Listy do młodego kontestatora

Listy do młodego kontestatora

Autorzy: Christopher Hitchens

Wydawnictwo: Karakter

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.43 zł

Słynna publikacja kontrowersyjnego  intelektualisty. Odwołując się do przykładów z własnego życia oraz postaw takich ważnych dla niego osób, jak Emil Zola, Rosa Parks, George Orwell czy Vaclav Havel, autor analizuje różne formy sprzeciwu i kontestacji. Opowiada o tym, jak być krytycznym, nie ulegać manipulacji mediów, nie poddawać się politycznej propagandzie i zachowywać twórczy dystans wobec rzeczywistości.

Na co dzień możesz stanąć wobec różnych odmian przemocy albo hipokryzji, bałamutnego powoływania się na wolę ogółu albo małostkowych nadużyć władzy. Jeśli należysz do jakiejś organizacji politycznej, ktoś może cię poprosić o mówienie kłamstw albo półprawd służących jakiemuś krótkoterminowemu celowi. Każdy wypracowuje sobie własne sposoby radzenia sobie z takimi sytuacjami. Staraj się zachowywać, „jak gdyby” nie trzeba było ich tolerować i jakby nie było w nich nic oczywistego – pisze Hitchens do młodego adepta sztuki sprzeciwu.

Christopher Hitchens (1949–2011) – dziennikarz, pisarz, krytyk literacki. Sprzeciwiał się wojnie w Wietnamie i amerykańskiemu imperializmowi, krytykował politykę Henry’ego Kissingera i Billa Clintona. W drugiej połowie życia poróżnił się ze swoim lewicowym środowiskiem, oskarżał je często o nadmierną tolerancję, polityczną poprawność i brak rzeczywistej woli rozwiązywania współczesnych konfliktów. W roku 2003 poparł inwazję na Irak, co odebrano jako zdradę jego wcześniejszych ideałów. Znany był z ostrych wystąpień przeciwko religii; na zaproszenie Watykanu wziął udział w procesie beatyfikacyjnym Matki Teresy, przedstawiając argumenty przeciw beatyfikacji. W Polsce ukazało się kilka jego książek, m.in.: Misjonarska miłość. Matka Teresa w teorii i w praktyce (1995), Bóg nie jest wielki. Jak religia wszystko zatruwa (2007), Thomas Paine. Prawa człowieka. Biografia (2008), Śmiertelność (2013).

Pa­mię­ci Pe­te­ra Sed­gwic­ka

Przed­mo­wa

Mój dro­gi X,

nad­szedł czas, by tę pa­pie­ro­wą łó­decz­kę pu­ścić na wodę, i po­my­śla­łem, że list na za­koń­cze­nie na­pi­szę jako wstęp. Jak wiesz, kie­dy ta książ­ka była w rę­kach re­dak­to­rów i dru­ka­rzy, ja dzia­ła­łem na wie­lu in­nych fron­tach. Wów­czas przy­po­mnia­łem so­bie py­ta­nie, któ­re mi kie­dyś za­da­łeś: co zro­bię, gdy zo­ba­czę, że owo­ce mo­jej pra­cy są wy­ko­rzy­sty­wa­ne nie­zgod­nie z prze­zna­cze­niem albo błęd­nie oma­wia­ne w pra­sie?

Krót­ka od­po­wiedź brzmi, że się za­har­to­wa­łem, choć z pew­no­ścią nie jest mi wszyst­ko jed­no. Sam ata­ku­ję i kry­ty­ku­ję róż­ne oso­by, więc nie mam pra­wa się spo­dzie­wać ta­ry­fy ulgo­wej. Nie wie­rzę au­to­rom, któ­rzy twier­dzą, że nie przej­mu­ją się re­cen­zja­mi i omó­wie­nia­mi ich ksią­żek. Mę­czy mnie jed­nak czy­ta­nie co­raz to no­wych tek­stów tego ro­dza­ju, któ­re opar­to na frag­men­tach wcze­śniej­szych. Ta­kie omó­wie­nia za­czy­na­ją się zwy­kle aka­pi­tem na­pi­sa­nym w ty­po­wej dla za­po­ży­czeń for­mie: „Hit­chens, któ­ry wcze­śniej wziął na cel mię­dzy in­ny­mi mat­kę Te­re­sę i księż­ną Dia­nę, obec­nie ata­ku­je…”.

Oczy­wi­ście, jak się do­my­ślasz, jest to dość fru­stru­ją­ce. Po pierw­sze, nuży mnie, gdy „pro­fe­sja”, któ­rą i ja rze­ko­mo upra­wiam, zo­sta­je spro­wa­dzo­na do re­cy­klin­gu. Nikt nie po­tra­fi wy­ka­zać się kre­atyw­no­ścią choć­by na tyle, by na­pi­sać: „Hit­chens, któ­ry kry­ty­ko­wał mat­kę Te­re­sę za jej go­rą­ce po­par­cie dla re­żi­mu Du­va­lie­ra na Ha­iti…”. W ten spo­sób wy­wro­to­we idee są po ci­chu mar­gi­na­li­zo­wa­ne lub trak­to­wa­ne z po­bła­ża­niem i tym sa­mym uśmier­ca­ne. Lecz do pi­sa­nia nie skło­ni­ła mnie prze­cież chęć, by się nad sobą po­uża­lać. Po­zwól, że ci opo­wiem, co przy­tra­fi­ło mi się w cią­gu czte­rech ty­go­dni maja i czerw­ca 2001 roku.

Wa­ty­kan za­pro­sił mnie, bym przed­sta­wił do­wo­dy na rzecz stro­ny prze­ciw­nej pod­czas zbli­ża­ją­ce­go się pro­ce­su be­aty­fi­ka­cyj­ne­go mat­ki Te­re­sy. Ozna­cza­ło to dla mnie nie­zwy­kłą szan­sę ode­gra­nia roli ad­wo­ka­ta dia­bła, w do­słow­nym tego sło­wa zna­cze­niu, i mu­szę wy­znać, że Ko­ściół pod­szedł do spra­wy ze znacz­nie więk­szą tro­ską i skru­pu­lat­no­ścią niż moi li­be­ral­ni kry­ty­cy. Za­mknię­ty po­kój, Bi­blia, ma­gne­to­fon, mon­si­gnor, dia­kon i oj­ciec – od­by­ło się bar­dzo po­waż­ne wy­słu­cha­nie, pod­czas któ­re­go za­chę­ca­no mnie, bym przed­sta­wił wszyst­kie swo­je do­cie­ka­nia i opi­nie. Opo­wiem ci o tym in­nym ra­zem. W tej chwi­li chcia­łem je­dy­nie za­zna­czyć, że to na­gra­nie nie po­zo­sta­je wy­łącz­nie w rę­kach fun­da­men­ta­li­stów.

Bry­tyj­ska te­le­wi­zja wy­świe­tli­ła ob­szer­ny film do­ku­men­tal­ny o księż­nej Dia­nie, w któ­rym (w koń­cu) zna­la­zło się dość miej­sca i cza­su dla nas – lu­dzi nie­na­le­żą­cych do jej kul­tu. Prze­pro­wa­dzo­no ze mną dość dłu­gi wy­wiad, po któ­rym nie do­sta­łem na­wet cząst­ki tej ster­ty nie­na­wist­nych li­stów, jaką jesz­cze do nie­daw­na re­gu­lar­nie do­sta­wa­łem przy ta­kich oka­zjach. Su­flet dwa razy nie wy­ro­śnie.

Slo­bo­da­na Mi­lo­še­vi­cia po­sta­wio­no przed try­bu­na­łem ha­skim. Nie po­do­ba­ło mi się zbyt­nio, że de fac­to ku­pio­no go od Ser­bii za obiet­ni­ce po­mo­cy fi­nan­so­wej, ale upły­nę­ło już kil­ka lat, od­kąd w Day­ton za­po­wie­dział współ­pra­cę z try­bu­na­łem, i na­stał w koń­cu czas, by do niej do­pro­wa­dzić. Przy­po­mnia­ły mi się wszyst­kie dys­ku­sje, któ­re to­czy­łem na te­mat Sre­bre­ni­cy, Sa­ra­je­wa i Ko­so­wa, wszyst­kie nie­do­wa­rzo­ne wy­mów­ki, dla­cze­go nic się nie robi, by po­wstrzy­mać ser­bo­fa­szyzm, oraz wszyst­kie te chwi­le, gdy sy­tu­acja w Bo­śni wy­da­wa­ła się zu­peł­nie bez­na­dziej­na. Wów­czas w głę­bi du­cha po­czu­łem się dum­ny, że zdzia­ła­łem w tej spra­wie choć tro­chę, a za­ra­zem za­wsty­dzo­ny, że tak nie­wie­le.

Pa­raf­kę pre­zy­den­ta Bil­la Clin­to­na od­kry­to na no­tat­ce na­pi­sa­nej przez jego przy­rod­nie­go bra­ta Ro­ge­ra, któ­ry usi­ło­wał do­pro­wa­dzić do uła­ska­wie­nia han­dla­rza nar­ko­ty­ka­mi1 i tłu­ma­czył się z po­sia­da­nia gru­be­go jak en­cy­klo­pe­dia pli­ku cze­ków po­dróż­nych. Jak zwy­kle roz­wad­nia­no te­mat, mó­wiąc, że „nie udo­wod­nio­no wi­docz­nych ko­rzy­ści”, spo­strze­głem jed­nak, że po spra­wie uła­ska­wie­nia Ri­cha2 po raz pierw­szy od wie­lu mie­się­cy znów mo­głem brać udział w spo­rach o to, czy Clin­ton nie jest aby po­spo­li­tym oszu­stem. Wierz mi, pa­mię­tam cza­sy, kie­dy było zu­peł­nie ina­czej.

Hen­ry Kis­sin­ger, kie­dy przed ka­me­rą przed­sta­wio­no mu mój za­rzut, że jest od­po­wie­dzial­ny za zbrod­nie wo­jen­ne i zbrod­nie prze­ciw ludz­ko­ści, de­spe­rac­ko pró­bo­wał zmie­nić te­mat i stwier­dził, że za­prze­czam Ho­lo­cau­sto­wi. (Po­szedł przy tym w śla­dy po­przed­ni­ków i wspo­mniał też o mat­ce Te­re­sie oraz, z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn, o Jac­kie Ken­ne­dy). Dzię­ki temu mo­głem za­cząć przy­go­to­wy­wać pro­ces o znie­sła­wie­nie prze­ciw nie­mu oraz wy­ka­zać w toku czyn­no­ści wy­ja­śnia­ją­cych, że jest re­gu­lar­nym, za­twar­dzia­łym kłam­cą. Bio­rąc pod uwa­gę to, co o nim na­pi­sa­łem3, każ­dy ła­two do­strze­że róż­ni­cę mię­dzy pod­sta­wa­mi, na ja­kich opie­rał się mój pro­ces prze­ciw nie­mu, a tymi, na pod­sta­wie któ­rych on chciał wy­to­czyć pro­ces mnie. Otóż ja mo­głem udo­wod­nić, że mó­wię praw­dę, pod­czas gdy on nie – a to za­sad­ni­cza róż­ni­ca. (Ad­lai Ste­ven­son po­wie­dział kie­dyś do Ri­char­da Ni­xo­na: „Je­śli prze­sta­nie pan opo­wia­dać kłam­stwa na mój te­mat, ja prze­sta­nę mó­wić praw­dę o panu”. Po­do­ba mi się, jak zgrab­nie to ujął, choć nie przy­znał­bym so­bie pra­wa do po­dob­ne­go kom­pro­mi­su z czło­wie­kiem, któ­ry zde­wa­sto­wał Kam­bo­dżę, Cypr, Chi­le i Ti­mor Wschod­ni).

Był to nie­zwy­kły, cu­dow­ny mie­siąc, być może naj­lep­szy w moim ży­ciu. (Ukoń­czy­łem wte­dy tak­że książ­kę o Or­wel­lu na stu­le­cie jego uro­dzin. Pi­sa­nie o nim to rzecz znacz­nie bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­na niż pi­sa­nie o któ­rym­kol­wiek z wcze­śniej wy­mie­nio­nych za­gad­nień). Wspo­mi­nam ci o tym nie tyl­ko po to, by się po­chwa­lić. Tam­ten mie­siąc wy­na­gro­dził mi mnó­stwo in­nych, kie­dy wy­da­wa­ło się, że wszyst­ko za­wsze idzie po my­śli kul­tu­ry ce­le­bry­tów, szu­mo­win od so­cjo­tech­ni­ki, za­kła­ma­nych ad­wo­ka­tów, pseu­do­dy­gni­ta­rzy i klech. Oni oczy­wi­ście w koń­cu po­wró­cą. Za­wsze wra­ca­ją. Ni­g­dy nie od­cho­dzą na do­bre. Ich zwy­cię­stwo nie jest jed­nak wca­le z góry prze­są­dzo­ne. No i wciąż cza­sem moż­na udo­wod­nić wła­sną słusz­ność, a to sma­ku­je dużo le­piej niż wszyst­ko, co wy­czy­tasz w złud­nie obiek­tyw­nych re­cen­zjach albo w „do­brej pra­sie”.

Mam na­dzie­ję, że na ko­lej­nych stro­nach uda mi się do­kład­niej omó­wić te spra­wy. Bar­dzo ci dzię­ku­ję, po­nie­waż to ty skło­ni­łeś mnie do pi­sa­nia.

Chri­sto­pher Hit­chens, Stan­ford w sta­nie Ka­li­for­nia, Dzień Nie­pod­le­gło­ści, 2001 r.

1 Ro­sa­rio Gam­bi­no (ur. 1942) – gang­ster wło­skie­go po­cho­dze­nia i prze­myt­nik nar­ko­ty­ków. W roku 1995 Ro­ger Clin­ton, w za­mian za pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów i ze­ga­rek Ro­lex, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał do­pro­wa­dzić do jego uła­ska­wie­nia przez pre­zy­den­ta Bil­la Clin­to­na (wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od tłu­ma­cza).

2 Marc Rich (1934–2013) – fi­nan­si­sta i biz­nes­men. W roku 1983, oskar­żo­ny m.in. o ogrom­ne oszu­stwa po­dat­ko­we, wy­mu­sze­nia i han­del ropą z ob­ło­żo­ny­mi em­bar­giem Ira­nem i RPA, uciekł do Szwaj­ca­rii i tra­fił na li­stę dzie­się­ciu naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nych przez FBI zbie­gów. Zo­stał uła­ska­wio­ny przez Bil­la Clin­to­na 20 stycz­nia 2001 roku, w ostat­nim dniu jego pre­zy­den­tu­ry.

3 W roku 2001 Chri­sto­pher Hit­chens wy­dał książ­kę The Trial of Hen­ry Kis­sin­ger. Rok póź­niej na jej pod­sta­wie na­krę­co­no film do­ku­men­tal­ny The Trials of Hen­ry Kis­sin­ger.

Wpro­wa­dze­nie

Ni­niej­sza książ­ka jest re­zul­ta­tem wy­zwa­nia, któ­re pod­ją­łem z wa­ha­niem na po­cząt­ku 2000 roku. Co mógł­bym do­ra­dzić mło­dym i po­szu­ku­ją­cym? Jaka wska­zów­ka po­zwo­li im unik­nąć roz­cza­ro­wań? Wśród mo­ich stu­den­tów w no­wo­jor­skiej New Scho­ol oraz w ba­rach i ka­wiar­niach in­nych kam­pu­sów, w któ­rych pro­wa­dzi­łem dys­ku­sje, wciąż wie­le osób ży­wi­ło nie­mod­ną na­dzie­ję, że moż­na zmie­nić świat na lep­sze oraz – a to nie­zu­peł­nie to samo – w znacz­nym stop­niu sa­mo­dziel­nie de­cy­do­wać o wła­snym ży­ciu. Roz­mo­wy te z bie­giem lat przy­bie­ra­ły róż­ne for­my, aż za­czą­łem od­czu­wać cię­żar każ­dej se­kun­dy, któ­ra ro­bi­ła ze mnie po­si­wia­łe­go so­ixan­te-hu­itar­da czy też po­gro­bow­ca ostat­niej wy­ra­zi­stej epo­ki re­wo­lu­cyj­ne­go fer­men­tu – epo­ki po czę­ści za­koń­czo­nej, po czę­ści spu­en­to­wa­nej przez les événe­ments de qu­atre-vingt neuf. Wów­czas otrzy­ma­łem pro­po­zy­cję, aby wy­ło­żyć i prze­dys­ku­to­wać te spra­wy w po­sta­ci li­stów – tak jak to zro­bił Ra­iner Ma­ria Ril­ke w Li­stach do mło­de­go po­ety. Od razu przy­po­mnia­łem so­bie, jak By­ron w wier­szu skry­ty­ko­wał słu­żal­czych Gre­ków:

Czy two­ja lut­nia o bo­skich dźwię­kach

Ma skoń­czyć w mo­ich nie­god­nych rę­kach?1

Wie­lu mo­ich stu­den­tów uzna­ło jed­nak, że gra jest war­ta świecz­ki, a na pew­no do­star­czy spo­ro roz­ryw­ki. Po­niż­sze li­sty uka­zu­ją me­ri­tum na­szych dys­ku­sji – ad­re­su­ję je do jed­nej oso­by, któ­ra re­pre­zen­tu­je wszyst­kich stu­den­tów.

1 Wszyst­kie cyt., o ile nie po­da­no ina­czej, w tłum. D.Ż.

I

Mój dro­gi X,

po­chle­biasz mi i wpra­wiasz w za­kło­po­ta­nie, py­ta­jąc, jak po­win­no wy­glą­dać ży­cie ra­dy­ka­ła czy też „kon­te­sta­to­ra”. Po­chle­biasz mi swo­im prze­ko­na­niem, że mógł­bym sta­no­wić pod tym wzglę­dem „wzór”, choć nie­mal z de­fi­ni­cji jed­no ży­cie nie wy­star­czy, by się nim stać (zwłasz­cza że, sko­ro jest zbu­do­wa­ne na idei sprze­ci­wu, nie na­le­ży za­kła­dać, że po­win­no się je na­śla­do­wać). W za­kło­po­ta­nie z ko­lei wpra­wia mnie ty­tuł, któ­ry pro­po­nu­jesz. To dziw­ne, lecz praw­dzi­we, że w na­szym ję­zy­ku i kul­tu­rze bra­ku­je wła­ści­we­go sło­wa na od­da­nie tego, co masz na my­śli. Szla­chet­ne­go mia­na „dy­sy­den­ta” nie moż­na so­bie po pro­stu nadać – na­le­ży na nie za­słu­żyć. Wią­żą się z nim po­świę­ce­nie i ry­zy­ko, a nie je­dy­nie sprze­ciw, i zo­sta­ło uszla­chet­nio­ne lo­sa­mi wie­lu zna­ko­mi­tych, od­waż­nych męż­czyzn i ko­biet. „Ra­dy­kał” jest in­nym po­ży­tecz­nym i za­szczyt­nym ty­tu­łem – pod wie­lo­ma wzglę­da­mi bar­dzo mi od­po­wia­da – lecz bywa groź­ny dla zdro­wia, o czym opo­wiem ci w jed­nym z ko­lej­nych li­stów. Inne okre­śle­nia, któ­re nam po­zo­sta­ją – „au­tsaj­der”, „śmia­łek”, „bun­tow­nik”, „mło­dy gniew­ny”, „upar­ciuch” – są tro­chę afek­to­wa­ne i nie­po­waż­ne, a przez to w ja­kimś stop­niu pro­tek­cjo­nal­ne. Gdy się je sto­su­je, po­wsta­je wra­że­nie, że spo­łe­czeń­stwo ni­czym po­błaż­li­wa ro­dzi­na to­le­ru­je czy wręcz po­dzi­wia eks­cen­trycz­ność. Na­wet ter­mi­nu „ob­ra­zo­bur­ca” rzad­ko uży­wa się w zna­cze­niu ne­ga­tyw­nym – prze­waż­nie owo „bu­rze­nie ob­ra­zów” uka­zy­wa­ne jest, ko­niec koń­ców, jako nie­szko­dli­we roz­ła­do­wa­nie ener­gii. Ist­nie­ją już na­wet utrwa­lo­ne zwro­ty, któ­ry­mi wy­ra­ża się apro­ba­tę dla tego ro­dza­ju skłon­no­ści. Naj­now­szym z nich jest praw­do­po­dob­nie „nie­sza­blo­no­we my­śle­nie” przed­sta­wia­ne jako umie­jęt­ność god­na po­zaz­drosz­cze­nia. Ja sam żyję na tyle dłu­go, że – mam na­dzie­ję – wy­ro­słem już z wie­ku „nie­grzecz­ne­go chło­pa­ka”, któ­rym nie­gdyś by­łem, i sta­łem się „nu­dzia­rzem”. Aż w koń­cu „ogrom­na pro­tek­cjo­nal­ność po­tom­nych” – su­ge­styw­ne okre­śle­nie uku­te przez E.P. Thomp­so­na, he­re­ty­ka, któ­ry był już we­te­ra­nem, gdy ja do­pie­ro za­czy­na­łem – spo­wi­je moje ko­ści.

Oczy­wi­ście je­śli ktoś my­śli zbyt nie­sza­blo­no­wo, może się zde­rzyć z okre­śle­nia­mi znacz­nie mniej „to­le­ran­cyj­ny­mi”. Sło­wa klu­cze to: „fa­na­tyk”, „za­dy­miarz”, „awan­tur­nik”, „mal­kon­tent”. Po­mię­dzy tymi bie­gu­na­mi od­naj­dzie­my nie­zli­czo­ne, epa­tu­ją­ce sa­mo­za­do­wo­le­niem pa­mięt­ni­ki o sza­blo­no­wych ty­tu­łach, ta­kich jak „Pod prąd” czy „Na prze­kór”. (Ha­rold Ro­sen­berg zna­ne­mu mu śro­do­wi­sku „no­wo­jor­skich in­te­lek­tu­ali­stów” nadał zbio­ro­wą na­zwę „sta­da nie­za­leż­nych umy­słów”).

Prze­mysł roz­ryw­ko­wy z jego nie­za­spo­ka­jal­ny­mi po­trze­ba­mi tak­że po­zba­wia nas róż­nych form sty­lu kry­tycz­ne­go oraz zdol­no­ści jego do­ce­nia­nia. Po­wie­dze­nie o kimś, że wy­po­wia­da się w spo­sób „sa­ty­rycz­ny” lub „iro­nicz­ny”, jest dziś ko­lej­ną me­to­dą pro­tek­cjo­nal­ne­go trak­to­wa­nia. Sa­ty­ryk to szyb­ko ga­da­ją­cy cy­nik, a iro­nia to sar­kazm albo po­pi­sy i mę­dr­ko­wa­nie. Kie­dy cen­ne, nie­moż­li­we do za­stą­pie­nia sło­wo, ta­kie jak „iro­nia”, sta­je się nie­do­wa­rzo­nym sy­no­ni­mem ano­mii, gwał­tow­nie kur­czy się prze­strzeń ory­gi­nal­no­ści.

Ale nie na­rze­kaj­my. Nikt nie może ocze­ki­wać, że bę­dzie żył w cza­sach sprzy­ja­ją­cych ten­den­cjom wy­wro­to­wym. W koń­cu więk­szość lu­dzi przez więk­szość cza­su pra­gnie ak­cep­ta­cji lub bez­pie­czeń­stwa. To tak­że nie po­win­no nas za­ska­ki­wać (zresz­tą dą­że­nia te jako ta­kie nie za­słu­gu­ją by­naj­mniej na po­tę­pie­nie). Nie­mniej w każ­dej epo­ce ist­nie­li lu­dzie, któ­rzy czu­li się tro­chę poza. Nie bę­dzie prze­sa­dą stwier­dze­nie, że ludz­kość wie­le im za­wdzię­cza, nie­za­leż­nie od tego, czy się z nimi zga­dza­ła. (Na­wia­sem mó­wiąc, nie ocze­kuj po­dzię­ko­wań. Ży­cie opo­zy­cjo­ni­sty jest po pro­stu trud­ne, i tyle).

W tej chwi­li przy­szło mi do gło­wy sło­wo „od­szcze­pie­niec”, któ­re do­brze nada­wa­ło­by się do na­szych ce­lów, gdy­by nie jego re­li­gij­ne i sek­ciar­skie ko­no­ta­cje. Po­dob­ny pro­blem na­strę­cza okre­śle­nie „wol­no­my­śli­ciel”, choć wy­da­je się lep­sze o tyle, że pod­kre­śla ele­ment sa­mo­dziel­ne­go my­śle­nia. Isto­ta nie­za­leż­ne­go umy­słu po­le­ga nie na tym, o czym my­śli, lecz w jaki spo­sób to robi. Ter­min „in­te­lek­tu­ali­sta” wy­my­śli­li na­to­miast Fran­cu­zi wie­rzą­cy w winę ka­pi­ta­na Al­fre­da Drey­fu­sa: uwa­ża­li, że sta­ją w obro­nie or­ga­nicz­ne­go, har­mo­nij­ne­go, upo­rząd­ko­wa­ne­go spo­łe­czeń­stwa przed ni­hi­li­zmem, i tym po­gar­dli­wym sło­wem okre­śla­li lu­dzi, któ­rzy ich zda­niem byli wy­ko­le­je­ni, sku­pie­ni na so­bie, nie­lo­jal­ni i nie­pew­ni. Sło­wo to do dziś nie wy­zby­ło się cał­ko­wi­cie tych ko­no­ta­cji, choć obec­nie znacz­nie rza­dziej uży­wa się go w cha­rak­te­rze znie­wa­gi. (Po­dob­nie jak „to­rys”, „im­pre­sjo­ni­sta” i „su­fra­żyst­ka” – okre­śle­nia po­wsta­łe jako in­wek­ty­wy czy obe­lgi – zo­sta­ło za­anek­to­wa­ne przez część ob­ra­ża­nych, któ­rzy od­tąd uży­wa­li go z dumą). Trud­no twier­dzić, że jest się „in­te­lek­tu­ali­stą” – lub „dy­sy­den­tem” – bez pew­ne­go po­czu­cia za­że­no­wa­nia, choć Emil Zola daje do­bry przy­kład, zaś jego sa­mot­na kam­pa­nia na rzecz spra­wie­dli­wo­ści sta­no­wi jed­ną z naj­wspa­nial­szych ilu­stra­cji tego, cze­go może do­ko­nać jed­nost­ka.

Zola nie po­trze­bo­wał jed­nak szcze­gól­nej siły in­te­lek­tu, by sta­nąć w obro­nie po­krzyw­dzo­ne­go. Po­słu­żył się przede wszyst­kim umie­jęt­no­ścia­mi do­cho­dze­nio­wy­mi i dzien­ni­kar­ski­mi, z któ­rych ko­rzy­stał, two­rząc tło spo­łecz­ne swo­ich po­wie­ści. W ten spo­sób uzbro­ił się w nie­pod­wa­żal­ne fak­ty. To jed­nak nie wy­star­czy­ło, po­nie­waż an­ty­drey­fu­sow­com nie cho­dzi­ło o usta­le­nie winy lub nie­win­no­ści oskar­żo­ne­go. Otwar­cie twier­dzi­li, że w imię ra­cji sta­nu nie na­le­ży po­now­nie roz­pa­try­wać jego spra­wy, ta­kie po­su­nię­cie mo­gło­by bo­wiem pod­wa­żyć pu­blicz­ne za­ufa­nie do pań­stwo­we­go ładu i in­sty­tu­cji. Po co ry­zy­ko­wać? I to dla Żyda? Zwo­len­ni­ków Drey­fu­sa oskar­ża­no więc nie tyle o błęd­ne usta­le­nie fak­tów, ile o to, że po­stę­pu­ją jak nie­pa­trio­tycz­ni, bez­boż­ni zdraj­cy. Z tego po­wo­du wie­lu prze­zor­nych lu­dzi wo­la­ło nie za­bie­rać gło­su w spra­wie.

Sta­ro­żyt­ni Rzy­mia­nie uku­li po­wie­dze­nie fiat iu­sti­tia – ruat ca­elum. Spra­wie­dli­wo­ści musi stać się za­dość, choć­by nie­bo mia­ło ru­nąć. W każ­dej epo­ce byli tacy, któ­rzy twier­dzi­li, że pew­ne „wyż­sze” do­bra, ta­kie jak ple­mien­na so­li­dar­ność czy spój­ność spo­łecz­na, są waż­niej­sze od spra­wie­dli­wo­ści. Ak­sjo­mat cy­wi­li­za­cji „Za­cho­du” za­sa­dza się po­noć na tym, że jed­nost­ki – lub praw­dy – nie moż­na po­świę­cić dla hi­po­te­tycz­nych ko­rzy­ści, ta­kich jak „po­rzą­dek”. Jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści do­cho­dzi­ło do tego bar­dzo czę­sto. Dzie­je się tak, po­nie­waż jed­nost­ki wal­czą ze zbio­ro­wo­ścia­mi, a te pra­gną spo­koj­ne­go ży­cia. Emil Zola mógł być wzo­rem dla za­an­ga­żo­wa­nych i hu­ma­ni­stycz­nie zo­rien­to­wa­nych ra­dy­ka­łów, po­nie­waż nie tyl­ko uzna­wał nie­zby­wal­ne pra­wa jed­no­stek, lecz tak­że uogól­nił swo­je oskar­że­nie, wska­zu­jąc na nik­czem­ną rolę, jaką od­gry­wa­ły kle­ry­ka­lizm, nie­na­wiść ra­so­wa, mi­li­ta­ryzm oraz fe­ty­szy­za­cja „na­ro­du” i pań­stwa. Jego zja­dli­wą, bły­sko­tli­wą kam­pa­nię li­sto­wą, któ­rą pro­wa­dził w la­tach 1897–1898, moż­na uznać za pier­wo­wzór więk­szo­ści zna­ko­mi­tych ak­cji sprze­ci­wu or­ga­ni­zo­wa­nych póź­niej w dwu­dzie­stym wie­ku.

Lu­dzie nie pa­mię­ta­ją, że przed na­pi­sa­niem słyn­ne­go li­stu Oskar­żam do pre­zy­den­ta re­pu­bli­ki Zola wy­sto­so­wał wie­le li­stów otwar­tych do fran­cu­skiej mło­dzie­ży oraz do sa­mej Fran­cji. Nie ogra­ni­czał się do pięt­no­wa­nia sko­rum­po­wa­nej eli­ty, lecz usta­wił zwier­cia­dło, w któ­rym swo­je brzyd­kie ob­li­cze mo­gła uj­rzeć opi­nia pu­blicz­na. Do mło­dych, wspo­mi­na­jąc chwa­leb­ne cza­sy, gdy w dziel­ni­cy ła­ciń­skiej de­mon­stro­wa­no po­par­cie dla Pol­ski i Gre­cji, pi­sał o od­ra­zie, jaką czuł wzglę­dem stu­den­tów pro­te­stu­ją­cych prze­ciw obroń­com Drey­fu­sa:

An­ty­se­mi­ci wśród na­szej mło­dzie­ży? Oni wciąż ist­nie­ją? Ta idio­tycz­na tru­ci­zna już zdo­ła­ła ska­zić mło­de umy­sły i znisz­czyć du­sze? Co za przy­kre, nie­po­ko­ją­ce od­kry­cie na nowe stu­le­cie, któ­re nie­ba­wem za­wi­ta. Wiek po De­kla­ra­cji Praw Czło­wie­ka, wiek po ak­cie naj­wyż­szej to­le­ran­cji i eman­cy­pa­cji osu­wa­my się z po­wro­tem w woj­nę re­li­gij­ną, w naj­ohyd­niej­sze, naj­głup­sze fa­na­ty­zmy!

Opi­su­jąc tok­sycz­ną at­mos­fe­rę mo­ral­ną, Zola po­słu­żył się ude­rza­ją­cym ob­ra­zem:

Pa­nu­ją hań­bią­ce rzą­dy ter­ro­ru, naj­dziel­niej­si za­mie­nia­ją się w tchó­rzy i każ­dy boi się mó­wić, co my­śli, by nie zo­stać uzna­nym zdraj­cą albo ła­pów­ka­rzem. Tych parę ga­zet, któ­re po­cząt­ko­wo bro­ni­ły spra­wie­dli­wo­ści, te­raz czoł­ga się uni­że­nie przed czy­tel­ni­ka­mi.

Wró­cił do tego wąt­ku w li­ście do na­ro­du fran­cu­skie­go, pro­sząc współ­o­by­wa­te­li o za­sta­no­wie­nie:

Czy zda­jesz so­bie spra­wę, że nie­bez­pie­czeń­stwo kry­je się wła­śnie w tym upo­rczy­wym mro­ku otu­ma­nia­ją­cym opi­nię pu­blicz­ną? Set­ki pism po­wta­rza co dzień, że opi­nia pu­blicz­na nie chce nie­win­no­ści Drey­fu­sa, że usta­le­nie jego winy jest ko­niecz­ne dla do­bra oj­czy­zny. Czy czu­jesz, jak bar­dzo za­wi­nił­byś, gdy­by naj­wyż­sze czyn­ni­ki po­czu­ły się upo­waż­nio­ne ta­kim so­fi­zma­tem do zdła­wie­nia praw­dy?1

Ana­li­zy spo­łecz­ne Zoli ni­g­dy nie były abs­trak­cyj­ne – w dal­szej czę­ści li­stu de­ma­sko­wał nie­mal sado-ma­so­chi­stycz­ne przy­wią­za­nie lę­kli­we­go tłu­mu do „sil­nych męż­czyzn” i woj­ska:

Uczyń ra­chu­nek su­mie­nia: czy ty na­praw­dę ar­mii swo­jej chcia­łaś bro­nić wte­dy, gdy nikt jej nie ata­ko­wał? Czy nie od­czu­wa­łaś ra­czej gwał­tow­nej po­trze­by wzno­sze­nia okrzy­ków na cześć sza­bel­ki?

W grun­cie rze­czy w ży­łach two­ich nie pły­nie jesz­cze krew re­pu­bli­kań­ska; ser­ce ci bije na wi­dok pió­ro­pu­szy, przy­je­dzie ja­kiś król i ty od razu je­steś w nim za­ko­cha­na. […] Ar­mia two­ja, ba! wca­le o niej nie my­ślisz! Po pro­stu chcesz mieć w swym łożu ge­ne­ra­ła2.

Naj­lep­szym frag­men­tem jego ar­gu­men­ta­cji jest moim zda­niem ten, w któ­rym wska­zu­je na współ­wi­nę Ko­ścio­ła:

Czy wiesz, do­kąd idziesz, Fran­cjo? Do Ko­ścio­ła, wra­casz ku prze­szło­ści, ku tej prze­szło­ści nie­to­le­ran­cji i teo­kra­ty­zmu, któ­rą naj­zna­ko­mit­sze z two­ich dzie­ci zwal­cza­ły […]. Dziś tak­ty­ka an­ty­se­mi­ty­zmu jest zu­peł­nie pro­sta. Na próż­no si­lił się ka­to­li­cyzm od­dzia­ły­wać na lud, two­rzył klu­by ro­bot­ni­cze, or­ga­ni­zo­wał czę­ste piel­grzym­ki, nie uda­ło mu się po­zy­skać go na nowo i przy­pro­wa­dzić z po­wro­tem do stóp oł­ta­rzy. Sta­ła się rzecz nie­odwo­łal­na, ko­ścio­ły świe­ci­ły pust­ka­mi, lud prze­stał wie­rzyć. Lecz oto oko­licz­no­ści po­zwo­li­ły tchnąć w lud an­ty­se­mic­kie sza­leń­stwo, są­czy się weń tru­ci­znę fa­na­ty­zmu, pę­dzi się go na uli­cę z okrzy­kiem: „Precz z Ży­da­mi! Śmierć Ży­dom!”. […] [A] kie­dy się uczy­ni z ludu Fran­cji fa­na­ty­ka i opraw­cę, kie­dy mu się wy­drze z ser­ca szla­chet­ność i umi­ło­wa­nie tak cięż­ko zdo­by­tych praw czło­wie­ka, Bóg z pew­no­ścią do­ko­na resz­ty3.

Było to sa­eva in­di­gna­tio o mocy nie­spo­ty­ka­nej od cza­sów Swi­fta. Póź­niej wy­star­czy­ło już tyl­ko, by w li­ście do pre­zy­den­ta Féli­xa Fau­re’a, opu­bli­ko­wa­nym na pierw­szej stro­nie ga­ze­ty „L’Au­ro­re”, Zola uzu­peł­nił swój akt oskar­że­nia o szcze­gó­ły, w tym skie­ro­wa­ny prze­ciw syn­dy­ka­to­wi re­ak­cjo­ni­stów za­rzut po­peł­nie­nia po­dwój­nej zbrod­ni: ob­cią­że­nia nie­win­ne­go czło­wie­ka i unie­win­nie­nia prze­stęp­cy. (Gdy mowa o „nie­uczy­nie­niu za­dość” spra­wie­dli­wo­ści, jak to wła­dze zwy­kły neu­tral­nie i uro­kli­wie okre­ślać, war­to pa­mię­tać, że oskar­że­nie nie­win­ne­go w oczy­wi­sty spo­sób po­cią­ga za sobą unie­win­nie­nie win­ne­go. To żad­ne „nie­uczy­nie­nie za­dość” spra­wie­dli­wo­ści, lecz jej ohyd­ne po­gwał­ce­nie).

Po­czy­taj uważ­nie Zolę, a mniej będą cię za­ska­ki­wać sza­leń­stwa i zbrod­nie – od Ver­dun po Vi­chy – któ­rych do­ko­na­no póź­niej nie tyl­ko we Fran­cji, ale i w ca­łej Eu­ro­pie: pro­ce­sy po­ka­zo­we, obo­zy, woj­sko­we pa­ra­dy, nie­omyl­ni przy­wód­cy. Zro­zu­miesz le­piej, dla­cze­go Wa­ty­kan ni­g­dy nie wyda uczci­we­go lub jed­no­znacz­ne­go oświad­cze­nia na te­mat hi­sto­rycz­nych sto­sun­ków Ko­ścio­ła z Ży­da­mi, pro­te­stan­ta­mi i nie­wie­rzą­cy­mi, choć obec­nie pró­bu­je to ro­bić nie­mal co­dzien­nie. Wszyst­ko to moż­na wy­wieść od dzia­łań jed­ne­go zde­ter­mi­no­wa­ne­go czło­wie­ka z za­sa­da­mi, któ­ry z po­wo­dze­niem ko­rzy­stał z pra­wa do sprze­ci­wu i do­ma­gał się wy­słu­cha­nia nie „w są­dzie”, jak dziś czę­sto ma­wia­my, sta­ra­jąc się nadać spra­wie po­zo­rów neu­tral­no­ści, lecz przed pu­blicz­no­ścią.

Jesz­cze jed­na ob­ser­wa­cja na te­mat daw­nych cza­sów: o ile od­wa­ga nie na­le­ży do naj­waż­niej­szych cnót, o tyle bez niej ko­rzy­sta­nie z po­zo­sta­łych jest nie­moż­li­we. Jed­nak ona tak­że nie wią­że się bez­po­śred­nio z in­te­lek­tem. Ga­li­le­usz do­ko­nał od­kry­cia, któ­re pod­wa­ży­ło wy­god­ną ko­smo­lo­gię oj­ców Ko­ścio­ła, ale gdy za­gro­żo­no mu tor­tu­ra­mi, szyb­ko się wy­co­fał. Jego po­ka­ja­nie się nie wpły­nę­ło oczy­wi­ście na ruch ciał nie­bie­skich i Zie­mia na­dal krą­ży­ła wo­kół Słoń­ca, nie­za­leż­nie od opi­nii Wa­ty­ka­nu. (Ga­li­le­usz, za­raz po od­wo­ła­niu swo­ich po­glą­dów, miał po­dob­no mruk­nąć: ep­pur si mu­ove – a jed­nak się krę­ci).

Jego spra­wa sta­no­wi jed­nak ra­czej przy­kład nie­obiek­tyw­ne­go pro­ce­su niż he­re­tyc­kiej od­wa­gi. To inni mu­sie­li się nią wy­ka­zać w jego imie­niu, tak jak Zola mu­siał de­mon­stro­wać od­wa­gę w imie­niu Drey­fu­sa. (Swo­ją dro­gą, dziś jest już nie­mal pew­ne, że Zola zo­stał za­mor­do­wa­ny we śnie, a nie zmarł udu­szo­ny cza­dem z nie­spraw­ne­go pie­cy­ka. To ko­lej­ny do­wód, że wiel­cy lu­dzie naj­czę­ściej są nie­do­ce­nia­ni w swo­ich cza­sach i we wła­snych kra­jach).

Czę­sto my­ślę o moim nie­ży­ją­cym przy­ja­cie­lu Ro­nie Ri­den­ho­urze, o któ­rym prze­lot­nie zro­bi­ło się gło­śno, gdy, słu­żąc w Wiet­na­mie, ze­brał i ujaw­nił do­wo­dy po­twor­nej ma­sa­kry miesz­kań­ców wio­ski My Lai, do­ko­na­nej w 1968 roku. Jed­ną z naj­trud­niej­szych rze­czy, z ja­ki­mi czło­wiek może się zmie­rzyć, jest od­kry­cie, że „jego” stro­na nie ma ra­cji w to­czą­cej się woj­nie. Pre­sję, by mil­czeć i „trzy­mać ze swo­imi”, wzmac­nia­ją oskar­że­nia o tchó­rzo­stwo i zdra­dę, któ­re na­tych­miast pa­da­ją prze­ciw­ko my­ślą­cym ina­czej. Zło­wro­gie sfor­mu­ło­wa­nia, któ­re mają wy­mu­szać pod­po­rząd­ko­wa­nie, ta­kie jak „cios w ple­cy” czy „wrę­cza­nie bro­ni wro­gom”, na­ro­dzi­ły się wła­śnie w ta­kich sy­tu­acjach i za­wsze są na po­do­rę­dziu w wal­ce o jed­no­myśl­ność. Opie­ra­jąc się im i ob­sta­jąc przy prze­ko­na­niu, że ame­ry­kań­skich ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy po­win­ny obo­wią­zy­wać re­gu­ły pra­wa wo­jen­ne­go, Ron Ri­den­ho­ur za­wsty­dził wie­le osób, któ­re przyj­mo­wa­ły bez­piecz­niej­sze sta­no­wi­ska. Pew­ne­go razu po­wie­dział mi, że na jego ko­rzyść za­dzia­ła­ło pew­nie to, iż nie był ja­kimś nad­wraż­li­wym uczel­nia­nym mę­dr­kiem, tyl­ko po­cho­dził z ubo­giej bia­łej wiej­skiej ro­dzi­ny z Ari­zo­ny. Jak wspo­mi­nał, wszyst­ko się za­czę­ło, gdy le­żał na łóż­ku – on, nie­wy­kształ­co­ny po­bo­ro­wy – i usły­szał, jak gru­pa żoł­nie­rzy z ochot­ni­cze­go za­cią­gu pla­no­wa­ła noc­ną na­paść na je­dy­ne­go czar­ne­go sze­re­gow­ca w ba­ra­ku. Ron po­wie­dział, że usiadł i usły­szał, jak z jego ust wy­do­by­wa­ją się sło­wa: „Je­śli chce­cie to zro­bić, naj­pierw bę­dzie­cie mu­sie­li po­ra­dzić so­bie ze mną”. Jak to czę­sto bywa, zde­ter­mi­no­wa­na po­sta­wa jed­ne­go czło­wie­ka wy­star­czy­ła, by po­wstrzy­mać tych, któ­rzy byli od­waż­ni tyl­ko w gru­pie. Waż­ne jest jed­nak to, że aż do ostat­niej, klu­czo­wej chwi­li Ri­den­ho­ur nie miał po­ję­cia, że się w ten spo­sób za­cho­wa.

Mia­łem przy­wi­lej i szczę­ście spo­tkać w ży­ciu wie­lu od­waż­nych dy­sy­den­tów z róż­nych kra­jów i spo­łe­czeństw. Ich ka­rie­ry (któ­rych w pew­nym sen­sie nie wy­bra­li sami – to one wy­bra­ły ich) zwy­kle za­czy­na­ły się od ja­kie­goś in­cy­den­tu w mło­do­ści, kie­dy stwier­dzi­li, że mu­szą sta­nąć w obro­nie ja­kiejś oso­by lub spra­wy. Część z nich przy­ję­ła też wów­czas zbiór za­sad, któ­re się póź­niej w nich za­ko­rze­ni­ły. Ber­trand Rus­sell w Au­to­bio­gra­fii wspo­mi­na, że jego bu­dzą­ca lęk pu­ry­tań­ska bab­ka po­da­ro­wa­ła mu „Bi­blię ze swo­imi ulu­bio­ny­mi tek­sta­mi, wy­pi­sa­ny­mi na pu­stej stro­ni­cy. Mię­dzy nimi było: «Nie bę­dziesz po­dą­żał za tłu­mem, by czy­nić zło». Na­cisk, jaki kła­dła na ten tekst, wy­ro­bił we mnie brak oba­wy przed na­le­że­niem do drob­nej mniej­szo­ści”4. To na­praw­dę uj­mu­ją­ce, że przy­szły młot na chrze­ści­jan utwier­dził się w swo­ich po­glą­dach w taki wła­śnie spo­sób. Oka­zu­je się, że gór­no­lot­ne mak­sy­my mogą ode­grać waż­ną rolę w naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nych mo­men­tach.

Czę­sto „chrzest” przy­szłe­go kon­te­sta­to­ra na­stę­pu­je w zu­peł­nie nie­prze­wi­dzia­nej sy­tu­acji – na przy­kład jest ak­tem sprze­ci­wu wo­bec prze­mo­cy, hi­po­kry­zji lub głu­po­ty pe­da­go­gicz­nej. Zu­peł­nie moż­li­we, że re­ak­cja taka wy­ni­ka z pew­nych wro­dzo­nych cech, a nie jest wy­uczo­na: Nic­kle­by do ostat­niej chwi­li nie wie, że w trwa­ją­cym spo­rze sta­nie po stro­nie Smi­ke’a5. Noam Chom­sky wspo­mi­na, że gdy jako mło­dy czło­wiek usły­szał wia­do­mość o znisz­cze­niu Hi­ro­szi­my, po­czuł po­trze­bę, by wyjść i za­szyć się gdzieś w sa­mot­no­ści, po­nie­waż nie miał ni­ko­go, z kim mógł­by o tym po­roz­ma­wiać. Chcia­ło­by się wie­rzyć, że ta­kie po­sta­wy są wro­dzo­ne, wte­dy mo­gli­by­śmy mieć pew­ność, że będą się po­ja­wiać nie­za­leż­nie od ich upo­wszech­nia­nia w for­mie do­brych prak­tyk czy umo­ral­nia­ją­cych opo­wie­ści.

Być może, dro­gi X, w wy­mie­nio­nych prze­ze mnie oso­bach do­strze­gasz tak­że wła­sne ce­chy – skłon­ność do opo­ru, choć­by sym­bo­licz­ne­go, prze­ciw ar­bi­tral­nie usta­no­wio­nym au­to­ry­te­tom czy bez­ro­zum­nym prze­ko­na­niom mas albo dreszcz eks­cy­ta­cji po prze­czy­ta­niu traf­ne­go zda­nia na­pi­sa­ne­go przez czło­wie­ka o nie­za­leż­nej umy­sło­wo­ści. Je­śli tak jest, chciał­bym da­lej z tobą ko­re­spon­do­wać, bym mógł czer­pać z two­ich do­świad­czeń, choć schle­biasz mi, pro­sząc, abym to ja ze­chciał się dzie­lić swo­imi. Tym­cza­sem pa­mię­taj, że cy­ni­cy mają po czę­ści ra­cję, gdy wy­śmie­wa­ją „za­wo­do­wych kon­te­sta­to­rów”. Sprze­ciw nie jest rów­no­znacz­ny z ni­hi­li­zmem. I nie ist­nie­ją żad­ne uczci­we czy spraw­dzo­ne spo­so­by, aby na nim za­ra­biać. Kon­te­sta­cja jest czę­ścią two­jej na­tu­ry, a nie za­wo­dem.

1 Emil Zola, Oskar­żam!, tłum. Zbi­gniew Bień­kow­ski, Ja­dwi­ga Dmo­chow­ska, Ire­na Ro­lew­ska, War­sza­wa: PIW, 1953, s. 50.

2 Tam­że, s. 56.

3 Tam­że, s. 57.

4 Ber­trand Rus­sell, Au­to­bio­gra­fia 1872–1914, tłum. Bro­ni­sław Zie­liń­ski, War­sza­wa: Czy­tel­nik, 1996, s. 32.

5 Cho­dzi o po­sta­ci z po­wie­ści Char­le­sa Dic­ken­sa Ni­cho­las Nic­kle­by.

Przed­mo­wa

Wpro­wa­dze­nie

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

Prze­sła­nie

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Let­ters to a Young Con­tra­rian

Re­dak­cja: Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Stę­plew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Co­py­ri­ght © 2001 by Chri­sto­pher Hit­chens

This edi­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ba­sic Bo­oks, an im­print of Per­seus Bo­oks, LLC, a sub­si­dia­ry of Ha­chet­te Book Gro­up, Inc.

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Da­riusz Żu­kow­ski, 2017

ISBN 978-83-65271-45-7

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Listy do młodego kontestatora Bóg nie jest wielki Śmiertelność 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław