Esesman i Żydówka

Esesman i Żydówka

Autorzy: Justyna Wydra

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 16.90 zł

Kwiecień 1943 roku. Debora Singer wyskakuje z wagonu transportującego krakowskich Żydów. Podczas próby ucieczki boleśnie skręca w kostce nogę i nie jest w stanie uciekać. Przekonana, że nie ocali życia, siada w sosnowym zagajniku, czekając na śmierć. Słyszy odgłosy obławy. Nagle nadjeżdża wojskowy motocykl. Do przestraszonej dziewczyny zbliża się esesman. Debora jest Żydówką, czyli – jest winna. Przed nią staje hauptsturmführer Bruno Kramer. W tym miejscu ta historia mogłaby się właściwie skończyć. To jednak dopiero jej początek...

Pełna niespodziewanych zwrotów akcji, barwnych postaci, osadzona w realiach II wojny światowej, powieść, w której nic nie jest proste, ale wszystko staje się możliwe, gdy w grę wchodzą uczucia.

Esesman i Żydówka to coś więcej niż romans. To świadectwo człowieczeństwa w obliczu okrucieństw wojny. Momentami szokująca, bardzo wzruszająca i niebanalna opowieść o wojennych rozbitkach. O nieprawdopodobnej, zakazanej miłości. Kat i ofiara. Czy takie uczucie mogło wydarzyć się naprawdę?

Żyjący w czasach II wojny światowej przekonali się, że miłość była nierzadko jedyną wartością. Kiedy żołnierze Wermachtu z polecenia Hitlera podbijali Europę, żadne związki nie były łatwe. A już wysoko postawionego oficera SS i zbiegłej z transportu do Auschwitz Żydówki, nie był w tej materii wyjątkiem. Poznajcie losy Debory i Bruna.

Magdalena Kijewska,

przeglad-czytelniczy.blogspot.com

Spotkanie z Deborą, Żydówką, która kiedyś oca­liła mu życie, uświadomiło Kramerowi, że może zro­bić coś przyzwoitego. Odwdzięczyć się tej dziewczynie i w ten sposób choć częścio­wo uspokoić własne sumienie. Nie był w stanie uciec od tego, by nocą, gdy ona spała w sąsiednim pokoju, nie za­stanawiać się nad tym, co dalej. Czy przypadkiem sprawa nie skończy się tym, że on, esesman, będzie musiał ukrywać żydowską dziewczynę, narażając w ten sposób swoje, mimo wszystko dość wygod­ne, życie w okupowanym Krakowie.

Kiedy jednak wstał rankiem następnego dnia, Debory już nie było, a jedyny ślad jej nocnej bytno­ści w jego mieszkaniu stanowiła pozostawiona na nocnym stoliku w mniejszej sypialni kartka. Na niej zaś tylko jedno słowo po polsku i po niemiecku — „Dziękuję”.

(fragment książki)

Justyna Wydra

Esesman i żydówka

ISBN

Copyright © Justyna Wydra, 2015

All rights reserved

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna M. Damasiewicz

Redaktor

Paulina Jeske-Choińska

Redaktor techniczny

Teodor Jeske-Choiński

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA WOJNA

CZĘŚĆ DRUGA MIŁOŚĆ

EPILOG

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

CZĘŚĆ PIERWSZA

WOJNA

Koła pociągu stukały miarowo, napotykając łączenia rozgrzanych od upału szyn, gdy stalowa gąsienica, której głowę tworzyła węglowa lokomotywa, człony ciała zaś budowały kolejne bydlęce wagony, posuwała się do przodu.

Był koniec kwietnia, ale świat jakby zapomniał o wiośnie, poddając się całkowicie złudzeniu, że oto nadeszło już lato. Temperatury osiągnęły wartości lipcowe, ignorując maj i czerwiec, drobne, przypominające kałuże, leśne bajorka, w których żaby zwykły składać skrzek, dawno wyschły, obnażając brzydką, popękaną ziemię o bagiennym zapachu. Na takiej glebie nie miało prawa wyrosnąć nawet źdźbło trawy.

Ciepłe dni nadeszły w tym roku późno, za to gwałtownie, ożywiając smutne, wojenne krajobrazy milionem młodych liści i wielobarwną tęczą wiosennych kwiatów. Pyszniły się nimi teraz podleśne łączki i zagajniki, które podczas swej monotonnej podróży mijał pociąg towarowy, posuwający się wolno w kierunku stacji Auschwitz, dawniej, w czasach pokoju nazywanej Oświęcimiem.

Wagonów nie wypełniały jednak towary ani rzeźne bydło, jak można byłoby się spodziewać po tego typu składzie. W ciemnych, pozbawionych okien i dostępu świeżego powietrza wnętrzach zamknięci byli ludzie. Ściśnięci niczym sardynki w puszce, wymęczeni upałem, pragnieniem oraz własnym strachem, dawno już przestali prosić swoich prześladowców o otwarcie drzwi, wodę lub możliwość wyjścia do toalety. Powoli, jeden po drugim, Żydzi z krakowskiego getta zaczynali rozumieć, że wbrew temu, co powiedziano im przed podróżą, nie zostaną przesiedleni, aby na wschodzie pracować dla Trzeciej Rzeszy. Przyszłych robotników nie traktuje się w taki sposób.

Mimo że Krakowa i Oświęcimia nie dzieli znaczna odległość, w drodze byli już bardzo długo — całą noc i kilka porannych godzin, z czego większość pociąg stał na bocznicy krakowskiego dworca, szczelnie zaplombowany i pilnowany przez liczne esesowskie patrole z psami, tak aby żadnemu przymusowemu pasażerowi linii Kraków–Oświęcim nie przyszło do głowy rezygnować z podróży. W tym czasie nikt nie interesował się losem zamkniętych w wagonach ludzi. Pozwolono im krzyczeć do woli, całkowicie ignorując desperackie prośby o ratunek dla mdlejących z gorąca dzieci i starców.

Kiedy wreszcie ruszyli, transport był uboższy o kilka dusz, które zdążyły opuścić ten padół łez. W pociągu pozostały za to ich zbędne teraz ciała, rozkładające się w zastraszającym tempie pod wpływem gorąca wypełniającego duszne wnętrza. Wraz z pierwszymi promieniami słońca, rozpraszającego ciemność poprzez szpary w deskach, skazani na śmierć ujrzeli to, czego wcześniej mogli jedynie domyślać się po zapachu i wstydliwych dźwiękach dobiegających od strony towarzyszy podróży. Ludziom zaczęły puszczać zwieracze.

* * *

Pociąg zwolnił, wjeżdżając na kolejowy nasyp, z obu stron ograniczony znaczną stromizną osypującego się żwiru. Gdy skład znalazł się na zakręcie, na samym środku wzniesienia, jeden z bydlęcych wagonów nagle ożył i spomiędzy jego kół zaczęły odrywać się skulone sylwetki. Jedna za drugą, toczyły się w dół żwirowego zbocza, to z prawej, to z lewej jego strony. Znalazłszy się na dole, tajemnicze postacie szybko znikały w porastających okolicę gęstych zaroślach. Załoga znajdującego się na dachu pociągu karabinu maszynowego dopiero po chwili zorientowała się, co się dzieje i dzięki temu kilku Żydom udało się umknąć. Reszta nie miała tyle szczęścia, Niemcy szybko nadrobili bowiem swój błąd i ciszę poranka przerwał terkot broni i ochrypłe krzyki tych, których dosięgły kule. Za szczęściarzami, kibicującymi kolejnym uciekinierom z ukrycia, wypuszczono patrole z psami. Żaden Żyd z tego transportu nie miał prawa ujść żywy.

* * *

Deborę wyrwał z letargu odgłos silnika motocykla, potem zaś trzaśnięcie łamanej gałązki, dźwięk, który w tym akurat momencie mógł wywołać w ociężałym z przerażenia umyśle tylko jeden obraz — miażdżącego leśne poszycie ciężkiego, wojskowego buta i wyrastającej z niego nogawki munduru esesmana. Mózg krzyczał „uciekaj”, ale ciało ani drgnęło. Po pierwsze, nie miała już dokąd uciekać, po drugie zaś, lewa noga, nieszczęśliwie skręcona w kostce podczas desperackiego skoku z pędzącego pociągu, nie była już w stanie dźwigać jej ciężaru.

Debora mogła więc jedynie modlić się, aby pierwszy nie dopadł jej pies i aby nadchodzącemu oprawcy nie przyszło do głowy zmuszać jej do jakiegokolwiek wysiłku. W obecnym stanie ducha zdecydowanie wolała, żeby Niemiec okazał się człowiekiem rozsądnym. I żeby strzelał celnie.

Mimo że spodziewała się tego widoku, w momencie gdy anioł śmierci we własnej osobie wyłonił się zza drzew, dech jej zaparło i przez chwilę miała wrażenie, że jego interwencja nie okaże się konieczna — zaczęła wręcz dusić się z przerażenia. Histerycznie ściśnięte gardło nie przyjmowało powietrza. Nie mogła też mówić, więc gdy Niemiec dostrzegł ją i skierował się w stronę piaskowego dołka stanowiącego tymczasową kryjówkę młodej Żydówki, patrzyła tylko na niego, bezmyślnie mrugając oczami. Już sam mundur oficera SS, z patkami kapitana na kołnierzu, wprawiał w przerażenie, wywołując skojarzenia ze śmiercią, cierpieniem, bestialstwem — do wyboru. Do tego dochodził jakiś metr dziewięćdziesiąt wzrostu, obojętna, podobna do maski twarz o twardych, mocnych rysach i wąskie szparki oczu w kolorze stali, w których nie sposób było dopatrzeć się cienia jakichkolwiek uczuć. Oczy te intensywnie się w nią wpatrywały. Musiało go coś zainteresować, bo esesman zbliżył się na taką odległość, że wyciągając rękę, mogłaby śmiało rozorać mu paznokciami policzek. Kucnął przy niej, choć wyglądało to dość dziwnie, bo o ile prawą nogę zgiął zupełnie zwyczajnie i oparł na niej cały ciężar ciała, o tyle lewą, wyprostowaną, umieścił z przodu, wyraźnie ją odciążając. Teraz, z twarzą na poziomie oblicza młodej Żydówki, przekrzywił lekko głowę, kontynuując analizę. Przypominał przy tym drapieżnika przyglądającego się z cierpliwością wytrawnego łowcy swej dogorywającej ofierze. Drapieżnika, który ocenia, czy warto marnować energię na dobijanie zdobyczy, czy może lepiej zaczekać, aż zwierzyna umrze bez interwencji, ze strachu lub upływu krwi.

Nie było to zbyt przyjemne dla Debory, było za to bardzo dziwne, bo Niemiec powinien przecież najzwyczajniej w świecie wyciągnąć broń i strzelić, zamiast marnować swój czas na kontemplację rysów twarzy ofiary. Zaistniała sytuacja całkowicie sparaliżowała jej zazwyczaj błyskotliwy umysł, przestawiając myśli na absurdalne tory i dziewczyna zaczęła po prostu zastanawiać się nad wiekiem tego mężczyzny. „Nie może być wiele ode mnie starszy — rozważała. — Twarz ma poważną, ale widać, młodą. Dwadzieścia pięć? Trzydzieści? Nie, nie ma trzydziestu lat. Jest po prostu wielki i ponury, to i mundur dodają mu powagi”.

Analiza jej osoby chyba się zakończyła, bo Niemiec przechylił ciało do tyłu i gwałtownie usiadł w piasku sosnowego zagajnika tuż obok niej.

Zapalił, kierując wcześniej w stronę dziewczyny otwartą papierośnicę. Odmówiła, wolno kręcąc głową, więc wzruszył ramionami i skupił się na uruchamianiu zapalniczki, która przez chwilę uparcie odmawiała współpracy, by wreszcie zaskoczyć. Mocno się zaciągnął i, ni z tego, ni z owego, odezwał do niej:

— Uciekłaś z transportu do Oświęcimia, hę? — zaczął, a gdy nie odpowiadała, kontynuował: — No przestań, przecież wiem, że znasz niemiecki.

Zdębiała. Skąd on to wiedział? Oczywiście, mógł blefować, tylko — po co? A poza tym czuła, że on naprawdę WIE. Nadal się jednak nie odzywała, ale właściwie nie musiała.

Niemiec znacząco pociągnął nosem i powiedział:

— Wcale nie potrzebuję pytać. Gdybym nawet nie wiedział, że trwa obława na zbiegłych Żydów, po zapachu domyśliłbym się, że zwiałaś z wagonu bydlęcego.

To była sprytna prowokacja z jego strony, bo w tym momencie Debora nie wytrzymała:

— Nie chciałam iść na rzeź jak… jak owca! — odwarknęła mu podniesionym głosem, a potem rozpłakała się pod wpływem gwałtownie uwolnionej fali emocji, które do tej pory jakoś udawało jej się tłumić. Płakała coraz intensywniej, bo uświadomiła sobie, że jej obecne położenie nie jest wcale lepsze od sytuacji tych, którzy pozostali w transporcie. Siedziała pod lasem, wpół drogi między Krakowem i Oświęcimiem, na kompletnym odludziu, ze skręconą nogą, czując na plecach oddech obławy, za jedyne towarzystwo mając tego przedziwnego Szkopa, który pewnie najzwyczajniej w świecie był nienormalny. W tej sytuacji patrol z psem nie wydawał się jej najgorszym wyjściem.

— Na imię masz Debora, prawda? — Niemiec odezwał się między jednym a drugim dmuchnięciem papierosowym dymem. Widząc prawdziwą panikę w jej oczach, postanowił widocznie zakończyć tę zabawę w kotka i myszkę. — Ty mnie pewnie nie pamiętasz, ale ja ciebie jak najbardziej. Zwykle pamięta się ludzi, którzy uratowali ci życie. — Niespodziewanie uśmiechnął się szeroko. Uśmiechał się w brzydki, niesympatyczny sposób. Spomiędzy rozciągniętych ust widać było równe białe zęby, lekko rozchylone tak, że odsłaniały koniuszek języka. Cała twarz zmarszczyła mu się przy tym, upodobniając się do pyska ziającego wilka. Bardzo adekwatnie do sytuacji.

Potem z pewnym trudem wstał i uniósł lewą nogawkę. Noga kończyła się nieco poniżej kolana, dalej wyrastała z niej drewniana proteza w wojskowym bucie.

— We wrześniu trzydziestego dziewiątego leżałem w podobnym lasku i zdychałem z upływu krwi. Motocykl, którym jechałem, trafił na minę. Wyrzuciło mnie w górę razem z maszyną, potem ona, upadając, zmiażdżyła mi nogę, a jakiś ostry odłamek metalu musiał przeciąć tętnicę, bo sikało w górę chyba na metr. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w człowieku jest tyle krwi — trawa dookoła mnie wyglądała jak po świniobiciu.

Ta mina to był wstęp do zasadzki, jaką na mnie i moich ludzi przygotowali Polacy. Wszystko działo się tak szybko, że żaden z chłopaków nie zdążył przyjść mi z pomocą. Nie upłynęło pewno nawet pięć minut, jak wszyscy poza mną zginęli od kul. Nie było więc nikogo, kto mógłby zatamować krew, a ja słabłem. Pamiętam, że w tych ostatnich chwilach życia stwierdziłem, że z Polaków to jednak twarde skurczysyny. Przekraczając polską granicę, byłem pewien łatwego zwycięstwa, a tu proszę, jaka brzydka niespodzianka.

Do tej pory wędrował, dwa kroki w jedną — zwrot — dwa kroki w drugą, teraz stanął i zwrócił twarz ku Deborze:

— I wtedy, kiedy myślałem, że już po mnie, pojawił się polski patrol medyczny. Dwóch lekarzy i dwie sanitariuszki — kiwnął z zadowoleniem głową, widząc, że dziewczyna zaczyna kojarzyć, o czym mówi.

— Założyłam opaskę uciskową.

— Tak. Wzruszyły cię moje skamlenia…

* * *

Debora zgłosiła się do służb medycznych natychmiast, gdy żołdacy Hitlera napadli na Polskę bez ostrzeżenia. Miała podstawy do tego, by służyć krajowi w ten właśnie sposób, ponieważ latem ukończyła kurs medyczny organizowany dla harcerek z myślą o przyszłych działaniach wojennych. Wojna wisiała w powietrzu, rozmawiano o niej w domach i kawiarniach, dyskutowano na temat sojuszu z Francją i Wielką Brytanią, szacowano liczebność wojsk własnych i hitlerowskich. Mimo że Debora wspominała potem tamto lato jako ostatni czas beztroski, szkoliła się przecież na poważnie, choć oczywiście nie zdawała sobie sprawy z grozy dni, które nadejdą. Nikt chyba nie był w stanie wyobrazić sobie ogromu zbliżającego się koszmaru. Gdy Niemcy napadli na Polskę, Singerowie mieli zamiar ewakuować się przez Rumunię do Francji. Zostali w kraju ze względu na decyzję młodszej córki, która zakomunikowała im, że mogą jechać, ona zostaje, by pracować jako sanitariuszka. Rodzice Debory zrezygnowali więc z ucieczki, nie chcąc zostawiać latorośli samej… Wielokroć wyrzucała sobie tamtą nierozważną decyzję, która w konsekwencji spowodowała śmierć matki i ojca.

Pamiętała tamtą sytuację. Była połowa września, tuż przed zdradzieckim atakiem wojsk sowieckich na wschodnią granicę Rzeczpospolitej. Choć swoją misję medyczną pełniła zaledwie od dwóch tygodni, Deborze wydawało się, że życie w drodze, spanie w chłopskich chatach i stodołach, opatrywanie ran, tamowanie krwi i kojenie przerażenia młodych chłopaków, nagle skonfrontowanych z własną śmiertelnością, to los, który przypisano jej całe lata, wieki temu. Mimo to, wciąż się jeszcze przejmowała każdym przypadkiem, pamiętała wszystkie twarze, smutne, wystraszone, często po prostu wdzięczne oczy rannych, którym zdołała pomóc. Także martwe spojrzenia tych, których uratować nie mogła… Nie tylko ona, nikt wokół nie zdawał sobie sprawy z tego, że wydarzenia owej wyjątkowo pięknej jesieni stanowią zaledwie preludium do kontaktu ze śmiercią w skali, która czyniła umieranie czymś tak zwykłym, że aż banalnym. Tamtego dnia jednak każdy martwy żołnierz robił na niej jeszcze wrażenie, wszyscy ranni niezależnie od narodowości budzili współczucie.

Wraz z drugą sanitariuszką Anusią siedziały na skraju sosnowego lasku, wystawiając twarze do słońca, które solidnie grzało, obiecując utrzymanie letniej opalenizny. Lekarze rozlokowali się obok, także nie znajdując nic do roboty w to senne, późnoletnie popołudnie. Chwilowo ich mały oddzialik medyczny znalazł się w miejscu, gdzie nie toczyły się żadne walki, nie było wymagających pomocy kolumn uchodźców, nikogo, komu trzeba nieść ratunek. Dziewczyny paplały o niczym, wymieniając się wakacyjnymi wspomnieniami. Poznały się kilka dni temu, kiedy przydzielono je do wspólnych zadań, ale od razu przypadły sobie do gustu. W tym samym wieku, tuż po ukończeniu gimnazjum, obie z rodzin inteligenckich, choć Anusia z polskiej, Debora zaś z żydowskiej, obie z planami na studia, z podobnym sposobem patrzenia na świat i identycznym ciętym poczuciem humoru. Towarzyszący im dwaj młodzi lekarze żartowali, że przy dziewczętach trzeba uważać na słowa, bo można oberwać rykoszetem własnego dowcipu.

Senną sielankę przerwało im nagłe pojawienie się oddziału polskich żołnierzy, maszerujących krok za krokiem w ciszy, bez uśmiechu, bez jednego słowa. Żołnierze polskiej armii Małopolska przebijali się z okrążonego Przemyśla w stronę Lwowa. Na drodze stała im XIV armia niemiecka, dowodzona przez Wilhelma Lista, wzmocniona przez doborowy pułk pancerny SS Germania.

Rozpoznając swoich, dziewczyny pomachały wesoło młodym wojakom, kilku nawet odmachało, ale zaraz dowódca oddziału bezgłośnie skarcił gestem zarówno swoich podopiecznych, jak i niesforne panienki. Przykładając palec do ust, nakazał im być cicho i schować się za pobliskim pagórkiem, co też służby medyczne niezwłocznie uczyniły, wycofując się z przestrachem z miłego, spokojnego lasku, który jeszcze przed chwilą wydawał się tak odległy od wojny. Swoim ludziom dowódca wydał rozkaz rozlokowania się i zaminowania piaszczystej drogi biegnącej wzdłuż zagajnika, dokładnie w miejscu, gdzie Anusia z Deborą chwilę temu wyciągały ku słońcu zgrabne nogi. Pół godziny później lasek wypełnił się dymem pożarów, słodko-metaliczną wonią krwi i jękami nielicznych rannych polskich piechurów… Debora usłyszała błagania w momencie, gdy dostali rozkaz wymarszu. Polski oddział zabrał swoich rannych, pozbierał broń i przegrupował się, szykując do kolejnej walki. Młoda Żydówka już-już miała dołączyć do odchodzącej Anusi, gdy nagle wydało jej się, że słyszy skamlenie psa. „Szczeniak — pomyślała. — Tu jest szczeniak”. Lubiła psy, więc odruchowo zaczęła rozglądać się wokół.

— Debora, chodź, musimy iść dalej! — krzyknął jeden z lekarzy, robiąc przywołujący ruch ręką. Odwróciła się i położyła palec na ustach. Nastawiła uważniej ucha. Skamlenie ustało. Zamiast tego usłyszała jedno słowo, wypowiedziane płaczliwym głosem po niemiecku:

— Hilfe.

Zlokalizowała źródło dźwięku. Wolno obróciła się w jego stronę. Pozostali też to usłyszeli, bo za chwilę miała za plecami drugą sanitariuszkę i obu lekarzy.

Nic dziwnego, że go wcześniej nie zauważyli. Niemiec leżał osłonięty i częściowo przygnieciony pogiętymi resztkami maszyny, która niedawno była zapewne motocyklem. Zgubił hełm, więc ponad kołnierzykiem mundurowej bluzy jaśniało bardzo młode, niemal dziecinne jeszcze oblicze. Rysów trudno było się doszukiwać, tak bardzo zostały zatarte przez ból i przerażenie. Cały drżał. Rozgorączkowane oczy tańczyły niespokojnie, nie zatrzymując się na dłużej na żadnej z czterech obserwujących go twarzy.

— To nie szczeniak — powiedziała wolno Debora po niemiecku.

— Nie szczeniak, ale skamle jak pies. No i dobrze, bo zdycha jak zwierzę. Zostawmy go, to esesman. Jeszcze jednego mniej. — Jeden z lekarzy popatrzył na Niemca z należną tamtemu pogardą. Automatycznie kontynuował rozmowę po niemiecku, zresztą chciał, żeby tamten go rozumiał.

— Krzysztof, nie możemy go tak zostawić. Jesteś lekarzem, masz pomagać ludziom, pamiętasz? — Debora już postawiła swoją torbę medyczną obok Niemca i czegoś w niej szukała.

— Nic nie muszę. Ten facet to morderca. Na pewno pięknie ci podziękuje za uratowanie życia. Rób co chcesz, Debora, tylko się pospiesz. — Machnął ręką, gdy zorientował się, że dziewczyna go nie słucha.

Cała trójka oddaliła się w stronę lasu, tymczasem Debora znalazła w torbie to, czego szukała. Zacisnęła na krwawiącej nodze esesmana opaskę. Poczekała, aż ciurkający strumień krwi straci na sile i zadowolona z rezultatów swojej pracy wstała, by oddalić się bez słowa.

Niemiec nadspodziewanie silnie chwycił ją za rękę. Mocno się na niej oparł i podniósł tułów niemal do pionu. Dziewczynie aż zakręciło się w głowie z wysiłku. Popatrzyła na niego przerażona, szeroko otwartymi oczami.

— Danke — to było jedyne słowo, na jakie było go jeszcze stać. Potem puścił jej rękę i stracił przytomność.

Debora uciekła z krzykiem.

* * *

— Wiele razy później wyrzucałam sobie głupią szlachetność. Miałam mnóstwo okazji, żeby żałować, że nie posłuchałam reszty i pomogłam Frycowi.

— Nie mam na imię Fryc. Hauptsturmführer Bruno Kramer. — Ukłonił jej się.

— Fryc to takie określenie Niemca. Obraźliwe.

— Wiem, ale to dobra okazja, aby się przedstawić. A więc, Deboro-Żydówko, jak widzisz, jestem twoim dłużnikiem. Jak mogę ci pomóc?

„Pomóc? — pomyślała Debora. — Boże mój, on ze mnie kpi, prawda? Zaraz wszystko się wyjaśni. Zawoła kilku innych morderców i razem będą się ze mnie naigrywać, a potem któryś wyciągnie pistolet i obojętnie strzeli mi w głowę. Ten tutaj nasyci swoją zwyrodniałą potrzebę rozrywki i już obojętnie będzie się przyglądał mojej śmierci. Tyle razy zmuszona byłam patrzeć na takie sceny w getcie…” Jej twarz musiała chyba zdradzać myśli, bo Niemiec pochylił się w jej stronę i szepnął:

— Nie bój się, nie mam zamiaru cię zabijać. Dokąd planowałaś uciec?

— Możesz mnie zawieźć do Krakowa?

Kiwnął głową.

— Mogę, tylko co dalej?

— Ktoś się tam mną zajmie. Po aryjskiej stronie. Podał jej rękę. Dziewczyna z trudem wstała, ciężko oparła się na jego ramieniu i kuśtykając, ruszyła w stronę zaparkowanego nieopodal motocykla.

* * *

W ten nietypowy sposób Debora wracała do miejsca, z którego zaledwie dzień wcześniej wywożono ją bez zachowania jakichkolwiek zasad humanitaryzmu. Głupio wpadła i sama do siebie miała o to pretensje. Los obdarował ją przecież tzw. dobrym wyglądem, dzięki fałszywej kenkarcie uchodziła za Aryjkę. Działając w polskim ruchu oporu, pośredniczyła w dostarczaniu jedzenia i lekarstw nielicznym już rodzinom żydowskim z dziećmi. W drugą stronę pomagała wyprowadzać małych mieszkańców getta, których rodzice zdecydowali się powierzyć opiekę nad swoim potomstwem gojom. Dzieci uratowane w ten sposób traciły tożsamość, żydowskie imiona i pamięć o rodzinach umierających po „tamtej” stronie miasta. Dlatego, mimo dramatycznej sytuacji, niewielu Żydów decydowało się zaufać polskiej armii podziemnej i oddać swoje dzieci przybranym rodzicom. Stąd ruch oporu natychmiast reagował, gdy któraś z matek z getta decydowała się na ten krok.

I właśnie takie zdarzenie sprowadziło nieszczęście na Deborę. Zgłosiła się do niej młoda kobieta, osierocona przez męża i starszego, pięcioletniego synka. Przy życiu pozostała ona i młodszy chłopczyk, trzyipółletni, poważny malec. O ile jego starszy braciszek, podobnie jak rodzice, nie miał szans po aryjskiej stronie z powodu swego wybitnie semickiego wyglądu, o tyle on wyróżniał się blond loczkami i niebieskimi ślepkami patrzącymi przenikliwie na otaczający świat. Któraś z jego prababek musiała zgrzeszyć z chrześcijaninem i zrządzeniem losu w tym żydowskim chłopczyku zagrało dziedzictwo polskich przodków.

W ostatniej chwili matka zdecydowała się ocalić dziecko. Sama umierająca z głodu i oszalała z rozpaczy po stracie bliskich, nie była w stanie dłużej chronić synka.

Trzeba było się śpieszyć. Żegota, polska organizacja ratująca Żydów, otrzymała informację, że Niemcy szykują dużą wywózkę z krakowskiego getta do Oświęcimia i zainteresowani będą przede wszystkim „nieprzydatnym elementem żydowskim”, tymi, którzy nie mogą pracować — starcami, kalekami, chorymi i dziećmi. Życie małego Josefa było więc po wielokroć zagrożone.

Procedura wyprowadzania dziecka na aryjską stronę zakładała, że pożegnanie nastąpi w obrębie bezpiecznego lokalu i dalej mały uciekinier pójdzie w towarzystwie kuriera, który przeprowadzi go przez wyłom w murze i przekaże drugiemu kurierowi po aryjskiej stronie miasta. Absolutnie niedopuszczalne było, by członkowie rodziny odprowadzali dziecko. Pożegnania mogły łatwo przerodzić się bowiem w burzliwe sceny rozpaczy, co na pewno zwróciłoby uwagę przechodzących patroli.

I właśnie tę zasadę złamała Debora. Już kiedy przyszła po chłopca w umówione miejsce, widziała, że będą kłopoty. Matka, czarnowłosa istota o ptasiej twarzy, patrzyła na kurierkę z obłędem w bladoszarych oczach, traktowała nie jak wybawicielkę, lecz wroga, złodziejkę, która przyszła zabrać jej najcenniejszy skarb. Czepiała się dziecka, nie chciała wypuścić go z ramion. Wreszcie oświadczyła, że nie puści synka samego, ponieważ musi naocznie się przekonać o powodzeniu akcji.

Nie było czasu na negocjacje. Debora miała do wyboru — zabrać matkę ze sobą albo zrezygnować z ratowania dziecka. Zdecydowała, że mimo niesprzyjających okoliczności spróbuje pomóc malcowi. Złe przeczucia jednak jej nie opuszczały. Całą drogę towarzyszyło im ciche zawodzenie kobiety, która za chwilę miała na zawsze pożegnać swe dziecko. Młoda matka rozglądała się przy tym nieufnie na wszystkie strony, uciekała wzrokiem przed każdym ciekawskim spojrzeniem przechodnia i w odpowiedzi na zainteresowanie przechodzących zatrzymywała się, obronnym gestem obejmując Josefa. Widok dwóch mijających ich małą grupkę esesmanów wywołał u niej atak paniki, z wielkim trudem stłumiony przez Deborę. Niestety, rozbiegany wzrok i nerwowe gesty matki zwróciły uwagę Niemców. Jak wytrawni myśliwi tropiący zwierzynę, udali, że stracili nimi zainteresowanie i odeszli, uspokajając obie kobiety. Musieli jednak je śledzić, bo pojawili się pod murem getta dokładnie w momencie, w którym Debora próbowała oddzielić Josefa od matki, by przekazać chłopca polskiej przedstawicielce ruchu oporu, czekającej po aryjskiej stronie.

Szybko zorientowali się w sytuacji. Oto rozpaczająca młoda Żydówka tuląca dziecko i druga młoda kobieta starająca się przekonać tamtą, by wypuściła chłopca. Odsłonięty otwór w murze oddzielającym getto od polskiej części miasta, mały plecaczek, który dzieciak przed chwilą jeszcze niósł na plecach, znikający w otworze, policzek wymierzony matce na otrzeźwienie przez drugą z kobiet. Podziałało. Josef znalazł się w ramionach Debory. Było już jednak za późno. Padł strzał i ta, na której twarzy przed sekundą grała jeszcze matczyna rozpacz po stracie dziecka, upadła do tyłu z rozrzuconymi ramionami, całkowicie zaskoczona tym, co się stało. W oczach umierającej malował się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Patrząc na nią, Debora przypomniała sobie zasłyszaną kiedyś historię o ludziach, którzy nie zdążyli zdać sobie sprawy z tego, że umierają. Podobno wracają na ziemię jako zjawy, pojawiając się w okolicy miejsca, w którym zginęli, tak długo, aż ktoś im nie uświadomi, że są martwi. Ta żydowska matka będzie tak krążyć i wołać swego synka do końca świata. Jeśli kiedyś w tym miejscu ktoś postawi dom, jego mieszkańcy nie zaznają spokoju od jej jęków i płaczu.

Widząc, co stało się z mamą, malec rozpłakał się i bijąc na oślep małymi piąstkami, próbował wyrwać się swojej opiekunce. Teraz uwaga esesmanów skupiła się na tej dwójce. Jeden z nich bez słowa podszedł do dziewczyny i wyrwał jej dziecko.

— Chciałaś go przekazać na tamtą stronę? — wysyczał po niemiecku przez wykrzywione w złośliwej satysfakcji usta. — Proszę bardzo — zaśmiał się szyderczo i zamachnął tak, jakby w rękach trzymał worek kartofli, nie zaś małe, płaczące dziecko.

Niemiec był bardzo wysoki, tykowaty. Ręce w zbyt krótkich rękawach munduru zdawały się nie mieć końca. Patyczak na cieniutkich nogach był jednak bardzo silny, bo z łatwością przerzucił malca nad murem getta. Debora bezradnie patrzyła, jak chłopiec wypuszczony w powietrze w obronnym geście rozkłada bezradne rączki i przez chwilę szybuje w górę jakby wbrew prawom grawitacji, potem zaś znika jej z oczu po tamtej stronie miasta. Usłyszała jeszcze tylko krótki krzyk przerażenia, gdy zbliżał się ku ziemi i obrzydliwe plaśnięcie, kiedy ta ziemia przyjęła go, łamiąc dziecku kark. Polska kurierka nie pospieszyła na ratunek, widocznie uciekła, spłoszona strzałami w getcie.

Potem zapadła przerażająca cisza, nieznośnie dzwoniąca dziewczynie w uszach. Miała wrażenie, jakby znalazła się nagle w bryle lodu, skutecznie oddzielającej ją od otaczającego świata, pozwalającej jedynie obserwować otoczenie i bezradnie patrzeć na to, co będzie działo się dalej. Zdawała sobie sprawę, że teraz nadeszła jej kolej, że zaraz zginie, ale nie była w stanie wykonać żadnego obronnego gestu, nie mogła nawet wydobyć słowa. Co zresztą miała powiedzieć tym mordercom?

Z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie zabili jej jednak, tylko popędzili w stronę dworca kolejowego, gdzie już spędzano innych Żydów przeznaczonych do wywózki. Może zabijając matkę i dziecko, zaspokoili już swoją żądzę mordu? Może im się znudziło? A może po prostu chcieli mieć pretekst, by podejść i popatrzeć na zrozpaczonych, szykujących się do drogi ludzi, którzy wciąż łudzili się co do celu podróży. Esesmanów musiało bardzo bawić obserwowanie nerwowej krzątaniny Żydów, wzajemne nawoływania, poszukiwanie zagubionych członków rodzin, sprawdzanie, czy zostało zabrane wszystko, co niezbędne do przeżycia na zimnym i niegościnnym wschodzie Europy. Złudzenia rozwiały się częściowo, gdy na stację wolno podjechał pociąg towarowy z otwartymi drzwiami wagonów. Jak na komendę Niemcy z eskorty transportu rzucili się na zgromadzonych na rampie ludzi, szczując ich psami, bijąc i kopiąc kogo popadło, kierując w stronę podstawionego składu i wpychając na siłę do każdego z wagonów wprost niewiarygodną liczbę osób. Bardzo szybko drzwi przepełnionego pociągu zostały zatrzaśnięte i zaplombowane. Ku niebu uniósł się lament dobywający się z tysiąca gardeł ludzi zamkniętych w wagonach.

* * *

Wszystkie te wydarzenia przesuwały się ponownie przed oczami Debory, skulonej obecnie pod kocem w trzęsącej się bocznej przyczepce motocykla niezwykłego sojusznika. Niemiec nie mógł jej wieźć za sobą na siodełku, bo za bardzo rzucałyby się w oczy jej potargane włosy i brudny strój. Podróż wydawała się nie mieć końca, po drodze zatrzymały ich dwa niemieckie patrole, wtedy ukrytej pod cienką warstwą materii Deborze wydawało się, że zdradzi ją łomot przerażonego serca. Prawdę mówiąc, podczas pierwszego przymusowego postoju myślała po prostu, że dała się nabrać jak dziecko i za chwilę hauptsturmführer Kramer uniesie koc i odda ją w ręce żołnierzy. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Nowo poznany niespodziewany sprzymierzeniec nie zdradził Debory, a mundur oficera SS budził respekt w żandarmach i nie doszło do rewizji zawartości kosza.

Wreszcie dziewczyna poczuła, że koła motocykla wjeżdżają na nierówny krakowski bruk. Po chwili maszyna zatrzymała się, koc został uniesiony i znów miała możliwość przyjrzeć się obliczu swego wybawcy, tym razem bardzo niewyraźnemu w świetle jedynej latarni.

— Proszę, oto Kraków. Gdzie mam cię zawieźć, bo dawno wybiła już godzina policyjna i nie powinnaś sama włóczyć się po mieście — stwierdził ów anioł.

— Muszę gdzieś poczekać do rana. O tej porze nikogo nie zastanę… — Ugryzła się w język. Anioł, nie anioł, nie powinna rozmawiać z Niemcem o swych przyjaciołach z polskiego podziemia.

— Czyli co, dziś nie masz gdzie spać? — Kramer taktownie udał, że nie dosłyszał wahania w jej głosie.

Pokręciła głową.

— W takim razie zapraszam do mnie. Wykąpiesz się, bo na mój nos najwyższa na to pora, opatrzymy nogę, jutro pójdziesz, dokąd tylko będziesz chciała. Nie bój się, nic ci nie zrobię — dodał, widząc, że jego sugestia za chwilę spotka się z gwałtowną odmową. W ten o to sposób Debora Singer, niedoszła ofiara obozu koncentracyjnego Auschwitz, młoda Żydówka, która o tej porze mogłaby dla świata być już tylko wspomnieniem kobiety, rozwiewającym się wraz z dymem krematoryjnym, trafiła do mieszkania hauptsturmführera SS. Co więcej, skorzystała z okazji i wykąpała się w wannie pełnej gorącej wody, umyła włosy, a gdy opuściła łazienkę, gospodarz czekał na nią z opatrunkiem na skręconą kostkę. Gwoli ścisłości należy dodać, że obecny rezydent mieszkania na pierwszym piętrze krakowskiej kamienicy zajmował je bez zgody prawowitych właścicieli. Żydowska rodzina Goldbaumów, przed wojną posiadaczy tego i kilku innych budynków w sąsiedztwie krakowskiej starówki, jedna z pierwszych trafiła do Oświęcimia zadenuncjowana przez złośliwego sąsiada, zazdroszczącego bogatym Żydom rodzinnego szczęścia i majątku. Nareszcie mógł się odegrać i udowodnić tym zarozumialcom, że na każdego przychodzi kolej! Usłużnie pobiegł więc do Niemców, gdy tylko wyniuchał, kto i gdzie ukrywa Goldbaumów razem z ich złotem. Komendantowi krakowskiego gestapo było w to graj — Żydów i pomagających im Polaków wysłał tam, gdzie ich miejsce, majątek ruchomy przejął w prywatne posiadanie, nieruchomości zaś przekazał na lokale mieszkalne dla oficerów krakowskiego sztabu SS. Sąsiad nienawistnik nie wzbogacił się na ludzkiej krzywdzie ani o grosz, jednakże jak wiadomo, satysfakcja z dobrze wypełnionego obywatelskiego obowiązku jest rzeczą bezcenną…

* * *

Bruno Kramer nie przyłożył ręki do tej brzydkiej sprawy, ale historię swego lokum znał. Nie spędzała mu snu z powiek. Swobodnie korzystał z luksusów, w jakie Goldbaumowie wyposażyli pięciopokojowe mieszkanie. Esesman zajmował je sam, będąc na tyle istotną personą w krakowskiej komendanturze, aby tego typu przywilej stanowił oczywistość dla podwładnych i kolegów. Nie zatrudniał stałej służącej, nie lubił bowiem, gdy kręcili się wokół niego obcy. Za jedyne codzienne towarzystwo miał wielkiego białego perskiego kota, także spadek po poprzednich lokatorach. Kot go szczerze nienawidził, co objawiał przy każdej okazji prychaniem i drapaniem w odpowiedzi na nierozważną próbę głaskania, pozwalał się jednak łaskawie karmić, co Bruno czynił nader chętnie, gdyż cenił tego kociego indywidualistę za jego niezachwiane poglądy. Był jedną z niewielu żywych istot, które miały odwagę otwarcie okazywać mu pogardę. A przecież esesman wiedział, że gdyby to tylko było możliwe, niemal każdy mieszkaniec tego miasta chętnie skazałby go na długą śmierć w męczarniach. Poza tym, pers, ochrzczony przez Niemca „Bandytą”, wieczorami zwykł mruczeć usadowiony w najlepszym fotelu w salonie, co stanowiło miłe urozmaicenie ciszy panującej w pustym mieszkaniu. Kramer tolerował ponadto w swoim lokum cotygodniowe wizyty sprzątaczki, prostej polskiej kobiety w bliżej nieokreślonym wieku, która, poza poważnym podejściem do swego zajęcia, miała jedną cenną cechę — udawała, że ani w ząb nie zna niemieckiego, co uwalniało oboje od konieczności konwersacji.

Adiutant młodego hauptsturmführera, sturmmann Klaus Polotzek, rzadko odwiedzał swego szefa w domu. Oczywiście, do jego zwyczajnych obowiązków należało utrzymywanie w najlepszym porządku munduru, broni i butów oficera, któremu służył, ale nie wymagało to częstych wizyt u przełożonego. Bruno nie zwykł spoufalać się z podwładnymi, choć na swój sposób lubił Polotzka, może dlatego, że ten śląski chłopak spod Raciborza przypominał mu jego samego milczącym sposobem bycia i chłodnym podejściem do wielu spraw. Spotkał go w roku czterdziestym podczas belgijskiego blitzkriegu, dokąd obaj podążali w pancernym oddziale SS tuż za Wehrmachtem. Oddział ów miał jedno zadanie — likwidowanie zbrojnego oporu ludności cywilnej na tyłach własnych wojsk. Klaus, poza wieloma innymi zaletami, okazał się człowiekiem dyskretnym, nie doniósł bowiem na Brunona gestapo. Miał okazję, asystując swemu przyszłemu szefowi w nieudanej egzekucji dwóch nastoletnich synów miejscowych chłopów. Kramer, mimo iż dowodził kilkunastoosobowym oddziałem, poinformował podwładnych, że sam zlikwiduje bandytów i poprowadził płaczących chłopaków w las, cały czas trzymając ich na muszce karabinu. Gdy byli już na tyle daleko, że nikt nie mógł ich zobaczyć, popchnął ich i szeptem kazał spieprzać tak daleko, jak tylko będą w stanie, po czym puścił serię w pobliskie krzaki. Mimo wyraźnych rozkazów zwierzchności nie zamierzał wygrywać wojny, zabijając dzieciaki. Traf chciał, że nieopodal wypróżniał się sturmmann Polotzek, starając się pozbyć z organizmu skutków libacji z poprzedniego wieczora. Kule świsnęły tuż obok jego głowy, przerażony i nieco zamroczony jeszcze alkoholem uniósł się do pozycji stojącej i z opuszczonymi spodniami poprosił o darowanie życia.

— Wyłaź — oficer ponaglił go, bronią wskazując miejsce, gdzie ma stanąć.

Klaus szybko uzupełnił braki w odzieży i spełnił polecenie.

— Co widziałeś?

— Melduję, że nic, panie hauptsturmführer. Ja tylko chciałem się w spokoju wy… Przepraszam, udałem się w to miejsce za potrzebą. Jak człowiek sra, znaczy załatwia potrzebę, to niczego dookoła siebie nie widzi. A jak nawet widzi, to go to nie interesuje.

— Jak się nazywasz?

— Klaus Polotzek, sturmmann. Służę pod kolegą pana kapitana, hauptsturmführerem Niebem.

— Polotzek, człowieku, Niebe nie jest moim kolegą.

— A moim przełożonym niestety jest. — Tu Klaus westchnął wymownie.Wspomnienie o niejakim Niebem momentalnie zawiązało nić sympatii między Kramerem i Polotzkiem. O ile swoją powierzchownością tłustego i sprośnego prosiaka hauptsturmführer Otto Niebe mocno odbiegał od wizerunku teutońskiego herosa, co jeszcze Bruno, jako zdeklarowany heteroseksualny samiec, mógłby mu wybaczyć, o tyle charakterem, a w szczególności zachowaniem niemal zbliżał się do ideału tępego nazisty, którego usta pełne są frazesów na temat wielkości Hitlera, nieomylności Himmlera i naturalnej predyspozycji Niemców do przewodzenia światu. I to jeszcze byłoby znośne, zwłaszcza w pierwszych miesiącach wojny, kiedy ostateczne zwycięstwo wydawało się na wyciągnięcie ręki i nawet taki sceptyk jak Kramer nie ważył się go negować. Ale już osobliwe poczucie humoru Niebego, którego śmieszyły wyłącznie skojarzenia z tylną częścią ciała analizowaną, jeśli tak można powiedzieć, z różnych stron oraz ludzkie nieszczęścia, połączone z jawnie okazywaną pogardą wobec wszystkich, których uważał za słabszych od siebie, uprawniały Brunona do oburzenia się na insynuację, jakoby Niebe był jego kolegą. Polotzek postrzegał świat podobnie do Kramera i dzięki temu uwolnił się od wątpliwej przyjemności obcowania z „tą szują Niebem”, jak lubił gadać sam do siebie. Kramer był wtedy na etapie poszukiwania nowego adiutanta, jako że człowiek, który do tej pory sprawował tę funkcję, został mu przydzielony odgórnie i wybitnie go drażnił swoim gadulstwem. Szybko więc wystarał się o zmianę przydziału Polotzka, podsuwając jednocześnie Niebemu innego adiutanta, świńskiego blondyna, głupiego i okrutnego. I w ten sposób udowodnił po raz kolejny, że podobieństwa się przyciągają…

* * *

Tak zaczęła się ta z reguły milcząca przyjaźń dwóch ludzi z kompletnie różnych stron Tysiącletniej Rzeszy, którzy pewnie nigdy by się nie spotkali, gdyby nie wojna. Poza zbliżonym wiekiem, Brunona i Klausa różniło niemal wszystko — pochodzenie, wykształcenie, stopień w SS i motywy, dla których obaj trafili do tej zbrodniczej formacji. Klaus znalazł się w niej od początku z przymusu, Bruno początkowo z wyboru. Okazało się jednak, że łączy ich odraza dla bestialstwa, jakie czarna gwardia Hitlera przejawiała w stosunku do ludności cywilnej na podbijanych ziemiach.

W kolejnych dniach Polotzek dowiódł swej dyskrecji, w związku z czym nikt Brunona nie aresztował i młody kapitan nie został rozstrzelany przez własnych ludzi.

Jak dotąd obaj na tej zamianie dobrze wychodzili, w miarę możliwości mało wtrącając się nawzajem do swoich spraw. Do ponadstandardowych zadań adiutanta Kramera należało odbieranie telefonu od przełożonego o każdej porze dnia i nocy, zwłaszcza nad ranem, gdy Bruno, bełkocząc niewyraźnie, przepitym głosem domagał się odwiezienia do domu. Zdarzało się to coraz częściej w miarę trwania wojny, ponieważ liczba ofiar rosła po obu stronach wraz z postępami wojsk niemieckich, a terror wobec cywili wzmógł się jeszcze po klęsce stalingradzkiej. Bilans zbrodni obciążał sumienia wszystkich Niemców zdających sobie sprawę z ich ogromu i metod stosowanych wobec podbijanych narodów. W szczególności dotyczyło to formacji, które bezpośrednio brały udział w regularnym wyniszczaniu autochtonów. Esesmani rozmaicie odreagowywali własne bestialstwo. Niektórzy przechodzili nad nim do porządku dziennego, po prostu „wykonując rozkazy”, morderstwa na kobietach i dzieciach traktując jako część obowiązku wobec Rzeszy i zapominając o zbrodniach w momencie przekroczenia progu własnego domu. Inni zatracali się w okrucieństwie, mszcząc się na ofiarach za coraz bardziej obciążone sumienia. Byli wreszcie i tacy, którzy mordowali z przekonania lub dla sadystycznej przyjemności zadawania bólu.

Bruno nie należał do żadnej z tych kategorii. Już w trzydziestym dziewiątym w Polsce, w pierwszych dniach kampanii wrześniowej przekonał się, czym jest niemiecka sprawiedliwość, jak niewiele dzieli dwudziestowiecznego intelektualistę od barbarzyńcy, jak bezmyślnie jego żołnierze wykonują rozkazy, strzelając do bezbronnych ludzi. A potem było gorzej — pacyfikacje całych wsi, wysiedlenia, spędzanie Żydów do gett, pokazowe egzekucje, wywózki do obozów koncentracyjnych… Wszystko to przeprowadzane z zimną pogardą wobec „podludzi”, z systematycznością mechanizmu, w którym hauptsturmführer Kramer miał być sprawnym trybikiem. Nie stał się nim nigdy. Mając na rękach krew wielu ludzi, pamiętał twarze wszystkich tych, którzy zginęli z jego rozkazu albo z jego ręki, zmarli prześladowali go w nocy, na długie lata odbierając łaskę spokojnego snu. Szybko zaczął unikać sytuacji, w których musiałby wziąć odpowiedzialność za komendę „ognia”, wskutek czego do jego kolekcji koszmarów dołączyłyby kolejne błagające o litość lub też pełne nietajonej nienawiści oczy. Tym samym tracił powoli zarówno zaufanie frontowych przełożonych, którzy przenieśli go na tyły, do zadań sztabowych, jak i szacunek do siebie, ponieważ nie widział innego honorowego wyjścia z sytuacji poza strzeleniem sobie w głowę, a tego zrobić nie był w stanie, uczciwie sam przed sobą przyznając się do tchórzostwa. Męczył się więc dalej, widząc bezsens tej wojny i z pesymistyczną pewnością przewidywał jej koniec. Zbrodnie muszą zostać ukarane…

* * *

Może wydać się dziwne, że ktoś taki w ogóle znalazł się w szeregach SS — cyniczny, pozbawiony złudzeń, odarty z wiary w cokolwiek. A przecież nie zawsze tak było. Bruno dołączył do elitarnej gwardii Himmlera z wyboru. Miał jasno wytyczoną drogę — po maturze szkoła oficerska i służba ojczyźnie w każdym tego słowa znaczeniu. I oczywiście walka z wrogiem na wszystkich polach. Także zabijanie, jeśli przyjdzie taka konieczność, bo przecież wróg nie zawaha się użyć wszelkich środków, by zniszczyć niemieckiego ducha i zdrową tkankę narodu. Dawanie przykładu swoją osobą, swoją postawą, szlachetną rycerskością, przewodzenie nadludziom — w wieku osiemnastu lat czuł się stworzony do tego, by należeć do elity elit — zawsze wiernych, zawsze honorowych, gotowych do największych poświęceń dla Führera i Vaterlandu.

Co zamierzał, wykonał, bo zawsze był uparty i konsekwentny. Prawdą jest, że już w szkole dla przyszłych oficerów SS obrana droga życia zaczęła go uwierać — a to z kanonu lektur usuwano jakiegoś autora, ponieważ jego poglądy okazały się nagle niezgodne z niemieckim duchem, a to z sąsiedztwa znikał kolega o zbyt semickich rysach, w towarzystwie pośpiesznie i byle jak spakowanej rodziny, a to zlikwidowano lokalną gazetę, a redaktora naczelnego zamknięto w Dachau — niby drobne sprawy, ale dla Brunona, wychowanego w dziwnej mieszaninie mieszczańskiego konserwatyzmu i wolnomyślicielstwa przynależnego artystom, były one trudne do przełknięcia.

Droga do bohaterstwa okazywała się nieco bardziej wyboista, niż przypuszczał, ale brnął nią dalej, na złość matce i starszemu bratu. Zrezygnować? I przyznać się do pomyłki? Nigdy! Prędzej zginie, niż powie Hugonowi Kramerowi: „Bracie, miałeś rację, a ja byłem idiotą”.

Analizując głębiej pobudki, dla jakich Bruno Kramer stał się haupsturmführerem Kramerem, trzeba bliżej przyjrzeć się jego sytuacji społeczno-rodzinnej, owej „mieszaninie mieszczańskiego konserwatyzmu i wolnomyślicielstwa”.

Wczesne dzieciństwo upływało mu nader przyjemnie w wielkomiejskiej atmosferze Berlina, potem nieco bardziej dusznym światku faszyzującego Monachium. Zawsze w dostatku, w kokonie matczynej miłości i ojcowskiej troski o zdrowy kręgosłup moralny potomka, co w praktyce przekładało się na to, że w reakcji na poszarpane na płocie kolano matka go przytulała i karmiła słodyczami, a ojciec wymierzał karę za pomocą wiszącej na ścianie sieni dyscypliny. Rodzinę Brunona można byłoby określić jako typową dla niemieckiej klasy średniej — na utrzymanie dzieci i małżonki ojciec zarabiał ciężką pracą we własnej firmie handlującej z kim i czym się dało, matka prowadziła dom i doglądała dwóch dorodnych synów — Hugona i dwa lata młodszego Brunona. Tyle że rodzice różnili się pochodzeniem społecznym i poglądami na świat. Gdyby nie wielka miłość, jaka połączyła w młodości państwa Kramerów, Elizabeth Kramer mogłaby nosić, przed o wiele bardziej arystokratycznym nazwiskiem, o wiele bardziej arystokratyczny tytuł niż samo „Frau”. Pozwalało jej na to wystarczająco dostojnie brzmiące nazwisko panieńskie oraz pokaźny posag, jaki wnosiła w małżeństwo. W ten posag wchodził między innymi mały hotelik u podnóża gór na południu Niemiec… Rozpacz szlachetnie urodzonych dziadków Brunona była ogromna, gdy promienna jak wiosenny pąk różany Elizabeth przedstawiła im swego narzeczonego. Ślub okazał się konieczny, ponieważ Hugo już-już pukał do drzwi tego świata. Nic dziwnego więc, że Georg Kramer nie cieszył się wielką sympatią swych szacownych teściów.

Ten potomek prostej rodziny, sam ambitny i gotowy swej wybrance nieba przychylić ciężką pracą własnych rąk, do osobistego wkładu w niewątpliwy mezalians zaliczał: pochodzenie robotnicze, aczkolwiek wykształcenie wyższe ekonomiczne, okupione szeregiem wyrzeczeń, postrzeganie świata tak wąskie, że z trudem i z rzadka wychylał nos zza tego kołnierza przekonań i poglądów, oraz tak zwaną gołą dupę, czyli materialnie absolutne zero.

Niemniej jednak pierwsze lata wspólnego pożycia stadła Kramerów upłynęły w zgodzie, czego dowodem były narodziny Brunona dwa lata po starszym bracie. Ojciec dorabiał się dzięki własnym ambicji i sprytowi oraz posagowi matki, ona zaś wychowywała dzieci i „bywała”. Początkowo na salonach berlińskich, potem w nieco mniejszych monachijskich, zawsze jednak w dobrym towarzystwie, zabawiając zgromadzonych anegdotkami z życia sfer oraz grą na fortepianie, którą to umiejętność opanowała w stopniu godnym podziwu. Talentu miała w tej dziedzinie mniej, za to nadrabiała sumiennymi ćwiczeniami — efekt okazał się bardzo przyzwoity.

Kramerowie opuścili Berlin w pogoni za pieniędzmi. W południowoniemieckim Monachium ojciec widział większe możliwości rozwoju niż w przeludnionej stolicy. Matka nie buntowała się — teraz miała bliżej do rodziców, osiadłych na stare lata w podgórskim rejonie Badenii. W nowym miejscu zamieszkania nadal kultywowała bujne życie towarzyskie, ubarwiając je wyjazdami „na wieś” do dziadków. Bruno i Hugo niemal od niemowlęctwa byli jej towarzyszami, zarówno w życiu salonowym, jak i wiejskich eskapadach.

To były szczęśliwe lata. Przebywając prawie cały czas z matką, chłopcy rośli w atmosferze beztroski, swobody ocierającej się o próżniactwo i w umiłowaniu sztuki we wszystkich jej przejawach. W rodzinnym majątku dziadków całe dnie spędzali na konnych lub pieszych wędrówkach po okolicy, w miejskich salonach poznawali wszelkiej maści bywalców — artystów, filozofów, pisarzy, ludzi ciekawych, oryginalnych, mających tak wiele do powiedzenia, że gotowi byli mówić nawet wówczas, gdy całą publikę stanowiło dwóch małych chłopców. W tych czasach Hugo i Bruno byli zawsze razem, połączeni szczerym i mocnym uczuciem, jakie bywa przywilejem rodzeństwa, które dzieli niewielka różnica wieku, wszystko inne zaś łączy. I choć w tej parze Hugo zapowiadał się na intelektualistę, Bruno reprezentował raczej typ sportowo-awanturniczy, świetnie się uzupełniali, wzajemnie wspierali i cieszyli swoim towarzystwem.

Ojca w owych dniach prawie nie widywali, co nie martwiło ich zbytnio, jako że dobrze znali jego ostre metody wychowawcze. Z reguły zajęty, przebywał głównie w biurze lub załatwiał ważne sprawy biznesowe „w mieście”. Jeśli pojawiał się przed wieczorem w domu, to zawsze z plikiem papierów pod pachą lub wielką skórzaną teczką. Zamyślony, nieobecny. Do teściów nie jeździł, gdyż nie czuł się tam mile widziany, na salonach nie pojawiał się, choć jako mąż matki był zapraszany. Wolał jednak towarzystwo kolegów — drobnych biznesmenów jak on sam, z którymi łączyły go pochodzenie społeczne, wspólne tematy rozmów, często także wojskowa przeszłość w okopach Wielkiej Wojny. Oczywiście Georg Kramer miał przewagę nad swoimi kameraden — w przeciwieństwie do nich dysponował zapasem gotówki, jaki jego żona wniosła w wianie.

Niestety, ufny w swoje talenty ekonomiczne, ojciec wolne pieniądze zainwestował na giełdzie. Kiedy do Niemiec zapukało widmo Wielkiego Kryzysu, na efekty tych inwestycji nie trzeba było długo czekać — wszystkie środki pieniężne przepadły, firma Georga stała się niewypłacalna, w dodatku jeszcze zadłużona. Trzeba było nagle sprzedać samochód, potem zaraz wielkie mieszkanie w centrum Monachium… I tak mieli szczęście, że udało się spłacić wierzycieli. Z czystym kontem, ciężarówką załadowaną do granic możliwości, rodzina Kramerów ruszyła do swego nowego domu — niewielkiego hoteliku u podnóża schwarzwaldzkich gór, marnej resztki posagu matki, która teraz miała im zapewnić dach nad głową i utrzymanie.

O ten hotelik rodzice toczyli zacięty spór, od kiedy Georg przyznał się żonie, że interesy idą kiepsko i z każdym dniem gorzej. Upierał się, by go sprzedać, a uzyskanymi środkami wesprzeć podupadającą firmę. I wtedy matka, ta wydawałoby się beztroska, fruwająca kilka centymetrów ponad ziemią istota, powiedziała twarde „nie”. Elizabeth po raz pierwszy i ostatni w swoim życiu zrobiła mężowi karczemną awanturę. Krzyczała tak głośno, że Hugo i Bruno słyszeli każde jej słowo, mimo iż zagoniono ich do odrabiania lekcji w bawialni, mieszczącej się w przeciwnym skrzydle mieszkania. Matka w furii wytykała po kolei wszystkie nietrafione inwestycje ojca, wypominała mu stracone pieniądze, nierealne plany, na koniec zaś plebejskie zadufanie we własne możliwości. I powtórzyła, że hoteliku sprzedać nie pozwala, a ojciec ma teraz robić, co uważa za słuszne, by zapewnić jej i dzieciom godziwe utrzymanie.

Dla młodszego syna państwa Kramerów ten dzień okazał się przełomowym. Obaj bracia dorastali i z wiekiem coraz bardziej widoczne stawało się, iż starszy wdał się w matkę, młodszy zaś w ojca. Hugo nadal popierał Elizabeth we wszystkim, więc gdy ukochana mama wyśmiewała i krytykowała tatę, widać miała ku temu dobre powody. Bruno uznał zaś, że z tym plebejskim pochodzeniem matka przesadziła i nie powinna się tak wywyższać, w końcu dzięki plebejskiej pracy ona od tylu lat może nic nie robić. To wystarczyło, by w pokoju bawialnym doszło do bratobójczej bitwy. Bruno, choć młodszy od brata, był od niego wyższy, lepiej zbudowany i bardziej wprawiony w ćwiczeniach fizycznych. Po chwili siedział na Hugonie okrakiem i z tępą nienawiścią, metodycznie wymierzał mu ciosy pięścią — raz z prawej, raz z lewej strony twarzy. Hugo nawet już się nie bronił. Nie dałby rady Brunonowi. Cała złość uleciała z niego o wiele wcześniej i teraz czekał, aż minie bratu. I może tak by się nawet stało, chłopcy opamiętaliby się i pogodzili, ale w tym czasie Elizabeth zakończyła swoją litanię pretensji i ruszyła po synów. Gwałtownie otworzyła drzwi i z krzykiem rzuciła się ratować oblicze starszego przed furią młodszego. Na histeryczne krzyki matki Bruno zareagował jeszcze większym gniewem. Przez chwilę wydawało się, że opanował z nagła obudzone mordercze instynkty, bo przestał bić Hugona. Wstał, wolno podszedł do matki i wysyczał przez zaciśnięte zęby:

— Nie wtrącaj się, kobieto.

Elizabeth na chwilę straciła rezon. Młodszy syn stał przed nią z uniesionymi rękami, z dłońmi zamkniętymi w pięści, gotów do tego, by na nią skierować całą złość. Dlatego, że im przerwała, oraz dlatego, że upokorzyła ojca. Georg stał w progu i w bezruchu obserwował całą scenę. To Hugo, z trudem podnosząc się z podłogi, interweniował:

— Nie waż się podnieść ręki na matkę!

— Zamknij się, z tobą już skończyłem.— Bruno nawet na chwilę nie odwrócił wzroku od twarzy Elizabeth. Matka i syn toczyli niemą walkę na spojrzenia. Żadne nie chciało spuścić wzroku, żadne nie zamierzało nawet w ten symboliczny sposób dać za wygraną.

Dopiero teraz wtrącił się ojciec:

— Dajcie spokój, mamy już dość kłopotów. Nie chcę, żeby przez problemy finansowe rozpadła nam się rodzina.

Bruno opuścił ręce, obrócił się na pięcie i wyszedł.

* * *

To był ten decydujący moment, kiedy role się odwróciły, nadszedł czas zmiany, pojawił się impuls, który pokierował dalszym życiem Brunona. Odsunął się od matki i brata, prawie przestał się do nich odzywać, całym sercem wspierając ojca. Gdy Georg długo nie wracał, Bruno szedł po niego do firmy i prowadził do domu nieszczęśliwego, zataczającego się człowieka, bełkoczącego na przemian o nieudacznikach i o tych, którzy naprawdę przyczynili się do jego bankructwa. Kto się krył za kryzysem? — oczywiście międzynarodowy spisek żydowski, uknuty specjalnie po to, by gospodarczo pokonać i upokorzyć Niemcy. Kto mógł coś na to poradzić? — tylko prawdziwi patrioci, narodowi socjaliści. Ojciec chadzał na ich spotkania, sam zapisał się do partii nazistowskiej, która rosła w siłę, ponieważ w Niemczech tamtych dni było wielu ludzi o historiach podobnych do tej, która spotkała Georga Kramera. Bruno z żywym zainteresowaniem brał udział w tworzeniu historii na nowo. Za namową towarzyszy partyjnych ojca zapisał się do Hitlerjugend, czym rozwścieczył matkę, i regularnie uczestniczył w zajęciach, pozwalając, by jad nienawiści swobodnie sączył się do jego uszu. Tymczasem firma Georga Kramera poddała się ostatecznie, resztki majątku rodziców zostały wyprzedane, Kramerowie wyjechali na schwarzwaldzką prowincję. Ojciec całkowicie się załamał, uświadamiając sobie ostatecznie własną nieudolność, matka, nie bez złośliwej satysfakcji stwierdziła, że „tam przynajmniej nie ma tych hitlerowskich młodzieniaszków”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zaniemówienie Esesman i Żydówka Ponieważ wróciłam Praca wymarzona. Jak ją skutecznie znaleźć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej