Długi marsz w połowie meczu

Długi marsz w połowie meczu

Autorzy: Ben Fountain

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 360

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 29.26 zł

Święto Dziękczynienia, stadion Dallas Cowboys. Drużyna Bravo w przerwie misji w Iraku objeżdża Teksas z serią spotkań poświęconych swojej bohaterskiej, niespełna czterominutowej akcji bojowej. Pośród żołnierzy jest on – wrażliwy dziewiętnastolatek William „Billy” Lynn, który próbując ratować kolegę podczas ataku nad kanałem Al-Ansakar, mimowolnie stał się bohaterem i symbolem walki z terroryzmem. W ciągu jednego deszczowego popołudnia na teksańskim stadionie dzieje się wszystko – młodzieńcza namiętność miesza się z prostacką nienawiścią, hipokryzja chrześcijańskiego Południa z ekstatycznym patriotyzmem, bezsens interwencji na Bliskim Wschodzie ze ślepym podziwem dla wojennych bohaterów, celebrycki blichtr i zakłamanie elit finansowych z nudą codzienności i brakiem perspektyw.

„Długi marsz w połowie meczu” to mięsista, barwna i soczysta powieść, która pod gwiaździstym sztandarem ironii próbuje odpowiedzieć na pytania – kto tak naprawdę rządzi w USA i „jak wiele rzeczywistości może zdzierżyć nierzeczywistość”? To również literackie lustro, w którym może przeglądać się współczesna Ameryka.

Brawurowy przekład bestsellera „New York Times’a” – książka, która zdobyła Amerykańską Nagrodę Krytyków Literackich, Nagrodę Książkową „Los Angeles Times” oraz Nagrodę za Debiut Prozatorski przyznawaną przez Centrum im. Raya W. Flaherty’ego i Nancy Dunnan. Była także nominowana do Amerykańskiej Nagrody Książkowej i Pokojowej Nagrody Literackiej Dayton, a także znalazła się w finale plebiscytu czytelników portalu Goodreads.

„Mrocznie komiczna […]. Rzadko zdarza się, żeby powieść tak bogata w refleksje miała w finale taki impet.” „Los Angeles Times”

„Mocna, rozpaczliwie przejmująca opowieść o wielkiej przepaści między tym, co społeczeństwo samo o sobie sądzi, a tym, jakie jest naprawdę.”  „Dallas Morning News”

„Ben Fountain napisał zabawną powieść, w której zawarł przeszywającą krytykę amerykańskiej obsesji na punkcie sportu, widowisk i wojny.”  „Huffington Post”

„Mistrzostwo. Zakończenie tej powieści zmusza nas do tego, byśmy na nowo przemyśleli, co to znaczy „wspierać żołnierzy”. Książka Fountaina każe nam rozważyć nieprzyjemną możliwość, że tak naprawdę nie wiemy już, jak na to pytanie odpowiedzieć.” „Washington Post”

„[…] to książka o przerośniętym apetycie Ameryki na seks, przemoc, sławę i pieniądze, a Fountain opowiada o tym językiem, który jest podobnie żarłoczny.”  „Texas Monthly”

„Ben Fountain stworzył książkę, która z czasem może stać się podstawową amerykańską powieścią o wojnie w Iraku.” „Nashville City Paper”

„Najnowsza książka Bena Fountaina – napisana głosem pełnym nadziei, głębokiej mądrości, a zarazem naiwnym i zagubionym, ale też w pełni świadomym – daje nam przenikliwe spojrzenie na to, w jaki sposób nowoczesne metody prowadzenia wojny oddziałują na żołnierzy.” „Booklist”

Ben Fountain

Długi marsz w połowie meczu

Przełożył Tomasz S. Gałązka

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Billy Lynn’s Long Halftime Walk

Projekt okładki Dawid Ryski

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © 2012 by Ben Fountain. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Tomasz S. Gałązka, 2017

Redakcja Wojciech Górnaś / redaktornia.com

Korekta Ewa Polańska / d2d.pl i Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-487-9

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Zaczyna się

Szeregowy w piechocie

Problem jest zasadniczo z twoją głową, ale wiemy, jak to leczyć

Ludzkie reakcje

Dzięki któremu wielu łączy się w jedno

Tyran serc

Wszyscy tu jesteśmy Amerykanami

Niedoseks dla Jezusa

Jamie Lee Curtis zrobiła film do dupy

XXL

Masz tu wszystko

Billy i Mango idą się przejść

Zgwałceni przez anioły

Jeżeli w przyszłości powiesz mi, że to miłość, nie sprawię ci zawodu

Tymczasowa przytomność umysłu

Za obiad zabije wampira

Pieniądze sprawiają, że jesteśmy prawdziwi

Dumne pożegnanie

Podziękowania

Kolofon

Moim rodzicom

Zaczyna się

Żołnierzom z Bravo nie jest zimno. Święto Dziękczynienia wypadło w chłodny dzień, wiatr tnie jak bicz, na późne popołudnie zapowiadany jest śnieg z deszczem i marznący deszcz, ale ­Bravo przyjemnie się zaprawili danielsami z colą, bo limuzyna miała minibarek, a w dzień meczu korki są kosmiczne. Pięć drinków w czterdzieści minut to chyba trochę hardkor, ale Billy potrzebuje nieco odprężenia po scenie przy recepcji hotelowej, gdzie sztafeta nabuzowanych kofeiną wdzięcznych obywateli zrobiła mu desant w samo serce kaca. Szczególnie jeden z nich przypiął się do Billy’ego, taki blady, gąbczasty człekokształtny biszkopt, wetknięty w sztywne od krochmalu dżinsy i wypasione kowbojki.

– Sam nigdy nie byłem w wojsku – zwierzał się, gestykulując kubłem kawy ze Starbucksa – ale dziadek był w Pearl Harbor, wszystko mi opowiadał… – I pojechało, nieskładna perora o wojnie, Bogu i ojczyźnie. Billy się wyłączył, dał słowom wirować po mózgu jak w bębnie pralki:

teroRysta

wolnoś

źli

dynastyrześnia

dynastyrześnia

dynastyrześnia

żołnierze

waleszni

wsparcie

poświęcenie

Bush

wartości

Bóg

Billy ma chujowe szczęście, więc na Texas Stadium będzie siedział przy przejściu i to na niego zwali się tego popołudnia większość takich rozmów. Boli go kark. Zeszłej nocy spało mu się zwyczajnie źle. Każdy kolejny daniels z colą tylko bardziej go muli, ale sam widok tej wydłużonej limuzyny podjeżdżającej pod hotel, tego śnieżnobiałego hummera z sześciorgiem drzwi na każdą burtę i oknami przyciemnionymi dla intymności do czerni, wielkiego jak jacht, zbudził w nim stado nerwowych zachciewajek.

– No i tak mi ma być! – wrzeszczał sierżant Dime, szturmując barek, kiedy wszyscy wokół wyli z zachwytu nad burdelowymi luksusami, ale kiedy już nadzieje na rychłe ozdrowienie legły w gruzach, Billy zaliczył konkretnego, dyskretnego doła.

– Billy – mówi Dime – ty mi tu nie odlatuj.

– Gdzie tam, panie sierżancie – odpowiada z miejsca Billy – tak sobie tylko myślę o czirliderkach od Dallas Cowboys.

– Zuch chłopak. – Dime unosi szkło w toaście, po czym konwersacyjnym tonem zagaja właściwie do nikogo: – Major Mac to cieplak.

Holliday wyje:

– Szlag, Dime, on tu przecież siedzi!

No, w rzeczy samej, major McLaurin siedzi na tylnej kanapie i obserwuje Dime’a, rozemocjonowany jak filet z flądry na lodzie.

– Ni cholery nie słyszy, co tu mówię – śmieje się Dime, obraca do majora i hamuje wymowę do tempa dla debili: – PAAANIE MAJOOORZEEE MAKLOOOORIIIIN! SIERRR­-ŻAAAAANT HOOO­LLIIIDAY, TEEEN TUUUTAJ, NAZYYYYYWAAAA… PAAA­NAAA… GEEEEEJEEEEM.

– No kurwa – jęczy Holliday, ale w oczach majora pojawia się tylko figlarny błysk. Potem oficer wysuwa kułak, prezentując obrączkę ślubną. Wszyscy wyją.

W obitym pluszem przedziale dla pasażerów limuzyny jest ich dziesięciu: ośmiu żyjących żołnierzy z drużyny Bravo, ich opiekun z biura rzecznika – major Mac, oraz producent filmowy Albert Ratner, obecnie w kucznej pozycji operatora blackberry. Licząc poległego Grzyba i ciężko rannego Lake’a, zgarnęli w sumie dwie Srebrne Gwiazdy i osiem Brązowych. Żadnego z tych orderów nie dałoby się racjonalnie uzasadnić.

– O czym pan myślał w czasie bitwy? – zapytała w Tulsie śliczna reporterka z telewizji, a Billy spróbował jej wyjaśnić. Bóg świadkiem, że się starał, wciąż się stara, ale wymyka mu się to, wyślizguje, śmiga gdzieś spiralą, to coś, to TO, czort wie co, niewysłowione.

– Sam nie jestem pewien – powiedział wtedy. – Najwięcej było w tym takiego uczucia, jak kiedy za kółkiem dopada cię furia. Wszędzie wybuchy, strzelali do naszych, więc sam zacząłem tłuc, szczerze, to w ogóle nie myślałem.

Do momentu, kiedy zaczęła się strzelanina, przede wszystkim bał się, że coś zjebie. Pod tym względem życie w wojsku to syf. Jak coś zjebiesz, to na ciebie wrzeszczą, zjebiesz coś jeszcze, będą wrzeszczeć więcej, ale nad tymi wszystkimi małymi, drobnymi, durnymi, zasadniczo gwarantowanymi jebaninami góruje nieodstępna perspektywa zjebania tak, że całe życie się spierdoli, zjebania tak dogłębnego i totalnego, że zgaśnie wszelka nadzieja na odkupienie win. Parę dni po bitwie Billy szedł żwirową ścieżką na żarcie – i masz, nagłe poczucie oswobodzenia czy też odpuszczenia: przepadło to koszmarne brzemię, i to właściwie bez wysiłku, ot, tyle co normalnie odetchnąć. Takie uczucie, aaaach, jakby jeszcze była dla niego nadzieja, co nie? Jakby jednak nie był taki zupełnie jednorazowego użytku. Tamto nagranie z Fox News chodziło już po sieciach jako wiral, zaczęły się plotki, że Bravo jadą do domu, takie gadki pełne nadziei, że tylko w łeb sobie strzelić, żaden normalny żołnierz by w to nie uwierzył, a tu proszę – dwie godziny przed wyjazdem na cichacza do Bagdadu dowiedzieli się, że lecą za ocean, na Tournée Zwycięstwa.

Jeden kraj, dwa tygodnie, ośmiu amerykańskich bohaterów, choć technicznie rzecz biorąc, nie istnieje coś takiego jak drużyna Bravo. Są z kompanii Bravo, pierwsza drużyna drugiego plutonu, rzeczona drużyna składająca się z sekcji alpha i bravo, ale towarzyszący im dziennikarz z Fox News ochrzcił ich drużyną Bravo i tak pokazano ich światu. Teraz, pod koniec tournée, Billy czuje się wiotki, syty, półprzytomny, niedospany i przepicowany, zaczyna w nim wzbierać smutek i nostalgia za początkiem tego wszystkiego. W środku nocy zagonili ich do C­-130, który wystartował z Bagdadu ciasną, stromą spiralą. Był z nimi Grzybu, w spowitej flagą trumnie z tyłu luku towarowego. Przez cały lot do Ramstein zawsze siedziało przy nim paru chłopaków z Bravo, ale teraz Billy wspomina innych typów, około dwudziestki cywili o różnych odcieniach skóry i wymowy, którzy też się załapali na ten lot. Nie szpiedzy, na to byli zbyt pulchni, uśmiechali się zbyt beztrosko wobec nieszczęść tego świata, a jak tylko samolot wzbił się w powietrze, rozkręcili ostry balet. Dobra whiskey, łomot muzyki z tuzina boomboxów, płonący las kubańskich cygar – w kadłubie zaraz zakłębił się dym jak nad kotłem czarownic. Szefowie kuchni, jak się okazało. Dla kogo gotowali? Nic, tylko uśmiechy. „Dla koalicji”. Z Francji, Rumunii, Szwecji, Niemiec, Iranu, Grecji, Hiszpanii. Billy nie potrafił doszukać się w ich narodowościach żadnej logiki czy sensu, ale wszyscy co do jednego byli przyjaźni i więcej niż szczodrzy, aż się palili, by obdzielić żołnierzy gorzałą i pojarą. Ewidentnie natłukli w Iraku górę kasy. Jeden ze Szwedów otworzył aktówkę z cielęcej skórki i pokazał Billy’emu złoto, które zgromadził w Bagdadzie – kilka funtów grubych i cieniutkich łańcuszków, monety, wszystko tak wysokiej próby, że mieniły się wręcz pomarańczowo, a nie złociście. Wśród kłębów dymu z cygar i beztroskiego śmiechu Billy podniósł jeden z łańcuchów, ważąc go w dłoni. Miał dziewiętnaście lat i zero pojęcia, że wojna to poza wszystkim innym również takie sprawy, i – z punktu widzenia Billy’ego i reszty Bravo – cholerna szkoda, że przez te minione dwa tygodnie nie udało się jej wygrać.

– Tak – mówi Albert do swojej komórki, którą specjalnie zamówił sobie z Japonii, bo ta wyprzedza resztę świata o dwa lata w wyścigu najlepszych telefonów. – Tak jej powiedz, możesz jej powiedzieć, że ten film widzów sponiewiera. Ale i wynagrodzi im to sponiewieranie. – Przez chwilę milczy. – Co mam ci powiedzieć, Carl? To film wojenny, nie wszyscy przeżyją.

A tymczasem Crack głośno czyta dział sportowy „Dallas Morning News”, prezentuje stawki bukmacherskie, żeby Holliday i A­-bort mogli sobie poobstawiać. Przy okazji tego meczu można się założyć o ponad dwieście różnych rzeczy, na przykład czy wypadnie orzeł, czy reszka, od której piosenki Destiny’s Child zaczną występ w przerwie albo w której kwarcie sprawozdawca sportowy po raz pierwszy wspomni o prezydencie Bushu.

Crack mówi tak, jakby czytał przepis kulinarny:

– Pierwsze podanie Drew Hensona w meczu będzie: celne, minus dwieście, niecelne, plus sto pięćdziesiąt, przechwycone, plus tysiąc.

– Niecelne – mówi Holliday i skrobie w notesiku.

– Niecelne – zgadza się A­-bort i robi ptaszka w swoim no­tesiku.

– A może w której kwarcie Beyoncé da mi wylizać patelnię – rzuca Sykes.

– Chuja ci da. – Holliday trzyma tempo.

– Może za milion lat – dodaje A­-bort, też bez emocji. Sykes zarzeka się, że przyjąłby taki zakład, ale Albert właśnie zatrzaskuje komórkę i ogłasza:

– Dobra, chłopaki, wygląda na to, że Hilary Swank jest tym oficjalnie zainteresowana.

Ej, halo, że co?

– Hilary Swank to dupa – zapluwa się Lodis. – Co ona ma z nami do gadania?

– A to – odpowiada Albert, podbija napięcie, wie, jaki efekt zrobi zaraz na Bravo – że chce zagrać jego. – I wskazuje Billy’ego. Bravo eksplodują wyciem i oklaskami.

– Ale chwila moment. – Billy śmieje się razem z resztą, choć jest też zaniepokojony, już widzi tu możliwość upokorzenia na skalę globalną. – Skoro to dziewczyna, to nie bardzo wiem, jak…

– Tak naprawdę – przerywa mu Albert – widziałaby to raczej tak, że zagra i Billy’ego, i Dime’a. Obie postacie łączymy w jedną, główną rolę dla niej.

Znów wrzaski, tym razem pod adresem Dime’a, który jednak kiwa tylko głową, jakby dogłębnie usatysfakcjonowany.

– Ale ja wciąż nie rozumiem… – mówi pod nosem Billy.

– Nie jest tak, że nie dałaby rady tego zagrać tylko dlatego, że jest babką – mówi im Albert. – Meg Ryan miała pierwszoplanową rolę w tym filmie z helikopterem, tym z Denzelem, sprzed paru lat. Może też grać faceta, no cholera, przecież Hilary dostała Oscara za rolę faceta, nie? W sensie dziewczyny udającej faceta, ale na jedno wychodzi. Rzecz w tym, że ma nie tylko ładną ­buźkę.

Inni, z którymi rozmawia Albert: Oliver Stone, Brian Grazer, Mark Wahlberg, George Clooney. To historia heroiczna, choć nie bez elementów tragedii. Opowieść o bohaterstwie uszlachetnionym tragedią. Filmy o Iraku „słabo się spisywały” finansowo, co według Alberta stanowi pewien problem, ale to nie jest problem Bravo. Ta wojna może i jest ubabrana po uszy w moralnych dwuznacznościach, lecz triumf drużyny Bravo przekreśla je wszystkie. Ich historia to opowieść o ocaleniu, ma w sobie całą mocarną psychologię fabuły o „wyprawie na ratunek”. Ludzie głęboko przeżywają takie opowieści, tak mówił im Albert. Każdy się czymś martwi, każdy właściwie przez cały czas czuje się – choćby w minimalnym stopniu – skazany na zagładę, nawet ci najbogatsi ludzie sukcesu, ci najmocniej spośród nas wszystkich stojący na nogach żyją w wiecznym niepokoju, że zaraz wszystko się rypnie. Desperacja to po prostu część człowieczeństwa, kiedy więc nadchodzi pomoc, czy to będzie książę na białym koniu, czy, powiedzmy, komputerowo animowane orły, które opadają na buchające ogniem skały Mordoru, czy szarża jankeskiej kawalerii gdzieś zza horyzontu, uwalnia to w ludzkiej psyche potężne emocje. Dowartościowanie, odkupienie, życie wyrwane z paszczy śmierci, same mocne tematy. Potężne.

– To, czegoście tam dokonali – zapewniał ich Albert – to najpiękniejszy aspekt człowieczeństwa. Daje nam nadzieję, pozwala czuć, że i we własnym życiu możemy mieć na coś nadzieję. Na całym świecie nie znajdzie się człowiek, który nie zapłaciłby za bilet na taki film.

Albert jest już mocno po pięćdziesiątce, masywny szkielet obleczony w pulchne ciało, ze zmierzwioną chmurą przeważnie siwych włosów i gęstymi, sztywnymi żywopłotami bokobrodów. Nosi okulary w okrągłych czarnych oprawkach. Żuje gumę. Jego dłonie są duże i kościste, a z uszu sterczą ciemne kępy dzikiego włosia. Dziś ma na sobie białą elegancką koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, granatowy blezer z olśniewającą szkarłatem podszewką, czarny kaszmirowy płaszcz i takiż szalik, a do tego smukłe, zgrabne lakierki wyglądające tak, jakby wykonano je z elastycznych tabliczek czekolady. Ten melanż nonszalancji i wykwintu budzi w Billym nieustającą fascynację: widzi on tu człowieka tak światowego, że mógłby zeżreć całe Bravo na śniadanie, łącznie z kośćmi. Oto gość, który ma prywatne numery telefonów do takich szych jak Al Gore czy Tommy Lee Jones, a w filmach, które wyprodukował, grały kasowe gwiazdy: Ben Affleck, Cameron Diaz, Bill Murray, Owen Wilson, dwaj z czwórki Baldwinów itede. Niestety, wszyscy oni albo są już zaangażowani w inne projekty, albo nie interesuje ich produkcja z dużą obsadą, bez wyróżniającej się pierwszoplanowej roli.

– Zrobimy to na Pluton – mówi Albert w następnej rozmowie. – Grupa plus gwiazda, cholera, pewnie, że to wypali. Hilary jest bardzo zainteresowana.

Bravo przysłuchują się temu przez minutę. Hollywoodzka nawijka. To osobny plemienny dialekt, suto okraszony przeskokami tonacji: zjebka, młotkowanie, wytyki, ściema.

– W życiu. Prędzej bym puknął Matkę Teresę, niż zrobił film z tym typem.

Bravo się szczerzą.

– Aha, jasne. Jak lewatywa, kiedy masz jeszcze w pycie ­cewnik.

Bravo mają oczy jak spodki, rechoczą do obsmarkania.

– Tylko jedna bitwa?! Larry, weź daj spokój, Helikopter w ogniu to też tylko jedna bitwa. Słuchaj, ja wiem, to film wojenny, ale potrzebny mi reżyser, który podejdzie do tej historii z empatią, po ludzku.

Pauza.

– Do lewatyw nic nie mam, to ten cewnik mnie boli.

Znowu rżenie przez nosy. Gdyby nie pasy, Lodis spadłby z ­fotela.

– Larry, słuchaj, dwa dni i koniec gadania. Za dwa dni moje chłopaki wracają tam, potem dostęp będziesz miał radykalnie utrudniony. Chyba że waszych prawników jarają skoki ze spado­chronem w strefę walk.

– Doooo­-bra. – Crack podejmuje lekturę gazety, szeleści papierem. – Czy Drew Henson wykona niedokładne podanie: tak, minus sto dwadzieścia, nie, plus sto pięć.

– Tak – mówi Holliday.

– Nie – mówi A­-bort.

– Czy Beyoncé pokaże mi cycki, kiedy już siądzie mi na twarzy – podsuwa Sykes i zaraz zaczyna śpiewać skrzekliwym falsetem czarnoskórej dziewczynki: – Ja chcę wojaka, wojaka, chcę mieć chłopaka wojaka już…

– Cisza – szczeka Dime – Albert ma rozmowę. – Reszta Bravo bierze to za sygnał, by wsiąść na Sykesa z wrzaskiem:

– Stul pysk, pojebie, Albert ma rozmowę!

– Ciszej tam, obesrańcu, Albert chce rozmawiać!

Tymczasem na sąsiednim pasie zrównał się z nimi SUV, a kobiety, autentyczne okazy płci żeńskiej, wychylają się z niego przez okna i wrzeszczą coś do ich hummera, studentki, może ciut po studiach, co do jednej pierwszorzędne przykłady tego cycatego zbioru stuprocentowo amerykańskich uzdolnionych, które panoszą się każdego wieczora w przeróżnych reality shows.

– Ej! – wrzeszczą, a samochody pełzną naprzód. – Ej, otwórzcie okna! Ej, wy tam, jak wam tam, macie i pieniądze, i fantazję? Heeej, sialala, naprzód Cowboys! No, otwórzcie okna!

Jezus Maria, takie śliczne i takie w chuj nakręcone, wrzeszczą, miotają włosami, jakby wywijały wspaniałymi bitewnymi sztandarami, oto są dzikie dziewczyny z najskrytszych marzeń każdego Bravo. Sykes i A­-bort kombinują z oknami po tej stronie limuzyny, zbierają od reszty zjeby za nieogarnięcie, aż wreszcie dociera do nich, że to, cholera, pozabezpieczane, żeby dzieci się nie wychylały, więc wszyscy drą się do przodu, aż w końcu kierowca robi pstryk guziczkiem, okna jadą w dół, i od razu widać, jak z dziewczyn schodzi para. A, żołnierze. „Marines”, myślą sobie pewnie, bo dla lasek to żadna różnica. Nie gwiazdy estrady, nie wysoko opłacani zawodowi sportowcy, nikt z filmów czy świata godnego uwagi tabloidów, tylko trepy, wożą się na koszt jakiegoś milionera, kolejna żenująca akcja wspierania naszych żołnierzy. Bravo się nie poddają, ale dziewczyny teraz są już tylko uprzejme.

– Jesteśmy sławni! – drze się A­-bort. – Zrobią o nas film!

Laski uśmiechają się, kiwają głowami, rozglądają po autostradzie w przód i w tył, jakby szukały lepszych celów. Sykes wytyka za okno cały tułów i wrzeszczy – Ej, laska, pewnie, że jestem skuty, i do tego żonaty! Ale i tak cię będę kochał, nawet rano bez makijażu!

Tym przynajmniej dziewczyny rozbawił, przez chwilę wraca nadzieja, ale Billy widzi, że blask w ich oczach gaśnie.

Siada wygodniej, wyciąga komórkę. Laski pewnie od początku robiły sobie jaja. Acz­-ność! – napisała mu w esemesie Kathryn, siostra. – Ale broń zostaje w kaburze, młody.

Następny jest od Pete’a, męża drugiej siostry Billy’ego, który robi na polach naftowych: Puknij se czirliderke.

No i jeszcze jeden, od pastora Ricka, co się przypiął i nie odpuszcza: Tych bowiem, którzy Mnie szanują, szanuję i Ja.

I tyle, ani jednego esa więcej, żadnych nieodebranych rozmów, nic. Kurwa, co jest, jakby nie miał żadnych znajomych? Przecież jest trochę jakby sławny, przynajmniej tak mu wszyscy powtarzają, więc czemu by nie. Na drodze trochę się odetkało, dzikie laski gdzieś przepadły, ale na horyzoncie wyłania się już stadion, wznosi się z połaci preriowych suburbiów niczym ­nabrzmiały, upstrzony brodawkami księżyc w trzeciej kwadrze. Ponoć mają dziś wystąpić w ogólnokrajowym programie tele­wizyjnym, szczegóły jeszcze nieznane, nikt nie wie, jaki dokładnie jest plan. Może dostaną tekst do wygłoszenia. Może będą wywiady. Krążą pogłoski, że chodzi o występ w połowie meczu, co budzi nadzieję na osobiste spotkanie z Destiny’s Child, ale równie – albo i bardziej – prawdopodobne jest to, że zostaną skłonieni, namówieni, zagnani czy jeszcze inaczej zaszczuci do pokazania się w czymś kosmicznie żenującym i kiepskim. Już w lokalnych programach było słabo – w Omaha nagrali bardzo sztywnych Bravo „obcujących” z nowym wybiegiem dla małp w tamtejszym zoo, a w ­Phoenix zabrano ich do skateparku, gdzie Mango wyjebał się na tyłek w sam raz na wieczorne wiadomości. Kiedy prosty człowiek trafia do telewizji, zawsze czyha na niego upokorzenie, więc ­Billy poprzysiągł sobie, że jemu to się nie przydarzy, nie dziś, nie w programie ogólnokrajowym, nie, sir, bardzo dziękuję, z całym szacunkiem nie będę robił z siebie debila, sir!

Myśl o możliwych zdarzeniach wzbudza w jego trzewiach pisk, jakby ktoś go przekłuł szpilką i uciekało powietrze. Billy chce być w telewizji, ale i nie chce. Chciałby znaleźć się na ekranie, o ile nie dałby ciała i zwiększyłby szanse na zaruchanie, ale kiedy tak patrzy, a stadion za oknem pęcznieje do rozmiarów Gwiazdy Śmierci, zastanawia się, czy aby na pewno podoła dzisiejszym wyzwaniom. Przez te ostatnie dwa tygodnie miał wielkie problemy z pewnością siebie, czuł się jak rzucony na stanowczo za głęboką wodę. Jest zbyt młody. Za mało wie. Nie licząc prowincjonalnych wyścigów dragsterów, na których spikerkę robił kiedyś jego ojciec, nigdy nie był na zawodowej imprezie sportowej. Ba, jakimś cudem nigdy przedtem sławetnego Texas Stadium nawet nie widział na oczy, chyba że za redukującym pośrednic­twem tele­wizora, choć wychował się w Stovall, ledwie osiemdziesiąt mil na zachód stąd, więc ta pierwsza osobista wizyta wydaje się historycznym wydarzeniem, a w każdym razie się stara. ­Billy przez dłuższy czas wpatruje się w bryłę stadionu, naprawdę uważnie ją obserwuje, docenia rozmiar i brak humoru, brutalną i nieusuwalną brzydotę. Całe lata starannie upozowanych ujęć w telewizji wysyciły ten obiekt sugestiami tajemniczości i romantyczności, kapką dumy stanowej i narodowej, nutą życia wiecznego na faraońską modłę (to oczywista konotacja przy wielkich budynkach użyteczności publicznej), wszystko to czyni ze stadionu wyobrażonego przez Billy’ego jakiś portal, bezpośredni punkt dojścia do swego rodzaju transcendencji dla mas, gotowej do użycia, tylko sięgnąć, przez co faktyczna obskurność tego obiektu powoduje paskudne zniechęcenie. Duży jest, bez dwóch zdań, ale wygląda jak niechlujna samoróbka w ogródku. Zadaszenie to szpetna mozaika płatów w niezgranych kolorach. Cały stadion zdaje się oklapnięty, podtatusiały, jakby z krainy obwisłych brzuchów i mięknących prostat, porażonych grawitacją cielsk wielorybów na piasku. Billy próbuje sobie wyobrazić, jak to mogło wyglądać za nowości, kiedy jeszcze obiecująco lśniło… jak dawno temu? Trzydzieści, czterdzieści lat? Z przeszłości nigdy nie był mocny, ale jest pewien utajony związek między tym, co Billy czuje teraz, gdy patrzy na stadion, a uczuciami, których doznaje, myśląc o rodzinie. Ta sama ociężałość, to samo otępienie i melancholia, taki mdląco słodkawy smrodek użalania się nad sobą, niemalże przyjemny – w takim sensie, że sugeruje coś istotnego. Jak gdyby smutek był prawdziwą rzeczywistością? Billy nigdy nawet nie zastanowił się nad tym tak głębiej, a jednak przyjął, że utrata to w życiu standardowy kurs. Coś nowego pojawia się na świecie – dziecko, czy może samochód albo dom, czy ktoś ujawni jakiś szczególny talent – i przy odrobinie szczęścia oraz ogromnych nakładach wysiłku i ducha da się to przez jakiś czas trzymać pod parą, ale w końcu, ostatecznie, i tak padnie. Jest to prawda tak brutalnie oczywista, że Billy nie potrafi pojąć, jakim cudem nie dostrzega jej więcej ludzi – stąd też jego pogarda dla zwyczajowego szoku i oburzenia mas, kiedy jakaś sytuacja idzie w diabły. Wojna to chujnia? No co pan nie powie. Jedenasty września? Kto się tego nie spodziewał? Oni nienawidzą naszych swobód? ­Helou, gościu, tak naprawdę to oni nienawidzą nas samych, aż do szpiku kości! Billy podejrzewa, że jego bracia Amerykanie w głębi serca wiedzą, co jest grane, ale coś w tym kraju zakleszczyło się na etapie dramatów nastolatków, rozbuchanego teatrzyku sponiewieranej niewinności i kojących kąpieli błotnych samousprawiedliwień i samoużalania.

– Kurwa – mówi ktoś pod nosem, chwilowy przerywnik ciszy: ich pierwszy spazm entuzjazmu na widok stadionu zaliczył już zgon, wszystkie słowa trafiły pod klucz. Może to pogoda tak ich zdołowała, ta wczesnozimowa ponurość, może trema czy po prostu znużenie, brzemię świadomości, że dziś będą musieli wiele z siebie dać. Bravo generalnie słabo sobie radzą z ciszą, z reguły działają na ściemie i pozerstwie, ale ten epizod introspekcji się kończy, kiedy widzą duży, starannie wypisany domowej roboty transparent umocowany do przydrożnego słupa energetycznego. SKOŃCZYĆ Z ANALNYMI GWAŁTAMI W IRAKU! – głosi napis, pod którym ktoś nagryzmolił jeszcze: „No jak rany”. Bravo wyją.

Szeregowy w piechocie

Są na miejscu dwie godziny przed rozpoczęciem meczu i wygląda na to, że nikt nie wie, co z nimi począć, więc tymczasem mają zaparkować na swoich miejscach, na linii czterdziestu jardów po stronie gospodarzy, rząd siódmy. Sykes i Lodis z miejsca zaczynają debatę o tym, po ile chodzą takie zajebiste miejsca, ile by się za nie zgarnęło na eBayu, czterysta dolców, sześćset, przebijają się coraz wyżej, cała analiza oparta wyłącznie na chciejstwie i niedoborze mózgu. Rozmowa między debilami, więc Billy stara się nie słuchać. Jego siedzenie jest zaraz przy przejściu, po lewej siedzi Mango, więc przez chwilę gadają sobie o poprzednim wieczorze i o tym, jak fajnie jest siedzieć tutaj, a nie smarkać piachem w wysuniętej bazie operacyjnej „Żmija”. Na lewo od Mango siedzi Hebert, znany jako A­-bort, dalej Holli­day, czyli Day, następnie Lodis vel Lodziarz, Lodówa albo po prostu Load, później Koch – wymawia się jak coke, koka, czyli woła się go Crack, a kiedy kucnie i spod gaci wychynie kawałek rowa, to nawet „zabójczy Crack”, potem jest sierżant Dime, wolne miejsce dla Alberta i wreszcie nieogarnięta zagadka, czyli major Mac. Wszyscy mówią, że jest zimno, ale Billy tego nie odczuwa. Według prognozy pogody późnym popołudniem kroi się marznący deszcz i śnieg z deszczem, a przez otwartą kopułę stadionu widzą, że chrzani się pogoda, chmury kłębią się jak gigantyczny druciak do szorowania garnków. Na wpół puste trybuny – jeszcze wcześnie – buczą cicho, niczym froterka czy kołyszący się wahadłowo wentylator.

– Load! – szczeka sierżant Dime. – Ile na długość ma boisko do futbolu?

Lodis prycha, no, łatwizna. Przynajmniej dziesięć razy dziennie udowadnia, że pewność siebie to cecha autentycznego głąba.

– Setkie, sierżancie.

– Źle, debilu. Billy, jaką długość ma boisko do futbolu?

– Sto dwadzieścia jardów. – Billy stara się nie podkręcać sytua­cji, ale Dime zaczyna oklaski i wiwaty, a reszta Bravo idzie jego śladem.

Łooo, Billy, dajesz. Coś mu nie gra z tym, że Dime wciąż tak go wyróżnia, tu przysługa, tam pochwała, i że robi to tak otwarcie, jakby prowokował resztę Bravo, żeby go skontrowali. To jak jakaś kara, której Billy jeszcze nie rozkminił, ale nauczanie przez agresję to specjalność Dime’a.

– NIE! – drze teraz ryja na Sykesa, który błaga o pozwolenie na kilka niedużych zakładów. Raz dobił do limitu na kartach kredytowych pornolami i teraz sierżant założył mu kłódkę na portfel.

– Sierżancie, tylko pięć dych.

– Nie.

– Odkładałem…

– Nie.

– Wszystko wyślę żonie, co do centa…

– A żebyś kurwa wiedział, ale żadnych zakładów.

– Sierżancie, proszę…

– Sucks, był rozkaz mówić? – I z tymi słowy Dime przestępuje przez krzesełko przed sobą, sunie bokiem przez pusty rząd przed miejscami Bravo. – Panowie, jak jest? – rzuca, dochodząc do końca rzędu.

– Luzik, sierżancie – mówi Mango.

– Jak się jeszcze bardziej wyluzujesz, będziemy musieli cię w worki popakować, sprzedawać jako mango luzem. Lodis wciąż się upiera, że boisko do futbolu ma sto jardów długości.

– Bo ma! – drze się Lodis przez cały rząd. – No weź, kto liczy pola punktowe.

– Sierżancie – jojczy Sykes – no proszę, ten jeden raz…

– Ryj! – warczy Dime, a pień jego karku obraca się, jakby sierżant zamierzał ukręcić sobie głowę własnym impetem. Potem jednak jego wzrok spoczywa na Billym, i oto proszę: Spojrzenie Władzy, nieruchomy płomień oczu Dime’a koncentruje się na mikrym ego szeregowca. Ostatnio często się to zdarza i Billy łapie od tego stresy: stężały spokój w szarych oczach Dime’a, któremu towarzyszy poczucie kłębiącej się na obrzeżach szalonej energii, jakby się wpadło w oko cyklonu.

– Billy.

– Panie sierżancie?

– Opinia w temacie tego układu z Hilary Swank.

– Sam nie wiem, panie sierżancie. To jakby trochę dziwne, że babka będzie grała faceta.

– Billy, coś ty, nie słyszałeś? Dziwne to nowa norma. – Dime’a roznosi energia dnia meczu, ramiona chodzą jak wahadła, biodra gibią się w półunikach i zwodach. – Ale słyszałeś, co mówił Albert, może jednak zagra babkę. Przerobią cię na laskę, co ty na to? I przez resztę życia ludzie będą gadali: „O, idzie Billy Lynn. Dał się przerobić na babę w tym filmie, co o nich zrobili”.

– Pana też chce zagrać, sierżancie. I co, zgodzi się pan?

Dime śmieje się, tak raczej wargowo.

– Wiesz, co ci powiem? Możliwe. Jeśli weźmie mnie sobie za chłopaka, tak na parę tygodni, może dam się przekonać.

Teraz rechocze już w najlepsze, z zabójczą niewinnością właściwą ludziom genialnym, a łatwo się nudzącym. Sierżant sztabowy David Dime to dwudziestoczteroletni OMC magister z Karoliny Północnej, prenumerator „Wall Street Journal”, „New York Timesa”, „Maxima”, „Wired”, „Harper’s”, „Fortune” i magazynu „DicE” – czyta to wszystko, a na dodatek jeszcze trzy–cztery książki tygodniowo, najczęściej używane podręczniki do historii i polityki, które przesyła mu z Chapel Hill siostra, nieprzytomnie seksowna laska. Krążą plotki, że na uniwerek dostał się ze stypendium za grę w golfa, ale zaprzecza. Że był topowym rozgrywającym w licealnej drużynie futbolowej – twierdzi, że tego nie pamięta, choć któregoś dnia na wysuniętej bazie operacyjnej „Żmija” pojawiła się piłka, a wtedy Dime dał się może ponieść chwili, nostalgia odblokowała dawno uśpioną pamięć motoryczną, i cisnął ją, ciasno podkręconą, na ponad pięćdziesiąt metrów: śmignęła nad głową Daya gdzieś w park maszyn. W Afganistanie zainkasował Purpurowe Serce i Brązową Gwiazdę, a wśród pozostałych sierżantów z kompanii ma ksywkę „Liberał Jebany”, ale w Bravo nadzwyczajne było to – istny cud, który Billy uświadamiał sobie dopiero z czasem, etapami – że w drużynie znajdował się nie jeden, lecz dwaj ewidentnie pierwszorzędni żołnierze, obaj mający równo wywalone na bieżące prawidła wiary. Kiedy wiceprezydent Cheney przybył do bazy „Żmija”, by podbudować morale wojska, Dime i Grzybas wiwatowali z tak chorym zapamiętaniem, że nawet kapitan Tripp zauważył, jak potwornie darli z gościa łacha. Łohoho, tajest, Dick! Napierdalaj! Dajesz, Dick, dajesz! Łohoho, nakopiemy szmaciarzom w dupy! Cały pluton chichrał się i prychał, mało się w gacie nie posikali, aż wreszcie kapitan puścił do Dime’a karteczkę, że „zaraz mi się tu kurwa uspokoić”, choć Cheney wyglądał na całkiem zadowolonego z przyjęcia, kiedy tak stał na podium w spodniach khaki z kolekcji L. L. Bean, z dłońmi w kieszeniach, z wiatrówką NASA zapiętą pod samą brodę, chwalił załogę bazy za ducha bojowego i serwował optymistyczne wieści o przebiegu wojny. „Nie ma cienia wątpliwości…”, mówił. „Najświeższe dane wywiadowcze…”, mówił. „Nasi dowódcy w terenie…”, mówił, a wszystko to tym typowym cheneyogłosem, który brzmiał jak modulowany sygnał wolnej linii, a sprawiał, że każde słowo wydawało się zajebiście roztropne. A cóż takiego wówczas powiedział? A, prawda. Jak twierdził, bojownicy ciągną już ostatkiem sił.

– Albert! – drze się Dime. – Billy myśli, że Hilary Swank jest dziwna.

– Chwila. Nie. – Billy obraca się, a tu już po schodach zstępuje Albert, uśmiechnięty, tak po kalifornijsku, na luzie, ale z lekkim zdziwieniem. – Powiedziałem tylko, że to dziwne, że chce zagrać faceta.

– Hilary jest OK – mówi łagodnie Albert. – Prawdę mówiąc, to jedna z najmilszych kobiet w całym Hollywood. Ale pomyśl tylko o tym, Billy – młody piechur jest ciągle w szoku, że Albert zwraca się do niego po imieniu. Chciałby mu wyjaśnić, Chłopie, nie trzeba, nie musisz zapamiętywać mojego imienia. – …oto największe wyzwanie dla każdego aktora: zagrać postać odmiennej płci. Świetnie rozumiem, dlaczego ją to interesuje.

– On nie chce, żeby grała go laska – odzywa się Dime. – Boi się, że ludzie pomyślą, że sam jest pizda.

– Albert, nie słuchaj go wcale.

Albert zachichotał i przez chwilę myśli Billy’ego krążyły wokół Świętego Mikołaja, też rubasznego grubasa.

– Nie stresujcie się, chłopaki. Przed nami jeszcze daleka droga, zanim będziecie mieli się czym przejmować.

Albert wyznaczył sobie cel: sto tysięcy z góry za historię życia każdego z chłopaków z Bravo, plus wszelkiego rodzaju ezoteryka w typie opłat, procentów, punktów procentowych i innych niepojętych spraw, co do których po prostu muszą mu zaufać. Przez ostatnie dwa tygodnie pojawiał się i znikał na Tournée Zwycięstwa – spotkał się z Bravo w Waszyngtonie, gdzieś poleciał, potem spotkanie w Denver, znów odlot, Phoenix – i odlot, a teraz, na koniec objazdu, tu w Dallas. Dwa tygodnie temu mówił, że do Święta Dziękczynienia będą już mieli umowę, ale choć wygląda na to, że Albert nad wszystkim panuje, Billy wyczuwa, że sprawa nie jest już tak gorąca, że Albert musi (choć prawie tego nie widać) napocić się przy dokładaniu do pieca. Nikt inny z Bravo nic jednak nie mówi, więc może Billy jest w błędzie. Pewnie tak. Boże drogi, obym się mylił. Gdyby wyszedł z tego wszystkiego choć trochę bogatszy, wszystkie środki poszłyby na najbardziej godną ze spraw. Kiedy Billy został przydzielony do plutonu w Fort Hood, Dime i Grzybas docierali go bez jednej przerwy, jebali go jak sukę od bandziorów, oprychów, zwyroli, i to bynajmniej nie po przyjacielsku. Czemuś się na niego uwzięli, a że kroił się już wyjazd do Iraku, a tak w ogóle zgodnie z umową pozostało mu do odsłużenia jeszcze trzy i pół roku, gdyby się od niego nie odpieprzyli, miałby centralnie przejebane. No i pewnego dnia wpadli na niego, kiedy pompował na siłce, i znów się zaczęło, cała litania, jaki to z niego bandzior, szmata z gangu, syfiarz. Billy wyszedł więc za nimi na korytarz i zwrócił się do nich tak oficjalnie, jak tylko umiał.

– Panie sierżancie Dime, panie sierżancie Breem, nie jestem młodocianym przestępcą, szmaciarzem ani gangsterem, więc proszę mnie już tak nie nazywać. Jestem zwykłym chłopakiem, zasuwam jak głupi, żeby tylko pluton i kompania miały ze mnie pożytek.

– Nie, kurwa – powiedział Grzybas – jesteś jebany wszarz spod poprawczaka. Tylko zwykły chuj skasowałby komuś samochód.

„No kurwa – pomyślał sobie Billy – a o tym skąd wiedzą?”

– Zależy czyj to samochód – powiedział.

– Więc czyj?

– Narzeczonego mojej siostry. Byłego narzeczonego.

To ich zainteresowało.

– A jaka to fura? – spytał Dime.

– Saab – odpowiedział im. – Kabrio, pięć biegów, alufelgi w graficie, kupiony nówka trzy miesiące wcześniej.

Wtedy byli już gotowi go wysłuchać, więc Billy opowiedział im o Kathryn, swojej średniej siostrze, rodzinnej gwieździe, dziewczynie wyjątkowo pięknej, łagodnej i mądrej, która załapała się na częściowe stypendium na Teksański Uniwersytet Chrześcijański. Brzmi jak bajka, nie? Robi studia z zarządzania, wstępuje do bractwa, co semestr ma średnią powyżej cztery zero. Ideał. Zaręcza się z gościem trzy lata starszym od niej, koleś robi MBA, taki trochę spięty pizduś, zadufany w sobie, ale wszystko idzie dobrze, przeważnie, powiedzmy, choć Billy potajemnie całym sercem tego typa nienawidzi. Ale nadszedł taki deszczowy poranek w maju, Kathryn kończyła właśnie drugi rok, jechała do pracy – miała posadę w agencji ubezpieczeniowej Blinna jako recepcjonistka i agentka stażystka – i wszystko było pięknie do momentu, kiedy na Camp Bowie Boulevard centralnie trzasnął ją w bok mercedes, który wskutek akwaplanacji mógł już tylko kręcić bączki. Ten ogromny czarny obiekt zbliżający się do niej jak śmigło – to właśnie dźwięk zapamiętała najbardziej, szuf, szuf, szuf, kiedy wirował dokoła, jakby anioł śmierci trzepotał skrzydłami. Następny moment, który pamiętała, to było już wtedy, gdy leżała na plecach, a nad nią stali trzej szpakowaci Meksykanie, próbujący osłaniać ją przed deszczem płatem tektury. Kathryn zawsze płacze, kiedy dochodzi w opowiadaniu do tej chwili. Po prostu nie potrafi o tym mówić tak, żeby nie załamał się jej głos, kiedy opisuje tych trzech stojących nad nią, przerażonych, z szeroko otwartymi oczami, ich przemoknięte ubrania, ich szeptany hiszpański, to, jak delikatnie trzymali ten karton, niczym jakiś ofiarny dar.

Nigdy im nawet nie podziękowałam, opowiada Kathryn. Po prostu leżałam tak i patrzyłam na nich. Nie mogłam nic powiedzieć. Prawdę mówiąc, wszyscy lekarze powtarzali, że nie powinna była przeżyć tego wypadku. Złamanie miednicy, złamana noga, pęknięta śledziona, odma opłucnowa, rozległe krwotoki wewnętrzne, a do tego jeszcze szwy na twarzy i plecach zawiłe niczym robota koronczarki, sto siedemdziesiąt poniżej szyi, sześćdziesiąt trzy powyżej. Wszystko będzie dobrze, powiedział jej dzień później chirurg plastyczny. Może zejdzie na to parę lat, ale wyciągniemy cię z tego, cały czas mam takie przypadki. Ale pizduś nie dźwignął tematu. Trzy tygodnie po kraksie po­jechał do Stovall i zerwał zaręczyny, na co łagodna Kathryn jeb mu w twarz pierścionkiem, walnęła go tak, jak walnęłoby się o ścianę ślimakiem czy pająkiem, jak który wlezie człowiekowi na dłoń. Billy jednak uznał, że powinien zareagować istotniejszym czynem. Siostra, honor rodziny, generalnie ludzka godność – wydawało mu się, że na szali jest wszystko to i dużo więcej. Jedzie więc do Fort Worth, namierza pizdusiowego saaba pod pizdusiowym apartamentem i przerabia rzeczony pojazd na szrot i części zamienne za pomocą łomu kupionego po drodze w dyskoncie budowlanym. Gdy wlazł na dach i szykował się do tego pierwszego, potężnego ciosu w przednią szybę, zstąpił nań uświęcający spokój. Billy miał zadanie do wykonania, tak właśnie w owej chwili czuł, a po burzliwej nastoletniości, naznaczonej licznymi starciami z tą czy inną władzą oraz wieloma spierdolinami własnej roboty, zawziął się, by tym razem załatwić sprawę porządnie. Tłukł więc równo, wybierając kolejne miejsca naprawdę starannie i rozważnie. Był to miły trud. Nawet wycie autoalarmu nie wytrąciło go ze skupienia. Już od dłuższego czasu narastało w nim poczucie, że musi się w końcu zdarzyć coś drastycznego, no i się zdarzyło.

Do ukończenia liceum brakowało mu dwóch tygodni. Po kilku spotkaniach i dużej dawce urzędowej jebaniny rada szkoły postanowiła, że Billy otrzyma świadectwo, ale pocztą. Ominie go zaszczyt „wyjścia”, czyli tradycyjnej parady czwartoklasistów przez scenę podczas rozdania świadectw.

– Nie wyjdziesz na scenę – oznajmił przewodniczący rady szkoły najmroczniejszym, najbardziej posępnym tonem nabożnego potępienia, a Billy myślał, że gardło pęknie mu od wstrzymywanego śmiechu. Jakby to go, kurwa, w ogóle obchodziło! Ooooo, nie wyjdę na scenę? Ooooo, jestem skończony! Prawnik, który wytargował ten układ z radą szkoły, miał zdecydowanie więcej roboty z uratowaniem Billy’ego przed odsiadką. Chodziło nawet nie tyle o demolkę saaba, ile o to, że pogonił pizdusia przez cały parking. Z łomem w garści.

– Przecież bym go nie uderzył – wyznał Billy adwokatowi. – Chciałem po prostu patrzeć, jak typ ucieka. – Fakt, Billy śmiał się wówczas tak, że ledwie mógł utrzymać się na nogach, a co dopiero porządnie tamtego pogonić.

Prokurator zgodził się zmienić kwalifikację czynu z przestępstwa na wykroczenie, jeśli Billy wstąpi na ochotnika do wojska. Wydawało się, że koszary to tylko miejsce, w którym przyjdzie odkiwać swoje, takie samo jak każde inne, a na pewno lepsze od więzienia, gdzie Billy noc w noc byłby gwałcony przez byków o ksywkach typu Proboszcz czy Świniak. I tak to się stało, że w wieku osiemnastu lat wskoczył w kamasze, szeregowy w piechocie, na samym dole drabinki.

– A co tam u siostry? – spytał Grzybas, gdy Billy zakończył tę opowieść.

– Coraz lepiej – odparł Billy. – Mówią, że wyjdzie z tego jak nowa.

– I tak jesteś jebany oprych – powiedział Dime, ale potem już go tak nie dojeżdżali.

Problem jest zasadniczo z twoją głową, ale wiemy, jak to leczyć

Billy ma nadzieję, że niedługo Josh przyniesie mu advil. Pięć danielsów z colą tylko podsyciło kaca, a teraz, kiedy przestał pić, boli jeszcze bardziej. Dime i Albert stoją w przejściu, sierżant opowiada producentowi o wczorajszym pogrzebie Grzybasa, jak to nabożeństwo, które powinno być wyjątkowo uroczystym hołdem dla uduchowionego poległego, z czytaniami z Tao czy antywojennego wiersza Allena Ginsberga Wichita Vortex Sutra, z modlitwami odprawianymi przez jednego ze starszych miejscowego szczepu Kruków, przeobraziło się w cyrk urządzony przez chrześcijańskich czubków, których grupka ustawiła się pod kościołem z transparentami typu BÓG WAS NIENAWIDZI 2 TES 1,8 czy AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE IDĄ DO PIEKŁA, wywrzaskując rytmiczne hasła o aborcji, martwych niemowlętach i przekleństwie, które Bóg spuścił na Amerykę.

– Obłęd – mówi Albert. – Ohyda. Wierzyć się nie chce.

– Ej, Albert – woła Crack – przypilnuj, żeby było o tym w filmie.

Albert kręci głową.

– Przecież nikt by nie uwierzył.

Sterowiec reklamowy Goodyear mozolnie kręci kółka nad stadionem, kolebiąc się jak kliper w sztormie. Na telebimie puszczają hołd dla świętej pamięci wielkiego Boba Hayesa zwanego „Pociskiem”, a wzdłuż krawędzi górnej loży wyświetlane są nazwiska i numery z koszulek „Pierścienia Honoru” drużyny Cowboys: Staubach. Meredith. Dorsett. Lilly. Bez dwóch zdań, to wielkie chwile, dziś na całym świecie nie dzieje się w sporcie nic ważniejszego, a Bravo są w samym spienionym środku tego wydarzenia. Za dwa dni wracają do Iraku, na pozostałe jedenaście miesięcy przedłużonej tury bojowej, ale na razie tkwią głęboko w bezpiecznym łonie wszystkiego, co amerykańskie: futbol, Święto Dziękczynienia, telewizja, chyba z osiemset różnych rodzajów policji i innych służb ochrony, a do tego trzysta milionów współobywateli trzyma za nich kciuki. Czy też, jak to ujął jeden roztrzęsiony dziadek w Cleveland, „Wy JESTEŚTA Ameryka”.

Billy zawsze dziękuje ludziom za takie wypowiedzi, choć nie ma pojęcia, o co im właściwie chodzi. Akurat teraz myśli sobie, że gdyby się wyrzygał, mógłby poczuć się lepiej. Mówi do Mango, że idzie się odlać, na co Mango rozgląda się, czy aby Dime ich nie obcina, i szepcze:

– A nie chciałbyś walnąć browca?

No kurwa pewnie.

Idą w górę, po dwa stopnie naraz. Z rzadka ktoś pozdrawia ich okrzykiem, Billy macha w ich stronę, ale nie podnosi oczu. Ciężko pracuje. Normalnie jakby jego życie zależało od tej wspinaczki, od pokonania siły ssącej tej ogromnej pustki przestrzeni wnętrza stadionu, która próbuje ściągnąć go z powrotem niczym podstępny wir. W ciągu ostatnich dwóch tygodni okazało się, że wyprowadzają go z równowagi rzeczy olbrzymie: wieże ciśnień, drapacze chmur, mosty wiszące i inne takie. Wystarczył przejazd koło Monumentu Waszyngtona, żeby zmiękły mu kolana – to, jak ta budowla wyrywała przeszywający skowyt z otaczającego ją bezdusznego nieba. Billy nie podnosi więc głowy, skupia się na marszu naprzód, a kiedy już docierają na zaplecze, czuje się lepiej. Znajdują kibel – tam sika, rzyganie sobie odpuszcza – po czym kupują po piwie w pizzerii Papa John’s. Teoretycznie w mundurach nie powinni pić, ale co może im zrobić wojsko? Wyślą nas do ­Iraku? Chłopaki proszą jednak, żeby nalać im w kubki od coca­-coli, a zanim Billy weźmie choć łyk, daje swój kubek do potrzymania Mango, a sam ciśnie pięćdziesiąt pompek na betonie zaplecza. Szlag go trafia, jak się zapuścił. Przez ostatnie dwa tygodnie nic, tylko samoloty, limuzyny i hotele, zero czasu na siłkę, nie było jak rzeźbić skilla. Co tu kryć, zrobili z Bravo pizdy przez te dwa tygodnie, tak że teraz wrócą na wojnę zasiedziali, zjebani, odpowiednio gorsi w walce.

Łupie mu w głowie, kiedy wstaje, ale ogólnie czuje się lepiej.

– Pompki, a browar na popitkę – komentuje Mango.

– Żebyś wiedział.

– Jak myślisz, chrzczą je tutaj?

– Facet, weź go tylko spróbuj.

– Mówią, że nie chrzczą, ale i tak czuć wodą. To nie to samo i już.

Billy kiwa głową.

– Ale i tak pijemy.

– I tak pijemy.

Stają pod murem i sączą piwo, chwilowo wystarcza im patrzeć na przewalającą się ciżbę. Tyle tu odmian, że można by to porównać do sceny migracji zwierzyny w filmie przyrodniczym: znajdzie się każdy typ sylwetki, wiek, rozmiar, barwa skóry, rozmaite oznaki zamożności lub jej braku, choć dominują dobrze odkarmieni Anglosasi. Od kiedy znalazł się na linii frontu jako ich przedstawiciel, Billy bez przerwy łapie się na rozważaniach o tych ludziach. O czym oni myślą? Czego pragną? Czy w ogóle wiedzą, że żyją? Jak gdyby trzeba było długiego i intymnie bezpośredniego narażania się na śmierć, by do końca wypełnić sobą doczesną egzystencję.

– Jak myślisz, co tym tutaj chodzi po głowach?

Mango waha się przez chwilę, po czym rozchyla te swoje długie wargi w kojocim uśmiechu.

– Poważne sprawy. No wiesz, w sensie Bóg. Filozofia. Znaczenie życia. – Śmieją się obaj. – Nie no, łosiu, weź na nich popatrz. Myślą sobie o meczu, czy ich drużyna nadgoni z wynikiem, czy nie. Czy napada im na łby tam, gdzie siedzą. Co wybrać do zjedzenia. Ile jeszcze do wypłaty. Takie pierdoły.

Billy kiwa głową. To by się pewnie zgadzało. Nie wini tych ludzi za tak przyziemne dumania, a jednak, a jednak… wojna sprawia, że chciałby czegoś więcej niż tylko obwisłe żuchwy i tępe spojrzenia odpasionych przeżuwaczy. Ludu, mój ludu, bracia Amerykanie! Ujrzyjcie świat oczyma proroka! Praktycznie każdy ma na sobie takie czy inne gadżety Dallas Cowboys, kurtki i czapeczki z logo niebieskiej gwiazdy, luźne bluzy z kapturem lub bez, srebrzysto­-niebieskie szaliki, długie kolczyki i innego rodzaju klubowe błyskotki, niektórzy mają nawet wymalowane na policzkach miniaturki kasków Cowboys. Billy zauważa, że wzrusza go to autentyczne pragnienie wykazania silnej więzi z klubem. Kobiety ubierają się na meczowo zdecydowanie lepiej niż mężczyźni, wielkie draby, którym klubowe bluzy wystają spod skrajów kurtek, a nogawki spodni wiszą jak worki aż do obcasów, co koszmarnie skraca ich wizualnie, tak że wyglądają jak banda wyrośniętych dwunastolatków.

Ludu, mój ludu. Żołnierze dopijają piwo w poczuciu dobrze wykonanej roboty, a gdy wracają na miejsca, Billy twardo wpatruje się w schodki w przejściu, nie zerka na tę całą beztreść, która próbuje wbić mu szpony w twarz. Ryje mu to mózg, ta potworna pustka, która tu zawisa, olbrzymie, niczym niewypełnione miejsce w centrum tworzy coś w rodzaju próżni, tak że cała grawitacja zdaje się skierowana, niczym w odwróconej muszli klozetowej, ku temu wielkiemu, szeroko rozwartemu otworowi u góry. ­Billy jest autentycznie spocony, kiedy siada na swoim miejscu. Niektórzy Bravo piszą esemesy, inni gapią się na boisko, jeszcze inni żują gumę albo plują tytoniem w kubeczki. Nagle Mango się zapomina i wyrywa mu się iście sejsmiczne beknięcie, równie dobrze mógłby wrzasnąć: Browar!, a Dime zaraz obraca się ku niemu niczym rekin, co zwęszył krew.

– Gdzie jest major Mac? – pyta czujnie Billy. Prymitywny patent na odwrócenie uwagi, ale działa.

Dime rozgląda się w lewo, w prawo.

– Gdzie major Mac? – szczeka na resztę drużyny. Bravo zespołowo kręci głowami, zaraz wybuchają śmiechem. O ja cię! Major Mac zniknął!

– Billy! Mango! Znaleźć majora!

I znów w górę po schodach. Billy kuli się pod tą przerażającą przestrzenią. Stadion jest przeogromny. Wypaczony. Wypacza też ludzki umysł. Od razu prują do Papa John’s, kupują sobie po piwie. Tym razem, kiedy Billy ciśnie pompki, wokół zbiera się mały tłumek: odliczają, a gdy kończy – biją brawo.

– Jeszcze raz! – woła któryś, ale Billy tylko unosi piwo w geście pozdrowienia i pije. Ruszają z Mango w drogę.

– Powinno pójść łatwo.

– Jasne, co to jest osiemdziesiąt tysięcy ludzi, nie?

– Gdybyś ty był majorem, dokąd byś poszedł? I kiedy?

– Facet, pewnie zabrali go z powrotem do fabryki na orbicie.

Śmieją się. Major Mac rzadko się odzywa, praktycznie nie je ani nie pije, nikt też nie widział, by się załatwiał, co zrodziło w ­Bravo domniemania, że to jakiś nowy typ człowieka, przyswajający pokarmy i wydalający odchody przez pory skóry. Dzięki tajnym kanałom informacji sierżant Dime dowiedział się, że major już pierwszego dnia na wojnie wpadł na minę, i to nie jeden, lecz dwa razy, co spowodowało poważny, ale jak na razie nie do końca określony uszczerbek słuchu. Od tamtego czasu wojo zapakowało go do biura rzecznika, tymczasowo, póki nie wymyślą, co z nim począć. Major jest jak spod dłuta, dołeczek w brodzie, plecy jak struna, w każdym calu modelowy żołnierz, co mogłoby tłumaczyć, jakim cudem utrzymał się tak długo, bo szczerze mówiąc, głuchy jest jak pień, nie wspominając już o napadach skrajnego oderwania od rzeczywistości. W sensie że nikogo nie ma w domu. Jak po udarze. Albo na towarze. Można nasikać na ognisko, gwizdnąć na psy, biwak skończony. Dime mówi, że major jest wypalony walką i prozakiem.

Poszukiwania majora to jedno z miliona bezsensownych zadań, dzięki którym wojsko jest wojskiem, ale Billy zdecydowanie woli robić to, niż siedzieć na dupie, a do tego fajnie jest łazić z Mango, nie tylko przez szacun na dzielni za najlepszego kumpla – Latynosa, ale i przez to, że bije od niego spokój i towarzyski nastrój. Mango nie panikuje, wojna czy nie. Twardy jak skurczybyk, nigdy nie narzeka, na krzepkie metr siedemdziesiąt dwa jest gotów narzucić konkretne kilogramy i tachać je bez narzekania, a do tego statystyki sportowe i fakty historyczne zapamiętuje jak komputer: potrafi na przykład wyrecytować nazwiska nie tylko prezydentów Stanów Zjednoczonych, ale i wiceprezydentów – co przeważnie zaraz ucina wszelkie gadki o nielegalnych imigrantach. Raz jeden zdarzyło się, że Billy widział, jak jego kumpel się rozsypał, i nie było to podczas bitwy ani przy żadnym ostrzale z moździerzy czy rakiet, pod kulami snajperów czy po wybuchu przydrożnej miny. Nawet nie wtedy, kiedy wydmuchnęło go z wieżyczki hummvee, kiedy dopytywał się: „Wystaje mi coś z głowy?”. Nie panikował, poza tym jednym dniem, kiedy samochód pułapka zmiótł punkt kontrolny Trzeciego Plutonu i Bravo przydzielono do zabezpieczenia terenu. Z którejkolwiek strony patrzeć, fatalny dzień, ale dopiero kiedy się rozeszli, żeby odnaleźć odpowiednią liczbę pourywanych kończyn, Mango zwalił się na kolana, zasmarkany od łez.

Teraz jednak sobie spacerują – byłoby genialnie, gdyby zdołali tak wyjść z tej wojny, samą siłą woli. Billy sprawdza komórkę – ma esemesa od Kathryn, siostry z dziurą w policzku. Gdzie jesteś, napisała, więc odpowiada: stadion. Ona na to mama się boi że marzniesz, pisze zatem młody to i gorący, a ona odpowiada smajlikiem. Za każdym razem, kiedy obok przechodzi ładna dziewczyna, Billy i Mango pomrukują, choć wszyscy są tu tak zakutani, że za wiele do oglądania to nie ma.

– Pamiętasz te laski zeszłej nocy? Kosmos, nie?

– No, niewiarygodne – przytakuje Billy. – Każdy ci powie, że najlepsze kluby ze striptizem są w Dallas.

– Kurwa, fakt. Normalnie jakby mi przeciążyło bezpieczniki, ziom, skąd one wszystkie się biorą? Ten lokal, w którym byliśmy, nie ten ostatni, ale ten z dziewczynami w klatkach…

– Vegas Starz.

– Vegas Starz, no, aż chciałem pytać, laska, kurde, czemu ty tu pracujesz? Każda jedna z nich mogłaby być modelką, w sensie regularnie modelować, zamiast kurwić się i świecić dupą.

Mango wygląda na autentycznie zbulwersowanego, jakby był świadkiem trwającego właśnie dramatu, któremu mógłby jeszcze zapobiec.

– Bo ja wiem – mówi Billy – może łatwo znaleźć babki do tej roboty. Nadmiar szprych na rynku.

– Daj spokój, wcale tak nie jest.

Billy się śmieje, ale uderza go ogólna myśl o młodych, żwawych ciałach, o rynku na ludzkie mięso, o rzekomo nienaruszalnych prawach podaży i popytu. Być może, ściśle rzecz biorąc, społeczeństwo nie ma z ciebie pożytku, ale prawie zawsze jakoś tam cię wykorzysta.

– Może one tam są, bo chcą tam być – mówi, ale teraz to tylko gadanie. – Żeby poznać takich wzorowych młodych chłopaków jak my.

Mango się śmieje.

– Na bank. Nie, ziom, im nie chodzi o kasę. One naprawdę na nas leciały.

To właśnie powiedział im Sykes, wracając z „prywatnego tańca” na zapleczu. „Ona naprawdę na mnie leciała. Tu nie chodziło o kasę”. Wciąż w szoku po popołudniowej ceremonii pogrzebu Grzybasa, Bravo w hotelu wbili się w cywilne ciuchy i zaraz ruszyli w miasto, żeby się porządnie schlać, a w trakcie tego wieczoru prędzej czy później każdemu z nich trafił się lodzik. „Ona na mnie leciała” stało się głównym żartem wieczoru, ale dziś samo wspomnienie wystarczy, żeby przygnębić Billy’ego. Jak kac na kacu, otoczka syfu opasująca duszę niczym wstęga brudu w wannie, i Billy dochodzi do wniosku, że robienie loda, tak samo w sobie, to jednak chujnia. Znaczy, czasami jest fajnie. No dobra, z reguły jest rewelacyjnie, przynajmniej o tyle, o ile, ale ostatnio Billy czuje w swoim życiu potrzebę czegoś więcej. Nawet nie idzie o to, że w wieku dziewiętnastu lat wciąż, technicznie rzecz biorąc, jest prawiczkiem, ale głęboko w piersi czuje coś jakby potworny głód, wrażenie pustki jak po liposukcji właśnie tam, gdzie powinna być najlepsza część jego duszy. Potrzeba mu kobiety. Nie, potrzebuje dziewczyny, kogoś, z kim mógłby zewrzeć się w jedno ciałem i duszą, i przez całe te dwa tygodnie wyczekiwał, kiedy to się stanie, dziewczyna, zwarcie, przez dwa tygodnie kolędował po tym naszym pięknym kraju, więc można by sądzić, że po tylu milach i miastach, przy pozytywnych artykułach w prasie, wśród całej tej miłości i dobrej woli, tych uśmiechniętych, wiwatujących tłumów, znalazłby wreszcie kogoś.

Więc albo to Ameryka jest jakaś zjebana, albo on. Billy idzie przez parking z obolałym sercem i świadomością, że kończy mu się czas. Dziś wieczorem punkt dwudziesta druga meldują się w Fort Hood, jutro jest dzień PAKOWANIA BAJZLU, a dzień później rozpocznie się ich dwudziestosiedmiogodzinny lot, powrót do tury w strefie walk. Zdaniem Billy’ego to autentyczny cud, że którykolwiek z nich w ogóle jeszcze żyje. Owszem, stracili Grzybasa i Lake’a, jakiś statystyk mógłby powiedzieć „tylko dwóch”, ale biorąc pod uwagę, że każdy w Bravo rozminął się ze śmiercią raptem o parę centymetrów, równie dobrze mogło być tych ofiar sto procent. Najbardziej dobija ta pieprzona przypadkowość, to, że różnica między życiem a śmiercią czy potwornym kalectwem sprowadza się czasem tylko do tego, że ktoś, idąc po żarcie, schylił się, by zawiązać sznurówkę, albo wybrał trzeci kibel w rzędzie, a nie czwarty, obrócił głowę w lewo, a nie w prawo. Przypadek. To strasznie ryje łeb. Billy odczuł ten autentycznie rozjebujący mózg potencjał już przy pierwszym wypadzie poza strefę chronioną, kiedy Grzybas poradził mu, żeby ustawił stopy jedna za drugą, a nie obok siebie, żeby w razie wybuchu improwizowanego ładunku nisko pod hummerem miał szansę ocalenia przynajmniej jednej z nich. Po paru tygodniach starannego ustawiania stóp, chowania dłoni pod kamizelką kuloodporną, wiecznego noszenia osłony na oczy i reszty tego szajsu podszedł do Grzybasa i zapytał:

– Jak z tym wszystkim nie oszaleć? – Grzybu pokiwał głową, jakby pytanie było z tych zdecydowanie roztropnych, po czym opowiedział mu, jak to kiedyś czytał o takim szamanie u Innuitów: ponoć wystarczyło mu spojrzeć na człowieka i już wiedział dokładnie co do dnia, kiedy ten umrze. Ale nie wyjawiał tej daty – uważał, że byłoby to nieuprzejme, jakby wtrącał się w nie swoje sprawy.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Długi marsz w połowie meczu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter