Historia naturalna smoków

Historia naturalna smoków

Autorzy: Marie Brennan

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 360

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 10.41 zł

Porywająca powieść fantasy, w której przygoda łączy się z dociekliwym duchem epoki wiktoriańskiej

Cały świat, od Scirlandii do najdalszych krańców Erigi, zna lady Izabelę Trent jako najwybitniejszą na świecie specjalistkę od smoków. Ta niezwykła kobieta wyprowadziła naukę o smokach z mglistych cieni mitów i nieporozumień w krąg światła współczesnej nauki. Zanim jednak lady Trent stała się sławną osobą, jaką dziś znamy, była pogrążoną w książkach młodą kobietą, dzięki swemu zamiłowaniu do nauki, historii naturalnej i tak, smoków, czym przeciwstawiła się sztywnym konwencjom swoich czasów.

Oto wreszcie, spisana jej własnymi słowami, prawdziwa historia kobiety o duszy pioniera, która zaryzykowała swoją reputację, życiowe perspektywy i wątłe ciało, aby zaspokoić naukową ciekawość. Jest to opowieść o tym, jak pomimo swych godnych pożałowania dziwactw poszukiwała prawdziwej miłości i szczęścia, oraz o jej ekscytującej wyprawie w niebezpieczne góry Wystrany, gdzie dokonała pierwszego z wielu historycznych odkryć, które mogły zmienić świat na zawsze.

„Historia przepełniona radością oraz palącą potrzebą dokonywania odkryć i ciekawością naukową".

„Publishers Weekly”

Marie Brennan

Historia naturalna smoków

Pamiętnik Lady Trent

Tytuł oryginału

A Natural History of Dragons:

A Memoir of Lady Trent

ISBN

Copyright © 2013 by Bryn Neuenschwander

Published in agreement with JABberwocky Literary Agency, USA and Book/lab Literary Agency, Poland.

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017

Ilustracje w tekście i na okładce

Todd Lockwood

Redakcja

Magdalena Wójcik

Skład i łamanie

Studio Graficzne Pixelnoiz

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Część pierwsza Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Część druga Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Część trzecia Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Część czwarta Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Przedmowa

Nie ma dnia, aby poczta nie przyniosła mi przynajmniej jednego listu od młodej (lub czasami nie takiej młodej) osoby, która chciałaby pójść w moje ślady i zostać smoczym przyrodnikiem. Oczywiście teraz to całkiem szacowna dziedzina. Istnieją kursy uniwersyteckie, a stowarzyszenia intelektualistów wydają grube tomy zatytułowane Protokoły zebrań takich czy innych. Jednakże osoby zainteresowane godnymi szacunku sprawami chodzą na moje wykłady, natomiast ci, którzy piszą do mnie, pragną słuchać o moich przygodach: o ucieczce z niewoli na bagnach Mouleen, roli, jaką odegrałam w wielkiej bitwie pod Keongą, albo (najczęściej) o mojej wyprawie na niegościnne, wysokie szczyty Mrtyahaimy, do jedynego miejsca na ziemi, gdzie można było odkryć tajemnice smoczego rodu.

Nawet najbardziej oddany korespondent nie zdołałby odpowiedzieć na wszystkie te pytania osobiście, dlatego przyjęłam ofertę panów Carrigdona i Rudge’a, aby opublikować serię pamiętników będących zapisem ciekawszych fragmentów mojego życia. W zasadzie powinny się koncentrować na wyprawach prowadzących do odkrycia, które uczyniło mnie tak sławną osobą, jednak od czasu do czasu znajdą się w nich dygresje na tematy zabawniejsze, bardziej osobiste, a nawet (o, tak) lubieżne. Jedną z korzyści z tego, że jestem już starą kobietą, ponadto taką, której nadano miano „skarbu narodowego”, jest fakt, że bardzo mało kto może mi mówić, o czym mi wolno pisać, a o czym nie.

Uprzedzam jednak, że w kolejnych tomach tej serii znajdziecie mroźne góry, cuchnące bagna, wrogich cudzoziemców, wrogich rodaków, sporadycznie wrogiego członka rodziny, złe decyzje, pechowe zmylenie kierunku, choroby bynajmniej nieromantycznego rodzaju i mnóstwo błota. Kontynuujcie na własne ryzyko, gdyż nie jest to opowieść dla osób bojaźliwych z natury. To samo się tyczy badań nad smokami. Studia te jednak dają niezrównaną satysfakcję, gdyż stanąć w obecności smoka, nawet przez ułamek chwili, i nawet z narażeniem własnego życia, to rozkosz, której jeśli ktoś raz doświadczy, nigdy nie zapomni. Będę usatysfakcjonowana, jeśli moje skromne słowa przekażą choć odrobinę tego zachwytu.

Musimy oczywiście zacząć od początku, zanim seria odkryć i nowinek zmieniła świat w ten, który jest ci tak dobrze znany, drogi czytelniku. Tych dawnych i prawie zapomnianych czasów sięgają skromne początki mojej nieskromnej kariery: moje dzieciństwo i moja pierwsza zagraniczna wyprawa w góry Wystrany. Podstawowe fakty o tej wyprawie są już od dawna znane, ale nie słyszeliście jeszcze wszystkiego.

Izabela, lady Trent

Casselthwaite, Linshire

11 florisa, 5658

Część pierwsza

W której pamiętnikarka zostaje ogarnięta młodzieńczą obsesją na punkcie smoków i stwarza okazje, aby ją realizować

Rozdział pierwszy

Zieloniutek — Niefortunny wypadek z turkawką — Obsesja na punkcie skrzydeł — Moja rodzina — Wpływ sir Richarda Edgewortha

Miałam siedem lat, kiedy na skraju lasu na tyłach naszego ogrodu znalazłam na ławce martwego iskrzyka, którego zarządca nie zdążył jeszcze sprzątnąć. Ogromnie podniecona, pobiegłam pokazać go mamie, jednak do tego czasu iskrzyk prawie rozsypał się w popiół w moich dłoniach. Mama krzyknęła z obrzydzenia i nakazała mi iść się umyć.

Osobą, która zdradziła mi sekret konserwowania martwych iskrzyków, była nasza kucharka, wysoka i tyczkowata kobieta, która jednakże przyrządzała zdumiewające zupy i suflety, tym samym zadając kłam twierdzeniu, że chudej kucharce nie można ufać. Kiedy przyszłam do kuchni, bardzo zmartwiona stratą iskrzyka i matczyną naganą, pokazała mi swój spreparowany okaz, który trzymała na kredensie.

ISKRZYK (NATURALNEJ WIELKOŚCI)

— Jak ci się udało go zachować? — spytałam, ocierając łzy. — Mój rozpadł się na kawałki.

— Ocet — odparła, tym samym wskazując mi ścieżkę, która zaprowadziła mnie tam, gdzie dziś jestem.

Jeśli iskrzyka znajdzie się wystarczająco szybko po jego śmierci, można go zabalsamować w occie (o czym bez wątpienia wie wielu czytelników tej książki).

Przejęta niezmiernie, pomknęłam na poszukiwania do ogrodu w sukience rozciągniętej od wepchniętego do kieszeni słoika z octem. Pierwszy iskrzyk, którego znalazłam, stracił prawe skrzydło w trakcie preparowania, lecz nim minął tydzień, miałam już nietknięty okaz o długości pięciu centymetrów. Pokryty był łuskami koloru ciemnego szmaragdu, więc będąc dzieckiem o bujnej wyobraźni, nazwałam go Zieloniutek. Do dziś stoi na półce w moim gabinecie, rozpościerając malutkie skrzydełka.

Kolekcjonowałam wtedy nie tylko iskrzyki. Stale przynosiłam do domu inne insekty i chrząszcze (w tamtych czasach iskrzyki uważano za gatunek owadów, które tylko przypominają smoki, co jak dziś wiemy, nie jest prawdą), oraz wiele innych rzeczy: ciekawe kamienie, zgubione przez ptaki pióra, skorupki ptasich jaj i różne kości. Mama dostawała szału, aż wreszcie doszłam do porozumienia ze swoją pokojówką, że ona nie piśnie słowem o moich skarbach, a ja dam jej dodatkową godzinę w tygodniu, żeby mogła usiąść i dać odpocząć nogom. Od tej pory ukrywałam swoje zbiory w pudełkach po cygarach i podobnych pojemnikach, upychając je w szafach, do których mama nie zaglądała. Bez wątpienia moje zamiłowania po części zrodziły się z faktu, iż byłam jedyną córką wśród sześciorga dzieci. Dorastając w otoczeniu chłopców, w domu położonym na uboczu wśród wiejskich pejzaży Tamshire, byłam święcie przekonana, że wszystkie dzieciaki, niezależnie od płci, zajmują się kolekcjonowaniem rupieci. Obawiam się, że wysiłki mojej mamy, aby mnie tego oduczyć, spełzły na niczym. Część zainteresowań przejęłam także po ojcu, który jak każdy dżentelmen w tamtych czasach dbał o to, by w umiarkowanym stopniu znać się na wszystkich dziedzinach nauk: prawie, teologii, ekonomii, historii naturalnej i tak dalej.

Resztę, jak sądzę, zawdzięczałam wrodzonej ciekawości. Przesiadywałam w kuchni (gdzie pozwalano mi przebywać, choć bez wielkiego entuzjazmu, jedynie dlatego, że dzięki temu nie brudziłam się i nie niszczyłam sukienki zabawami na zewnątrz) i zadawałam pytania kucharce dzielącej kurczaka na rosół.

— Dlaczego kura ma kostkę życzeń? — spytałam ją któregoś dnia.

Jedna z podkuchennych udzieliła mi odpowiedzi idiotycznym tonem osoby dorosłej zwracającej się do dziecka.

— Po to, żeby sobie czegoś życzyć! — Z promienną miną wręczyła mi osuszoną już kostkę. — Chwytasz ją z jednej strony…

— Wiem, co z nią robimy — zniecierpliwiłam się, przerywając jej nietaktownie. — Nie po to jednak mają je kury, bo z pewnością życzyłyby sobie, żeby nie skończyć w garnku dla nas na obiad.

— Dobry Boże, dziecko, nie mam pojęcia, dlaczego kury je mają. Taką kostkę można znaleźć u wszystkich ptaków, u kur, indyków, gęsi, gołębi i innych.

Fakt, że wszystkie ptaki mają tę cechę, był intrygujący, gdyż wcześniej nie wpadło mi to do głowy. Ciekawość wkrótce popchnęła mnie do zrobienia czegoś, na samą myśl o czym dziś się czerwienię. Nie z powodu samego czynu (bo od tamtej pory wiele razy robiłam podobne rzeczy, choć w sposób bardziej drobiazgowy i naukowy), lecz ukradkowego i naiwnego sposobu, w jaki się do tego zabrałam.

Pewnego dnia na spacerze znalazłam przy żywopłocie martwą turkawkę. Natychmiast przypomniałam sobie kucharkę mówiącą, że wszystkie ptaki mają kości życzeń. Nie wymieniła co prawda turkawek, lecz turkawki też są ptakami, prawda? Może teraz dowiem się, do czego służą te kości, skoro nie dowiedziałam się tego z obserwacji lokaja krojącego gęś przy obiedzie.

Zabrałam nieżywą turkawkę i schowałam ją za stogiem siana obok stodoły. Potem zakradłam się do domu i pod nieuwagę Andrew, starszego brata najbliższego mi wiekiem, zwinęłam mu scyzoryk. Wróciłam na dwór i przystąpiłam do badań nad turkawką.

Zabrałam się do tego w sposób metodyczny, choć nie najrozsądniejszy. Widziałam, jak służące skubały ptaki dla kucharki, więc rozumiałam, że pierwszym krokiem było usunięcie piór. Zadanie okazało się trudniejsze, niż się spodziewałam, i okropnie brudne. Dało mi jednak szansę zobaczenia, jak dutka pióra jest usadowiona w brodawce pióra (tego słowa wtedy nie znałam), jak również poznania rodzajów piór.

Kiedy ptak był mniej więcej nagi, przez jakiś czas poruszałam jego skrzydłami i łapami, obserwując, jak działają — i po prawdzie, zbierając odwagę na to, co zamierzałam zrobić następnie. Ostatecznie ciekawość zwyciężyła nad obrzydzeniem. Wzięłam scyzoryk brata, przyłożyłam go do skóry na brzuchu ptaka i wykonałam nacięcie.

Smród był nieznośny — z perspektywy czasu jestem przekonana, że przecięłam jelito — jednak nie powstrzymał mojej fascynacji. Badałam kawałki mięsa, które wyszły na wierzch, nie mając pewności, co jest czym, wątroba i nerki bowiem były dla mnie czymś, co widywałam wyłącznie na talerzu podczas kolacji. Rozpoznałam jednak jelita i postawiłam hipotezę, co do serca i płuc. Zwalczywszy uczucie odrazy, powróciłam do pracy. Odciągnęłam skórę i wypreparowałam mięśnie, obserwując, jak wszystko się ze sobą łączy. Odsłaniałam jedną kość po drugiej, podziwiając delikatność skrzydeł i szeroki kil mostka. Znalazłam właśnie obojczyk, czyli kość życzeń, kiedy z tyłu dobiegł mnie czyjś krzyk. Odwróciłam się i zobaczyłam chłopca stajennego, który przyglądał mi się ze zgrozą.

Kiedy rzucił się do ucieczki, rozpaczliwie próbowałam ukryć bałagan, którego narobiłam. Zakopałam w sianie rozcięte truchło turkawki, lecz byłam tak wystraszona, że w rezultacie mój wygląd tylko się pogorszył. Kiedy przybyła mama, byłam wymazana krwią i kawałkami ciała turkawki, oblepiona piórami i sianem i zalana łzami.

Nie będę niepokoić moich czytelników szczegółowym opisem tego, co mnie później spotkało; co więksi śmiałkowie wśród was niewątpliwie ponieśli podobną karę po własnych przedsięwzięciach. W końcu trafiłam do gabinetu ojca i stanęłam, czysta i zawstydzona, na jego achiańskim dywanie.

— Izabelo, co w ciebie wstąpiło? — spytał surowo ojciec.

Z moich ust popłynął potok słów o turkawce, którą znalazłam (raz po raz zapewniałam ojca, że już nie żyła, kiedy ją znalazłam, i że z całą pewnością jej nie zabiłam) i o tym, że zaciekawiła mnie kość życzeń — i tak mówiłam i mówiłam, aż wreszcie papa podszedł i ukląkł przede mną. Położył mi rękę na ramieniu i wreszcie przerwałam.

— Chciałaś się dowiedzieć, jak to działa?

Pokiwałam głową, bojąc się odezwać, aby z moich ust znów nie popłynął strumień słów.

Ojciec westchnął.

— Twoje zachowanie było niestosowne dla młodej damy. Rozumiesz to?

Pokiwałam głową.

— Upewnijmy się zatem, że to zapamiętasz.

Jedną ręką mnie obrócił, a drugą wymierzył trzy solidne klapsy w tyłek, aż znów w oczach stanęły mi łzy. Kiedy odzyskałam nad sobą panowanie, zobaczyłam, że ojciec podszedł do jednego z regałów pod ścianami gabinetu. Na półkach stały książki i wydawało mi się, że niektóre z nich ważyły tyle, co ja sama. (Była to oczywiście czysta fantazja; obecnie najcięższa z książek w mojej bibliotece, mój własny egzemplarz De draconum varietatibus, waży zaledwie dziesięć funtów).

Tomiszcze, które ojciec zdjął z półki, nie ważyło aż tyle, choć niewątpliwie było cięższe niż książki, które zwykle daje się siedmioletniemu dziecku. Podszedł i podał mi wolumin.

— Podejrzewam, że twoja matka nie byłaby zadowolona, gdyby cię z tym zobaczyła, ale wolę, żebyś się uczyła z książki niż z eksperymentów. A teraz zmykaj i nie pokazuj tego matce.

Dygnęłam i uciekłam.

Podobnie jak Zieloniutek, książka ta wciąż stoi u mnie na półce. Była to Anatomia ptaków Gotherhama, i wprawdzie od czasów autora nasza wiedza z tej dziedziny znacznie się poszerzyła, wystarczyła, aby wprowadzić mnie w tajniki tematu. Połowy tekstu nie zrozumiałam, lecz zrozumiałą część pochłonęłam jednym tchem, a resztę studiowałam z fascynacją zmieszaną z osłupieniem. Najbardziej zachwycały mnie schematy, te delikatne, drobiazgowe rysunki ptasich szkieletów i mięśni. Właśnie z tej książki dowiedziałam się, że zadaniem kości życzeń (lub, poprawnie mówiąc, kości widełkowej, czyli furcula) jest wzmocnienie szkieletu klatki piersiowej ptaka i zapewnienie punktów przyczepu dla mięśni skrzydeł.

Wydawało się to takie proste i oczywiste: wszystkie ptaki mają kości życzeń, bo wszystkie ptaki latają. (Wtedy nie miałam pojęcia o istnieniu strusi, Gotherham zresztą też). Nie był to bynajmniej błyskotliwy wniosek dotyczący historii naturalnej, lecz mnie się taki wydawał. Otworzył przede mną świat, którego się nie spodziewałam: świat, w którym można dostrzegać wzorce i ich okoliczności, i zdobywać na ich podstawie informacje niedostrzegalne gołym okiem.

Skrzydła były moją pierwszą obsesją. W tamtych czasach nie obchodziło mnie za bardzo, czy rzeczone skrzydła należały do turkawki, iskrzyka czy motyla, ważne było, że te stworzenia latały, i za to je uwielbiałam. Wypadałoby wspomnieć, że wprawdzie tekst pana Gotherhama dotyczy ptaków, autor jednak co jakiś czas kusząco nadmienia o podobnych strukturach lub zachowaniach smoków. Ponieważ (jak wspomniałam wcześniej) iskrzyki uważano wtedy za rodzaj owadów, można uznać, że to ta książka po raz pierwszy ukazała mi cudowny świat smoków.

Powinnam jednak choćby pobieżnie wspomnieć o swojej rodzinie, gdyż bez niej nie stałabym się taką kobietą, jaką dziś jestem.

Moją matkę, jak sądzę, zdążyliście już nieco poznać: była szacowną i przyzwoitą reprezentantką swojej klasy społecznej. Robiła, co mogła, aby wpoić mi zasady zachowania godnego damy, lecz nikt nie może dokonać niemożliwego. Wszelkie zatem wady mojego charakteru nie wynikają z jej winy. Jeśli zaś chodzi o mojego ojca, z powodu interesów często bywał poza domem. Wydawał mi się więc kimś odleglejszym i być może z tego powodu bardziej tolerancyjnym. Mógł pozwolić sobie na luksus traktowania moich wybryków jako uroczych dziwactw swojej córki, podczas gdy matka miała do czynienia z bałaganem i podartymi ubraniami, które były skutkiem owych fanaberii. Patrzyłam na ojca jak na pomniejsze pogańskie bóstwo, szczerze pragnąc jego przychylności, lecz nigdy nie mając pewności, jak je ubłagać.

Jeśli chodzi o moje rodzeństwo, byłam czwartym w kolejności dzieckiem z sześciorga, i jak już mówiłam, jedyną córką. Większość moich braci, wprawdzie ważna dla mnie osobiście, nie pojawi się w tej opowieści; ich życie w niewielkim stopniu było związane z moją karierą.

Wyjątkiem jest Andrew, o którym już wspomniałam. To jemu ukradłam scyzoryk. On, bardziej niż ktokolwiek inny, był moim wspólnikiem we wszystkim, co doprowadzało moją matkę do rozpaczy. Kiedy Andrew dowiedział się o moich krwawych wyczynach za stogiem siana, był pod takim wrażeniem, jak tylko potrafi być ośmioletni chłopiec, i nalegał, żebym zachowała scyzoryk na pamiątkę. Niestety, już go nie mam. Ten nóż zasługuje na honorowe miejsce obok Zieloniutka i dzieła Gotherhama, ale zgubiłam go na moczarach Mouleen. Wcześniej jednak ocalił mi życie, gdyż przecięłam nim liany, którymi związali mnie labańscy prześladowcy. Jestem więc dozgonnie wdzięczna bratu za ten podarunek.

Jestem mu też wdzięczna za pomoc w latach naszego dzieciństwa, kiedy korzystał z przywilejów płynących z bycia chłopcem, aby mi pomagać. Kiedy ojciec wyjeżdżał z miasta, Andrew pożyczał z jego gabinetu książki dla mnie. Tym sposobem do mojego pokoju trafiały pozycje, na których przeczytanie nigdy nie dostałabym pozwolenia. Chowałam te książki pod materacem i za szafą. Moja nowa pokojówka była zbyt przerażona perspektywą nakrycia jej na odpoczynku, aby zgodzić się na układ, jaki proponowałam poprzedniej, ale była łasa na słodycze. Zawarłyśmy więc nowy pakt, dzięki czemu nieraz czytałam do późna w nocy.

Oczywiście prawie wszystkie książki, które brat mi wynosił, dotyczyły historii naturalnej. Poszerzyłam swoje horyzonty i od interesujących mnie na początku skrzydlatych istot przeszłam do innych stworzeń: ssaków i ryb, owadów i gadów oraz setek rodzajów roślin, w tamtych czasach bowiem nasza wiedza o przyrodzie wciąż była zbyt ogólna, aby można było zgłębić ją w całości.

Niektóre książki wspominały o smokach. Były to jednak wyłącznie pobieżne dywagacje, które tylko rozbudziły mój apetyt na wiedzę. W kilku miejscach natrafiłam na odsyłacze do szczególnego dzieła, a mianowicie Historii naturalnej smoków sir Richarda Edgewortha. Wydawnic­two Carrigdon & Rudge miało ją wkrótce wznowić, jak się dowiedziałam z ich jesiennego katalogu. Zdobyłam się na odwagę i zakradłam do gabinetu ojca, aby zostawić ulotkę otwartą na stronie informującej o reprincie. Według ulotki Historia naturalna smoków była „najważniejszym źródłem wiedzy o smokach dostępnym w naszym języku”. To powinno wystarczyć, aby przyciągnąć oko ojca.

Ryzyko się opłaciło, gdyż dzieło znalazło się w następnej przesyłce z książkami, jaką dostaliśmy.

Nie mogło od razu wpaść w moje ręce — Andrew nie mógł pożyczyć niczego, czego ojciec jeszcze nie przeczytał — i oczekiwanie trwało całą wieczność. Wreszcie na początku zimy brat podał mi książkę na korytarzu.

— Wczoraj ojciec skończył ją czytać. Tylko żeby ktoś cię z nią nie zobaczył.

Byłam w drodze do salonu na cotygodniową lekcję gry na pianoforte i gdybym wróciła do swojego pokoju, spóźniłabym się na zajęcia. Przyspieszyłam więc kroku i schowałam książkę pod poduszką na ułamek sekundy przed wejściem nauczyciela. Dygnęłam mu na powitanie najładniej, jak umiałam, a potem ze wszystkich sił starałam się nie patrzeć w stronę kanapy, z której, jak mi się zdawało, śmiała się do mnie kpiąco nieprzeczytana książka. (Powiedziałabym, że roztargnienie odbiło się niekorzystnie na moim graniu, jednak czemuś tak okropnemu nic już nie mogło zaszkodzić. Wprawdzie cenię muzykę, ale muszę przyznać, że słoń nadepnął mi na ucho).

Kiedy wreszcie skończyłam lekcje, pogrążyłam się natychmiast w lekturze i prawie jej nie przerywałam, chyba tylko po to, aby schować książkę, gdy było to konieczne. Dzisiaj dzieło to nie jest zbyt dobrze znane, ponieważ zastąpiły je inne, pełniejsze opracowania, więc moim czytelnikom może być trudno wyobrazić sobie, jak cudowne wtedy mi się wydawało. Kryteria identyfikacji „prawdziwych smoków” Edgewortha były użytecznym punktem wyjścia dla wielu z nas, a jego lista kwalifikujących się gatunków jest tym bardziej imponująca, że została ułożona bardziej na podstawie korespondencji z misjonarzami i handlarzami niż własnej obserwacji. Autor poruszył także kwestię „pomniejszych smoków”, czyli takich stworzeń, jak wywerny, które nie spełniały tego czy innego warunku, jednak wydawały się (według teorii tamtego okresu) odgałęzieniami tego samego drzewa genealogicznego.

Wpływ, jaki ta książka na mnie wywarła, może wyrazić stwierdzenie, że przeczytałam ją jednym tchem czterokrotnie, ponieważ raz z pewnością mi nie wystarczył. Tak jak niektóre dziewczynki w tym wieku szaleją za końmi i jazdą konną, ja dostałam bzika na punkcie smoków.

Wyrażenie to dobrze mnie opisuje, wokół tego bzika bowiem nie tylko skupiło się moje dorosłe życie (w którym tu i ówdzie doszło do licznych czynów, które można byłoby uznać za szalone), lecz także ten bzik bezpośrednio doprowadził do wydarzenia, w którym wzięłam udział tuż po moich czternastych urodzinach.

Rozdział drugi

Szantaż — Lekkomyślna głupota — Jeszcze bardziej niefortunny wypadek z udziałem wilczego drakena — Groźba pożegnania się z sukniami bez ramiączek

W tamtych czasach haniebnie mało wiedziano o smokach, ponieważ w Scirlandii nie było prawdziwych smoków, a za granicą dopiero zaczęto zwracać uwagę na historię naturalną. Ja byłam bardzo dobrze zaznajomiona z dostępnymi informacjami o pomniejszych kuzynach smoków, które wciąż można znaleźć w naszym kraju, i za żadne skarby nie zrezygnowałabym z okazji, aby samodzielnie dowiedzieć się o nich więcej.

Tak więc, kiedy nadeszła wiadomość, że na terenie naszej posiadłości wielu ludzi widziało wilczego drakena i zaświadczało, że bestia napada na owce, możecie sobie wyobrazić, jak rozpaliło to moją ciekawość. Nazwa, oczywiście, jest mylna; te drakeny nie mają nic wspólnego z wilkami, może z wyjątkiem tendencji do postrzegania stad bydła jako należącego im się posiłku. Teraz są rzadkością w Scirlandii, ale wtedy też nie były liczne, i od pokoleń nikt żadnego nie widział w naszej okolicy.

Jak mogłabym zrezygnować z takiej okazji?

Najpierw musiałam jednak wymyślić, jak zobaczyć bestię. Papa natychmiast zaczął organizować polowanie, zupełnie jakby nasze stada nękał wilk. Gdybym jednak go poprosiła, aby pozwolił mi z nim pojechać, jak bezskutecznie zrobił to Andrew, absolutnie by mi zabronił. Miałam dość rozsądku, aby zdawać sobie sprawę, że samodzielna wyprawa w nadziei zobaczenia wilczego drakena nie przyniosłaby skutków, a gdyby je przyniosła, byłaby bardzo niebezpieczna. Wiedziałam więc, że zrealizowanie mojego pragnienia będzie wymagało większego wysiłku.

To, co się wydarzyło potem, przynajmniej częściowo było zasługą, a może raczej winą, niejakiej Amandy Lewis, której rodzina była za czasów mojego dzieciństwa naszymi najbliższymi sąsiadami.

Mój ojciec przyjaźnił się serdecznie z panem Lewisem. Tego samego, niestety, nie można było powiedzieć o mojej matce i pani Lewis. Prowadziło to do pewnych napięć podczas spotkań towarzyskich, szczególnie zważywszy na to, że moja matka nie wyrażała aprobaty dla zachowań ich córki.

Amanda była ode mnie starsza o rok i była jedyną panną w podobnym wieku i o równej pozycji społecznej w całej dolinie rzeki Tam. Ku nieustającemu zmartwieniu mojej matki była również osobą, którą dzisiaj młodzi ludzie nazwaliby foczką, czyli dziewczyną zachowującą się bardzo niestosownie, w sposób, który Amanda uważała za modny. (Ja nigdy nie byłam foczką; moje niestosowne zachowanie zawsze było zdecydowanie niemodne). Ponieważ jednak nie miałam się z kim innym zadawać, mama nie mogła mi zakazywać odwiedzać Lewisów i Amanda pozostała moją najbliższą przyjaciółką, dopóki nie wyszłyśmy za mąż i rozjechałyśmy się w różne strony.

Tego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się o wilczym drakenie, pomaszerowałam dwie mile do jej domu, aby podzielić się nowiną. Wiadomość natychmiast rozpaliła płodną wyobraźnię mojej przyjaciółki. Przyciskając książkę do piersi, Amanda westchnęła z rozkoszą.

— To przecież takie proste! Musisz się przebrać za chłopca i pojechać z nimi! — oznajmiła z łobuzerskim błys­kiem w oku.

Żebyście nie pomyśleli sobie, że oczerniam przyjaciółkę z dzieciństwa, zrzucając na nią całą winę, zapewniam was, że to ja, nie ona, wymyśliłam, jak przełożyć jej pomysł na praktykę. Często tak ze mną było: pomysły zbyt szalone, aby ktoś inny wziął je na poważnie, ja podchwytuję i realizuję, częstokroć w sposób bardzo uporządkowany i rozsądny. (To nie duma każe mi o tym mówić, ponieważ jest to bardzo głupi zwyczaj, przez który nieraz omal nie zginęłam, lecz szczerość. Jeśli nie zrozumiecie tego, co mój mąż nazywał moją szaloną praktycznością, bardzo niewiele wydarzeń z mojego życia będzie miało dla was jakikolwiek sens).

Tak więc słowa Mandy były iskrą; hubkę i chrust, które podsyciły płomienie, przyniosłam sama.

Tak to szło: w naszym majątku było kilku chłopców, którzy wykonywali różne drobne prace, przeważnie na zewnątrz. Zwykle nie znałam ich bliżej, ale na jednego z nich, Jima, miałam haka. Konkretnie mówiąc, zastałam go kiedyś w wysoce kompromitujących okolicznościach z jedną z naszych pokojówek z parteru. Szłam wtedy schować małą i fascynującą czaszkę, której nie potrafiłam zidentyfikować, ale ponieważ schowałam ją w fałdach sukienki, Jim nie miał pojęcia o kompromitujących okolicznościach dotyczących mojej osoby. Był mi więc winien przysługę, i uznałam, że nadszedł czas, aby jej zażądać.

Zabranie mnie na polowanie było oczywiście występkiem, za który mógł zostać zwolniony bez referencji. To samo mogłam osiągnąć, mówiąc o jego flirtach z pokojówką, i choć nie zrobiłabym tego, przekonałam go, że byłabym do tego zdolna. Pomyślicie pewnie sobie, że byłam okropna, i teraz czerwienię się na myśl o tym szantażu, ale nie będę udawać, że miałam wtedy jakieś skrupuły. Nalegałam, aby Jim zabrał mnie na polowanie.

Tutaj bardzo się przydał chłodny dystans, jaki dzielił moją matkę i panią Lewis. Amanda powiedziała mojej mamie, że zaprosiła mnie do swojego domu na popołudnie i wieczór i że wrócę następnego dnia, a mama, nie mając ochoty na korespondencję z sąsiadką, udzieliła zezwolenia bez zadawania pytań. Tego poranka, kiedy miało się zacząć polowanie, Amanda przybyła ze służącym do naszej posiadłości, udając, że mam spędzić kilka dni z jej rodziną.

Odjechałyśmy niedaleko i zatrzymałyśmy konie. Siedząc w siodle, skinęłam przyjaciółce głową, podczas gdy jej służący przyglądał się nam ze zdumieniem.

— Dziękuję, Mando.

Oczy mojej przyjaciółki aż błyszczały z podniecenia.

— Kiedy to się skończy, musisz mi wszystko opowiedzieć!

— Oczywiście — odparłam, chociaż wiedziałam, że szybko się znudzi opowieścią, chyba że na polowaniu uda mi się wplątać w jakiś podniecający romans. Literackim gustom Amandy bliższe były raczej powieści awanturnicze niż historia naturalna.

Zostawiłam jej uporanie się ze służącym w sposób, jaki uzna za stosowny, i zawróciłam na pole, gdzie zbierali się myśliwi. Zgodnie z umową Jim czekał na mnie w ustronnym miejscu przy strumyku.

— Powiedziałem im, że jesteś moim kuzynem, który przyjechał w odwiedziny. — Chłopak podał mi stertę ubrań. — Tam jest istny dom wariatów, ludzie zjechali z wszystkich stron. Nikt się nie zdziwi, kiedy do nas dołączysz.

— Za chwilę będę gotowa — powiedziałam i stanęłam w miejscu, gdzie Jim nie mógł mnie widzieć. Oglądając się przez ramię na wypadek, gdyby poszedł za mną, zdjęłam strój do jazdy konnej i przebrałam się w dużo toporniejsze chłopięce ubranie, które od niego dostałam. (Dodam, że słowa nie są w stanie oddać tego, jak obce uczucie towarzyszyło mi podczas nakładania spodni po raz pierwszy. Czułam się półnaga. Od tamtej pory nosiłam spodnie wiele razy, bo kiedy ugania się za smokami, jest to strój dużo praktyczniejszy od spódnicy, niemniej przyzwyczajenie się do nich zajęło mi wiele lat).

Chwali się Jimowi, że się zaczerwienił, kiedy zobaczył mnie tak skandalicznie ubraną. Był dobrym chłopcem. Pomógł mi upchnąć włosy pod czapką, a kiedy je schowałam, swobodnie mogłam uchodzić za młodzieńca. Wciąż jeszcze rosłam i składałam się z samych długich jak u źrebięcia nóg i rąk, a o moich biodrach czy piersiach nie warto było nawet wspominać. (Czemu, pytam was, mój wydawca skarży się na użycie takich słów, skoro napisałam kilka książek traktujących o anatomii smoków i kwestii ich rozmnażania znacznie szczerzej? Podejrzewam, że nie zechce zostawić tej dygresji, ale go do tego zmuszę. W końcu jakieś korzyści płyną z mojego wieku i pozycji).

Największe zaskoczenie tego poranka przeżyłam jednak, kiedy Jim wręczył mi strzelbę. Chłopak zauważył moją minę.

— Nie wiesz, jak się nią posługiwać, prawda?

— Dlaczego miałabym wiedzieć? — odparłam znacznie bardziej obcesowo, niż Jim na to zasługiwał. W końcu to ja nalegałam, żeby się przebrać za chłopca; nie wypadało więc, żebym teraz udawała obrażoną damę.

Jim się tym nie przejął.

— To bardzo proste. Przykładasz kolbę do ramienia, celujesz… — Nagle umilkł. Podejrzewam, że podobnie jak ja wyobraził sobie, co się może stać, jeśli rzeczywiście wypalę ze strzelby w zamęcie polowania.

— Może lepiej niech zostanie nienaładowana, dobrze? — poprosiłam.

— Tak, tak będzie lepiej — potwierdził Jim.

Tak więc pojechałam na polowanie na wilczego drakena w przebraniu chłopca, z włosami schowanymi pod czapką i nienaładowaną strzelbą w ręku. Dosiadałam swojej klaczy Bossy, której sierść natarto kurzem, żeby ukryć połysk. Jim miał rację, nazywając to polowanie istnym domem wariatów. Pomimo wszelkich wysiłków papy organizacja całkowicie zawiodła, gdyż przybyło zdecydowanie zbyt wielu ludzi. Mało kto chciał przegapić szansę uczestniczenia w łowach na wilczego drakena.

Pogoda dopisała i kiedy ruszyliśmy, ledwo mogłam powstrzymać podniecenie. Okolica, gdzie widziano wilczego drakena, nie była nadmiernie oddalona od naszego dworu, dlatego papa tak szybko zorganizował polowanie, niemniej mieliśmy pewien dystans do przebycia.

Gleba na naszych ziemiach była skalista, odpowiedniejsza bardziej do hodowli owiec niż czegokolwiek innego. Kilku naszych dzierżawców uprawiało jednak pola nad rzeką Tam. Nasz dwór stał na północnym końcu doliny. Na wschód lub zachód rozciągał się łagodniejszy krajobraz, lecz nasza droga prowadziła na północ, gdzie teren szybko stawał się zbyt stromy, aby warto było go karczować. Tam wciąż królowały sosny, w których cieniu podobno krył się wilczy draken.

Uczepiłam się Jima jak rzep psiego ogona i udawałam nieśmiałość, aby nie odzywać się bez konieczności. Nie byłam przekonana, czy mój głos mnie nie zdradzi, choć miałam być gołowąsem. W tej kwestii Jim bardzo mi pomógł, mówiąc tyle, że nikt inny nie mógł się wciąć, choć może to nerwy przez niego przemawiały. Miał wystarczająco dużo powodów, żeby się martwić.

Do lasu dotarliśmy tuż po południu, a wtedy przywódcy zaczęli organizować polowanie.

— Szybko, jedź do Simpkina — rzekłam, odciągając Jima od mojego ojca i pozostałych mężczyzn, którzy mogli mnie znać.

Z rozmów, jakie podsłuchałam, domyśliłam się, że przygotowania do łowów zaczęły się nie dziś, ale dużo wcześniej. Zebraliśmy się w pewnej odległości po zawietrznej od zagajnika, z którego dochodził wyraźny smród padliny. Najwyraźniej myśliwi wykładali tam martwe zwierzęta już od jakiegoś czasu, aby zwabić wilczego drakena do wyznaczonego miejsca. Kilku śmiałków wyruszyło o świcie przeszukać las i znalazło ślady bestii.

To, co nastąpiło później, było dla mnie niezrozumiałą plątaniną wydarzeń, ponieważ kompletnie nie znałam się na polowaniu. Trzymane na smyczach wilczarze i mastify były w kagańcach, aby szczekaniem nie zdradziły naszej obecności. Wydawały mi się bardzo zaniepokojone. Psy, które polują bez strachu na wilki, na widok zbliżającego się smoka mogą wpaść w panikę. Szczwacze jednak rozstawiali je na wyznaczonych wcześniej pozycjach, gdzie, jak zrozumiałam, miał być zapędzony wilczy ­draken.

Gromadę miejscowych ludzi wysłano z pochodniami daleko do lasu. W odpowiedniej chwili mieli je zapalić i podejść do kryjówki zwierza, zmuszając go do ucieczki.

Taki przynajmniej był zamiar myśliwych, jednak wilczy draken to przebiegła bestia i nikt nie mógł mieć pewności, czy zechce uciekać w stronę pułapki. Jeźdźców, w tym Jima i mnie, rozmieszczono więc w różnych miejscach, bo jeśli wypłoszymy drakena, trzeba będzie go ścigać.

Wnikliwi czytelnicy słusznie się domyślą, że nie fatygowałabym się o tym wspomnieć, gdyby polowanie potoczyło się zgodnie z planem.

Z lasu coś wyskoczyło, jednak zobaczyłam nie wilczego drakena, jedynie rozmytą smugę. Nie wiem, co powinny zrobić wtedy psy, ale nie miały szans; draken dopadł je zbyt szybko.

Gatunek ten był tak rzadki, że myśliwi zlekceważyli doniesienia o jego szybkości. Stwór skoczył jednemu z mastifów na grzbiet i krew chlusnęła szokującą fontanną. Pozostałe psy się zawahały, a opóźnienie zniweczyło nasze starannie ułożone plany. Front polowania został przerwany i musieliśmy ruszyć w pościg.

Zawsze dobrze jeździłam konno, bo w tamtych czasach nie było niczym niezwykłym, aby córka szlachcica uczyła się jazdy zarówno po męsku, jak i w damskim siodle. Nigdy jednak podczas przejażdżek na Bossy po majątku mojej rodziny nie doświadczyłam czegoś podobnego.

Jim popędził swojego konia, a mój wierzchowiec instynktownie podążył za nim, nie chcąc, jak to konie mają w zwyczaju, zostać sam. Wkrótce galopowaliśmy po skalistym zboczu z prędkością znacznie większą, niż mama uznałaby za bezpieczną. Wilczy draken był ledwo widoczny w oddali, znacznie nas wyprzedzając, i tylko szybki refleks kilku miejscowych ludzi zapobiegł jego ucieczce. Zagrodzili mu drogę ogniem i zmusili do zawrócenia na południe, a my wtedy odbiliśmy w bok, gnając na przełaj, aby wyjść mu na spotkanie.

Psy mknęły, jakby chciały pomścić śmierć swego kompana. Pościg prowadziły charty, które zmuszały wilczego drakena do lawirowania w lesie, a sygnały myśliwskich rogów koordynowały działania jeźdźców. Szybko dotarliśmy do kolejnego odcinka lasu, i wtedy zrozumiałam, dlaczego myśliwi wybrali odizolowany zagajnik, aby wyłożyć w nim przynętę. Gdyby draken uciekł w gąszcz, znalezienie go i złapanie byłoby znacznie trudniejszym zadaniem.

Pomimo usilnych starań łowczych i psów bestia schroniła się w mateczniku. Jeden z myśliwych papy, mężczyzna o twarzy tak srogiej jak skaliste wzgórza wokół nas, splunął na ziemię. Przypomniałam sobie, że nie wiedział, że znajduje się w obecności damy.

— Teraz nie będzie już biegł tak szybko. — Zerknął w mrok, w którym zniknął draken. — Ale i tak cholernie trudno będzie nam go stamtąd wyciągnąć.

Dzięki temu po raz pierwszy od rozpoczęcia łowów zyskaliśmy okazję, żeby odetchnąć. Mężczyźni wymieniali krótkie, niezrozumiałe uwagi, z których udało mi się wyłowić tylko informację, że użyjemy teraz metod stosowanych w polowaniu na dziki. Ponieważ znałam się na tym równie słabo, co na polowaniu na wilki, niewiele mi to mówiło. Wyprowadzono naprzód mastify, a charty odwołano, gdyż sytuacja wymagała teraz bardziej siły niż szybkości.

Okolica porośnięta była starymi sosnami na tyle wysokimi, że mogliśmy często jechać pod ich konarami bez schylania głowy. Przykryty dywanem igliwia grunt był zaskakująco nagi; wyjątkiem były miejsca, gdzie zwalone drzewa stworzyły wyrwę, którą mogły zająć inne rośliny. Wkrótce straciłam z oczu większość myśliwych, ale Jim wciąż mi towarzyszył, a reszta grupy jechała po obu naszych stronach. Co jakiś czas słyszeliśmy wśród drzew okrzyki i dźwięki rogów oznajmiające, że niczego jeszcze nie dostrzeżono.

Wtem rozległo się wściekłe ujadanie… a potem zapadła cisza.

WILCZY DRAKEN

Zatrzymaliśmy się, głównie po to, aby się zastanowić nad wyborem drogi, ponieważ przed nami znajdowały się gęste zarośla. Spojrzałam na Jima, a on na mnie.

— Powinienem zabrać panienkę do domu — rzekł tak cicho, żeby pozostali go nie usłyszeli, choć nikogo w pobliżu nie było. — Zrobiło się naprawdę niebezpiecznie.

Po raz pierwszy byłam skłonna przyznać mu rację. Jedynym celem mojej wyprawy było zobaczenie na własne oczy żywego drakena, a nie martwego trofeum, teraz jednak zrozumiałam, jak mało było to prawdopodobne. Przez cały dzień mogłam już nie zobaczyć go lepiej niż wtedy, gdy mignął mi w oczach, rozszarpując z furią jednego z naszych psów.

Kiedy się nad tym zastanawiałam, Jim nagle krzyknął i wjechał swoim koniem prosto na mnie.

Bossy stanęła dęba i kwiknęła przeraźliwie, a potem przewróciła się na bok, zrzucając mnie z siodła. Mało brakowało, a przygniotłaby mi nogę podczas upadku. Pozbawiona tchu, podniosłam się z wysiłkiem i usiadłam na suchych igłach.

Z ust Jima wydobywało się ni to skomlenie, ni to jęk, jakiego jeszcze w życiu nie słyszałam, jednak moją uwagę przyciągnęło przeciągłe, głuche warczenie.

W krajach, gdzie wilcze drakeny są wciąż liczne, powszechnie wiadomo, że wolą ofiary płci żeńskiej. Na nieszczęście my zapomnieliśmy o tym szczególe, a sir Richard Edgeworth nie zamieścił go w swym skądinąd wspaniałym dziele.

Spojrzałam na wilczego drakena, który siedział na dużym głazie. Jego skóra pokryta była matowymi, brązowymi łuskami, dzięki czemu wtapiał się świetnie w otoczenie, a oczy były niepokojąco purpurowe. Masywne ciało wsparte było na potężnych łapach zakończonych szponami podobnymi do ostrzy kos, a długi, giętki ogon poruszał się hipnotycznie jak u kota. Wyrastające tuż za barkami szczątkowe skrzydła drgały.

Nie potrafiłam oderwać od niego oczu. Prawą ręką po omacku szukałam w igliwiu upuszczonej strzelby, ale jej nie znalazłam. Strach ścisnął mnie za gardło. Draken przyczaił się mocniej na skale. Sięgałam coraz dalej lewą ręką i wreszcie udało mi się! Natrafiłam palcami na kolbę strzelby. Przyciągnęłam ją do siebie i uniosłam tak, jak czynili to mężczyźni. Draken się sprężył i w chwili, gdy przyłożyłam strzelbę do ramienia, rzucił się na mnie. Dopiero gdy pociągnęłam za spust, przypomniałam sobie, że moja strzelba nie była naładowana.

Rozległ się ogłuszający huk i wilczy draken padł tuż obok mnie, rozszarpując mi koszulę i ramię z taką łatwością, z jaką nóż wchodzi w masło.

Wrzasnęłam i potoczyłam się na bok, upuszczając strzelbę, która musiała należeć do Jima, bez wątpienia bowiem była naładowana.

Co się stało z Jimem? Wilczy draken odwrócił się w moją stronę znacznie zwinniej, niż sugerowała jego masywna budowa. Skórę miał splamioną krwią z draśnięcia, jakie mu zadałam, bynajmniej jednak nie był pokonany.

W tym momencie powinnam napisać coś bohaterskiego, ale po prawdzie przez głowę przebiegła mi tylko ta myśl: „Masz, co chciałaś, ale będzie to ostatnia rzecz, jaką zobaczysz”.

Rozległy się kolejne strzały, tym razem już nie aż tak blisko. Niemniej były na tyle głośne, że znów krzyknęłam i skuliłam się w obawie, że mnie trafią, że wilczy draken znów skoczy, i tak czy inaczej, zginę.

Zamiast tego usłyszałam dzikie warczenie, pełne bólu rżenie konia, krzyki ludzi i granie rogów, a po kilku chwilach rozległ się błogosławiony dźwięk, który znałam, gdyż był to ten sam sygnał, jaki rozlegał się przy powrocie z udanego polowania: zwierz ubity.

Potem otoczyli mnie ludzie, a kiedy się podniosłam, zdałam sobie sprawę, że podczas szamotaniny zgubiłam czapkę. Wstążka się rozluźniła i włosy rozsypały mi się na ramionach. Wydawało mi się, że ich brązowe pasma łopoczą niczym sztandary, ogłaszając wszystkim: „Patrzcie tutaj! To dziewczyna!”. Mniej więcej to samo usłyszałam z ust otaczających mnie myśliwych (aczkolwiek oni skwitowali to przekleństwami).

Rozległy się kolejne krzyki, a potem zjawił się mój ojciec. Spojrzał na mnie z góry niczym pomniejszy pogański bóg, zdjęty odrazą na widok tego, co uczyniła jego czcicielka. Wydaje mi się, że spojrzałam na niego, ale od tego momentu wszystko pamiętam jak przez mgłę, ponieważ byłam w szoku. Papa wziął mnie na ręce, a ja spytałam o Jima, lecz nikt mi nie odpowiedział. Wkrótce znalazłam się na koniu, wciąż w objęciach ojca, i pojechaliśmy przez las i skaliste wzgórza do chaty pasterza.

Na polowaniu był obecny doktor, który miał się zajmować zarówno rannymi psami, jak i ludźmi. Dotarł do chaty wkrótce po nas, jednak nie zostałam jego pierwszym pacjentem. Słyszałam jęki Jima dobiegające z drugiej strony małej izby, ale nie widziałam go przez tłum ludzi.

— Nie róbcie mu krzywdy — zawołałam, do nikogo w szczególności, chociaż rozsądek podpowiadał mi, że lekarz na pewno próbował mu pomóc. — Nie obwiniajcie go, to ja mu kazałam. On mnie ochronił; zagrodził drogę atakującemu drakenowi. — Uświadomiłam sobie to już po fakcie.

Obrażenia, jakie Jim odniósł z powodu swego bohaterskiego czynu, były jednym z dwóch powodów, które ocaliły go przed haniebnym wyrzuceniem z pracy. Drugim, choć nie mam czym się chwalić, były moje nieustające wysiłki podejmowane w jego obronie. Nalegałam, aby nie obarczać go winą za to, że zabrał mnie na polowanie. Dopiero teraz, o wiele za późno, ogarnęło mnie poczucie winy, i obawiam się, że rozwodziłam się nad sprawą jeszcze długo po tym, jak ojciec zgodził się nie zwalniać Jima.

Wszystko to jednak wydarzyło się później. Kiedy lekarz skończył zajmować się Jimem, przyszedł do mnie. Przegonił z chaty wszystkich, z wyjątkiem mojego ojca i śpiącego teraz Jima, ponieważ byłam ranna w bark i nie wypadało, aby ktoś był obecny przy jego obnażaniu. (Nawet wtedy wydawało mi się to głupie, bo młodym damom wolno nosić sukienki bez ramiączek, co odsłania tyle samo ciała, co jego zabiegi).

Dano mi do wypicia brandy, której nigdy wcześniej nie próbowałam. Tak paliła mnie w ustach, że oczy mi omal nie wyszły na wierzch. Kazano mi jednak pić dalej, a kiedy wypiłam już dość, alkoholem polano rany na moim ramieniu, aby je odkazić. Wtedy się rozpłakałam, ale dzięki brandy mało mnie to obchodziło. Do czasu, gdy lekarz zaczął mnie zszywać, w ogóle mało do mnie docierało, z wyjątkiem jego cichych słów.

— Szpony były ostre, więc ciało nie zostało poszarpane. Dziewczyna jest młoda i silna. Jeśli nie wda się zakażenie, rana ładnie się zagoi.

Zdrętwiałymi wargami, które odmawiały posłuszeństwa, próbowałam wymamrotać coś o tym, że chciałam nosić sukienki bez ramiączek, ale chyba nie mówiłam zbyt wyraźnie, a potem usnęłam.

Po moim powrocie mama oczywiście dostała waporów. Nikt jednak od razu nie zadawał mi pytań, ponieważ uznano, że potrzebuję ciszy i spokoju, żeby odpocząć po przykrych wydarzeniach. Nie był to do końca litościwy czyn, albowiem oznaczał, że miałam wiele godzin na wyobrażanie sobie tego, co usłyszę, kiedy nadejdzie pora. Może nie miałam tak bujnej wyobraźni jak Amanda, mając jednak dość czasu, potrafiłam się nią posłużyć aż nadto dobrze.

Kiedy wreszcie pozwolono mi wstać z łóżka, nałożyć szlafrok i wyjść do salonu (dwa dni po tym, kiedy uznałam, że jestem gotowa), zastałam tam czekającego na mnie ojca.

Byłam na to przygotowana. Oprócz złych, dwa dni odpoczynku miały także swoje dobre strony.

— Czy Jim wraca do zdrowia? — spytałam, zanim papa zdążył się odezwać, bo nie miałam żadnych wieści.

Brodate oblicze papy sposępniało bardziej niż zwykle.

— Tak, chłopak wyzdrowieje. Jest jednak ciężko ranny.

— Przykro mi — powiedziałam szczerze. — Gdyby nie on, mogłabym zginąć. Wiesz, że to nie jego wina, że tam się znalazłam.

Papa westchnął i gestem polecił mi usiąść. Spoczęłam na krześle, zamiast na szezlongu, który mi wskazał, nie chcąc uchodzić za kogoś, komu może się przydać mebel odpowiedni do osuwania się w omdleniu.

— Wiem. — W jego głosie pobrzmiewał bezmiar zmęczenia. — Przede wszystkim tak szalony pomysł nigdy nie zrodziłby się w jego głowie. Powinien oczywiście odmówić i powiadomić mnie o tym…

— Nie pozwoliłam mu — przerwałam, gotowa zostać męczennicą. — Nie możesz…

— Obwiniać go, wiem. Mówiłaś to już wiele razy.

Miałam dość rozumu, żeby zamknąć usta, zamiast wnosić dalsze protesty.

Papa znów westchnął, patrząc na mnie. Późne poranne słońce wpadało przez okna i rozświetlało wszystkie róże wyhaftowane na obiciu mebli. Mój ojciec w swoim surowym, szarym garniturze okropnie nie pasował do otoczenia. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz przyszedł do mojego salonu, jeśli w istocie kiedykolwiek to zrobił.

— Co ja mam z tobą zrobić, Izabelo? — spytał. Spuściłam głowę i starałam się wyglądać potulnie. — Wyobrażam sobie, co mi opowiesz, jeśli tylko dam ci szansę. Chciałaś zobaczyć wilczego drakena, prawda? Najlepiej żywego, zamiast bezpiecznego, ale martwego. Podejrzewam, że winą za to należy obarczyć sir Richarda Edgewortha.

Na te słowa gwałtownie podniosłam głowę i bez wątpienia na mojej twarzy odmalowało się poczucie winy.

Ojciec pokiwał głową.

— Tak, tak, pilnuję biblioteki uważniej, niż ci się wydaje. Katalog ze starannie zagiętą stroną, a potem pewna książka, znacznie mniej zakurzona, niż być powinna. Twoja matka uznałaby to wprawdzie za znak, że powinniśmy zwolnić pokojówkę, ale mnie nie przeszkadza odrobina kurzu. Zwłaszcza jeśli mnie ostrzega o tajnych akcjach córki.

Z niewyjaśnionego powodu łzy napłynęły mi do oczu, jakby za zakradanie się do jego biblioteki powinnam pokutować bardziej niż za wyprawę na wilczego drakena. Byłam przyzwyczajona do przynoszenia rozczarowania mamie, ale tego nie potrafiłam znieść.

— Przepraszam, papo.

Cisza nadal trwała. Drżąc ze wstydu, zastanawiałam się, ile pokojówek podsłuchuje nas pod drzwiami. W końcu papa wyprostował się i spojrzał mi w oczy.

— Muszę myśleć o twojej przyszłości, Izabelo. Ty też powinnaś. Nie będziesz zawsze małą dziewczynką. Za kilka lat będziemy musieli poszukać ci męża, a to nie będzie łatwe, jeśli wciąż będziesz pakować się w tarapaty. Rozumiesz mnie?

Żaden dżentelmen nie zechce żony pokrytej bliznami po niefortunnych spotkaniach z niebezpiecznymi bestiami. Dżentelmen nie weźmie żony, która przyniesie mu wstyd. Żaden dżentelmen nie ożeni się ze mną, jeśli nadal będę się tak zachowywać.

Przez kilka rozpaczliwych chwil, w których drżałam na granicy buntu, chciałam powiedzieć ojcu, że zostanę w takim razie starą panną i do diabła z całą resztą! (W taki właśnie sposób o tym myślałam; sądzicie, że czternastoletnie dziewczynki nie słyszały, jak mężczyźni przeklinają?) To były rzeczy, które kochałam. Dlaczego miałabym się ich wyrzekać w zamian za towarzystwo mężczyzny, który każe mi zajmować się prowadzeniem domu i innymi robótkami, od których umrę z nudów?

Nie byłam jednak aż tak pozbawiona zdrowego rozsądku, aby wierzyć, że opór przyniesie szczęście mnie czy komukolwiek innemu. Świat po prostu tak nie funkcjonował.

Tak przynajmniej wydawało mi się, kiedy byłam starą i mądrą czternastolatką.

Zacisnęłam więc wargi, zbierając siły. Owinięte bandażem ramię przeszył ból.

— Tak, papo — powiedziałam. — Rozumiem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zwrotnik Węży Historia naturalna smoków 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona