nej wspól­no­ty (je­śli po­mi­nąć Pań­stwo Wa­ty­kań­skie, w ak­tach urzę­do­wych uży­wa­ją­ce ła­ci­ny). Ta pra­ca słu­ży wy­łącz­nie ję­zy­ko­wi, moż­na po­wie­dzieć, że jest czy­stą sztu­ką ję­zy­ka.

Ktoś mógł­by za­strzec, że to sy­tu­acje nie­ty­po­we, przy­pad­ki eks­tre­mal­ne, asy­me­tria mię­dzy ję­zy­kiem ory­gi­na­łu i prze­kła­du jest tu wy­jąt­ko­wo ja­skra­wa, a do­dat­ko­wo pod­bi­ta nie­współ­mier­no­ścią kul­tur i znacz­nym dy­stan­sem cza­so­wym. To praw­da. Ale się­gnę­łam do tych przy­kła­dów, aże­by efek­tow­niej uwy­dat­nić pra­cę nad ję­zy­kiem, któ­ra od­by­wa się w każ­dym prze­kła­dzie. Przyj­rzyj­my się sy­tu­acjom mniej skraj­nym.

Ju­lian Tu­wim tłu­ma­czy po­czą­tek po­ema­tu Pusz­ki­na Ru­słan i Lud­mi­ła. Przy­glą­da się sło­wom. Od razu w pierw­szym wer­sie fi­gu­ru­je sło­wo łu­ko­mor­je. Tu­wim pi­sze:

„Jest to łuk mo­rza, si­nus ma­ris, więc za­to­ka. Uro­cze sło­wo. Samo przez się, nie­za­leż­nie od zna­cze­nia, ba­śnio­we, fan­ta­stycz­ne, rzad­kie. Na­wet zie­lo­ne, bo «łuk», «mo­ło­doj łuk» to zie­lo­na ce­bul­ka; «ług» zna­czy łąka (i u nas: łęg); wresz­cie wspo­mnie­nie o świe­żo­zie­lo­nej okład­ce ja­kie­goś ilu­stro­wa­ne­go pi­sma ro­syj­skie­go sprzed woj­ny pod ty­tu­łem «Łu­ko­mor­je»”.

Co zro­bić z tym sło­wem po pol­sku? „Za­to­ka” jest „zbyt po­tocz­na”. Tłu­macz roz­wa­ża za­tem inne roz­wią­za­nie, stra­ty na „łu­ko­mor­ju” po­we­tu­je so­bie na drze­wie. U Pusz­ki­na nad za­to­ką ro­śnie dub ­– dąb – ale tłu­ma­czo­wi po­trzeb­na jest na­zwa dwu­sy­la­bo­wa i bez na­my­słu wy­bie­ra „ja­wor”. Nie tyl­ko z uwa­gi na re­mi­ni­scen­cje sie­lan­ki Kar­piń­skie­go albo ja­wo­ro­wych lu­dzi z dzie­cin­nej za­ba­wy, pod­su­wa­ją je tak­że „na chłod­no czy­nio­ne roz­wa­ża­nia”:

„«Zie­lo­ny ja­wor» to mnó­stwo pięk­no­ści. […] Czy ja­wor od tej ziel­ni sta­je się śwież­szy i ja­koś bar­dziej mo­kro-błysz­czą­cy (zie­lo­ne i mo­kro-błysz­czą­ce było wła­śnie za­nie­cha­ne «łu­ko­mor­je»), czy zie­leń od ja­wo­ru – sam nie wiem, ale po­łą­cze­nie ich ja­rzy mi się w tej chwi­li żywo i lśnią­co […]. Jest w sło­wie «ja­wor» coś z sa­mej isto­ty drze­wa […], jest w nim i jar za­ro­sły, i rów-pa­rów, i mu­ra­wa – le­śne, jar­kie, bo­rem tchną­ce sło­wo”15.

Ta­kich ob­ja­śnień nie znaj­dzie­my w żad­nym słow­ni­ku pol­sz­czy­zny. To ra­czej „kon­fi­tu­ry słow­ni­ków” – o któ­rych pi­sze Ewa Lip­ska w wier­szu Moi tłu­ma­cze16. A prze­cież do­pie­ro w ta­kim uję­ciu ję­zyk ujaw­nia wła­ści­we so­bie moce, bez któ­rych nie by­ła­by moż­li­wa nie tyl­ko po­ezja, ale wszel­ka w ogó­le ko­mu­ni­ka­cja mię­dzy ludź­mi. Na ten ener­ge­tycz­ny po­ten­cjał skła­da­ją się wła­ści­wo­ści zmy­sło­we – bar­wa, brzmie­nie, cię­żar, fak­tu­ra, i bar­dziej zło­żo­ne, uchwyt­ne w sy­ne­ste­zjach, jak Tu­wi­mow­skie „mo­kro-błysz­czą­ce”. Skła­da­ją się nań do­dat­ko­wo aso­cja­cje wpro­wa­dzo­ne przez uprzed­nie uży­cia i przez pry­wat­ne do­świad­cze­nia.

Po­dob­ny wgląd w warsz­tat mie­wa­my rzad­ko. Wia­do­mo, Tu­wim to po­eta, sło­wiarz, ję­zy­ko­wy cza­ruś. Ale ta­kie roz­wa­ża­nia, tak głę­bo­kie za­nu­rze­nie w ży­wio­le ję­zy­ka, ta­kie sma­ko­wa­nie słów to dla tłu­ma­cza chleb po­wsze­dni. Każ­dy utwór prze­tłu­ma­czo­ny to ileś wy­bo­rów i de­cy­zji, lek­sy­kal­nych, fra­ze­olo­gicz­nych, skła­dnio­wych, sty­li­stycz­nych. Za każ­dym roz­wią­za­niem stoi kil­ka czyn­no­ści: naj­pierw zgro­ma­dzić zbiór wy­ra­żeń do ewen­tu­al­ne­go wy­ko­rzy­sta­nia, oce­nić je, i to wni­kli­wie, po­rów­nać, do­pa­tru­jąc się za­let i wad każ­de­go. Od­by­wa się tu coś w ro­dza­ju wiel­kiej in­wen­ta­ry­za­cji i za­ra­zem re­wi­ta­li­za­cji za­so­bów ję­zy­ka. To sło­wo brzmi mo­kro, a tam­to zim­no. Ta kon­struk­cja skła­dnio­wa spo­wal­nia ruch wy­po­wie­dzi, a tam­ta przy­spie­sza. „Rzad­ko” jest neu­tral­ne, a „nie­czę­sto” – mniej apo­dyk­tycz­ne i co­kol­wiek książ­ko­we. Na ko­niec trze­ba wy­brać i wy­bra­ne roz­wią­za­nie wpi­sać do tek­stu. Z tą chwi­lą – rzec moż­na – koń­czy się za­ba­wa. Na szczę­ście już cze­ka ko­lej­ne zda­nie, ko­lej­ny aka­pit i za­ba­wa roz­krę­ca się na nowo.

Za­uważ­my, że ta za­ba­wa nie jest za­re­zer­wo­wa­na dla tłu­ma­czy. Tak samo po­stę­pu­je każ­dy pi­szą­cy au­tor: przy­glą­da się sło­wom, przy­mie­rza sło­wa. Na swój spo­sób do­ryw­czo uczest­ni­czy w niej każ­dy użyt­kow­nik ję­zy­ka (ja­kie brzyd­kie wy­ra­że­nie!), każ­dy mó­wią­cy, kie­dy szu­ka wła­ści­we­go sło­wa, bo żad­ne z na­su­wa­ją­cych się go nie za­do­wa­la. Róż­ni­ca po­le­ga tyl­ko na tym, że pi­sa­rze i tłu­ma­cze ro­bią so­bie z tej za­ba­wy pro­ce­der za­wo­do­wy. I to już do­bry po­wód, by uznać, że udział tłu­ma­czy i au­to­rów w pod­trzy­my­wa­niu ży­wot­no­ści ję­zy­ka i w kształ­to­wa­niu ję­zy­ka jest rów­ny, a przy­naj­mniej po­rów­ny­wal­ny. Róż­ni­cę mię­dzy au­to­rem a tłu­ma­czem spró­buj­my zaś do­raź­nie okre­ślić, wska­zu­jąc, że tłu­macz pra­cu­je na ma­te­ria­le po­wie­rzo­nym, za któ­ry od­po­wia­da, choć­by przed try­bu­na­łem wła­sne­go su­mie­nia za­wo­do­we­go.

Na wy­pa­dek gdy­by przy­szło się uspra­wie­dli­wiać ze swo­ich de­cy­zji – przed sobą, przed re­dak­to­rem, kry­ty­kiem, czy­tel­ni­kiem – mamy go­to­we ar­gu­men­ty. Tu po­trzeb­ne było sło­wo zim­ne, tu na­le­ża­ło odro­bi­nę przy­spie­szyć, tu pro­si­ło się o ak­cent iro­nii – bo tego do­ma­gał się ory­gi­nał. O roli tłu­ma­cza jako rzecz­ni­ka, in­ter­pre­ta­to­ra, eks­per­ta od ory­gi­na­łu bę­dzie jesz­cze mowa. Na ra­zie zo­stań­my przy wstęp­nych ope­ra­cjach. Jiří Levý roz­pa­tru­je prze­kład w ka­te­go­riach teo­rii gier i re­kon­stru­uje pro­ces po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji przez tłu­ma­cza17. Wy­od­ręb­nia in­struk­cje de­fi­niu­ją­ce zbiór po­ten­cjal­nych roz­wią­zań, czy­li pa­ra­dyg­mat, i in­struk­cje se­lek­cyj­ne, kie­ru­ją­ce wy­bo­rem. To po­dej­ście, jak każ­da teo­ria, ma ko­lo­sal­ne za­le­ty, mię­dzy in­ny­mi i tę, że zda­je spra­wę z ogrom­nej zło­żo­no­ści pra­cy tłu­ma­cza. Jak każ­da teo­ria ma też wadę, któ­rą Go­ethe przy­gwoź­dził for­mu­łą: grau ist jede The­orie und grün des Le­bens gold­ner Baum (w prze­kła­dzie Jac­ka Bu­ra­sa: „Sza­ra jest wszel­ka teo­ria, ko­le­go, / Zie­lo­ne za to ży­cia drze­wo zło­te”). Ter­mi­ny ta­kie jak „pa­ra­dyg­mat” i „in­struk­cje se­lek­cyj­ne” z pew­no­ścią są uży­tecz­ne dla po­trzeb ba­dań, a tak­że dla tłu­ma­cza, je­śli po­ma­ga­ją mu uświa­do­mić so­bie, co robi. Nie od­da­ją na­to­miast tego, co w tej fa­zie pra­cy jest fraj­dą dla tłu­ma­cza i zy­skiem dla ję­zy­ka.

Po­ję­cie „gry” – na­wet w po­łą­cze­niu z „teo­rią” – jest nie­złe, bo wno­si i ele­ment za­ba­wy, i na­pię­cia. Trze­ba by tyl­ko jesz­cze uwzględ­nić spe­cy­ficz­ną ma­te­rię tej gry, czy­li ję­zyk. Jak na­zwać ten mo­ment, kie­dy ję­zyk roz­kwi­ta, a tłu­macz naj­bar­dziej jest sobą? Za­rzą­dza­nie, go­spo­da­ro­wa­nie za­so­ba­mi ję­zy­ko­wy­mi? Opo­rzą­dza­nie ję­zy­ka? W roz­mo­wach z Zo­fią Za­le­ską tłu­ma­cze pod­su­wa­ją wła­sne cel­ne okre­śle­nia. Mi­chał Kło­bu­kow­ski na­zy­wa to „obłę­dem lek­sy­kal­nym” i do­da­je, że musi to być obłęd „sta­ran­nie kon­tro­lo­wa­ny” (P, 79). An­drzej Ja­go­dziń­ski mówi: „dłu­ba­nie przy tek­ście” (P, 98), Mag­da Hey­del: „rzeź­bie­nie w tek­ście” (P, 290) – oba okre­śle­nia do­bre, bo zwra­ca­ją uwa­gę na fi­zycz­ny, cie­le­sny aspekt kon­tak­tu ze słow­ną ma­te­rią. Je­rzy Jar­nie­wicz uży­wa do­sad­ne­go wy­ra­że­nia, choć umiesz­cza je w cu­dzy­sło­wie: „ro­bię w ję­zy­ku” (P, 186). Na ca­łe­go idzie Piotr Som­mer: „to ja prak­ty­ku­ję ję­zyk, śpie­wam ję­zyk, mó­wię ję­zyk, tań­czę ję­zyk, ugnia­tam ję­zyk, roz­py­cham albo roz­sa­dzam ję­zyk”18.

Od tego obłę­du lek­sy­kal­ne­go, od tej ro­bo­ty, tego dłu­ba­nia, rzeź­bie­nia, tań­cze­nia i ugnia­ta­nia przy­by­wa nam ję­zy­ka.

1. Je­ro­me D. Sa­lin­ger, Fran­ny i Zoo­ey, przeł. Ma­ria Skib­niew­ska, Czy­tel­nik, War­sza­wa 1966, s. 75.

2. Łu­kasz Gór­nic­ki, Tro­as, de­dy­ka­cja Pio­tro­wi Wie­sio­łow­skie­mu, w: Gór­nic­ki, Pi­sma, t. 1, opr. Ro­man Pol­lak, PIW, War­sza­wa 1961, s. 459.

3. Łu­kasz Gór­nic­ki, Dwo­rza­nin pol­ski, w: Gór­nic­ki, Pi­sma, wyd. cyt., s. 60.

4. Jan Ja­nu­szow­ski, Rzecz o po­cho­dze­niu Du­cha św. (1605), cyt. za: PP, s. 46.

5. Jan Ko­cha­now­ski, List do Sta­ni­sła­wa Fo­gel­we­de­ra, w: Ko­cha­now­ski, Dzie­ła pol­skie, opr. Ju­lian Krzy­ża­now­ski, PIW, War­sza­wa 1972, s. 798.

6. Zob. Wstęp Je­rze­go Ziom­ka do: Jan Ko­cha­now­ski, Psał­terz Da­wi­dów, BN, Za­kład Na­ro­do­wy im. Osso­liń­skich, Wro­cław–Kra­ków 1960, zwł. roz­dział IV: Wzo­ry i źró­dła „Psał­te­rza” Ko­cha­now­skie­go.

7. Wszyst­kie przy­kła­dy wraz z lo­ka­li­za­cją wy­mie­nia Zio­mek, zob. jw., s. CXIV.

8. Tam­że, s. CXLVII.

9. Alek­san­dra Kun­ce, Pi­sze­my i tłu­ma­czy­my, tak jak ży­je­my, w: Aj­schy­los, Prōmy­tojs przi­bi­ty, ślōn­skŏ trans­la­cy­jŏ Zbi­gniew Ka­dłu­bek, Ca­non Si­le­siae, Bi­bli­ŏty­ka Tu­ma­czyń, Ko­tórz Mały 2013, s. 14.

10. Piotr Dłu­gosz, Ra­fał Szy­ma, Sło­wo wstę­pu, tam­że, s. 5.

11. Zbi­gniew Ka­dłu­bek, Od tłu­ma­cza, tam­że, s. 73.

12. Tekst do­stęp­ny pod: http://mek.oszk.hu/kial­li­tas/le­nard/ira­sok/ma­nu­script/fe­words.html (do­stęp: 1 mar­ca 2017).

13. Por. Alek­san­dra Klę­czar, Har­ry Pot­ter i (rze­ko­mo) mar­twe ję­zy­ki, czy­li o tłu­ma­cze­niach po­wie­ści J.K. Row­ling na ję­zy­ki kla­sycz­ne, „Nowy Fi­lo­ma­ta” X , 2006, s. 271–282.

14. An­drew Wil­son, The Clas­sic Pa­ges. The Back­gro­und of the Trans­la­tion, http://www.users.glo­bal­net.co.uk/~lo­xias/har­ry­_pot­ter.htm (do­stęp: 1 mar­ca 2017).

15. Ju­lian Tu­wim, Czte­ro­wiersz na warsz­ta­cie, w: Tu­wim, Pe­gaz dęba, War­sza­wa 1950, s. 192 i n. (pier­wo­druk „Wia­do­mo­ści Li­te­rac­kie” 1936, nr 47).

16. Ewa Lip­ska, Moi tłu­ma­cze, w: Lip­ska, Gdzie in­dziej, Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2005, s. 13.

17. Jiří Levý, Prze­kład jako pro­ces po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji, przeł. Mo­ni­ka Adam­czyk, WTP, s. 72–85.

18. Piotr Som­mer, Kre­cia ro­bo­ta, „Li­te­ra­tu­ra na Świe­cie” 5–6/2014, s. 349.

Ko­rek­ta: Pau­li­na Le­nar, Ewa Ślu­sar­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Książ­ka po­wsta­ła w ra­mach Gdań­skich Spo­tkań Tłu­ma­czy Li­te­ra­tu­ry „Od­na­le­zio­ne w tłu­ma­cze­niu” 6–8 kwiet­nia 2017 roku.

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter, Kra­ków 2017

© Co­py­ri­ght by In­sty­tut Kul­tu­ry Miej­skiej, Gdańsk 2017

© Co­py­ri­ght for the text by Mał­go­rza­ta Łu­ka­sie­wicz, 2016

ISBN 978-83-65271-51-8

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1

31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

In­sty­tut Kul­tu­ry Miej­skiej

ul. Dłu­gi Targ 39/40

80-830 Gdańsk

ikm.gda.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki

do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi.

Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­daz@ka­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pięć razy o przekładzie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci