Sieć podejrzeń

Sieć podejrzeń

Autorzy: Jakub Małecki George Harrar

Wydawnictwo: Wielka Litera

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 17.94 zł

Szanowany uniwersytecki wykładowca Evan Birch zostaje oskarżony o zabójstwo uczennicy z pobliskiej szkoły. Gdy dochodzenie wykazało, że na jego samochodzie są ślady jej szminki, rodzina zaczyna wątpić w jego niewinność, a sam oskarżony zaczyna rozumieć, że im bardziej się broni, tym sprawa wygląda gorzej. Każde słowo może być inaczej rozumiane, a kwestia winy i niewinności staje się o wiele bardziej skomplikowana niż akademickie teorie.

W przygotowaniu ekranizacja powieści z takimi gwiazdami jak Nikolaj Coster-Waldau, Greg Kinnear i Emma Roberts.

Dla Lindy,

mojej żony i mojej osobistej redaktorki,

która inspiruje mnie i czuwa

nad każdym słowem, które napiszę.

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję mojemu agentowi, Esmondowi Harmsworthowi z bostońskiej agencji Zachary Shuster Harmsworth, który zachęcił mnie do pracy nad tym filozoficznym kryminałem, a także mojemu redaktorowi z BlueHen, Fredowi Rameyowi, którego wskazówki pomogły mi go udoskonalić.

Jestem również wdzięczny Rayowi Monkowi za jego cudowną biografię pod tytułem Ludwig Wittgenstein. Powinność geniusza, która daje wspaniały wgląd w prywatne i publiczne życie tego filozofa.

Człowiek może obnażyć się przed innymi

tylko za sprawą szczególnego rodzaju miłości.

Miłości, która zakłada,

że wszyscy jesteśmy nikczemnymi dziećmi.

Ludwig Wittgenstein

ROZDZIAŁ 1

Drewniane schody skrzypiały pod podeszwami mokrych butów Evana Bircha. Deszcz padał przez cały dzień, od chwili, kiedy Birch pojawił się na terenie kampusu w związku z kursem wprowadzającym dla studentów pierwszego roku, aż do popołudnia, kiedy wreszcie dotarł do swojego gabinetu. Kilka razy usłyszał: „Dzięki Bogu”. Fascynowała go ta niekonsekwencja ludzkiego mitologizowania: dlaczego deszcz uznawany jest za coś zesłanego z niebios, ale letnia susza już nie?

W sekretariacie sięgnął do wiklinowego kosza po cukierek Callar & Browser. Wyciągnął coś w białym papierku.

– Nie ma toffi?

Carla pokręciła głową, tak jak lubił; jakby przeszedł ją przyjemny dreszcz.

– Nowy rok i nowe cukierki, profesorze. Żyjmy ryzykownie.

Wrzucił cukierek do ust i poczuł na języku tani miętowy smak. Carla zobaczyła wyraz rozczarowania na jego twarzy i podstawiła mu pod brodę duży szary kosz na śmieci.

– Mają specyficzny smak. Przyzwyczai się pan.

Birch wypluł cukierek.

– Wiesz, Carlo, mój ojciec zawsze powtarzał, że jeśli robisz coś wystarczająco długo, do wszystkiego możesz się przyzwyczaić. Tyko po co?

Carla oblizała wargi i pokrywająca je jasna czerwień zmieniła się w purpurę. Birch zastanawiał się, jak nazywa się kolor jej szminki i jak by ta szminka smakowała: jak winogrono czy może inaczej? Kiedyś spróbował nałożyć szminkę; było to tego dnia, kiedy Ellen zostawiła na umywalce w łazience swoją Trwałą Mrożoną Brzoskwinię. Zaintrygowała go ta nazwa. Pocierając różowym czubkiem o wargi, czuł się trochę perwersyjnie, a jego odbicie w lustrze wyglądało zadziwiająco zmysłowo. Dzięki delikatnemu podkolorowaniu ust wyłoniło się jakieś jego nowe, dziwne ja. Nie wiedział, czy chciałby poznać tego mężczyznę o błyszczących ustach i bladej skórze, który patrzył na niego z lustra. Jego żona na pewno by nie chciała. Zastanawiał się, jakim drobnym impulsom ulegała ona, kiedy była sama. Obawiał się, że być może żadnym.

Telefon zadzwonił tak jak zawsze: głośniej, niż Evan by sobie tego życzył. Wolałby, żeby Carla ściszyła dzwonek, ale nigdy jej o to nie poprosił. Obeszła swoje niewielkie miejsce pracy, usiadła, przysunęła się do biurka, wyjęła długopis z kubka do kawy i podniosła słuchawkę.

– Psychologia Socjologia Antropologia Filozofia, w czym mogę pomóc?

Imponowało mu, jak szybko i dokładnie potrafiła wymawiać nazwy wydziałów, nadając każdej z nich osobne brzmienie.

– Profesor Birch. Jest tak właściwie kierownikiem Wydziału Filozofii – powiedziała. – Z całej kadry pracuje tutaj najdłużej. Chciałby pan z nim rozmawiać?

„Tak właściwie” kierownik Wydziału Filozofii – Carla precyzyjnie określiła kruchość jego stanowiska. Kadra Wydziału Filozofii Pearce College została przetrzebiona, co Birch uważał za całkowicie zrozumiałą reakcję na odpływ studentów do wydziałów dających szansę na zatrudnienie. Filozofię utrzymano przy życiu razem z jej zaledwie sześcioma studentami ostatniego roku. Reszta etatowych pracowników szukała już pracy gdzie indziej. Tylko on pozostał, tymczasowy kierownik wydziału złożonego z niego samego i kilku wykładowców kontraktowych. Na ostatnim zebraniu dziekan nazwał go „lojalnym pracownikiem akademickim w ciężkich czasach”. Kiedy Birch przyjmował ten chłodny komplement machnięciem ręki, odczuł nagły impuls, żeby odejść. Musiał chwycić się zimnych podłokietników krzesła, by nie wstać i nie oświadczyć, że kończy z uczelnią, choć nie ma jeszcze pięćdziesięciu lat. To byłaby wielka rzecz tak natychmiast zrezygnować – w tamtym dniu, w tamtej chwili. Mógłby nawet stwierdzić, niczym Wittgenstein, że jego profesura była tylko „żyjącą śmiercią”. Dałoby im to do myślenia.

Dał znak Carli, że odbierze w swoim gabinecie.

– Dobrze, do widzenia – powiedziała tymczasem Carla i rozłączyła się.

– To nie było do mnie?

Odsunęła się od biurka i wyciągnęła przed siebie krótkie gołe nogi.

– To było o panu, a nie do pana, profesorze.

– To znaczy?

– On chciał tylko wiedzieć, kto jest szefem Wydziału Filozofii. – Zrobiła dziwną minę, rozciągając usta na boki i nadymając policzki.

– Czy ty się uśmiechasz?

Carla otarła usta wierzchem dłoni.

– Nie, nie uśmiecham się.

Birch ruszył w stronę gabinetu i już w drzwiach dostrzegł duży brązowy karton leżący na jego biurku. Odwrócił się i spojrzał na Carlę.

– Przyszły – oznajmiła.

– Przyszły?

– Pana książki. Kurier z FedExu przywiózł je dziesięć minut temu.

Podała mu otwieracz do listów i weszła za nim do gabinetu. Birch rozciął karton i zanurzył rękę w styropianowe kulki. Kiedy wyciągnął książkę, okładka lekko go zszokowała. Wyglądała odważniej niż na projekcie. Przez środek biegł krwistoczerwony tytuł: Niespokojne umysły. Podtytuł, Obłęd, chaos i melancholia w świecie filozofii, wydrukowano w jaśniejszym odcieniu czerwieni. W tle widniał czarny zarys głowy i dwoje gorejących oczu.

– Piękna – stwierdziła Carla ponad jego ramieniem.

– Naprawdę tak uważasz?

– Podobają mi się te oczy.

Odwrócił książkę i przeczytał teksty z tyłu okładki.

„Ambitnie zakrojone i zachwycające trafnością analiz dzieło, które zapewnia niesłychaną przyjemność z lektury”. Doktor Kenneth Lamm, Uniwersytet Queensland.

„Podejmując popularny temat dziwactwa, a może nawet szaleństwa u największych filozofów w historii, Niespokojne umysły potwierdzają tezę Williama Jamesa, że znaczenie idei powinno być oceniane w oderwaniu od jej źródła”. Profesor Maxwell Sherman, Wiggins Chair of Modern Philosophy, UCLA.

– Jest pan podekscytowany? – spytała Carla.

– Czuję raczej... – Kiedy myślał o książce, którą przez trzy lata opracowywał, przez dwa lata pisał, a potem jeszcze przez rok czekał na jej publikację, do głowy przychodziło mu przede wszystkim słowo „ulga”. Carla patrzyła jednak na niego z taką nadzieją, że powiedział: – Tak, jestem podekscytowany, właściwie nawet zachwycony.

– Gdybym ja coś opublikowała, wrzeszczałabym teraz z radości.

Otworzył książkę na stronie tytułowej, napisał kilka słów i podał książkę Carli.

– Pierwszy egzemplarz jest dla ciebie. Bez twojego kserowania i zbierania informacji pisanie zajęłoby mi rok dłużej.

– To bardzo miłe, profesorze, ale czy nie powinien dać go pan swojej żonie?

– Dostanie drugi egzemplarz.

Carla zważyła książkę w dłoni.

– Ciężka.

„Ciężka” – była to bez wątpienia celna charakterystyka jego pracy. Krytycy mogli dyskutować nad jej naukowymi podstawami czy wnikliwością opisanych w niej badań, ale nie nad jej wagą.

– Tak, moja książka jest ciężka i droga, prawdopodobnie zbyt ciężka i zbyt droga.

– Nie wiem, kiedy się do tego zabiorę. Nie jestem żadną wielką czytelniczką.

– Nie ma sprawy. Jeśli chcesz, użyj jej jako podpórki pod drzwi. Książki mogą spełniać wiele funkcji.

Carla pokręciła głową i szturchnęła go w ramię.

– Gdybym miała stolik kawowy, byłaby to jego jedyna ozdoba.

ROZDZIAŁ 2

Nie wiedział, co sądzić o tym telefonie. Poprosił mężczyznę, żeby zaczął od początku, spodziewając się, że ten nie zdoła dłużej zachować powagi i wybuchnie śmiechem.

– Jak już mówiłem, jestem redaktorem niezależnego pisma „Humoresque”, które zajmuje się badaniem natury poczucia humoru. Pański wydawca przesłał nam egzemplarz recenzencki pana książki i zainteresował mnie zamieszczony w niej cytat: „Chciałbym stworzyć pracę filozoficzną, która składałaby się wyłącznie z dowcipów. Niestety, nie mam poczucia humoru”. Czy Wittgenstein rzeczywiście to powiedział?

– Tak, to jego słowa.

– Chciałem spytać, czy nie rozważyłby pan napisania dla nas artykułu na temat roli poczucia humoru w filozofii.

– Nie jestem pewien, czy poczucie humoru odgrywa jakąkolwiek rolę w filozofii. To niespecjalnie wesoła dziedzina.

– O to właśnie mi chodzi – odrzekł redaktor. – Dlaczego filozofia nie mogłaby być zabawna?

Evan nie miał na to gotowej odpowiedzi. Przytoczył w książce te słowa Wittgensteina tylko po to, żeby zilustrować dwoistość jego charakteru, szeroką przepaść pomiędzy tym, czym filozof chciał być, a tym, czym sądził, że jest. Evan nie zgłębiał szczególnie ich znaczenia ani nie zastanawiał się, czym mogłaby być praca filozoficzna złożona wyłącznie z żartów. Podejrzewał, że jeśli napisałby ją Wittgenstein, pełno byłoby w niej sprzecznych tautologii.

– Nie musiałby pan odpowiadać konkretnie na to pytanie – dodał redaktor. – Potrzebuję po prostu tysiąca słów na temat filozofii i poczucia humoru. Mógłby pan wykorzystać fragment swojej książki i dorzucić parę dowcipów.

– Pomyślmy... Wittgenstein podsłuchał kiedyś francuskiego polityka, który chwalił się, że język francuski jest najlepszy na świecie, bo słowa następują w nim w tej samej kolejności, w jakiej się je myśli.

Redaktor nie odpowiedział, a Evanowi zrobiło się głupio, że wyskoczył z takim hermetycznym żartem. Nawet on sam nie uważał, żeby to było zabawne.

– Naturalnie trzeba znać założenia filozofii Wittgensteina, aby docenić ten żart. Nie zamieściłbym go w artykule.

– Oczywiście, że nie – powiedział redaktor – choć na pewno jest bardzo zabawny.

Kiedy jechał do domu, przestało padać. Niebo nad wzgórzami powoli się przejaśniało, a powietrze jak gdyby chłonęło wilgoć z otaczających pól. Mgła otulała nogi krów, przez co wyglądały one, jakby unosiły się na chmurach. Podobało mu się to złudzenie, które sprawiało, że ciężkie rzeczy wydawały się nieważkie.

Próbował wymyślić dla czytelników „Humoresque” coś bardziej odpowiedniego niż anegdota o francuskich politykach. Przyszła mu do głowy historia o rosyjskim poecie, który wybrał się do Londynu. Na ulicy zapytał jakiegoś mężczyznę: „Przepraszam, co jest czas?”. Anglik odpowiedział: „Och, to trudna kwestia. Dlaczego pyta pan akurat mnie?”.

Evan uważał, że w filozofii niczego zabawniejszego się nie znajdzie. Oczywiście był jeszcze lord Russell, niesłychanie uszczypliwy obserwator religii, którego można by uznać za całkiem zabawnego – pod warunkiem, że samemu nie jest się religijnym. Poza paroma wyjątkami filozofowie byli jednak bandą ponuraków. Evan podejrzewał, że początek temu dał Platon, który obawiał się, że śmiech może prowadzić do przemocy i zburzenia porządku społecznego jego republiki. Sokrates również twierdził (jeśli wierzyć relacjom Platona), że śmiechu powinno się używać oszczędnie.

Evan przekręcił manetkę wycieraczek, żeby spryskać przednią szybę, ale nie poleciała ani kropla. Nie pamiętał, kiedy ostatnio dolewał płynu do spryskiwaczy. Mogło to być kilka lat temu. Pochylił się do przodu i obrócił głowę w taki sposób, by widzieć drogę przez czysty fragment szyby o szerokości mniej więcej dłoni. Czuł się z tym głupio.

Oczywiście nie tylko filozofia zalatywała taką powagą. Czy można znaleźć poczucie humoru w religii? Średniowieczni chrześcijanie obsesyjnie wierzyli, że Jezus nigdy się nie śmiał. Czy Jego zachowanie miało być wzorem dla człowieka, czy może tylko właściwym postępowaniem kogoś, kto uznawał się za Syna Bożego? Dziś już nikt nie zadawał takich pytań.

A co z Bogiem? Jakim dowcipem można byłoby go rozbawić? Zdaniem Evana człowiek mógłby poświęcić całe życie na rozważanie tej kwestii. Sam nie był tym zainteresowany, a poza tym nie miał całego życia do poświęcenia. Mógł natomiast wymyślić idealny tytuł takiej pracy: Dowcip, który rozbawił Boga. Trzysta pustych stron, a gdzieś w środku jeden żart – jakaś przypowieść ze zwrotem akcji w stylu O. Henry’ego.

Skręcił z wijącej się drogi w stronę pól golfowych Pheasant Run. Nie pamiętał, kiedy minął opuszczone koszary wojskowe, starą ceglaną bibliotekę i piekarnię Silva’s, do której często wpadał po portugalski słodki chleb. Tak naprawdę nie wiedział nawet, że minął te wszystkie miejsca. Zdziwił się, że mógł zajechać tak daleko w zupełnej nieświadomości. Obiecał sobie, że będzie zwracał większą uwagę na drogę.

Jego synowie byli identycznymi niebieskookimi blondynami o długich rzęsach i nieco krzywych uśmiechach. Wyglądali jak sklonowani.

Uważał ich za cud. Nie potrafił wyobrazić sobie spoglądania tylko na jedną taką twarz, słuchania tylko jednego wołającego go głosu, chwytania tylko jednej takiej dłoni. Czasami współczuł ojcom jedynaków.

Kiedy wszedł do salonu, zerwali się znad swojej gry i pocałowali go w obydwa policzki: Adam jak zwykle w prawy, a Zed w lewy. Evan uwielbiał to, jak łatwo chłopcy okazywali mu czułość nawet w wieku dziesięciu lat. Nie potrafił przypomnieć sobie, by przytulał się do swojego taty, i nie wiedział, dlaczego tak było. Czy wina leżała po stronie jego, czy ojca?

– Nudziłeś się bez nas, tato?

– Na śmierć – powiedział. – A co u was? Beze mnie to żadna zabawa, co?

– A. spadł z drzewa – oznajmił Zed.

– Ale nie tak całkiem – wyjaśnił Adam. – Upadłem na gałęzie. Z. zgubił swój rakietowy zegarek, bo zdjął go nad rzeką, a potem zapomniał go, jak usłyszeliśmy niedźwiedzia.

– Zgubiłeś swój nowy zegarek?

– Tato, tam był niedźwiedź!

– Niedźwiedź u babci?

– Nie widzieliśmy go, ale słyszeliśmy.

– Tak jakby ryknął – dodał Adam. – Jak niedźwiedź.

– Niesamowite. Ale będziesz musiał spłacić zegarek w pracach domowych, Zed.

– Wiem. Mama już mówiła.

Zed szturchnął brata łokciem.

– Aha, no tak – powiedział Adam. – Mamy coś dla ciebie. To nie jest prezent ani nic takiego, to znaczy jest prezent, ale go nie kupiliśmy.

Sięgnął do kieszeni dżinsów i wyjął niewielką paczuszkę owiniętą w gazetę i oklejoną kilkoma warstwami czarnej taśmy.

– Z jakiej to okazji?

– Zawsze, jak gdzieś wyjeżdżałeś, przywoziłeś nam coś, no to my też chcieliśmy coś ci przywieźć.

Odwinął jakieś pół metra taśmy.

– To trylobit – powiedział Zed. – Ma milion lat.

Evan przesunął palcem po ostrych brzegach skamieliny.

– Wspaniały. Skąd go macie?

– Znaleźliśmy nad rzeką – odparł Zed.

– Jest tam ich chyba ze sto – dodał Adam – ale musieliśmy już iść.

– Z powodu niedźwiedzia?

– Tak naprawdę to nie był niedźwiedź. Powiedzieliśmy tak, żeby przestraszyć mamę.

Evan objął synów i pocałował ich w głowy: najpierw starszego o dziewięć minut Adama, a potem Zeda.

– Chyba wezmę go do swojego gabinetu i położę na biurku, żeby wszyscy widzieli. Co wy na to?

– Pewnie, tato, jak chcesz.

Chłopcy znów ułożyli się na podłodzie, po przeciwnych stronach swojego najnowszego dzieła: gry planszowej narysowanej na kawałku sklejki. Evan obserwował przez kilka minut, jak rzucają kostką i przesuwają pionki. Jeszcze nie tak dawno każda taka zabawa kończyła się po kilku minutach wrzaskami i zapasami. Również fizycznie chłopcy wydawali mu się starsi. Zauważył, że ich ręce sięgające ponad planszą i nogi rozrzucone na boki są nieco grubsze. Czy tak właśnie dorastają dzieci, w zrywach, które dostrzegasz tylko wtedy, kiedy opuszczają cię na kilka dni? Przez tyle lat wydawali się w ogóle nie dorośleć, poza tym, że trochę się wyciągali.

Oczywiście zmieniali się powoli – ciemniejące włosy, wydłużające się palce, rozszerzające się stopy – ale zawsze w tym samym tempie. Evan czekał na pojawienie się jakichś niedoskonałości: jakiegoś pieprzyka, piegów, przebarwienia skóry. Nic takiego nie dostrzegał. Z wyjątkiem dwucentymetrowego znamienia, które Zed miał na biodrze, chłopcy byli jak dwie krople wody.

Pamiętał, jak zabrał ich, siedmioletnich, na Dzień Bliźniąt do Twinsburga w stanie Ohio i wcale nie był zdziwiony, że wygrali nagrodę „Najbardziej Identycznych Chłopców”. Kiedy pozowali do zdjęcia z „Najbardziej Identycznymi Mężczyznami”, stał z tyłu tłumu widzów, czując się jak coś pojedynczego w rozdwojonym świecie. Po zrobieniu zdjęcia cała czwórka ruszyła w stronę parkingu. Zawołał chłopców. Przez chwilę bał się, że się nie zatrzymają, że będą tak szli i wnikną w jakiś inny wymiar, zamieszkiwany wyłącznie przez bliźniaków, ale oni zaraz do niego przybiegli.

– Tato?

– Tak?

– Chcesz w coś zagrać?

– Nigdy nie byłem za dobry w finansach.

– Nie szkodzi, to jest taki antymonopol. Musisz omijać wszystkie miejsca, gdzie chcą ci dać pieniądze. Jak jesteś bogaty, to przegrywasz.

– W takim razie pewnie pójdzie mi dobrze. Ale sądzę, że nie powinniście starać się być biedni.

– To tylko gra, tato – stwierdził Adam, rzucając kostką. – Założę się, że moglibyśmy ją sprzedać za milion dolców.

Evan wszedł po kilku stopniach do przedpokoju. Kiedy otworzył drzwi, Ellen już na niego czekała. Odłożył teczkę i objął żonę. Pachniała silnymi waniliowymi perfumami, których nie znał. Domyślił się, że użyła ich przed chwilą, specjalnie dla niego. Wyobraził sobie, jak na dźwięk podnoszących się drzwi garażowych szuka swojej torebki i spryskuje szyję nowymi perfumami, wiedząc, że on na pewno ją tam pocałuje. Nagle zatęsknił za nią, jakby nie wróciła właśnie, ale dopiero miała wyjechać.

– Nienawidzę, kiedy cię nie ma – powiedział. – Zawsze wtedy jest mi źle.

Chciałby wyrazić się bardziej precyzyjnie, ale to, czego nienawidził, było właśnie bezkształtnym, bezzapachowym i cichym czymś, co odczuwał, kiedy jej nie było. Umysł ciągle podsuwał mu sceny, w których ją traci: wypadki samochodowe, katastrofy lotnicze, pioruny, powodzie, niewytłumaczalne zawalenia budynków. Z życiem wiązało się tyle niebezpieczeństw. Czasami budził się w środku nocy, wyobrażając ją sobie w jakimś obcym łóżku, samą, z lekko otwartymi ustami, oddychającą niemal bezgłośnie. Wystarczyłoby tak niewiele, żeby ten oddech zdusić.

Wsunęła swoją chłodną lewą dłoń do kieszeni jego marynarki.

– Nie było nas tylko przez dwa dni.

– Wydawało mi się, że znacznie dłużej.

Pocałowała go szybko, ledwie muskając wargami jego usta, a potem wyciągnęła mu z kieszeni paczkę reklamowych zapałek. Na etykiecie widniał niewielki cylinder, a ponad nim półkolisty napis: „Zatańcz w The Sanders Ballroom”.

– Tańce beze mnie?

– Chyba po prostu od dawna nie nosiłem tej marynarki. – Pogrzebał w kieszeni, ale nic więcej tam nie znalazł. – A jak chłopcy u mojej mamy? Byli grzeczni?

– Nie miała chwili wytchnienia. W dzień zabrała ich na rowery, a wieczorem pod namiot, żeby oglądali gwiazdy.

Ellen wyciągnęła jedną zapałkę i potarła ją o draskę. Przez chwilę trzymała płomień przed twarzą, a potem zdmuchnęła go. Wdychali siarkowy zapach, który unosił się między nimi. Evan nie potrafił wyjaśnić dlaczego, ale coś w tym zapachu przypomniało mu o Niespokojnych umysłach.

– Zamknij oczy – powiedział, sięgając do teczki po książkę. – A teraz otwórz.

– Evan, wygląda ślicznie.

– Nie za krzykliwie?

Przebiegła palcami po literach, jakby były wypukłe.

– Jest idealna. Same te oczy sprawią, że ludzie będą po nią sięgać. Jeszcze się okaże, że napisałeś bestseller.

Nie wiedział, czy żartuje, czy może na chwilę postradała zmysły. Wpatrywała się w okładkę.

– Wiesz, ilu profesorów filozofii jest w tym kraju? – zapytał.

– Nie mam pojęcia.

– Zaledwie kilka tysięcy. Społeczeństwo potrzebuje filozofów tylko po to, żeby wykładali filozofię. Po co innego?

Ellen powąchała książkę.

– A prezydent?

– Co?

– Co jakiś czas na pewno wpada w egzystencjalną panikę. Wyobrażam sobie, że dzwoni do jakiegoś filozofa po poradę, jak rządzić krajem. Gdyby zadzwonił do ciebie, co byś mu powiedział?

Próbowała go zaskoczyć – miał być sprytny albo kreatywny na zawołanie. Często stawiała przed nim takie wyzwania, a on nie miał nic przeciwko temu.

– Pewne stare powiedzenie zen mówi: „Rządź wielkim krajem tak, jakbyś gotował małą rybę”.

– Hmm, niezwykle zagadkowe – stwierdziła Ellen. – Prezydent mógłby zinterpretować to, jak chce. Bardzo dobrze.

Zapaliła kolejną zapałkę i trzymała ją w palcach tak długo, aż w końcu oparzyła się i upuściła ją na podłogę.

ROZDZIAŁ 3

„Wszystkie moje posiadłości za jedną chwilę”.

Evan zapisał w notesie te odchodzące w niepamięć ostatnie słowa królowej Elżbiety. Intrygowało go, że jedna z najbardziej wpływowych osób w historii świata rozważała własne bogactwo w kontekście czasu – i to nie roku, miesiąca, godziny czy nawet minuty. Pragnęła tylko chwili, ale to i tak było więcej, niż mogła kupić za cały swój majątek.

Niespecjalnie cieszyła go perspektywa prowadzenia nowego interdyscyplinarnego seminarium pod tytułem „Niezbędność czasu”. Przydzielono mu te zajęcia zaledwie przed tygodniem, kiedy mający je prowadzić profesor fizyki zachorował. Na razie Evan przygotował właściwie niewiele poza otwierającym zdaniem: „Czas wymyślono po to, żeby wszystko nie działo się równocześnie”. Była to trywialna obserwacja, ale uznał, że może wzbudzić śmiech. Studenci mogliby go nim nagrodzić. I nawet uznać go za ekscentryka ubranego w dżinsy, trampki i T-shirt. Może założy jeden z tych, które kupił dwa lata wcześniej w Atenach, z wypisanymi na przodzie dziewięcioma kategoriami przypadłościowymi Arystotelesa: ilość, jakość, stosunek, miejsce, czas, położenie, posiadanie, działanie i doznawanie. Podobało mu się, że na świecie istnieje pewien porządek i że każdą rzecz można opisać tymi prostymi pojęciami.

„Czas jest jak rzeka, która przepływa obok ciebie, a ty nie widzisz jej początku ani końca”. Idea przepływu wydarzeń obok nieruchomego „ja” należała do najstarszych koncepcji dotyczących czasu. Było to bardzo uproszczone spojrzenie, ale zamierzał go użyć, ponieważ studenci lubili, kiedy tłumaczyło się im coś słowami opisującymi coś innego. Evan nigdy nie rozumiał tego powabu metafory. Dlaczego nie przedstawiać po prostu samej istoty rzeczy?

Nie chodziło wcale o to, że nie doceniał piękna języka. Któregoś dnia mógł zaskoczyć ich poezją, być może Czekając na barbarzyńców Kawafisa albo Drugim przyjściem Yeatsa. W jaki sposób dzieła tych autorów wiązały się z „Niezbędnością czasu”? Musiał przyznać, że nie wiązały się z nią bezpośrednio. W obserwowaniu, jak więdnie czyjaś praca, była jednak pewna wolność. Mógł prowadzić swój wykład tak, jak mu się podobało.

„Czy Bóg istnieje w czasie, czy poza nim?”. Pytanie to nie miało dla niego większego znaczenia, ponieważ nie wierzył w żadną wyższą moc rządzącą wszechświatem. Jeśli taka moc istniała, to nie wysilała się zbytnio, a jej rządzenie sprowadzało się do wprowadzenia kilku podstawowych zasad fizyki i matematyki. Evan widział, że poza tym świat jest chaosem.

Czasami dochodził do wniosku, że dla dobra synów powinien wierzyć w aktywnego, dobrego Boga. Któregoś razu chłopcy po powrocie z kościoła opisali mu szczegółowo potworności, jakie przez całą wieczność przeżywać będą niewierzący. Powiedział im, żeby się nie martwili. Bóg nie ześle go do piekła – musiał przyznać, że to zarozumiałe stwierdzenie. Wypowiadając te pocieszające słowa, Evan uświadomił sobie, jak bardzo są bezcelowe. Nikt nie wierzy w zapewnienia, że nie trzeba się martwić, zwłaszcza dzieci.

Oczywiście zaprzeczanie, że trafi się do piekła, zakładało pragnienie dotarcia do przeciwległego nieba, czyli miejsca tak nudnego i bezużytecznego, że żaden człowiek w historii nie wymyślił jeszcze, w jaki sposób można byłoby spędzić tam choćby jeden dzień. Dlaczego właściwie ludzie wyobrażali sobie tylko te dwa przeciwieństwa? Dlaczego nie mogło istnieć coś pomiędzy niebem a piekłem? Nie żadna otchłań ani czyściec, ale po prostu coś mniej wzniosłego, a zarazem mniej potępieńczego. W życiu pośmiertnym powinniśmy mieć więcej rozwiązań.

„Czy bieg czasu może zostać odwrócony?”. Przyszła możliwość staje się teraźniejszym doświadczeniem, a potem zmienia się we wspomnienie z przeszłości – czy nie tak właśnie, przynajmniej w świadomości ludzi, wygląda odwrócenie biegu czasu? Evan uważał, że z punktu widzenia pojedynczej osoby odwracanie biegu czasu nie ma sensu. Zamiast poruszać się do przodu, w kierunku śmierci, poruszalibyśmy się do tyłu, w stronę narodzin, co byłoby tak samo niepewną egzystencją, z tak samo nieprzewidywalnymi konsekwencjami. Życie pośmiertne miało dwa finały, zależne od kierunku osi czasu.

„Wiedz, że życie może opuścić cię w każdej chwili. W jaki sposób spędzisz zatem dzisiejszy dzień?”. Jego studenci nigdy nie uwierzyliby w tę mądrość. Czuli się nieśmiertelni, tak samo jak kiedyś on. Kiedy stracił to cudownie naiwne przekonanie?

Gdy wszedł do sypialni, Ellen siedziała przy toaletce, rozczesując włosy szybkimi, gwałtownymi pociągnięciami. Wyglądała jak piękna aktorka w starym filmie, która nie wie, że do jej pokoju wszedł nagle tajemniczy mężczyzna. Evan zatrzymał się przy łóżku, żeby zobaczyć, jak długo potrwa, zanim żona go zauważy. Minęła minuta.

– Dlaczego tam stoisz, Evan?

– A, tak sobie. – Wyciągnął z kieszeni spodni garść monet i z brzękiem wrzucił je do szuflady swojej szafki nocnej.

– Skończyłeś przygotowywać wykład?

– Nie skończyłem, ale na dzisiaj wystarczy.

Ellen przełożyła szczotkę do drugiej ręki.

– Dzwoniłam do instytutu, żeby sprawdzić mój harmonogram. Chcą, żebym jesienią pracowała od wtorku do czwartku. Będziesz musiał czasem po południu zostać z chłopcami, jeśli nie będą mieli akurat dodatkowych zajęć.

Evan podszedł do okna wychodzącego na tyły domu i przez kilka sekund wpatrywał się w ciemność, po czym zaciągnął zasłony.

– Wygląda na to, że przez całe lato niepotrzebnie martwiłaś się, że nie zatrudnią cię z powrotem.

– To z powodu Tyco. Powiedzieli, że zapomniała jak się liczy, ale myślę, że po prostu nie chce robić tego przy nikim innym oprócz mnie. Powinnam poprosić o podwyżkę.

Evan usiadł na łóżku i ściągnął buty.

– Kartezjusz uważał, że małpy potrafią mówić, ale nie robią tego, żeby nie musieć przyjmować rozkazów od ludzi.

– Ale Tyco to szympans, pamiętasz? Szympansy nie mają takich strun głosowych jak my. Inne małpy zresztą też.

– Podejrzewam, że Kartezjusz tego nie wiedział.

Na dole rozległ się krzyk, a potem trzaśnięcie drzwi i stłumiony płacz. Ellen nie odwróciła głowy, nie przestała rozczesywać włosów i w żaden inny sposób nie pokazała po sobie, że to słyszała. Evan sądził, że jego żona posiada jakiś zwierzęcy instynkt, podpowiadający jej, które odgłosy wymagają uwagi, a które nie. Była to bezcenna umiejętność, bo pozwalała ograniczyć liczbę fałszywych alarmów. Ale czy częste alarmy nie powinny raczej niszczyć systemu alarmowego, zamiast go udoskonalać? Podejrzewał, że behawioryści przestudiowali tę kwestię i znaleźli takie lub inne wytłumaczenie.

– Nie mówiłam ci o naszym powrocie taksówką z lotniska. Kierowca pochodził z Tanzanii i pracował kiedyś w Gombe dla Jane Goodall. Powiedział coś, co chyba mógłbyś wykorzystać podczas swoich wykładów.

– Co takiego?

– Powiedział, że strach to fundament, na którym opiera się całe nieszczęście ludzkości.

Stwierdzenie to wydało się Evanowi niezwykle precyzyjne, co sprawiło, że zaczął się zastanawiać, czy taksówkarz rzeczywiście tak powiedział, czy może Ellen upiększyła jego słowa. Mógł wyobrazić sobie wiele innych, równie wiarygodnych fundamentów ludzkiego nieszczęścia – nadzieję, ego, pragnienie, niepewność. Strach uważał za jedyną zdrową reakcję na rzeczywistość.

– To kiedy zapraszamy tego filozofa na kolację?

Ellen odwróciła się do niego.

– Słucham?

– No, tego taksówkarza. Wzięłaś od niego numer telefonu i nazwisko, prawda?

– Tak właściwie to podałam mu swoje nazwisko.

– Prawie trafiłem. – Zdjął zegarek i położył go na szafce, obok budzika. – Może powinniśmy kiedyś urządzić grilla dla wszystkich tych ludzi, których spotykasz w samolotach, w taksówkach i na rogach ulic. Byłaby to międzynarodowa imprezka.

– Przynajmniej moje spotkania z ludźmi nie są nudne.

A jego tak? Czy to właśnie sugerowała?

– Swoboda niekoniecznie musi oznaczać coś interesującego.

– Swoboda?

Celowo użył tego słowa, żeby podkreślić swój punkt widzenia, ale uznał, że musi to wyjaśnić.

– Rozmawiasz ze wszystkimi i wszystkim dajesz swoją wizytówkę – stwierdził. – To trochę zbyt swobodne zachowanie, nie sądzisz?

Ręka trzymająca szczotkę znieruchomiała.

– Chyba za mocno powiedziane.

Stanął za nią i przesunął dłonią po jej włosach. Cienkie pasma pobudzały jego palce do ruchu.

– Przepraszam, nie powinienem tak mówić.

– Ale nadal tak myślisz?

– Chodzi mi o to, że czasami wydaje się, jakbyś kolekcjonowała ludzi. I boję się, że nie odsiewasz tych niebezpiecznych.

Ellen wróciła do szczotkowania.

– Wbrew temu, co myślisz, bardzo uważam na siebie i na chłopców.

– Ale ty nigdy nie chcesz nikogo urazić. Gdybyś jechała sama windą i wszedłby do niej najbardziej podejrzanie wyglądający facet świata, to nie wysiadłabyś w obawie, że go urazisz. Wszystko mogłoby się wydarzyć.

Ellen wyciągnęła ze szczotki długi brązowy włos, a potem odłożyła ją do szuflady, gdzie znajdowały się cztery inne, w różnych rozmiarach i kolorach. Zastanawiał się, od czego zależy, którą ze szczotek jego żona wybiera danego wieczoru. Czy miała na to jakąś metodę?

– Malujesz dla mnie takie wspaniałe scenariusze – powiedziała. – Może powinnam zapomnieć o powrocie do pracy i po prostu zostać w domu, żeby opiekować się tobą i chłopcami.

– Przepraszam. Już się zamykam. – Zdjął koszulę i powiesił ją na wieszaku. – Prawie koniec?

– Prawie.

Obserwował, jak wyciska na dłonie krem Jergens i w ramach ostatniego rytuału przed snem rozprowadza go coraz szerszymi kręgami po policzkach. Nagle pochyliła się w stronę lustra i zaczęła robić dziwne miny, rozciągając skórę. Usta wykrzywiała to w jedną, to w drugą stronę. Wyglądała jak ktoś, kto po niedawnym paraliżu twarzy na nowo uczy się uśmiechać.

– Co ty robisz?

Jej oczy przypominały teraz dwa księżyce. Wargi rozsunęły się, odsłaniając zęby.

– Jak wracaliśmy, w magazynie linii lotniczych przeczytałam o tych ćwiczeniach. Wykonywane wieczorem przez pięć minut mają wzmocnić mięśnie twarzy.

– Każdego wieczoru?

– Każdego.

– Kolejne pięćdziesiąt lat zapowiada się ekscytująco.

Kiedy zdejmował z łóżka narzutę, przed oczami pojawił mu się obraz z jakiegoś starego serialu telewizyjnego – wąż wypełzający spod poduszki i atakujący szyję śpiącego człowieka. Nie potrafił powiedzieć, kiedy wryło mu się to w pamięć. Czy obraz ten był tak stary jak bliźniaki, czy może młodszy? Od tamtego czasu jednak zawsze dokładnie sprawdzał łóżko przed snem: podnosił poduszkę i przesuwał dłonią po prześcieradle.

– Dlaczego to robisz?

Odwrócił się. Patrzyła na jego odbicie w lustrze toaletki. Z napięcia w jej głosie wywnioskował, że już wcześniej widziała, jak to robi.

– Po prostu wygładzam prześcieradło – odparł. – A co myślałaś?

Uniosła jedną dłoń w geście, który wykonywała zawsze, kiedy czuła, że coś jest nie tak, ale nie wiedziała co.

Kiedy kilka minut później przyszła do łóżka, owinął się wokół niej, cały przyciskając się do jej ciała. Była to pozycja, w której zawsze zaczynali noc: on przytulony do jej pleców, z ręką na jej biodrze.

– Przepraszam, że wyśmiałem ciebie i twojego taksówkarza – odezwał się. – Nie chciałem.

Odwróciła się do niego pod kołdrą.

– Nie chcę bać się ludzi – powiedziała spokojnym głosem, który poczuł na swojej twarzy.

– Nie chodzi mi o to, żebyś się bała, tylko wolę, żebyś była ostrożna.

Pochylił się i pocałował ją w szyję, chcąc pokazać, że to wszystko z troski o nią, bo ją kocha, a nie z urazy czy zazdrości. Waniliowy zapach na jej skórze nadal był tak silny, że Evan pomyślał, że mógłby się nim odurzyć.

ROZDZIAŁ 4

Siedząc na podium w auli Wydziału Sztuki i obserwując ponad czterystu studentów pierwszego roku oraz ich rodziców, Evan myślał o ścinaniu głów. Przypomniał sobie dowcip, który krążył na Światowym Kongresie Filozofii przed kilku laty, i teraz wydało mu się, że mógłby on rozbawić Boga. Czekający na ścięcie ksiądz heretyk poprosił, żeby obrócono go twarzą do góry, tak by w chwili śmierci mógł ujrzeć Boga. Król wyraził zgodę. Kat zwolnił ostrze gilotyny, lecz zatrzymało się ono kilka centymetrów od szyi skazańca. Władca uznał, że wydarzył się cud, i darował księdzu życie. Następny w kolejce do ścięcia był zwykły chłop; on też powiedział, że chce spojrzeć na Boga. Kat znów opuścił ostrze, które znowu zatrzymało się kilka centymetrów od celu. Chłopa ułaskawiono. Przyszła kolej na filozofa. Nie wierzył w Boga, ale pomyślał, że spróbuje zastosować tu zakład Pascala – zwracając twarz ku niebu, nie miał nic do stracenia, a zapewne mógł wiele zyskać. Kiedy kat przygotował już gilotynę, filozof krzyknął: „Czekaj, chyba widzę, w czym problem!”.

Profesorowie siedzący po obydwu stronach Evana odwrócili się do niego z wyrazem zdziwienia na twarzach. Najwyraźniej puentę kawału wypowiedział na głos.

– Jak państwo widzicie, nasz ostatni prelegent aż się pali, żeby do państwa przemówić. Dlatego nie przedłużając, przedstawiam profesora Evana Bircha, szacownego członka naszego Wydziału Filozofii.

„Szacownego”? Evan nie był pewien, czy w tym wieku chce być określany jako „szacowny”. Ceniony, podziwiany, szanowany – owszem. Ale „szacowny” – podobnie jak „ukochany” – pasowało bardziej do gatunku profesor emeritus, którego przedstawiciele snuli się pomiędzy budynkami uczelni.

Evan wstał i sięgnął do tylnej kieszeni spodni po przygotowane wcześniej notatki. Kartka wyślizgnęła mu się jednak z palców i spadła na podłogę – uznał to za znak. Musiał improwizować.

Pochylił się do mikrofonu.

– Czy są tu jacyś przyszli nietzscheanie?

Ktoś w ostatnich rzędach się zaśmiał. Evan machnął w tamtym kierunku.

– A racjonaliści albo pozytywiści logiczni? – Na sali panowała cisza. – No, ale musi być chociaż paru egzystencjalistów.

Kilka osób podniosło ręce.

Choć nie był spragniony, Evan nalał sobie wody z chromowanego dzbanka. Wypił kilka łyków, po czym odstawił szklankę na sam skraj mównicy. Wiedział, że będzie to denerwować ludzi. Będą patrzeć.

Dokąd zmierzał z tymi pytaniami? Nie miał pojęcia.

– Począwszy od Sokratesa i Platona, filozofowie zawsze wywierali duży wpływ na społeczeństwo. Dziś identyfikujemy się z klubami piłkarskimi, gwiazdami telewizyjnymi i zespołami rockowymi, a nie z filozofami. Nie wiem, może to dobrze. Poglądy mogą ograniczyć nasze myślenie, jeśli trzymamy się ich zbyt kurczowo.

W panującej na sali ciszy rozległo się skrzypienie krzesła – być może ktoś właśnie wychodził. Evanowi twarz płonęła z gorąca. Podejrzewał, że mówi w sposób zbyt dydaktyczny. Kilka osób zakasłało. Zaskrzypiało kilka innych krzeseł. Czas mijał. Evan umierał tam niczym stand-upowy komik, który wyczerpał repertuar. Powinien był trzymać się swojego scenariusza, ale było już na to za późno. Postanowił opowiedzieć historyczną anegdotę.

– Kiedy zmarł wielki francuski myśliciel, René Descartes, przy drogach ustawiły się tłumy ludzi pragnących choćby zerknąć na jego zwłoki, przewożone przez kraj. Niektórzy odcinali na pamiątkę jakiś kawałek, palce czy uszy. Kiedy wreszcie złożono jego ciało do grobu, było ono znacznie mniejsze niż za życia.

Evan przerwał w tym momencie, żeby w umysłach słuchaczy wyraźnie utkwił obraz człowieka uwielbianego tak bardzo, że odcinano na pamiątkę fragmenty jego ciała. Nie potrafił sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło się zdarzyć w przypadku któregoś z dzisiejszych filozofów. Istniały pewne plusy życia w czasach upadku idei.

– Inna anegdota mówi o tym, jak Kartezjusz wstąpił pewnego razu do kawiarni i zamówił kawę. Kelnerka zapytała, czy życzy sobie również muffina. Kartezjusz odparł: „Myślę, że nie”, po czym zniknął!

Za jego plecami dziekan wydał z siebie jęk. Po kilku sekundach szmer na sali potwierdził, że kolejne osoby zrozumiały żart. Evan podniósł ręce, jakby chciał uciszyć wybuch śmiechu. Podobała mu się nieadekwatność tego gestu.

– Wy, którzy zaczynacie w tym tygodniu naukę w college’u, zadajcie sobie pytanie, jaki jest tutaj wasz cel: czy chcecie zdobyć wykształcenie, czy tylko w czymś się wyszkolić. Proponuję, abyście jako studenci tak liberalnej szkoły humanistycznej jak Pearce zaczęli od „poznania samych siebie”, co jest warunkiem podjęcia jakiejkolwiek nauki. Ale ostrzegam was: wiedza o sobie niekoniecznie oznacza szacunek dla siebie. Jak mawiał Goethe: „Nie znam siebie, i dzięki Bogu”.

Evan widział już, co robi – wszyscy zgromadzeni na sali zażywni rodzice i ich chude dzieci kręcili głowami. Ale być może kilka młodych umysłów zaintryguje ten oczywisty absurd jego wypowiedzi. Tylko na to liczył: na kilku studentów gotowych podążać za swoimi myślami, nawet jeśli miałoby to ich zaprowadzić na ciemne i kręte ścieżki.

Nadszedł czas zakończyć wystąpienie tak, jak wcześniej to sobie przygotował.

– Wittgenstein, jeden z najbardziej przenikliwych umysłów dwudziestego wieku, nazwał filozofię chorobą rozumu. Po części się z nim zgadzam. Filozofia może jednak być również uzdrawiającą sztuką, może nadawać sens pozornemu chaosowi. W ciągu następnych kilku dni wybierzecie swoje przedmioty. Zachęcam was do filozofii i zgłębiania własnych umysłów.

„Zgłębianie własnych umysłów” – zabrzmiało jak tekst z reklamy naboru do służby wojskowej. Żenujące. Ale słowa zostały już wypowiedziane. Nie mógł ich cofnąć.

Wypił jeszcze kilka łyków wody i zszedł z podium. Dziekan Santos poklepał go po ramieniu, kiedy się mijali, a Evan nie potrafił powiedzieć, czy był to z jego strony gest pochwały, czy współczucia. Uprzejme oklaski ucichły, zanim zdążył usiąść.

Evan patrzył na pusty notatnik, leżący na jego kolanach. Coraz wyraźniej docierała do niego smutna prawda, że podobnie jak Wittgenstein, miał niewielkie poczucie humoru. Nie powinien przyjmować propozycji napisania artykułu o poczuciu humoru w filozofii tylko po to, żeby Niespokojne umysły zyskały odrobinę rozgłosu. Poza tym skąd mógł wiedzieć, czy łamy pisma „Humoresque” to odpowiednie miejsce dla wykładowcy akademickiego?

– Wróciłeś wcześniej.

Podniósł wzrok, gdy Ellen weszła do jego gabinetu, machając ręką, w której trzymała książkę Jak Proust może zmienić twoje życie.

– Urwałem się zaraz po zebraniu. Chciałem napisać coś jeszcze przed kolacją. A ty gdzie byłaś? Chłopcy nie wiedzieli.

– Powiedziałam im, że idę na spacer. Powinni pamiętać takie rzeczy.

– Pamiętają, że wyszłaś o trzeciej. Czyli półtorej godziny temu.

– Poznałam kobietę, która wprowadziła się do tego groteskowo wielkiego domu na wzgórzu, no i trochę pogadałyśmy.

– Jest groteskowa?

– Jest Hinduską. Z całą rodziną właśnie przeprowadziła się tu z Kalkuty i jest zachwycona tą przestrzenią. – Ellen usiadła na skraju jego biurka, a on zamknął notatnik. – A jak twoje przemówienie?

– Dziekan nazwał mnie „szacownym”, przez co poczułem się, jakbym miał osiemdziesiąt lat. Potem upuściłem notatki na podłogę i postanowiłem pójść na żywioł, więc jestem pewien, że wszyscy poczuli się zdezorientowani.

– A taki był cel?

– Dezorientacja nigdy nie jest moim celem. Czasami leży na drodze do celu. – Wskazał książkę. – Czy Proust zmienia twoje życie?

– Na razie nie, ale jestem dopiero na czterdziestej trzeciej stronie. Myślę, że przeczytam później W poszukiwaniu straconego czasu.

– To lepiej uważaj. Niektórzy ludzie spędzili na czytaniu Prousta całe życie i oszaleli od tego.

Ellen podciągnęła rękawy białej lnianej bluzki, ale zaraz znowu opadły. Evan zastanawiał się, ile razy dziennie jego żona wykonuje ten ruch.

– Co myślisz o Matcie i Margaret?

Nie wiedział, o co jej chodzi.

– Matt McKenzie i Margaret Hope – wyjaśniła.

– Oni są razem? – Wyobraził sobie tę dwójkę w łóżku i był to przerażający obraz: eksrugbysta Matt przygniatający flecistkę Margaret. – Kiedy to się stało?

– Jeszcze się nie stało.

Związek tych dwojga był więc tylko kolejnym wytworem jej wyobraźni, a te rzadko stawały się rzeczywistością. Z tego, co wiedział, jego żona miała właściwie zerową skuteczność, jeśli chodzi o kojarzenie par.

– Czy wiesz, że on ma metr dziewięćdziesiąt pięć i waży chyba ze sto dziesięć kilo? A ona ledwie sięga mi do pasa.

– Nie jest taka niska. Jesteśmy prawie tego samego wzrostu.

– Myślę, że to najgorsza para, jaką kiedykolwiek wymyśliłaś. Sugeruję, żebyś przemyślała to wtrącanie się w sprawy innych.

– Pomaganie – poprawiła go. – Oboje prosili mnie, żebym pomogła im kogoś znaleźć.

– Tylko mnie w to nie mieszaj, okej?

– Nigdy tego nie robię.

Potrafił na poczekaniu wyliczyć ze trzy sytuacje, kiedy wciągnęła go w organizowanie niby to przypadkowych spotkań albo wykorzystała jako nieświadomego posłańca. Nie widział jednak powodu, żeby wypominać jej teraz te sztuczki. Wolał zmienić temat.

– McKeesowie przychodzą jednak na kolację, tak? – spytał.

Próbował wykrzesać z siebie nieco entuzjazmu, ale wiedział, że mu to nie wyjdzie. Mógł udawać wiele rzeczy, ale entuzjazm do nich nie należał.

– A czemu mieliby nie przyjść?

Z powodu choroby, wypadku, problemów z dziećmi, awarii samochodu, przeciekającego dachu, śmierci w rodzinie – istniało wiele dobrych powodów.

– Nie wiem, tak po prostu pytam.

– Nie wyglądasz, jakbyś się cieszył na ich przyjście.

Oczywiście, że nie cieszył się na wieczór w towarzystwie kłótliwych McKeesów. Wydawało mu się, że po ostatniej kolacji dał to jasno do zrozumienia.

– Oni o wszystko się kłócą – odparł. – Po pięciu minutach od wejścia Bob wyda z siebie jakiś podejrzany dźwięk. Sheryl powie mu, że ma przeprosić, i od tego momentu już przez cały wieczór będą skakać sobie do gardeł.

– My też się kłócimy. Wszystkie pary się kłócą.

Ujął jej dłoń i pocałował lekko.

– Czasami walczymy na słowa, ale to tylko taka gra.

Przesunęła ręką po jego policzku.

– Kiedy się uśmiechasz, przypominasz chłopców.

Obrócił głowę i pocałował wnętrze jej dłoni.

– To główny genetyczny dar, który im przekazałem... i jeszcze nadmierna ruchomość stawów.

– Mogli odziedziczyć po tobie coś gorszego niż seksowny uśmiech.

– Twierdzisz, że chłopcy seksownie się uśmiechają?

– Będą. A dziewczyny będą się za nimi uganiać, tak samo jak uganiały się za tobą.

Pamiętał, jak w piątej klasie biegł korytarzem, a trzy dziewczyny deptały mu po piętach. Nie wiedział – ani wtedy, ani teraz – dlaczego poczuł potrzebę ucieczki. One tylko chciały go pocałować. Scena skończyła się fatalnie: wpadł na drzwi, które otworzyła nagle nauczycielka fizyki. Evan pamiętał krwawiący nos, guza na czole, reprymendę od nauczycielki i śmiech dziewczyn. Chyba nigdy nie opowiadał o tym Ellen. Czy po prostu domyśliła się, że był w ten sposób ścigany?

Evan wstał.

– Okej, to lepiej bierzmy się do przygotowania tej kolacji. W czym mogę pomóc?

Ellen wyciągnęła z książki zakładkę.

– Skocz, proszę, do Stonehill Farm po warzywa. Tu jest lista. Powiedziałam chłopcom, że mają jechać z tobą. Przez cały dzień siedzieli przed komputerem.

Evan wyszedł do przedpokoju i zawołał w górę schodów:

– Adam, Zed, jedziemy!

Nie odpowiedzieli. Nie pojawili się. Dziwne.

– Spróbuj z Kastorem i Polluksem – zasugerowała Ellen.

– Co?

– Kastor i Polluks, bliźniacze gwiazdy. Nie pamiętam, który jest który.

– Jak długo to potrwa?

– Powiedziałam im, że do jutra rana.

– Kastor! Polluks! – krzyknął na tyle poważnie, na ile zdołał. – Pokażcie się!

Zed szedł parę kroków przed bratem, co było zdumiewające. Miał na sobie czerwoną koszulkę z napisem: „Harvard śmierdzi”. Evan nigdy wcześniej jej nie widział, domyślił się więc, że to prezent od matki Ellen.

– Dlaczego musimy jechać po warzywa, mamo?

– Bo cały dzień siedzieliście w domu. Potraktujcie to jako wypad do prawdziwego świata.

– Prawdziwy świat jest nudny. Wolałbym, żeby zniknął.

– I co byłoby zamiast niego? – zapytał Evan.

Zed przygryzł wargę; zawsze grał w ten sposób na zwłokę, kiedy musiał odpowiedzieć na jakieś trudne pytanie.

– Mógłbyś mieć w mózgu taki mały chip i byłoby tam dużo różnych kanałów, które przełączałbyś, po prostu myśląc jakiś numer. I świat byłby taki, jaki widziałbyś w głowie. Na przykład na jednym kanale mógłbyś jeździć na snowboardzie, na drugim na skateboardzie, na trzecim grałbyś na konsoli i...

– Dobra, rozumiem. W takim razie co powiecie na przełączenie się na kanał wyprawy po warzywa?

Zed wykrzywił usta w sztucznym uśmiechu. Evan zastanawiał się, w jakim wieku dzieci uczą się tego i czy sztuczny uśmiech przynosi jakieś ewolucyjne korzyści.

– No to dalej. – Adam chwycił Evana za rękę, ciągnąc go w stronę drzwi do garażu. – Miejmy to już z głowy.

– Kiedyś błagaliście mnie, żebym zabierał was w takie miejsca – stwierdził Evan. – Na farmę, do sklepu z narzędziami, do pralni, bez różnicy. Wszystko było dla was przygodą.

– Mieliśmy wtedy chyba z pięć lat, tato – zauważył Adam.

Zed skinął głową.

– Teraz mamy już jakieś życie.

To prawda, mieli już jakieś życie, ale Evanowi trochę trudno było się z tym pogodzić.

Szedł wolno wzdłuż alejki z warzywami, trzymając w dłoni listę przygotowaną przez Ellen. Jej instrukcje były dokładne, a kluczowe słowa zostały nawet podkreślone – dwanaście miękkich szparagów, cztery pomidory z naturalnych upraw, trzy niezbyt dojrzałe awokado. Wybierał kolejne warzywa zgodnie z tymi wskazówkami. Miał pewność, że Ellen będzie zadowolona. Odwrócił się, żeby podać chłopcom foliowe torby, ale obaj gdzieś zniknęli. Stanął na palcach, omiatając wzrokiem halę targową, i zobaczył dwie ciemnoczerwone koszulki wymykające się przez tylne drzwi w kierunku leżącej na polu sterty dyń. Zdziwił się, że dynie pojawiły się w tym roku tak wcześnie. Musiały pochodzić z innego stanu.

Odwracając się z powrotem, wpadł na drobną staruszkę trzymającą kabaczek o dziwnym kształcie.

– Przepraszam – powiedział. – Nie zauważyłem pani.

Kobieta zaśmiała się, jakby to był dowcip. Podniosła kabaczek.

– Wygląda jak stan Idaho, nie sądzi pan?

Evan rzeczywiście dostrzegł pewne podobieństwo.

– Tak, ma pani rację.

– Nikt nie kupi kabaczka, który wygląda jak Idaho. Wezmę go.

Oddaliła się, nie mówiąc już nic więcej. Zastanawiał się, czy kabaczek dołączy do jej kolekcji warzyw w kształcie pięćdziesięciu stanów. A może spodziewała się, że Stonehill da jej zniżkę na zakup zniekształconego towaru? Obserwował, jak kobieta otwiera drzwi i przepuszcza wchodzącą do sklepu parę młodych ludzi. Następnie wyszła, ściskając kabaczek pod pachą. Z tego, co widział, nie zapłaciła za niego.

– Możemy ją kupić?

Rozejrzał się i dostrzegł chłopców, którzy szli ku niemu, trzymając pomiędzy sobą dużą dynię.

– Uważajcie, żeby jej nie upuścić.

– Dzięki, że nam powiedziałeś, tato. Myśleliśmy, że trzeba ją upuścić.

– Nie odpowiadaj mi tak, Adam.

– Przepraszam. To możemy ją kupić?

– My w sensie, że kupujecie ją za swoje kieszonkowe, czy my w sensie, że kupuję ja?

– W sensie, że ty nam ją kupujesz za to, że z tobą przyjechaliśmy – wyjaśnił Zed. – To byłoby miłe z twojej strony.

Dynia była mocno spłaszczona, a przycięta łodyga przypominała uchwyt. Z jednej strony miała brązowe plamy, z drugiej była bardziej zielona niż pomarańczowa. Evan nigdy nie widział brzydszej dyni.

– Czy jest jakiś powód, dla którego wybraliście akurat tę?

– To najbrzydsza, jaką znaleźliśmy – odparł Adam. – Chyba że dasz nam więcej czasu, to jeszcze poszukamy.

– Ta jest wystarczająco brzydka – stwierdził Evan i ruszył w kierunku kasy.

W drodze powrotnej chłopcy siedzieli z tyłu, oparci ramionami o olbrzymie warzywo umieszczone pośrodku. Zastanawiał się, czy nie zwrócić im uwagi, że w żadnym wirtualnym świecie zakup dyni nie byłby tak satysfakcjonujący, ale właściwie skąd mógł wiedzieć? Być może to doświadczenie zapewniłoby podobnie zastępczą przyjemność jak czytanie.

Wjechał na autostradę. McKeesowie mieli być za godzinę i wyobrażał sobie, że Ellen opiera się gdzieś w domu o ścianę, próbując dokończyć Jak Proust może zmienić twoje życie. Będzie potrzebowała pomocy przy kolacji. Zawsze wydawało mu się dziwne, że Ellen czyta na stojąco, zwłaszcza kiedy wykonywała równocześnie ugięcia lub wymachy nóg. Czasami zdumiewało go, jak bardzo potrafiła się skupić.

Włączył kierunkowskaz, żeby zmienić pas. W lusterku wstecznym zobaczył, że jakieś dwadzieścia metrów za nim jedzie policja, więc wyłączył kierunkowskaz i zdjął nogę z gazu. Spojrzał na prędkościomierz – wskazówka opadała ze stu do dziewięćdziesięciu kilometrów. O szóstej godzinie było jeszcze dość jasno, ale mimo to włączył światła.

Przez około półtora kilometra radiowóz jechał za nim, utrzymując stałą odległość. Kiedy Evan zwolnił do siedemdziesiątki, policjanci zrobili to samo. Evan uruchomił tempomat i położył obydwie dłonie na kierownicy.

Niebieskie światło zaczęło błyskać. Zmienił pas na prawy, robiąc miejsce na wyprzedzanie. Radiowóz jednak wciąż pozostawał tuż za nim. Evan zjechał więc z jezdni na miękkie pobocze. Policja zrobiła to samo, a on poczuł się nagle bardzo niepewnie. Jakie wykroczenie popełnił ich zdaniem?

– Jechałeś za szybko, tato?

– Nie, tylko pięć kilometrów na godzinę szybciej, niż jest dozwolone. Tyle zawsze można. – Nagle przypomniał sobie, że jakąś kobietę z Teksasu aresztowano chyba za to, że jej dzieci nie miały zapiętych pasów. Zerknął na tylne siedzenie. – Obaj zapięliście pasy?

– Tak.

Spojrzał w lusterko. Policjant rozmawiał przez radio. Evan zastanawiał się, czy nie wysiąść i nie zapytać, o co chodzi, ale przypuszczał, że gliniarze wolą sami przejawiać inicjatywę. Przedstawiciele władzy tak mieli. Dlatego czekał.

– Może zepsuł ci się prędkościomierz i jechałeś o dziesięć kilometrów za szybko. Tyle to chyba nie można, co?

Evan obserwował w lusterku jak niski, krępy policjant wysiada z radiowozu i idzie w jego kierunku. Pochylił się przy oknie, z ręką na pistolecie, i spojrzał do środka.

– Coś nie tak, panie władzo?

– Prawo jazdy i dowód rejestracyjny proszę.

Evan otworzył schowek i znalazł dowód rejestracyjny. Następnie wyciągnął z portfela prawo jazdy.

Funkcjonariusz poświecił latarką na dokumenty.

– Kto jest z tyłu?

– Moi synowie – odparł Evan i poczuł dziwną potrzebę, by wyjaśnić: – To bliźniaki.

– Czy może pan mi podać kluczyki do auta, panie Birch?

– Kluczyki?

– Zgadza się. Proszę wyjąć je ze stacyjki i podać mi.

Evan wyjął kluczyki i położył je na dłoni policjanta. Mężczyzna wrócił do radiowozu.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 5

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 6

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 7

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 8

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 9

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 10

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 11

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 12

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 13

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 14

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 15

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 16

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 17

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 18

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 19

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 20

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 21

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 22

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 23

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 24

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 25

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 26

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 27

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 28

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 29

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 30

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 31

Dostępne w wersji pełnej

Sieć podejrzeń

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

PODZIĘKOWANIA

Motto

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału

THE SPINNING MAN

Projekt okładki

Michał Pawłowski / kreskaikropka

Zdjęcia na okładce

Benjamin Harte / Arcangel Images

Redakcja

Anna Jutta-Walenko

Korekta

Jadwiga Piller, Krystian Gaik

Copyright © 2003 by George Harrar

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Jakub Małecki, 2017

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-127-4

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fantastycznie nieobliczalni Nikt nie idzie Dżozef Rdza Sieć podejrzeń Ślady 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer