Dzienniki. 1914–1915. Tom 2

Dzienniki. 1914–1915. Tom 2

Autorzy: Michał Romer

Wydawnictwo: Karta

Kategorie: Kultura / sztuka Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 31.58 zł

 

Michał Römer był postacią znakomitą. Wyprzedzał swój czas, umiał celnie uchwycić
istotę otaczającej go rzeczywistości. 6-tomowa edycja jego dzienników z lat 1911–1945 przedstawia, obok spraw największej wagi, codzienność epoki. Autor w tomie 2 relacjonuje m.in. wydarzenia polityczne i militarne z początku I wojny światowej, wojenną atmosferę Wilna, swój udział – jako szeregowca – w Legionach Polskich, przedstawia głównych dowódców i działaczy niepodległościowych.

 

"Przeszło od tygodnia wiozą do Wilna rannych z placu boju. Na dworcu kolejowym olbrzymie tłumy ludzi gromadzą się dla oglądania rannych; litościwa ludność przynosi im jadło, współczucie, a jednocześnie karmi swoją wyobraźnię i myśl sensacją, a serce – uczuciem zgrozy. Obraz Matki Boskiej w Ostrej Bramie przez cały niemal dzień odsłonięty, tłumy wpatrzone w pochyloną smutną twarz obrazu Maryi modlą się żarliwie o miłosierdzie, o przebłaganie kary Boskiej."
12 sierpnia, rok 1914, wtorek

 

Michał Romer - działacz społeczny i polityczny, wolnomularz. Pochodził z polskiej rodziny o tradycjach patriotycznych. Przedstawiciel krajowców wileńskich, w 1914 roku wstąpił do Legionów Polskich, od 1917 sędzia w Kolnie pod Łomżą. W 1920 przeniósł się do Kowna. W latach 1921–28 sędzia litewskiego Sądu Najwyższego, od 1922 wykładowca Uniwersytetu Litewskiego Witolda Wielkiego, dziekan Wydziału Prawa, rektor (1927–39); w latach 1940–43 profesor Uniwersytetu Wileńskiego. Mistrz loży masońskiej „Litwa” (od 1911).

© by Ośrodek KARTA, 2017

REDAKTOR SERII Agnieszka Knyt

KOORDYNACJA PROJEKTU Agnieszka Knyt

WERYFIKACJA Z RĘKOPISEM Jan Sienkiewicz, Zbigniew Solak

WYBÓR FRAGMENTÓW DO DRUKU Jan Sienkiewicz

OPRACOWANIE PRZYPISÓW dr Rimantas Miknys, Jan Sienkiewicz, Zbigniew Solak

INDEKSY Jan Sienkiewicz

KONSULTACJA NAUKOWA dr Rimantas Miknys, prof. dr hab. Leszek Zasztowt

RECENZENCI prof. dr hab. Grzegorz Nowik, dr hab. Hubert Łaszkiewicz

REDAKCJA Katarzyna Bizacka

PRZEPISANIE TEKSTU Z RĘKOPISU Hanna Jakubowska, Natalia Kłobukowska, Jolanta Mentelis, Jan Tadeusz Nowak, Jan Sienkiewicz, Mirosława Sienkiewicz

OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII

PRACA NAUKOWA FINANSOWANA W RAMACH PROGRAMU MINISTRA NAUKI I SZKOLNICTWA WYŻSZEGO POD NAZWĄ „NARODOWY PROGRAM ROZWOJU HUMANISTYKI” W LATACH 2014–2018

KIEROWNIK NAUKOWY PROJEKTU prof. dr hab. Andrzej Friszke, Instytut Studiów Politycznych PAN

KSIĄŻKA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW FUNDACJI PZU

PARTNERZY PROJEKTU

Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk

Instytut Historii Litwy

Biblioteka Litewskiej Akademii Nauk im. Wróblewskich

Biblioteka Uniwersytetu Wileńskiego

Wydanie I

Warszawa 2017

ISBN (tom II) 978-83-64476-80-8

ISBN (komplet) 978-83-64476-79-2

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22 848-07-12, faks (48) 22 646-65-11

kolportaz@karta.org.pl

ksiegarnia.karta.org.pl

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Rok 1914

Rok 1915

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

ROK 1914

1 (14) stycznia, rok 1914, środa

Rok nowy. Chociaż złożyłem w redakcji „Kuriera Litewskiego” ofiarę „na naukę języka polskiego – zamiast powinszowań i wizyt noworocznych”, parę wizyt noworocznych było niezbędnych. […]

10 (23) stycznia, rok 1914, piątek

Tak, rzeczywiście […], liczne są jeszcze i mocne w pojęciach prawnych włościan białoruskich przeżytki starej poddańczej organizacji społecznej. Ma to szczególnie miejsce w stosunkach posiadania ziemskiego. Wsie, które należały dawniej do pewnego dworu, i dotychczas mają w pojęciu mieszkańców ściślejszy związek tak między sobą, jak z tym właśnie „swoim” dworem. Tak na przykład włościanie z wiosek Średnia, Kukielewszczyzna i Trusewicze1, którzy (właśnie których przodkowie) byli ongi poddanymi dziedziców Mamyłów, dotąd w stosunku do obecnych nowych dziedziców tego dworu nazywają siebie ich ludźmi: „My pańskie ludzie”, włościanie zaś z innych wsi – to „cudzy ludzie”.

Ta więź dworu z wioskami jego byłych poddanych przetrwała w pojęciach włościan, ale dotyczy już nie osobistych stosunków włościan do dziedzica, jeno stosunku wsi jako takiej do dworu jako jednostki gospodarczej i ziemskiej stałej, niezależnej od osoby dziedzica. Włościanie wyemancypowali się zupełnie od poczucia zależności prawnej od pana, mimo że zwracając się do dziedzica „swego” dworu i chcąc mu pochlebić, nazywają siebie „pańskimi”, to znaczy jego ludźmi, nie lubią panów i są w gruncie bardzo niechętni dziedzicom. Ale z dawnej więzi z dworem zachowali w stopniu bardzo wybitnym poczucie przysługujących im przywilejów w stosunku do dworu; wszelkie zarobki, szczególne względy itd. należą się im, byłym poddanym, przed innymi, obcymi włościanami. Do obszaru dworskiego wolno rościć pretensje tylko im, wioskom byłych poddanych, obcym zaś wara od ziemi dworskiej. Włościanie uważają się poniekąd za prawowitych spadkobierców praw dziedzica do dworu, z którym ich łączyły stosunki poddańcze. Dziedzic ma na dworze własność przywileju, własność przez ustawy uznaną, ale w pojęciu włościan elementarna i jedyna sprawiedliwa własność to własność włościańska, na pracy oparta. W myśl tych pojęć, własność ziemska powinna wcześniej czy później przejść w ręce włościan – tak przynajmniej jeszcze przeciętny ogół sądzi. I oto w tej regulacji posiadania ziemskiego, w tej reformie własności, która ma nastąpić, obszary dworskie powinny przejść w ręce wiosek ich byłych poddanych.

W roku 1905, gdy popularne były hasła nowego nadziału włościan z ziem dworskich, włościanie pilnie przestrzegali, aby nikt „obcy”, tj. należący do wiosek, które nie były poddane temu dworowi, nie śmiał pretendować do obszaru dworskiego. Obszar dworski jest dziedzictwem byłych poddanych względem własności ziemskiej na przyszłość, a na dziś – przywilejem zarobków i rozmaitych korzyści szczególnych. Po podziale Mamyłów do mojej schedy przywarła wieś Trusewicze, podczas gdy Średnie i Kukielewszczyzna pozostały przy właściwym funduszu mamyłowskim i Kaszynie. Trusewicze mają w mojej schedzie serwitut pastwiskowy w lesie, toteż do tej schedy obecnie ograniczyli oni swoje przywileje i pretensje. Jak dział nastąpił między nami, współwłaścicielami dawnych Mamyłów, tak nastąpił też między wioskami byłych poddanych dworu.

Ta więź dworu z byłymi poddanymi zachowała się tu może silniej niż gdzie indziej, tak z powodu serwitutów, które sprzyjają trwałości przeżytków dawnych form organizacji i pojęć, jak z tego powodu, że osoba dziedziczki Mamyłów, śp. Babuni Tukałłowej2, bezpośrednio do ostatnich czasów wiązała teraźniejszość z przeszłością poddańczą. Babunia należała jeszcze sama do pokolenia, które w okresie poddaństwa władało ziemią i poddanymi, sama do ostatka zachowywała we dworach swoich tradycje związku z wioskami byłych poddanych i uważała te wioski za swoje, poczuwała się do rozmaitych obowiązków względem tych byłych poddanych swoich. Ten patriarchalizm przetrwał tu do śmierci Babuni, tj. do roku 1909.

Babunia była pod wielu względami typową wyznawczynią starych, wymierających pojęć tak społecznych, jak narodowych. Ciekawe jest na przykład, że Babunia mówiła zawsze, że „my”, to znaczy ona i cała jej rodzina (Babunia Tukałłowa była Bohdanowiczówna z domu), a nawet bodaj cała szlachta Białej Rusi, „jesteśmy Rusinami, a nie Polakami”; narodowość łączyła Babunia tradycyjnie z pochodzeniem i przynależnością krajową, nie zaś z kulturą i językiem, i dlatego uważała się za Rusinkę. Ale tę narodowość czy ten swój naród rusiński, ruski (nie – rosyjski) Babunia, w myśl racji i tradycji ostatnich wieków, łączyła politycznie z Polską i Litwą w jedną wspólną i nierozdzielną całość. Było to echo starych pojęć pokoleń szlachty Rzeczypospolitej, pojęć, które na wspólnej tarczy herbowej łączyły Anioła Rusi z Orłem Polski i Pogonią Litwy, uważając państwo wspólne Rzeczpospolitą i naród szlachecki za potrójny: polski, litewski i ruski. Ten naród Rusinów, jak go Babunia pojmowała i do którego się sama zaliczała z dumą i powagą, to było zupełnie coś innego niż narodowości istniejące we współczesnym znaczeniu tego pojęcia. Ten naród Rusinów to nie byli Białorusini; przeciwko uważaniu etnograficznego elementu białoruskiego za naród i utożsamianiu go z narodem Rusinów, do których siebie i swój ród zaliczała, Babunia protestowała gorąco. Jej naród Rusinów to była kategoria formacji historycznej, lecz nie narodowość w pojęciu współczesnym. […]

14 (27) stycznia, rok 1914, wtorek

Nie jestem bynajmniej szczególnym adoratorem Łuckiewiczów, nie łudzę się co do ich szczególnych zalet, nie zapoznaję ich wad. To prawda, że cenię ich ruchliwość, sprężystość i poświęcenie się dla sprawy, której służą. Co do Antoniego, to cenię poza tym jego pracowitość, wybitne wyrobienie i dobrą głowę, ogromną wytrwałość, wolę i stanowczość oraz umiejętność wyzyskiwania okoliczności. Jest to nieoceniony pracownik, który by w każdym ruchu zdobył sobie stanowisko wybitne. Jest to człowiek, który żyje wyłącznie sprawą i dla sprawy, w którą wierzy i której służy, oddając się jej duszą i ciałem z zupełnym zaparciem się celów osobistych. Sprawą tą jest ruch białoruski, powiedziałbym szerzej nawet – emancypacja społeczeństwa Białej Rusi, ukrajowienie jego. Nie tylko bowiem sprawa narodowa białoruska jako taka, nie tylko budzenie w biernej białoruskiej masie włościańskiej świadomości społecznej i narodowej zaprząta uwagę Łuckiewiczów, są oni istotnie liderami roboty białoruskiej, lecz nie ograniczają się tym wyłącznie. Łączą się poza tym z miejscowymi postępowcami i demokratami rosyjskimi i stają do ich szeregów, a nawet wysuwają na czoło ich roboty, skierowując takową na użytek haseł i potrzeb krajowych, do źródeł swojskich. Łączą się też z demokratycznymi elementami inteligencji polskiej, przykładając rękę do zaszczepienia społeczeństwu polskiemu tak zwanej zasady krajowej, opierającej stanowiska społeczne na pierwiastku obywatelskim, to znaczy na stosunku do wewnętrznego układu czynników rozwoju w kraju.

Obaj Łuckiewiczowie służą tej sprawie, jeno Antoni jest mędrszy i głębszy, on też głównie pełni samą robotę, podczas gdy Iwan działa bardziej na zewnątrz. Na skutek tych robót są oni znienawidzeni przez nacjonalistów tak rosyjskich, jak polskich, którzy darowaliby im udział w ruchu białoruskim, lecz nie darują nigdy udziału w demokratycznym i antynacjonalistycznym (krajowym) polskim czy rosyjskim. A że nacjonaliści poznali w nich wrogów niebezpiecznych, bo żelaznej wytrwałości, więc też walczą z nimi wściekle, starając się ich zniweczyć za wszelką cenę.

Skądinąd dostrzegam wady Łuckiewiczów i ich cechy ujemne, nieraz przykre bardzo: mają oni ducha koteryjności, są mściwi, nieraz nieprzebierający w środkach, poniekąd intryganci. W szczególności zaś Iwan jest bardzo nietaktowny, gadatliwy nad miarę, kompromitujący się na każdym kroku. Toteż Iwan dostarcza wrogom z obozu nacjonalistów coraz to środków do zwalczania go, a przez niego do zwalczania też i dyskredytowania całej roboty, która się przez Łuckiewiczów lub z ich udziałem prowadzi. Dlatego też jest on niebezpieczny nie dla wrogów tylko, lecz i przyjaciół.

Wielką sensację w ostatnich czasach sprawiły w całej Polsce rewelacje niejakiego Krysiaka, endeka, który jakimś sposobem wykradł i opublikował listy unickiego popa Hanyckiego, działacza ukraińskiego z Galicji, do przywódcy hakatystów pruskich Tiedemanna.3 Listy te ujawniają stosunki nacjonalistów ukraińskich, przynajmniej pewnych ich elementów, z Hakatą pruską dla wspólnej walki czy też „obrony” przed Polakami. Otóż w paru listach Hanyckiego są wzmianki o tym, że hakatystom dla większej skuteczności ich akcji nad zgnębieniem polskości należy zwrócić uwagę na ruch litewski i białoruski na ziemiach byłej Rzeczypospolitej w państwie rosyjskim i ewentualnie poprzeć te ruchy, aby tą drogą uderzyć na Polaków i zagrozić ich tyłom.

Poza tą ogólną radą Hanyckiego są w listach jego jeszcze wzmianki nieco konkretniejsze – mianowicie jest mowa o pewnym Białorusinie, który ma do sprzedania jakieś zabytki czy wykopaliska znad Morza Czarnego, i dalej propozycja nabycia tych przedmiotów przez Tiedemanna za 50 tysięcy na cele polityczne. Osoba Białorusina niewymieniona, ale znane są ogólnie stosunki Iwana Łuckiewicza z Ukraińcami galicyjskimi, jego ciągłe wyjazdy do Lwowa, jego konszachty z metropolitą Szeptyckim4, jego skądinąd niewybredność w zawieraniu stosunków z ludźmi, jego nietakt, a znów wiadomo, że się zajmuje archeologią, że handluje starożytnościami, że subsydiuje roboty białoruskie i wszelkie inne, w których udział bierze, że majątku żadnego nie ma, a przecież z czegoś żyje i ma skądś środki na to subsydiowanie, najoczywiściej z tego handlu lub stosunków, więc zaraz w osobie owego Białorusina z listów Hanyckiego zaczęto się domyślać Iwana Łuckiewicza. Cała nacjonalistyczna prasa polska podchwyciła tę sprawę i splotła z tego oskarżenie na Łuckiewicza. […]

Nazwisko Łuckiewicza nie zostało ani razu w druku wymienione, ale osoba jego wskazana tak przejrzyście, że nie może być wątpliwości. Najciężej zaś, najjaskrawiej uderzyły w Łuckiewicza „Wiadomości Ilustrowane”. Sprawa ta jest bardzo przykra. Stosunki z Hakatą pruską, pomoc od niej są bez względu na cel ohydą taką, której usprawiedliwienia być nie może. Jestem pewny, że Łuckiewicz tego nie robił, ale czy w swoich stosunkach z działaczami ukraińskimi nie miał jakiejś styczności z Hanyckim, który mógł potem bez jego wiedzy popierać jego interesy przed Tiedemannem, za to nie zaręczyłbym.

15 (28) stycznia, rok 1914, środa

Iwan Łuckiewicz powinien reagować na łączenie go przez prasę nacjonalistyczną z ohydną treścią rewelacji Krysiaka. Stosunki z Hakatą to zarzut tak poważny, tak niweczący etycznie człowieka, że zostawienie go bez repliki równa się zupełnemu upadkowi. Zbyt wyraźnie skierowany jest ten zarzut do Iwana Łuckiewicza, aby można go ignorować na tej podstawie, że nazwisko jego nie zostało wymienione. Dziś rozmawialiśmy o tym w kółku naszych przyjaciół. Zdania się podzieliły. Ale wpierw, nim streszczę zdania nasze co do tego, co należy teraz Łuckiewiczowi robić, jak reagować, opiszę tu, jak w rzeczywistości miały miejsce fakty, z których oczywiście wysnute zostały owe zarzuty i posądzenia. Antoni Łuckiewicz dziś nam dokładnie całą rzecz zreferował. A więc sprawa miała się tak.

Ale jeszcze wpierw słówko o samych stosunkach popa Hanyckiego z hakatystami. Jak wiadomo, do Prus skierowuje się co roku z rolniczych dzielnic Polski tak zwane obieżysastwo, tj. wychodźstwo robotników rolnych na zarobki sezonowe do majątków ziemskich.5 Wielką ilość tych obieżysasów dostarcza szczególnie rolnicza, mało uprzemysłowiona Galicja. Pruscy właściciele ziemscy – Niemcy korzystający z pracy obieżysasów polskich – dla większej kontroli i władzy nad obieżysasami utworzyli specjalną organizację. Organizacja ta ma charakter z natury rzeczy ekonomiczny, lecz element hakatystyczny, mający także wpływy w tej organizacji, wnosi do niej też pewne tendencje polityczne antypolskie.

Otóż niektórzy działacze ukraińscy z Galicji, jak oto pop Hanycki, zamierzyli wyzyskać nienawiść Niemców do Polaków, niechęć do robotników polskich dla zastąpienia obieżysastwa polskiego przez ukraińskie, pragnąc upiec przy tym i własną pieczeń w postaci zwiększenia swych wpływów na lud.

Organizacja pruskich właścicieli ziemskich mogłaby dbać mniej o względy czysto polityczne i przede wszystkim liczyłaby się z ekonomicznymi, podczas gdy Ukraińcy fundowali swoje zamiary właśnie na politycznych i narodowych, więc Hanycki uznał za korzystne działanie na tę organizację przez wpływy hakatystyczne i w tym celu zawiązał pertraktacje z szefem Hakaty Tiedemannem, znając jego wybitne stanowisko i siłę wpływu w organizacji. Przed Tiedemannem roztaczał naturalnie szkodliwość narodową dla Niemców obieżysastwa polskiego i względy potrzeby walki z polskością we wszystkich dziedzinach, a więc ekonomicznej przede wszystkim. Tiedemann, niezadowolony z zaniedbywania przez organizację narodowych i politycznych celów na rzecz czysto ekonomicznych, popierał starania Hanyckiego.

Dla nacjonalistów ukraińskich zorganizowanie na własną rękę samodzielnego obieżysastwa ukraińskiego było bardzo pożądane. I dotąd w szeregach obieżysasów polskich z Galicji dużo było chłopów ukraińskich, tonęli oni wszakże w szeregach polskich, popadali w zależność od Polaków i nawet się przez to obieżysastwo polonizowali. Zorganizowanie samodzielnego obieżysastwa ukraińskiego wyzwoliłoby tych chłopów od zależności polskiej i polonizacji. To dla nich atut pierwszy. Dalej kierownictwo takim ważnym dla chłopów źródłem zarobków jak obieżysastwo wzmocniłoby znakomicie wpływy nacjonalistów ukraińskich w masach ludowych. Taki był schemat intrygi hakatystycznej Hanyckiego et consortes.

A teraz co do sprawy Iwana Łuckiewicza. Rzeczywiście, w swoich stosunkach z Ukraińcami i wycieczkach do Lwowa poznał się on przed kilku laty z Hanyckim. W rozmowie, jaką mieli, Hanycki zwrócił uwagę Łuckiewicza na to, że korzystając z niesnasek polsko-niemieckich w Poznańskiem i specjalnej nienawiści Niemców do Polaków, można byłoby zorganizować obieżysastwo do Prus z Litwy i Białej Rusi i skierować tam falę wychodźstwa zarobkowego z tych krajów. Przy tym Hanycki wskazał na istniejącą w Prusach organizację właścicieli ziemskich, z którą czy przez którą można byłoby tę rzecz spróbować nawiązać. O stosunkach z hakatystycznym Ostmarkenverein, o zużytkowaniu w tym celu intrygi brudnej z Tiedemannem na gruncie konszachtów wspólnictwa antypolskiego nie było mowy, bo Hanycki tym się przed Łuckiewiczem nie chwalił.

Organizacja pruskich właścicieli ziemskich ma charakter ekonomiczny, toteż układy z nią dla zorganizowania obieżysastwa z Litwy i Białej Rusi nie mają w sobie samo przez się nic zdrożnego. Nic naturalniejszego nad to, że Białorusini czy Litwini, czy w ogóle działacze demokratyczni z naszego kraju chcieliby się zająć unormowaniem wychodźstwa zarobkowego naszego ludu, emigrującego masowo i chaotycznie do Ameryki, do miast przemysłowych i portowych Łotwy, Rosji, Kaukazu, wyzyskiwanego nielitościwie przez niesumiennych agentów emigracyjnych, oddanego na pastwę przypadku ruchów żywiołowych. Dla Białorusinów zaś zorganizowanie tego obieżysastwa miałoby jeszcze szczególne znaczenie narodowe i polityczne, bo dałoby im związek bliższy z masą ludową w zakresie jej potrzeb żywotnych i jednocześnie odciągało, przynajmniej masy emigrujące, od Wschodu, działającego rusyfikacyjnie.

Dopóki sprawa ta mieści się w tych ramach, nie ma w niej nic brzydkiego. Jest to, owszem, działanie zupełnie obywatelskie. Dopiero byłoby brzydko, ohydnie i podle, gdyby fundować tę rzecz na konszachtach z Hakatą, na intrydze antypolskiej, wyzyskującej złodziejskie gwałty nad nieszczęsnym narodem, zawierającej niecną zmowę z najnikczemniejszą bandą prusactwa. Łuckiewicz po powrocie do Wilna rozmawiał w tej sprawie z Litwinami (zdaje się – ze Ślażewiczem i grupą „Lietuvos Žinios”). Nigdy oczywiście mowy ani przypuszczenia nie było o związku z Hakatą, jeno o zorganizowaniu wychodźstwa ekonomicznego.

Akurat w tym czasie utworzona została w Wilnie filia warszawskiego Towarzystwa Opieki nad Emigrantami6. Do towarzystwa tego weszli Polacy, Białorusini i Litwini. Towarzystwo otworzyło własne biuro, kierowniczką tego biura była pani Kremerowa, primo voto Knochowa, była pracowniczka „Gazety Wileńskiej”, potem sekretarka „Gazety Wileńskiej” i jej spadkobierczyni „Jutrzenki”, osoba zaufana endeków odcienia ludowego. Biuro towarzystwa emigracyjnego, zdaje się, zostało później zamknięte z braku środków i sił pomocniczych w tej trudnej i skomplikowanej robocie, jaką jest organizacja pomocy wychodźcom. Otóż Łuckiewicz chciał powiązać sprawę zorganizowania obieżysastwa z Litwy i Białej Rusi do Prus i działalności tego nowego towarzystwa i rozmawiał w tej sprawie z kierowniczką biura panią Kremerową. Z tych samych wszakże powodów, z jakich upadło biuro, i ta sprawa nie mogła być wykonana i projekt zamarł. Na tym koniec całej afery. Jutro napiszę o dalszym ciągu.

16 (29) stycznia, rok 1914, czwartek

Napiszę tu dalej o sprawie Łuckiewicza. Napisałem, jak się rzecz miała w kwestii owych kombinacji co do obieżysastwa. Poza tym jest jeszcze druga kwestia – owych skarbów czy wykopalisk znad Morza Czarnego, o których wspomina pop Hanycki w liście do Tiedemanna. Hanycki pisze, że pewien Białorusin zwracał się do niego z propozycją sprzedaży tego skarbu na cele polityczne i zapytuje Tiedemanna, czy nie nabyłby go za 50 tysięcy (nie wiem – rubli, marek czy koron), wiążąc naturalnie tę sprzedaż ze sprawą wzajemnego popierania się we wspólnej walce z polskością.

Owóż, jak powiada Antoni Łuckiewicz, rzecz się miała tak. Skarby te należały nie do Iwana Łuckiewicza, lecz do jakiegoś urzędniczka pocztowo-telegraficznego w Mińsku, niejakiego Romanowicza, który dostał je po wuju swoim i chciał spieniężyć; składały się one z jakichś podobno monet starożytnych złotych itp., znalezionych podobno w guberni chersońskiej i pochodzących rzekomo ze starożytnych czarnomorskich kolonii greckich czy włoskich. Ten Romanowicz zwrócił się do Iwana Łuckiewicza jako trudniącego się handlem starożytnościami z prośbą pośredniczenia w tej sprzedaży. Iwan, który utrzymuje stosunki stałe z ukraińskim muzeum narodowym we Lwowie, zwrócił się do tej instytucji z propozycją nabycia tych przedmiotów. Były one ocenione zresztą nie na 50 tysięcy, lecz 2 tysiące (rubli?). Z Hanyckim wcale o tym nie traktował. Rzecz zresztą upadła, bo okazało się, że te przedmioty „starożytne” (były tam nie tylko monety) są sfałszowane.

Tak się przedstawiają te sprawy w świetle słów Antoniego Łuckiewicza. Że Antoni nie kłamie, o tym nie wątpię; mówi on ze słów Iwana. Nie wątpię nawet, że Iwan nie był wtajemniczony w intrygę Hanyckiego z Hakatą. Same przez się więc fakty te nie mają nic zdrożnego, nic kompromitującego dla Iwana. Kompromitujący jest tylko fakt stosunków z Hanyckim. Otóż to jest właśnie wina i ujemna cecha Iwana, że nie przebiera on w stosunkach z ludźmi i miewa układy i konszachty z osobistościami niepewnymi, z nacjonalistami, intrygantami itd., którzy później okazują się zawikłani w brudne sprawy i jego też ze sobą wikłają. Nie ręczyłbym też, znając Iwana, czy nie wygadywał on przed Hanyckim w ten sposób na Polaków, że Hanycki mógł go uważać za ewentualnego sojusznika swego w konszachtach z Hakatą i dlatego już na własną rękę zalecał Tiedemannowi świadczenie poparcia dla spraw Łuckiewicza.

Iwan rzeczywiście ma wielką elastyczność moralną, po prostu brak zmysłu czystości; z Polakami jest poplecznikiem rzekomo kultury polskiej, wobec szlachty chce uchodzić za obrońcę szlacheckich ideałów, z demokracją jest przyjacielem ludu. Robi to przez „dyplomację”, ale robi niezręcznie i jeno się na wszystkie strony kompromituje, kompromitując jednocześnie ludzi, z którymi współdziała, i sprawy, do których rękę przykłada. Z tego względu jest on niebezpieczny i dlatego wolałbym jak najmniej się z nim stykać w jakichś wspólnych robotach. Na nieszczęście jest on, co się nazywa, zachłanny, to znaczy, że się wszędzie pcha i że się go trudno pozbyć, gdy się gdzieś raz dostanie, a to tym bardziej, że ma popleczników i ma największego poplecznika w osobie brata, Antoniego, człowieka mądrego i w bardzo wielu razach potrzebnego i pożądanego.

To są moje ogólne wnioski o osobie Iwana i o niebezpieczeństwie wspólnego z nim działania. Co zaś do obecnej sprawy, to zdaje mi się, że żadnej świadomej winy jego dostrzec niepodobna, tylko ta sama jego wieczna nieostrożność, to samo nieopatrzne wdawanie się w Bóg wie jakie stosunki z Bóg wie kim, co rzuca później cień na osobę jego i daje przeciwnikom politycznym narzędzie najgorsze do walki, bo narzędzie zniesławiania jego.

Iwan Łuckiewicz napisał do redakcji dzienników polskich w Wilnie list zaprzeczający stanowczo jakimkolwiek stosunkom jego z działaczami Hakaty pruskiej, protestujący przeciwko łączeniu w jakikolwiek sposób jego imienia z konszachtami Hanyckiego z Hakatą. […]

23 stycznia (5 lutego), rok 1914, czwartek

Nie ukończyłem jeszcze mojego obszernego artykułu dla „Świata Słowiańskiego”, na wielką skalę zaprojektowanego, a już zacząłem dziś inny, na temat podobny, który przeznaczam dla pewnego pisma żargonowego żydowskiego w Wilnie (zdaje się, że jest to miesięcznik, tytułu nie pamiętam). Będzie to wszakże artykuł mniejszy od pierwszego.

Miesięcznik żydowski, dla którego to piszę, jest wydawany przez grupę reprezentującą kierunek nowy, moim zdaniem, bardzo dodatni w społeczeństwie żydowskim. Jest to kierunek ten sam, któremu hołduje kolega Czernichow (adwokat). Redaktorem pisma jest przyjaciel Czernichowa, młody Żyd publicysta, piszący pod imieniem Niger (nazwisko jego – Czarny czy Czornyj). Kierunek ten jest ludowy i zarazem narodowy. Uważa on Żydów za naród osobny, samodzielny jak każdy inny i dąży do tego, aby w społeczeństwie żydowskim, które dotąd jest w dużym stopniu sektą rasowo-wyznaniową, utrwalić formację narodową. Kierunek ten jest wprawdzie przeciwny asymilacji Żydów z narodami innymi, ale też walczy przeciwko tej jakiejś abnegacji żydowskiej, tej bezobywatelskości kosmopolitycznej, która pochodzi z tego, że Żydzi, rozproszeni po całym świecie, nie mają żadnej kościstości poza rasą i wyznaniem, nie mają organicznego stosunku z określonymi społeczeństwami narodowymi, są wszędzie obcy i jednocześnie obojętni na sprawy krajowe, i która sprawia, że na przykład u nas Żydzi stają się mechanicznie narzędziami rusyfikacji, przewodnikami poniekąd antyspołecznych i antykrajowych prądów.7

Kierunkowi temu chodzi o unarodowienie Żydów i następnie – w związku z tym i na skutek tego – uspołecznienie ich i ukrajowienie. Uważając Żydów za naród i pragnąc zjawisko to utrwalić, mocno na masach ludowych żydowskich ufundować, kierunek ten pragnie oczywiście uobywatelnić naród żydowski. Uobywatelnienie to więcej niż samo tylko mechaniczne równouprawnienie, którego się przeciętni inteligenci żydowscy typu kadeckiego domagają. Pozyskanie zaś praw obywatelskich z konieczności wymaga przyjęcia też obowiązków obywatelskich. Otóż na tę świadomość praw i obowiązków obywatelskich kierunek ten kładzie wielki nacisk, rozumiejąc, że pierwszym stopniem do tego jest poznanie i ustalenie stosunku swego do kraju i społeczeństwa, w którym lud żydowski żyje i rozwijać się pragnie.

Uobywatelnienie i ukrajowienie Żydów jako narodu to poważna sprawa, szczególnie u nas, gdzie stanowią oni znaczną ilość ludności, dotąd przeważnie obcą większości społeczeństwa krajowego. Bądź co bądź, Żydzi w kraju naszym mieszkają i mieszkać będą, a więc nie może być dla kraju obojętne, jakie zajmować będą stanowisko i jaką grać rolę w kraju przyszłym. Otóż redaktor tego pisma żydowskiego zwrócił się do Litwinów, Białorusinów i do mnie jako Polaka demokraty z prośbą o artykuły informacyjne o stosunkach społecznych, kulturalnych i narodowych w kraju. […]

25 stycznia (7 lutego), rok 1914, sobota

Rozpoczynam ten dziennik8 pod złą wróżbą. Byłem mianowicie dziś na eksportacji zwłok śp. Józefy Kościałkowskiej, a wszelka śmierć i pogrzeb sprawiają na mnie zawsze przykre wrażenie i pewien strach przesądny. Właściwie nie tyle strach, ile jakąś odruchową odrazę.

O śmierci Józefy Kościałkowskiej wyczytałem dziś rano zupełnie niespodziewanie w „Kurierze Litewskim”. Nie słyszałem o jej chorobie, a niedawno, bo w dniu Nowego Roku, odwiedzałem ją z Zysiem Komorowskim i zastałem zdrową. Umarła nagle z ataku sercowego wczoraj rano w mieszkaniu teściowej mojej, w kamienicy (tak zwanej Budzie) Römerowskiej przy ulicy Bakszta (dawniejszej Sawicz).

Była najmłodszą z trzech sióstr Kościałkowskich (Basia, Wila i Józia), starych panien, cioteczno-rodzonych sióstr mojej teściowej, to znaczy ciotek Reginy. W młodości słynęły podobno za panny lubiące flirt i towarzystwo męskie, żywe i wesołe. Mieszkały w Grodnie i były towarzyszkami i przyjaciółkami Elizy Orzeszkowej od młodości aż do jej śmierci. Ja poznałem te panie naturalnie dopiero jako już stare. Luminarką ich była i jest Wila, literatka, autorka kilku studiów i, zdaje się, powieści, oraz tłumaczka powieści z języków zachodnich. Fundusik mają szczupły, toteż, utrzymując stałe mieszkanie w Grodnie, znaczną część roku spędzają u licznych krewnych na Litwie (w Łunnie u teściowej mojej latem albo też w guberni kowieńskiej aż do późnej jesieni u rozmaitych Kościałkowskich lub u pani Jerzowej Komarowej, siostry mojej teściowej, potem część zimy w Wilnie u tejże teściowej na Bakszcie).

Dla mnie te trzy staruszki (najmłodsza, obecnie zmarła, Józefa, miała już przeszło 60 lat), które się stały ciotkami przez małżeństwo moje z Reginą, były zawsze niezmiernie przyjazne i serdeczne. Miałem w nich i mam dotąd przyjaciółki szczere i stateczne, a przyjaźń ludzka, gdy jest bezinteresowna – to rzecz bardzo wielka, bardzo cenna. Wdzięczny też im za nią jestem i mam dla nich sympatię głęboką a serdeczną. W najcięższych i najboleśniejszych chwilach moich rozterek małżeńskich z Reginą, gdy się to małżeństwo zrywało w okolicznościach niezwykle smutnych i skandalicznie rozgłośnych, gdy wszyscy niemal z bliższej rodziny i bliższego otoczenia Reginy rzucili się skwapliwie do szarpania imienia i czci mojej, podnosząc krzyk i gwałt oraz plotki najohydniejsze dla zniesławienia mnie, one, te kochane i stateczne w przyjaźni, ciotki Kościałkowskie umiały zajrzeć głęboko i bezstronnie w istotę rzeczy i ani na jedną chwilę nie uległy jakiejś pokusie do ogólnego szczucia na mnie.

Dziś jedna z nich ubyła ze świata żyjących. Niech Jej lekką będzie ziemia i niech Jej pamięć będzie błogosławiona. Zwłoki jej wywieziono dziś na dworzec kolejowy, skąd przewiezione będą do Grodna, gdzie się odbędzie pogrzeb. Naturalnie, że boleść dwóch pozostałych osieroconych biedaczek nie daje się opisać. Tworzyły one doskonałą zespoloną trójkę. Niestety! […]

29 stycznia (11 lutego), rok 1914, środa

Dziś zacznę już o aferze Łuckiewicza. W tygodniu ubiegłym byłem już co do tej sprawy mniej więcej uspokojony. Wyjaśnienie Łuckiewicza, formalnie przynajmniej, mnie zadowoliło. Wierzyłem mu, że żadnych stosunków z Hakatą nie miał. Jego stosunki z Hanyckim, choć same przez się przykre, bo przykry jest dla mnie sam fakt przestawania z człowiekiem brudnym, nie miały w sobie merytorycznie nic zdrożnego. Uprzytomnienie sobie rzeczywistej intencji tych obozów, które wszczęły nagonkę na Łuckiewiczów, jeszcze się przyczyniło w oczach moich do usprawiedliwienia Iwana. Rozumiałem, że w nagonce tej jest właściwie nie chęć wyjaśnienia prawdy i stwierdzenia winy osobnika, jeno walka polityczna z tym kierunkiem i ruchem, który Łuckiewiczowie reprezentują. To mi odbierało wiarę w prawdziwość i powagę zarzutów, a sympatia, którą żywię tak dla ruchu białoruskiego, jak dla sprawy demokratycznej i ludowej, której służą Łuckiewiczowie, usposabiała mnie na korzyść obrony Iwana.

Nie powiem, żebym jednak nawet już wtedy był zupełnie przeświadczony o nieskazitelności Łuckiewicza w tej kwestii. Znając Iwana Łuckiewicza, jego nieprzebieranie w stosunkach, jego nietakt, jego – że tak powiem – brak zmysłu czystości moralnej, nie byłem bynajmniej pewny, czy w rozmowach z Hanyckim nie omawiał on kwestii ewentualnych stosunków z hakatystami. Wystarczało mi, że stosunków tych on sam nie miał i że jest obecnie ofiarą walki politycznej, skierowanej do zohydzenia sprawy ludowej. Napaść na Łuckiewiczów łączyła się z napaścią na sprawę białoruską i ludową, więc i obrona mimo woli tę samą łączność utrzymuje.

Odtąd wszakże sprawa ta przestała mi się wydawać tak prosta. Przed kilku dniami, w sobotę, rozmawiałem o tym dużo z przeglądowcami9, szczególnie z Witoldem Abramowiczem i Krzyżanowskim. Witold Abramowicz zwrócił moją uwagę na kilka zasadniczych momentów tej sprawy. Iwan Łuckiewicz – powiada Abramowicz – w liście do redakcji opublikowanym w pismach codziennych zaprzecza kategorycznie posądzaniu go o konszachty polityczne z Hakatą i twierdzi, że z żadną organizacją hakatystyczną nigdy żadnych stosunków nie miewał i mieć nie życzy. Bardzo pięknie, ale go też nikt właściwie o to nie oskarżał. Wszak oskarżenia i wszelkie domniemania o osobie Iwana w tej aferze opierają się na tekście opublikowanych listów ks. Hanyckiego. Ten zaś, wskazując hakatystom na potrzebę poparcia Białorusinów i Litwinów w walce z Polakami i mówiąc o pewnym działaczu białoruskim, z którym pertraktował, nie tylko nie twierdzi, iż działacz ten był w jakichkolwiek stosunkach bezpośrednich z Hakatą, lecz wprost powiada, iż nie skierowuje tego działacza bezpośrednio do hakatystów, ponieważ nie ufa mu. To, co się Iwanowi zarzuca, to fakt jego stosunków z samym Hanyckim oraz natura tych stosunków. Jaka była ta natura, to z listów Hanyckiego widać wyraźnie: ów działacz białoruski zwracał się do niego, omawiał z nim kwestię stosunków z Niemcami, robił mu propozycje polityczne i w szczególności propozycje sprzedaży pewnych okazów starożytności, mając zużytkować pieniądze na cele polityczne. Propozycje tego działacza białoruskiego Hanycki łączył jak najściślej z całokształtem swych układów z Hakatą w sprawie wspólnej walki z Polakami.

Otóż temu Łuckiewicz w swym liście do redakcji nie zaprzecza wcale. Nie zaprzecza, że miał stosunki z Hanyckim (że miał je, o tym zresztą wiemy, bo Iwan Łuckiewicz prywatnie sam to przyznał). Jeżeli zaś miał je i temu zaprzeczyć nie może, to zachodzi kwestia, jakie to były stosunki. Wszak może być, że to była tylko znajomość przygodna czy towarzyska z panem Hanyckim, może nawet były rozmowy polityczne, ale niekoniecznie układy o możliwości pomocy od Hakaty i o współudziale w ohydnym sojuszu prusko-ukraińsko-litewsko-białoruskim. Wszak bywa często, że ludzie tego gatunku co Hanycki, intryganci uprawiający zakulisową brudną spekulację polityczną, mogą rzeczywiście skompromitować kogoś bez jego udziału i wiedzy. Hanycki mógł w swoich listach do Tiedemanna przesadzać albo zgoła zmyślać o jakichś rzekomych propozycjach działacza białoruskiego, ażeby się wydać potrzebniejszym Tiedemannowi, bardziej ustosunkowanym i przeto wpływowszym. Po prostu mogło mu chodzić o nadanie swoim planom większej wagi, większej rozległości i w tym celu komponował rzeczy niebywałe, przesadzał. Prowadził rokowania pokątnie, więc nie będąc kontrolowanym i nie bojąc się ujawnienia prawdy, mógł sobie przywłaszczać pozory siły i do swoich machinacji wciągać ludzi Bogu ducha winnych. W intrydze nigdy nie wiadomo, gdzie się kończy prawda i zaczyna fałsz, i nigdy się nie jest gwarantowanym, że się nie stanie ofiarą jakichś celów obcych. To jest samo przez się bardzo możliwe.

Ale jeżeli tak, jeżeli Hanycki kłamał, jeżeli stosunki Iwana z Hanyckim nie miały nigdy tego charakteru, jaki im sam Hanycki przypisuje, to Łuckiewiczowi należało się zadać kłam twierdzeniom tego pana. Mógł Iwan wcale nie reagować na twierdzenie Hanyckiego o działaczu białoruskim, ponieważ imię jego nie zostało wymienione. Mógł, jeżeli prasa wileńska zaczęła niedwuznacznie utożsamiać go z tym działaczem, albo wcale nie zwracać na to uwagi, albo zareagować zadaniem kłamu takim twierdzeniom jako oszczerczym, dopóki udowodnione nie są. Ale on, reagując na nie, zaprzeczył tylko temu, czego mu się właściwie nie zarzucało, a rzeczywiste zarzuty o charakterze stosunków z Hanyckim przemilczał. Skoro się zaś odezwał i przyjął do siebie aluzje prasy, to nie powinien był tego przemilczeć, bo tą drogą właśnie się poniekąd oskarżał. W proteście Iwana, jeżeli go przeczytać uważnie, stwierdzone są kategorycznie tylko dwie rzeczy: że nie miał stosunków bezpośrednich, osobistych z Hakatą i w każdym razie nie miał ich z żadną organizacją hakatystyczną. Natomiast możliwość stosunków pośrednich, konszachtów na ten temat z Hanyckim oraz możliwość stosunków z poszczególnymi hakatystami poza ich właściwą organizacją nie jest obalona przez list Łuckiewicza, a przecież to mu się właśnie zarzuca.

30 stycznia (12 lutego), rok 1914, czwartek

[…] Wracam do sprawy Łuckiewiczów. Na inną jeszcze okoliczność zwrócił moją uwagę Witold Abramowicz. Jeżeli nawet – powiada – Iwan Łuckiewicz mówi prawdę, że nie miał sam stosunków z hakatystami i że nie wiedział o takich stosunkach Hanyckiego i wcale o możliwości takich konszachtów i takiej pomocy z Hanyckim nie rozmawiał, to choć oczywiście wina jego jest mniejsza, nie jest on zupełnie usprawiedliwiony. Jak bowiem sam Iwan prywatnie przyznaje, omawiał on z Hanyckim możność i warunki zorganizowania obieżysastwa do Prus z Litwy i Białej Rusi. Akcja ta miała się opierać na wyzyskaniu niechęci, jaką żywią Niemcy do Polaków.

Otóż taka akcja byłaby organizowaniem konkurencji obieżysasom polskim, w pewnej mierze organizacją łamistrajkostwa, tak zwaną w świecie robotniczym żółtą organizacją, nielicującą w żadnym razie z zasadami solidarności robotniczej. Demokracie co najmniej nie przystoi się tym zajmować. Nawet więc ze stanowiska społecznego, demokratycznego, abstrahując od względów politycznych czy narodowych, akcja taka jest brzydka. Że nie została ona zrealizowana, bo brakło środków na jej wykonanie, to nie zasługa Łuckiewicza, który traktował o niej i uważał ją za możliwą. Tak więc konszachty Iwana z Hanyckim nie były wcale tak niewinne, jak on je chce przedstawić. Były one nawet w świetle jego własnych słów niezbyt czyste, niezależnie zaś od tego nie zostało dotąd przez Iwana obalone twierdzenie Hanyckiego o polityczno-narodowym charakterze propozycji działacza białoruskiego i wspólnych układów co do poparcia hakatystów i organizacji walki z Polakami.

Tak argumentuje Witold Abramowicz i niewątpliwie jest w tym dużo racji. Nie można tak ze zbyt lekkim sercem przyjmować tłumaczenia Iwana, w gruncie bardzo powierzchownego i traktującego oskarżenie po łebkach. Albo wcale nie brać zarzutów do serca, nie liczyć się z nimi, dopóki nie są udowodnione i dopóki nazwisko Iwana nie zostało ogłoszone, albo reagując na nie, trzeba reagować w pełni, w całej ich powadze. Nie reagować wcale Iwan już nie może, bo sam wyznał prywatnie, że stosunki z Hanyckim miał, i dziś już nie ulega wątpliwości, że działacz białoruski z listów Hanyckiego to nie kto inny jak on. Reagując obecnie na zarzuty i pogłoski, powinien on stwierdzić nie to, że nie miał stosunków bezpośrednich z żadną organizacją hakatystyczną jako taką, bo to dotąd istotnie w żadnym oskarżeniu nie figuruje jako argument uzasadniony i poważny, ale to, że jego stosunki z Hanyckim nie miały wcale tego charakteru, o jakim Hanycki w swych listach wspomina. Jakim sposobem powinien to Iwan zrobić – to znowu kwestia. Albo zaprzeczyć publicznie i zadać kłam Hanyckiemu, albo zażądać od Hanyckiego satysfakcji jakiejś i udowodnić obiektywnie kłamliwość jego wynurzeń.

Z rozmów z przeglądowcami zrozumiałem, że sprawa ta musiała być już omawiana na ich zebraniu, bo wszyscy oni mniej więcej w ten sam sposób, nawet tymi samymi słowami się wypowiadali. Widoczne było, że to, co mówią, jest nie osobistym poglądem każdego, ale wyrazem pewnej opinii grupowej, wspólnej. Poza tym wyczułem jeszcze inną rzecz – że na tym się sprawa nie skończy i że przygotowują się jeszcze jakieś nowe i głębokie rewelacje o Iwanie, jego konszachtach z Hanyckim i stosunku do Hakaty. Odniosłem wrażenie, że przeglądowcy prowadzą jakieś dochodzenie w tej sprawie i że coś wiedzą więcej nad to, na czym się dotąd oskarżenie opiera. W każdym razie muszą być na tropie i mieć poważne poszlaki nowe, nieogłoszone dotąd, może jeszcze ostatecznie niesprawdzone. Domyślałem się, że przez swoje stosunki w Galicji, głównie z tak zwanymi frakami (Frakcja Rewolucyjna PPS), rozpoczęli oni dochodzenie wywiadowcze, które dostarczy im ścisłego materiału oskarżenia. Krzyżanowski wyraźnie i otwarcie mówił, że to jeszcze nie koniec sprawy i że wkrótce ujawnione zostaną rzeczy gorsze. Radził mi też Krzyżanowski gorąco, abym póki czas wyciągnął osobiste konsekwencje z tych zarzutów i określił odpowiednio mój stosunek do Iwana, żeby nie zostać skompromitowanym. O tym wszakże, co to za nowe rzeczy mają się ujawnić, nic mi nie mówił. […]

31 stycznia (13 lutego), rok 1914, piątek

[…] W dalszym ciągu o sprawie Łuckiewiczów. Kilkakrotne rozmowy z przeglądowcami zachwiały mój spokój. Zobaczyłem, że poza kwestią napaści na ruch białoruski i na sprawę ludową jest w tych zarzutach, skierowanych do Iwana Łuckiewicza, element rzeczywistego demaskowania brudu jako takiego. Szczególnie Witold Abramowicz podkreślał wyraźnie, że należy oddzielić starannie kwestię Iwana Łuckiewicza i jego uczynków od sprawy białoruskiej i ludowej. Zarzucał nawet Witold „Przeglądowi”, że za mało to w nim zostało podkreślone.

Nie łudzę się bynajmniej co do rzeczywistych intencji głównych oskarżycieli Łuckiewicza. Wiem i widzę, że endecy z „Kurierem Litewskim” i „Wiadomościami Ilustrowanymi” na czele skierowują całą kampanię nie przeciwko Łuckiewiczowi, lecz właśnie przeciwko ruchowi białoruskiemu i nawet litewskiemu, pragnąc skorzystać z tej okazji, aby te właśnie ruchy zdyskredytować, zhańbić, oszkalować. Mam wrażenie, że ci panowie woleliby nawet, aby ciężar oskarżenia nie został przeniesiony na osobę, co odebrałoby im możność zwalczania tą bronią ich przeciwnika istotnego – sprawy ludowej. Ale czyż dlatego przyjaciele tych ruchów i sprawy ludowej mają za wszelką cenę na ślepo się solidaryzować z Łuckiewiczem? Zdaje mi się, że byłoby to raczej niebezpieczne i szkodliwe. Trzeba prawdzie zajrzeć w oczy.

Co do samych też przeglądowców, którzy, jak zacząłem spostrzegać, biorą na siebie główną rolę w organizacji kampanii przeciwko Łuckiewiczowi, nie jestem przekonany o bezinteresowności ich pobudek. Wiem, że tu wchodzą w grę w dużym stopniu nienawiści i namiętności koteryjne, zadawniony żal do Łuckiewiczów za zorganizowanie bez ich udziału i wbrew nim „Kuriera Krajowego”, chęć zdyskredytowania i obalenia nie tyle zapewne białoruskiej roboty, ile znienawidzonej akcji demokratycznej polskiej pozaprzeglądowej.

Przeglądowcy nie mogą się pogodzić z faktem istnienia innej roboty demokratycznej polskiej, niż ich własna, innego stanowiska demokratycznego, które im odbiera monopol i demaskuje ich zakusy nacjonalistyczne i społecznie wsteczne, nie mogą darować Łuckiewiczom energii tak skutecznie w tym kierunku wysilonej. Rozumiem to dobrze i dlatego całkowicie sprzyjać przeglądowcom w tej sprawie nie mogę. Ale zrozumienie ich tendencji nie uspokaja mnie bynajmniej co do kwestii konszachtów Iwana Łuckiewicza z Hanyckim czy hakatystami. Tym bardziej mnie ta rzecz niepokoi, że chodzi tu nie o same osoby Łuckiewiczów, lecz o drogie mi sprawy, które mogą być przez nich skompromitowane, i wreszcie nawet o własną moją osobę. A muszę siebie cenić podwójnie, tak ze względu na osobiste imię moje i honor, jak ze względu na moje stanowisko i wagę w sprawie demokratycznej. W tym nastroju chodziło mi przede wszystkim o ocalenie sprawy. Na dwóch punktach skupiła się szczególnie uwaga moja: na „Kurierze Krajowym” i na naszym związku demokracji. Tak stały rzeczy w poniedziałek.

Co do „Kuriera Krajowego”, to decyzja była dla mnie w tych warunkach łatwa. Musiałem się stamtąd po prostu wycofać. Niczego już tam przerobić nie można. Subsydium żydowskie, stanowiące podstawę wydawnictwa, jest ściśle związane z Łuckiewiczami. Ich też kreaturą, ich wyrazem jest nowy redaktor Jerzy Jankowski. Wyzwolić „Kurier Krajowy” od tej tuteli10, uniezależnić go można byłoby tylko, rozporządzając pieniędzmi, a tego nie mam. Skoro więc teraz rola Iwana Łuckiewicza jest dla mnie zakwestionowana, a uniezależnić się od jego pisma nie mogę, to muszę się przynajmniej usunąć, a to tym bardziej, że w ogóle zachwiana została we mnie wiara w ideową wartość tego dzieła (pisałem o tym przed kilku dniami obszerniej). Tak też zrobiłem i z organizacji pisma się wycofałem.

Trudniej było coś ustalić w sprawie naszego związku demokracji. Sprawę tę bardzo cenię i zależy mi bardzo na tym, aby jej nie zwichnąć. Należałoby, zdaniem moim, doprowadzić w tym związku do całkowitego wyjaśnienia sprawy Iwana. Ale jak to zrobić? Do naszej grupki należy tylko Antoni, nie zaś Iwan. Iwan należy do innej grupki, z którą formalnie my się nie komunikujemy i względem której żadnych przeto kroków przedsięwziąć nie możemy. Wprawdzie Antoni podnosił już tę kwestię na obradach naszych i podnieść ją można jeszcze, ale zrobić coś trudno, a to tym bardziej, że większość przyjaciół naszych, rozumiejąc intencje przeciwników Iwana, gotowa jest bronić go na ślepo, utożsamiając jego sprawę ze sprawą obrony demokracji i ruchów ludowych od intryg i zakusów nacjonalizmu polskiego. Łuckiewiczowie zaś, nie tylko Iwan, lecz i Antoni, bardzo umiejętnie na tym utożsamieniu fundują nietykalność Iwana. Najmniej pod tym względem grzeszy [Jurgis] Šaulys. Naradzałem się o tym w poniedziałek z Šaulysem, ale nic nie wymyśliliśmy.

1 (14) lutego, rok 1914, sobota

[…] I znowu wracam do sprawy Łuckiewiczów. Po rozmowach z przeglądowcami zmieniłem moje zapatrywanie się na sprawę. Nie podzielałem wprawdzie intencji przeglądowców czy tym bardziej innych oskarżycieli Iwana Łuckiewicza, którym chodzi więcej o zdyskredytowanie tych ruchów, z którymi Łuckiewicz jest związany, niż o zdemaskowanie jego osoby, lecz w każdym razie uważałem, iż zarzuty są poważne i w pewnej mierze uzasadnione i że Łuckiewicz powinien zareagować na nie tak, aby się zupełnie z nich oczyścić. Ponieważ zaś nie byłem pewny, czy się oczyścić zdoła, i nie widziałem chęci po temu, chodziło mi głównie o to, aby oddzielić osobę jego od sprawy społecznej, którą on reprezentuje. W zachowaniu się zaś Łuckiewicza w całym toku tych zarzutów uważałem, iż chodzi mu właśnie o jak najściślejsze zespolenie siebie i swojej osobistej sprawy ze sprawą ogólną, aby w niej znaleźć ucieczkę i tarczę przeciwko zarzutom. Manewr ten mi się nie podobał i jeno podniecał moją czujność i nieufność.

Co do Białorusinów i „Naszej Niwy”, to nie biorąc udziału w tej robocie, nie mogłem wchodzić w to, jaki sposób reagowania uznają oni za słuszny. „Nasza Niwa” wypowiedziała się już w tej sprawie, zaprzeczając kategorycznie jakimkolwiek stosunkom z hakatystami i kładąc nacisk na istotne tendencje oskarżycieli, używających tej broni do zwalczania ruchu białoruskiego. „Kurier Krajowy” w artykule Janulaitisa, przerobionym przeze mnie, także w podobny sposób sprawę oświetlił, wykazując istotne intencje oskarżycieli nacjonalistów. Nie mogąc wszakże wyzwolić „Kuriera Krajowego” od zależności od Łuckiewiczów, sam się z niego wycofałem.

W tym stanie rzeczy we wtorek, zaszedłszy na szklankę kawy do cukierni Miśkiewicza przy ulicy Trockiej, spotkałem się tam wpierw z Jerzym Jankowskim, potem z Wacławem Studnickim. Rozmowa zeszła na najaktualniejszą sprawę – Iwana Łuckiewicza. Jankowski, który jest najściślej z Łuckiewiczami związany, bronił Iwana, oburzał się na gołosłowne zarzuty wyrwane z listu jakiegoś nędznego intryganta, jakim jest Hanycki. Ja, podzielając oburzenie z powodu skierowania przez nacjonalistów oskarżenia na cały ruch białoruski i ludowy jako taki, zastrzegłem jednak, że Iwan powinien zaprzeczyć nie tylko swym stosunkom z organizacją hakatystyczną, co już zrobił, ale przede wszystkim stosunkom z Hanyckim, a przynajmniej – jeżeli stosunki takie miał – wykazać, że były one nie takiej natury, jak je Hanycki w listach do Tiedemanna kreśli. Studnicki zachowywał się powściągliwie i zaznaczał jeno, że to przede wszystkim nie endecy i nie ludzie obcy, ale, jego zdaniem, właśnie przyjaciele Łuckiewicza powinni postarać się wyjaśnić merytorycznie, czy twierdzenia Hanyckiego co do działacza białoruskiego stosują się do Iwana i czy są prawdziwe czy fałszywe, i w zależności od tego albo zaprzeczyć publicznie, albo odseparować sprawę Iwana od sprawy ogólnej. Uważałem, że Studnicki nie chce dużo mówić na ten temat przy Jerzym Jankowskim.

Gdym zaś wychodził z cukierni, Studnicki wyszedł ze mną, mówiąc, że ma mi coś do powiedzenia. Jakoż powiedział mi o rzeczy następującej. W jakiejś książce pożyczonej od Iwana znalazł Studnicki bilet wizytowy Schoultza, sekretarza Ostmarkenverein, centralnej organizacji hakatystycznej. Nazwisko tego Schoultza niejednokrotnie się spotyka w korespondencji Hanyckiego z Tiedemannem. Schoultz to już nie tylko osoba prywatna, ale też jedna z głównych czynnych sprężyn Hakaty pruskiej. Na bilet ten oczywiście Studnicki zwrócił uwagę, bo było to właśnie w samym toku rewelacji Krysiaka i domysłów o Iwanie Łuckiewiczu jako tym działaczu białoruskim z listów Hanyckiego. Studnicki zaraz zainterpelował Iwana, który mu zaczął dawać wyjaśnienia. Te wyjaśnienia Iwana jeszcze bardziej podnieciły nieufność Studnickiego.

Na razie Studnicki poddał się, jak powiada, hipnotyzującemu działaniu słów Iwana, który ma dar wykrętności, ale potem, im więcej się zastanawiał, tym bardziej zaczął go posądzać o nieszczerość. Iwan w krótkim czasie trzykrotnie zmienił swoje wyjaśnienie o pochodzeniu tego biletu Schoultza. Wpierw powiedział, że bilet Schoultza otrzymał od Hanyckiego dla skomunikowania się z nim w sprawie organizacji obieżysastwa, ale z takowego nigdy nie skorzystał i bilet przypadkowo się zachował w jakiejś książce. Gdy zaś Studnicki zwrócił uwagę, że twierdzenie to da się sprawdzić, Iwan zmienił zeznanie i powiedział, że teraz on sobie przypomina, że to było nie tak. Mianowicie to nie Hanycki dał mu ten bilet, ale Schoultz, przejeżdżając kiedyś przez Wilno i mając sobie zapewne udzielony adres Iwana, wstąpił do niego i nie zastawszy go, zostawił bilet, ale że Iwan nigdy się z nim nie widział i nawet go nie zna.

Tu Studnicki zwrócił uwagę na jeden drobny, lecz ważny szczegół. Na bilecie Schoultza u dołu był przekreślony adres drukowany i nad nim napisany ołówkiem nowy adres. Iwan mówił, że wizyta Schoultza miała miejsce przed paru laty. Wtedy Studnicki zaznaczył, że to się da sprawdzić podług daty, kiedy Schoultz zamieszkał pod nowym adresem. Wówczas Iwan znowu zmienił zeznanie, oświadczył, że cofa to, co mówił poprzednio, i że teraz powie prawdę. Z Schoultzem rzeczywiście się zapoznał w roku ubiegłym, gdy musiał przejeżdżać w Katowicach przez granicę. Schoultz mu ułatwił przejazd, ale żadnych politycznych stosunków z nim nie miał. Poprzednio zaś dawał Studnickiemu fałszywe zeznanie dlatego, że tu wchodzi w grę jeszcze trzecia osoba, której Iwan nie może ujawnić, i dlatego nie może wszystkiego zupełnie otwarcie powiedzieć.

2 (15) lutego, rok 1914, niedziela

[…] A teraz dalej o sprawie Łuckiewiczów. Mówię w liczbie mnogiej „Łuckiewiczów”, a nie „Łuckiewicza”, bo choć chodzi formalnie tylko o jednego z nich, o Iwana, to w rzeczywistości obaj bracia są dotknięci, kampania ze strony oskarżenia skierowana jest do obalenia wpływów obu Łuckiewiczów, a zresztą są oni tak ściśle ze sobą połączeni, tak zwarci, wzajemnie się uzupełniający i solidarni, że niepodobna, łamiąc Iwana, nie złamać Antoniego. Przeciwnicy też i oskarżyciele Łuckiewiczów więcej pono żywią nienawiści do Antoniego i więcej się go boją niż Iwana, którego w gruncie rzeczy nawet szczerze żałują, bo choć może grzechy i winy, jeżeli były, ciążą na osobie Iwana, to solą w oku nacjonalistom i „przeglądowym” postępowcom jest działalność Antoniego, głównej sprężyny tak białoruskiego, jak w dużym stopniu polskiego i rosyjskiego ruchu demokratycznego w Wilnie. W niego też właściwie godzą, oskarżając Iwana, w intencjach ich większą gra rolę sparaliżowanie działalności Antoniego niż zdemaskowanie brudnych konszachtów Iwana. I ta właśnie okoliczność sprawia, że ja nie mogę całkowicie zaufać oskarżeniu i wciąż mam sprzeczne skrupuły. Działalność Antoniego, niezależnie od jakichś wad jego, cenię bardzo wysoko i uważam ją za jeden z kapitalnych elementów sprawy demokratycznej u nas, toteż oczywiście nie mogę podzielać zakulisowych tendencji oskarżycieli Iwana lub im sprzyjać, a znów skądinąd nie mogę i nie chcę dla ocalenia tej działalności zamykać na gwałt oczu na wszelkie brudy i ślepo bronić Iwana.

Szczegół z biletem wizytowym Schoultza, a zwłaszcza wykrętne wyjaśnienia dawane przez Iwana Studnickiemu, o czym się dowiedziałem we wtorek, nie mogły mnie nie zaniepokoić jeszcze bardziej. Podejrzenia więc istotnie stawały się coraz bardziej uzasadnione. Chodziło już nie tylko o stosunki Iwana z Hanyckim i o naturę takowych, ale też ewentualnie o bezpośrednie stosunki z hakatystami. Bilet Schoultza w związku z twierdzeniami Hanyckiego stawał się już poszlaką zgoła brzydką.

Studnicki opowiedział mi, jak się wobec tych faktów zachował i co przedsięwziął. A więc przede wszystkim zwołał zebranie przeglądowców i zakomunikował im o wszystkim, zastrzegając do czasu tajemnicę. Zrozumiałem teraz, dlaczego to przeglądowcy (Witold Abramowicz, Krzyżanowski, Klott) w rozmowach ze mną mieli taką minę, jak gdyby posiadali tajemnicę, o której ja nie wiem, i pewność taką, której niczym zachwiać nie było można. W rozmowach tych miałem wrażenie, że są oni na tropie Iwana i że go już ścigają nie tylko pozorami z listów Hanyckiego, ale też innymi, nieujawnionymi dotąd faktami. Studnicki wtajemniczył przeglądowców w zdobyte przezeń szczegóły i w dalszy plan swego działania.

A plan ten polegał na następującym. Studnicki postanowił odwołać się do Białorusinów, towarzyszy Iwana, komunikując im o bilecie Schoultza i wyjaśnieniach Iwana i zapytując, czy nie będą oni uważali za słuszne zająć się przeprowadzeniem śledztwa dla ujawnienia prawdy w kwestii pochodzenia biletu i stosunków Iwana z Schoultzem. Zdaniem Studnickiego, jak też wszystkich przeglądowców, sprawa ta byłaby wewnętrzną sprawą Białorusinów, do której Polacy nie mogliby się wtrącać, gdyby nie to, że Iwan, choć jest Białorusinem, bierze czynny udział organizacyjny i kierowniczy w piśmie polskim („Kurierze Krajowym”). Gdyby – powiadają oni – Iwan był tylko działaczem białoruskim i nie brał czynnego udziału w demokratycznym ruchu polskim, to Polacy mogliby i powinni tylko na własną rękę robić dochodzenie co do jego osoby i demaskować go samodzielnie wobec opinii polskiej. Wtedy Białorusini mogliby sobie postąpić, jak by się im podobało. Mogliby albo potępić go, albo nawet uznać, że stosunki jego z hakatystami dla organizacji wspólnej walki z Polakami, uznawanymi przez Białorusinów za wrogów, są rzeczą ze stanowiska białoruskiego narodowego dobrą, pożyteczną, jak to uznali nacjonaliści ukraińscy w Galicji w stosunku do Hanyckiego.

I przeglądowcy uważają takie właśnie stanowisko Białorusinów (gdyby ono miało miejsce) jak Ukraińców za słuszne, za zgodne z wymaganiami narodowymi (w tym się uwydatnia znakomicie istotne nacjonalistyczne oblicze przeglądowców, którzy uważają, że interes narodowy usprawiedliwia wszelkie świństwo, skoro idzie o walkę z wrogiem – innym narodem, a postępowość ich polega chyba tylko na tym, że rozgrzeszają ten interes narodowy i tę walkę z wrogiem od wszelkich względów etycznych jako przeżytków sentymentalizmu). Gdyby byli nie postępowymi nacjonalistami, lecz demokratami-ludowcami, musieliby zrozumieć, że konszachty z junkrami pruskimi, gnębicielami i ideologami pięści i przemocy, są bezwzględnie dla demokratów – czy to polskich, czy białoruskich, czy ukraińskich – niedopuszczalne, natomiast głęboka solidarność łączy sprawę ludową, czy to białoruską, czy ukraińską, z takąż sprawą ludową polską, niemiecką i inną. I tak samo gdyby przeglądowcy byli nie demokratami nawet, ale choćby patriotami i konserwatystami, jeno nie postępowymi nacjonalistami, toby zrozumieli, że przecież względy etyki i prawa obowiązują ludzi nawet w polityce i że żaden interes narodu nie powinien i nie może, nawet w oczach Białorusinów czy Ukraińców, usprawiedliwiać konszachtów z hakatystami dla wspólnej walki z Polakami. Na szczęście, że ogół, nawet ogłupiony przez nacjonalistów, nigdy tej ich postępowej metody nie uzna.

3 (16) lutego, rok 1914, poniedziałek

[…] Stanąłem na tym, co mi Studnicki opowiedział, co przedsięwziął w tej sprawie po znalezieniu biletu Schoultza i wysłuchaniu zmiennych wyjaśnień Iwana Łuckiewicza. Wspomniałem, że miał się zwrócić do Łastowskiego (redaktora „Naszej Niwy”, dzielnego pracownika białoruskiego ruchu ludowego) dla zakomunikowania mu tych faktów i zaproponowania, aby oni, Białorusini, zechcieli sprawę tę zbadać i w niej orzec. Uważał to Studnicki za potrzebne z tego względu, że Iwan, biorąc udział w robocie polskiej (udział w organizacji „Kuriera Krajowego”), stawał się przez to uczestnikiem nie tylko białoruskiego, lecz i polskiego ruchu społecznego. Przeto działalność jego podlegała bezpośredniej kontroli i odpowiedzialności wobec społeczeństwa polskiego, a więc społeczeństwo polskie ma, zdaniem Studnickiego, prawo zwracać się do Białorusinów z żądaniem, aby wobec takich poszlak działalność jego zbadali i powiedzieli, kim jest ten człowiek i jak się oni do tego rodzaju postępowania stosują. Do Łastowskiego zaś miał się Studnicki zwrócić dlatego, że mu osobiście ufa i żywi dlań szacunek jako do człowieka uczciwego, szczerego i ideowego.

Studnicki chciał mieć świadka swojej rozmowy z Łastowskim i spotkawszy Kairysa, poprosił go, aby mu towarzyszył (świadek Litwin był tym bardziej pożądany jako dający gwarancję bezstronności). Łastowskiego wszakże Studnicki z Kairysem nie zastali. Atoli wypadkowo spotkał Studnicki w kawiarni Białorusinów Własowa i Kairysową11 (Kairysowa jest Białorusinką, poetką i czynną działaczką białoruską). Ponieważ Studnicki im obojgu ufa i ma tak Własowa, jak Kairysową za ludzi czystych (choć uważa Kairysową za narwaną), postanowił rozmówić się z nimi o tym, o czym chciał mówić z Łastowskim. Własow i Kairysowa po wysłuchaniu go powiedzieli, że się tym zajmą, ewentualnie pomyślą o tym i dadzą mu odpowiedź. Jakoż nazajutrz przyszli do Studnickiego i oświadczyli, że proszą o siedem dni zwłoki dla zbadania sprawy, że jeszcze w tej chwili nic stanowczego powiedzieć nie mogą, ale na podstawie pewnych przedwstępnych dochodzeń mają wrażenie, nastrój przychylny dla Iwana.

Gdy mi Studnicki o tym opowiadał (było to we wtorek), zostawało jeszcze pięć dni do upływu tygodniowego terminu zarezerwowanego przez Własowa i Kairysową. Ta opowieść Studnickiego sprawiła na mnie wrażenie, choć czułem i uważałem, że sprawa jest jeszcze daleka od zupełnej przejrzystości. W sprawę się wciąga coraz więcej osób rozmaitych grup i obozów, a każdy człowiek, każda grupa ma swoje uprzedzenia, swoje świadome czy bezwiedne tendencje, nieraz wzajemnie sprzeczne itd. Wikłają się w to też rozmaite sympatie i niechęci partyjne, polityczne, narodowe, koteryjne nawet. Tworzy się powikłany węzeł, jak powiada przysłowie rosyjskie: „Czem dalsze w les, tiem bolsze drow”12.

We środę, rozmawiając znowu z Krzyżanowskim, który też, jako należący do grupy przeglądowców, wiedział o bilecie Schoultza, mogłem już z nim mówić o sprawie tej szerzej niż dotąd. Krzyżanowski teraz triumfował. Dla niego ten bilet Schoultza był już argumentem decydującym. Jego niechęć i nawet nienawiść do Łuckiewiczów chwytała chciwie okazję do stwierdzenia winy nieszczęsnego Iwana. W szczególności zaś Krzyżanowski, chcąc mnie jeszcze bardziej nastroić nieufnie i wrogo do Iwana i do całej atmosfery, którą ci „braciszkowie”, jak Krzyżanowski Łuckiewiczów nazywa, dokoła siebie wytwarzają, zasadzając całą swą robotę na korupcji pieniężnej, opowiedział mi „fakt” następujący. Rzekomo pewien Białorusin, uczciwy i poważny, lecz nienależący do sympatyków i satelitów Łuckiewiczowskich, po przeczytaniu rewelacji o Iwanie i obrony „Naszej Niwy” zaszedł do redakcji tego pisma i zwrócił się do obecnego tam Łastowskiego z przestrogą, że źle robią, salwując za wszelką cenę honor skompromitowanego Łuckiewicza, i tracą przez to sympatię znacznej części społeczeństwa polskiego, które sprzyjałoby ruchowi białoruskiemu i poparłoby takowy, gdyby Białorusini sami, że tak powiem, Polaków nie odpychali; że należy wyprzeć się solidarności z osobnikiem brudnym i skompromitowanym, a cenić sympatie bezinteresowne przyjaciół. Na to rzekomo Łastowski miał odpowiedzieć, że sympatie garstki Polaków to może rzecz piękna i wzruszająca, ale nie popłatna, podczas gdy Iwan reprezentuje dla ruchu białoruskiego 2 tysiące rubli zapomogi rocznej. Kto to ów Białorusin, który miał mieć tę rozmowę z Łastowskim – tego Krzyżanowski niepowiedział. Krzyżanowski załamywał ręce ze zgorszenia i ze zgrozą zwracał moją uwagę na potęgę korupcji i deprawacji sprawianej przez pieniądze Iwana, skoro nawet taki człowiek uczciwy jak Łastowski dla ocalenia zapomogi, stanowiącej materialną podstawę ruchu, godzi się na tolerowanie i osłanianie brudu.

Na mnie wszakże ta opowieść sprawiła efekt przeciwny, bo nie mogłem uwierzyć, żeby to było prawdą, a jeno spostrzegłem, jakiej to broni oszczerczej imają się oskarżyciele w tej kampanii.

4 (17) lutego, rok 1914, wtorek

[…] O sprawie Łuckiewicza jeszcze mi na parę dni pisania wystarczy. Chcę doprowadzić jej opis aż do chwili mego wyjazdu z Wilna. Bądź co bądź, szkoda mi Iwana. Nie przeczę, że zarzuty, którymi jest obarczony, są poważne i w świetle zwłaszcza owego biletu Schoultza mają pewne uzasadnienie. Gdyby zaś konszachty jego z hakatystami były prawdą, stanowiłyby brzydką i brudną kartę i wymagałyby napiętnowania. Z mojego stanowiska dla takich konszachtów nie ma usprawiedliwienia w tym, że Iwanowi jako Białorusinowi niby to wolno zawierać układy z wrogami swych wrogów, to znaczy z Prusakami jako wrogami Polaków, będących znowuż wrogami Białorusinów. W oczach przeglądowców to usprawiedliwia Iwana. Uważają oni, że ze stanowiska białoruskiego takie konszachty mogły być usprawiedliwione. Oburza ich nie sam fakt tych konszachtów, nie ich natura antydemokratyczna i antyetyczna, jeno to, że taki osobnik, będąc narodowcem białoruskim, bierze udział w organizacji pisma polskiego. Dla mnie zaś sam fakt konszachtów z hakatystami jest oburzający, którego tolerować nie można w sprawie demokratycznej. Konszachty takie nie dają się pogodzić ze stanowiskiem ludowym, czy to białoruskim, czy innym.

Nie decyduję się jeszcze twierdzić, że Iwan dopuścił się tego, ale też nie mam, niestety, przeświadczenia o niewinności jego. Sam fakt ten jako taki obiektywnie jest ohydny i zasługujący na potępienie bezwzględne. Subiektywnie wszakże, znając Iwana, nie mogę go tak bezwzględnie potępić. Jeżeli to robił nawet, to robił więcej przez głupotę niż z głębokiego przeświadczenia i rozwagi. Jest on przepolitykowany, przeżarty manią dyplomatyzowania na wsze strony, a jednocześnie brak mu taktu, brak zmysłu miary i poczucia czystości moralnej. Mógł paktować z hakatystami, sądząc, że ich oszuka, że potrafi od nich coś wycisnąć na swój użytek, a ich z kwitkiem odprawi, w każdym razie uważał, że spróbować nie zaszkodzi, skoro się to ujawnić nie może. Tymczasem się ujawniło. Znam Iwana do dna jego duszy i serca i wiem, że jeżeli miał z hakatystami konszachty, to właśnie z tą myślą, a nawet nie bardzo by mnie to dziwiło, gdyby się sprawdziło, że miał. Jest to człowiek więcej zwichnięty pod pewnymi względami niż zły. Szkoda mi też byłoby biednego Iwana, gdyby wina jego została ujawniona. Wiem, jakim by to było ciosem dla niego samego. Ciosem z pewnością nieproporcjonalnym do stopnia jego winy subiektywnej. Iwan, choć jest Białorusinem, wychowany jest w kulturze polskiej i z gruntu do społeczeństwa polskiego przywiera. Gdyby został przez społeczeństwo polskie odepchnięty i zbojkotowany, czułby się osamotniony i wykolejony, jakby odcięty od samego siebie. Ale trudno – jak fakty obiektywne, tak i czyny mają swe konsekwencje i ludzie muszą ponosić skutki swych czynów, tak dobrych, jak złych. Litość nie powinna paraliżować odpowiedzialności.

5 (18) lutego, rok 1914, środa

[…] Dokończę wreszcie o sprawie Łuckiewiczów. Sprawa ta głęboko mnie przejmuje, bo zawiera w sobie nie tylko kwestię polityczną, ale też dla mnie problem sumienia. Jakie są rzeczywiste intencje głównych oskarżycieli Iwana Łuckiewicza – wiem dobrze. Wiem i nie waham się, jak się mam do nich stosować; stosunek ten jest ujemny. Ale czy dlatego mój stosunek do Iwana Łuckiewicza w samej treści tych oskarżeń ma być dodatni? Oczywiście nie. Wszakże być może, żem się zanadto otrzaskał z tą sprawą i że rozwaga oraz litość subiektywna dla Iwana zaczynają w przekonaniu moim łagodzić bezpośrednie wrażenie ohydy tej zbrodni. Wyrozumiałość i litość są dobre, ależ tu chodzi o rzecz, której najprostsze oblicze jest tak potworne, że żadną wyrozumiałością nie daje się osłonić. Wszak Hakata to wywłaszczenie Polaków w Poznańskiem, to krzywda krwawa setek rodzin ludzkich, to gwałt przemocy planowej na żywym narodzie! Co tu mówić o niedopuszczalności układów z Hakatą dla demokracji! Jest to rzecz po prostu nienadająca się do żadnego rozważania, plugawa i haniebna w najprostszych elementach swoich.

Moja Anna najlepiej to swoim bezpośrednim zmysłem wyczuwa, kreśląc mnie, inteligentowi, kierunek właściwy sądzenia. Ma rację i nie powinienem odbiegać od jej wskazań.

We środę ubiegłą, w przededniu mego wyjazdu z Wilna, zebraliśmy się w pewnym gronie osób poniekąd specjalnie dla tej sprawy. Obecni byli Polacy: Kazimierz Ostachiewicz, Osmołowski i ja, Litwin Šaulys, Rosjanie: Prozorow i Kraskowski, Białorusini: Antoni Łuckiewicz i Łastowski oraz Żyd Bramson, to znaczy ludzie, którzy pod żadnym względem nie mogli być posądzeni o solidaryzowanie się z intencjami oskarżycieli Iwana. Antoni Łuckiewicz zakomunikował o bileciku Schoultza znalezionym przez Studnickiego, zaprzeczając naturalnie związkowi tego bileciku z jakimikolwiek konszachtami z Hakatą, których podług słów jego nie było nigdy. Ja, zastrzegając się, że ani na chwilę nie wątpię w szczerość słów Antoniego, zaznaczyłem jednak, że powinno chodzić o stwierdzenie całkowitej prawdy obiektywnej, bo oskarżenie jest kategoryczne, ciężkie i oparte na twierdzeniach i poszlakach, które obalone nie zostały. Powiedziałem na zebraniu wszystko, com słyszał od przeglądowców i od Studnickiego, nie tając niczego i nie łagodząc bolesnych stron sprawy.

Antoni wskazywał, że mógłby nam powiedzieć, jak się rzeczy miały i jakie jest pochodzenie tego bileciku, bo ma na to nawet świadka spośród tu obecnych, którego wzywa, aby się w naszym kółku odważył ujawnić i rzecz całą opowiedzieć. Nikt wszakże z obecnych na wezwanie to nie zareagował, a suponuję, że był nim Prozorow, który jednak przez cały czas milczał uporczywie. Co do tych wyjaśnień, które Iwan dawał Studnickiemu, a które były tak zmienne, że się słusznie wydawać mogły podejrzane, Antoni Łuckiewicz oświadczył, iż Iwan właśnie dlatego nie mógł ujawnić prawdy, że chodziło o osobę trzecią, tu obecną, bez której zgody zrobić tego nie można. W toku tej rozmowy, gdy sytuacja była bez wyjścia, Kraskowski zaproponował zwrócić się do tych przeglądowców, którzy kierują kampanią oskarżenia, proponując im – w imię nie tylko szczerej chęci ujawnienia prawdy i dania Iwanowi możności obrony, ale też niedopuszczenia do wylania się brudów na szeroką scenę, z czego by się tylko reakcja cieszyła, babrając w plugawym błocie całą sprawę demokratyczną – aby zgodzili się na utworzenie wspólnej komisji śledczo-sądowej do źródłowego i rzeczowego zbadania całej sprawy. Antoni Łuckiewicz chętnie się do tego przyłączył, ja także, zastrzegając, że to może mieć miejsce tylko za zgodą Iwana.

Jedynie Bramson i Osmołowski kategorycznie do końca oponowali, twierdząc, że nie ma potrzeby robienia żadnego śledztwa, bo to, ich zdaniem, nie oskarżenie, jeno kampania walki politycznej, a znalezienie biletu wizytowego nie jest żadną poszlaką. Przeoczali oni całą więź logiczną tej skomplikowanej sprawy. Głosowania nad propozycją Kraskowskiego nie było, bo to nie była jakaś określona rezolucja grupy, ale skoro Antoni Łuckiewicz, poniekąd zastępca Iwana, propozycję tę uznał za pożądaną, faktycznie została przyjęta. Wskazano, że ta komisja ma się składać z trzech osób: przedstawiciela Białorusinów (wskazano na Łastowskiego), przedstawiciela oskarżycieli przeglądowców i mnie jako reprezentanta grupy tu zebranych. Co do przeglądowców, to uznano wszakże, że należy się zwrócić nie do całej ich grupy, jeno do tych, którzy należeli do naszego koła poprzednio i wobec których przeto sprawa może być jawnie postawiona, ściślej zaś do trzech – Krzyżanowskiego, Witolda Abramowicza i Jana Piłsudskiego, z tym jeszcze zastrzeżeniem, że najpożądańszy do komisji takiej jest Piłsudski jako najbardziej bezstronny, nieroznamiętniający się jak Krzyżanowski i najmniej rozpolitykowany (antyteza Witolda Abramowicza). Na tym stanęło.

Projekt ten stanął prowizorycznie, bo właściwie do omówienia pozostaje tak sprawa kompetencji komisji, jak sposobu jej ukonstytuowania, rozległości zadania itd. Ja, ponieważ wyjechać miałem nazajutrz, o czym na razie zapomniałem, nie wezmę naturalnie udziału w tej komisji, ale sądzę, że to rzecz mniejsza, bo trzeciego będą mogli wybrać wspólnie dwaj pierwsi członkowie.

We czwartek raniutko przed wyjazdem pobiegłem do Krzyżanowskiego i powiedziałem mu o propozycji. Krzyżanowski w zasadzie uznał ją za słuszną, w rozmowie ze mną wspomniał, że na trzeciego można byłoby zaprosić Litwina jako bezstronnego. Krzyżanowski miał się porozumieć z Witoldem Abramowiczem i Piłsudskim, a potem w sprawie zorganizowania komisji porozumieliby się już z Łastowskim.

Co dalej było – nie wiem, bo musiałem wyjechać. Czy komisja się zorganizowała, jak, czy coś zrobiła i co – oto kwestie. Obawiam się, że pierwiastek politycznych intencji oskarżycieli mógł rozbić całą rzecz. Jak dalece sprawa ta jest niejasna i pełna ubocznych tendencji, a stąd komplikacji, posądzeń, plotek, to widać z tego, że na przykład z taką drobiazgowością opowiadany mi przez Krzyżanowskiego fakt rozmowy jakiegoś Białorusina z Łastowskim i rzekomego powiedzenia Łastowskiego, że Białorusini muszą trzymać się Iwana, bo on reprezentuje dla nich 2 tysiące rubli rocznego subsydium, okazał się wierutnym fałszem, po prostu wytworem intrygi, a przecież takie rzeczy najwyraźniej się omawiały i wplatały w oskarżenie, stając się jednym z elementów całości. […]

7 (20) lutego, rok 1914, piątek

[…] Skądinąd Łastowski jest przejęty obecnie inną, nie mniej ważną stroną tej sprawy i tych oskarżeń Iwana. Oto osławiony Sołoniewicz, znany działacz rusyfikacji Białorusinów, i jego organ „Siewiero-Zapadniaja Żyzń” (wychodząca w Mińsku) jęli się wyzyskania tych oskarżeń do denuncjowania ruchu białoruskiego jako skierowanego do oderwania Białej Rusi od Rosji i przyłączenia do Niemiec. Za punkt wyjścia tych denuncjacji biorą oskarżenia działaczy białoruskich, stosunki z Ukraińcami galicyjskimi i rzekomo z hakatystami. Organ Sołoniewicza wpadł podobno na ślady głębszych układów stosunków Białorusinów z Ukraińcami i organizuje nowe rewelacje w tym kierunku. Był jakiś młodzian białoruski, którego działacze białoruscy mieli w swej pieczy i nawet w celach propagandy wysłali do Lwowa do jakiegoś seminarium unickiego czy jakiejś pokrewnej instytucji. Otóż ten młodzian „nawrócił się” potem na patriotyzm rosyjski i trafił do rąk Sołoniewicza, a teraz układa swoje memuary, które mają posłużyć za podstawę rewelacji Sołoniewicza i jego nowego ataku na Białorusinów. Łastowski jest zajęty przygotowaniem się do obrony w tej sprawie i dla zorganizowania akcji przeciwko tej Sołoniewiczowskiej kampanii jedzie teraz do Mińska. […]

8 (21) lutego, rok 1914, sobota

Znowu dziś wyjechałem do Bohdaniszek na parę dni ostatnich, żeby dokończyć rachunki z Mamą i obliczyć w Gaju sążnie osiny sprzedanej Zakowi13. […]

9 (22) lutego, rok 1914, niedziela

[…] Rano przyjechał po mnie do Zaka furman z Bohdaniszek. Wstałem wcześnie i nim furman zajechał jeszcze na stację po rzeczy moje, wstąpiłem do kościoła na wotywę. Nie tylko zmysł religijny, ale nawet konkretny wyraz jego w postaci modlitwy nie są mi bynajmniej obce. Wyznaję Boga i modlę się do niego oraz obcuję z nim na mój własny sposób, ale i modlitwa kościelna w postaci kultu zbiorowego, ujętego w rytuał określony, nie jest dla mnie rzeczą martwą. Gdyby nie świadomość roli katolicyzmu jako Kościoła w jego organizacji obecnej, tego stłumienia w nim i przezeń ducha ludzkiego i twórczości jego, jego natury rzeczywistej jako siły uwsteczniającej, modliłbym się chętnie i gorąco w naszych kościołach, zwłaszcza wiejskich. Mam cześć i miłość do wiary ludu, a modlitwa ludu w kościele jest niewątpliwie czynnikiem żywym jako wyraz prawdziwego obcowania ducha zbiorowego tych mas z pierwiastkiem piękna, ideału i praźródeł wszelkiego bytu. Ta modlitwa ludu kościelna sięga do Boga i sprowadza Boga do życia i do czynu na ziemi ludzkiej. Modliłbym się razem w kościele gorąco, gdyby nie ta świadomość katolicyzmu, która rewoltuje sumienie moje przeciwko władzy klerykalizmu i martwych skamieniałości dogmatu nad duchem twórczym, używanej planowo i niezmiernie umiejętnie do tłumienia postępu ideałów Chrystusowych miłości, braterstwa, swobody i do utrzymywania nierówności i niesprawiedliwości społecznej. […]

12 (25) lutego, rok 1914, środa

[…] Zachodziłem dziś do redakcji „Kuriera Krajowego”, redagowanego już obecnie przez Jerzego Jankowskiego. Będąc w Bohdaniszkach, nie czytałem tego pisma, toteż nie mogę sądzić jeszcze o nowej redakcji. Piotrowicz, administrator pisma i jednocześnie podpisujący je jako „redaktor odpowiedzialny”, gdym mu wspomniał, że będę znów pisywać do pisma, przestraszył się (nie tak już poważnie, na wpół żartem), że moje współpracownictwo wpędzi go do kozy. Powiada bowiem, że ilekroć „Kurier Krajowy” był konfiskowany i ile razy mu wytoczono proces prasowo-polityczny, zawsze za jakiś mój artykuł. Ja więc jestem tym, który ma szczególny dar sprowadzania represji. Czy rzeczywiście tak jest – nie wiem. Wiem tylko, że ostatnio skonfiskowany został „Kurier Krajowy” i pociągnięty do odpowiedzialności za mój artykuł Popularna idea, w którym mówiłem o żywotności idei autonomicznej w państwie rosyjskim i o potrzebie nadania tej idei wyrazu organizacyjnego.

Może i prawda, że zawsze sprawcą represji „Kuriera Krajowego” byłem ja, raczej moje artykuły. Moja bowiem robota publicystyczna, moje artykuły nie jaskrawością wyrazów, ale logiczną mocą myśli i konsekwentnym demokratyzmem muszą być zawsze i są wyraziste i nieprzejednane, godząc w samo sedno państwowości i polityki rosyjskiej. […]

14 (27) lutego, rok 1914, piątek

Dokończę jeszcze w kilku słowach o wczorajszym zebraniu Związku Autonomistów- Federalistów. Postanowiono wczoraj uznać związek taki za utworzony spośród osób obecnych na zebraniu. Oczywiście ma to być jednym z ogniw składowych tworzącego się Związku Wszechpaństwowego14. Omawiano poza tym tak sam charakter utworzonej organizacji, jak jej zasadnicze zadania. Co do charakteru, to zachodziła kwestia, czy ma on mieć cechę partii politycznej z odpowiednim programem i dyscypliną partyjną, czy też być zrzeszeniem poza- i międzypartyjnym, skierowanym li tylko do jednego szczególnego postulatu – propagandy idei autonomicznej. Zgodzono się, że może on być tylko tym drugim.

Co do zasadniczych zadań naszego związku, to Jerzy Jankowski podkreślał głównie moment krajowy, moment obcowania i współżycia demokracji różnych narodowości krajowych, ja zaś uwydatniłem jeszcze moment drugi, moim zdaniem nie mniej ważny – zewnętrzny, polegający na oddziaływaniu na opinię publiczną (demokratyczną) w Rosji oraz na stronnictwa rosyjskie w kierunku wpojenia im świadomości o naszym autonomizmie krajowym i konsekwentnego forsowania zasad autonomicznych tak do programów, jak wystąpień w Dumie itd.

Czy z zakładanego związku coś będzie, czy wyrośnie stąd jakaś siła, jakiś ruch idei autonomicznej – trudno jeszcze wnioskować. Elementy są jeszcze bądź co bądź dość różnolite i każda narodowość, nie wyłączając kół demokratycznych, rozwija się w warunkach i na wzorach dość odosobnionych. Dotąd, choć uchwaliliśmy, że związek jest założony, jest on dopiero w stanie formacji. Nawet co do głównych zasad programowych, co do samej nawet idei autonomii czy federacji nie ustaliliśmy żadnej platformy, żadnej koncepcji społecznej. Przyjęliśmy na razie, ale tylko jako punkt wyjścia dyskusyjny, jako podstawę do orientacji projekt platformy ułożony na jesiennym zjeździe moskiewskim. Rozwinięcie tego projektu, zaprojektowanie zmian w nim, ewentualnie ułożenie nowego projektu lub nadanie obecnemu innego wyrazu zleciliśmy komitetowi, który oczywiście będzie musiał w czynnościach swoich do nas się odwoływać. Na komitecie więc będzie leżała rola odpowiedzialna i zasadnicza.

Komitet zachowano ten sam, który był wybrany w grudniu – po jednym przedstawicielu każdej z pięciu narodowości: od Rosjan Kraskowski, od Białorusinów Iwan Łuckiewicz, od Litwinów Šiling, od Żydów Czernichow i od Polaków Ostachiewicz (zamiast Zasztowta). Zapewne komitet w pierwszym rzędzie określi i skieruje swoje czynności w zastosowaniu do projektowanego zjazdu wszechrosyjskiego na wiosnę.

Wieczorem dziś poszedłem z Anną na wieczorek białoruski do sali „Sokoła”15. Grano komedię charakterystyczną z życia drobnej szlachty na Białej Rusi pod tytułem Paulinka Janki Kupały (Łucewicza), potem były pieśni ludowe odśpiewane przez chór, wreszcie tańce (na tańcach z Anną nie byliśmy). Paulinka to świetna sztuka, charakterystyczna, napisana z werwą i znakomitym odtworzeniem środowiska drobnoszlacheckiego na Białej Rusi. Środowisko to to świat zupełnie swoisty, tkwiący głęboko w rdzennym podłożu białoruskim. To przecież ani Polska, ani Rosja – to Białoruś odrębna, samoistna. Tu wątpliwości być nie może. Realistycznym odtworzeniem środowiska, prawdą artystyczną Janka Kupała głębiej i ściślej argumentuje i przekonuje o istnieniu narodu białoruskiego (nawet w świecie drobnoszlacheckim), który nie jest ani polski, ani rosyjski, niż to mogłyby zrobić setki artykułów publicystycznych operujących argumentacją myślową. […]

20 lutego (5 marca), rok 1914, czwartek

[…] Wieczorem odbyło się u mnie drugie posiedzenie komisji śledczej w sprawie Iwana Łuckiewicza. Posiedzenie dzisiejsze było poświęcone przesłuchaniu Iwana. Iwan zreferował nam szczegóły swoich stosunków z Hanyckim i pochodzenia biletu wizytowego Schoultza.

Oto są główne rysy jego relacji. Poznał Hanyckiego plus minus w roku 1907–08 we Lwowie wśród wielu innych Ukraińców. Bawił tam wtedy u metropolity unickiego Szeptyckiego, który go zaprosił, żeby zorganizować współdziałanie Białorusinów z Ukraińcami w świeżo założonym przez niego lwowskim muzeum unickokościelnym (później muzeum to zostało przekształcone na narodowe ukraińskie). Iwan został mianowany kustoszem działu białoruskiego w tym muzeum.

Iwan był przyjmowany przez Szeptyckiego i Ukraińców bardzo przyjaźnie. Hanycki, urzędujący stale w Katowicach na Śląsku pruskim, nad samą granicą rosyjską (jest tam kapelanem robotników ukraińskich z Galicji zarobkujących na Śląsku), zaofiarował Iwanowi usługi, gdy będzie potrzeba przejazdu przez granicę. Z usług tych Iwan później wielokrotnie korzystał tak dla siebie w swoich częstych wycieczkach za granicę (do Lwowa, Krakowa, Berlina), dokąd jeździł bądź w sprawach muzeum lwowskiego, bądź dla wyprzedaży i wymiany obrazów i starożytności, jak dla innych (raz przewoził jakiegoś emigranta politycznego z Rosji, innym razem delegował tamtędy uciekinierów politycznych, nie towarzysząc im osobiście). Z Hanyckim, przejeżdżając przez Katowice, widywał się i rozmawiał. Nigdy wszakże nie prowadził z nim żadnych konkretnych rozmów politycznych, żadnych układów i planów współdziałania ani też nigdy Hanycki nie robił mu żadnych propozycji w tym rodzaju.

Stosunków Hanyckiego z hakatystami ani się domyślał. Że Hanycki był szeroko ustosunkowany w Prusach, wiedział, ale się temu nie dziwił, skoro Hanycki mieszkał w Katowicach. Pierwszy raz był u Hanyckiego w roku 1908 czy 1909 z Siemaszką16, wspólnikiem swoim z założonego w Wilnie biura górniczo-przemysłowego. Pojechali tam oni dla nawiązania stosunków handlowych ze Śląskiem, a zwrócili się naturalnie do Hanyckiego jako znajomego, który mógłby im w tej sprawie dopomóc. Hanycki robił wrażenie zagorzałego nacjonalisty ukraińskiego, ale to nie mogło być przeszkodą jakiegoś współdziałania politycznego. Wspominał Hanycki przy Siemaszce w rozmowie o możliwości skierowania obieżysastwa z Litwy i Białej Rusi do Prus; pytał, czy obieżysastwo takie istnieje; Iwan mówił, że go nie ma. Później, gdy (w roku zdaje się 1910) założony został w Wilnie oddział warszawskiego Towarzystwa Pomocy Emigrantom (w założeniu tego oddziału brali udział Polacy z grupy ludowego pisemka „Jutrzenka”, Litwini demokraci z „Lietuvos Ūkininkas” i Białorusini z „Naszej Niwy”), Iwan rozmawiał z panią Kremerową, kierowniczką biura tego towarzystwa, o możliwości skierowania obieżysastwa z naszego kraju do Prus, ale żadnej akcji w tym kierunku ani on, ani biuro nie wszczynali. Zdaje się też, że raz kwestia ta była podnoszona na zebraniu oddziału Towarzystwa Emigracyjnego przez pana Stefana Kopcia, przyjaciela Białorusinów, ale Iwan o tym dokładnie nie wie, bo będąc chorym, nie był obecny na tym posiedzeniu; wie tylko, że Kopeć miał na posiedzeniu o tym temacie mówić.

Innym razem, widząc się z Hanyckim w Katowicach, ten ostatni spytał Iwana, czy nie był w Wilnie i czy nie wstępował do Białorusinów jakiś przyjezdny Niemiec z Prus, przedstawiciel centrali (Iwan zrozumiał, że mowa o biurze dostarczania robotników sezonowych), który jeździł w sprawie zorganizowania obieżysastwa. Iwan odpowiedział, że nie. Kto był tym Niemcem, Iwan nie wie; możliwa rzecz, że Hanycki skierował tego Niemca do Białorusinów, ale ten widocznie nie trafił. Iwan sądzi, że Niemiec ten był w Wilnie, jeno zabłądził i trafił zamiast do Białorusinów – do Rosjan nacjonalistów (pewien odłam nacjonalistów demagogów rosyjskich w kraju naszym i w Wilnie z Sołoniewiczem na czele przybiera nazwę Białorusinów i nawet istnieje w Wilnie rosyjski nacjonalistyczny Klub Białoruski, który poza nazwą nic wspólnego z Białorusinami nie ma – to mogło wprowadzić w błąd owego Niemca). A o bytności tego Niemca Iwan wnioskuje stąd, że mniej więcej w tym czasie Sołoniewicz, który wtedy wydawał swoją gazetę w Wilnie, wspominał coś w swoim organie, że nachodził go jakiś Niemiec w sprawach emigracyjnych. Raz, jadąc przez Katowice dla sprzedaży jakichś obrazów szkoły flamandzkiej i będąc u Hanyckiego, a mając ze sobą fotografie tych obrazów, Iwan – gdy Hanycki zobaczył fotografie i radził mu je spieniężyć na większym rynku w Berlinie zamiast we Lwowie czy Krakowie, proponując mu swe pośrednictwo – zostawił mu kilka tych fotografii i o nich to zapewne wspomina Hanycki w liście do Tiedemanna, nadając temu naturalnie, dla podniesienia swego autorytetu, koloryt zgoła inny – niby to sprzedaży na cele walki narodowo-politycznej.

Dalszy ciąg jutro.

21 lutego (6 marca), rok 1914, piątek

Będę kończył opis wczorajszych zeznań Iwana Łuckiewicza. W listach Hanyckiego w ustępach dotyczących Litwy i Białej Rusi oprócz ogólnych wskazówek o potrzebie zwrócenia uwagi na ruchy litewski i białoruski dla współdziałania w walce z polskością i oprócz poruszenia kwestii obieżysastwa z tych krajów są jeszcze wzmianki bardziej konkretne, związane ściślej z osobą jakiegoś Białorusina (Iwana?). Jedna z tych wzmianek dotyczy owych fotografii dzieł sztuki, zapewne tych samych, co do których Iwan dał nam wyjaśnienia, zanotowane przeze mnie wczoraj w dzienniku. Dalej jest wzmianka o „wykopaliskach czarnomorskich”. Co do tych Iwan dał nam wyjaśnienie następujące. Istotnie, wykopaliska takie były, należały one do niejakiego Romanowicza w Mińsku, który zwrócił się do Iwana z prośbą pośredniczenia w ich sprzedaży. Iwan jako kustosz ukraińskiego muzeum lwowskiego porozumiewał się w tej sprawie z Szeptyckim. Ostatecznie wykopaliska te okazały się sfałszowane. Kupił je potem ktoś z przyjaciół Iwana (o ile wiem prywatnie – pan Łęcki z Mińszczyzny). Z Hanyckim Iwan w tej sprawie nie konferował wcale. W ogóle w sprawach muzeum lwowskiego porozumiewał się li tylko z metropolitą Szeptyckim. Choć cena tych wykopalisk była stawiana w kwocie rubli 2 tysięcy (może koron), a Hanycki w liście do Tiedemanna mówił o cenie 5 tysięcy (marek?), możliwe, że ma na myśli te same wykopaliska. Jeżeli tak, to dowiedział się o nich nie od Iwana, a dowiedzieć się mógł z łatwością ze Lwowa wprost z muzeum ukraińskiego.

Dalej w listach Hanyckiego jest mowa o możliwości korzystnych spekulacji na kupnie z rąk polskich majątków ziemskich na Litwie i Białej Rusi do parcelacji i w związku z tym wskazuje się, że jeden taki interes jest właśnie w toku. Możliwe, że Hanycki ma na myśli majątek Dziedziłowicze (jest to majątek w powiecie borysowskim, własność poprzednio Henryka Śliźnia17, ogromny, śliczny majątek z olbrzymimi, dziewiczymi niemal lasami, w których były jeszcze niedźwiedzie. Ślizień wstąpił do spółki z wynalazcą Szczepanikiem dla spekulacyjnej eksploatacji jego wynalazków i zbankrutował, śliczne lasy dziedziłowickie wycięto. Majątek ogołocony, ale olbrzymią przestrzeń kupił Józef Tyszkiewicz z Łohojska, obecnie już zmarły – kupił bez myśli zachowania tego majątku. W Dziedziłowiczach na cmentarzu parafialnym pochowana moja siostra Helcia Wołłowiczowa18, matka Henrysia).

Otóż dla kupna Dziedziłowicz w celu ich rozparcelowania projektowane było towarzystwo akcyjne (chodziło o gruby, przeszło milionowy interes). Do towarzystwa tego miał należeć metropolita Szeptycki. Chodziło o interes spekulacyjny, ale z zastrzeżeniem parcelacji wśród białoruskiej ludności miejscowej, włościańsko-drobnoszlacheckiej (zdaje się, że łączyły się z tym jakieś ówczesne plany Szeptyckiego wznowienia misji kościelnej na Białej Rusi i utworzenia jej ognisk pod zaborem rosyjskim). W tym tworzącym się interesie dziedziłowickim brał udział też nieboszczyk Józef Tyszkiewicz (łohojski), a prowadził go adwokat Rotwand19 z Warszawy; jakąś też w tym grał rolę adwokat Kusztelan z Mińska. Ostatecznie rzecz ta do skutku nie doszła z powodu przeszkód prawnych. Z Hanyckim Iwan nigdy w tej sprawie nie konferował i zresztą nie Iwan był w tym przedsięwzięciu osobą główną. Oto mniej więcej wszystko w sprawie stosunków z Hanyckim.

Co zaś do biletu Schoultza, to Iwan zeznał, co następuje: Tego roku koło Bożego Narodzenia (roku 1913) Iwan jeździł w jakiejś sprawie do Berlina (czy w ogóle za granicę, ale miał być i w Berlinie). Jechał jak zwykle przez Katowice i wstąpił do Hanyckiego (o rewelacjach Krysiaka jeszcze nie wiedział, a jeżeli coś słyszał, to się nimi nie interesował). W Berlinie miał się spotkać z inną pewną osobą z Wilna, która tam jechała dla jakichś interesów „komercyjnych”; dla załatwienia tych interesów trzeba było jakichś stosunków, jakichś ułatwień. Iwan, widząc się z Hanyckim, coś mu o tym wspomniał i Hanycki mu powiedział, że właśnie ma być w Berlinie i że z pewnością będzie mógł im wyrobić potrzebne znajomości i ułatwienia. Jakoż potem w Berlinie Iwan spotkał się z owym panem z Wilna i zapoznał go z bawiącym także w Berlinie Hanyckim. Hanycki mówił im o jakimś panu z redakcji „Vossische Zeitung”20, który będzie zapewne mógł zrobić czy tam ułatwić to, o co znajomemu Iwana chodziło (jakim pismem jest „Vossische Zeitung”, tego Iwan nie wiedział i nie interesował się tym). Hanycki naznaczył im spotkanie się z tym Niemcem z „Vossische Zeitung” u siebie w hotelu. Gdy Iwan ze znajomym swym przyszli, przyszedł też ten pan, Niemiec, bardzo elegancki. Przedstawił się im. Był to Schoultz, ale ani Iwan, ani jego znajomy nie mogli się domyślać, że to ów sekretarz Ostmarkenverein. Była rozmowa li tylko o interesie, żadnych tematów politycznych. Okazało się, że ten pan nie może być w danym interesie pomocny.

Przy pożegnaniu Niemiec wręczył Iwanowi i jego znajomemu z Wilna po bilecie wizytowym. Oczywiście przy nim nie oglądali oni tego biletu. Gdy przyszli do swego hotelu i byli sami, i odczytali bilety tego pana, dopiero się zorientowali, co to był za ptaszek. Uśmiali się też wtedy serdecznie z takiego spotkania „politycznego”. Bilet Iwan zachował, poniekąd nawet jako osobliwość. Wracając i jadąc przez Warszawę, Iwan nawet pokazywał komuś w Warszawie ten bilet jako osobliwość, tu zaś w Wilnie używał go jako zakładki do książki, którą czytał, i tu Studnicki znalazł bilet w książce w pokoju Iwana. Studnicki wziął bilet cichaczem i schował i Iwan się dopiero później obejrzał21, a domyśliwszy się, że wziął Studnicki, poszedł do niego, by go wycofać, będąc nawet zaniepokojonym z powodu zbiegu tego faktu z szerzonymi o nim wiadomościami na tle rewelacji Krysiaka.

Co do osoby tego pana z Wilna, który był w Berlinie i wraz z Iwanem spotkał się u Hanyckiego z Schoultzem, to Iwan nam nazwiska jego nie ujawnił, jak też tego interesu komercyjnego, o który chodziło. A oczywiście przesłuchanie tego pana i zbadanie tej sprawy będzie miało znaczenie wielkie dla nas. Iwan oświadczył, że będzie mógł ujawnić tylko z zastrzeżeniem bezwzględnej tajemnicy i że pan ten da nam zeznanie li tylko pod warunkiem zapewnienia, że poza naszą komisją ani jego nazwisko, ani natura tego interesu komercyjnego nie wyjdzie. W tej kwestii jeszcze decyzji nie powzięliśmy. Prywatnie wszakże domagaliśmy się i wiemy, że osobą tą jest Michał Prozorow.

Taki więc jest materiał dany nam przez zeznania Iwana. Zadaniem naszym będzie sprawdzić obiektywnie ten materiał. Zadanie bardzo skomplikowane. Kto wie, czy nie wypadnie nam delegować jednego z nas nawet za kordon graniczny. I jak długo śledztwo to potrwa. Żartowaliśmy, że może w roku 1914 nie skończymy tej roboty. Opisywanie protokołu zeznań Iwana zajęło nam parę godzin i jeszcześmy nie skończyli protokołować. Następne zebranie w niedzielę. […]

22 lutego (7 marca), rok 1914, sobota

[…] Zwiedziłem w Kownie muzeum miejskie. Jest ono dziełem właściwie jednego człowieka, pana Tadeusza Dowgirda22. Ucieszył się staruszek z mojej wizyty, oprowadzał mnie i udzielił najdokładniejszych a ciekawych wyjaśnień. Dziwnie mi brzmi słowo „staruszek” w zastosowaniu do pana Dowgirda. Tak, ilością lat życia jest staruszkiem, ale ruchliwością, energią, zapałem jest zupełnie młody. Młodość to niespożyta, przedziwny, rzadki dar, który go w oczach filistrów robi śmiesznym i dziwakiem.

Jest to starzec z duchem młodzieńca. Ukochał Litwę, jej przeszłość i teraźniejszość, jej kulturę ludową. Ze starej spolszczonej rodziny ziemiańskiej pochodząc, zwrócił się przez miłość ludu do narodowości litewskiej. Jest artystą, a całe życie jego jest jedną poezją. Skromny w wymaganiach osobistych, zaniedbujący się nawet, skupił cały zasób, całą gorącą żywotność swoją na czynnych i twórczych studiach nad kulturą i duszą ludu litewskiego. Muzeum kowieńskie jest przez niego stworzone, przez niego kierowane, jego osobistą i samotną pracą rozwijane. Sam też w muzeum mieszka i ciągle w nim siedzi, a gdy wyjeżdża, to także w sprawach muzeum. Latem urządza wycieczki, kopie pilkalnie i grobowce, gromadzi materiał etnograficzny, uczy się, poznaje, zbiera i szerzy. Muzeum jego, choć nie jest wielkie, ma już zbiory ciekawe, a szczególnie wyraziste w interpretacji samego Dowgirda. Muzeum swoje nie tylko zna, ale też rozumie i kocha, wyczuwa i wiąże. Muzeum to jest w interpretacji pana Tadeusza Dowgirda nie tylko sumą nagromadzonych szczegółów, ale też żywym, spoistym organizmem kultury ludowej. […]

28 lutego (13 marca), rok 1914, piątek

[…] Ogłoszono niedawno, że w Krakowie jest jakaś korona znaleziona przez kogoś – bez podania jej pochodzenia i szczegółów znalezienia. Owóż wśród Litwinów kursuje wersja, że korona ta należy do Witolda, wielkiego księcia litewskiego, i że została wzięta z jego grobowca z lochów katedry wileńskiej podobno przez ks. prałata Kurczewskiego23 i dr. Zahorskiego24. Ci dwaj otwierali pono niedawno grób Witolda i stąd powstała ta pogłoska w związku ze znalezieniem nieznanej, tajemniczej korony w Krakowie. Podług tej wersji Zahorski i Kurczewski, znalazłszy koronę, wywieźli ją cichaczem do Krakowa, aby ją tam złożyć w miejscu bezpiecznym, by się nie dostała do rąk rosyjskich, a może i litewskich. Ile w tym prawdy – nie wiem. Litwini, a szczególnie nacjonaliści litewscy, są poruszeni tą wersją i oburzeni na Zahorskiego i Kurczewskiego.25 […]

4 (17) marca, rok 1914, wtorek

Rano pisałem artykuł do demokratycznego dziennika litewskiego „Lietuvos Žinios” w sprawie mającego się odbyć w tym miesiącu w Wilnie tak zwanego zjazdu dzielnicowego Rosyjskiej Izby Eksportowej w związku ze sprawą odnowienia w roku 1917 traktatu handlowego Rosji z Niemcami. Zjazd ten, jako też sama sprawa traktatu, ma niewątpliwie wielkie znaczenie dla całego kraju i wszystkich klas ludności wciągniętych w wir gospodarki towarowo-pieniężnej. A nie ma już chyba takiej klasy u nas, która by się umieściła zupełnie poza szrankami tej gospodarki. Jeżeli włościanie białoruscy są u nas jeszcze na bardzo niskim poziomie gospodarczym, to już o włościanach litewskich tego powiedzieć nie można.

Do udziału w zjeździe powołane są wszystkie klasy ludności, wszelkie organizacje ekonomiczne – wytwórcze, handlowe, spożywcze. Co zaś jeszcze bardziej podnosi znaczenie zjazdu i sprawia, że udział w nim jest szczególnie ważny, to to, że zjazd ten będzie nie tylko jednorazowym aktem wymiany zdań, ale też początkiem roboty ciągłej, systematycznej i społecznej skierowanej do badania warunków wymiany i handlu eksportowego i importowego. Sprawa oczywiście niezmiernie żywotna.

Do zjazdu tego najbardziej się gotują organizacje ziemiańskie i kupiecko-przemysłowe. Organizacje włościańskie, drobnohandlowe, drobnoprzemysłowe, robotnicze, spożywcze, słowem – ludowe względnie mało się do zjazdu tego sposobią. Jest to rzeczą zrozumiałą, bo najbardziej świadome swych potrzeb w zakresie wymiany są te klasy, które są najbardziej zaawansowane w postępie kapitalistycznym, ale niewątpliwie dla wszystkich sprawa jest żywotna i demokracja ludowa nie może zaniedbywać terenu tak poważnego. Zjazd ma się odbyć w drugiej połowie marca.

Redakcja „Lietuvos Žinios” od dawna obstalowała u mnie artykuł w tej sprawie, ale dopiero dziś się do pracy zabrałem. „Lietuvos Žinios”, nie mogąc się doczekać mego artykułu, umieściło już przed kilku dniami w tej sprawie artykulik redakcyjny. Artykuł, który dziś napisałem, jest dość obszerny (na trzy numery pisma) i traktujący rzecz szeroko w związku z głównymi tendencjami ekonomicznymi Niemiec w stosunku do nas oraz naszymi potrzebami handlu. Wykazałem też aktualność tej sprawy dla włościan litewskich.

Z przyjemnością pisałem ten artykuł do „Lietuvos Žinios”, mając poczucie, że to nie jest praca zmarnowana, bo przez to pismo trafia się rzeczywiście do samego ludu albo do inteligencji, która jest bliska ludowi – jego kość kości i krew krwi. Przez pisma polskie, taki na przykład inteligencki „Przegląd Wileński” albo popularny dzienniczek brukowy „Kurier Krajowy”, można co najwyżej uświadamiać ogólnikowo publiczność w kierunku demokratycznym, podczas gdy w pismach litewskich, jak w całym w ogóle ruchu litewskim, demokratyzm jest samym rdzeniem czynu społecznego, jest podstawą mocną, której nawet uświadamiać nie potrzeba, jeno snuć z niej wskazania konkretne. To wynika z samej natury kulturalnej społeczeństw polskiego i litewskiego w tym kraju. […]

7 (20) marca, rok 1914, piątek

Rano wnosiłem w Sądzie Okręgowym dwie obrony karne. W jednej sprawie broniłem parobka spod Wilna, niejakiego Kwiatkowskiego, oskarżonego o to, że wespół z innymi parobkami okradł jakiegoś przejezdnego włościanina wracającego z kiermaszu z Wilna. Włościanin był pijany, zasnął w wozie, koń go zawiózł z drogi do jakiegoś dworu i tam wieczorem kilku parobków okradło go, a następnie zawróciło konia i popędziło gościńcem. Nie była to właściwa kradzież, bo parobcy nie taili faktu wzięcia rzeczy i byliby je zwrócili, gdyby się właściciel upomniał, ale z pewnością liczyli na to, że właściciel rzeczy, chłop pijany, pochodzący gdzieś z daleka, gdy się obudzi, nie będzie wiedział, gdzie mu się rzeczy podziały, i nie upomni się o nie, a wtedy zostaną one w posiadaniu tych, co je zabrali. Sądzony był Kwiatkowski z dwoma towarzyszami za kradzież w podróży, która jest karana srożej od zwykłej kradzieży; groziły mu roty aresztanckie z pozbawieniem praw.

Drugi mój klient, niejaki Kubinowicz, chłopiec dziewiętnastoletni, już dwa razy karany za kradzieże, był oskarżony o kradzież poduszki i firanek z wagonu II klasy. Obrona w obydwóch sprawach udała mi się niezwykle dobrze, tak ze względu na realny skutek dla moich klientów, jak też ze względu na formę i treść mów moich. Mówiłem wyraziście, z wielką siłą argumentacji rzeczowej, z wielkim spokojem niepozbawionym temperamentu, panując doskonale nad formą i nad całym materiałem sprawy. W ogóle u mnie nigdy nie można przewidzieć z góry, jak mi się uda mowa. Nie zależy to tylko od tego, czy się dobrze przygotuję zawczasu do mowy. Choćbym był przygotowany najlepiej, to mogę wygłosić mowę jak najgorzej, jeżeli inne, że tak powiem – psychiczne warunki nie dadzą mi odpowiedniego nastroju. Zależy to od stopnia podniecenia, werwy polemicznej, w ogóle od mego stanu duchowego. Jako człowiek niezmiernie wrażliwy jestem w dużym stopniu nieobliczalny (w działaniu, nie zaś w założeniu).

Pierwszego klienta mego, Kwiatkowskiego, ława przysięgłych uznała za winnego kradzieży zwykłej (nie w podróży) i dała mu okoliczności łagodzące (skazany został na cztery miesiące więzienia zwykłego), drugiego zaś, Kubinowicza – uniewinniła. Zresztą i skład osobisty ławy przysięgłych był bardzo dla obrony dodatni. Przeważali inteligenci, ludzie zawodów wyzwolonych, między nimi też artysta malarz pan Torwirt26. Artyści stanowią zawsze wśród przysięgłych element najlepszy dla interesów obrony; są oni zawsze ludzcy, wrażliwi na niedolę zbrodniarza lub tylko oskarżonego, mają serce i wiele poczucia krzywdy, wyrozumiałości życiowej. Widocznie sama organizacja psychiczna artystów sprzyja humanizmowi. Najcięższym zaś elementem dla interesów obrony są wśród przysięgłych biurokraci i urzędnicy – są to dusze papierowe, przeżarte przez formalistykę, oschłe, polegające na martwej, papierowej rutynie.

Zresztą każda klasa społeczna wnosi do wyroków sądowych ławy przysięgłych swoje specyficzne pojęcia. Są kategorie spraw i zbrodni, które wywołują zawsze sympatię i wyrozumiałość przysięgłych włościan, gdy znów inne są zawsze z góry przesądzone przez tychże włościan na niekorzyść obrony, tak samo inteligencja miejska, ziemianie mają swoje specjalne sympatie i antypatie do poszczególnych kategorii zbrodni. […]

13 (26) marca, rok 1914, czwartek

[…] Wieczór spędziłem u mojej Anny. Te parę godzin upłynęło mi z nią jak zawsze bardzo serdecznie i miło. Moja Anna jest w gruncie wielką arystokratką ducha w szlachetnym znaczeniu słowa. Gdybym jej to powiedział, toby się oburzyła, bo nienawidzi samego imienia arystokracji, kochając lud i jego sprawę, będąc z przekonań i sympatii demokratką czystej wody i mając w sercu i umysłowości swojej ogromną kulturę humanitarną. Przez te trzy lata naszego związku Anna nie tylko się bardzo wykształciła pod względem wiedzy i kultury myśli, ale też ogromnie ukształciła i rozwinęła ducha swego we wszystkich zakresach. Zawsze była materiałem świetnym dla kultury, ale teraz jest już nie tylko materiałem, lecz też człowiekiem wybitnie rozwiniętym, o niezmiernie bogatej i dobrze ukształtowanej, głębokiej duszy.

Pracując od paru tygodni znowu u Sapkowskiej jako modystka, Anna odczuwa teraz ogromnie jałowość tego środowiska dziewcząt modystek, które ją tam otacza. Razi ją pustota, rozmiłowanie w zabawach i mdłym flircie tych dziewcząt, ich pobożność płytka i brak jakichś pragnień ducha, ideałów życiowych, głębi statecznej. Moja Anna jest sama tak bujnej i bogatej treści, że ta jałowa pustka biednych dziewcząt ją mierzi. […]

20 marca (2 kwietnia), rok 1914, czwartek

Dziś nastąpiło uroczyste otwarcie zjazdu eksportowego. Rosyjska Izba Eksportowa, z której ramienia otwarty został zjazd niniejszy, jest formalnie instytucją prywatną, ale ma markę na wpół urzędową, będąc inspirowaną przez Ministerium Handlu i Przemysłu. Zadaniem jej jest zorganizować koła przemysłowe i handlowe w całym państwie zainteresowane sprawą handlu zagranicznego dla ujawnienia odpowiednich potrzeb, żądań i środków działania w kwestii nowego traktatu handlowego z Niemcami. Termin starego traktatu, fatalnego dla Rosji, upływa w roku 1917, a już w roku 1915 muszą być rozpoczęte rokowania delegatów rosyjskich z delegatami niemieckimi w sprawie ułożenia nowego traktatu. Rząd rosyjski zrozumiał, że traktat w drodze biurokratycznej zawarty być nie może bez olbrzymich strat dla państwa i że trzeba wysłuchać desideratów27 społeczeństwa, mieć jego poparcie i moc w sprawie tak niesłychanie ważnej. Niemcy znają znakomicie swoje potrzeby, swoje szanse i atuty, jak również swoje słabe strony i gotują się do traktatu z wytężeniem całej energii, rozporządzając świetną statystyką, znajomością rzeczy, słowem – najzupełniej fachowo. Otóż taką właśnie przygotowawczą pracę społeczną dla Rosji ma pełnić i pełni Rosyjska Izba Eksportowa.

Zjazd wileński jest trzeci: pierwszy odbył się w Charkowie dla południa Rosji, drugi – w Kijowie dla Ukrainy Zachodniej. Zjazd wileński obejmuje sześć guberni Litwy i Białej Rusi, poza tym zaś w zakresie rolnictwa obejmuje także gubernię suwalską, w zakresie handlu lnem – gubernię pskowską i w zakresie eksportu zagranicznego obejmuje jeszcze porty bałtyckie stanowiące ujście dla naszego handlu – Libawę, Windawę i Rygę.

Uroczyste otwarcie odbyło się o godzinie 1.00 w Klubie Szlacheckim28. Na wstępie – szereg mów powitalnych, odczytanie depesz i życzeń od rozmaitych instytucji, wystosowanie depesz od zjazdu do cara i do ministrów. Przewodniczy na zjeździe pan Denisow29, prezes Rosyjskiej Izby Eksportowej, członek Rady Państwa, ten sam, którego nazwisko stało się głośne z dramatu rodzinnego, który się szerokim skandalem rozszedł po Rosji (stosunek żony Denisowa z ministrem oświaty Kassem30, spoliczkowanie Kassa przez synów Denisowa – studentów, samobójstwo jednego z synów). Denisow, człowiek jeszcze niestary (lat koło 50), robi wrażenie bardzo dodatnie, ma ogromnie dużo taktu, zna doskonale warunki i potrzeby eksportu, wie wszystko, co się robi w tym zakresie, jest pełny inicjatywy, we wszystko wgląda, sam chodzi do wszystkich sekcji zjazdu, wszędzie udziela informacji, nadaje kierunek obradom itd.

W zjeździe bierze udział kilkaset osób. Zjazd został podzielony na pięć sekcji: 1) rolnicza (zbożowa), 2) hodowli i produktów ulegających prędkiemu zepsuciu (mięso i produkty zwierzęce, handel drobiem, jajami, nabiał itd.), 3) leśna, 4) handlowo-przemysłowa i 5) sekcja ogólna, czyli sekcja organizacji stałej do spraw handlu eksportowo-importowego, która jest projektowana w postaci utworzenia Wileńskiego Oddziału Izby Eksportowej. Oprócz tego w sekcji handlowo-przemysłowej utworzona została podsekcja kooperacji i przemysłu domowego. Prezydia wszystkich sekcji zostały zaprojektowane przez biuro organizacyjne zjazdu.

Po uroczystym otwarciu zjazdu o godzinie 2.30 prezydent miasta pan Michał Węsławski zaprosił wszystkich uczestników na śniadanie ofiarowane przez miasto Wilno i podane w tymże Klubie Szlacheckim. Śniadanie było sute, à la fourchette31. Po śniadaniu zjazd obradował dalej. Ja się wpisałem do sekcji leśnej i do podsekcji kooperacji. Sfotografowano też na sali grupę zbiorową wszystkich uczestników zjazdu. Ogromną większość zjazdu stanowią Polacy ziemianie i Żydzi – przemysłowcy oraz kupcy. Litwinów zaledwie kilku, przeważnie w sekretariacie, delegatów Litwinów tylko paru. Inteligencji miejskiej wolnych zawodów prawie że nie ma. Jest też grupa urzędników – przedstawicieli rozmaitych instytucji rządowych, jak Okręgu Dróg Komunikacji, Zarządu Leśnego, Dóbr Państwowych, Zarządu Rolnictwa itd.

W posiedzeniu pośniadaniowym ogólnego zebrania odczytany jeszcze został przez Wiśniewskiego z Kowieńskiego Towarzystwa Rolniczego32 referat w kwestii braku rąk roboczych i środków zaradczych na to. Na samym referacie nie byłem, jeno na dyskusji później. Z dyskusji i z replik prelegenta mogłem zmiarkować, jak wsteczny i typowo agrariuszowski był ten referat, zmierzający do ustanowienia rozmaitych ograniczeń i środków policyjnych dla przeszkodzenia zbytniemu wychodźstwu robotników rolnych. W dyskusji były też głosy przeciwne, krytykujące agrariuszowski kąt widzenia. Zjazd ostatecznie żadnej rezolucji w tej sprawie nie przyjął, przekazując kwestię przyszłemu Wileńskiemu Oddziałowi Izby Eksportowej. […]

21 marca (3 kwietnia), rok 1914, piątek

Prawie cały dzień spędziłem na zjeździe eksportowym, który mnie ogromnie zajmuje. Jest to po prostu jak akademia umiejętności praktycznej, akademia konkretnego życia gospodarczego w stosunkach wielkiego handlu i wielkiej gry funkcji ekonomicznych. Niezależnie od konkretnych rezultatów tego zjazdu w stosunku do przyszłego traktatu handlowego z Niemcami będzie on miał dla nas samych ogromne znaczenie ze względu na kapitalny przegląd wszystkich naszych potrzeb i całokształtu naszego życia gospodarczego. U nas szczególnie, gdzie nie ma żadnych uniwersytetów, żadnych wielkich instytucji naukowych i gdzie nic się prawie nie robi dla zbiorowego na wielką skalę badania naszych potrzeb i stosunków ekonomicznych, zjazd taki jest wprost nieoceniony. Uczy on, budzi myśl, znakomicie rozszerza sferę orientowania się. Obrady zjazdu i poszczególnych sekcji mają charakter bardzo rzeczowy; obradują ludzie, którzy znają dobrze swoje potrzeby, rozumieją wady i zalety sytuacji i warunków, mają myśli i żądania ścisłe, miast ogólników dyletanckich operują argumentami z życia, opartymi na cyfrach, faktach, zjawiskach realnych. Dyskusje są fachowe, tętniące żywą prawdą krwi i kości spraw ekonomicznych. Żałuję, że nie mogę całego bezwzględnie czasu poświęcić zjazdowi i też że nie mogę się sam pomnożyć, aby być jednocześnie obecnym na wszystkich sekcjach i wszędzie się uczyć, wszystkiego wysłuchać i wszystko pochłonąć. […]

24 marca (6 kwietnia), rok 1914, poniedziałek

Dziś zjazd eksportowy został zakończony i formalnie zamknięty. Wpierw wszakże opiszę jeszcze wczorajsze posiedzenie wieczorne. Nie było to właściwie posiedzenie zjazdu, jeno zebranie konstytucyjne tworzącego się stałego tak zwanego Północno-Zachodniego Wydziału Rosyjskiej Izby Eksportowej. Wydział ten będzie obejmował sześć guberni litewsko-białoruskich.

Zdaje mi się, że to będzie organizacja wielkiej wagi, bo tą drogą wszelkie nasze zbiorowe potrzeby, oczywiście ekonomiczne, będą szły wprost na Petersburg do władz centralnych, przez Izbę Eksportową do Ministerium Handlu i Przemysłu, z pominięciem pośrednictwa władz gubernialnych i ciężkiej od nich zależności. Nawiązanie bezpośredniej drogi do Ministerium Handlu i Przemysłu jest faktem dodatnim. Ministerium Handlu i Przemysłu jest zawsze liberalniejsze, skłonniejsze do uwzględniania potrzeb społecznych i dzielnicowych, bo z samej natury zadań swoich musi zajmować stanowisko bardziej życiowe. Względy polityki nacjonalizmu, teoretycznych haseł państwowości ustępują w tym ministerium przed realnymi potrzebami rozwoju handlu i przemysłu. Z tym ministerium zawsze się łatwiej dogadać niż z Ministerium Spraw Wewnętrznych, w którym kwitną tradycje policyjne i wszelkie tendencje nacjonalizmu i polityki. Najgorsza zaś jest zawsze administracja lokalna, zależna od Ministerium Spraw Wewnętrznych i stosująca niewolniczo wszelkie dominujące tendencje polityczne rządu centralnego wbrew potrzebom życia, w imię oderwanych zasad państwowych, a najbardziej w imię służbowej gorliwości karierowiczów miejscowych. Ministerium Spraw Wewnętrznych i zależna od niego administracja lokalna – to są najgorsi wrogowie potrzeb życia i dzielnic, których głównym zadaniem w policyjnej Rosji jest wstawianie pałek między koła, aby jeno tamować mechanicznie bieg i rozwój życia. Toteż utorowanie prostej drogi do Ministerium Handlu i Przemysłu jest rzeczą ważną.

Oczywiście, że i to ministerium nie jest zupełnie wolne i ulega ogólnej polityce rządu, ześrodkowanej w Radzie Ministrów, ale bądź co bądź reprezentuje ono siłę bliższą życia, bardziej swobodną i na potrzebach realnych opartą. I chociaż Izba Eksportowa będzie miała kompetencję li tylko w sprawach ekonomicznych, w zakresie potrzeb handlu i przemysłu, to już jest wielką rzeczą: potrzeby ekonomiczne stanowią zasadniczą oś rozwoju społecznego i przez nie głównie odbywa się postęp i emancypacja kraju. Przez organizację Izby Eksportowej, przy istnieniu stałego jej wydziału krajowego, potrzeby krajowe będą się wyzwalały i docierały do Petersburga, zyskując poniekąd poparcie Ministerium Handlu i Przemysłu. Walka o ich realizację będzie się toczyła u góry, w łonie starć Ministerium Handlu i Przemysłu z Ministerium Spraw Wewnętrznych, podczas gdy teraz są one od razu w samym zalążku u samego dołu tłumione arbitralną ręką administracji lokalnej. […]

Oczywiście Rosja do zawarcia korzystniejszego traktatu z Niemcami potrzebuje poparcia społecznego i pragnie takowego. Pragnąc go zaś, musi też sama w osobie rządu iść na pewne ustępstwa, dać pewne poparcie potrzebom społeczeństwa i dzielnic, które zyskać pragnie. Być może to jest tylko flirt rządu ze społeczeństwem, tylko chęć doraźna pozyskania go na ten jeden moment traktatu, nie zaś szczera chęć współdziałania i opierania się odtąd rzeczywistego na potrzebach społecznych. Znając naturę rządu rosyjskiego, można istotnie go o to posądzać. Ale dopóki ten flirt trwa, dopóki rząd chce ubiegać się o poparcie społeczeństwa czy tylko jest do tego zmuszony, dopóty społeczeństwo może tymczasem coś dla siebie zyskać. Już sam zjazd obecny, dający możność dokonania głębokiej zbiorowej analizy potrzeb handlu i przemysłu krajowego, był niewątpliwie rzeczą dla nas bardzo pożyteczną, a przez wydział krajowy Izby Eksportowej niejedną się jeszcze rzecz konkretną da zapewne pozyskać, dopóki traktat handlowy nie zostanie zawarty i potrzeba flirtu nie przeminie. […]

26 marca (8 kwietnia), rok 1914, środa

Wrażenia zjazdu eksportowego żywo mnie zaprzątają. Przypisuję mu duże znaczenie i sądzę, że rezultaty jego będą trwalsze od samej jego przemijającej natury. Systematycznym wykonywaniem uchwał zjazdu, raczej czuwaniem i staraniem się o ich wykonanie, zajmie się Północno-Zachodni Wydział Rosyjskiej Izby Eksportowej. Poza tym będzie też chodziło o spopularyzowanie prac zjazdowych i utrwalenie wyników jego tak pod względem praktycznym, jak naukowym. W tym kierunku my będziemy musieli wytężyć nasze wysiłki – w „Przeglądzie Handlowo-Przemysłowym” i w sekcji ekonomiczno-statystycznej Towarzystwa Przyjaciół Nauk.

W porównaniu ze znaczeniem tego zjazdu ogromnie, wprost skandalicznie małe było zainteresowanie się nim inteligencji wileńskiej, a nawet sfer ziemiańskich guberni wileńskiej. Zjazd ten był jedyną okazją do zapoznania się z naszymi krajowymi potrzebami ekonomicznego rozwoju, z samą podstawą warunków naszego życia zbiorowego. Już dla tego samego mógł on zainteresować szerokie koła inteligencji, nawet tej, która nie była zainteresowana bezpośrednio sprawami handlu i przemysłu. Tymczasem inteligencja zawodów wyzwolonych, nie wyłączając wszystkich tych, którzy chcą uchodzić za działaczy społecznych i zabierać głos w sprawach potrzeb krajowych, świeciła nieobecnością, składając sama sobie testimonium paupertatis33. Nie o wiele lepiej się zachowała wobec zjazdu i ta inteligencja miejska, która już bardziej bezpośrednio jest sprawami handlu i przemysłu zainteresowana: kupcy chrześcijańscy, przedstawiciele rozmaitych instytucji kredytowych, biur melioracyjnych, technicznych itd.; z małymi wyjątkami nie brali oni udziału w zjeździe.

Czegóż wobec takiej abnegacji w najżywotniejszych sprawach sfer rzekomo inteligentnych żądać od ciemnych mas włościańskich, rzemieślniczych, drobnohandlowych, nawet od organizacji światlejszego włościaństwa, kooperatyw, kółek rolniczych itd.? Te na zjeździe wcale reprezentowane nie były (jedynym przedstawicielem prowincjonalnej kooperatywy był młody dr Staniewicz34 z powiatu trockiego). Bardzo słabo też reagowało na zjazd ziemiaństwo guberni wileńskiej i dało ono, zdaje się, jedynie dwóch czynnych nie tylko uczestników, ale i pracowników zjazdu – Adama Bohdanowicza35 i młodego Jałowieckiego36 (wprawdzie i [Franciszek] Kończa należy tu do ziemian wileńskich, ale był on na zjeździe raczej w charakterze działacza społecznego i dyrektora Banku Ziemskiego niż ściśle ziemianina jako takiego). Ziemiaństwo tworzące na zjeździe silną grupę agrariuszów, najsilniejszą bodaj, a stanowczo wszechwładną w sekcjach zbożowej i hodowlanej, było najlepiej reprezentowane i szło pod batutą ziemian kowieńskich.

Najgorzej wszakże zachowała się wobec zjazdu prasa wileńska, która jaskrawo wykazała swoją nieumiejętność i niezdatność do pełnienia elementarnych funkcji społecznych publicystyki. Zamiast wyzyskać tę wyjątkową okoliczność do zilustrowania warunków i potrzeb krajowych, zamiast wyjaśnić wartość zjazdu i upowszechnić szeroko rezultaty prac jego, prasa wileńska potraktowała zjazd po kronikarsku, po reportersku – i to nawet kiepsko. Sprawozdania ze zjazdu, które się drukowały w pismach wileńskich, pełne były jaskrawych błędów i nie odzwierciedlały zupełnie ani treści, ani kierunku obrad i uchwał. W sekcjach nie było wcale przedstawicieli prasy, a co najwyżej na ogólne zebrania albo do sekretariatu zgłaszali się współpracownicy niższego rzędu, kronikarze lub reporterzy, niemający pojęcia o rzeczy i zdatni tylko do opisywania kroniki skandalicznej. A właściwie należało się być na zjeździe nie tylko współpracownikom, ale też samym panom redaktorom pism, którzy by się tu dużo nauczyć mogli. […]

29 marca (11 kwietnia), rok 1914, sobota

[…] Jestem w wielkim strachu o zdrowie, nawet o życie kochanej Mamy. Kocham biedną Mamę i wiem, że przez nikogo tak jak przez nią kochany nie jestem i być nie mogę. Miłość Matki jest tą jedyną, szczególną, której się po dwa razy w życiu nie miewa. A miłość mojej Mamy dla mnie jest w stopniu najwyższej potęgi możliwej. Cała natura Mamy skupiła się i wysilała w tej niezmiernej, niezgłębionej miłości do syna – do mnie.

30 marca (12 kwietnia), rok 1914, niedziela

Dziś było drugie konsylium o stanie zdrowia Mamy. Do samego rana Mama już bardzo źle się miała. Wczoraj i dzisiaj – to były najgorsze dni w chorobie Mamy. Rano, gdym przyszedł do pokoju Mamy, zastałem ją w okropnym stanie; twarz Mamy jest barwy brudnosinej, oczy mętne, powieki lewo się otwierają z wyrazem boleści. Senność taka sama, może większa nawet; Mama mówi już na pół przytomnie, brak pamięci, brak władzy umysłu nad mową.

Po raz pierwszy zaczęła dziś Mama mówić o śmierci jako możliwości; miała w ręku swoją książkę do nabożeństwa, tradycyjną, do której wpisywała od szeregu lat rozmaite wiersze i sentencje, które szczególnie upodobała. W tych kartkach wszytych i wklejonych do książki z własnoręcznymi wpisami Mamy jest nie tylko pamiątka serdeczna dla nas, ale też zwierciadło upodobań i duszy Mamy; tu się streściła Jej religia, która nie była nigdy, jak u Papy, li tylko schematem prawd i pewników usankcjonowanych władzą Kościoła, ale obejmowała cały stosunek do świata, całą myśl i serce gorące Mamy. Mama nigdy pobożna w znaczeniu katolickim nie była – religijna natomiast była i jest zawsze.

Próbowała Mama odczytywać swymi zmęczonymi, słabymi oczami ukochane teksty poezji i myśli przepięknych, Jej ręką wpisanych, Jej sercem i myślą wybranych. Ta książka Mamy, w którą zaklęła religię swoją – świat swego ducha – a duch to był piękny, potężny, wielkiego stylu, duch niepospolity! – ta książka z woli Mamy moja będzie, z myślą bowiem o mnie tworzyła Mama wszystko i z myślą o mnie i dla mnie żyła. Dla mnie też przeznaczała tę książkę, gotując mi przez nią pamiątkę żywą o sobie. […]

4 (17) kwietnia, rok 1914, piątek

Mamuśka umarła. Najcięższe przeczucia sprawdziły się w całej grozie. Fakt straszny, którego rzeczywistość jest dla nas po prostu jakąś bajeczną zmorą, fantastyczną chimerą. Niestety – władza tej chimery nad naszym życiem jest zupełna, niczym jej nie zwalczymy. Mamusi naszej, kochającej, ciepłej, czujnej – nie ma.

Umarła Mamuśka równo o godzinie 11.00 przed południem. Noc była ciężka. Elizka i Marynia, które czuwały co noc na zmianę przy Mamie, tej nocy już się nie kładły wcale. Siły Mamy utrzymywały się tylko szampanem (jedynym pokarmem, który Mama od paru dni przyjmowała) i zastrzykiwaniem kamfory. O godzinie 3.30 stan Mamy tak się pogorszył, że siostry moje czekały już konania. Mama podnosiła się jeszcze i siadała parę razy na brzegu łóżka, podtrzymywana przez córki. Raz, siedząc tak, zsunęła się na podłogę i przerażone siostry moje z pielęgniarką ledwo zdołały podźwignąć biedaczkę. Nad ranem już wstała i była przy Mamie Elwira, przed godziną 6.00 i ja przyszedłem zbudzony. Mama wyglądała okropnie, jęczała stale przy oddychaniu, zęby sztuczne były z ust wybrane, co zmieniło wygląd twarzy, oczy były nieco z orbit wyparte, twarz sina. Prosiła Mama jeszcze o cukierek, czując niesmak w ustach może na skutek calomelu, który lekarze, jako ośrodek ostateczny, kazali zastrzykiwać od wczoraj.

Dwie tylko rzeczy niepokoiły jeszcze Mamę: to, żeby przed Mamy śmiercią wybrać z banku fundusze Mamy, abyśmy nie potrzebowali potem, przy realizowaniu spadku, opłacać podatku spadkowego, i to, żeby widzieć jeszcze Papę przed śmiercią i zobowiązać go, aby się powtórnie nie ożenił. Bo Mama przy całej męce i straszliwym osłabieniu tak fizycznym, jak umysłowym ani na chwilę przez cały ciąg choroby i do samego skonu nie straciła poczucia tych potrzeb, które nas dotyczą. W sprawach naszych potrzeb i naszego życia Mama zachowała do końca zupełną świadomość i zupełny sąd niezmącony.

Wszystkie zlecenia Mamy, wszystkie ostatnie słowa Jej woli w czasie tych straszliwych dni były wzniosłe, głębokie, rozumne, pełne miłości i zrozumienia rzeczywistej sytuacji każdego z nas, Jej dzieci. O każdym z nas pomyślała, każdego troski i ciężkie strony życia pojęła, wykazała i osłoniła wskazówką i otuchą. Zobowiązanie Papy do nieżenienia się powtórnego było dyktowane bynajmniej nie jakąś zazdrością małżeńską, ale głęboką troską o nas. Zazdrość! Byłaby ona śmieszna i pozioma u Mamy w chwili Jej śmierci. Nigdy jej Mama nie doświadczała, a miłość kobieca do Papy była od dawna wytrawiona postępowaniem Papy, jego zdradą przed laty, jego drobiazgowym zamęczaniem naszej Mamuśki. Ale znając zmysłowość i instynkt lubieżności starczej, który się u Papy rozwija raczej, niż gaśnie, bała się Mama o nasz los, gdy jakaś kochanka usidli starca więzami najcięższej niewoli – niewoli namiętności nienasyconej.

Toteż gdy koło godziny 8.00 rano przyszedł Papa z Zysiem, wezwany telefonicznie z hotelu, konająca Mama prosiła, by Papa obiecał, że się nie ożeni. Jakże zareagował Papa? Tak, jak tylko zdziecinniały i wskutek tego gruboskórny starzec zachować się może: głosem wielkim się przeżegnał i zawołał, że w tym wieku już się nigdy nie ożeni, gdyby zaś miał lat 50, to dopiero by się ożenił. A ta prośba Mamy pochlebiła mu, bo wyobraził sobie (chyba zdziecinniałość, bo przecież znał Mamę, wiedział o Jej i swoim życiu!), że to Mama przez zazdrość go o to prosi. I gdy Mama konała, a potem gdy leżała martwa, Papa w mieszkaniu i poza domem gawędził, hałasował, rozpowiadał o swoich kochankach dawnych, potem wizyty załatwiał.

Bolesne były ostatnie godziny Mamy. Po widzeniu się z Papą błagała już tylko Mama o śmierć i o zastrzyknięcie morfiny, by się nie męczyć i zasnąć spokojnie. Przyszedł dr Sztolcman i zapisał Mamie do zastrzyknięcia coś innego, coś, co ulgę sprawia i osłabia czucie, dając sen.

Wszyscy czworo – Elizka, Elwira, Marynia i ja – byliśmy przy Mamie. Mamusieczka pobłogosławiła nas każdego z kolei swą rączką słabiutką, powtarzając po raz ostatni znaną ukochaną formułę błogosławieństwa, którą przez całe życie nas błogosławiła: „Que Dieu te bénisse et la Sainte Vierge, je te bénis de tout mon coeur”37. Słowa błogosławieństwa drogie, słowa Mamusi. O tak, Matko, z całego serca całym życiem Twoim nas błogosławiłaś i błogosławieństwo Twoje będzie dla nas nieśmiertelne. Mamo – Ty nie umarłaś w istocie, bo żyć będziesz i żyjesz w nas, nie tylko w pamięci naszej, w sercu i myśli, ale nawet bezwiednie i ciągle, bo cała nasza istota duchowa, szczególnie moja, jest utkana z Ciebie i przez Ciebie. Póki mego życia, póty, Mamo, żywa jesteś duchem na tej ziemi. Pochłonąłem, Mamo, ducha Twego i mam go, i nie dam go sobie wyrwać. Mamo, Mamo moja! Odeszłaś, ale nie opuściłaś mnie. Umarłaś w świecie zmysłowym, aleś we mnie żywa. Gdybyś Ty, Mamo, czuciem mogła po śmierci fizycznej to wiedzieć, jakże by Twoje kochające serce szczęśliwe było. To jedno zresztą szczęście w chwili śmierci miałaś, bom Ci to dwa dni przedtem mówił i Tyś to z uśmiechem w dniu konania siostrom moim powtarzała.

Po zastrzyknięciu Mamie lekarstwa, Mama stopniowo cichła i gasła, a gdy Marynia gromnicę zapaliła, Mama ostatni raz się uśmiechnęła.

5 (18) kwietnia, rok 1914, sobota

Ciało naszej kochanej zmarłej Mamuśki wywieźliśmy do Trok38. Gdy piszę to, to choć wiem o fakcie śmierci, nie mogę jakoś uwierzyć w rzeczywistość jego. Skojarzenie tych dwóch słów – „zmarłej” i „Mamuśki” – wydaje mi się czymś dziwacznym, nierealnym. Zdaje się, że to jest tylko obłęd albo sen. Chciałoby się uszczypnąć, z krzykiem obudzić w moim pokoju na górze w Bohdaniszkach i doznać uczucia ulgi, że to jest tylko ciężki, straszny sen, i ubrawszy się, zejść na dół na herbatę i ucałować rączki kochanej Mamy, która już od dawna wstała i czeka na moje przyjście. Mamuśko! Moja kochana, jedyna! Niestety – to chyba nie jest sen. Oto dziennik przede mną, oto piszę – a toć wszakże byłby za długi, za uporczywy sen. Rzeczywistość faktem jawy, nie snu. Męstwa i, niestety, odwagi i siły!

Wczoraj po śmierci Mamuśki (ach, jakież to podłe skojarzenie pojęć!) pojechałem zaraz zająć się sprawą eksportacji i pogrzebu. Popłakałem tylko chwilkę w osłupieniu jakimś przy zwłokach Mamusi, chowając się od oczu ludzkich, nawet sióstr, które otoczyły mnie niezmierną serdecznością. Czułem wprost konieczność oderwania się od tej straszliwej kontemplacji bólu, od której mógłbym chyba oszaleć. Poprosiłem więc Zysia Komorowskiego, aby mi towarzyszył, i pojechałem załatwiać smutne formalności.

W magazynie towarzystwa pogrzebowego na prospekcie wybrałem piękną czarną trumnę w kolorze oksydowanej stali, umówiłem się o kosztach ozdobienia katafalku i eksportacji i wróciłem jeszcze na chwilę do domu. Mamusię znalazłem już wymytą przez Elwirę i leżącą na łóżku pod kołdrą. Rączki Jej stygnące ucałowałem, szlochając nad tymi biednymi zwłokami ukochanej Matki, którą już tylko przez parę dni widzieć będę mógł fizycznie i już pożegnać na wieki. Zaraz znów wyjechałem – do ks. Abramowicza39, u którego się Mama wigilią śmierci spowiadała i którego prosiła o towarzyszenie Jej zwłokom do samego miejsca spoczynku.

Od księdza pojechałem do Trok. Tam bowiem w Trokach, w naszych grobach rodzinnych w kaplicy Römerowskiej w kościele parafialnym, będzie Mama pochowana. Tak nie tylko tradycja każe, ale też tak Mama chciała sama, mówiąc ciągle przed śmiercią, że chce być pochowana w Trokach i że chce być tam prosto z mieszkania zawieziona, wierząc, że kiedyś i moje ciało tam przy Jej kościach złożone zostanie. W Trokach ustaliłem wczoraj ostatecznie z ks. dziekanem Malukiewiczem40 termin eksportacji i pogrzebu. Eksportacja dziś, pogrzeb we środę 9 kwietnia. Zaraz też z Trok rozesłałem depesze o śmierci Mamy do członków rodziny nieobecnych. […]

Eksportacja Mamuśki była wyznaczona dziś na godzinę 2.00. Mieszkanie było pełne rodziny i znajomych, którzy przyszli dla oddania ostatniego hołdu pamięci Mamusi. Pełna też była ulica tłumu znajomych i nieznajomych. To niby rozrywało nas trochę, ale Mamuśka w sercu i w łzach naszych ciągle była obecna. Gdym patrzył na moją złotą, jedyną, moją ukochaną i kochającą Mamusię, chciało mi się ryczeć i mówić do Niej, jeno bez tych świadków ludzkich, bez tych oczu ciekawych, choć serdecznych w tej chwili. Żadne bowiem współczucie nie może ani pojąć, ani podzielić bólu mego.

Nakryto trumnę Mamusi wiekiem, które następnie w obecności urzędnika policji i lekarza cyrkułowego zalutowano. Ale w trumnie Mamusi część wieka się odsuwa i pod nim jest okienko szklane duże, przez które widać twarz Mamusi. Twarzyczka Mamy leży wśród kwiatów spokojnie. […]

6 (19) kwietnia, rok 1914, niedziela

[…] Święto Wielkiejnocy zeszło mi na żałobie. Byliśmy na godzinę 1.00 zaproszeni wszyscy na święcone do cioci Masi Bohdanowiczowej. […] Ze wszystkich sióstr ciocia Masia z Mamą najwięcej się kochały. Już sam fakt trzech śmierci trzech sióstr konsekwentnie rok po roku (ciocia Cesia Tukałłowa w roku 1912, ciocia Łucja Wołodkowiczowa w roku 1913 i Mamusia w roku bieżącym) musiał podziałać ciężko na ciocię Masię, tym bardziej zaś ta ostatnia śmierć, siostry ukochanej. Ciocia Masia ucichła, stała się milcząca, a w wyrazie znać osłupienie jakieś – dziwną niemoc.

Zyś Komorowski cały już jest przejęty kwestią spadku po Mamie. Szczególnie nie daje mu spokoju kwestia Wiązowca, którego los też się w tym dziale ma rozstrzygać. Mam wrażenie, że w piątek, w dniu śmierci Mamy, Zyś umyślnie w tym celu towarzyszył mi do Trok, aby mnie wybadać tak w ogóle o sukcesji po Mamie, jak w szczególności o moich projektach co do Wiązowca. Zyś jest naturalnie za tym, aby Wiązowiec jak najprędzej sprzedać, wyrąbując las i parcelując ziemię i naturalnie przeciwny temu, abym ja Wiązowiec zatrzymał dla siebie. Nie chce tego z dwóch względów – po pierwsze dlatego, że chciałby go wycenić do ostateczności, co będzie trudniej, jeżeli ja mam brać Wiązowiec na własność, a po drugie dlatego, że próżność jego cierpi na tym, żebym ja, szwagier jego i Römer, miał brać na własność mały folwarczek. Intryguje więc na rzecz sprzedaży Wiązowca – szczególnie Papę chce przeciwko temu usposobić, aby zwalczać moje projekty autorytetem Papy. […]

7 (20) kwietnia, rok 1914, poniedziałek

[…] Zysia Komorowskiego i Papy nie widuję prawie wcale. Dziś spotkałem się z Zysiem tylko u stryjostwa Bolesławostwa Römerów, dokąd ja i siostry byliśmy zaproszeni i zabawiliśmy chwilkę. Papy nie widziałem dzisiaj. I Papa, i Zyś latają po mieście z wizytami (znaleźli stosowną porę!).

W ogóle jestem w tych czasach bardzo zrażony do Papy. Przede wszystkim razi mnie skąpstwo i chciwość Papy. Nie dość, że Papa bierze po Mamie siódmą część spadku na równi z nami zgodnie z testamentem Mamy, ale jeszcze nie bierze na siebie kosztów pogrzebu Mamy. Chować Mamę musimy my, Jej dzieci, z funduszu spadkowego po Niej, podczas gdy Papa, po kilkakroć bogatszy od każdego z nas, ani myśli przyczynić się do tego kosztu. Zachowuje się też Papa bardzo nietaktownie – biega z wizytami i ani myśli o jakimś skupieniu się żałobnym. Mam wrażenie, że Papa nie żałuje bardzo Mamy i że nawet, choć sam się zapewne przed sobą do tego nie przyznaje, odczuwa pewien rodzaj ulgi z powodu „wyzwolenia się” od więzów tyloletniego małżeństwa. Nie wątpię jednak, że Papa w Bohdaniszkach odczuje głęboko tę samotność i że ciężko Mu będzie. Lękam się nawet, że nie przeżyje długo Mamy, bo taki przełom i przemiana w życiu starca, jak śmierć towarzyszki całego życia, musi głęboko oddziałać na całą psychikę, a więc i na zdrowie człowieka starego.

Postarzał Papa bardzo w ostatnich czasach, posunął się i mocno osłabł tak na ciele fizycznie, jak na umyśle i całym systemie psychicznym, tracąc sprężystość i nawet dziecinniejąc poniekąd. Mówię, że się zraziłem do Papy, ale gdy myślę o Papie i o biednej starości Jego, o tym upadku starczym człowieka, żal mi biednego Ojca i nie mogę się gniewać na Niego. Jest biedny, bo cóż winien, że jest stary i coraz słabszy.

Zyś Komorowski tymczasem (i poniekąd też Elizka, działająca za inspiracją Zysia) szyją pokątnie, aby Papę nastroić przeciwko moim projektom wiązowieckim, a razem starają się przywłaszczyć sobie rolę pośredników między Papą a mną – naturalnie w myśl swoich kombinacji własnych. Wpływ Komorowskiego na Papę może być niebezpieczny tak dla mnie, jak dla nas wszystkich.

8 (21) kwietnia, rok 1914, wtorek

Przyjechali dziś do Wilna na pogrzeb Mamy Ezechiel Pruszanowski i Henryś Wołłowicz. Poza tym z naszej najbliższej rodziny przyjechali: pozawczoraj – Hektor i wczoraj – Julek Komorowscy. Po wczesnym obiedzie Elizka Komorowska, Elwira, Marynia, ja, Hektor i Julek pojechaliśmy do Trok dla odwiedzenia Mamuśki naszej biednej i dopatrzenia ustawienia katafalku. Przez okienko w trumnie przyglądaliśmy się znów Mamuśce naszej. Twarz tak samo ciemnoczerwona, jak była wczoraj i ten sam bolesny wyraz zmęczenia, którego w pierwszych dwóch dniach po śmierci nie było, ale który wczoraj już był.

Sklep grobowy41 w kaplicy Römerowskiej został otworzony, po schodkach kamiennych zeszliśmy na dół. Sklep, który jest duży i głęboki, został przed laty kilkunastu z rozporządzenia stryjenki Wandy Alfredowej Römerowej przedzielony ścianą z cegieł na dwie połowy. Wszystkie trumny stare, których było podobno przeszło 25, zostały ustawione w głębi sklepu i głąb ta została ścianą odcięta od przedniej części sklepu. Obecnie więc nie ma do głębi i do starych trumien dostępu. Z tych starych trumien niektóre są już podobno zniszczone, rozsypane. Przednia część sklepu dość obszerna, sucha, widna, bo z okienkiem okratowanym, wychodzącym u góry na cmentarz kościelny, ma podłogę przed kilku laty wylaną cementem. Jest ona miejscem spoczynku ostatnich zmarłych z rodziny naszej.

Tu stoi pięć trumien: 1) najstarsza dziada Seweryna Römera, jednego z synów pradziada Michała, a ojca stryja Kazimierza i ciotki Maryni Römerówny antokolskiej, ostatniego dziedzica rodowych Römerowskich Dowgierdziszek, w których się hodował w dzieciństwie mój Papa; zmarł Seweryn Römer w ostatnich dniach roku 1890; 2) dalej trumna jego żony, skąpej, gospodarnej i cichej a słodkiej Anieli Sewerynowej Römerowej, Burbianki z domu, zmarłej w roku 1891; o ile mąż jej był krzykliwy, złośnik i kapryśnik, o tyle ona cicha i pokorna; 3) trumna stryja Alfreda Römera, znakomitego artysty malarza i rzeźbiarza, człowieka świetnej kultury, indywidualności bardzo wybitnej, ojca Heli Ochenkowskiej; Alfred był ostatnim dziedzicem starego Römerowskiego Krewna, które zmuszony był sprzedać po powstaniu; zmarł w roku 1897; 4) trumna stryja Edwarda Römera, ojca mojej żony Reginy, wybitnego artysty malarza, zmarłego na suchoty w roku 1900; 5) trumna najmłodsza Edzia Römera, syna stryja Edwarda, a brata Reginy, zmarłego na suchoty w roku 1903, w wieku lat 22.

Do nich to przybędzie jutro towarzyszka nowa – trumna naszej Mamuśki. Trumny stoją tu niezamurowane, trumny Seweryna, Sewerynowej, Alfreda i Edzia w pakach dębowych na podłodze, trumna Edwarda w niszy bez paka42. Bez paka też postawimy tu i trumnę Mamusi. Podług tradycji, którą słyszałem od Leona Römera, w tej przedniej części sklepu pod podłogą cementową jest deska szeroka, która się podnosi; pod deską jest otwór w ziemi kształtu trumny, w którym leży szkielet. Czy nie jest to szkielet pierwszego założyciela kaplicy i grobów rodzinnych, fundowanych w roku 1700 czy 1702 (mój ojciec twierdzi, że ta druga data jest prawdziwa), Mateusza Römera (jest to pradziad mojego pradziada Michała) lub może nawet jego ojca, Matyasza Römera, generała artylerii litewskiej, pierwszego założyciela polskiej linii rodziny Römerów? […]

9 (22) kwietnia, rok 1914, środa

Odbył się smutny obrządek pogrzebu Mamuśki naszej. Różnymi pociągami przyjechaliśmy wszyscy do Trok. […]

Katafalk był bardzo pięknie ustawiony i gustownie ozdobiony mnóstwem zieleni i kwiatów żywych w wazonach. Po nabożeństwie żałobnym trumnę Mamusi przeniesiono z głównej nawy kościoła do kaplicy Römerowskiej, gdzie ją spuszczono do sklepu grobów rodzinnych i po odsunięciu poprzednim trumny Edzia Römera nieco na bok ku trumnie ojca jego Edwarda, ustawiono Mamusię w środku sklepu, między trumnami Alfreda i Edzia. Wszyscy zeszliśmy za trumną na dół, by złożyć ostatnie pożegnanie naszej kochanej Mamusi. Zeszedł i Papa, choć długo się wahał i widać było, że to mu sprawia przykre wrażenie. Jako jeden z najstarszych w rodzinie Römerów, a nawet najstarszy w tej linii, która się chowa w grobach rodzinnych w Trokach, musiał Papa doznawać wrażenia przykrego, schodząc tam, dokąd z pierwszym najbliższym orszakiem żałobnym wniesiona być może właśnie jego trumna z jego ciałem. Smutne to, zgrozą przejmujące wrażenie dla starca. A Papa szczególnie się śmierci boi.

Oburzony byłem w najwyższym stopniu na ks. Abramowicza za jego kazanie czy też mowę pogrzebową, wygłoszoną z ambony przy zwłokach Mamusi. Chwaląc cnoty Mamusi, jej wiarę, jej rezygnację i ufność głęboką w Miłosierdzie Boskie, w wielką dobrą sprawiedliwość Wszechświata, podnosząc Jej zalety obywatelskie, Jej serce i Jej nade wszystko inne górującą wielką misję Matki, którą spełniała z zaparciem się siebie i miłością bez kresu, ks. Abramowicz dotknął też nas wszystkich, Jej dzieci. Wysławiał siostry moje jako wzorowe żony, matki, obywatelki, chrześcijanki, wreszcie z wyraźną aluzją do mnie wypowiedział jakąś skomponowaną powiastkę o „kwiatuszku”, który ze szczególną miłością piastowany był w sercu zmarłej obecnie Matki. Kwiatuszek ten rósł, był piękny, budził najwspanialsze nadzieje, ale rzucony dla względów wykształcenia w dalekie strony, wśród obcych złych ludzi, kwiatuszek ten został „skażony” i kilka listków z niego opadło, sprawiając ból w sercu Matki. Ale nie wszystko jeszcze stracone, kwiatuszek może się jeszcze oczyścić i zabłysnąć swą dawną pierwotną krasą. Matka pragnęła, by był on tu przy niej kiedyś i w tym pragnieniu i niepokoju umierała. „Legnie, Matko, kwiatuszek przy Tobie, legnie” – zakończył ks. Abramowicz.

Ta krytyka mojej osoby, moich czynów, więcej nawet – całego kierunku moich ideałów i mojej działalności, określonych publicznie jako rezultat „skażenia” i upadku, dokonywana przez zarozumiałego i zbyt gorliwego w „nawracaniu” klechę młokosa, oburzyła mnie oczywiście głęboko, tym głębiej, że za okazję do takiej „krytyki” i tego rodzaju niepowołanego „nawracania” wybrał właśnie pogrzeb mojej Matki. Niepowołany mentor mojej cnoty, który zna się widocznie tylko na metodach „nawracania” kucharek i dewotek lub paniczyków salonowych, których dźwięczne słówko o „skażeniu kwiatuszka” jest w stanie przekonać i rzucić w ramiona chciwego władzy kleru, bo też ich „skażenie” polega nie na głębokim ideale i przekonaniu odrębnym, lecz na uciechach pustego życia.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzienniki. 1914–1915. Tom 2 Dzienniki. 1911–1913. Tom 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław