Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol

Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol

Autorzy: Jimmy Burns

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.18 zł

Od Ricardo Zamory do Ikera Casillasa. Od Josepa Samitiera do Andrésa Iniesty. Od Alfredo di Stéfano do Davida Villi. Ceniony dziennikarz sportowy Jimmy Burns przekopuje się przez historię piłki nożnej, by pokazać, jak futbol połączył Hiszpanię, a hiszpański styl gry podbił serca kibiców na całym świecie.

Pracując nad książką, autor odkrywa, że pierwszym ulubionym klubem Franco był Athletic Bilbao, barwy FC Barcelony wcale nie muszą pochodzić ze Szwajcarii, Atlético Madryt założone zostało przez Basków, a słynne zawołanie kibiców Realu Hala, Madrid! wymyślił dziewięcioletni syn króla.

Piłkarska furia zabiera czytelnika w podróż przez najważniejsze mecze i momenty, które zdefiniowały hiszpański futbol: od pierwszych kopnięć piłki w miastach i na plażach, przez powstanie ligi i rywalizację gigantów – FC Barcelony i Realu Madryt, po grę reprezentacji Hiszpanii, która w wielkim stylu sięgnęła po mistrzostwo świata i dwa razy triumfowała w mistrzostwach Europy.

 

Ta książka wychodzi poza piłkarskie ramy, by pomóc zrozumieć kraj i społeczeństwo. Pokazuje transformację Hiszpanii poprzez, dzięki i na przekór tej wspaniałej grze.
Guillem Balagué

Jimmy Burns objaśnił nam historię Hiszpanii poprzez boisko piłkarskie. To wspaniała podróż od Ameryki Południowej po Barcelonę i Madryt, podczas której za oknem zobaczymy Don Kichota, generała Franco, Ricardo Zamorę, Alfredo di Stéfano i współczesnych mistrzów. Taka forma opisywania historii futbolu, jaką stosuje Jimmy Burns, jest mi szczególnie bliska.
Stefan Szczepłek, „Rzeczpospolita”

Najciekawiej o piłce piszą ci, którzy dostrzegają jej polityczny, społeczny i kulturowy kontekst. Burns jest w tym mistrzem, a tu jeszcze idealnie wybrał okolicę – współczesna Hiszpania bez futbolu nie istniałaby nawet teoretycznie.
Rafał Stec, „Gazeta Wyborcza” i wyborcza.pl

Lektura książki Burnsa daje wgląd w te warstwy historii futbolu, do których kibice docierają rzadko, gdyż brakuje im przewodników. Burns jest przewodnikiem najlepszym z możliwych.
Leszek Orłowski, „Piłka Nożna” i NC+

Fascynująca podróż w czasie do kraju zakochanego w piłce nożnej. Wielka polityka i dramatyczne wydarzenia historyczne są dla Burnsa jedynie tłem. Autor prowadzi czytelnika za rękę, pisze w sposób czarujący i fachowy. To obowiązkowa lektura dla każdego, kto kocha hiszpański futbol.
Mateusz Święcicki, Eleven Sports

Ta książka jest jak długa, fascynująca podróż po Hiszpanii. Zaczynasz od XIX-wiecznych kopalni Rio Tinto, kończysz na wielkich sukcesach reprezentacji. Piłkarze, generałowie, mecze, przewroty, kluby i partie – doskonały dokument Burnsa.
Rafał Lebiedziński

 

BIOGRAM

Jimmy Burns
Urodził się w Madrycie w 1953 roku. Uczył się w stolicy Hiszpanii, studiował w Lancashire i Londynie, poznając brytyjską, kastylijską i katalońską kulturę. Pracował dla BBC, „London Observer”, „The Economist”, był korespondentem „Financial Times” w Lizbonie, Hiszpanii i Buenos Aires, skąd relacjonował wojnę o Falklandy i przemiany polityczne w Argentynie. Przez lata pracował nie tylko dla mediów z Wielkiej Brytanii, ale też z całej Europy i Stanów Zjednoczonych, pisząc o wydarzeniach politycznych i społecznych w Argentynie, Chile, Urugwaju czy Paragwaju. Ceniony i wielokrotnie nagradzany na całym świecie autor książek, m.in. Ręka Boga. Życie Diego Maradony (Zysk i S-ka, 2004) oraz Barça. Życie, pasja, ludzie (Wydawnictwo SQN, 2014). Gdy nie przebywa akurat w Hiszpanii lub nie podróżuje po świecie, mieszka w Londynie.

Dla Kidge, Julii i Miriam

Wstęp Macieja Leszczyńskiego

Czy łatwo zostać

mistrzem świata?

Pytanie tytułowe, na które w niniejszej książce odpowiada także autor, zdaje się mieć banalną odpowiedź. Gdyby rzeczywiście było łatwo, mistrzem mógłby być każdy. Czy istnieje jedna droga, która zawsze kończy się sukcesem? Na pewno nie. Mundial z 2010 roku niewątpliwie zainspirował Jimmy’ego Burnsa do napisania o genezie sukcesu Hiszpanii. Nie jest to jednak książka, którą należy traktować jako przewodnik i wpoić przedstawione w niej wartości każdej reprezentacji – napisać historii od nowa po prostu nie można.

Kiedy polski nastolatek usłyszy w szkole „Hiszpania”, jego pierwszym skojarzeniem pewnie wcale nie będzie Don Kichot z La Manchy, lecz Real Madryt i Barcelona. Niemal nieprzerwany sukces tych dwóch klubów w ostatnich latach nie jest wyłącznie efektem mądrej polityki transferowej czy posiadania najlepszych na świecie zawodników. Fenomen tych klubów polega także na ludziach, na ich identyfikowaniu się z drużyną. Nie jest tak wyłącznie w Kastylii i Katalonii, lecz na całym Półwyspie Iberyjskim. Dotyczy to również reprezentacji Hiszpanii, wokół której podzielony zazwyczaj kraj potrafi się jednoczyć i ramię w ramię trzymać kciuki za jej sukcesy. Tego nie kupi się za żadne pieniądze. Takich zachowań nauczyła historia.

Nasze życie determinuje przypadek, jak jest jednak z piłką nożną? Tworzą ją ludzie, więc nie może być inaczej. Hiszpańska piłka nożna nie jest jednak odzwierciedleniem sytuacji kraju, już lata temu stała się odskocznią od codziennych problemów, ale też ich rozwiązaniem. Sukcesy reprezentacji wlały w serca Hiszpanów ogromną dawkę optymizmu.

W niewielu krajach można spotkać się z tym, by legenda twojego największego wroga była witana ogromnymi oklaskami na twoim stadionie. To właśnie przeżywa do dziś Andrés Iniesta, kiedy Barcelona przyjeżdża na stadion Espanyolu. Pełna podziałów historia Hiszpanii to bezsprzeczny fakt, ale piłka nożna nareszcie potrafiła złączyć to państwo w jednej słusznej sprawie. Indywidualnie mieszkańcy Kraju Basków i Katalonii wciąż nie uznają się za Hiszpanów, jednak większość trzyma kciuki za reprezentację. I dzięki temu ma się później z czego cieszyć.

„Grają jak nigdy, przegrywają jak zawsze” – hasło powtarzane co każdą wielką imprezę jest już historią. Reprezentacja Hiszpanii wygrała trzy wielkie turnieje z rzędu i na stałe wpisała się do annałów. Kiedy drużyna Vicente del Bosque znacząco obniżyła loty, ekipy z Madrytu, Barcelony, Sewilli czy Bilbao notowały doskonałe rezultaty w europejskich pucharach. Dziś nikt nie ma wątpliwości, gdzie grają najlepsi zawodnicy globu. Liga hiszpańska stała się marzeniem niemal każdego młodego piłkarza na świecie. I choćby z tego powodu trzeba sprawdzić, co w tej Hiszpanii jest takiego wyjątkowego i jak to się wszystko zaczęło.

Maciej Leszczyński

RealMadryt.pl

Wstęp Karola Chowańskiego

Piłkarski szczyt

Imponujący rajd po trofea reprezentacji Hiszpanii z lat 2008–2012 do dziś wzbudza uzasadnione zachwyty. Po raz pierwszy doszło do obrony tytułu mistrzów Europy. Pierwszy raz ta sama drużyna narodowa wygrała trzy kolejne wielkie turnieje. La Roja grała jak nigdy i zwyciężała jak nigdy – na przekór swojej historii.

W przypadku hiszpańskiej kadry to wyjątkowo długa historia. Jak wszyscy władcy mórz i oceanów, Hiszpanie wcześnie zapoznali się z piłką nożną. Przybyła statkami, wraz z brytyjskimi marynarzami. Mające przez 27 lat rangę mistrzostw kraju rozgrywki o Puchar Króla zainaugurowano w 1902 roku. Jedna z tradycyjnie najsilniejszych kadrowo europejskich ekip czekała ponad 100 lat, aby osiągać sukcesy na miarę swoich ambicji. Mistrzostwo Europy zdobyte u siebie w 1964 roku było zjawiskiem jednorazowym – nie zapowiadały go wcześniejsze tytuły i długie lata nie udawało się go powtórzyć.

Zwycięski finał przeciwko ZSRR przez dekady przypominał Hiszpanom, że wspiąć się na piłkarski szczyt to jedno. Utrzymać się tam – to zupełnie co innego. W mniejszej skali tę samą lekcję przerabia właśnie Leicester City. Kilka miesięcy po zdobyciu mistrzostwa Anglii jest poza pierwszą piętnastką Premier League. Podczas kadencji trenerów Aragonésa i del Bosque Hiszpanie zmusili rywali do zadzierania głów dłużej niż ktokolwiek przed nimi. Największą wartość ma dla nich fakt, że zrobili to po swojemu. Dzięki tej książce dowiecie się dlaczego.

Wyjątkowe wydarzenia godne epickich kronik powinny mieć szczęście do swoich kronikarzy. Różnie z tym bywa, zwłaszcza w dziedzinie piłki nożnej. Porywa tłumy. Nie cieszy się uznaniem jako temat wielkiej literatury. Dzieło Jimmy’ego Burnsa dowodzi, że to błędne przekonanie. Jego twórca należy do wąskiej grupy autorów, którzy potrafią pisać o piłce z werwą i niepowtarzalnym stylem. Jego relację czyta się jak powieść przygodową lub kryminał. Zazdroszczę każdemu, kto kolejne strony ma dopiero przed sobą.

Autor urodził się w Madrycie. Mieszkał w Katalonii, Portugalii, Ameryce Południowej. Zdobywał wykształcenie w Londynie. Był jedynym brytyjskim korespondentem zagranicznym, który przebywał w Argentynie przed wojną o Falklandy, w jej trakcie i po jej zakończeniu. Bardzo różnorodne doświadczenia dziennikarskie zapewniają mu dostęp do unikatowych źródeł oraz fascynujących rozmówców. Lata obserwacji swoich bohaterów z oddali nadają jego spojrzeniu analitycznego dystansu, którego często brakuje mi u autorów hiszpańskich.

Jasne, w tej historii wszyscy znają zakończenie. Burns musiał szukać walorów gdzie indziej. Jak w studium wielkiej bitwy przedstawia panoramę okoliczności prowadzących do późniejszych zdarzeń. Daje okazję do zrozumienia, co do nich doprowadziło. Powinien z niej skorzystać każdy, kto interesuje się futbolem, sportem i socjologią sportu. Wszyscy inni – również. Jak przekonywałem się wielokrotnie, dzieje hiszpańskiego futbolu są znakomitą zachętą do scharakteryzowania Hiszpanii, jej ludzi, obyczajowości i historii. Żmudna droga do wielkiego sukcesu, przezwyciężenie słabości i cierpkiej przeszłości zyskuje tu formę uniwersalnej opowieści, która dzięki klasie autora pozwala skosztować fenomenu biegania za piłką osobom spoza tej bajki.

W państwie mówiącym czterema różnymi językami, kilkunastoma dialektami, przeżywającym trudne chwile z powodu kryzysu ekonomicznego i na nowo budzących się tendencji separatystycznych piłka nożna może jednoczyć skuteczniej niż cokolwiek innego. Jak w 116. minucie meczu w Johannesburgu.

Autor zaczyna swoją opowieść pytaniem, czy ludzie jeszcze pamiętają, gdzie byli, kiedy po otrzymaniu podania od Fàbregasa Andrés Iniesta katapultował piłkę do holenderskiej bramki i porwał na nogi cały kraj. Ja pamiętam. Na Plaça del Cedre w Walencji. Obok 200 osób szalejących z radości. Jeśli nawet wspomnienie zatarł czas, podczas czytania Piłkarskiej furii na pewno przypomnicie sobie, gdzie wtedy byliście.

Obecna skala talentu w hiszpańskiej lidze i hiszpańskiej kadrze uprawniają mnie do tezy, że kolejne wielkie sukcesy La Roja są kwestią czasu. Książka Jimmy’ego Burnsa pomaga uchwycić, jakie czynniki do tych sukcesów prowadzą. Kto myśli, że wyłącznie piłkarskie – nie zna Hiszpanii.

Oto znakomita okazja do nadrobienia zaległości.

Karol Chowański

FCBarca.com

www.fcbarca.com/w-ciszy-stadionu

Prolog

Meksykańska fala zaczęła się w pewnej miejscowości w Republice Południowej Afryki i widziało ją ponad miliard osób. Im dalej się przesuwała na północ kontynentu, tym większej nabierała mocy. W mgnieniu oka znalazła się po drugiej stronie Morza Śródziemnego i widziano, jak przetaczała się po surowym krajobrazie Kastylii-La Manchy, by wreszcie wypłynąć na ulice Madrytu. Nagle duszący upał i kurz zostały orzeźwione przez najczystszą ludzką energię. W ułamku sekundy centrum stolicy wypełniły tłumy Hiszpanów, którzy przybyli przywitać swoich bohaterów, mistrzów świata z 2010 roku.

Najpierw piłkarzy ugościł w Pałacu Królewskim król Juan Carlos i jego żona, królowa Zofia. Następnie mistrzowie wsiedli do piętrowego autokaru z otwartym dachem. Pojazd powoli ruszył w kierunku rzeki Manzanares. Trasa wiodła od pałacu premiera José Luisa Zapatero przez Plaza de España, gdzie na samym środku stoi pomnik Cervantesa, twórcy Don Kichota. Krótka podróż zdołała oddać charakter całego tego narodu.

Historia Hiszpanii jest burzliwa. Możemy w niej znaleźć inwazje zagranicznych wojsk, zamachy stanu i wojny domowe. Krajem rządzili zarówno wielcy, jak i fatalni monarchowie czy przywódcy polityczni. Niegdyś popularny szef socjalistów Zapatero właśnie zbliżał się do politycznej śmierci spowodowanej nieudolnością jego rządu w obliczu kryzysu finansowego i gospodarczego w Europie. Natomiast król Juan Carlos utrwalał swój wizerunek symbolu zgody narodowej. To właśnie ten monarcha sześć lat po objęciu władzy, po śmierci dyktatora Franco, odparł próbę wojskowego zamachu stanu. Postąpił inaczej niż jego dziadek Alfons XIII, który w latach 20. XX wieku zachował się biernie wobec bezkrwawego powstania generała Miguela Primo de Rivery.

Być może najważniejszym aspektem przewrotu z 1981 roku nie było to, że został zorganizowany, ale to, że się nie powiódł. Dzięki temu Hiszpanie mogli się obudzić w demokratycznym państwie i mieli powody do świętowania. Kraj nieodwracalnie się zmieniał po mrocznych czasach Franco. Jednak to pomnik postaci literackiej, Don Kichota, wciąż przypominał wszystkim, że ucieleśnieniem tego narodu był bohater, którego szlachetność i dokonania – tak wielbione przez hiszpańskich filozofów dążących do postawienia swojego kraju na moralnym i politycznym piedestale – okazały się iluzoryczne.

W okresie poprzedzającym krwawą wojnę domową w 1936 roku prezydent Drugiej Republiki Hiszpańskiej Manuel Azaña stwierdził, że porażka i zawód Don Kichota były klęską samej Hiszpanii. Mógł poza tym dodać – patrząc w przyszłość – że piłka nożna także odzwierciedlała historię i politykę tego kraju. Pojawiali się w niej geniusze, ale od czasu do czasu można było obserwować wysiłek kolektywu. Koniec końców reprezentacja Hiszpanii grała poniżej swoich oczekiwań, natomiast ostro rywalizujące drużyny klubowe osiągały wielkie sukcesy międzynarodowe.

Jednakże latem 2010 roku w okolicach pomnika Don Kichota tysiące ludzi ustawiały się wzdłuż ulic i wszyscy przyłączali się do pochodu za odkrytym autokarem mistrzów. Każdy wyciągał ręce w akcie zbiorowego uwielbienia, choć niektórzy tylko po to, by się upewnić, że to nie jest sen.

To nie był zwyczajny powrót zwycięzców. Trzeba zaznaczyć, że triumf fetowano w całym kraju, od Sewilli na południu po Barcelonę na północy. W całej swojej okazałości objawiła się bogata mieszanka regionalnych tożsamości, którą odzwierciedlali mistrzowie. W tym samym czasie w Kraju Basków, gdzie organizacja terrorystyczna ETA wciąż prowadziła krwawą kampanię na rzecz odłączenia się od Hiszpanii, bandyci pobili pewnego sklepikarza za to, że świętował zwycięstwo. Natomiast prawicowi hiszpańscy „patrioci” pomalowali w czerwono-żółte barwy hiszpańskiej flagi pomnik nacjonalistycznego baskijskiego polityka. W Katalonii kilku radykalnych kibiców Barçy, którzy pragnęli niezależności od Madrytu, odmówiło oglądania mundialu. Do tego nacjonaliści zorganizowali w Barcelonie kontrdemonstrację. Lecz to były tylko pojedyncze przypadki. Tego wieczoru na ulicach całej Katalonii można było zobaczyć wysyp hiszpańskich flag narodowych, które powiewały nawet w najbardziej nacjonalistycznych, antyhiszpańskich osiedlach. Wyglądało to tak, jakby wszyscy z powodu piłki nożnej na moment odłożyli na bok odwieczne uprzedzenia polityczne, społeczne i kulturowe, które dzieliły Hiszpanów z różnych regionów. To była pierwsza reprezentacja tego kraju, która sięgnęła po mistrzostwo świata, do tego w stylu, który wielu uznało za najpiękniejszy futbol w historii.

Na tę drużynę wołano La Roja, czyli Czerwoni. Po raz pierwszy jej koncepcja wyłoniła się na jednej z początkowych konferencji prasowych selekcjonera drużyny narodowej, Luisa Aragonésa. Pod jego wodzą Hiszpanie zaczęli grać kreatywnie i zwyciężać, co przyniosło im mistrzostwo Europy w 2008 roku. Od kiedy kibice sięgają pamięcią, reprezentacja Hiszpanii grała w czerwonych koszulkach i spodenkach. Tylko z powodów politycznych nie można było na nich mówić tak, jak we Włoszech na Azzurrich czy na Les Bleus we Francji. Ale Aragonés uznał, że wystarczająco dużo czasu minęło, by Hiszpanie mogli nazwać czarne czarnym, a strój reprezentacji – czerwonym. W 2008 roku żyli jeszcze jednak tacy, co pamiętali wojnę domową i wspierali Franco – uważali oni słowa Aragonésa za prowokacyjne. Bycie w szeregach Roja w czasie wojny domowej oznaczało walkę przeciwko generałowi, poza tym Real Madryt gra w białych strojach i to Barça na swoich koszulkach miała kolor czerwony, a flaga Katalonii – więcej czerwonych fragmentów od flagi Hiszpanii. Już po objęciu stanowiska szefa rządu przez Zapatero kibice Królewskich nie byli zadowoleni z faktu, że po raz pierwszy premierem został człowiek, który publicznie przyznał się do kibicowania Barcelonie – i to pomimo że urodził się w kastylijskim miasteczku Valladolid.

Lato 2008 roku było „miesiącem miodowym” socjalistycznego rządu Zapatero. Jeszcze nie doszło do wybuchu światowego kryzysu, który został zdetonowany przez upadek banku Lehman Brothers. Wiosną tego roku partia socjalistyczna ponownie zwyciężyła w wyborach parlamentarnych. Zapatero otrzymał zielone światło do wprowadzenia swoich planów reform społecznych, politycznych i kulturowych. Zdawało się, że triumf po brutalnej kampanii wyborczej dawał premierowi możliwość zrealizowania swoich najodważniejszych obietnic, jak wycofanie wojsk z Iraku, przyznanie większej autonomii regionom czy też legalizacja małżeństw homoseksualnych.

Przyszłość zdawała się nabierać czerwonych barw. Do tego stopnia, że niektórzy prawicowcy oskarżali Aragonésa o polityczny oportunizm. Ale doświadczony szkoleniowiec nie był politykiem. W rzeczy samej miał opinię człowieka, który mówił to, co myślał, i robił to wtedy, kiedy miał na to ochotę. Nawet jeśli miałby się spotkać z zarzutami o niepoprawność polityczną. Przykładem chociażby sytuacja, w której doprowadził angielskie media do wściekłości rasistowskimi komentarzami na temat czarnoskórych piłkarzy tamtejszej reprezentacji. Mimo przeciwności nazwa La Roja się przyjęła, a jej popularność rosła. To nie dzięki, ale na przekór Aragonésowi (przed rozpoczęciem eliminacji do mistrzostw świata zastąpił go na stanowisku selekcjonera Vicente del Bosque) określenie zdawało się podświadomie oddawać nastrój narodu, i w pewnym sensie określało punkt, w którym Hiszpania przestała być nieudolnym państwem i stała się cywilizowanym narodem – potrafiącym dobrze grać w piłkę i odnaleźć w tym sporcie wspólny cel.

Słynący ze swych ciętych komentarzy dziewiętnastowieczny angielski podróżnik Richard Ford przejechał Hiszpanię wzdłuż i wszerz. Swoje doświadczenia opisał w prawdopodobnie jednej z najlepszych książek, jaką obcokrajowiec napisał o tym kraju: A Handbook for Travellers in Spain and Readers at Home (Poradnik dla podróżników po Hiszpanii i czytelników w domu). Ford doszedł do wniosku, że główną cechą narodową Hiszpanów była ich niemożność, czy też niechęć, do zaangażowania swojej energii we wspólny cel. Podróżnik nazwał tę przywarę „tendencją do rozłączania się”.

„Obecna Hiszpania jest taka jak zawsze. To zbiór małych ciał powiązanych ze sobą sznurem piasku, które będąc ze sobą związane, pozostają bez siły” – pisał w swojej książce Ford.

La Roja była pasją, która płynęła w żyłach tego narodu, a wobec wyzwań nowoczesności dała mu nowe życie. To był kolor osiągnięć sportowych, z którymi utożsamiali się kibice na wszystkich frontach. To nie była czerwień plutonów egzekucyjnych, które przez wieki oddzielały Hiszpanię od reszty świata. To był kolor piłki nożnej, w którą zawodnicy grali w pięknym stylu, łącząc siłę swoich charakterów w drodze do jednego celu. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Mistrzostwa świata w Republice Południowej Afryki zostaną zapamiętane z wielu powodów – ogłuszające wuwuzele, żałosna porażka Anglii, stosunkowo niespodziewany sukces Stanów Zjednoczonych, upokarzające odpadnięcie Francji w obliczu buntu w szatni, ekscentryczne zachowanie Maradony, bestialstwo Holendrów, dominująca radość miejscowych – ale przede wszystkim ludzie będą je wspominać dlatego, że wygrali najlepsi.

Nie wiem, ilu kibiców piłkarskich na świecie pamięta, gdzie byli w momencie, gdy w trakcie doliczonego czasu gry na stadionie Soccer City w Johannesburgu Andrés Iniesta ze stoickim spokojem opanował piłkę, którą odegrał mu Cesc Fàbregas, i pięknym półwolejem posłał ją do bramki Holendrów. Ja nigdy nie zapomnę tej chwili. Oglądałem mecz na żywo, pod gwiazdami, na plaży w południowej Hiszpanii. Byłem nieopodal miejsca, gdzie w 1887 roku grupa Anglików rozegrała między sobą pierwszy mecz piłki nożnej na hiszpańskiej ziemi. Kiedy Iniesta trafił do siatki, wiedzieliśmy, że ta drużyna wreszcie wygrała, i wszyscy rozpoczęliśmy zwycięski taniec.

Holendrzy zagrali w swoich tradycyjnych pomarańczowych barwach. Hiszpanie wystąpili w ciemnoniebieskich strojach, porzucając swoje zwyczajowe kolory, by można było rozróżnić obie ekipy. Ale i tak pozostali przy swojej nazwie La Roja – Czerwoni. To ona przyniosła im sukcesy po latach cierpienia. Najpierw zostali mistrzami Europy, a następnie świata – Czerwonym wreszcie się udało. Viva La Roja!

Wprowadzenie

Obwiniam Mendizabala o moją trwałą obsesję na punkcie hiszpańskiej piłki.

To był hiszpański chłopiec o baskijskich korzeniach (pamiętam, że zwracaliśmy się do niego jedynie po nazwisku), który brutalnie zakończył moje pierwsze spotkanie z tą piękną grą. Miałem siedem lat i właśnie ruszyłem z piłką na bramkę przeciwnika. Jak szybko ten rajd się rozpoczął, tak szybko się skończył. Zostałem skoszony od tyłu przez wyższego i dwa razy cięższego ode mnie Mendizabala. Jego wejście powaliło mnie na zmarzniętą murawę boiska szkolnego, gdzieś w pobliżu mostu Hammersmith, w Londynie.

Mendizabal, pochodzący z Bilbao kolega z klasy, dostał naganę od naszego nauczyciela WF-u pana Atkinsona. Tymczasem ja zostałem na boisku, próbując opatrzeć krwawiącą dziurę w miejscu, gdzie chwilę wcześniej miałem część kolana, i trzymając jedną rękę w stanie bliskim agonii. Do dziś z dumą obnoszę swoją bliznę oraz złamany palec jako oznaki mojego męstwa. To one są moim paszportem do świata tego pięknego sportu, który towarzyszy mi od dzieciństwa przez lata dojrzewania po dorosłe życie. Od razu muszę dodać, że to przygoda kibica i amatorskiego zawodnika, a nie profesjonalisty. Moje marzenia o karierze zawodowej zakończyły się w dniu, w którym Mendizabal powstrzymał mój rajd, podobnie jak wiatrak skruszył kopię Don Kichota.

Teraz zaczynam dostrzegać, że moje doświadczenie z tym sportem zaczęło się w chwili moich narodzin. Przyszedłem na świat w Madrycie, jako syn Hiszpanki (Kastylijki) i ojca, który miał mieszane szkocko-angielsko-baskijskie i południowoamerykańskie korzenie. To sprawiło, że jeśli chodzi o piłkę nożną, moje przywiązanie i pasja wiązały się z różnymi kontynentami i samą Hiszpanią w całej geograficznej, kulturowej czy też politycznej różnorodności.

Jeśli Argentyńczyk Alfredo Di Stéfano był moim pierwszym piłkarskim idolem, to był nim z powodu dzieciństwa, które spędziłem – poza czasem nauki w angielskiej podstawówce z Mendizabalem – wraz z matką w Madrycie lat 50. XX wieku. To był okres, w którym Hiszpania pod wodzą generała Franco borykała się z problemami spowodowanymi izolacją kraju od reszty Europy. To były czasy, w których jeszcze nie istniała masowa turystyka. Hiszpania, a zwłaszcza Madryt, była uważana przez większość obcokrajowców za miejsce złowrogie, zacofane i represyjne. Sława kadry narodowej ledwo wykraczała poza granice państwa. Zarazem były to złote lata Realu Madryt, klubu, którego kibice przełamywali polityczne i narodowe bariery. Moja mama do swojej śmierci pozostała Madridista i nigdy nie była w stanie pojąć, dlaczego nie pozostałem lojalny wobec klubu występującego na Bernabéu. Odpowiedź bierze się stąd, że choć przychodziłem na świat, z wielkim płaczem, umazany we krwi, parę przecznic od tego stadionu, to mama nigdy mnie tam nie zabrała. I to pomimo że zabierała mnie na walki z bykami. Swoje wizyty na meczach Realu zawdzięczam wielkoduszności przyjaciela mojego dziadka Gegorio. Był to lekarz, który w młodości grał w piłkę, w czasach gdy ten sport dopiero w Hiszpanii raczkował.

Pamiętam, jak podczas mojej pierwszej wizyty na Bernabéu spojrzałem w górę i ujrzałem w ciemnościach stadion, który wyglądał jak rozświetlona katedra górująca nad pozostałymi budynkami, do tego poruszyła mnie szczera radość i podniecenie tłumu. Przypomina mi się także wszechobecna postać Di Stéfano, wokół którego obracała się nie tylko drużyna, ale i cała gra. Podczas gdy wszyscy trzymali się swoich pozycji, Di Stéfano był wszędzie. Wracał się, by wesprzeć obronę, a następnie poprowadzić niekończące się ataki na bramkę przeciwników. Cechowała go niesamowita energia i niespotykane zdolności. To za nie tłumy tak go uwielbiały.

Dla mnie atmosfera na głównej madryckiej arenie corridy – Las Ventas – oraz klimat na Bernabéu były do siebie całkiem podobne. W obu tych miejscach w taki sam sposób zachwycano się zdolnościami oraz dominacją nad przeciwnikiem, ale też pogardzano niepowodzeniami i poddawaniem się. Di Stéfano był odpowiedzialny za widowiskową grę, podobnie jak wielki torero za corridę. Z biegiem czasu zacząłem dostrzegać inne podobieństwa pomiędzy walką z bykami a hiszpańską piłką – furia i gracja, perfekcyjne uśmiercanie byka i akcje kończące się bramkami, niezdarne machanie płachtą oraz nieudane podania, łatwość, z jaką żywiołowe trybuny od okrzyków uwielbienia potrafią przejść do wyzwisk, znaczenie życia i śmierci oraz niebezpieczeństwa, z jakimi wiąże się dążenie do celu. Jedyną różnicę, jaką dostrzegłem między piłką a walką z bykami, stanowiły białe chusteczki. Na Las Ventas machano nimi, by nagrodzić walczącego, natomiast na Bernabéu wyciągano je na znak zgorszenia. Wywijano nimi, by okazać niezadowolenie z powodu decyzji sędziego, słabej gry Realu czy też meczu zakończonego kompromitacją.

Gdy dorosłem, moje horyzonty się poszerzyły. Oglądałem mecze hiszpańskiej piłki tam, gdzie uważałem, że gra się ją najlepiej. Z tego powodu często odwiedzałem Camp Nou, gdzie kilku Holendrów, a w szczególności Johan Cruyff, zaczarowało hiszpańską piłkę. Jednak w latach 50. XX wieku każdy, kto miał w sobie odrobinę hiszpańskiej krwi, zdawał sobie sprawę, że najlepszy piłkarz, jaki kiedykolwiek grał na boisku, to Di Stéfano, a klubem numer jeden na świecie jest Real Madryt. W tamtym okresie Królewscy byli maszyną strzelającą gole. Zawodnicy tego zespołu walczyli jak lwy, by zdobyć jak najwięcej bramek. W młodości zbierałem naklejki z Di Stéfano i patrzyłem na nie, wyobrażając go sobie w akcji. W serwisie YouTube można dziś zobaczyć zaledwie kilka fragmentów wspaniałej gry piłkarza, który miał tak niezwykłe umiejętności i osobowość, że swego czasu zdominował świat piłki nożnej. Dzięki Bogu mamy wspomnienia starszych osób.

Swoje wczesne dzieciństwo równie dobrze mogłem spędzić na jakimś stadionie w Londynie. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mógłbym też stać się kimś takim jak Mendizabal, który kibicował Athleticowi Bilbao, najlepszemu hiszpańskiemu klubowi przed erą współczesnej piłki nożnej. Jednak stało się inaczej z powodu mojego ojca, który większość swojego czasu spędzał w Anglii. W latach szkolnych grał w tenisa, rugby oraz krykieta. Nie kibicował żadnej drużynie. Kiedy dorósł, w ogóle przestał się interesować sportem, co poniekąd było wynikiem tego, że wypadł mu dysk. W okresie wojennym swój czas wolał poświęcić działalności szpiegowskiej, niż oglądać Stanleya Matthewsa. Resztę życia poświęcił książkom, malowaniu i szachom. Natomiast moje lata szkolne, a także wakacje w Hiszpanii, oraz późniejsza praca dziennikarska pozwoliły mi zdobyć ogromne doświadczenie. Mogłem obserwować, jak Hiszpanie różnych pokoleń grali w piłkę, niezależnie od tego, kto akurat rządził ich krajem.

Przed sobą macie opowieść o tym, jak jedno z najuboższych państw w Europie przetrwało polityczne wstrząsy i przemieniło się w niewyczerpane źródło talentu sportowego. Przez lata pisałem o europejskiej i południowoamerykańskiej piłce, ale dopiero po jakimś czasie zdołałem zrozumieć, że tylko dzięki kontekstowi społeczno-politycznemu, a także zobrazowaniu otwartości na zagraniczne wpływy, zarówno Starego, jak i Nowego Świata, można wytłumaczyć rozwój futbolu w tym kraju. Ta książka obejmuje okresy historii, w których geograficzne epicentrum piłki nożnej wraz z jej angielskimi wpływami przesuwa się od Kraju Basków przez Atlantyk do Ameryki Południowej i z powrotem do Madrytu i Katalonii, do dwóch klubów – Realu Madryt i FC Barcelony. Obecnie te zespoły mają największą liczbę fanklubów w całym kraju, a do tego ich poczynania śledzą na bieżąco w telewizji czy w internecie fani futbolu z całego świata.

Hiszpania musiała przejść długą drogę, zanim była w stanie dać światu piłkę nożną o wysublimowanym stylu, pełną pasji i mającą wielkie walory rozrywkowe. Zaczęło się od brytyjskich inżynierów i żeglarzy, którzy pracowali w górniczych miasteczkach na południu kraju i w stoczniach w Bilbao. Po nich przyszedł okres wpływów gwiazd z Ameryki Południowej oraz państw europejskich. Przełamanie niechęci politycznej oraz kombinacja talentu miejscowego z zagranicznym stworzyły hiszpańską piłkę.

Ta książka zabierze nas w podróż po historii hiszpańskiej piłki i opisze niektóre niezwykłe postaci oraz mecze, które pomogły jej się określić. Zaczynając od wczesnych lat, kiedy to kilku entuzjastów kopało piłkę na opuszczonym placu terenów przemysłowych, po pierwszych profesjonalistów trenowanych między innymi przez Anglików. Później pojawi się opowieść o „ksenogamii” hiszpańskich i zagranicznych piłkarzy i o jej wpływie na sukcesy takich klubów jak FC Barcelona czy Real Madryt. To obecnie jedne z najpotężniejszych i najbardziej utytułowanych instytucji sportowych na świecie, które mają ogromny wkład w osiągnięcia pierwszej w historii reprezentacji Hiszpanii, która zdobyła mistrzostwo Europy i świata.

Podczas tej podróży poznacie krajobrazy, miasta, ludzi, mity i prawdziwe wydarzenia, które pozwoliły hiszpańskiej piłce przeobrazić się z ucznia w mistrza. La Roja to historia o tym, jak drużyna, która nie potrafiła wykorzystać swojego potencjału, stała się hegemonem piłki reprezentacyjnej. To opowieść o kraju, w którym się urodziłem, i o tym, jak tamtejszy futbol stał się piękny.

Jimmy Burns, Londyn/Madryt/Barcelona/Sitges, luty 2012 r.

1

La Furia

Piłka nożna w czasach dyktatury generała Franco, w latach 1939–1975, była rozrywką, do której zachęcał rząd. Oczywiście pod warunkiem, że wrogowie państwa nie wykorzystywali jej do własnych celów. Nieprzyjaciół było wielu, począwszy od komunistów, poprzez masonów i wolnomyślicieli, a skończywszy na katalońskich i baskijskich nacjonalistach. W większości byli to uczciwi ludzie, których kluby były głęboko zakorzenione w kulturze regionalnej. W czasach, w których dojrzewałem, to właśnie takie poglądy nadały hiszpańskiej piłce jej wymiar polityczny. Doprowadziło to do podzielenia nas, kibiców piłki nożnej, na demokratów i faszystów.

Franco grał brutalnie na boisku i poza nim. W chwili swojego zwycięstwa był daleki od wspaniałomyślności. Pod koniec hiszpańskiej wojny domowej, w 1939 roku, ujawnił swój zamiar rządzenia żelazną ręką. . W kraju walczyły ze sobą dwie siły: wojska rebelianckie i zwolennicy generała oraz przeciwni Franco obrońcy demokratycznie wybranego rządu republikańskiego. Ci pierwsi w nagrodę za okazane wsparcie otrzymali państwowe posady, korzyści z ubezpieczeń społecznych oraz nowe domy. Natomiast ci drudzy byli więzieni, skazywani na śmierć czy też wykluczani ze społeczeństwa, a także wypędzani z kraju.

Hiszpańska kultura została pomniejszona do wielkości piaskownicy. Znajdowała się pod ścisłą kontrolą. Wzrastała liczba Hiszpanów przeprowadzających się ze wsi do miast, zwłaszcza do Madrytu i Barcelony. Rozwój radia, a następnie telewizji spowodował, że piłka nożna przegoniła corridę i stała się najpopularniejszą rozrywką. Futbol cieszył się tolerancją reżimu, bo sport ten był dla władzy narzędziem do rozładowywania niebezpiecznych politycznie antagonizmów. Tak o tamtych latach pisał jeden z najwybitniejszych hiszpańskich komentatorów, Alfredo Relaño:

Piłka nożna cały czas się rozwijała. Świat (Hiszpania) odbudowywał się po wojnie. Niewiele było do roboty poza przepracowaniem jak największej liczby godzin, zbieraniem gruzu z ruin i chodzeniem w niedziele na mecze piłki nożnej. To były trudne lata, wielu rzeczy brakowało, ludziom było zimno, nie mieli rozrywek. We wszystkich domach było radio (telewizja nie była jeszcze powszechna), w każdym sąsiedztwie było kino i była piłka. W tamtym okresie organizowano zawody kolarskie oraz walki bokserskie (i walki z bykami), ale nad tymi wszystkimi sportami górował futbol. Poza nim nic się nie liczyło.

W latach 20. w Hiszpanii rozwinęła się zawodowa piłka. Wzorcem doskonałości była bezpośrednia, agresywna i energiczna gra baskijskiej drużyny Athletic Bilbao. Jednak określenie furia, którym nazywano ten styl, nie było ich wymysłem. Baskowie grali w taki, a nie inny sposób, bo przewyższali innych Hiszpanów wzrostem i siłą fizyczną. Byli przyzwyczajeni do grania w wilgotnym klimacie, podczas gdy reszta kraju mieściła się na terenach półpustynnych. W pierwszych latach piłki nożnej większość boisk w Hiszpanii nie posiadała murawy.

W tamtych czasach Hiszpanie nie mieli problemów z zaakceptowaniem faktu, że agresywna i porywająca gra, jaką jest piłka nożna, wywodzi się z Wielkiej Brytanii, a swój rozwój zawdzięcza angielskim trenerom, którzy przyjechali do ich kraju. Pod rządami frankistów wszystko się zmieniło i określenie La Furia Española (hiszpańska furia) stało się ważnym elementem militarnej nomenklatury. Na potrzeby nowej machiny propagandowej La Furia została przedefiniowana i zaliczona do głównych cnót nowej Hiszpanii. Stawiano ją na równi z chwalebnymi dla państwa podbojami, przeszłością imperialistyczną, odzyskaniem przez katolickich królów muzułmańskiej Grenady czy stworzeniem hiszpańskiej Ameryki przez pierwszych conquistadores – wojowniczych zdobywców. La Furia utożsamiano także z literacką postacią Don Kichota – uosobieniem bezkompromisowości – który w przekonaniu o szlachetności swojego celu odrzucił myśli o beznadziejności swojej sytuacji i poniesionej porażce.

Pomnik upamiętniający „narodziny hiszpańskiego futbolu” w Rio Tinto

Kilka miesięcy po tym, jak Franco zwyciężył w wojnie domowej, falangistyczna gazeta „Arriba” napisała: „Zasięg Furia Española w każdej dziedzinie hiszpańskiego życia jest większy niż kiedykolwiek… W sporcie furia znajduje swoje najpełniejsze odzwierciedlenie w piłce nożnej. Jest to gra, w której hiszpańska rasa może w pełni okazać swoje męstwo. Potwierdzają to mecze międzynarodowe z lepszymi technicznie, ale mniej agresywnymi zespołami”. Innymi słowy, należało grać w piłkę tak, jakby boisko było polem bitwy, a zawodnicy – żołnierzami. Najbardziej liczyły się odwaga, poświęcenie, a przede wszystkim fizyczne unicestwienie przeciwnika. Natomiast mniej ważne okazywały się zdolności, kreatywność, a tym bardziej zasada fair play.

Franco lubił zwrot „La Furia”. Uważał, że doskonale oddaje istotę hiszpańskiego narodu. Nikogo nie mogło zdziwić, że symbolem tej idei stał się sympatyzujący z reżimem zawodnik urodzony w Kraju Basków. Podczas mistrzostw świata w Brazylii po meczu fazy grupowej Hiszpania – Anglia bohaterem narodowym został piłkarz Athleticu Bilbao, Telmo Zarra. Już wcześniej sześciokrotny król strzelców hiszpańskiej ekstraklasy osiągnął status ikony sportu, porównywalnej jedynie z legendarnym matadorem Manolete, który trzy lata wcześniej zginął na arenie byków w Linares. Często mówiło się o tym, że Zarra gra z trzema nogami, za tą trzecią służyła jego niszczycielska głowa. Zwycięskiego gola dla Hiszpanów strzelił jednak nogą, pokonując po dośrodkowaniu Gaínzy angielskiego obrońcę Alfa Ramseya. Po spotkaniu szef hiszpańskiej federacji piłkarskiej Armando Muñoz Calero poinformował Franco: „Doskonale: pokonaliśmy perfidny Albion”. Czy zatem Hiszpania pod rządami dyktatora zemściła się za porażkę Niezwyciężonej Armady? Tylko do pewnego stopnia.

Wygrana z Anglią okazała się pyrrusowym zwycięstwem. W grupie złożonej z czterech drużyn szanse Hiszpanii na wygranie mistrzostw zniknęły po porażce 1:6 z Brazylią. To dlatego zapewne Franco uważał, że największym osiągnięciem hiszpańskiej piłki był moment, gdy jego drużyna pokazała wystarczająco dużo furii, by pokonać Związek Radziecki w finale mistrzostw Europy w 1964 roku. To było jedyne trofeum, jakie Hiszpanie zdobyli podczas trwającej przeszło trzy dekady dyktatury Franco.

Przez długie lata po śmierci generała nie brakowało opinii, że niepowodzenia hiszpańskiej piłki nie są winą La Furia, ale braku pewnego typu zawodników w reprezentacji. Brak szczęścia oraz inspirujących trenerów na poziomie międzynarodowym, a także błędy polityków stały za porażkami kadry narodowej. Nie licząc złotego medalu zdobytego podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku, okazję do świętowania demokratyczna Hiszpania zyskała dopiero w 2008 roku, gdy reprezentacja sięgnęła po mistrzostwo Europy. Stało się to po długich latach bólu, cierpienia, zawodów i przykrych doświadczeń z nijakimi selekcjonerami.

Wreszcie drużyna narodowa dobiła do poziomu wielkich drużyn klubowych. Znalazła porządnego trenera i udowodniła, że można grać w piłkę w sposób nie tylko efektywny, lecz także ładny dla oka. Ja sam stałem się kibicem Barcelony. Nawróciłem się w latach 70., kiedy do Katalonii przybył Johan Cruyff. Tak jak wcześniej w przypadku Di Stéfano, osobowość i styl gry Holendra natchnęły całe pokolenie zawodników, a jego ciągła obecność w klubie pomogła jego następcom. Dla kibiców takich jak ja był uosobieniem wszystkiego, co dobre w piłce po śmierci Franco. Pomogło mi to w przyszłości nabrać entuzjazmu dla La Roja i sposobu, w jaki Hiszpanie przemienili La Furia w futbol bardziej estetyczny, w którym szlachetność celu połączona z kreatywną grą stały się gwarancją zwycięstwa.

La Roja: A Journey Through Spanish Football by Jimmy Burns

Copyright © Jimmy Burns 2012

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the translation by Antoni Bohdanowicz, Bartosz Sałbut 2017

First published in Great Britain by Simon & Schuster UK Ltd, 2012

Redakcja – Piotr Królak

Korekta – Maciej Cierniewski

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Herby na okładce – Marcin Karaś

Autor i wydawca dołożyli wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli

i dysponentów praw autorskich do ilustracji zamieszczonych w książce.

Osoby, których nie udało nam się ustalić, prosimy o kontakt z wydawnictwem.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-7924-789-9

ISBN MOBI: 978-83-7924-788-2

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Eheu, fugaces labuntur anni

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp Macieja Leszczyńskiego: Czy łatwo zostać mistrzem świata?

Wstęp Karola Chowańskiego: Piłkarski szczyt

Prolog

Wprowadzenie

1. La Furia

2. Brytyjskie korzenie

3. Hiszpańskie korzenie

4. Baskowie

5. Katalończycy

6. Madridistas

7. Początkowe trudności

8. Piłka z cojones

9. Magia Mr Pentlanda

10. Południowoamerykańskie koneksje

11. Zbierające się chmury

12. Grając z wrogiem (1)

13. Grając z wrogiem (2)

14. Rządy Franco

15. Mistrzostwa świata w 1950 roku

16. Chłopaki z Almagro

17. Di Stéfano

18. Kubala i inni Węgrzy

19. Mag Herrera

20. Oficer dowodzący

21. Rywale

22. Śmierć Franco

23. Piątka Sępa i Raúl

24. O Bogu, mamonie i filozofii

25. Czynnik Cruyffa oraz Venables

26. Osiłek z Barakaldo

27. Mędrzec z Hortalezy

28. Od Beckhama do Guardioli

29. Mistrzowie świata

Epilog

Postscriptum Euro 2012: La Roja tworzy historię

Posłowie do polskiego wydania

Wybrana bibliografia

Podziękowania

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol Barça. Życie, pasja, ludzie Gerard Pique. Urodzony na Camp Nou 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila