Wyprawa po miłość

Wyprawa po miłość

Autorzy: Susanne Lord

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.31 zł

Nieustraszony odkrywca…
Cały Londyn aż huczy od opowieści o Willu Reptonie. On jedyny ocalał z masakry w Tybecie. Powrócił do Anglii jako bohater, ale nie ma czasu na odpoczynek w blasku chwały. Przed nim kolejna wyprawa.
Nic go przed nią nie powstrzyma. I nikt nie odkryje jego tajemnicy... chyba że spotka na swej drodze kogoś takiego, jak lady Charlotte Baker.

…bezradny wobec uroku niezwykłej kobiety.
Charlotte marzy o mężczyźnie, którego odwaga i energia dorównają jej własnym. Od pierwszej chwili rozpoznaje w Willu bratnią duszę.
Lecz by go zdobyć, musiałaby odrzucić zasady obowiązujące w jej świecie.
Will również czuje się rozdarty pomiędzy fascynującą kobietą a obowiązkiem.
Nie raz ryzykował życiem, lecz najbardziej niebezpieczną przygodą może okazać się nie wyprawa za ocean, lecz odkrycie sekretów własnego serca...

Korekta

Agnieszka Pyśk

Anna Raczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© olenakucher/Fotolia

Tytuł oryginału

In Search of Scandal

Copyright © 2015 by Susanne Lord

Originally published in the United States by Soucebooks Casablanca, an imprint of Sourcebooks, Inc. www.sourcebooks.com

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6297-0

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

1

Londyn, marzec 1850

Na litość boską, człowieku, zejdź mi z drogi.

Ktoś z tyłu wyraźnie się niecierpliwił i był zaskakująco blisko. Will Repton powstrzymał się od ostrej odpowiedzi i odsunął się na prawo. Jego utykający chód był zdaje się zbyt wolny lub zbyt niezgrabny dla mijających go wyniosłych londyńczyków. Nie dbając o chmurne miny przechodniów i zimny wiatr hulający po Oxford Street, zadarł podbródek i ruszył dalej. Dochodząc do skrzyżowania, zwolnił jeszcze bardziej. Zza rogu zawsze wybiegali śpieszący się ludzie, wyjeżdżały powozy albo wychodziły damy, odwracające wzrok od kulejącego mężczyzny.

Tylu ludzi, taki ruch. Londyn inaczej zapisał się w jego pamięci.

Czy miasto może się tak zmienić w ciągu sześciu lat?

Choć noga bolała jak diabli, wchodząc na Hanover Square, starał się jak najmniej utykać. Tu przynajmniej nic się nie zmieniło. Ten sam pomnik kanclerza Pitta, te same eleganckie budynki, ta sama dzielnica bogatych i dobrze urodzonych.

Zwykły widok w dzielnicy Mayfair w niedzielne popołudnie. A on składał zupełnie zwyczajną wizytę Benowi Paxtonowi.

Nie przypominał sobie, by kiedyś skrawki londyńskiego nieba pomiędzy budynkami wydawały mu się płaskie, jakby je ktoś namalował. No tak, ale wtedy nie widział rozjarzonego nieboskłonu nad górami Yangshuo. Nie miał go z czym porównać.

Nic dziwnego też, że źle znosił tutejsze zimno. Sporo stracił na wadze i lżej się teraz ubierał.

To nie miasto się zmieniło, tylko on.

Wyjechał sześć lat temu jako pełen entuzjazmu wysłannik Kompanii Wschodnioindyjskiej, a wrócił – pomimo dwukrotnych pogłosek o jego śmierci – jako słynny odkrywca, znany botanik i kaleka, nad którym powszechnie się użalano.

Wiatr o mało nie zerwał mu kapelusza z głowy, a od rączki szklanej kasety marzły mu palce przez rękawiczki. Zaniepokojony, czy jego cenne rośliny nie ucierpią od zimna, pośpiesznie skierował się do drzwi rezydencji Paxtona.

Uśmiechnął się cierpko na widok dostatniej rezydencji. Nie widział się z gospodarzem od dawna. Will wyjechał, zanim Paxton, przyjaciel jego ojca, ożenił się ku powszechnemu zdumieniu z bogatą hrabiną. Był równie sympatyczny jak bogaty, więc doskonale nadawał się na inwestora.

Ledwie pociągnął za dzwonek, drzwi otworzyły się szeroko. Will znieruchomiał, nie zdążywszy wyciągnąć karty wizytowej. Lokaj o uśmiechniętej twarzy i skośnych oczach tak przypominał pewnego robotnika portowego, którego spotkał w Xiamen, że o mało co nie przywitał go sakramentalnym ni hao.

Nie, Londyn się nie zmienił. Ale na wszystkie jego kształty i zarysy nakładały się teraz barwy Dalekiego Wschodu.

– Dzień dobry. Jestem umówiony – powiedział więc tylko i podał lokajowi wizytówkę, a potem poszedł za nim do pokoju dla gości. W cichym przedpokoju wyraźnie było słychać, jak szura chorą nogą, ale i tak zwolnił, by rozejrzeć się wokół.

Marmurowe posadzki. Obrazy z popękanym ze starości werniksem. Jedwabne tapety.

Paxton doskonale się ożenił.

W alkowie stała chińska waza. Nie był ekspertem, ale na pewno miała setki lat. Dynastia Yuan lub Ming.

Z tyłu rozległy się czyjeś pośpieszne kroki. Odwrócił się jak fryga, w pełnej gotowości do odparcia napaści.

Przez hol przebiegł chłopiec, może cztero-, a może sześcioletni – Will nigdy nie umiał określić wieku dzieci – i zniknął za drzwiami.

Obraz napłynął tak błyskawicznie, że Will musiał kurczowo zacisnąć powieki i zmusić się do powrotu do rzeczywistości. Powietrze drżące od ruchu… czyjś głos dobiegający zza drzwi…

Chłopiec był rzeczywisty.

Will wziął głęboki oddech i próbował siłą woli opanować gwałtowne uderzenia serca.

Do diabła. Ojciec przecież ostrzegał go, że Paxton ma dzieci.

– Proszę nie przejmować się naszym paniczem. – Lokaj uśmiechnął się do niego spod ściany. – Wszyscy jesteśmy na jego łasce i niełasce. Żadna londyńska niania nie może z nim długo wytrzymać.

Will sztywno skinął głową. Nie potrafił dzielić rozbawienia lokaja. Wciąż walcząc, by opanować nerwy, podał mu płaszcz i kapelusz. Służący zniknął.

Zdziwiony Will popatrzył w ślad za nim. Zwykle zapowiadano jego wizytę. Przynajmniej tak było w pozostałych pięciu rezydencjach, w których spotykał się z inwestorami. Wszedł do pokoju i zatrzymał w pół kroku.

Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widział – ani w Londynie, ani w Chinach, ani gdzie indziej.

Salon był wprawdzie uderzająco kobiecy, wszędzie stały satynowe sofy zarzucone poduchami z chwościkami na rogach, a na każdym stoliku tłoczyło się mnóstwo kruchych przedmiotów, ale nie o to chodziło. Zdumiało go zgromadzenie eleganckich mężczyzn, którzy odwrócili się, by na niego spojrzeć.

Ewidentnie nie był mile widzianym dodatkiem do tego zgromadzenia. Zignorowali go natychmiast i zajęli się swoimi sprawami. Jeden z nich oparł się łokciem o zastawioną figurkami półkę nad kominkiem, drugi wsparł się o pianino, a trzeci udawał, że przeglądał książkę. Jakiś młody romantyk wyglądał przez okno, delikatnie gładząc palcem płatki róży.

Ośmiu… nie, dziewięciu mężczyzn. Każdy w pozie zblazowanego kawalera. Przezabawny widok wśród tych wszystkich koronek.

Co oni tu robią?

I gdzie, do diabła, jest Ben Paxton?

Postawił kasetkę na stole, sprawdzając przez zamglone szkło, czy rośliny nie ucierpiały po drodze i rozejrzał się za krzesłem.

Na jedynym wolnym leżała paskudna haftowana poduszka przedstawiająca kozę. Albo może konia, choć nieszczęsne stworzenie miało tylko trzy nogi. Tak czy owak, nazywało się „Beatrice”, jeśli wierzyć podpisowi pracowicie wyszytemu pod spodem. Praca jakiegoś dzieciaka. Will odsunął ją na bok i powoli zapadł się w zbyt miękkie siedzisko.

– Można wiedzieć co to takiego? – Mężczyzna w czerwonym surducie wskazał na kasetkę. – Jakaś szklarenka?

– Kasetka do przewozu roślin.

– Naprawdę?

Mężczyzna porzucił pozę przy kominku i podszedł, by obejrzeć kwiaty.

– Skąd je pan przywiózł?

– Z Pitigali.

– Z Piti… Skąd mianowicie?

– Z Cejlonu.

Zajrzał do środka.

– To kwiatki? Wyjmiemy je stamtąd?

– Nie, to nie kwiatki. I lepiej nie otwierać kasetki, z powodu ich zapachu.

Brwi mężczyzny zadrgały z rozbawienia.

– Co za pech. Trochę za mocny ten zapach?

Will popatrzył na niego, szukając odpowiedzi.

– Raczej obrzydliwy. Przypomina gnijące zwłoki.

A wcześniej wydawało mu się, że w salonie panuje cisza…

Rozejrzał się po zdumionych twarzach. Nawet chłopak z różą porzucił zadumę i spojrzał na niego spod oka. Czyżby jakimś cudem dotarł do nich odór jego roślin?

Westchnął cicho i przeczesał dłonią włosy. Były za długie. Zaledwie kilka godzin temu mama powiedziała mu, żeby coś z tym zrobił. Teraz, gdy wrócił już do cywilizowanej społeczności, jak to ujęła, nie może włóczyć się po ulicach zarośnięty jak te jego ukochane jaki.

Szczerze mówiąc, wolałby znaleźć się wśród jucznych zwierząt niż w tym towarzystwie. Wygładził pomięty mankiet. Może przydałoby się też zajrzeć do krawca.

Na stole, tuż obok jego łokcia, stała tacka z cywilizowanymi kartami wizytowymi. Ta na wierzchu należała do jakiegoś wicehrabiego. Koło niej pysznił się bukiet róż w wazonie. Zresztą, wszędzie stały jakieś kwiaty. Ich zapach nie mógł wygrać z ciężkim aromatem wody kolońskiej… toników do włosów i mydła do golenia…

Aha, przyszli tu dla kobiety.

Will skoczył na równe nogi, krzywiąc się z bólu.

– Pomyliłem pokoje.

Mężczyzna w czerwonym surducie wybuchnął śmiechem.

– Niech pan tak nie mówi. Proszę zostać i dać je w prezencie pannie Baker. Jej mina będzie bezcenna.

– Pannie Baker? A kto to…

Jasne. Szwagierka Paxtona, Charlotte Baker. Siostra hrabiny.

Zacisnął zęby z zakłopotania.

Lokaj przez pomyłkę wziął go za konkurenta do ręki jakiejś damulki z towarzystwa.

To śmieszne.

Tacy jak on się nie żenią.

– Przepraszam – mruknął. Dziewczyna ma bez wątpienia olbrzymi posag, skoro przyciągnęła tylu zalotników.

Odwrócił się i omal nie potrącił kobiety stojącej tuż za nim. Serce zabiło mu z zaskoczenia, ale ostatnio wiele rzeczy przyprawiało go o nerwowe bicie serca.

Cofnął się o krok. I zweryfikował swoją opinię.

Charlotte Baker nie potrzebowała posagu.

Gdyby nie rozjarzone jak cekiny oczy, można by powiedzieć, że to porcelanowa lalka, w którą ktoś tchnął życie. Bezbłędny owal twarzy okalały ciemne, lśniące loki. Zdobił ją kształtny nosek i usteczka tak różowe i miękkie, że uśmiechały się, nawet gdy była spokojna. Kiedy tak stał i patrzył, na jej policzki wypłynął cudowny rumieniec idealnie pasujący barwą do tych wszystkich róż i dopełnił efektu.

Kolejna figurynka, równie dekoracyjna, jak kruche filiżanki porozstawiane na stolikach.

Ale jej kształty, choć niewątpliwie dekoracyjne, były też, hm… użyteczne. Nie było mężczyzny, w którym nie obudziłyby prymitywnych potrzeb. A w nim, po tym co przeżył w Tybecie, prymitywne potrzeby bardzo łatwo dochodziły do głosu.

Najchętniej zaciągnąłby ją w jakiś zaciszny kąt i… i wziął ją sobie na własność.

Skrzywił się, zniesmaczony własnym prostactwem. Co za szalona myśl.

Kolejna szalona myśl.

– Przepraszam bardzo – mruknął, zabierając kasetkę i starając się wyminąć damę. – Skierowano mnie do niewłaściwego pokoju.

– Niewłaściwego? Ależ… proszę pana? – Jej dłonie pofrunęły do góry, ale zatrzymały się w pół gestu. Może chciała go zatrzymać, a może pomóc, ale zignorował ją.

Laleczka i – na litość boską – jej przyzwoitka, ruszyły jego śladem do holu.

– To pewnie pan Penny, lokaj Bena – powiedziała, doganiając go szybkim krokiem. – Jest dzisiaj odźwiernym bo nasz lokaj, pan Goodley, niestety pochorował się po nieświeżej baraninie, więc Penny pewnie pomyślał… no bo dzisiaj jest niedziela.

Will zatrzymał się na środku holu. Wszystkie drzwi były pozamykane.

A panna Baker mówiła dalej.

– Więc ponieważ jest niedziela, a pan przyszedł… – Przerwała na moment i wzruszyła ramionami, przechylając głowę. – Ponieważ pan przyszedł nie do mnie, o ile dobrze zrozumiałam, to bardzo pana przepraszam.

Will spiął się cały na te słowa. Pewnie zrobiło jej się go żal. Był kiepsko ubrany, nieostrzyżony i wyglądał o wiele gorzej niż ci wszyscy zalotnicy.

A może mu się tylko wydawało? Pewnie w duchu się z niego śmiała.

Spojrzał w jej oczy i oniemiał – jaśniały tak czystym błękitem jak najpiękniejsze fiołki. Nie, nie fiołki. Ostróżki.

Odwrócił wzrok i sapnął z irytacją. Do diabła, skąd te myśli o kwiatach?

Jest szanowanym botanikiem, płacą mu za katalogowanie i klasyfikowanie roślin, a nie za takie porównania.

Miała niebieskie oczy, i tyle. Po prostu.

Owszem, była całkiem ładna.

Zresztą to i tak nie miało znaczenia.

Rozejrzał się za tym odźwiernym czy też lokajem, ale oprócz nich w holu była tylko rudowłosa przyzwoitka, która gapiła się na niego z wyraźnym rozbawieniem. Mocniej ujął uchwyt kasetki.

– Panna Baker?

– Tak, nazywam się Charlotte Baker.

Trzy lekkie kroczki w obszywanych klejnotami pantofelkach sprawiły, że znalazła się niewygodnie blisko.

– Chyba się nie znamy. Jestem tego pewna.

Podejrzliwie patrzył na jej uśmiechniętą twarz. Jego matce chybaby pękło serce, gdyby zobaczyła, jak stoi tuż obok pięknej, niezamężnej dziewczyny i myśli tylko o ucieczce.

– Will Repton, panienko.

Szeroko otworzyła oczy, co powiedziało mu, że zna jego nazwisko. Cholerne artykuły w gazetach.

– Przyszedłem zobaczyć się z Benem – dodał, żeby uprzedzić pytania. Ale to nie było potrzebne. Na dźwięk jego nazwiska wyraźnie oniemiała.

Odchrząknął.

– Dokąd powinienem…

– Pan jest Williamem Reptonem?

Spochmurniał jeszcze bardziej, zaniepokojony zdumieniem malującym się na jej twarzyczce.

– Ja… nooo… owszem.

– Nie może być. William Repton, ten odkrywca? Ten od Chin? Sławny William Repton?

Odsunął się i wskazał na najbliższe drzwi, przezornie nie spuszczając jej z oczu.

– Czy to jest jego pokój?

Ruszyła ku niemu, aż zaskoczony cofnął się, o mało co nie wywracając wazy z dynastii Yuan albo Ming. Dalej nie wiedział, z której, nie był ekspertem, i czego ona właściwie chciała od niego na litość boską?

Panna Baker złapała go pod rękę. Przeniósł zdziwiony wzrok z jej malutkiej dłoni w rękawiczce, na uśmiechnięte wargi i ogromne oczy o barwie ostróżek.

– Panno Baker…

– Bardzo proszę, niech pan odstawi tę kasetkę.

– Ale Ben…

– Ben nie będzie miał nic przeciwko temu. Doskonale wie, jak bardzo chciałam pana poznać. Doprowadził mnie do szału tym, że nie zaprosił pana wcześniej. Nie odbierze mi tej szansy – i pan też nie, prawda? Bardzo chcę pana bliżej poznać. Dobrze?

Zamrugała rzęsami. Do niego. Było to zarazem podniecające i niepokojące.

Ponieważ nie był w stanie wykrztusić ani słowa, uznała, że się zgadza, zapiszczała jak kotek i wprowadziła go z powrotem do tego koszmarnego salonu.

Chryste Panie, gdzie do diabła podział się ten cały Ben Paxton?

– Panowie! – ogłosiła. – Ależ mamy szczęście! Przedstawiam panom Williama Reptona. Na pewno słyszeliście o nim i o jego osiągnięciach. Przyszedł spotkać się z Benem, ale nie puściłam go tam.

Mężczyźni przyglądali się z ciekawością i powątpiewaniem, jak panna Baker prowadzi go ku niewielkiej sofie. Poleciła mu eleganckim gestem, by usiadł obok niej. Z trudem zgiął zesztywniałą nogę, zacisnął zęby i powoli opadł na siedzenie. Był o wiele za blisko niej. Gdyby odwrócił głowę, zetknęliby się nosami.

– Mam nadzieję, że smak naszej herbaty nie wyda się zbyt prostacki dla pana wyrafinowanego podniebienia, panie Repton.

Nalała mu filiżankę.

– Nasza gospodyni jest dumna z tej mieszanki. Namówiono ją, żeby wybrała jedną z odmian Asamu, która według mnie jest w prawdzie dość gorzka, ale za to świetnie smakuje z mlekiem. Jaką pan pija herbatę? Z cukrem? Z cytryną? A może ze szczyptą tytoniu?

Mówiąc to zachichotała, spoglądając na mężczyznę przy pianinie, ale zaraz znowu zwróciła się z uśmiechem do Willa.

– Oczywiście, stroję sobie żarty. Takie tam igraszki słowne z wicehrabią. Cukru?

Czekała, trzymając szczypczyki z cukrem nad jego filiżanką.

Zamrugał.

– Nie.

W jej policzkach pojawiły się dołeczki.

– Nie, dziękuję – poprawił się.

– Proszę mi wybaczyć, panno Bakier – wtrącił mężczyzna w czerwonym surducie – ale nie mam pojęcia, kim jest pan Repton.

Wicehrabia prychnął z irytacją.

– Daj spokój, Matteson! Chyba nie mówisz serio. Wszystkie gazety piszą o tym panu, aż się niedobrze robi.

– Fakt – wtrącił ktoś inny. – Naprawdę nie słyszałeś o Willu Chińczyku?

Mężczyzna wreszcie skojarzył, o kogo chodzi.

– A niech to! Pan jest Willem Chińczykiem?

Will odwrócił się do panny Baker, żeby wypuściła go na wolność, ale ona rozpromieniła się jeszcze bardziej.

– W rzeczywistości jest dwóch słynnych panów Reptonów – sprostowała. – John Repton nadzoruje ogród botaniczny w Chiswick. Natomiast jego syn – mój, a raczej nasz pan Repton – to najbardziej znany angielski botanik. Jego sprawozdania są niezwykle interesujące i trafiają do archiwów Towarzystwa Geograficznego. Panie Helmsley, pan jest członkiem tego towarzystwa. Czytał pan te raporty?

Pan Helmsley hałaśliwie przełknął herbatę, nie spodziewając się, że wywołają go do odpowiedzi.

– Eeee… niestety nie, panno Baker. – Pochylił się w nadziei, że pochwyci jej wzrok. – Ale zrobię to natychmiast i będziemy mogli poważnie porozmawiać na ten temat.

Pozostali zalotnicy również zdeklarowali się, że zapoznają się z raportami, ale ich śliczna gospodyni zupełnie nie zwracała na to uwagi. Will spoglądał na nią, upajając się jej zainteresowaniem. Żadna rozsądna kobieta nie patrzyła na niego w ten sposób. Może coś z nią było nie tak.

– Niechże nas pan zatem zaszczyci opowieściami o pańskich przygodach, panie Repton – odezwał się władczo wicehrabia. – Mój ojciec będzie śmiertelnie zazdrosny, gdy dowie się, że spotkałem Willa Chińczyka we własnej osobie.

Will skrzywił się, zasłaniając twarz filiżanką. Odstawił spodek na stół, aż brzęknęła, i w jak największym skrócie przedstawił ostatnich sześć lat swojego życia.

Charlotte była zbyt oszołomiona, by go uważnie słuchać. Jakim cudem to się udało?

Ale dzięki Bogu. Dzięki Bogu, był tutaj! Ten człowiek, dzięki któremu jej rodzina może odzyskać dobre imię. Mężczyzna, o którym marzyła. Mężczyzna, który był jej przeznaczony – chociaż być może nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy.

Wreszcie był tutaj, w tym domu… widziała go już chyba ze sto razy. Albo więcej. Nie w Londynie, nie w rzeczywistości… Był jej tak drogi, tak dobrze znany. Wcale nie z artykułów ani opowieści o niesamowitym panie Reptonie. Był jej dobrze znany, bo dokładnie tak wyobrażała sobie swego wymarzonego odkrywcę. Blond włosy o wielu odcieniach i ani śladu łysienia. W żadnym razie. Miał najgęstsze włosy ze wszystkich zebranych w salonie mężczyzn, choć może nieco zbyt długie. Jej serce zabiło czule, gdy dostrzegła kosmyk tych włosów na kołnierzyku koszuli.

Ramiona też miał idealne – trochę za szerokie i za bardzo muskularne, ale takie właśnie kochała. A ta twarz…

Nigdy wcześniej nie wyobrażała sobie jej rysów. Ale gdyby jej na tym zależało, wymyśliłaby właśnie taki kwadratowy podbródek, surowe brwi i przenikliwie niebieskie oczy – właśnie taką twarz przystojnego bohatera. Pełną odwagi, z odrobiną irytacji.

Spuściła wzrok. Na litość boską, nie może się tak na niego gapić. Dlaczego wcześniej pytlowała o tych wszystkich głupotach? Dlaczego w ogóle wspomniała o baraninie?

– Ciekaw jestem, czy pani udało się je przeczytać, panno Baker?

Głos lorda Spencera przywołał ją do rzeczywistości.

– Proszę wybaczyć. Co mówiłeś, milordzie?

Lord Spencer – a raczej Hugh, jak kazał się nazywać – rzucił niespokojne spojrzenie panu Reptonowi i posłał jej wymuszony uśmiech.

– Pytałem o sprawozdania, panno Baker. Towarzystwo Geograficzne skupia wyłącznie mężczyzn. Jakim sposobem taka osóbka jak pani uzyskała do nich dostęp?

– Przyniósł mi je Ben, który też do niego należy.

Charlotte posłała promienny uśmiech panu Reptonowi, pragnąc, by na nią spojrzał, ale on ponuro gapił się na swoje buty.

– W każdym razie większość z nich. Nie czytałam ostatniego odcinka.

– I nie powinna pani – odezwał się pan Repton.

– Ale ja muszę.

– Tam nie ma nic, co nadawałoby się dla dam.

– Nic?

Miała wrażenie, że powiedział to szczerze. Chyba nie zdawał sobie sprawy, co jego sprawozdania znaczą dla innych… dla niej…

– Jest pan zbyt skromny. Te sprawozdania są pełne dźwięków, kolorów i uczuć! Kiedy je czytam, zgadzam się z Arystotelesem, że dusza zawsze myśli obrazami.

– Panno Baker…

– To nie mój umysł przeżywa te wszystkie przygody…

– Panno Baker!

– …ale moja dusza!

Podniósł głowę, a w jego oczach błysnęła pasja.

– To znaczy, że widzi pani to, co chce pani zobaczyć.

Wrażenie zaparło jej dech w piersi. To intensywne spojrzenie, rumieniec na policzkach, gorący oddech, który poczuła na swojej skórze. Co za wspaniały mężczyzna!

To, co powiedział, było wprawdzie bez sensu, ale wyraził to z wielkim przekonaniem.

Może inna dama poczułaby się skarcona i onieśmielona takim gniewem. Ale ona zawsze była… no cóż, bardziej żywiołowa od innych kobiet. A jego pierś falowała tak pociągająco pod tym okropnym surdutem.

Nie była w stanie powstrzymać uśmiechu, więc jego gniew zaraz przygasł.

– Jestem ogromnie ciekawa, czemu nasze postrzeganie tak bardzo się różni – odpowiedziała cicho.

Otworzył szerzej oczy, więc oprzytomniała trochę.

– Czy ktoś ma ochotę na herbatę? – Sięgnęła po imbryk. – Choć herbata chyba nas nie odświeży. Bardzo tu gorąco.

Wszyscy natychmiast zatroszczyli się o jej wygodę.

Z wyjątkiem pana Reptona, który chwycił się za głowę.

Ogarnęły ją wątpliwości. Czy powiedziała coś, co go zasmuciło? Czy wspomnienia z jego podróży były aż tak bolesne?

Może rzeczywiście. Zdaje się, że został ranny, choć utykał tylko odrobinę. Patrzyła przedtem, jak szedł – plecy miał zupełnie proste, a pośladki szczupłe, jak wyrzeźbione. Na tę myśl jej zaróżowione policzki rozgrzały się jeszcze bardziej. Nigdy wcześniej nie zwracała uwagi na kształt i umięśnienie męskich pośladków, ale widocznie nadszedł na to czas.

Całkiem nieźle to zapamiętała.

Zacisnęła chusteczkę w wilgotnych dłoniach. Salonik był niewielki, bo nie spodziewała się, że przyjdzie aż tak wielu panów. W dodatku większość nie należała do towarzystwa, w którym się zwykle obracała. Tylko lord Spencer należał do wyższej arystokracji. Reszta to były średniaki.

Tylko lord Spencer. Po trzech sezonach życia towarzyskiego w mieście…

Jakie to dziwne… jakie to dziwne, niezwykłe i cudowne, że nagle wszyscy oni przestali ją obchodzić. Właśnie dokonała własnego odkrycia. Był nim William… a raczej Will. Świetne imię dla osoby, która sama urządza własny świat. Do diabła z socjetą, pochodzeniem i zasadami.

Oto mąż, o jakim zawsze marzyła. Nie jakiś tam zwyczajny arystokrata, ale człowiek, o którym mówi się w całym Londynie. Mężczyzna jej marzeń, i to w dosłownym sensie.

Spojrzała z ukosa na jego profil. Tak… dokładnie tak miał wyglądać.

Niechże oni wszyscy sobie stąd idą. Niechże on na nią popatrzy…

Pochyliła się w jego stronę.

– Panie Repton, ja…

– Jego Wysokość, książę Iddlesleigh – zaanonsował pan Penny od drzwi.

Mężczyźni odwrócili się w stronę księcia, a Charlotte zesztywniała z zaskoczenia. I wstydu.

Dzięki Bogu, że nie zastał jej samej. Na litość boską! Nieżonaty książę powinien mieć coś lepszego do roboty niż nieustanne szukanie kochanek. Na pewno zapytałby, czy nie zechciałaby zachwycić go swymi wdziękami, a ona odmówiłaby z niezmierną wdzięcznością, której taki człowiek jak on niewątpliwie by się spodziewał. Może i jest nisko urodzona, ale nie będzie niczyją kokotą.

Ani jego, ani lorda Welstona, ani pana Ware’a, Adkinsa ani Playfaira. Można by podejrzewać, że zakładają się między sobą, który ją w końcu zdobędzie.

– Najdroższa Charlotte. – Iddlesleigh musnął wargami jej palce. – Sądząc z tłumu panów, którzy przybyli, by oddać hołd twojej urodzie, bezwstydnie się spóźniłem. Czy mi wybaczysz?

Zabrała dłoń, pamiętając, by jej zbyt szybko nie wyrwać.

– Waszej Wysokości wszystko się wybacza.

Książę władczo uniósł brew, spoglądając na Willa, który spoglądał w okno z taką miną, jakby siedział na nudnej sztuce w teatrze. Książę miał ochotę zająć jego miejsce i liczył na to, że Will ustąpi je lepszemu od siebie. Willa to w ogóle nie interesowało.

Książę zatrzymał się na środku salonu ze znaczącą miną, aż wreszcie lord Spencer wstał ze swego miejsca. Jego Wysokość zwrócił się w stronę Willa.

– Nie zostaliśmy sobie przedstawieni.

Charlotte dotknęła rękawa swego towarzysza. Twardy mięsień gwałtownie zadrgał pod jej dotykiem.

– To jest pan Repton. Jak Wasza Wysokość sobie zapewne przypomina, rozmawialiśmy o nim na musicalu w zeszłym tygodniu.

Książę spojrzał na niego bystro.

– Rzeczywiście. Ten poszukiwacz roślin.

– Wasza Wysokość – mruknął uprzejmie Will w jego stronę i wstał. – Panno Baker. Dzięki za herbatę. Przepraszam, muszę już iść.

Nie! Nie, nie, nie! Przecież nie może tak po prostu odejść!

– Ależ oczywiście.

Wstała, by podać mu rękę na pożegnanie, ale już był przy drzwiach.

Stanęło przed nią spore wyzwanie – pójść za mężczyzną wbrew wszelkim zasadom dobrego tonu. Zaczęła od obdarzenia zebranych promiennym uśmiechem i zawołała za nim:

– Pokażę panu drogę do jego gabinetu!

Will zatrzymał się na dźwięk jej głosu, westchnął i przepuścił ją przed sobą. Zamrugała. A może on naprawdę jej nie lubi?

Wziął do ręki kasetkę z roślinami i wszedł do przedpokoju. Obracał głowę, przyglądając się po kolei wszystkim zamkniętym drzwiom. Potem odwrócił się do niej powoli ze znajomą już, chmurną miną. Przecież to niemożliwe, żeby to był zwyczajny wyraz jego twarzy. W ogóle nie pasował do pana Reptona, którego znała tak dobrze.

– Wskaże mi pani drogę, panno Baker?

– Przepraszam, że pana zatrzymałam…

– Panno Baker…

– Ale musi pan zrozumieć, że ja tak bardzo…

– Dziękuję. – Will powstrzymał ją stanowczym gestem ręki, a potem, wyraźnie zakłopotany tym niekulturalnym gestem, pośpiesznie opuścił ramię. – Bardzo pani dziękuję, ale…

Pochwycił wzrokiem ruch za jej plecami. W drzwiach salonu stała Patty. Nie była nadmiernie surową przyzwoitką; nawet nie podniosła wzroku znad książki. Will potrząsnął głową i mruknął coś tak cicho, że w ogóle tego nie dosłyszała. Zresztą, i tak nie mogłaby się skoncentrować. Miał taki wspaniały zarys szczęki. Ciekawe, czy dalej byłby taki gdyby przestał ją zaciskać?

– Panno Baker, z pewnością rozumie pani, że zależy mi na pilnym spotkaniu z pani szwagrem. Mamy naprawdę ważne sprawy do omówienia.

Naprawdę ważne sprawy. No proszę. Powinna się za to obrazić. Może zresztą to zrobi, ale później.

– Naturalnie – mruknęła.

Do diabła! Wielki Boże! Zachowaj mnie przed dziewicami!

Zraniłem jej uczucia. Na pewno. Jestem głupszy od zadku jaka. Od parującej końskiej kupy. Od robala w…

– Jamie? – Panna Baker zwróciła się do lokaja. – Pan Repton został błędnie skierowany do salonu. Czy możesz go zaprowadzić do gabinetu Bena?

Wargi lokaja zadrgały od powstrzymywanego śmiechu. Will spoglądał w przestrzeń ponad jego głową. No i co z tego, że chłopak śmiał się w duchu z tego, że ktoś mógłby go wziąć za zalotnika? Na litość boską, do tej kobiety zalecali się książęta. Ależ ja się zmieniłem, pomyślał. Kiedyś byłem cierpliwszy. Nie wybuchałem gniewem. I byłem milszy dla kobiet.

– Tak, panienko. – Rozbawiony lokaj ruszył w głąb holu. – Tędy, proszę pana.

Will skłonił się pannie Baker, po raz ostatni spoglądając na jej piękną twarz. Na tę piękną i – do diabła – smutną twarz, o wydętych z urazy usteczkach.

Skłonił się sztywno.

– Dziękuję… za herbatę, panno Baker.

Spojrzała na niego i znów oślepił go ten uroczy uśmiech.

– Bardzo proszę, panie Repton. Proszę do mnie wpaść w wolnej chwili. Kiedy tylko pan zechce.

Zdumiał się. Naprawdę go zaprosiła? Do siebie?

Zdumiony, zrobił kilka kroków, ale coś kazało mu się zatrzymać i znowu na nią spojrzeć.

Nie ruszyła się z miejsca. Wciąż się uśmiechała.

Wyraźnie coś z nią było nie tak.

A jednak…

– Dlaczego? – Usłyszał własny głos i skrzywił się, że to tak głupio zabrzmiało.

Przechyliła pytająco głową. Aha, więc taki ma nawyk. Uroczy, psiakrew.

– Dlaczego czytała pani moje sprawozdania? – dodał szorstko.

– Jest pan bohaterem.

– Jasne – mruknął. – Do widzenia, panienko.

– A poza tym dlatego, że…

Popatrzyła w stronę salonu pełnego jej adoratorów i po raz pierwszy na jej twarzy pojawiła się niepewność.

– Bo miałam wrażenie, że pisze pan do mnie. I tylko do mnie, więc jeżeli nie przeczytam każdego z tych sprawozdań od razu, jak tylko się pojawiały, to będzie pan zupełnie sam. Nawet nie tyle sam, ile… naprawdę samotny.

– Nie byłem samotny – warknął.

Oczywiście, że byłeś, szepnął głos w jego głowie. Na samym końcu byłeś zupełnie sam.

– Wiem, że to głupie. – Zaczerwieniła się po same uszy, ale dalej się uśmiechała. – Wszyscy mi powtarzają, że za dużo sobie wyobrażam. Wiem, że ci, którzy naprawdę coś przeżywają, nie muszą fantazjować. Chciałabym też stać się taką osobą.

Patrzyła na niego z nadzieją, ale on kompletnie nie miał pojęcia, jak zareagować. Skłonił się pośpiesznie i zostawił ją samą w holu.

Dzięki Bogu, w gabinecie nikogo nie było. Postawił rośliny na stole i rozmasował sobie szyję, żeby zmniejszyć napięcie. Miał dwadzieścia osiem lat i jeszcze niedawno bez lęku spoglądał w głąb dwustupięćdziesięciometrowej przepaści… za to minuta w towarzystwie tej radosnej, rozgadanej, kłopotliwej panienki niemal doprowadziła go do obłędu.

Do tylu rzeczy musiał się przyzwyczajać na nowo. Do tłumów. Do wygód. Do kobiet. Przez wiele lat on i jego pomocnicy żywili się byle czym, spali w ubogich chatach, stali się twardzi jak skórzane kaftany, które chroniły ich przed wiatrem i śniegiem. I tylko on jeden przeżył.

Wziął głęboki oddech. W gabinecie panował chłód i półmrok. Na stole piętrzyły się książki o ogrodnictwie, a obok stały terraria z egzotycznymi storczykami. Pewnie Ben Paxton sam je zmontował.

To świetnie. Pozostał wierny swej pasji pomimo małżeństwa z hrabiną.

Na korytarzu rozległy się kroki i po chwili w drzwiach pojawiła się potężna postać Bena Paxtona.

– Will! Cholernie się cieszę, że cię widzę. Witaj w kraju.

– Długo mnie tu nie było. – Will potrząsnął jego dłonią i uderzył go uśmiech na twarzy przyjaciela. Już sam fakt, że botanik ożenił się z hrabiną, był wystarczająco dziwny, ale ta zmiana była naprawdę zdumiewająca. Ben Paxton, który pracował razem z ojcem Willa, odzywał się rzadko, a uśmiechał jeszcze rzadziej. Małżeństwo wyraźnie dało mu szczęście.

Czy to znaczy, że nie będzie chciał nic zainwestować? Ambitny mężczyzna pewnie pomógłby w tym ryzykownym powrocie. Mężczyzna oddany rodzinie raczej nie.

Ben zaprosił go gestem, by usiadł.

– Przepraszam, że kazałem czekać słynnemu „Willowi Chińczykowi”. – Zaśmiał się na widok kwaśnego grymasu Willa. – Przykro mi, ale czytuję opowieści z „Wiadomości Ilustrowanych” mojemu synkowi. Jesteś jego idolem.

– W takim razie lepiej, żeby mnie nie spotkał. Gratuluję założenia rodziny.

W oczach Bena zabłysła duma.

– Spóźniłem się do ciebie właśnie z powodu synka.

Will z trudem powstrzymał odruch, który kazał mu się rozejrzeć po pokoju.

– A co, nie znalazł drogi do dziecinnego pokoju?

– Do pokoju dziecinnego? Skądże znowu, był potrzebny w salonie cioci Charlotte. Przecież dziś niedziela.

– Niedziela?

– Charlotte przyjmuje znajomych codziennie, ale w niedzielę przychodzą sami kawalerowie. – Ściszył głos z udawanym, żartobliwym niesmakiem. – Wszyscy starają się o jej rękę. Poprosiła mojego synka, żeby pomógł jej w wyborze męża. To jedna z prób. Powiedz mi lepiej…

– Prób? Nie rozumiem.

– No wiesz, prób, które przechodzą kandydaci na męża. Czy lubi dzieci? Czy szanuje jego matkę? Czy ma za długie spodnie? A może za krótkie?

Will natychmiast spojrzał na swoje spodnie, a potem skrzywił się z powodu własnej głupoty.

– Czego to ma niby dowodzić?

– Ewidentnie niewłaściwa długość spodni to oznaka niedostatków charakteru. Zabawne, ale od czasu, gdy mi o tym powiedziała, nie raz się to sprawdziło. Charlotte co tydzień obmyśla nowe próby.

Ben zastanawiał się przez chwilę, a potem dodał:

– Co tydzień są nowe próby i nowi zalotnicy. Ciekawe, czy oni też ją testują.

Will nachmurzył się, nie rozumiejąc, o co chodzi.

– Ponieważ nie jest arystokratką z urodzenia – wyjaśnił Ben. – A do tego jest wyjątkowo piękna, jak moja żona, Lucy. Czy ojciec nie wspominał ci o rodzinie Bakerów?

– Myślałem, że należą do szlachty.

– Ich ojciec był dyrektorem szkoły. Moja żona wyszła za hrabiego w młodym wieku, ale zmarł zanim… zanim zdążył nauczyć ją manier. Natomiast Charlotte była w odpowiednim wieku. Wychowano ją, by była godna księcia, ale nie jestem pewny, czy arystokracja pogodzi się z jej niskim urodzeniem.

– To jakieś bzdury.

– To prawda… ale arystokracja rządzi się takimi zasadami. – Ben uśmiechnął się niewesoło.

Will poprawił się na krześle. Trzeba zmienić temat rozmowy, bo inaczej przez całą wizytę będą bredzić o arystokracji. A on zacznie się zastanawiać, ile prób panny Baker udałoby mu się zaliczyć.

– Słyszałeś, że chcę wracać? – zapytał Will.

Uśmiech zniknął z twarzy Bena.

– Jak to: wracać?

– Organizuję następną ekspedycję do Chin.

Ben zareagował identycznie jak wszyscy. Popatrzył z niedowierzaniem, a potem zaczął zadawać ostrożne pytania.

– Twoi rodzice woleliby, żebyś tam nie wracał, prawda?

Will skrzywił się niechętnie. Oddałby wszystko, żeby nie narażać ich na takie przeżycia, ale nie miał wyboru. Rzucił więc tylko:

– Znasz mojego ojca. W życiu nie oddalił się od domu na odległość przekraczającą dwadzieścia mil. Nie ma pojęcia, jaki świat jest ogromny. W Azji są odmiany roślin, których nigdy nie widzieliśmy, o których nawet nie czytaliśmy. Dziesiątki, setki odmian.

Will podszedł do kasetki.

– Znalazłem te egzemplarze w pobliżu plantacji w Birmie. Są naprawdę niezwykłe. Botanicy w ogrodach Kew w dalszym ciągu nie wiedzą, jak je sklasyfikować.

Ben powstrzymał go ruchem ręki.

– To jest niesamowite, Will. Ale spędziłeś już ponad dziesięć lat na wyprawie. Dlaczego nie zadowolisz się rolą doradcy dla innych odkrywców?

– Znam język, ludzi, wiem, w jakie rejony nie należy się zapuszczać.

– Prawie całe Chiny i Tybet to jeden wielki rejon, w który nie należy się zapuszczać. O mało co nie umarłeś. Wszyscy twoi towarzysze zginęli.

– Ten atak był nietypowy. Masakra…

Will przerwał, widząc, że Ben sztywnieje. Zapomniał. Niektórzy nie mogli słuchać o takich rzeczach. Jego rodzina, jego przyjaciele nie byli w stanie znieść jego opowieści, Musieli się na nie przygotować, tak jak Ben teraz.

Dziwne, że reszta Anglii chłonęła wszystkie krwawe szczegóły.

Will poprawił się na krześle.

– Przeszliśmy razem setki mil, rok za rokiem, notując wszystkie odkrycia, aż pod sam koniec… Wszyscy zginęli. To jest niedokończona sprawa.

Ben pokiwał głową z namysłem.

– I myślisz, że uda ci się wrócić? Że szczęście będzie ci sprzyjało?

Szczęście… raczej nie. Ale jeśli nie namówi Bena do udziału w tym przedsięwzięciu, jakie będzie miał szanse na zdobycie funduszy? Już z dziesięć osób odrzuciło jego projekt.

– Szczęście nie ma tu nic do rzeczy.

Will przybrał maskę obojętności, zanim wygłosił kolejne kłamstwo.

– Nie planuję powrotu do Tybetu.

– A twoje rany?

Nawet nie mrugnął.

– Wszystko się zabliźniło. Dochodzę do siebie.

Wzrok Bena powędrował z powrotem ku kasetce z tajemniczymi roślinami. Will pochylił się ku niemu.

– Czy mogę liczyć, że wyłożysz setkę?

– To nie wystarczy.

– Nie jesteś jedyną osobą, którą o to proszę.

Powinien poprosić go o tysiąckroć większą kwotę, ale Ben był przecież przyjacielem ojca. Poza tym ryzyko było zbyt duże, by liczyć na zwrot z inwestycji.

Chryste Panie, naprawdę potrzebował uśmiechu szczęścia. Niedługo zmienią się wiatry. Powinien wyruszyć w rejs pod koniec sierpnia. Z sakiewką pełną pieniędzy.

– Czuję się rozdarty wewnętrznie. Chcę być lojalny wobec twego ojca. Przecież nie mogę sfinansować wyjazdu jego syna z Anglii, prawda?

Możesz, bo oni tam czekają.

Will wziął głęboki, spokojny oddech, starając się opanować natłok mrocznych wspomnień.

Jak zwykle, bez powodzenia.

– Muszę tam wrócić, Ben. Ta ziemia kradnie człowiekowi kawałek duszy.

Tamta ziemia była spragniona.

– Nic nie może się równać odkrywaniu nowego świata.

Gdzie są teraz dzieci?

– Świata, który jest ukryty i czeka, byś go odnalazł. Jesteś sam na łonie natury… tam jest tyle przestrzeni, taki ogrom…

Pomarli. Wszyscy pomarli.

Will zaplótł dłonie, by ukryć ich drżenie.

– Ten świat jest tak ogromny, że nawet Bóg cię w nim nie odnajdzie.

Ben milczał. Will spuścił wzrok, by przyjaciel nie dostrzegł ciemności w jego oczach.

– Daj mi kilka dni, Will. Przepraszam, ale nie mogę podjąć decyzji od razu.

Zawsze się tak kończyło. Ktoś mniej taktowny powiedziałby mu to wprost. Nie mogę podjąć decyzji, bo o mało co nie zmarłeś z gorączki. Nie mogę podjąć decyzji, bo jesteś prawie kaleką.

Nie mogę podjąć decyzji, bo z niewyjaśnionych powodów, cudem, w podejrzany sposób, ocalałeś – ty jeden jedyny.

Dzień, gdy zrozumiał, że nie może już liczyć na patronat Kompanii Wschodnioindyjskiej, pomimo wszystkiego, co przeżył, był naprawdę pełen goryczy. Nie chcieli w niego więcej inwestować z powodu traumy, jaką przeżył, i powiedzieli mu to wprost.

Trudno, sam zbierze dwa tysiące na sfinansowanie ekspedycji.

Wtedy nikt nie będzie miał wpływu na prawdziwy cel tej wyprawy.

Zmusił się do beztroskiego uśmiechu.

– Oczywiście. Chętnie opowiem o szczegółach tobie i twojej żonie, kiedy tylko będziecie chcieli. Bardzo chętnie się z nią spotkam. – Przerwał i dodał z wystudiowaną obojętnością: – Dziś poznałem w przelocie twoją szwagierkę.

– W przelocie? – Wzrok Bena powędrował ku botanicznym notatkom. – Chcesz powiedzieć, że Charlotte nie przykuła cię kajdankami do siebie i nie zasypała cię setką pytań?

Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale zabrakło mu słów – widział tylko sylwetkę panny Baker w kajdanach. Na litość boską…

– Cieszę się, że się spotkaliście. – Ben kartkował swoje szkice, nieświadomy stanu jego ducha. – Charlotte codziennie mnie błaga, żebym ją z tobą poznał. Zmusiła mnie, żebym jej przyniósł ostatnią część twojego sprawozdania dla Towarzystwa Geograficznego.

Ben popatrzył na niego.

– Nie ma pojęcia o tych okrutnych wydarzeniach. Sam rozumiesz, że wolałbym, żeby się o tym nie dowiedziała. Na szczęście gazety pominęły te opowieści.

– Tylko dlatego, że ich nie dostały. Ale prasa bulwarowa dorwała się do sprawozdania. Wydrukowali okropne ilustracje.

Ben spochmurniał, ale pokręcił głową.

– Charlotte nie czyta takiej prasy, nie pozwalam jej na to. Jej brat też nie. Prowadzi bardzo spokojne życie. Nie może się dowiedzieć o takich wydarzeniach. To by nią wstrząsnęło.

Wydarzenia… Na szczęście, zamiast zwykłych obrazów, pojawiło się wspomnienie oczu o barwie ostróżek.

– Wspominam o tym tylko dlatego, że uparła się, by przeczytać ostatni tom. Jak na razie, udało mi się ją powstrzymać, ale ostrzegam cię, używa swego uroku bezpardonowo i zawsze dostaje to, czego chce. Chyba zdobędzie twoją sympatię.

Sympatia raczej nie wchodziła w grę. Pożądanie też nie, choć może było gdzieś w tle.

W tej kobiecie było coś innego. Takie… ciepło. Jakby podniosła ciężką zasłonę i wpuściła promyk słońca do zimnego, mrocznego pokoju.

Otrząsnął się z tych myśli. Przecież nic go nie będzie łączyło z powszechnie lubianą panną Baker.

Ale do diabła, ciekawe, co ona robi teraz w tym swoim salonie. Ciekawe, czy o nim choć raz pomyślała.

Nieważne. Obiecał przyjaciołom, że tam powróci. Może ktoś jednak czeka tam na ratunek.

Na całym świecie nie ma kobiety, która zawróci go z tej drogi.

2

Nie wyszłabyś chyba za kogoś, kto lubi polować na lisy, prawda, Patty?

Patty przyglądała się broszce na środku dekoltu bluzki Charlotte, wydymając usta z namysłem; nie wiadomo tylko, czy na temat broszki, czy polowań.

– Chybabym umarła, gdybym zobaczyła mojego Emmeta na koniu.

Patty spojrzała na zegar stojący na kominku.

– Boże, twoi konkurenci zaraz zaczną się schodzić.

Poprawiła bluzkę Charlotte.

– Te plecionki to dzieło szatana. Prasowałam je z dziesięć minut, i nic.

Salon zawsze był gotowy na przyjęcie gości, ale w niedzielę pokojówki szczególnie dbały o jego wygląd.

– Ale czy teoretycznie zaakceptowałabyś kogoś takiego? – nie ustępowała Charlotte.

Patty zmarszczyła piegowaty nos i odsunęła się o krok, oceniając swoje dzieło.

– Obawiam się, że raczej nie.

– Jestem dokładnie tego samego zdania. Jak mężczyźni mogą ścigać biedne zwierzę, aż padnie z wyczerpania, i uważać to za sport? To przechodzi wszelkie pojęcie.

– Który z nich poluje, najdroższa?

– Och, kilku. Jednak najbardziej pasjonuje się tym pan Hatfield.

– Ten z zębami?

Charlotte doskonale wiedziała, o kogo chodzi.

– Nie, to jest pan Matteson.

Pokojówka zamilkła na moment.

– Chyba już odpadł ze stawki, prawda? Jego zęby nie stykają się ze sobą. Wyglądają jak nagrobki.

Charlotte zmarszczyła brwi. Wiedziała, że już nie pozbędzie się tego skojarzenia.

– On jest naprawdę bardzo miły, ale nie. Nigdy nie okazywałam mu specjalnych względów.

– Więc jak wygląda sytuacja? Zawęziłaś trochę pole wyboru?

Charlotte zagryzła wargi, ukrywając frywolny uśmieszek. Po raz setny w tym tygodniu ujrzała w myślach Willa i po raz setny westchnęła.

– Chyba na dobre.

Patty pochyliła się, otwierając szeroko oczy.

– Co się stało? Podjęłaś decyzję?

Charlotte zaplotła palce. Ostatnio ciągle coś skubały, nie mogły się uspokoić.

– No… to nie jest takie stuprocentowo pewne. Jeszcze nie powiedział wyraźnie, że chce konkurować o moją rękę.

– To nie brzmi dobrze – mruknęła Patty z urazą.

Charlotte, nie mogąc usiedzieć spokojnie, chwyciła w ramiona poduszkę z wizerunkiem swego kucyka z dzieciństwa. Sama ją wyhaftowała… nie wiedzieć czemu, pokojówki zawsze układały ją obrazkiem do dołu.

– Może odwiedzi mnie w tym tygodniu, Patty.

– Na pewno. Nie ma co się przejmować.

Zajrzała w twarz Patty, żeby się upewnić.

– Wie przecież, że w niedzielę przyjmuję gości.

– No właśnie!

Charlotte rozpromieniła się.

– Może przyjdzie dzisiaj… ale jeśli nie, Ben mógłby… – Przerwała, patrząc ze zdziwieniem na ścianę.

– Zobacz, zniknęła moja robótka.

Patty powiodła spojrzeniem za jej wzrokiem.

– Naprawdę?

– Jeszcze wczoraj tu była.

Pokojówka nawet nie drgnęła.

– Och, przypominam już sobie. Jedna z dziewcząt powiedziała, że oprawka pękła.

– Jeszcze jedna? A te paski na grzbiecie kociaka tak mi się świetnie udały…

Uśmiech Patty nieco przygasł.

– Więc to miał być kociak? – spytała z pozorną obojętnością.

– To już trzeci obrazek, który tu powiesiłam, i coś się z nim…

– Opowiedz mi coś więcej o tym panu! – Patty ujęła jej dłonie i ścisnęła je w swoich. – Powiedziałaś, że Ben mógłby…

Charlotte podjęła temat.

– Tak, Ben mógłby go zaprosić, ale jest kompletnie niewrażliwy na moje cierpienie.

Wrzuciła sobie poduszkę za plecy, ale delikatnie, bo Beatrice była jej ulubionym domowym zwierzakiem.

– Dama nie powinna dopytywać się o kawalera, ale szczerze mówiąc, nie mogę już wytrzymać. Chyba poproszę Bena, żeby zaprosił go na kolację.

Patty uniosła brew.

– Nigdy przedtem się tak nie przejmowałaś.

– Wiem! Widzisz, do czego doprowadził mnie ten cały Wally? Co za nieczuły brat.

– Dobrze, już dobrze. – Patty usiadła obok niej. – Kim jest ten młody człowiek, kochanie?

Charlotte zawahała się. Nikomu o tym jeszcze nie mówiła. A małżeństwo z miłości – choć brzmiało wspaniale – sprzeciwiało się wszystkim zasadom dobrego wychowania, jakich ją nauczono. Poza tym te nieliczne z jej znajomych, które się zakochały i wyszły za mąż, musiały porzucić wygody i fortunę i pogodzić się z dużo niższym poziomem życia.

Tylko że Will był bohaterem. A ona miała własny majątek. A Patty była jej bliska jak rodzona siostra.

– Obiecujesz, że nikomu nie powiesz?

– Postaram się, żeby to się nie przedostało do gazet.

Charlotte rzuciła podejrzliwe spojrzenie w głąb przedpokoju i ujęła dłoń Patty.

– Och, Patty, kiedy go poznasz, wybaczysz mi te wszystkie machinacje. Jest ideałem.

– Chyba pierwszym od czasów Jezusa.

– Ale to nie arystokrata – ostrzegła. – Nie ma żadnego tytułu.

– Nie ma tytułu? Ale to nie żołnierz, prawda? Ani nie duchowny?

Patty nagle zasłoniła twarz dłońmi.

– Jezu słodki, tylko mi nie mów, że to aktor.

– Skądże znowu! Daj spokój, Patty! – Charlotte wzięła ją za ręce i pociągnęła je w dół.

– Aktor? Jeszcze nie zwariowałam. Nie. To bardzo odważny, niezwykły człowiek. Wszyscy go podziwiają.

Na twarzy Patty wciąż malował się niepokój.

– Przestań być taka skryta. Kto to w końcu jest?

Charlotte zrobiła przerwę dla efektu, a duma z własnego geniuszu rozpierała jej pierś.

– To William Repton.

– Ten odkrywca? Ten dziwak, który był tu w zeszłym tygodniu?

Charlotte zamrugała oczyma, słysząc ten opis.

– No cóż… ja nie sądzę, że zawsze się tak zachowuje. Pewnie był pod wrażeniem towarzystwa, w jakim się znalazł.

Patty chyba to nie przekonało, więc radość Charlotte trochę przygasła.

– Czy on ci się nie podoba, Patty?

– Och, kochanie, przyznaję, że robi wrażenie i jest przystojny, ale w niczym nie przypomina panów, którzy ci zwykle towarzyszą.

– Dokładnie! Są szanse, że nigdy w życiu nie miał w ręku widelca do ostryg. Rozumiesz, o co mi chodzi? Nie muszę szukać sobie arystokraty, który całe życie będzie mi wypominał moje pochodzenie, jak tylko się pokłócimy. Oni tacy właśnie są, jestem pewna.

Uniosła podbródek w odpowiedzi na współczujące spojrzenie Patty.

– Nie wstydzę się swojej rodziny. Zniosłabym taki związek ze względu na moich bliskich, ale teraz już nie muszę tego robić. Koniec.

– Dlaczego?

– Bo on się pojawił.

Zamrugała oczyma, do których napłynęły łzy szczęścia.

– Naprawdę się pojawił i jest idealny. Bohater, ale to nie wszystko. Pociąga mnie. Mogę się teraz ożenić z miłości i jednocześnie przynieść chlubę rodzinie.

– Charlotte…

– Naturalnie, są też inni bohaterowie. Miałam nadzieję, że spodoba mi się ten młody lekarz, który zajmował się anestezją… ale on prawie wcale nie mrugał oczyma, Patty. To było nie do wytrzymania.

Zniżyła głos i dodała stosownie współczującym i dyskretnym tonem:

– Czasem się zastanawiałam, czy sam nie korzysta zbyt często z tego chloroformu.

– Ale mariage d’amour z ulubieńcem Londynu i śmiałym odkrywcą zapewni nam życzliwość socjety. Wszyscy chcieliby go poznać, więc wszędzie będzie mile widziany, a razem z nim Lucy i Ben. Nikt nie odważy się wypominać im tego małżeństwa. A dzieci… – Przerwała, by się trochę uspokoić. Machinalnie ujęła rudy lok Patty, który wysunął się spod czepka i wsunęła go na miejsce. – Najbardziej wybredne domy zaczną nas przyjmować. Nawet Wally’ego.

Widząc pełną powątpiewania minę Patty, zreflektowała się nieco.

– No dobrze. Może z czasem.

Patty westchnęła.

– Dziewczyno, po co ty sobie tym wszystkim zawracasz głowę?

– Zawsze wiedziałam, że wyjdę za mąż, żeby mieć wpływy w towarzystwie. Ale miałam też nadzieję na związek z miłości.

– Nikt nie oczekuje, że weźmiesz ślub bez miłości.

– Wiem – odparła pokornie.

– A co będzie z lady Wynston? Zobacz, ile zrobiła dla ciebie ta stara smoczyca przez minione trzy sezony.

– Jestem jej nieskończenie wdzięczna za patronat. Ale nawet ona nie potrafiła przekonać socjety, by zaakceptowała Lucy, Bena i Wally’ego. A ja nie będę się udzielać w towarzystwie, jeśli moja rodzina nie będzie miała tam wstępu.

– Ach, Charlotte. – Patty ujęła twarz Charlotte w dłonie i spojrzała w jej oczy z niewesołą miną.

– Jesteś pewna, że pan Repton zapewni wam tam wstęp?

Zagryzła wargi, starając się ukryć szeroki uśmiech.

– Lepiej, niż ktokolwiek inny. Jestem tego pewna, choć nie wiem dlaczego… Wiesz, z początku wydawało mi się, że go sobie wymarzyłam, Patty, ale to nieprawda. Ja go po prostu rozpoznałam. Zupełnie, jakbyśmy znali się już wcześniej i pokochali się od pierwszego wejrzenia.

Roześmiała się i objęła służącą.

– Na pewno wszystko pójdzie świetnie.

Uśmiechnęła się do niej.

– Tylko że najpierw musi znowu pojawić się w tym domu, żeby on również mógł mnie rozpoznać.

Patty w końcu się uśmiechnęła.

– W takim razie rzeczywiście musi.

– Myślisz, że to się uda? Wiem, że z pozoru bardzo różnimy się od siebie, ale kocham go najbardziej ze wszystkich.

– Niech Bóg ma w opiece mężczyznę, który odważy się nie spełnić twoich życzeń.

Charlotte poderwała się z miejsca.

– Pójdę poszukać Bena.

– Później, Charlotte.

– Ale…

– Charlotte. – Patty surowo, zdecydowanie wskazała jej fotel.

Charlotte z powrotem opadła na siedzenie.

– Nie mam ochoty przyjmować dzisiaj gości, naprawdę.

– Wiem, kochanie.

Usiadła i wygładziła krynolinę.

– Nie chcę, żeby ktoś mnie oskarżył, że igram z jego uczuciami. Chociaż przez cały tydzień odrzucałam względy różnych panów. Na dobroczynnym koncercie w szkole Ruislipów sama wzięłam z tacy lemoniadę.

– Więc to dlatego wszyscy londyńscy dżentelmeni mają chandrę?

Żartobliwie trzepnęła Patty po ręku.

– Mój chłód nikogo nie zasmuci. Książę nie miał poważnych zamiarów, a pozostali interesują się mną od niedawna.

– A hrabia Spencer?

Hugh…? Nie wątpiła, że ma wyłącznie szlachetne zamiary, ale kto wie?

Pokręciła głową.

– Żaden spadkobierca hrabiowskiego tytułu nie będzie długo w żałobie po stracie damy.

W drzwiach stanął Goodley.

– Lord Spencer – zaintonował. – I pan Matteson.

Patty powędrowała na krzesło w rogu pokoju, a Charlotte uśmiechnęła się do gości, pamiętając, by nie był to zbyt serdeczny uśmiech.

Lord Spencer skłonił się głęboko i podał jej ogromny bukiet. Zawsze dawał jej takie cudowne prezenty, zawsze były takie eleganckie i właściwe. Byłby idealnym mężem, może nawet lepszym niż większość. Z powodzeniem przeszedł większość z jej prób.

Ale teraz już koniec z próbami. Will Repton i tak przejdzie je wszystkie, czego by nie wymyśliła. Był odpowiedzią na wszystkie kłopoty i pytania.

Koniecznie trzeba znaleźć Bena i namówić go, by natychmiast zaprosił Willa na kolację. Naturalnie, jak tylko goście sobie pójdą. Jeszcze tylko kwadrans.

Na pewno nie zostaną długo.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyprawa po miłość 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu