Akta Dresdena. Drobna przysługa

Akta Dresdena. Drobna przysługa

Autorzy: Jim Butcher

Wydawnictwo: Mag

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 608

Cena książki papierowej: 32.50 zł

cena od: 22.75 zł

Od blisko roku nikt nie próbował zabić Harry’ego Dresdena. Jego życie wreszcie staje się nieco bardziej spokojnie. Przyszłość zaczyna wyglądać różowo. Jednakże przeszłość rzuca bardzo długi cień.

Zawarta dawno temu umowa uczyniła Harry’ego dłużnikiem Mab, władzczyni Zimowego Dworu sidhe, Królowej Powietrza i Ciemności. A teraz Mab upomina się o spłatę długu. To tylko drobna przysługa, ale Harry nie może odmówić jej wyświadczenia… a to może sprawić, że znajdzie się między śmiertelnym wrogiem a równie przerażającą sojuszniczką. Jego umiejętności i jego lojalność zostaną poddane najsurowszej z prób.

Nie powinno go to zaskakiwać. Wszystko szło po prostu za dobrze.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Podziękowania

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Tytuł oryginału:

The Dresden Files – Book Ten. Small Favor

Copyright © 2008 by Jim Butcher

Copyright for the Polish translation

© 2017 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Urszula Okrzeja

Korekta:

Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce:

Chris McGarth

Opracowanie graficzne okładki:

Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-825-5

Wydanie I

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227 213 000

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla uczestników forum dyskusyjnego na jim-butcher.com.

Jestem pewien, że wasi szefowie nie byliby zadowoleni, gdyby się dowiedzieli, jak często umieszczacie tam wpisy w godzinach pracy, ale jeśli wy im nic nie powiecie, ja również tego nie zrobię.

Podziękowania

Na podziękowania jak zwykle zasługuje bardzo wiele osób, zwłaszcza moja rodzina, zmuszona do tolerowania mojego szaleństwa w chwilach zbliżania się terminu; moja agentka, Jenn, która musi mnie usprawiedliwiać przed moją redaktorką; moja redaktorka, Anne, która z kolei musi wynajdować dla mnie usprawiedliwienia przed swoimi szefami; szaleńcy od wersji beta, którzy nieustannie znajdują defekty u wszystkich moich dzieci.

Tym razem jednak chciałbym dodać do listy kilka innych osób – miejscowych i przyjezdnych graczy w NERO Central, którzy byli na tyle uprzejmi, że omijali mnie podczas swych larpowych poczynań, kiedy siedziałem sobie w kącie lokalu i kończyłem Drobną przysługę.

1

Tego roku zima nadeszła wcześnie. To powinno być dla mnie ostrzeżeniem.

Z wieczornego półmroku wypadła śnieżka i uderzyła moją uczennicę w wargi. Ponieważ Molly akurat mamrotała zaklęcie w stylu mantry, jej usta wypełniła nagle mroźna radość, co mogło być dla niej bardziej bolesne niż dla większości ludzi, jako że liczne metalowe kolczyki dziewczyny nagle znalazły się w bezpośrednim kontakcie ze śniegiem.

Molly Carpenter prychnęła i wypluła śnieg. Otaczające ją dzieci zaniosły się salwami triumfalnego śmiechu. Wysoka, jasnowłosa i atletycznie zbudowana dziewczyna, odziana w dżinsy i gruby zimowy płaszcz, wyglądała naturalnie pośród śniegu. Jej policzki i nos zrobiły się czerwone od zimna.

– Skup się, Molly! – zawołałem, uważając, by do mojego głosu nie zakradła się przypadkiem nuta wesołości. – Musisz się skupić. Jeszcze raz!

Dzieci, jej młodsi bracia i siostry, zaczęły przygotowywać nową amunicję do ciskania w nią. Podwórko za domem Carpenterów było już całkowicie przeorane przez trwającą całe popołudnie zimową wojnę. Dwa wały niskich „fortów” stały naprzeciwko siebie na otwartym trawniku, odległe o dziesięć metrów. Molly zajęła pozycję między nimi. Dygotała z zimna, obrzucając mnie niecierpliwym spojrzeniem.

– To nie może być prawdziwe szkolenie – oznajmiła drżącym, ochrypłym z zimna głosem. – Robisz to tylko dlatego, że znajdujesz w tym niezdrową przyjemność, Harry.

Uśmiechnąłem się do niej radośnie i wziąłem w rękę śnieżkę ulepioną przez małą Hope, która najwyraźniej sama mianowała siebie moim giermkiem. Podziękowałem z powagą dziewczynce i kilkakrotnie podrzuciłem śnieżkę w ręce.

– Nonsens – zaprzeczyłem. – To świetne ćwiczenie. Myślałaś, że zaczniesz od uchylania się przed kulami?

Molly obrzuciła mnie pełnym irytacji spojrzeniem. Potem zaczerpnęła głęboko tchu, ponownie pochyliła głowę i uniosła rękę, rozpościerając szeroko palce. Znowu coś mamrotała. Wyczułem subtelną zmianę w strumieniach energii, gdy dziewczyna zaczęła się otaczać niemal materialną barierą magii w oczekiwaniu na nadchodzącą nawałnicę śnieżek.

– Przygotuj się! – zawołałem. – Cel!

Wszyscy obecni, w tym również ja sam, cisnęli śnieżki, zanim skończyłem wypowiadać to ostatnie słowo. Powietrze przeszyły pociski rzucone przez dzieci – od najstarszego, Daniela, który miał siedemnaście lat, aż po najmłodszego, Harry’ego, który nie potrafił jeszcze za dobrze rzucać, co jednak nie powstrzymało go przed ulepieniem największej śnieżki, jaką tylko mógł unieść.

Na tarczę mojej uczennicy posypały się śniegowe kule. Po uderzeniu w barierę zmrożone pociski rozsypywały się w obłoczki czystego pyłu. Większość przebiła się jednak na drugą stronę i Molly pokryła spora masa śniegu. Na koniec mały Harry podbiegł do niej, cisnął obiema rękami swą śnieżkę wielkości bochenka chleba i wrzasnął z radosnego triumfu, gdy śnieg rozsypał się po całym brzuchu dziewczyny.

– Pal! – zawołałem z opóźnieniem.

Molly klapnęła ciężko na śnieg, prychała jeszcze przez chwilę, a potem wybuchła głośnym, głębokim śmiechem. Harry i Hope, najmłodsze z dzieci, natychmiast skoczyły na nią i od tej chwili lekcja magii obronnej przerodziła się w tradycyjną dla dzieci Carpenterów rywalizację o to, kto zdoła wsypać więcej śniegu za kołnierz przeciwnika. Obserwowałem je z uśmiechem. Po chwili ich matka przystanęła obok mnie.

Molly jest podobna do Charity Carpenter, odziedziczyła po niej kolor włosów, cerę oraz budowę. Charity i ja nie zawsze zgadzamy się ze sobą – szczerze mówiąc, prawie nigdy – ale dzisiejszego wieczoru przyglądała się z uśmiechem wygłupom swych dzieci.

– Dobry wieczór, panie Dresden – wyszeptała.

– Charity – odparłem miłym tonem – powiedz mi, czy to często się zdarza?

– Prawie zawsze, gdy spadnie pierwszy śnieg – wyjaśniła. – Ale z reguły to dzieje się bliżej Bożego Narodzenia niż Halloween.

Nadal gapiłem się na rozbrykane latorośle Carpenterów. Choć Molly szybko dorastała, pod wieloma różnymi względami, w tym miejscu łatwo wracała do dzieciństwa i cieszyłem się z tego.

Wyczułem, że Charity przygląda mi się z wyjątkową uwagą. Zerknąłem na nią, unosząc pytająco brew.

– W dzieciństwie nigdy nie bawiłeś się w śnieżki z rodziną, prawda?

Pokręciłem głową, przenosząc uwagę ponownie na dzieci.

– Nie miałem rodziny, z którą mógłbym się bawić – odparłem. – Dzieciaki w szkole czasami próbowały się rzucać śnieżkami, ale nauczyciele na to nie pozwalali. Zresztą inni uczniowie często robili to ze złości, nie dla zabawy. To zmienia postać rzeczy.

Charity skinęła głową, ponownie spoglądając na śnieżną bitwę.

– Jak idzie szkolenie mojej córki?

– Myślę, że dobrze – uspokoiłem ją. – Jej talenty leżą w zupełnie innych obszarach niż moje. Nigdy nie będzie zbyt dobrym magiem bojowym.

Charity zmarszczyła brwi.

– Dlaczego tak uważasz? Czy brakuje jej siły?

– Siła nie ma tu nic do rzeczy. Jej największe uzdolnienia czynią ją pod pewnymi względami nieprzydatną do tej roli.

– Nie rozumiem.

– Jest dobra w subtelnych sprawach. Delikatnych. Jej umiejętność władania magią podobnego typu, wymagającą wrażliwości, jest nadzwyczajna i wzrasta z każdą chwilą. Ale ta sama wrażliwość powoduje, że trudno jej poradzić sobie z psychicznym stresem towarzyszącym prawdziwej walce. Z tego samego powodu brutalne fizyczne akty sprawiają jej poważne trudności.

– Takie jak zatrzymywanie śnieżek? – zapytała kobieta.

– Śnieżki to dobre ćwiczenie – wyjaśniłem. – Nie ucierpi nic poza jej dumą.

Charity skinęła głową, marszcząc brwi.

– Ale ty nie uczyłeś się na śnieżkach, prawda?

Wspomnienie pierwszej lekcji stawiania tarcz, której udzielił mi Justin DuMorne, nie zaliczało się do miłych.

– Na piłkach bejsbolowych.

– Boże Miłosierny – mruknęła, kręcąc głową. – Ile miałeś lat?

– Trzynaście. – Wzruszyłem ramionami. – Ból świetnie motywuje. Szybko się nauczyłem.

– Ale nie próbujesz uczyć mojej córki w ten sam sposób – zauważyła Charity.

– Nie ma powodu się śpieszyć – wyjaśniłem.

Hałasy czynione przez dzieci przeszły nagle w konspiracyjne szepty. Mrugnąłem znacząco do Charity. Oderwała spojrzenie od nich, przenosząc je na mnie. Na jej twarzy wyraźnie malowała się wesołość.

– Teraz! – krzyknęła Molly, nim minęło pięć sekund, i pomknęły ku mnie liczne śnieżki.

Uniosłem lewą rękę, skupiłem swą wolę i magię, a następnie utworzyłem z niej szeroki, płaski dysk unoszący się w powietrzu przede mną. Tarcza nie była wystarczająco mocna, by powstrzymać kule albo nawet dobrze rzucone piłki bejsbolowe, ale ze śnieżkami poradziła sobie znakomicie. Rozsypały się, emitując słabe rozbłyski bladoniebieskiego światła. Tarcza ujawniła się w tym blasku jako płaski krąg mocy otaczający rozpostarte palce mojej lewej dłoni.

Dzieci z głośnym śmiechem wyraziły dezaprobatę.

– Ha! – zawołałem i uniosłem triumfalnie pięść.

W tej samej chwili stojąca za mną Charity wsypała dwie garści śniegu za kołnierz mojego płaszcza.

Pisnąłem, gdy zimno wżarło mi się w kręgosłup, a potem zacząłem tańczyć w miejscu, próbując wytrząsnąć śnieg spod ubrania. Dzieci nagrodziły matkę głośnym aplauzem i zaczęły ciskać śnieżkami w mniej lub bardziej przypadkowo wybrane cele. Cała ta beztroska ekscytacja sprawiła, że dopiero gdy zgasły światła, uświadomiłem sobie, że nas zaatakowano.

Cały kwartał pochłonęła ciemność. W jednej chwili przestały działać światła na podwórku Carpenterów i we wszystkich okolicznych domach, a także latarnie uliczne. Od śniegu odbijał się niesamowity blask magicznego światła. Cienie pojawiły się nagle w miejscach, gdzie przedtem ich nie było, a nozdrza zaatakował mi smród stanowiący połączenie woni skunksa z odorem beczki zgniłych jaj.

Wyszarpnąłem różdżkę bojową z uchwytu po wewnętrznej stronie płaszcza.

– Zaprowadź dzieci do środka – poleciłem Charity.

– Alarm! – zawołała głosem, który zabrzmiał znacznie spokojniej od mojego. – Wszyscy do schronu, jak na ćwiczeniach.

Dzieci dopiero zaczęły się ruszać, gdy na podwórko wpadły trzy stworzenia nieprzypominające niczego, co dotąd widziałem. Czas zwolnił pod wpływem adrenaliny wypełniającej mi żyły i czułem się tak, jakbym miał pół godziny, by się im przyjrzeć.

Nie były szczególnie wysokie, najwyżej metr siedemdziesiąt, ale potężnie umięśnione i pokryte białym futrem. Ich głowy przypominały głowy kozłów, ale rogi zakrzywiały się do przodu, jak u byka, zamiast wyginać się do tyłu. Nogi zginały się w kolanach w przeciwną stronę i były zakończone kopytami. Stwory nie biegły normalnie, lecz posuwały się naprzód, skacząc na jednej nodze, a do tego podskakiwały wyżej niż koszykarze Chicago Bulls, co świadczyło, że mam do czynienia z istotami obdarzonymi nadprzyrodzoną siłą.

Choć jeśli się nad tym zastanowić, nie przypominałem sobie, kiedy ostatnio miałem do czynienia z czymś, co nie było nadnaturalnie silne. To jeden z minusów zawodu maga. Jasne, niektóre stworzenia są silniejsze od innych, ale mojej czaszce nie sprawi większej różnicy, czy paranormalny napastnik potrafi wycisnąć lokomotywę, leżąc, czy też jego mięśnie wystarczają wyłącznie do żonglowania lodówkami.

Wycelowałem różdżkę bojową w pierwszego stwora, lecz nagle kącikiem oka dostrzegłem, że z góry spadła wielka sterta śniegu i wylądowała obok mnie z cichym łoskotem.

Rzuciłem się na ziemię, przetoczyłem na bok i zerwałem się na nogi akurat na czas, by uniknąć ataku czwartego stwora, który zdradził się, wzbijając nagły obłok śnieżnego pyłu, nim skoczył na mnie z domku na drzewie zbudowanego dla dzieci przez Michaela. Stworzenie wydało z siebie sykliwy, bulgoczący warkot.

Nie mogłem marnować czasu na podstępnego skurczybyka. Uniosłem różdżkę.

– Fuego! – warknąłem, gdy tylko jej czubek zapłonął szkarłatnym płomieniem.

Gruba jak mój nadgarstek wiązka czystego płomienia wystrzeliła z czubka różdżki, zmieniając górną część ciała stworzenia w poczerniałe mięso. Ciepło nadmiarowe stopiło śnieg wokół niej. W górę wzniósł się strumień gorącej pary, uderzając prosto w to, co zwisało między nogami stworzenia. Sądząc po jego reakcji, dotyk pary był równie bolesny jak dotyk płomieni.

Nieznany stwór zwalił się na ziemię. Mogłem jedynie mieć nadzieję, że jest zbyt mało inteligentny, by udawać trupa. Dzieci Carpenterów krzyczały.

Odwróciłem się błyskawicznie i raz jeszcze uniosłem różdżkę, ale nie mogłem bezpiecznie wystrzelić. Jeden z porośniętych białym futrem napastników ścigał Daniela, najstarszego brata Molly. Chłopak zacisnął palce na płaszczach maluchów – Harry’ego i Hope – dźwigając ich niczym walizki. Gdy dotarł do drzwi, stwór był już tylko jakieś trzy metry za nim. Opuścił groźnie wyglądające rogi, ruszając do szarży. Daniel wpadł do środka i nie zwalniając kroku, zatrzasnął nogą drzwi za sobą. Napastnik wyrżnął w nie z całej siły.

Nie wiedziałem, że Michael zamontował w swoim domu pancerne, obite stalową blachą drzwi, takie same, jakie miałem u siebie. Drewniane stwór zapewne rozbiłby w drzazgi. Gdy uderzył rogami w stalowe, zostały w nich wgniecenia głębokie na dobre trzydzieści centymetrów.

Zatoczył się do tyłu z przeciągłym wrzaskiem bólu. Z jego rogów buchał dym. Uderzał w nie trójpalczastymi, pazurzastymi dłońmi, próbując ugasić ogień. Niewiele istot reaguje w ten sposób na dotyk stali.

Dwa pozostałe nieznane stworzenia rozdzieliły się. Jedno pędziło za Charity, niosącą małą Amandę i uciekającą ile sił w nogach do warsztatu, na który Michael przerobił wolno stojący garaż. Drugie szarżowało na Molly, która schowała za sobą Alicię i Matthew.

Nie miałem czasu, by pomóc obu grupom, a tym bardziej nie mogłem sobie pozwolić na marnowanie go na rozważania nad moralnym dylematem trudnego wyboru.

Wymierzyłem różdżkę w bestię ścigającą Charity i przywaliłem jej ze wszystkich sił. Impuls uderzył ją w krzyż i zwalił z kopyt. Poleciała na bok, uderzając w ścianę warsztatu. Pani Carpenter wpadła z córką do środka.

Skierowałem różdżkę ku drugiemu napastnikowi, ale wiedziałem, że już jest za późno. Stwór opuścił rogi i runął na Molly oraz dwoje jej rodzeństwa, nim zdążyłem oddać kolejny strzał.

– Molly! – zawołałem.

Moja praktykantka złapała Alicię i Matthew za ręce, a potem wydyszała jakieś słowo. Wszyscy troje zniknęli.

Bestia przemknęła przez punkt, w którym przed chwilą się znajdowali, zahaczyła kopytem o coś, czego nie widziałem, i zachwiała się na nogach. Odwróciła się na pełnej prędkości, wzbijając w górę obłoczki śniegu. Zalała mnie nagła fala uniesienia i dumy. Być może moja praktykantka nie potrafiła stworzyć porządnej tarczy, ale zasłony wychodziły jej po mistrzowsku. Nie straciła też głowy i pamiętała o ogniskowaniu.

Stworzenie zwolniło, kołysząc głową na boki, a potem zauważyło, że śnieg poruszają niewidzialne stopy zmierzające w stronę domu. Wydało z siebie kolejny nieziemski krzyk i ruszyło za nimi. Nie mogłem zaryzykować następnego impulsu ognia. Nie w chwili, gdy miałem na linii strzału dom Carpenterów. Dlatego uniosłem prawą dłoń, uruchomiłem aktem woli jeden z trzech połączonych taśmą pierścieni, uderzając w nieznanego stwora czystą mocą.

Niewidoczna energia trafiła go w kolana, zbijając z nóg z taką siłą, że wyrżnął głową w śnieg. Zakłócenia powodowane przez niewidzialne stopy skierowały się ku frontowemu wejściu do domu. Molly z pewnością uświadomiła sobie, że zniekształcenie pancernych drzwi na podwórze utrudni ich otworzenie bądź nawet je uniemożliwi. Ponownie pochwaliłem ją w myślach.

Szybko jednak zapomniałem o wyrazach uznania, gdy udający dotąd trupa za moimi plecami stwór poderwał się nagle i walnął mnie w plecy z siłą napędzanej siarką oraz zgniłymi jajami lokomotywy.

Rogi uderzyły mocno i boleśnie, ale obronna magia długiego czarnego płaszcza ze skóry nie pozwoliła im mnie przebić. Impet wybił mi powietrze z płuc. Zwaliłem się na ziemię. Na krótką chwilę wszystko ogarnął chaos. Potem uświadomiłem sobie, że stwór stoi nade mną, szarpiąc mnie pazurami za kark. Zgarbiłem się i przetoczyłem, ale otrzymałem kopa rozszczepionym kopytem w nos. Do całkowicie zbytecznego bólu dołączono dodatek pod postacią gwiazd tańczących przed oczami.

Próbowałem uciekać, lecz moje ruchy stały się ospałe, a nieznany stwór był szybszy ode mnie.

Charity wybiegła z warsztatu. W lewej ręce trzymała młotek z noskiem kolistym, mający stalową rękojeść, w prawej zaś przemysłową gwoździarkę.

Gdy znalazła się w odległości trzech metrów, uniosła gwoździarkę, nie przestając się zbliżać. Urządzenie wydało z siebie dźwięki brzmiące jak fut-fut-fut i już przedtem przypalone stworzenie wrzasnęło z bólu. Skoczyło szaleńczo w górę i rozpaczliwie wykręciło się w powietrzu, a potem runęło na śnieg, miotając się bezładnie. Widziałem masywne gwoździe sterczące z jego pleców oraz dymiące i krwawiące białozielonym ogniem rany.

Spróbowało uciekać, ale zdołałem podciąć pod nim kopyta, zanim wstało.

Charity uniosła młotek nad głowę i uderzyła z wrzaskiem. Stalowe narzędzie roztrzaskało czaszkę nieznanego stwora. Z rany trysnęła szarawa materia, której również towarzyszył białozielony ogień. Stworzenie szarpnęło się raz jeszcze, a potem znieruchomiało. Jego ciało pochłonęły niesamowite płomienie.

Wstałem, nadal trzymając różdżkę w dłoni, i zorientowałem się, że pozostałe bestie, choć ranne, zachowały zdolność ruchu. W ich żółtych oczach o pionowych źrenicach płonęły głód i nienawiść.

Odrzuciłem różdżkę bojową, zastępując ją służącą do odgarniania śniegu łopatą o stalowej łyżce, porzuconą przy jednym ze śnieżnych fortów. Charity uniosła gwoździarkę i ruszyliśmy w stronę wroga.

Czymkolwiek mogły być te stworzenia, brakowało im odwagi do walki ze śmiertelnikami uzbrojonymi w zimną stal. Zadrżały, jakby były jedną istotą, a potem odwróciły się i uciekły w noc.

Stałem na podwórku, dysząc i rozglądając się wkoło. Co kilka oddechów musiałem wypluwać z ust krew. Czułem się tak, jakby ktoś przykleił mi superglue do nosa dwa rozżarzone węgielki. Wzdłuż mojej szyi przepływały srebrne nitki bólu – pozostałość po nagłym uderzeniu od tyłu – a na krzyżu z pewnością robił mi się ogromny siniak.

– Nic ci się nie stało? – zapytała Charity.

– Fae – wymamrotałem. – Dlaczego to musieli być fae?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zdrajca. Seria Akta Dresdena Akta Dresdena. Drobna przysługa Akta Dresdena. Biała noc Wiatrogon aeronauty. Żużlowe Kasztele. Księga 1 Akta Dresdena. Dowody winy. Akta Dresdena. Martwy rewir. Tom 7 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów