Obrońca skarbów

Obrońca skarbów

Autorzy: Grzywacz Marta

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

cena od: 27.30 zł

Tuż przed 1 września 1939 roku w kościele Mariackim w Krakowie trwa gorączkowe pakowanie. Karol Estreicher, błyskotliwy historyk sztuki, wraz z grupą naukowców przygotowuje do wywiezienia i ukrycia bezcenny ołtarz Wita Stwosza. Z Wawelu w stronę Rumunii wyrusza konwój z arrasami Zygmunta Augusta. Muzeum Czartoryskich ukrywa Damę z gronostajem i inne dzieła mistrzów. Do wielkiej ewakuacji dzieł sztuki przygotowuje się nie tylko Kraków, lecz niemal cała Europa. Wkrótce do podbitych krajów wkroczy armia wykształconych złodziei historyków sztuki, architektów i muzealników na usługach Hitlera. Będą plądrować muzea, kościoły i zbiory prywatne. W największej w historii grabieży zabytków wezmą udział prominentni funkcjonariusze Rzeszy: Hermann Göring i Hans Frank. Karol Estreicher, pełen wyrzutów sumienia, że tylko ułatwił wrogowi wywózkę zabytku, nie spocznie, dopóki nie odnajdzie ołtarza i nie sprowadzi go z powrotem do Polski. Nie przypuszcza nawet, że zajmie mu to sześć lat, a na swojej drodze spotka niezliczone przeszkody. Przyczyni się jednak do powstania elitarnej międzynarodowej grupy obrońców skarbów Monuments Men. Po wojnie, razem z ołtarzem Wita Stwosza, obrazami Canaletta, mieczem koronacyjnym królów polskich, Biblią Gutenberga i setkami innych zabytków, Estreicher przywiezie do Krakowa także Damę z gronostajem. Rodzina Czartoryskich nie będzie mu za to wdzięczna, a londyńska emigracja uzna go za zdrajcę.

Copyright © for the text by Marta Grzywacz, 2017

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN, 2017

Wydawnictwo Naukowe PWN

ul. Gottlieba Daimlera 2

02-460 Warszawa

tel. 22 695 45 55

www.pwn.pl

Wydawcy: Marcin Kicki, Joanna Adamczyk

Redaktor prowadzący: Jolanta Kowalczuk

Redakcja: Mikołaj Tajchman

Korekta i indeks: Ingeborga Jaworska-Róg

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ AR T.DESIGN

Zdjęcie na okładce: Odnalezienie ołtarza Wita Stwosza w zbombardowanej Norymberdze (na zdjęciu Karol Estreicher), 1946 rok, fot. KAROL SZCZECIŃSKI/EAST NEWS

Fotoedycja: Barbara Chmielarska-Łoś

Produkcja: Mariola Iwona Keppel

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN: mobisfera.pl

ISBN 978-83-01-19240-2

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2017 r., (wyd. I)

Warszawa 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejsza publikacja ani jej żadna część nie może być kopiowana, zwielokrotniana i rozpowszechniana w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

mojej córce

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

PROLOG

Rozdział I. DOKTOR, KTÓRY UWIERZYŁ W ZŁO

Rozdział II. ZŁODZIEJE, KTÓRZY KRADLI PRZESZŁOŚĆ

Rozdział III. MIASTO, KTÓRE MUSIAŁO SIĘ SPAKOWAĆ

Rozdział IV. ZAMEK, KTÓRY SIĘ SPÓŹNIAŁ

Rozdział V. ORŁY, KTÓRYM PODCIĘTO SKRZYDŁA

Rozdział VI. ESESMAN, KTÓRY NIE BYŁ KRÓLEM

Rozdział VII. SKARBY, KTÓRE MUSIAŁY ODPŁYNĄĆ

Rozdział VIII. TORY, KTÓRE PROWADZIŁY PO SZNURKU

Rozdział IX. MŁODZIENIEC, KTÓRY ZAGINĄŁ

Rozdział X. MĘŻCZYŹNI, KTÓRZY POCZULI SÓL

Rozdział XI. POSTACI, KTÓRE TRUDNO POLICZYĆ

EPILOG

POSŁOWIE

BIBLIOGRAFIA

SPIS ILUSTRACJI

PROLOG

Potężne stalowe drzwi zamykają się za nimi z głuchym trzaskiem. Niskie, prawie puste pomieszczenie bez okien rozjaśnia tylko mdłe światło pojedynczej żarówki, która zwisa z sufitu na kawałku kabla, a teraz kołysze się lekko od podmuchu powietrza i rzuca na boki długie cienie. Pod ścianą stoją cztery miedziane skrzynki, obok leżą stos szklanej waty i narzędzia murarskie. Zakładają rękawiczki, żeby włókno nie poraniło im rąk, i pracują w milczeniu, każdy element owijając osobno. Berło, korona, jabłko, miecz i włócznia św. Maurycego to tylko niewielka część z trzydziestu dwóch insygniów koronacyjnych Świętego Cesarstwa Rzymskiego, bo reszta spoczywa bezpiecznie w innym miejscu.

Klejnoty koronne wywieziono ze skarbca w wiedeńskim Pałacu Hofburg po Anschlussie Austrii w 1938 roku. Führer zgodził się wówczas z argumentami nadburmistrza Norymbergi Williego Liebla, że właśnie to miasto, jako siedziba średniowiecznych cesarzy, będzie najwłaściwszym miejscem do przechowywania insygniów władzy Tysiącletniej Rzeszy.

Willi Liebel uśmiecha się na wspomnienie tego dnia – pociąg złożony z ośmiu wagonów pod strażą SS dotarł do Norymbergi 30 kwietnia 1938 roku, a krótko potem w kościele św. Katarzyny regalia zostały wystawione na widok publiczny. Skarbu strzegło dwudziestu dwóch esesmanów, z balkonu kościoła rozbrzmiewały dźwięki trąb, chór śpiewał fragment opery Meistersinger von Nürnberg Wagnera, a nadburmistrz Willi Liebel witał gości w „najbardziej niemieckim z niemieckich miast”. Jego Norymberga miała odtąd łączyć przeszłość z przyszłością, stanowić kwintesencję niemieckiego ducha, centrum kultury i dowód na potęgę Niemiec. „Frannkischer Kurier” pisał, że „święte imperium narodu niemieckiego powstało w nowej formie, a insygnia dawnej Rzeszy znowu nabrały znaczenia”.

Nadburmistrz z żalem odpędza dobre wspomnienia. Teraz ma inne zadanie. Heinrich Himmler kazał mu dopilnować ukrycia największych skarbów przechowywanych w Norymberdze, bo alianci są coraz bliżej. Stoi więc i patrzy, jak dwaj urzędnicy Rady Miejskiej – Walter Friese i Heinz Schmeissner – zabezpieczają cesarskie regalia przed wilgocią za pomocą szklanej waty i pakują je do miedzianych skrzyń, a następnie zabierają się za przygotowanie betonowej zaprawy.

W położonym na głębokości dwudziestu trzech metrów bunkrze Panier Platz robi się coraz goręcej. Friese ociera pot z czoła i zaczyna wkładać skrzynie do wykutego w ścianie otworu.

– Gotowe, możemy zamurowywać – mruczy.

Willi Liebel przygląda się, jak kolejne cegły wypełniają lukę w murze, i dopiero szuranie szpachli wyrywa go z zamyślenia.

– Dziękuję panom – głos ma nieco zachrypnięty. W suchym powietrzu unoszą się drobiny kurzu. – Znają panowie dalsze instrukcje – spogląda na swoich pomocników i, nie czekając na potwierdzenie, dorzuca: – Miejmy nadzieję, że nasze wysiłki nie pójdą na marne. Heil Hitler! – podnosi rękę na pożegnanie i szybko kieruje się do wyjścia. Stalowe drzwi znowu wydają z siebie głuchy trzask.

– Oberbürgermeister był wówczas na skraju wyczerpania psychicznego – powie Friese parę tygodni potem przesłuchującym go Amerykanom. – Jakby czuł, że nie ma już nadziei.

Po wyjściu z bunkra Liebel idzie w stronę zamkowego wzgórza, żeby z góry popatrzeć na Norymbergę. Po drodze zapina płaszcz. Zbliża się wiosna, ale powietrze jest jeszcze rześkie. Wspinając się po zboczu, oddycha ciężko. Już dawno powinien był zrzucić parę kilogramów.

Tak, Friese miał rację. Tego dnia, 31 marca 1945 roku, nadburmistrz przeczuwa, że koniec jest bliski. Wiszące nad miastem ciężkie, granatowo-sine chmury odcinają się od spopielałych dachów renesansowych kamienic i wież gotyckich kościołów, które strawił ogień. Norymberga wygląda jak widmo dawnej siebie, blada i krucha, gotowa rozsypać się w proch przy najlżejszym podmuchu wiatru. Brytyjczycy i Amerykanie nie mieli dla niej litości. Alianckie naloty w styczniu i lutym 1945 roku sprawiły, że miasto powoli zaczęło znikać z powierzchni ziemi.

„Ale czy nie tego właśnie chciał Führer?” – myśli Willi Liebel, spoglądając z góry na kikuty budynków, odarte z tynku niczym ze skóry, które sterczą na tle nieba, nadając miastu upiorny wygląd. „Jeśli przyjdzie nam przegrać tę wojnę, nie wolno pozostawić po sobie niczego, co mogłoby służyć wrogowi” – tak mówił we wrześniu 1944 roku. Już wtedy losy wojny były przesądzone. Tuż po spotkaniu z Führerem Liebel zaprosił do willi Wannsee w Berlinie głównego architekta Rzeszy, Alberta Speera, żeby zdać mu relację. Usiedli w nasłonecznionym ogrodzie, z dala od ciekawskich spojrzeń i uszu urzędników. Zarządzenie Hitlera było proste – w razie przegranej trzeba wysadzić w powietrze fabryki, gazownie, elektrownie, wodociągi, centrale telefoniczne. Gospodarstwa chłopskie mają zostać spalone, bydło wybite, a zapasy żywności zniszczone. 7 września 1944 roku „Volkischer Beobachter”, komentując słowa Hitlera, pisał: „Wróg powinien zastać zniszczoną każdą ścieżkę, a każdą ulicę zagrodzoną. Nie spotka on na swej drodze niczego, jak tylko śmierć, zniszczenie i nienawiść”.

Willi Liebel myśli z goryczą, że w dziele zniszczenia Niemców wyręczyli alianci. W ramach morale bombing, czyli łamania niemieckiego ducha, tylko jednego dnia, 2 stycznia 1945 roku, zrzucili na norymberską starówkę 2300 ton bomb. W rezultacie stare miasto, budowane przez dziewięćset lat, przestało istnieć w ciągu jednej godziny. Zamku Cesarskiego już prawie nie ma, na wzgórzu stoi tylko samotna wieża Sinwell. Nadburmistrz cieszy się więc, że już wcześniej zabezpieczył przed alianckimi nalotami większość cesarskich regaliów i dumę Norymbergi – ołtarz genialnego norymberczyka Wita Stwosza, przywieziony z Krakowa jeszcze na początku wojny.

Niełatwo było znaleźć schronienie dla potężnych, prawie trzymetrowych rzeźb, ale udało się i teraz Willi Liebel jest pewien, że alianci nieprędko je odnajdą. Jeszcze parę miesięcy temu marzył, że po wojnie ołtarz stanie w trzynastowiecznym kościele pod wezwaniem św. Wawrzyńca jako kolejny dowód na aryjską wyższość, potęgę, słusznie sprawowaną nad światem władzę. Wydaje się, że to było wieki temu…

Mimo wszystko Willi Liebel jest z siebie dumny. Wiele zrobił dla tego miasta. To on pozbył się z Norymbergii Żydów, wysyłając ich do obozów pracy, to on sprowadził tu tysiące robotników przymusowych, to on zarządzał miastem, które dostąpiło zaszczytu organizacji wielkich zjazdów NSDAP kładących propagandowe podwaliny nowej Trzeciej Rzeszy. Pamiętał tłumy na ulicach w 1934 roku, uwiecznione przez Leni Riefenstahl w filmie Triumf woli. Przestrzeń, w której odbywał się wówczas zjazd, została zaaranżowana tak, żeby ułatwić jej pracę – wzniesiono wieże oświetleniowe, dźwigi, pomosty. Ekipa filmowa liczyła ponad sto dwadzieścia osób, dzień i noc pracowało trzydzieści kamer.

Leni nie zawiodła oczekiwań Führera. Wszyscy mogli zobaczyć Wodza, który niczym nowożytny Cezar jedzie w odkrytym samochodzie, witany przez tłumy uśmiechniętych i wiwatujących norymberczyków. Wszyscy widzieli, jak średniowiecznymi ulicami maszerują tysiące żołnierzy III Rzeszy – młodych, silnych, zdrowych – a w obozach Hitlerjugend czekają kolejni, gotowi stawić się na każde wezwanie Führera. Wszyscy mogli posłuchać partyjnych dygnitarzy głoszących z mównicy na placu Defilad chwałę Niemiec, potrzebę jedności, wartość pracy i obietnicę dobrobytu, który daje nazizm.

To on, Willi Liebel, rozkazał wyciąć cztery tysiące dębów i przenieść w inne miejsce norymberskie zoo, żeby Albert Speer, wzorując się na rzymskich Polach Marsowych, mógł wybudować ten wspaniały plac Defilad. Miał on powierzchnię 16,5 kilometra kwadratowego. Jego centrum stanowiły trybuna na sto pięćdziesiąt tysięcy osób i potężna hala kongresowa – budynek w kształcie podkowy – który ochrzcili mianem „koloseum”. Wytyczono też dwukilometrową ulicę o szerokości 60 metrów, żeby oddziały niemieckiej armii mogły paradować przed Führerem w czterdziestoosobowych rzędach. Co zaskakujące, wielkie dzieło Speera oparło się alianckim nalotom i było prawie nienaruszone. „Może więc nie wszystko jeszcze stracone?” – myśli nadburmistrz i spogląda w niebo. Zanosi się na deszcz. Chmury nad miastem są coraz cięższe.

Ostateczna batalia o Norymbergę rozpoczyna się 16 kwietnia 1945 roku i tego dnia Willi Liebel razem z kilkoma innymi nazistami schodzi do bunkra Palmenhof, obok Kwatery Głównej Gestapo, skąd prowadzona jest obrona miasta.

Amerykańskie wojska wkraczają do Norymbergi 20 kwietnia 1945 roku, a pięć dni później grupa cywilów, oddelegowana do grzebania ciał zabitych, odkrywa w Palmenhof ciało mężczyzny z kulą w głowie. Obok leży pistolet dużego kalibru. Twarz trudno rozpoznać, ale martwy ma na małym palcu sygnet w wygrawerowanymi inicjałami W.L., a w kieszeni chusteczkę z takim samym monogramem, więc Amerykanie są prawie pewni, że to ciało nadburmistrza Williego Liebla, który prawdopodobnie popełnił samobójstwo. Potwierdzają to zeznania pułkownika Richarda Wolfa, który miał rozkaz bronić Norymbergi „do ostatniej kuli”, ale widząc, że nie ma to już żadnego sensu, skapitulował. Wolf był świadkiem, jak Liebel wchodzi do bunkra 19 kwietnia.

– Powiedział, że nie da się wziąć żywcem – mówi amerykańskim śledczym. – A potem zamknął się w swoim gabinecie i wtedy usłyszałem pojedynczy wystrzał. Kiedy tam wbiegłem, już nie żył.

Jednak według sekretarza Williego Liebla, Alfreda Dreykorna, nadburmistrz został zamordowany. Sprawcą zabójstwa miał być Karl Holz – gauleiter Norymbergi. Poróżniła ich między innymi kwestia „polityki spalonej ziemi”. Liebel chciał poddać miasto, miał już nawet przygotowaną białą flagę, którą zamierzał wywiesić w oknie Kwatery Głównej Gestapo, ale Holz był temu przeciwny. Według zeznań Dreykorna gauleiter wpadł do biura Liebla i po krótkiej wymianie zdań wystrzelił, a kiedy wyszedł, oznajmił sekretarzowi, że Willi Liebel sam się zabił. Holz nie mógł ani tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć, bo zginął, gdy do bunkra wdarli się Amerykanie.

Niezależnie od prawdy, wraz ze śmiercią nadburmistrza oddział alianckich żołnierzy poszukujący skarbów zrabowanych przez nazistów w okupowanych krajach traci ważne źródło informacji. Może się to okazać sporym utrudnieniem.

Dwa dni po zdobyciu Norymbergi Amerykanie wysadzają w powietrze swastykę wiszącą nad trybuną na placu Defilad, szeroka ulica – Grosse Strasse – po której paradowali żołnierze Trzeciej Rzeszy, staje się pasem startowym dla amerykańskich samolotów, a późną wiosną 1945 roku alianci odkrywają tajemnicę podziemnych schronów, które kazał wybudować Willi Liebel. To, co tam zobaczą, wprawi ich w nieprawdopodobne zdumienie.

Rozdział I

DOKTOR, KTÓRY UWIERZYŁ W ZŁO

JAK KSIĄDZ Z HISTORYKIEM

– Nie wyrażam zgody! – niski, tęgawy mężczyzna kręci głową. Jeszcze chwila, a jego głos zacznie wchodzić na niebezpiecznie wysokie rejestry. Spór trwa od dobrych paru minut i nie zanosi się na konsensus.

– Słyszał przecież ksiądz infułat, że rząd zaleca ukrywanie co cenniejszych przedmiotów, bo naziści niczego nie oszczędzą – Karol Estreicher jest uparty, ale powoli zaczyna tracić cierpliwość. Nie rozumie Kulinowskiego. Nikt już nie może mieć wątpliwości, że wojna wybuchnie lada dzień.

Polski rząd z niewiadomych przyczyn zwleka z ostrzeżeniem ludzi aż do lata, ale pod koniec czerwca wyraźnie już wzywa, żeby właściciele ziemscy, szczególnie na zachodzie, przetransportowali trzodę w głąb kraju i przyspieszyli żniwa. W poufnej korespondencji do zarządców dworów, pałaców, zamków i kościołów urzędnicy piszą, że wszelkie dzieła sztuki powinny zostać ukryte.

Archiprezbiter kościoła Najświętszej Marii Panny w Krakowie, ksiądz infułat Józef Kulinowski, wie, że w starciu z młodym Estreicherem nie ma szans, ale próbuje jeszcze bronić swoich racji.

– A jak niby zamierza pan dokonać rozbiórki? Toż to będzie prawdziwy cud, jeśli ktoś czegoś nie zniszczy!

– Moja w tym głowa, żeby do żadnych zniszczeń nie doszło. Strażaków przeszkolimy, żeby umieli ołtarz rozebrać i złożyć. A niech tylko ksiądz pomyśli, co by się stało, gdyby kościół został zbombardowany. Nie byłoby czego zbierać!

„Dlaczego zabrali się za to tak późno?” – złości się w duchu. Przecież on już w marcu ubiegłego roku, tuż po tym jak Hitler zajął Austrię, alarmował, że ołtarz mariacki trzeba ukryć, bo wojna jest bardzo prawdopodobna. „Ale kto go wtedy słuchał! Nawet atak Niemców na Czechosłowację nie był wystarczającym powodem do porzucenia złudnych nadziei” – myśli z goryczą, wychodząc z zakrystii.

Towarzystwo Miłośników Historii i Zabytków Krakowa w marcu 1938 roku postanawia powołać komitet do ochrony ołtarza Wita Stwosza na wypadek wojny. Karola Estreichera nie ma wówczas na posiedzeniu, przebywa w Sztokholmie, ale wszyscy znają jego opinię: ołtarz mariacki powinien być ewakuowany. Jednak padają też inne propozycje – może wystarczy tylko zabezpieczyć sklepienie świątyni? Albo wybudować schron i za pomocą wyciągów spuścić do niego rzeźby?

Tak czy inaczej, decyzję trzeba podjąć jak najszybciej, bo wydarzenia polityczne w Europie nabierają tempa. Hitler coraz natarczywiej żąda od Polski oddania Gdańska, w niemieckiej prasie pojawiają się antypolskie artykuły, w przygranicznych miejscowościach coraz częściej dochodzi do napaści na Polaków, a polskie wojsko przygotowuje się do obrony granic.

Zarząd Miejski Miasta Krakowa, mimo ponagleń ze strony Towarzystwa, żeby jak najszybciej wybrać sposób zabezpieczenia ołtarza, milczy przez pięć miesięcy.

I tak jest wszędzie, nie tylko w Krakowie. W Warszawie na przykład dyrektor Muzeum Narodowego Stanisław Lorentz dostaje pismo z Ministerstwa Kultury, które dobitnie stwierdza, że „Ministerstwo żadnych kroków dla zabezpieczenia zbiorów muzealnych nie podejmuje i pozostawia to indywidualnym staraniom dyrektorów muzeów”. Lorentz musi więc działać na własną rękę.

Podobnie robi krakowski konserwator zabytków, dr Bogdan Treter, który sam zaczyna szukać odpowiedniego schronu dla ołtarza. Może Smocza Jama? Nad najwyższym punktem pieczary jest jeszcze ponad osiem metrów skały, wystarczająco dużo, żeby wytrzymać uderzenie bomby. Gorzej z wilgocią…

Estreicher proponuje, żeby pod pretekstem pokazania na wystawie światowej wysłać ołtarz za morze, do USA, ale rząd się nie godzi, więc garstka osób świadomych zagrożenia nie czeka już na oficjalne decyzje. W Krakowie tworzy się Komitet Ochrony Ołtarza Mariackiego. W jego skład wchodzą: prezydent Krakowa Bolesław Czuchajowski, wiceprezydent Stanisław Klimecki, prezes Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa dr Józef Muczkowski, dr Karol Estreicher, archiprezbiter kościoła Mariackiego ks. Józef Kulinowski i architekt Franciszek Mączyński. Kościół nie ma pieniędzy na ten cel, miasto też jest za biedne, więc trzeba się zwrócić do „ofiarności publicznej”. W końcu udaje się uzbierać 17 713 złotych, z czego aż 10 tysięcy pochodzi z rezerw kopalni Jaworzno. Reszta to datki instytucji, bo krakowscy mieszczanie nie są zbyt hojni.

Zapada też ostateczna decyzja, że ołtarz trzeba rozebrać i wywieźć w bezpieczne miejsce. Zgoda Bogdana Tretera, poparcie prof. Tadeusza Szydłowskiego, historyka sztuki i autora monografii o dziele Wita Stwosza, dr. Karola Estreichera, doc. historii sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego Adama Bochnaka i władz miasta nie wystarcza, bo wciąż nie pokonano jeszcze ostatniej przeszkody – oporu ks. Józefa Kulinowskiego. Nikt nie wie, kiedy wybuchnie wojna, ale że tak się stanie, nie ma już prawie wątpliwości. W powietrzu czuć napięcie, nie ma już czasu na negocjacje, więc ktoś – do dziś nie wiadomo kto – idzie po pomoc do wyższej instancji, do arcybiskupa księcia Adama Sapiehy. Pałac biskupi najwyraźniej dobrze rozumie zagrożenie, dlatego podejmuje decyzję o rozbiórce i wywiezieniu ołtarza. Trzeba zrobić wszystko, żeby bomby, jeśli spadną na Kraków, nie uszkodziły jego najcenniejszego zabytku. Nieważne więc, jakie ks. Kulinowski ma zdanie – musi się podporządkować decyzji zwierzchnika.

Jeszcze w czerwcu architekt Franciszek Mączyński przygotowuje plany ołtarza Wita Stwosza, na których dokładnie zaznacza wszystkie śruby łączące figury i płaskorzeźby z ołtarzową szafą, po czym wreszcie można zaczynać rozbiórkę.

*

Sierpień 1939 roku jest tak upalny, że Karol Estreicher, biegnąc przez Rynek, ma ochotę zdjąć marynarkę. Ciemna, modnie zaczesana na bok grzywka opada mu na czoło, więc odgarnia ją niecierpliwie. Zawsze chodzi szybko, ale teraz śpieszy się szczególnie, bo czasu jest mało. Za kościołem skręca w lewo, w Sienną, mija kamienicę Szarą, potem dawny dom Piotra Skargi, przecina Planty i kieruje się w stronę Wielopola, do Pałacu Prasy. Gazety są mu teraz bardzo potrzebne. Nie chodzi o rozgłos, ale makulaturę, której sporo zalega w redakcji „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Dobrze by było, gdyby dowieźli ją własną ciężarówką.

Ksiądz Kulinowski, zanim w niedzielę wypowie z ambony sakramentalne „idźcie z Bogiem”, ogłasza, że w najbliższym czasie kościół będzie zamknięty.

Następnego dnia Estreicher wchodzi do świątyni boczną kruchtą. Przez ozdobione czternastowiecznymi witrażami okna absydy sączą się do wnętrza kolorowe słoneczne smugi. Za przeźroczystą zasłoną ze światła i kurzu stoi jeden z najcenniejszych skarbów Krakowa – monumentalny ołtarz wyrzeźbiony przez przybysza z Norymbergi, Wita Stwosza, wysoki na 13 metrów i szeroki na 11, nieruszany z tego miejsca od 450 lat. Aż do teraz. Estreicher cieszy się w duchu, że Wit Stwosz, żeby ustawić tutaj te ważące po kilkaset kilogramów drewniane figury, zbudował na kościelnym strychu kołowrót. Dzięki temu będzie można odkręcić rzeźby od podstawy, a potem przetransportować je w bezpieczniejsze miejsce.

Kilka godzin później pod kościół podjeżdża ciężarówka z redakcji „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” wyładowana makulaturą. Cztery kościelne dewotki, które nareszcie mogą się skupić na czymś innym niż przekładanie paciorków różańca, rozcinają paczki i zaczynają pieczołowicie ugniatać tysiące stron gazet, żeby potem owinąć w nie figury świętych.

– Wykładajcie też dno skrzyń. I niech parę warstw pójdzie pod wieko – upomina Estreicher i spogląda na piętrzące się sterty makulatury. W oczy rzuca mu się tytuł: „Ostrzegamy! Polska odeprze bezpośrednie i pośrednie zamachy! Doniosła mowa Naczelnego Wodza Marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza na błoniach krakowskich”. Sprawdza datę – 8 sierpnia 1939 roku. „No tak, to już dwa tygodnie, od kiedy Rydz-Śmigły był w Krakowie z okazji 25. rocznicy wymarszu pierwszego oddziału Wojska Polskiego do walki z zaborcami. Za chwilę będziemy mieć powtórkę z historii” – wzdycha i odkłada gazetę na bok, ale kątem oka dostrzega jeszcze poszczególne słowa: oklaski, zwycięstwo, honor… Przegląda ostatni numer „Kuryera” – dziennik donosi, że w okolicy Olkusza zaobserwowano duże stada bocianów, które odlatują na południe. Lato dobiega końca.

Z bocznej nawy dochodzi miarowe stukanie młotków. Stolarze zbijają drewniane skrzynie, do których będą pakowane największe rzeźby, część mniejszych pójdzie do pudeł, a pozostałe ornamenty zostaną ukryte w Krakowie. Oby tylko zdążyli, zanim wejdą Niemcy. Kto wie, ile czasu jeszcze zostało.

KŁÓTLIWY IMPERTYNENT

Karol Estreicher ma trzydzieści jeden lat, kiedy swojemu siostrzeńcowi Stanisławowi Grzybowskiemu przysyła z wyjazdu za granicę kartę pocztową z reprodukcją Venus Giorgiona, na której pisze: „Pamiętaj zawsze cenić w urodzie kobiecej harmonię, spokój i wdzięk. Poza tym ceń także szerokie ramiona, a unikaj wąskich, bo te o wiele mniej dają przyjemności”. Obiecuje przy tym, że ilekroć siostrzeniec będzie chciał „walić za labę”, to pójdą razem. „I na dziewczynki także, o ile do tego czasu starczy mi ochoty”.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Obrońca skarbów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran