Ziemia, planeta ludzi

Ziemia, planeta ludzi

Autorzy: De Saint-Exupery Antoine

Wydawnictwo: Siedmioróg

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 4.13 zł

Wydana po raz pierwszy w 1939 roku należy do światowego kanonu literatury pięknej. Składa się z ośmiu opowieści (Linia, Koledzy, Samolot, Samolot i planeta, Oaza, Na pustyni, W sercu pustyni, Ludzie), w których autor powraca do swoich osobistych doświadczeń pilota w pionierskich czasach lotnictwa na najtrudniejszych szlakach nad Saharą, Amazonką czy Andami. Opowieści, połączone ze sobą jak kartki z pamiętnika, mówią o niezłomnej postawie pisarza i zaprzyjaźnionych z nim pilotów w czasach, kiedy niedoskonałość maszyn skazywała ich na nieustającą walkę o przetrwanie. Lecz Ziemia, planeta ludzi to więcej niż pasjonująca historia o pierwszych lotnikach. Mówi ona przede wszystkim o tym, w jaki sposób odwieczna walka z naturą otwiera przed człowiekiem drogę do poznania samego siebie i do mądrości. Czasopismo „National Geographic Adventure” umieściło Ziemię, planetę ludzi na liście 100 najciekawszych książek przygodowych wszech czasów.

Tytuł oryginału:

Terres des Hommes

Projekt okładki:

Artur Piątek

Posłowie:

Zbigniew Bieńkowski

Lektura dla szkół średnich

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-738-1

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg:

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2017

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

I. Linia

II. Koledzy

III. Samolot

IV. Samolot i planeta

V. Oaza

VI. Na pustyni

VII. W sercu pustyni

VIII. Ludzie

Posłowie

Przypisy

Henryku Guillaumet, mój kolego, dedykuję Ci tę książkę

Ziemia więcej mówi nam o nas niż wszystkie książki. Bo stawia nam opór. Mierząc się z przeszkodą człowiek poznaje siebie. Ale aby dosięgnąć ziemi, musi mieć jakieś narzędzie. Musi mieć hebel albo pług. Orząc pole rolnik, skiba po skibie, wydziera przyrodzie powoli kilka tajemnic, a prawda, którą odkrywa, ma sens ogólny. Tak samo samolot, to narzędzie linii powietrznych, stawia człowieka wobec wszystkich odwiecznych problemów.

Mam jeszcze w oczach noc mojego pierwszego lotu do Argentyny, ciemną noc, w której migotały tylko – niczym gwiazdy – nieliczne światła rozrzucone na równinie.

W oceanie ciemności każda z nich oznaczała cud – świadomość ludzką. W tym domu ktoś czytał, rozmyślał lub otwierał komuś serce. W tamtym usiłował może zbadać przestrzeń, trudził się nad obliczeniami mgławicowej Andromedy. Tam znów kochano. Światła płonęły tu i ówdzie na równinie i żądały należnego im pokarmu. Nawet najdyskretniejsze – światła w domu poety, nauczyciela, cieśli. Ale wśród tych żywych gwiazd ileż okien zamkniętych, ileż gwiazd wygasłych, ludzi uśpionych...

Starajmy się zbliżyć wzajem. Szukajmy porozumienia z kilkoma z tych świateł rozrzuconych na równinie.

I

Linia

Było to w roku 1926. Jako młody pilot cywilny pracowałem od niedawna w Towarzystwie Latécoére, które przed powstaniem Aéropostale i Air-France eksploatowało linię lotniczą Tuluza–Dakar. Uczyłem się tam mojego zawodu. Podobnie jak moi koledzy odbywałem nowicjat, przez który musiał przejść każdy z nas, zanim dostąpił zaszczytu pilotowania samolotu pocztowego. Loty ćwiczebne, jazdy Tuluza–Perpignan i z powrotem, skromne lekcje meteorologii w lodowatym hangarze. Życie wypełniał nam strach przed górami Hiszpanii, których jeszcze nie znaliśmy, i szacunek dla starszych kolegów.

Tych starszych kolegów spotykaliśmy w restauracji. Opryskliwi, z rezerwą, jak z łaski udzielali nam swych rad. A kiedy czasem któryś z nich, po powrocie z Alikantu czy Casablanki, przychodził spóźniony, w skórzanym płaszczu ociekającym deszczem, i jeden z nas pytał go nieśmiało o warunki lotu, krótkie odpowiedzi umiały w burzy wyczarować przed naszymi oczyma bajeczny świat pełen sideł, zasadzek, nagle wyłaniających się skał, stromizn i wichrów zdolnych wyrywać cedry z korzeniami. Czarne smoki broniły wejścia do dolin, snopy błyskawic wieńczyły górskie grzbiety. Starsi koledzy umiejętnie podsycali nasz szacunek. Ale od czasu do czasu któryś z nich, zdobywszy już szacunek wieczysty, nie wracał.

Pamiętam jeden powrót Bury’ego, który później zginął w Corbiéres. Stary pilot zasiadł wśród nas i jadł powoli, bez słowa, pochylając przytłoczone jeszcze niedawnym wysiłkiem ramiona. Był wieczór po jednym z tych niepogodnych dni, kiedy na całej długości trasy niebo jest zgniłe, a pilot ma wrażenie, że góry toczą się w błocie tam i na powrót niczym zerwane z uwięzi działa, które w dawnych czasach orały ciężkimi kołami pokłady żaglowców. Spojrzałem na Bury’ego, przełknąłem ślinę i zdobyłem się na pytanie, czy miał ciężki lot. Bury nie dosłyszał, ze zmarszczonym czołem pochylał się nad talerzem. W niepogodę na pokładzie otwartego samolotu trzeba się wychylać za wiatrochron, żeby lepiej widzieć, i porywisty wiatr długo potem gwiżdże pilotowi w uszach. Wreszcie Bury podniósł głowę, jakby mnie usłyszał, coś sobie przypomniał i nagle wybuchnął dźwięcznym śmiechem. Zachwycił mnie ten śmiech – Bury śmiał się tak rzadko! – ten krótki śmiech, który rozpromienił jego zmęczenie. Bez żadnego innego komentarza do swojego zwycięstwa pochylił głowę i znów żuł bez słowa. Ale w półmroku restauracji, wśród drobnych urzędników posilających się po skromnych trudach codziennych, ten kolega o masywnych ramionach zajaśniał przedziwnym dostojeństwem, przez jego twardą skórę przebijał się anioł, który pokonał smoka.

Przyszła wreszcie moja kolej i pewnego wieczoru zostałem wezwany do gabinetu dyrektora. Powiedział mi po prostu:

– Poleci pan jutro.

Stałem czekając, aż pozwoli mi odejść. Ale po chwili milczenia dyrektor dodał:

– Zna pan wszystkie przepisy?

W tamtych czasach silniki nie dawały bynajmniej takich gwarancji bezpieczeństwa lotu co dzisiaj. Często, bez żadnego uprzedzenia, odmawiały nagle posłuszeństwa wśród ogłuszającego brzęku tłuczonej porcelany. I ręce wypuszczały ster nad skalistym grzbietem Hiszpanii, gdzie nie było bezpiecznego schronienia. „Kiedy tutaj silnik nawali – mówiliśmy – samolot, niestety, natychmiast zrobi to samo”. Ale samolot nie jest niezastąpiony. Najważniejsze to nie wpaść na skałę na ślepo. Toteż pod karą najostrzejszych sankcji zakazywano nam w okolicach górzystych lecieć nad morzem chmur. Najmniejszy defekt w silniku – a pilot zanurzając się w białą watę może uderzyć o szczyt nie widząc go nawet.

Dlatego właśnie tego wieczoru powolny głos nalegał, przypominając mi zakaz po raz ostatni:

– Bardzo ładnie jest lecieć na busolę w Hiszpanii nad morzem chmur, bardzo elegancko, ale...

I jeszcze wolniej:

– ...ale niech pan pamięta: pod morzem chmur... jest wieczność.

I nagle ten świat spokojny, tak jednostajny i prosty, który odkrywamy wynurzając się z chmur, nabrał dla mnie nie znanej dotychczas wartości. Ten spokój – był zasadzką. Wyobraziłem sobie ogromną białą pułapkę rozprzestrzeniającą się u moich stóp. Wbrew wszelkim wyobrażeniom – nie ma pode mną kłębowiska ludzi ani zgiełku, ani pulsujących życiem miast, ale jest cisza jeszcze bardziej absolutna, spokój jeszcze bardziej ostateczny. Ta biała maź stała się dla mnie granicą między tym, co rzeczywiste, a tym, co nierzeczywiste, między znanym a niepoznawalnym. I przeczuwałem już, że widok nie ma sensu sam w sobie, że dopiero nabiera go poprzez pryzmat jakiejś kultury, jakiejś cywilizacji, jakiegoś zawodu. Górale znali także morza chmur. Nie dojrzeli w nich jednak tej bajecznej zasłony.

Kiedy wyszedłem z gabinetu dyrektora, ogarnęła mnie dziecinna duma. A więc kolej na mnie. O świcie będę odpowiedzialny za pasażerów i pocztę lecącą do Afryki. Ale doznawałem także wielkiej pokory. Nie czułem się dostatecznie przygotowany. Hiszpania była uboga w schronienia dla lotników. Lękałem się, że w obliczu niebezpieczeństwa nie będę wiedział, gdzie znaleźć miejsce odpowiednie do lądowania. Ślęczałem nad nieprzystępną jałowością map i nie znalazłem potrzebnych mi wskazówek. Toteż z sercem przepełnionym trwogą i dumą zarazem poszedłem spędzić ten ostatni wieczór przed bitwą u mojego kolegi Guillaumeta. Guillaumet poznał przede mną te szlaki. Guillaumet miał swoje sposoby, wiedział, jak zdobywa się klucze do Hiszpanii. Po wtajemniczenie udałem się do Guillaumeta.

Uśmiechnął się, kiedy do niego zaszedłem.

– Wiem już. Cieszysz się?

Wyjął z szafki porto i kieliszki, potem zbliżył się do mnie, uśmiechając się ciągle.

– Trzeba to oblać. Zobaczysz, wszystko pójdzie dobrze.

Guillaumet, który miał później pobić rekord lotów pocztowych nad Andami i południowym Atlantykiem, promieniował ufnością, tak jak lampa promieniuje światłem. A siedząc owego właśnie wieczoru pod lampą, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, bez marynarki, i uśmiechając się najbardziej dobroczynnym z uśmiechów, Guillaumet powiedział mi po prostu:

– Burze, mgły, śnieg nieraz dadzą ci się we znaki. Myśl wtedy o tych, którzy zaznali tego wszystkiego przed tobą, i powtarzaj sobie tylko: „Skoro inni dali sobie z tym radę, można sobie dać z tym radę”.

Tymczasem rozwinąłem mapy i poprosiłem go jednak, by przejrzał wspólnie ze mną tę trasę. I pochylony pod lampą, oparty o ramię starszego kolegi, odzyskałem spokój, ten spokój ze szkolnej ławki.

Jakże dziwną lekcję geografii dał mi wówczas Guillaumet! Nie uczył mnie Hiszpanii, ale zaprzyjaźniał mnie z Hiszpanią. Nie mówił ani o hydrografii, ani o ludności, ani o pogłowiu bydła. Nie mówił o Kadyksie, ale o trzech drzewkach pomarańczowych rosnących na skraju pola pod Kadyksem: „Strzeż się tych drzew, zaznacz je na swojej mapie...” I od tej chwili trzy drzewka pomarańczowe zajmowały na mojej mapie więcej miejsca niż Sierra Nevada. Nie mówił mi o mieście Lorca, ale o małej farmie pod Lorcą. O farmie pulsującej życiem. I o jej gospodarzu. I o jej gospodyni. Ta para małżeńska, zgubiona gdzieś w przestrzeni, odległa od nas o tysiąc pięćset kilometrów, nabierała nagle nieproporcjonalnie ogromnego znaczenia. Wrośnięci w zbocze góry, gotowi byli zawsze, niczym latarnicy, nieść pomoc ludziom pod swoim rozgwieżdżonym niebem.

Wydobywaliśmy w ten sposób z całkowitego zapomnienia, z niepojętej oddali szczegóły nie znane żadnemu z geografów świata. Tylko Ebro bowiem, które gasi pragnienie wielkich miast, interesuje geografów. Ale nie ten ukryty wśród traw na zachód od Motril strumień, żywiciel kilkudziesięciu kwiatów. „Strzeż się tego strumienia, psuje całe pole... Zaznacz go sobie także na mapie”. O, zapamiętam sobie tego węża z Motril! Wygląda niewinnie, cichym szmerem zachwyca najwyżej kilka żab, ale drzemie tylko jednym okiem. Wijąc się wśród traw w tym raju błogosławionego pola, gdzie mógłbym szukać ratunku, czyha na mnie o dwa tysiące kilometrów stąd. Przy pierwszej okazji przemieniłby mnie w snop płomieni...

Przybierałem także postawę obronną wobec trzydziestu baranów rozrzuconych jak w tyralierze na zboczu wzniesienia i gotowych do ataku: „Myślisz, że nic nie ma na tej łące, i nagle – pac. Trzydzieści baranów pakuje ci się pod koła...” Odpowiadałem zachwyconym uśmiechem na tak perfidną groźbę.

W świetle lampy Hiszpania z mojej mapy stawała się powoli krajem z bajki. Znaczyłem krzyżykami bezpieczne lądowiska i zasadzki. Zaznaczyłem owego farmera, trzydzieści baranów, strumień. Zaznaczyłem na właściwym miejscu pastuszkę pominiętą przez geografów.

Kiedy się pożegnałem z Guillaumetem, zapragnąłem ruchu, chciałem odetchnąć lodowatym powietrzem zimowego wieczoru. Podniosłem kołnierz palta i obnosiłem młodą żarliwość wśród nie podejrzewających niczego przechodniów. Z moją tajemnicą w sercu ocierałem się dumnie o nie znanych mi ludzi. Ci barbarzyńcy nie wiedzieli o moim istnieniu, ale to właśnie mnie powierzą o świcie, wraz z workami listów i paczek, swoje zmartwienia i porywy. W moje ręce złożą swoje nadzieje. Otulony paltem, stawiałem opiekuńcze kroki wśród ludzi, którzy nic nie wiedzieli o mojej troskliwości.

Głusi byli na przesłania nocy, które ja odbierałem. Bo to mnie, to moje ciało obchodziła bezpośrednio ta gotująca się może do skoku zamieć, która miała utrudnić mój pierwszy lot. Gwiazdy gasły jedna po drugiej; jak mieli się dowiedzieć o tym oni, ci przechodnie? Tylko ja byłem wtajemniczony. Przed bitwą komunikowano mi pozycję wroga...

A przesłania, nakładające na mnie tak poważne obowiązki, otrzymywałem przed oświetlonymi wystawami sklepowymi, na których lśniły prezenty gwiazdkowe. Można było sądzić, że zostały tam wyłożone tej nocy wszystkie skarby ziemi, a ja rozkoszowałem się dumnym upojeniem wyrzeczenia. Byłem bojownikiem w niebezpieczeństwie: cóż mogły mnie obchodzić te mieniące się kryształy, przyszły splendor wieczornej zabawy, te abażury, te książki! Zanurzałem się już we mgłę, ja, pilot liniowy, wgryzałem się już w gorzki miąższ nocnych lotów.

O trzeciej nad ranem obudzono mnie. Szybkim ruchem rozsunąłem żaluzje, zobaczyłem miasto w strugach deszczu i ubrałem się w skupieniu, z poczuciem ważności każdego gestu.

Pół godziny później, siedząc na małej walizeczce, czekałem na chodniku lśniącym od deszczu na omnibus, który miał mnie zabrać. Iluż to kolegów w dniu otrzymania święceń przeżywało przede mną to oczekiwanie z lekko ściśniętym sercem! Wreszcie zza rogu wyłonił się staromodny wehikuł grzmiący żelastwem i – podobnie jak kiedyś moi koledzy – wcisnąłem się na ławkę między zaspanego celnika i kilku biuralistów. Ten omnibus czuć było zakurzonym urzędem, starym biurem, wsysającym powoli, jak grzęzawisko, ludzkie życia. Zatrzymywaliśmy się co pięćset metrów, aby zabrać jeszcze jednego sekretarza, jeszcze jednego celnika, inspektora. Ci, którzy zdążyli już zasnąć w wozie, odpowiadali niewyraźnym mruknięciem na powitanie nowego przybysza, który się sadowił, jak mógł, i natychmiast także zapadał w drzemkę. Po nierównym bruku Tuluzy posuwał się smutny wehikuł; pilot liniowy wciśnięty między urzędników początkowo niczym się od nich nie różnił... Ale latarnie się przesuwały, ale lotnisko było coraz bliższe, i ten stary, rozklekotany omnibus nie omnibusem już był, ale starą poczwarką, z której miał wyjść człowiek przeobrażony.

W taki sam ranek, o takiej samej porze, każdy z moich kolegów czuł, jak w podrzędnym funkcjonariuszu narażonym jeszcze na wszystkie humory inspektora rodzi się lotnik odpowiedzialny za połączenie pocztowe z Hiszpanią i Afryką, który za trzy godziny stawi wśród błyskawic czoło smokowi z Hospitalet; który za cztery godziny, pokonawszy smoka, zdecyduje sam – bo ma nieograniczoną władzę – czy zboczyć i polecieć nad morzem, czy też zaatakować wprost masyw Alcoy; który będzie jak równy z równym mierzył się z burzą, masywem górskim i oceanem.

Każdy mój kolega, zagubiony w bezimiennej ekipie pod ciemnym, zimowym niebem Tuluzy, czuł tak kiedyś, o takiej samej godzinie porannej, jak rośnie w nim władca, który w pięć godzin później, pozostawiwszy za sobą deszcze i śniegi Północy, odrzuciwszy zimę, zmniejszy obroty silnika i wyląduje w sercu lata, pod oślepiającym słońcem Alikantu.

Ten stary omnibus nie kursuje już od dawna, ale jego ascetyczny brak komfortu żyje w mojej pamięci. Był symbolem zaprawy niezbędnej do twardych radości naszego zawodu. Wszystko nabierało w nim przejmującej surowości. Pamiętam, jak jadąc nim trzy lata później, w paru słowach dowiedziałem się o śmierci pilota Lécrivain, jednego ze stu kolegów naszej linii, którzy w mglisty poranek czy w chmurną noc odeszli w stan spoczynku wieczystego.

Była także trzecia nad ranem, taka sama cisza panowała w omnibusie, kiedy nagle usłyszeliśmy głos niewidocznego w mroku dyrektora, który mówił inspektorowi:

– Lécrivain nie wylądował dziś w nocy w Casablance.

– Ach?! – odpowiedział inspektor. – Ach?!

Wyrwany ze snu, robił wysiłek, aby się obudzić, okazać gorliwość. I dodał:

– Ach, tak?! Nie mógł przelecieć? Zawrócił z drogi?

Na co z głębi omnibusu odpowiedziano po prostu: „Nie”. Czekaliśmy na dalszy ciąg, ale żadne więcej słowo nie padło. I w miarę jak upływały sekundy, stawało się coraz bardziej oczywiste, że po tym „nie” nie nastąpi żadne inne słowo, że to „nie” jest nieodwołalne, że Lécrivain nie tylko nie wylądował w Casablance, ale nie wyląduje już nigdy i nigdzie.

Tak więc owego ranka, o świcie mojego pierwszego lotu pocztowego, wypełniałem święte obrządki naszego zawodu i czułem, jak tracę pewność siebie, patrząc przez szyby na lśniący asfalt, w którym odbijały się uliczne latarnie. Wiatr rysował egzotyczne okazy flory w kałużach. Myślałem: „Na mój pierwszy lot pocztowy... doprawdy... nie mam szczęścia”. Podniosłem oczy na inspektora: „Pogoda zła, co?” Inspektor spojrzał na szybę beznamiętnym wzrokiem: „To niczego nie dowodzi” – mruknął wreszcie. Zastanawiałem się, po czym poznaje się złą pogodę. Wczoraj wieczorem Guillaumet jednym uśmiechem starł wszystkie złowieszcze wróżby, którymi gnębili nas starsi koledzy, ale nagle wszystkie, jak żywe, stanęły mi w pamięci: „Kto nie zna trasy do ostatniego kamyczka i natknie się na zamieć, współczuję mu... O, tak! Współczuję mu!” Musieli ratować swój autorytet i kiwali głowami, przyglądając się nam z litością trochę krępującą, jak gdyby biadali nad naszą niepokalaną naiwnością.

Istotnie, dla iluż to spośród nas ten omnibus stał się ostatnim schronieniem? Dla sześćdziesięciu, osiemdziesięciu może? Ten sam milczący kierowca wiózł ich w dżdżysty ranek. Rozejrzałem się wokół siebie: czerwone punkciki świeciły w mroku, ogniki papierosów były świetlną sygnalizacją rozmyślań. Skromne rozmyślania postarzałych za biurkiem urzędników. Dla iluż spośród nas ci towarzysze podróży stanowili kondukt ostatniej posługi?

Pochwyciłem także zwierzenia wymieniane półgłosem. Była tam mowa o chorobach, pieniądzach, błahych troskach domowych. I to wszystko odsłoniło mi bezbarwne mury więzienia, w którym się ci ludzie zamknęli. Nagle ukazało mi się oblicze przeznaczenia.

Stary urzędniku, mój towarzyszu podróży, nigdy nikt nie otworzył ci drzwi do wolności i nie ty odpowiadasz za to. Zbudowałeś swój spokój, zalewając cementem, jak termity, wszystkie wyloty i wzloty do światła. Zwinąłeś się w kłębek w swoim bezpieczeństwie mieszczańskim, w swoich nawykach, w dławiącym rytuale życia na prowincji, wzniosłeś ten skromny szaniec przeciwko wiatrom, przypływom i gwiazdom. Nie chcesz przejmować się wielkimi problemami, dość trudu kosztuje cię już wysiłek, by zapomnieć swoją kondycję człowieka. Nie jesteś mieszkańcem wędrownej planety, nie zadajesz sobie pytań, na które nie ma odpowiedzi: jesteś mieszczuchem z Tuluzy. Nikt nie ujął cię za ramiona, zanim jeszcze było za późno. Teraz glina, z której powstałeś, wyschła i stwardniała, nikt już nie dobudzi się w tobie muzyka, poety czy astronoma, którzy cię może zamieszkiwali kiedyś.

Nie, nie narzekam już na ataki ulewy. Magia zawodu otwiera przede mną świat, gdzie już za dwie godziny stawię czoło czarnym smokom i grzbietom górskim uwieńczonym pękiem niebieskich błyskawic, gdzie z zapadnięciem nocy będę odczytywał, wyzwolony, moją drogę wśród gwiazd.

Tak się odbywał nasz chrzest zawodowy i zaczynaliśmy latać. Były to najczęściej loty bez komplikacji. Zapuszczaliśmy się spokojnie, niczym zawodowi nurkowie, na dno naszego królestwa. Dzisiaj królestwo to jest dokładnie zbadane. Pilota, mechanika i radiotelegrafisty nie czeka wielka przygoda, ale praca w laboratorium. Są posłuszni ruchom wskazówek, a nie biegnącym u ich stóp krajobrazom. Tam, na zewnątrz, góry kryją się w ciemnościach, ale to już nie są góry. To niewidzialne potęgi, których obecność trzeba obliczyć. Radiotelegrafista w świetle lampy starannie zapisuje cyfry, mechanik znaczy trasę na mapie, a pilot zmienia kierunek, jeśli góry się przesunęły i szczyty, które chciał wyminąć z lewej strony, wyrosły na jego drodze, wśród tajemniczej ciszy towarzyszącej przygotowaniom wojennym.

Na ziemi zaś dyżurni radiotelegrafiści starannie zapisują w tej samej sekundzie pod dyktando kolegi: „Godzina 0.40. Kurs na 230. Wszystko w porządku”.

Tak lata dzisiaj załoga samolotu. Nie czuje się wcale w ruchu. Jest bardzo daleko, jak w nocy na morzu, od wszelkich punktów orientacyjnych. Ale silniki wypełniają ten oświetlony pokój drżeniem, które zmienia jego substancje. Ale czas nie stoi w miejscu. Ale niewidzialne procesy jakiejś alchemii odbywają się na tych tarczach, w tych lampach radiowych, na tych wskazówkach. Z sekundy na sekundę tajemnicze gesty, przyciszone słowa, natężona uwaga przygotowują cud. A kiedy wybije godzina, pilot może spokojnie przywrzeć czołem do szyby. Złoto zrodziło się z Nicości: promienieje w światłach lotniska.

Poznaliśmy jednak wszyscy i takie podróże, kiedy nagle, w świetle najbardziej osobistego punktu widzenia, w odległości dwóch godzin lotu od najbliższego lotniska, doznawaliśmy tak gwałtownego poczucia oddalenia, jakiego nie mielibyśmy w Indiach, i traciliśmy nadzieję powrotu.

Tak właśnie Mermoz, lecąc po raz pierwszy hydroplanem nad południowym Atlantykiem, znalazł się pod wieczór w okolicy Czarnego Kotła. Zobaczył wprost przed sobą splatające się coraz ciaśniej z minuty na minutę ogony cyklonów, tak jak się widzi dźwigający się cegła po cegle mur. Potem noc zapadła i zakryła te przygotowania. A kiedy w godzinę później Mermoz przemknął się pod chmurami, znalazł się na progu królestwa z bajki.

Trąby wodne wznosiły się na morzu jedna obok drugiej, pozornie nieruchome jak czarne filary świątyni. Nabrzmiałe na końcach dźwigały ciemne i niskie sklepienie burzy, ale poprzez wyrwy w sklepieniu wpadały smugi światła i blask księżyca lśnił między filarami na zimnych płytach oceanu. Mermoz leciał poprzez te nie zamieszkane ruiny, kierując się od jednego potoku światła do drugiego, omijając gigantyczne filary, gdzie z pewnością huczało wniebowzięcie morza, przez cztery godziny szukając po śladach księżyca wyjścia ze świątyni. A był to widok tak zdumiewający, że po wydostaniu się z Czarnego Kotła Mermoz zdał sobie sprawę, że ani przez chwilę się nie bał.

Mam także w pamięci jedną z takich chwil, kiedy człowiek przekracza granicę rzeczywistego świata: dane radiogoniometryczne, przekazane nam przez lotniska w Saharze, były tej nocy fałszywe i wprowadziły w błąd mnie i mojego radiotelegrafistę Nériego. Kiedy na widok lśnienia wody, przebijającej przez szczelinę w mgle, skręciłem gwałtownie w kierunku wybrzeża, nie mogliśmy wiedzieć, od jak dawna lecieliśmy trzymając kurs na morze.

Nie byliśmy pewni, czy dolecimy do brzegu, gdyż mogło nam zabraknąć benzyny. A przecież sam brzeg to jeszcze nie koniec, będziemy jeszcze musieli odszukać lotnisko. A zachód księżyca się zbliżał. Pozbawieni danych goniometrycznych, a więc już głusi, powoli traciliśmy także wzrok. We mgle podobnej do lawiny śnieżnej księżyc gasł powoli jak dopalająca się głownia. Ponad nami chmury zasnuwały niebo. Lecieliśmy między chmurami i mgłą w świecie ogołoconym z wszelkiego światła i wyjałowionym z wszelkiej materii.

Lotniska, które nam odpowiadały, nie mogły określić, gdzie jesteśmy: „Nie mamy waszego położenia... nie wiemy, gdzie jesteście...”, głos nasz bowiem docierał do nich zewsząd i znikąd.

I nagle, kiedy już traciliśmy wszelką nadzieję, lśniący punkt zabłysnął na widnokręgu, na lewo przed nami.

Ogarnęła mnie burzliwa radość, Néri pochylił się nade mną i usłyszałem, że śpiewa! To mogło być tylko lotnisko, to mógł być tylko reflektor, gdyż wszelkie światła gasną w nocy na Saharze, która staje się ogromnym, wymarłym pustkowiem. Światło migotało chwilę, potem zgasło. Wzięliśmy kurs na jakąś gwiazdę, która ukazała się na widnokręgu między warstwami mgły i chmur na kilka minut tylko, wtedy kiedy zachodziła.

Zobaczyliśmy wówczas inne światła wyłaniające się wśród mgły i z głuchą nadzieją w sercu braliśmy kurs na każde z nich po kolei. Kiedy blask nie znikał, zdecydowaliśmy się na próbę, która miała zdecydować o życiu. „Światła w polu widzenia, trzykrotnie zgaście i zapalcie wasz reflektor” – rozkazywał Néri lotnisku w Cisneros. Cisneros zapalało i gasiło trzy razy swoje ognie, ale nawet nie drgnęło przenikliwe światło, od którego nie odrywaliśmy oczu, nieskazitelna gwiazda.

Benzyna się wyczerpywała, ale mimo to dawaliśmy się za każdym razem złapać na złoty haczyk, za każdym razem miało to być prawdziwe światło reflektora, za każdym razem miało oznaczać lotnisko i życie; po czym zmienialiśmy gwiazdę.

Czuliśmy się zgubieni w przestrzeni międzyplanetarnej, wśród stu niedostępnych planet szukaliśmy jedynej planety prawdziwej, naszej planety, jedynej, gdzie były bliskie nam krajobrazy, przyjazne domy, kochani ludzie.

Tej planety, tej jedynej planety, gdzie było... Obraz, jaki ukazał mi się wówczas, wyda się może komuś dziecinny. Ale w samym sercu niebezpieczeństwa zwyczajne ludzkie troski dają znać o sobie; chciało mi się pić i byłem głodny. Jeśli odnajdziemy Cisneros, polecimy dalej z nowym zapasem benzyny i wylądujemy w Casablance, w samej świeżości poranka. Dość na dziś! Obaj, Néri i ja, pójdziemy do miasta. O świcie niektóre knajpy już się otwierają... Zasiądziemy przy stole w absolutnym bezpieczeństwie, i nad chrupiącymi rogalikami i kawą z mlekiem będziemy się śmiali z minionej nocy. Otrzymamy ten poranek w podarunku od życia. Podobnie stara wieśniaczka odnajduje swojego Boga poprzez kolorowy obrazek, naiwny medalik, szkaplerzyk; żeby się z nami porozumieć, trzeba mówić do nas prostymi słowami. Dla mnie radość życia koncentrowała się w tym pierwszym łyku wonnym i parzącym, w tej mieszaninie mleka, kawy i zboża, poprzez którą zespalamy się ze spokojnymi pastwiskami, egzotycznymi plantacjami i żniwami, z całą ziemią. Wśród tylu gwiazd tylko jedna mogła przygotować i ofiarować nam ten wonny kubek rannego posiłku.

Ale odległości nie do przebycia narastały między naszym statkiem a tą zamieszkaną planetą. Wszystkie bogactwa świata mieściły się w tym pyłku zgubionym wśród konstelacji. I astrolog Néri, który uparcie usiłował je rozpoznać, wytrwale błagał gwiazdy.

Schwycił mnie nagle za ramię. Na kartce zapowiedzianej tym szturchnięciem przeczytałem: „Wszystko w porządku, odebrałem wspaniałą wiadomość...” Czekałem z bijącym sercem, aż napisze kilka słów, które miały nas uratować. Wreszcie otrzymałem ten dar niebios.

Pochodził z Casablanki, skąd wylecieliśmy wieczorem. Opóźniony w drodze, dogonił nas nagle dwa tysiące kilometrów dalej, zagubionych nad morzem, między chmurami i mgłą. Radiogram ten pochodził od przedstawiciela władz państwowych w porcie lotniczym Casablanki. Przeczytałem: „Panie de Saint-Exupéry, jestem zmuszony prosić o sankcje dla pana w Paryżu. Przeleciał pan zbyt blisko hangarów startując z Casablanki”. Prawdą było, że skręciłem za blisko hangarów. Prawdą było także, że u tego człowieka gniew należał do obowiązków służbowych. W zarządzie lotniska wysłuchałbym jego zarzutu z pokorą. Ale dotarł do nas tam, gdzie nie powinien był dotrzeć. Zabrzmiał jak zgrzyt wśród jakże nielicznych gwiazd, pościeli z mgły i groźnego smaku morza. W rękach naszych trzymaliśmy nasze losy, los naszego ładunku pocztowego i samolotu, z niemałym trudem kierowaliśmy nim, żeby żyć, a ten człowiek wyładowywał na nas swoją drobnostkową urazę! Nie zirytowaliśmy się jednak, nie, przeciwnie, przeżyliśmy obaj – Néri i ja – chwile ogromnej i nieoczekiwanej uciechy. Byliśmy tutaj wszechwładni, on to nam uświadomił. Ten kapral nie widzi więc po naszych naszywkach, że awansowaliśmy na dowódców? Niepokoił nas we śnie, kiedy pełni powagi przechadzaliśmy się między Wielką Niedźwiedzicą a Łucznikiem, kiedy jedyną sprawą na naszą miarę, jedyną, która była godna naszego zainteresowania, była ta zdrada księżyca...

Bezpośrednim obowiązkiem, jedynym obowiązkiem, jaki tamten miał do wypełnienia, było dostarczenie nam dokładnych danych dla naszych gwiezdnych obliczeń. I te właśnie dane były fałszywe. Jeśli idzie o resztę, planeta na razie powinna milczeć. I Néri napisał do mnie: „Zamiast zajmować się głupstwami, lepiej by oni pokazali nam drogę...” Pisząc: „oni”, miał na myśli wszystkie ludy kuli ziemskiej, a razem z nimi ich parlamenty, senaty, marynarki, armie i cesarzy. Odczytując ponownie ten radiogram głupca, który miał do nas jakieś pretensje, skręcaliśmy, by wziąć kurs na Merkurego.

Uratował nas najdziwniejszy przypadek: nadeszła taka chwila, kiedy rezygnując z nadziei, że dolecę kiedykolwiek do Cisneros, skręciłem prostopadle do wybrzeża, zdecydowany lecieć w tym kierunku, dopóki starczy mi paliwa. W ten sposób miałem pewne szanse, że nie wpadnę do morza. Na nieszczęście owe złudne reflektory zaprowadziły mnie Bóg raczy wiedzieć jak daleko. Na nieszczęście także, wobec gęstej mgły, w którą w najlepszym wypadku będziemy musieli zanurzyć się wśród całkowitej ciemności, niewielką mieliśmy nadzieję, że zdołamy opuścić się na ziemię bez wypadku. Ale nie miałem wyboru.

Sytuacja była tak jasna, że melancholijnie wzruszyłem ramionami, kiedy Néri podał mi telegram, który godzinę wcześniej byłby nas uratował: „Cisneros decyduje się określić naszą pozycję. Cisneros podaje: ‹‹prawdopodobnie dwieście szesnaście...››” Cisneros nie było już ukryte w mroku, Cisneros wyłaniało się dotykalne tam, z lewej strony. Tak, ale w jakiej odległości? Odbyliśmy, Néri i ja, krótką naradę. Za późno. Stwierdziliśmy to zgodnie. Kurs na Cisneros powiększał ryzyko, że nie dosięgniemy w ogóle wybrzeża. I Néri odpowiedział: „Jedna godzina paliwa, utrzymujemy kierunek dziewięćdziesiąt trzy”.

Tymczasem lotniska budziły się jedno po drugim. Do naszego dialogu wtrącały się głosy Agadiru, Casablanki, Dakaru. Radiostacje każdego z tych miast zaalarmowały porty lotnicze. Kierownicy portów zaalarmowali kolegów. I powoli koledzy zbierali się wokół nas jak przy łożu chorego. Daremne ciepło, ale przecież ciepło. Jałowe rady, ale jakże serdeczne!

Nagle przemówiła Tuluza, Tuluza, głowa całej linii, zgubiona gdzieś tam, w odległości czterech tysięcy kilometrów. Tuluza od razu rozsiadła się między nami i zapytała bez żadnego wstępu: „Czy aparat, którym lecicie, nie jest F...” (Zapomniałem numeru rejestracyjnego) – „Tak.” – „W takim razie macie jeszcze benzyny na dwie godziny lotu. Zbiornik tego samolotu nie jest standardowy. Kierunek Cisneros”.

Tak, wymagania i wyrzeczenia, które narzuca praca zawodowa, przeobrażają i wzbogacają świat. Nie trzeba aż takiej nocy, by pilot cywilny odkrył nowy sens w starych widokach. Na jednostajny krajobraz, który nuży pasażera, załoga samolotu patrzy innymi oczyma. Zasnuwające horyzont obłoki nie są dla niej elementem dekoracyjnym: będą bezpośrednio obchodziły mięśnie pilota i postawią przed nim pewne problemy do rozwiązania. Już się liczy z tą mglistą masą, mierzy ją, nawiązuje z nią rzeczywistą rozmowę. Oto szczyt, jeszcze daleki: jakie ukaże oblicze? W noc księżycową będzie wygodnym punktem orientacyjnym. Jeśli jednak pilot leci na ślepo, z trudem wyrównuje odchylenia i nie jest pewien swojej pozycji, szczyt stanie się dynamitem i wypełni swoją groźbą całą noc, podobnie jak jedna jedyna zatopiona mina, posłuszna kaprysom prądów, psuje całe morze.

Tak samo zmieniają się także oceany. Zwykli pasażerowie nie dostrzegają burzy: widziane z tak wysoka fale nie mają wyraźnego kształtu, stosy wody wydają się nieruchome. Zarysowują się na nich tylko wielkie białe plamy, unerwione i pieniste, jak gdyby skute mrozem. Ale załoga widzi je i wie: tutaj nie wolno wodować. Dla niej te plamy wyglądają jak wielkie jadowite kwiaty.

A jeśli nawet lot odbywa się pomyślnie, pilot, który leci gdzieś na swoim odcinku trasy, nie jest zwykłym widzem zwykłego pejzażu. Barwy ziemi i nieba, ślady wiatru na morzu, złociste chmury o zmierzchu budzą nie podziw pilota, ale rozwagę. Podobny wieśniakowi, który obchodzi swoją posiadłość i z tysiąca oznak przewiduje nadejście wiosny, groźbę przymrozku, zapowiedź deszczu, pilot zawodowy odszyfrowuje także zapowiedź śniegu, mgły, błogosławionej nocy. Maszyna, która początkowo zdawała się odsuwać go od wielkich problemów natury, podporządkowuje go tym problemom z większą jeszcze bezwzględnością. Sam w centrum olbrzymiego trybunału utworzonego dlań przez burzliwe niebo, pilot walczy o swój ładunek pocztowy z trzema bóstwami żywiołu: górą, morzem i burzą.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mały Książę. Literatura klasyczna Ziemia, planeta ludzi Literatura klasyczna. Mały Książę 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia