Femme fatale

Femme fatale

Autorzy: Kazimierz Kyrcz

Wydawnictwo: Forma

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 13.41 zł

Planowaliście randkę w ciemno? Wyjazd za granicę? A może popełnienie rytualnego samobójstwa? Lektura opowieści grozy Kazimierza Kyrcza Jr zebranych w Femme fatale skutecznie odwiedzie was od robienia tego rodzaju głupot. Znajdziecie tu piętnaście barwnych historii, w których groza często miesza się z groteską, a bywa, że i z czystą, rozbrajającą komedią. Do tego, przy całej tematycznej różnorodności tekstów, nie mamy tu do czynienia z jakąś bezładną zbieraniną, ale z dobrze przemyślaną układanką, która po uzupełnieniu ostatniej luki, ukazuje nam fascynujący obraz współczesnego świata. Przejaskrawiony, owszem – ale tylko o tyle, ile jest to niezbędne, żebyśmy zaczęli zauważać otaczające nas absurdy.

 

Bartłomiej Paszylk

Copyright © Kazimierz Kyrcz Jr, 2015, 2017

Copyright © Wydawnictwo FORMA, 2015, 2017

obrazy na okładce i w książce: Jarosław Eysymont

(Galeria Piastów 75, 70-326 Szczecin, al. Piastów 75, tel. 91 48 93 607)

zdjęcie autora: Agnieszka Kyrcz

redakcja, projekt graficzny serii, projekt okładki, skład, łamanie: Paweł Nowakowski

korekta: Agata Borowicka, Anna Nowakowska

redakcja techniczna i konwersja e-booka: RW2010 (korekcja@rw2010.pl)

ISBN 978-83-64974-10-6 (wydanie pierwsze, papier)

ISBN 978-83-64974-11-3 (wydanie drugie, e-book)

WYDAWNICTWO FORMA

71-219 Szczecin-Bezrzecze, ul. Nowowiejska 63

www.wforma.eu, e-mail: forma.sc@pro.onet.pl

„Jej włosy są czarne,

łóżko białe,

a noc wiecznie młoda”.

The Cure

„Wiesz, że przyszła,

aby złamać ci serce,

ale gdy tylko się poruszy,

znów się zakochujesz”.

Hurts

Nowa wanna

dla Agnieszki

Mieszkanie na ostatnim piętrze dwunastopiętrowego wieżowca ma tę poważną wadę, że jeśli nie chcesz, by bez przerwy trzaskały drzwi i przeciąg przesuwał ci meble, musisz mieć wszystkie okna pozamykane. Czasem jednak nawet to nie pomaga.

Wycie wiatru w połączeniu z hałasami dobiegającymi z ulicy sprawiało, że coraz częściej miałam problemy z zasypianiem. Koleżanka z pracy doradziła mi zakupienie zatyczek do uszu. Niby skuteczna metoda, ale to nie dla mnie. Bałabym się, że nie usłyszę, że ktoś dobija się do drzwi, żeby poprosić o pomoc albo ostrzec przed pożarem budynku. Nie, wolałam już raczej noce spędzane na przewracaniu się z boku na bok w skotłowanej pościeli.

Któregoś wieczoru odwiedził mnie pan Julian – sympatyczny sąsiad w wieku wczesnoemerytalnym. Poprosił, abym pożyczyła mu trochę cukru. Chciał upiec ciasto, bidula, ale nie sprawdził wcześniej stanu swoich zapasów. Nasypałam mu cukru do szklanki, mimo to nie kwapił się z odejściem. Ni z gruszki, ni z pietruszki zaczął się zwierzać, że jest wdowcem, że bardzo kochał swoją żonę, że myślał, że miłość zapewni jej bezpieczeństwo, będzie tarczą, która ochroni ją przed złem i...

W tym momencie pan Julian rozpłakał się. Niby dorosły facet, a ryczał jak bóbr. Doprawdy, żenujące widowisko. Zaparzyłam mu herbaty ziołowej na uspokojenie i wysłuchałam mętnawej opowieści o rodzinnym szczęściu przerwanym zawinioną przez konowałów tragedią.

Dopiero po dwóch godzinach udało mi się od niego uwolnić.

Nie na długo, niestety. Wkrótce znów przyszedł, tym razem pod pretekstem oddania pożyczonego cukru. Na dokładkę wręczył mi czerwone wino, by – jak stwierdził – wynagrodzić czas, jaki straciłam na wysłuchiwanie jego utyskiwań. Zapewniłam go, że nie był to dla mnie żaden problem. Ten przejaw uprzejmości przypłaciłam kolejną historyjką o żonie Juliana, z którą przeżył dwadzieścia lat, którą wciąż kochał, pomimo tego że umarła tak dawno.

Sąsiad wyjaśnił z entuzjazmem, że dostrzega we mnie pokrewną duszę, kogoś absolutnie wyjątkowego, kto naprawdę potrafi go zrozumieć.

Nie zaprzeczyłam, przynajmniej nie dość stanowczo. Od tej pory utrzymane w podobnym tonie wizyty pana Juliana powtarzały się co tydzień. Dziwnym zbiegiem okoliczności były to zawsze piątkowe popołudnia.

Jestem osobą uczuciową, wrażliwą na ludzką krzywdę i nieszczęście, więc postanowiłam mu pomóc. Odnowiłam kontakty z mieszkającą na wsi ciotką: zaczęłam jeździć do niej na weekendy, by pielić ogródek i sprzątać dom. Poza tym w sklepie chemicznym sukcesywnie zaopatrywałam się w niegaszone wapno, które póki co składowałam w kuchennej szafce. Na koniec przełamałam się i poprosiłam mojego terapeutę o receptę na środki nasenne.

Podczas kolejnej wizyty sąsiada doprawiłam nimi herbatę, którą go ugościłam. Kiedy zasnął, obeszłam fotel, na którym siedział, złapałam z tyłu jego okoloną rzednącymi włosami głowę i wykorzystując metodę, jaką podpatrzyłam na filmach sensacyjnych, gwałtownym ruchem skręciłam mu kark. Chrupnęło. Szast-prast i po krzyku!

Zdaje się, że Julian nie cierpiał. Taką przynajmniej miałam nadzieję, ciągnąc jego bezwładne ciało do łazienki i ładując je do wanny. Ściągnęłam z niego ubranie, rozcinając nożyczkami sweter i nogawki spodni. Potem zapakowałam wszystko do worka na śmieci, a ten z kolei do plecaka, z którym zawsze odwiedzałam ciotkę.

Następnie, zgodnie ze znalezioną w Internecie instrukcją, obsypałam sąsiada wapnem, dbając o to, żeby gruba warstwa białego pyłu przykryła go całego.

Wkrótce Julian zniknął. Dosłownie i w przenośni.

A ja jeszcze tego samego wieczoru pojechałam na wieś.

Dzięki temu zapewniłam sobie alibi, na wypadek gdyby ktoś połączył sprawę zaginięcia jednego z lokatorów z moją skromną osobą.

Po powrocie do domu spłukałam szczątki sąsiada z powierzchni wanny, ale na samą myśl o tym, że mogłabym się w niej kąpać, przeszły mnie ciarki. Zakupiłam więc nową na jej miejsce, po czym wezwałam ekipę specjalistów, by ją zainstalowali.

+ + +

Kilka miesięcy później na klatce schodowej spotkałam Halinę – naszą niezbyt rozgarniętą dozorczynię.

– Pani Anno – zagaiła charakterystycznym dla siebie, lizusowskim tonem. – Czy nie zechciałaby pani wziąć sobie jakichś kwiatów czy książek z mieszkania zaginionego? Jego rodzina zabrała już wszystko, co było wartościowe. Resztę ma usunąć firma sprzątająca. No, ale może jest tam jeszcze coś... coś przydatnego?

Udawałam, że nie jestem zainteresowana propozycją, ale po odegraniu małej scenki rodzajowej dałam się przekonać. Pojechałyśmy windą na moje piętro. Kabina sunęła ku górze powoli, zrywami, jakby protestowała przeciwko nadmiernemu obciążeniu spowodowanemu tonażem Haliny. Kiedy dotarłyśmy pod drzwi pana Juliana, dozorczyni wyjęła z kieszeni fartucha pokaźny pęk kluczy. Nadspodziewanie szybko znalazła ten właściwy.

W mieszkaniu panował okropny zaduch. Halina otwarła na oścież wszystkie okna i zabrałyśmy się do myszkowania. Moja intuicja poprowadziła mnie wprost do stojaka na gazety. Wyjęłam jeden, drugi magazyn „dla panów”, i nagle w rękę wpadł mi gruby zeszyt w czarnej oprawce. Zerknęłam na dozorczynię. Była zajęta przeglądaniem zawartości szafy i w ogóle nie zwracała na mnie uwagi. Na wszelki wypadek schowałam zeszyt między kartki dziennika telewizyjnego, a potem udając, że właśnie przypomniałam sobie o ważnym telefonie, który natychmiast muszę wykonać, przeprosiłam Halinę i poszłam do siebie.

Zaraz za progiem zerknęłam do wnętrza zeszytu – no tak, nie myliłam się! Równe linijki zapełnione nieco pochyłym pismem świadczyły niezbicie, że znalazłam pamiętnik sąsiada!

Ukradli mi rodową biżuterię, którą odziedziczyłem po żonie. Poczekali, aż moja najdroższa wyprowadzi się na tamten świat, i okradli mnie we własnym domu. Śledztwo oczywiście nie doprowadziło sprawy do skutku, ale postanowiłem nie poddawać się i samemu odnaleźć mój skarb. Przez jakiś czas sądziłem, że sprawa jest beznadziejna. I co się okazało? W telewizyjnej reklamie, w której kobieta gubi klapki, w pierwszej odsłonie ma na palcach pierścionek i obrączkę mojej żony! Wybrałem się do salonu IDEA, gdzie dostałem numer telefonu tej złodziejki, ale kiedy do niej zadzwoniłem, poza automatyczną sekretarką (głos okazał się bardzo dobrze mi znany) nikt się nie odezwał. Na ulicy ze wszystkich stron osaczyły mnie podniesione głosy, dzięki którym zrozumiałem, że skradzioną biżuterię przejęła Anna W. – moja sąsiadka z bloku! W czasie zakupów w supermarkecie z półki z nabiałem odezwały się do mnie kolejne głosy, sugerujące, że powinienem ją ukarać, najlepiej zgwałcić i udusić, a może na odwrót. Co będzie lepsze? Muszę to jeszcze przemyśleć!

Pospiesznie przewracałam kolejne strony. Na każdej widniało podkreślone na czerwono moje imię i nazwisko. Spojrzałam na ostatni zapisek.

Byłem tak zdenerwowany, że aby się rozładować, wybrałem się do Lasku Wolskiego. Mamy lato, więc na spacerze było tam mnóstwo atrakcyjnych kobiet i dziewcząt. Wszystko to prostytutki, wiem, bo dostałem na ten temat cichą podpowiedź od kierowcy autobusu, który miał wąsy i brodę. Pytam: co dalej? Jestem pewien, że muszę je wszystkie obserwować, bo inaczej będę miał bardzo poważny problem z odzyskaniem moich rzeczy.

Kiedy wreszcie znajdzie się uczciwy człowiek, który wyeliminuje złodziei i oszustów? Przydałby się jakiś polski sędzia Dredd... Jednak póki go nie ma, sam będę musiał wziąć sprawiedliwość w swoje ręce! Myślę, że zdobyłem już zaufanie sąsiadki. Głos doradził mi, abym nie zwlekał z konfrontacją, bo ona cały czas rośnie w siłę. Dziś pójdę i uduszę tę sukę!

Z wrażenia aż upuściłam zeszyt na podłogę. Doprawdy, czegoś takiego się nie spodziewałam! To ja narażam się, by pomóc facetowi, skrócić mu cierpienia, a ten co?! Zamierzał mnie skrzywdzić! Nie do wiary! Co to się porobiło z tym światem?!

Podobno rękopisy nie płoną, ale ten powinien. I to jak najszybciej! Co za szczęście, że nikogo przede mną nie zainteresowały zapiski starego wariata!

Wzięłam z kuchni moją ulubioną zapalniczkę i ruszyłam do łazienki. Przysiadłam na sedesie, po kolei wyrywając wszystkie kartki z zeszytu, metodycznie mnąc je w kule i wrzucając do wanny. Kiedy z pamiętnika pana Juliana pozostały jedynie okładki, położyłam je niczym prowizoryczny dach na stosie papierów i podpaliłam.

Wkrótce wypełniający mieszkanie dym przegonił mnie na balkon. Przymknęłam za sobą drzwi i oparłam się o metalową barierkę. Widok z tej wysokości był wręcz nieziemsko piękny. Zachodzące słońce sprawiało, że okna okolicznych bloków wyglądały jak skąpane we krwi. Spojrzałam na obrączkę. Była trochę za duża, bo żona Juliana miała palce grubsze od moich, ale to mi nie przeszkadzało.

Szkoda tylko, że po spaleniu pamiętnika sąsiada, ściany wanny były tak osmalone, że znów musiałam ją wymienić.

nota biograficzna autora

Kazimierz Kyrcz Jr (ur. w 1970 r.) – prozaik, poeta, felietonista, okazjonalnie tłumacz. Mieszka w Krakowie. Publikował w większości czasopism fantastycznych. Tłumaczony na angielski, rosyjski, czeski i słowacki. Na podstawie opowiadania napisanego z Łukaszem Śmiglem, powstał film Head to Love wyreżyserowany przez Vana Kassabiana. Jego teksty znalazły się w licznych antologiach, m.in.: City 1. Antologia polskich opowiadań grozy (FORMA 2009), City 2. Antologia polskich opowiadań grozy (FORMA 2011), Halloween (2012), Dziedzictwo Manitou (2013). Jest współautorem zbiorów opowiadań: Piknik w piekle (2004), Horrorarium (2006), Twarze szatana (2009), Chory, chorszy, trup (2011), Lek na lęk (2011) oraz powieści: Siedlisko (2009), Koszmar na miarę (2010), Efemeryda (2011), Wojna świrów (2014). Opublikował powieść Podwójna pętla (2013) i tom opowiadań Femme fatale (FORMA 2015).

w serii city ukazały się:

„City 1”, „City 2”, „City 3”, – antologie polskich opowiadań grozy

Robert Cichowlas „Wylęgarnia”

Krzysztof T. Dąbrowski „Anomalia”

Łukasz Drobnik „Nocturine. Cunninghamella”

Paweł Jakubowski „Ty”

Dawid Kain „Prawy, lewy, złamany”

Kazimierz Kyrcz Jr „Femme fatale”

Krzysztof Maciejewski „Album”

Krzysztof Wasilonek „Lost Angels”

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Efemeryda Dziewczyny, które miał na myśli Femme fatale Dziedzictwo Manitou. Antologia dedykowana Grahamowi Mastertonowi Wojna świrów Iron Tales. Literacka składanka w hołdzie Iron Maiden 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione