Za całą miłość

Za całą miłość

Autorzy: Irene Cao

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 232

Cena książki papierowej: 35.90 zł

cena od: 24.29 zł

Linda postanowiła. Chce wyjechać z Tommasem, zostawić za sobą wszystko, co było. Dla kobiety tak niezależnej i tak mocno przywiązanej do rodzinnych stron to poważny krok. Linda przenosi się ze swojego włoskiego domu do Lizbony. Musi dopasować się do świata nudnych dyplomatycznych kolacji i nauczyć się sztuki kompromisu, by opanować swój płomienny temperament i nie rozczarować mężczyzny, który za wszelką cenę chce ją uszczęśliwić. Tommaso pożąda jej do szaleństwa, ale jego namiętność przybiera czasem niemal chorobliwe formy. Linda powoli traci więc pewność, że jej życie z mężczyzną o lodowatych niebieskich oczach jest doskonałe. Zwłaszcza że myśli kobiety zaprząta jeszcze ktoś inny… Zwłaszcza że los – o znajomym spojrzeniu kogoś bliskiego – postanawia naruszyć delikatną równowagę ich związku…

„Spod lekkiego i ostrego pióra Cao wychodzi literatura erotyczna, której najważniejszym składnikiem są emocje. Psychologiczna złożoność jej bohaterów kształtuje ich decyzje i zachowania oraz sprawia, że ani na chwilę nie przestają być wiarygodni”. Treccani.it

Tytuł oryginału:

PER TUTTO L’AMORE

Copyright © 2014-2016 Rizzoli Libri S.p.A. / Rizzoli, Milan

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Dariusz Sikora

Zdjęcie autorki: © Giuli Barbieri

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Iwona Wyrwisz, Emilia Grzeszczak, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8110-070-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

Rok później

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Celestynie,

mojej matce

1

Ciepłe światło muska bezkres wody, rysując diamenty i gwiazdy, które rozpadają się w nieskończoną ilość złotych łusek.

Woda oszukuje wzrok, wydaje się być morzem, lecz w rzeczywistości to olbrzymie ujście Tagu. O rio Tejo, jak mówią oni.

Słońce dopiero ukazało się na horyzoncie, a ona już biegnie. Stało się to jej zwyczajem: każdego dnia o świcie jest w drodze.

Linda, z naciągniętym na głowę kapturem białej bluzy, w czarnych legginsach i różowych sneakersach w niebieskie paski, skupia się teraz na swoim oddechu, nie myśli o niczym. Jej proste blond włosy sięgające prawie do ramion przycięte są w boba, a oczy ukryte za czarnymi okularami przeciwsłonecznymi Gucciego w stylu gwiazd filmowych. W tej małej walkirii, mknącej brukowanymi ulicami Lizbony, niewiele jest z dziewczyny, którą kiedyś była.

Z jej iPoda leci na zmianę Madredeus i Fly Project, czysta poezja miesza się z bardziej komercyjnym rytmem i energią: taka właśnie jest Linda, przeciwieństwa są jej żywiołem, najbardziej autentycznym sposobem wyrażania siebie. Dzień wstaje miękko, jej uszy pieści teraz głos Teresy Salgueiro, a przepełnione zapachem Atlantyku powietrze trafia prosto do serca Lindy i zamyka je w słodkich, zniewalających okowach.

Od kiedy jest w Lizbonie, ani razu nie zrezygnowała z dziennej dawki swojego narkotyku. W ciągu dziewięciu miesięcy poznała na wylot te uliczki pokryte brukiem tak gładkim, że każde przyspieszenie grozi poślizgnięciem. Linda pojęła już, że tego miasta nie można sobie podporządkować. Należy się w nie wsłuchać. Trzeba dać się kołysać tysiącom pochyłości, lekko muskać stopami kamienie. Dlatego teraz porusza się spokojnie, niespiesznie, zgodnie z rytmem rozciągniętym tak samo jak czas w tym miejscu o krok zaledwie odległym od nieba i morza.

O szóstej rano ulice są niemal puste, a niezłomni sportowcy, tacy jak ona – nieliczni: lizbończycy chodzą do parku, a turyści nie biegają i o tej porze śpią. A jednak, nawet pusta i senna, Lizbona ma szczególny urok – Linda zauważyła to już pierwszego dnia.

Zostawia teraz za plecami wzgórze Alfama i nieznacznie zwiększając tempo, przecina monumentalny plac Comércio; rzuca okiem na dwie wyłaniające się z Tagu majestatyczne kolumny i z trudem opiera się wrażeniu, że to rozległe wody oceanu, po czym przebiega obok gigantycznego łuku triumfalnego. Jej głowa jest wolna od myśli, jej oddech miarowy. Linda ma już za sobą rua do Arsenal, a teraz podąża skrajem dzielnicy Chiado i szykuje się do biegu w górę, w kierunku swojego nowego domu, ich nowego domu. Mieści się on na wspaniałym poddaszu XVIII-wiecznej, niedawno odrestaurowanej kamienicy. Tommaso zadbał o najlepsze możliwe warunki dla siebie i Lindy, w końcu koszty zakwaterowania i tak pokrywa Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Długo szukali swojego wymarzonego mieszkania i kiedy znaleźli to, mimo że było puste i wymagało kilku drobnych prac, zakochali się w nim oboje: to była najprawdziwsza miłość od pierwszego wejrzenia.

Teraz Linda zwalnia tempo, aż w końcu zaczyna iść. Ostatnie pięćset metrów przeznacza zawsze na ochłonięcie. Robi wdech i wydech, ciesząc się przejrzystym, ciepłym późnomajowym powietrzem. Rozluźnia ramiona, kreśląc nimi szerokie koła. Widzi już stąd okna domu. Zatrzymuje się przy punkcie widokowym Miradouro de Santa Catarina i przez chwilę się rozciąga. Roztaczająca się stąd panorama miasta to prawdziwe dzieło sztuki: pocztówkowy pejzaż jak okiem sięgnąć. Można dostrzec Tag, który gdy wiatr przegania chmury, staje się świetlisty i błękitny, dalej pastelowe domy dzielnic Lapa i Madragoa, przylegające do siebie jak elementy mozaiki, a w głębi, w stronę oceanu, most 25 Kwietnia. Linda wciąż pamięta, jak zobaczyła go po raz pierwszy. Jestem w Lizbonie czy w San Francisco? – pomyślała sobie i zamknęła na chwilę oczy, wciągając w płuca ten intensywny zapach.

Bez wątpienia Lizbona to zaczarowane, cudowne miejsce; w ciągu kilku miesięcy Linda poczuła się tu jak w domu. Ona, która nigdy wcześniej nie podróżowała ani tym bardziej nie mieszkała za granicą, nie licząc krótkich wyjazdów w sprawach zawodowych lub na wakacje. Teraz zatrzymuje się i spogląda na stoper na nadgarstku: co dzień ta sama trasa i co dzień parę sekund mniej. Jest z siebie bardzo zadowolona. Ale już pora wracać do domu, bo kiedy spóźnia się kilka minut – co już jej się zdarzało – on zaczyna się niepokoić. Tommaso lubi jasne reguły: gdy Linda ma wrócić o danej godzinie, on nie uznaje odstępstw i czeka na nią w domu, chce ją mieć blisko siebie. Pragnie, by ciągle była przy nim, i nie znosi tracić jej z oczu. A Lindzie się to podoba, sprawia, że czuje się kochana.

To nowe życie jest fantastyczne, przerasta jej najśmielsze oczekiwania, bez dwóch zdań. A Lizbona to dopiero zaskoczenie, zadziwia ją nieustannie każdego dnia. Gdyby tylko nie musiała spotykać się ciągle ze znajomymi Tommasa, z nudnymi jak flaki z olejem dyplomatami i ich równie nieciekawymi, trzymanymi na smyczy żonami, Linda zgodziłaby się zostać tu do końca życia.

Po porannej kawie Tommaso na dobre pół godziny zamyka się w łazience: to jedyny moment w ciągu całego dnia, który może poświęcić wyłącznie sobie, pielęgnacji swojego ciała. Czas przeznaczony na osiągnięcie stanu zewnętrznej doskonałości. Koniecznej, by stawić czoła niekończącym się, pilnym zadaniom, jakie czekają go w nadchodzących godzinach.

Odkręca kran umywalki, reguluje wodę na średnie ciśnienie, nawilża policzki i podbródek. Potem macza pędzel z włosia borsuka w miseczce z kremem do golenia z olejkiem mango. Nabiera odpowiednią ilość i z maniakalną wręcz starannością rozprowadza go po twarzy, szczególnie uważając na najbardziej wrażliwe strefy. Powtarza ten rytuał niezmiennie dzień po dniu, od kiedy na jego twarzy pojawił się pierwszy młodzieńczy zarost. To jego matka, Erminia – a nie wiecznie zajęty i nieobecny ojciec – nauczyła go się golić. Każdego ranka myśli o niej i czuły, tęskny uśmiech łagodzi jego rysy, kiedy przegląda się w lustrze, odwracając głowę w jedną i drugą stronę. Ma króciutkie blond włosy z jasnokasztanowymi refleksami; jego szaroniebieskie oczy są jak drogie kamienie, błyskające pośród białej piany. To wiking, o ostrych, żywych rysach człowieka Północy. Bierze do ręki brzytwę, której ostrze wymienił poprzedniego wieczoru. Zaczyna się golić od lewej skroni, jak zawsze, perfekcyjnym pociągnięciem z góry na dół.

W tym czasie Linda, owinąwszy mokre ciało ręcznikiem, wychodzi z drugiej łazienki. Prysznic z chromoterapią stał się jej potreningowym rytuałem, przywracającym poczucie całkowitego odprężenia. Wchodzi do pokoju, miękkim materiałem osusza nieco skórę, po czym zostawia ręcznik na podłodze. Otwiera drzwi szafy w poszukiwaniu czegoś do narzucenia, kiedy leżący na komodzie iPhone Tommasa zaczyna dzwonić i wibrować.

Jest siódma trzydzieści rano.

Linda spogląda roztargnionym wzrokiem na wyświetlacz: to nazwisko coś jej mówi, jeśli dobrze pamięta, to jakaś szycha z ministerstwa. Chwyta telefon i naga biegnie do łazienki przylegającej do sypialni.

– Tommi! – krzyczy przez drzwi, pukając uporczywie.

– Co się dzieje, kochanie?

Kochanie. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do tego, że tak ją nazywa. Za każdym razem, kiedy to słyszy, czuje lekki dreszcz. I wraca myślami do pierwszego razu, gdy powiedział jej „Kocham cię” w tamtą magiczną noc, kiedy przybyli do Lizbony, oboje świadomi, że ich życie odmieni się na zawsze.

To było na lotnisku, zaraz po tym, jak wysiedli z samolotu. On ją zatrzymał, ujął jej dłonie i powiedział, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie:

– Kocham cię, Lindo. I dlatego chcę, żebyś była tu ze mną. Wiesz o tym, prawda?

Jej brakło tchu, patrzyła na niego, nic nie mówiąc, a łzy szczęścia spływały po jej policzkach: w tej cudownej ciszy zawarła swoją odpowiedź, ich wspólną przyszłość, którą mieli dopiero napisać.

Linda puka znowu. Tommaso wzdryga się, lecz natychmiast się opanowuje. Nic nie powinno zakłócać świętości tej chwili, w której gromadzi koncentrację i energię, potrzebne na całą resztę dnia.

– Telefon! – krzyczy Linda naglącym tonem.

– Możesz mi powiedzieć, kto to?

– Guglielmo Pisanò!

Tommaso szybkim ruchem zakręca wodę i pospiesznie otwiera drzwi. W jego spojrzeniu widać niechęć i rozdrażnienie. Linda domyśla się, że gdyby był sam, z irytacji mógłby nawet kopnąć ścianę: rozmowa z Pisanò z pewnością nie należy do jego ulubionych porannych czynności.

Linda wzdycha głęboko – przykro jej psuć mu tę chwilę – wyciąga rękę i z prowokującą miną pokazuje mu telefon. Jest całkiem naga.

Tommaso wyciera ręcznikiem jeden policzek, drugi wciąż ma w połowie pokryty pianą, a jednocześnie spogląda na nią zaskoczony.

Ona patrzy badawczym wzrokiem na jego twarz, a potem omiata spojrzeniem łazienkę. Wszystko jest na swoim miejscu. Tommaso to prawdziwy mistrz perfekcjonizmu. Ona, choćby nawet starała się ze wszystkich sił, nie osiągnęłaby jego poziomu dbałości o detale. I również dlatego tak bardzo jej się podoba i chciałaby teraz skoczyć na niego i kochać się do utraty tchu. A poza tym uwielbia jego niczym wyrzeźbione w marmurze pośladki i te oczy, które wydają się krzyczeć: „Jesteś jedyna na całym świecie. A ja jestem tylko twój”.

– Nie odbieraj, proszę – szepcze zmysłowym tonem, który nie pozostawia wątpliwości co do jej prawdziwych intencji. Wymachuje dalej telefonem, który podświetla się i wibruje, ale wzrokiem błaga, by nie odbierał. Prowokuje Tommasa, świetnie się przy tym bawi, eksponując dumnie swe pełne, jędrne piersi, wydepilowany wzgórek łonowy i pośladki w kształcie mandoliny.

Tommaso waha się, ale tylko przez chwilę. Potem zdecydowanym ruchem wyrywa jej telefon z ręki i natychmiast narzuca swojemu głosowi niemal serdeczny ton. Ten człowiek jest jak maszyna.

– Słucham.

Linda, rozczarowana, wykrzywia usta.

Tommaso delikatnym gestem daje jej do zrozumienia, żeby sobie poszła. Palcem wskazującym zatacza w powietrzu kółko, jakby chciał powiedzieć „porozmawiamy o tym później”. Bezszelestnie zamyka drzwi łazienki i, pogodzony z losem, wysiłkiem woli rozpoczyna rozmowę z Pisanò, myśląc już o tym, jak będzie go parzyć ucho, kiedy skończą. Za pół godziny, jeśli dobrze pójdzie.

– Beznadzieja! – mruczy Linda. Prycha i wraca do pokoju. Nie zdążyła jeszcze przywyknąć do poczucia obowiązku Tommasa.

Zakłada czarne figi i dopasowaną koszulkę na ramiączkach. Potem kładzie się na plecach na łóżku i leży tak przez jakiś czas. Przenosi wzrok z sufitu na przeciwległą ścianę, na której wisi obraz z siedmioma grzechami głównymi. Pamięta dzień, w którym Tommaso jej go podarował, jakby to było wczoraj. Wydarzyło się to w Asolo, po tym jak cały ranek spędziła na targowaniu się ze straganiarzem. Może, w pewnym sensie, ich wspólna historia zaczęła się właśnie tam. I dlatego ten obraz, jako jedną z niewielu rzeczy, przywiozła z Veneto do Lizbony – to mały fragment jej przeszłości przeszczepiony na grunt nowego życia.

Kto by się spodziewał, że Linda Ottaviani zostanie partnerką ważnego dyplomaty? A przede wszystkim, że ona, tak samodzielna i niezależna, buntowniczka, która słowo „wolność” wypisała na swoim sztandarze, będzie całkowicie zależna od mężczyzny, którego kocha. I to nie tylko uczuciowo, lecz także finansowo! Sama nie znalazła jeszcze pracy i to Tommaso zapewnia jej wszystko. Oczywiście, ma nadal jakieś oszczędności, głównie z ostatniego zlecenia we Włoszech, właśnie w willi Bellego, ale jeśli nie znajdzie nowego źródła dochodu, i one niebawem się skończą. Rzecz w tym, że Tommaso najwyraźniej chce ją całkiem odwieść od idei szukania pracy: kupuje jej wszystko, dużo więcej, niż potrzeba. Wprawia ją w zakłopotanie, uwielbia zaskakiwać prezentami przy każdej okazji i powtarza ciągle, że dopóki jest przy niej, ona niczym nie musi się przejmować.

Tak, ale jak długo będzie w stanie wytrzymać taki stan rzeczy? Ta myśl czasem ją dręczy, choć trwa to tylko chwilę. Teraz nie chce się martwić na zapas. Nie tak wcześnie rano. I na pewno nie przed śniadaniem.

Isabel Correia jest w pracy od świtu. Ma niebieską spódnicę do kolan, białą bluzkę z krótkimi rękawkami, dopasowaną do spódnicy kamizelkę i niskie czółenka w gołębim kolorze. Niedawno skończyła czterdzieści lat i jest prawdziwą panią domu, gospodynią, bez której Linda czułaby się całkiem zagubiona.

Isabel, z gęstymi czarnymi włosami związanymi w wysoki kok, od wpół do szóstej krząta się w kuchni, dokładając starań, by śniadanie Lindy i Tommasa było wyjątkowe. Zagniotła ciasto, pokroiła świeży chleb, uruchomiła toster, wycisnęła sok z pomarańczy oraz grejpfrutów i nalała go do karafek. Potem z obsesyjną starannością – właśnie ze względu na tę cechę Tommaso ją wybrał – przygotowała stół, zwracając uwagę na kolorystyczne dopasowanie obrusu do porcelanowej zastawy i na prawidłowe ułożenie sztućców. Na środku postawiła wazon z białymi różami Avalanche, które wskazał jej Tommaso. Zdobycie ich za każdym razem zmusza ją do niekończących się poszukiwań w najelegantszych lizbońskich kwiaciarniach. Ale w końcu, zatrudniając ją jako pomoc domową, Tommaso wyraził się bardzo jasno: „Śniadanie to najważniejszy moment całego dnia i musi być dopracowane w najmniejszych szczegółach”. Oznajmił to, wręczywszy jej zalakowaną kopertę, którą, jak wyjaśnił, miała przeczytać po powrocie do domu. Kilka godzin później Isa wyjęła z niej wykaligrafowane przez Tommasa instrukcje dotyczące rozkładu dnia, czystości, dyscypliny oraz form, jakich powinna przestrzegać podczas wykonywania swoich obowiązków. Miała już różnych szefów z rozmaitymi fiksacjami, ale ten przebił ich wszystkich. Lecz tak naprawdę, skoro przez dziewięć miesięcy jej nie zwolnił, być może Isabel i Tommaso nie różnią się aż tak bardzo w podejściu do prowadzenia domu.

– Dzień dobry, Iso. – Linda, w krótkim szlafroczku z białego jedwabiu w czarne kropki, wyłania się z korytarza.

– Dzień dobry, Lindo. – Isabel uśmiecha się promiennie, prezentując swoje śnieżnobiałe zęby. Witają się po włosku, Isabel doskonale zna ten język – jej dziadek pochodził z Neapolu. Potem przechodzą bardzo naturalnie na portugalski.

– Co mogę ci podać? Przygotowałam ciasto miodowe, pastéis de nata, bolos de arroz, queijadinhas i tosty z marmoladą…

– Poproszę pastel de nata! – Linda siada i nie może oderwać oczu od tego cudownego wynalazku portugalskiego cukiernictwa, jakim są pastéis. Od pierwszego dnia pobytu w Lizbonie zachwyciła się tutejszymi słodkościami, które dostarczają wspaniałych doznań estetycznych i smakowych, zapraszają na magiczne spotkania z symfoniami jajek, masła, cukru oraz oryginalnymi akordami cynamonu, mleka i ryżu. A na szczycie tej smakowitej klasyfikacji znalazły się pastéis de nata, małe ciasteczka z ciasta francuskiego, wypełnione kremem z pyszną, karmelizowaną skorupką. Jadłaby je garściami, w końcu spali je, biegając, choć – zdała sobie z tego sprawę dopiero niedawno – musi uważać na linię, nie ma już przyspieszonego metabolizmu dwudziestolatki.

– A co chcesz do picia, skarbie? – pyta Isabel.

– Espresso – odpowiada Linda. – Gorące!

– Doskonale. – Isabel puszcza do niej oko i wkłada saszetkę z kawą do ekspresu. – Zaraz będzie gotowe.

Linda obserwuje ją. W każdym jej ruchu ujawnia się wrodzona gracja, można odnieść wrażenie, że Isabel wręcz tańczy w kuchni. Ma czterdzieści lat, z których zapewne dobrych dwadzieścia pięć spędziła, pracując, by życie innych stawało się mniej uciążliwe, ale zawarła chyba pakt z diabłem: żadnych zmarszczek, ani na szyi, ani wokół oczu. Do tego ta bursztynowa skóra, która zawsze ładnie pachnie, oraz pełne światła orzechowe oczy, od których nie sposób oderwać wzroku. Bez wątpienia jest piękna, lecz pięknem prostym, które uspokaja i wymaga jedynie, by je odkryć. Gdyby nie Isabel, Linda zgubiłaby się w tym nowym mieście: to Isa nauczyła ją pierwszych słów po portugalsku i nadal pozostaje osobą, z którą Linda rozmawia najwięcej… i nie tylko dlatego, że Isabel świetnie zna włoski. W jej towarzystwie Linda czuje się dobrze, tak jakby znała ją od zawsze. A do tego Isabel ma też pewną mistyczną stronę, która Lindę niezmiernie fascynuje. Umie stawiać karty i jest kimś w rodzaju wróżbiarki. W jej domu, do którego Linda została zaproszona kilka dni po swoim przyjeździe do Lizbony, znajduje się nieskończona ilość flakoników z alchemicznymi olejkami, buteleczek z wyciągami z roślin, cudownymi esencjami, których używa się, wykonując dziwne i niezrozumiałe rytuały. Isa stała się bezsprzecznie jej najlepszą przyjaciółką w Lizbonie – Linda powiedziała to również Marcelli podczas jednej z długich rozmów telefonicznych i miała wrażenie, że wyczuła w głosie Marcelli nutę zazdrości. Tommaso nie pochwala tej relacji, ale Linda ma to w nosie. Gdyby miała go słuchać, spotykałaby się tylko z żonami innych dyplomatów. Nie ma jednak na to najmniejszej ochoty: nie robią nic innego poza gadaniem o dzieciach, mężach i zakupach. Życie tych kobiet kręci się wokół ich partnerów i domów. A przez to Linda nie może swobodnie rozmawiać z nimi o niczym innym. Jedyny temat, który je łączy, to wystrój wnętrz. Oczywiście Linda szybko stała się w tej dziedzinie ich guru, autorytetem, do którego można zwracać się ze wszystkimi pytaniami. Ale za każdym razem, gdy wypływa ten temat, ona czuje w sercu ukłucie: chciałaby zacząć znowu naprawdę pracować, zająć się jakimś swoim projektem, lecz na razie wydaje się to przedsięwzięciem niemal niemożliwym. Tommaso, prawdę mówiąc, niewiele jej w tym pomaga, a wręcz sprawia wrażenie, że wolałby mieć ją w domu, zawsze do swojej dyspozycji.

– Pastel de nata i kawa. – Isabel stawia jej śniadanie na stole.

– Dziękuję, kochana. – Linda uśmiecha się z wdzięcznością i natychmiast łapie ciasteczko.

Właśnie w tej chwili pojawia się on. Przychodzi z tarasu, królestwa swojej botanicznej pasji. Bez roślin i kwiatów życie Tommasa pozbawione byłoby tej równowagi, która – Linda zrozumiała to od razu – każdego dnia zagrożona jest rozpadem na tysiąc kawałeczków pod ciężarem obowiązków i szalonego rytmu pracy. W kontakcie z przyrodą, pośród jego własnych róż, poddana wiecznej kontroli uczuciowość Tommasa znajduje swoje naturalne środowisko i wyraża się w pełni. Dlatego tak bardzo nalegał na poddasze z własnym ogrodem. Teraz jest już gotowy do wyjścia, wyperfumowany i odstawiony: ma na sobie garnitur w prążki, błękitną koszulę i ciemnoniebieski krawat.

– Dzień dobry – mówi na powitanie.

– Dzień dobry, panie Belli. – Isabel kłania się lekko. – Co panu podać?

– Dla mnie tylko kawę – odpowiada Tommaso, przegryzając naprędce herbatnik. Wydaje się zdenerwowany, lecz trudno stwierdzić to z całą pewnością. Manifestowanie niepokoju nie jest w jego stylu i rozpoznać go można tylko po drobnych szczegółach: ledwie zauważalnym błysku w oku albo języku mocniej naciskającym na dolną wargę. To rzeczy, które jedynie Linda potrafi dostrzec.

– Nawet nie usiądziesz? – mówi słodkim głosem, spoglądając na niego jak kotka.

Tommaso stoi niewzruszony, jego muskularne ciało jest wyprostowane.

– Nie, Lindo, muszę się spieszyć. Czeka mnie ciężki dzień.

Isabel podchodzi z tacą w rękach.

– Proszę, panie Belli.

Stawia filiżankę kawy na marmurowym blacie.

Linda patrzy wciąż w jego oczy. Z nieodpartą czułością, a zarazem prowokująco, niemal wyzywająco. Chwyta go za nadgarstek i ciągnie, by usiadł.

– No, podaruj swojej ślicznotce chociaż minutę… – Mówiąc to, głaszcze go po karku i drapie lekko, tak jak lubi. – Chodźmy jeszcze do pokoju – szepcze mu na ucho – dokończymy naszą rozmowę.

Potem przysuwa usta do jego ogolonej szyi i obsypuje ją pocałunkami.

– Hej… – Tommaso ujmuje jej twarz w dłonie. – Nie rób tak, wiesz, że trudno ci się oprzeć.

– Więc się nie opieraj – nalega ona, wędrując palcami w górę jego uda.

Isabel wyszła na moment z kuchni, ale nawet gdyby została, byłaby po jej stronie, Linda jest tego pewna.

– Lindo, proszę, bądź grzeczna. – Tommaso ją powstrzymuje. – Muszę iść. Naprawdę.

Wypił już swoją kawę. Zrywa się z krzesła.

– Tę rozmowę dokończymy wieczorem. Nie zapomnę, obiecuję.

Wsuwa dłoń między jej nogi w lekkiej, przelotnej pieszczocie, która w jednej chwili rozpala na nowo jej pożądanie.

Linda szuka jego ust.

– Idziemy gdzieś na kolację?

– Tak, baby. – Nie przestał jej tak nazywać od tamtego razu w zamku w Karyntii. Choć ona zdecydowanie bardziej woli „kochanie”. – Z jednym portugalskim parlamentarzystą. I z niemieckim konsulem – mówi, wygładzając marynarkę.

– Będą też ich partnerki? – W rzeczywistości nic jej to nie obchodzi. Zadała to pytanie, żeby zatrzymać go parę sekund dłużej.

– Oczywiście. – Poprawia krawat i rusza do wyjścia.

Ale Linda nie odpuszcza.

– Będzie się mówić po portugalsku?

– Tak sądzę. Chociaż zawsze pozostaje droga ucieczki w postaci angielskiego… Ale jestem przekonany, że nie będzie ci potrzebna. – Mruga porozumiewawczo, wierzy w nią w stu procentach.

– A będzie Julius? – Gdyby mogła liczyć na asystenta Tommasa, mówiącego doskonale w pięciu językach, byłaby spokojniejsza. A poza tym – choć nigdy nie zdradzi tego Tommasowi, który uważa go za pracownika solidnego, lecz zupełnie pozbawionego błysku – w tym towarzystwie dyplomatów Julius jest jedynym, który ma odrobinę poczucia humoru.

– Tak, on też będzie – odpowiada Tommaso. – Ale obiecaj mi, że i tak pójdziesz dzisiaj na lekcję portugalskiego. To ważne, żebyś czuła się swobodnie, a już prawie jesteś u celu: Linda, którą znam, nie poddałaby się właśnie teraz.

Szczypie ją w policzek.

– Pewnie, że pójdę. Rozkaz, szefie!

– Świetnie. – Tommaso salutuje po wojskowemu, uśmiecha się i całuje ją z języczkiem. Jest nieprzewidywalny.

Linda staje na palcach, potem odrywa się od jego ust.

– Miłego dnia, panie Belli – szepcze, trochę rozczarowana.

– Tobie też, kochanie. Bądź grzeczna. – Klepie ją lekko w pupę. – Teraz lecę! – rzuca i już jest za drzwiami.

Zaraz po wyjściu Tommasa Linda włącza leżący na stole iPad, by przejrzeć wiadomości z Włoch. Zależy jej, aby być na bieżąco, i każdego ranka zagląda na strony głównych dzienników. I właśnie kiedy przewija w zamyśleniu stronę główną „Corriere della Sera”, zauważa to nazwisko: Alessandro Degan.

Musi przeczytać kilka razy, żeby się upewnić, że chodzi właśnie o niego. I że tym razem zrobił jej najpiękniejszą niespodziankę, spełniając swoje życiowe marzenie. Zwycięzca prestiżowej Sony World Photography Award w kategorii Current Affairs, czyta w newsie, w uznaniu za reportaż odkrywający prawdę o wietnamskich fabrykach.

Linda ma łzy w oczach. Zaczyna wykrzykiwać jego imię i tańczyć jak szalona po kuchni, aż przybiega Isa, zaniepokojona, że stało się coś niedobrego. Od razu poznaje, że to oznaka radości, ale nie wychodzi, nim Linda nie opowie jej wszystkiego.

Nie wie, na jakim przebywa teraz kontynencie, ale chce dać mu odczuć, że jest razem z nim, że jest dumna, postanawia więc napisać do niego mail. Kilka słów, które mówią wszystko: Brawo, Ale. Gdziekolwiek teraz jesteś, jestem z Ciebie dumna. Twoja fanka numer jeden.

Teraz dzień naprawdę się zaczął. I to jak.

Nadszedł wieczór. Lindzie udało się przetrwać skondensowaną dawkę nieuniknionych zajęć i obowiązków: najpierw kurs portugalskiego – dziś była nowa nauczycielka, Cristela, nieznośnie poważna i antypatyczna – potem godzina jogi na siłowni, wizyta u kosmetyczki na depilację woskiem miodowym, manicure i pedicure, a na koniec układanie włosów u fryzjera. Jej bob jest teraz zawsze w doskonałym porządku, gładki lub lekko rozwichrzony, w zależności od jej humoru.

Przygotowania do wieczoru trochę jej zajęły, ale było warto. Efekt jest wspaniały: czarna sukienka tuba podkreśla jej miękkie kształty, blond włosy układają się w delikatne, zwiewne fale, duże zielone oczy podkreślone są makijażem smokey eyes. A do tego czarne czółenka na obcasie dwunastce. Prawdziwe zjawisko, świecące własnym blaskiem. I trzeba powiedzieć, że dziś wieczorem Linda czuje się trochę jak gwiazda.

Wysiada z taksówki na placu Município i kocim krokiem dołącza do Tommasa, który czeka na nią przy Pelourinho, imponującej kamiennej kolumnie, wyznaczającej środek placu.

Tommaso przez długą chwilę patrzy na Lindę bez słowa. Jest zakochany. I to widać.

– Jesteś przepiękna, kochanie. Za każdym razem potrafisz odebrać mi mowę.

Potem ją przytula.

– Dziękuję. – Całuje go zachłannie. – Dokąd idziemy na kolację?

– Do Tagide. Pozostali już tam na nas czekają.

– Świetnie!

To być może najbardziej wyrafinowana restauracja w Lizbonie, ale już się do tego przyzwyczaiła: z Tommasem odwiedza tylko lokale z najwyższej półki.

– Pójdziemy na piechotę, to tuż za rogiem. – Po dżentelmeńsku podaje jej prawe ramię. Potem spogląda bezradnie na jej nogi. – Dasz radę iść przez pięć minut na tych szczudłach?

– Masz wątpliwości, Tommi? Obrażasz mnie… – Linda spogląda na niego wyzywająco. Śmieje się. – Prowadź.

Popycha go lekko i zaczyna tłuc obcasami w bruk ulicy. Bez litości.

W drzwiach restauracji podejmuje ich elegancki kelner, po czym prowadzi na piętro okazałymi, złoconymi schodami. Główna sala, z dekoracją ze wspaniałych biało-niebieskich azulejos na ścianach, jest zachwycająca.

Kelner odprowadza ich do stołu, przy którym siedzą już inni goście, po czym wycofuje się z ukłonem.

– Boas tardes. – Tommaso wita wszystkich, a w odpowiedzi rozbrzmiewa seria wykrzyknień, które Linda ledwo rozumie. Stara się jednak sprawiać wrażenie swobodnej, prezentuje swój najlepszy uśmiech, a wzrokiem szuka spojrzenia Juliusa, które zawsze dodaje jej pewności siebie, w końcu zajmuje miejsce obok Tommasa.

Zaraz potem zostaje zaserwowany aperitif. To decydujący moment przy tego rodzaju okazjach: pomaga przełamać lody, dając szansę szybkiego zawarcia znajomości i ogólnego poznania siedzących przy stole osób. Właśnie w tej fazie Linda próbuje wyodrębnić potencjalnych rozmówców, z którymi będzie mogła nawiązać choćby strzępek konwersacji w trakcie wieczoru. Ale czasami zdarza się niestety, że całą kolację siedzi cicho, szczególnie kiedy rozmowy stają się zbyt techniczne i związane tylko ze światem dyplomacji. Jednak dziś wieczorem nie jest źle – albo przynajmniej tak można sądzić po pierwszym zetknięciu z gośćmi. Jest tu Miguel Barroso, jeden z głównych przedstawicieli portugalskiej partii rządzącej, i jego żona Teresa, dystyngowana dama w kostiumie w pudrowym kolorze, z włosami związanymi w kok francuski. Rozpoznaje też niemieckiego konsula, Gerharda Krügera, i jego o co najmniej dwadzieścia lat młodszą żonę Lydię, trzydziestolatkę o nieco bardziej nowoczesnej stylizacji: ma cieniowane platynowe włosy do ramion, a ubrana jest w czarno-biały komplet, złożony ze spodni oraz żakietu. Wreszcie, pomiędzy frakcją niemiecką a portugalską, siedzi młody asystent Tommasa, niezawodny Julius Schwartz. Linda nigdy nie będzie w stanie odwdzięczyć mu się za samo tylko to, że jest!

Mają stolik obok dużego okna z widokiem, najlepszy na całej sali. Można stąd podziwiać spektakularną panoramę Lizbony: światła Alfamy, katedrę Sé, zamek Świętego Jerzego i spokojną, ciemnoniebieską powierzchnię Tagu, która przypomina niebo.

Po chwili dwie kelnerki w białych marynarkach i czarnych muchach serwują przystawki. Na stole pojawiają się malownicze łódeczki z awokado wypełnione morskimi ślimakami z fenkułem, galaretka z mango i soli himalajskiej, mus z homara w chrupiącej otoczce z czarnego ryżu podany z cukiniową charlotte z tymiankiem i kolendrą. Przysmaki, na które Linda zamierza się rzucić bez zwracania na siebie zbytniej uwagi.

Gerhard zamawia najdroższy szampan z całego menu.

– Tym zajmę się ja – oznajmia z pewną dumą.

Ma uśmiech mafiosa, ale jowialną twarz: wydaje się sympatyczny, przynajmniej na razie. W przeciwieństwie do swojej żony, przypominającej hienę, jednej z tych zimnych suk, które z czułą miną wbijają sztylet w plecy.

Sommelier wyszeptuje pochwałę doskonałego wyboru. Po kilku chwilach zjawia się z powrotem z butelką Pol Roger Brut Réserve Mathusalem.

Gerhard jako pierwszy wznosi kieliszek w toaście, zaraz dołącza do niego Tommaso, nieszczędzący wystudiowanych uśmiechów i poklepywania po plecach.

Mimo że nie zrozumiała dobrze, za co dokładnie piją, Linda, z jedną ze swoich ekstatycznych min wielkiej znawczyni, jednym haustem opróżnia wysoki kieliszek. Potem bierze łódeczkę z awokado, pakuje ją sobie do ust i pożera ze smakiem. Na złość Tommasowi. I zasadom savoir-vivre’u.

Siedząca obok niej Teresa, mistrzyni taktu i trzepotania rzęsami, prezentuje kurtuazyjny sposób bycia, godny niemal pierwszej damy. Odwraca się do Lindy, by nawiązać rozmowę.

– Czy podoba ci się Lizbona? – pyta po portugalsku, wymawiając starannie każdą sylabę.

Linda zdusza śmiech. Uważa ją za idiotkę.

– Bardzo mi się podoba – odpowiada, prezentując swój portugalski, który choć niedoskonały, udowadnia Teresie, jak bardzo się myli. – To miasto jest takie żywe, stymulujące… a poza tym uwielbiam lizbońskie życie nocne.

– Rozumiem cię, moja droga. Lokali z pewnością tu nie brakuje – mówi Teresa tonem zdradzającym pewien niesmak.

Pewnie od lat nie chodzi tańczyć, w przeciwieństwie do Lindy, która odkąd przyjechała, zaliczyła już kilka wieczorów na Bairro Alto i na Docas, sama lub z Tommasem. „Nigdy nie przepuszczaj okazji”, brzmiało zawsze jej motto.

– A poza tym wszędzie otacza nas sztuka. To niesamowite. – Linda zaczyna się nakręcać. Szampan uderza jej do głowy, rozwiązując przy tym język. A ona zdaje sobie sprawę, że w tym momencie bardzo ułatwia jej to życie. – Każdego dnia znajduję nową wystawę, muzeum albo jakąś instalację pod gołym niebem. Uwielbiam Lizbonę.

Lekko przeciąga sylaby, ma wrażenie, że zaczęła już troszkę bełkotać. Musi uważać. Wśród tych żmij nie można się zapomnieć ani na chwilę.

Na stole pojawiają się kolejno podsmażane krewetki z kremem kokosowym i filety z dorsza w warzywach. Najwyraźniej wszystkim smakuje, sądząc po wyczyszczonych talerzach, które kelnerzy skwapliwie odnoszą.

Podczas gdy wśród kobiet rozmowa zeszła na modę i plotki, mężczyźni dyskutują o polityce handlowej. Nadszedł moment, w którym Linda przestaje rozumieć cokolwiek z tego, co mówią Tommaso i jego koledzy – już po włosku miałaby problemy, co dopiero po portugalsku – i pozostaje uwięziona w klatce z tygrysicami, czyli żonami i partnerkami siedzących przy stole osobistości.

Między Tommasem a Gerhardem toczy się milcząca, lecz zajadła rywalizacja, bezustanne porównywanie. Zdradza to sposób, w jaki na siebie patrzą: dwóch samców alfa, którzy mierzą się ze sobą, by pokazać stadu, który z nich jest silniejszy.

– Myślisz, że to dobra chwila, by inwestować? – Gerhard mówi przez zaciśnięte usta, badając spojrzeniem salę, jakby bał się obecności jakiegoś szpiega.

– Cóż… szczerze mówiąc, poczekałbym jeszcze kilka miesięcy. – Tommaso odpowiada pewnie, lecz ostrożnie. Wybranie właściwego momentu wymaga wyczucia, ale zawsze jest to arbitralna ocena. Doświadczenie nauczyło go nie tylko odczytywania sygnałów, lecz także tego, jak łatwo jest popełnić błąd.

– Wszystko zależy od Europejskiego Banku Centralnego – wtrąca Miguel. – Kiedy zdejmą z nas niechlubną etykietkę „złego kraju”, może również zagraniczni inwestorzy będą mieli łatwiej.

– Potrzeba czasu, choć są już poważne sygnały ożywienia, przekonałem się o tym osobiście – zauważa Tommaso. Nie znalazł się w Portugalii przez przypadek: od jakiegoś czasu badał sytuację gospodarczą kraju, a jego obserwacje były brane pod uwagę od kilku lat.

– To traktat lizboński wszystkich wykończył: nas, Grecję, Hiszpanię, Irlandię – kontynuuje Miguel. – W dwa tysiące siódmym było zupełnie inaczej…

– Tereny Expo mogłyby być dobrym punktem wyjścia. – Tommaso zwraca się do Gerharda. – Nie uważa pan?

– Być może. – Gerhard kręci głową. – Ale trzeba mieć jasny plan. Nie mam zaufania do zbyt śmiałych przedsięwzięć.

– Wielkość każdego przedsięwzięcia mierzy się szerokością jego horyzontów i możliwością ich przesunięcia, kiedy zachodzi taka potrzeba. – Tommaso recytuje jedno ze swoich podręcznikowych zdań. Bitewny aforyzm, którego nie sposób podważyć.

Linda śmiertelnie się nudzi i zaczyna zdradzać oznaki zniecierpliwienia. Nie wie już, czego się chwycić, by podtrzymać rozmowę z tygrysicami, choć po tylu miesiącach spotkań i kolacji w wyższych sferach powinno wejść jej to w krew! Za każdym razem daje z siebie wszystko, żeby porozumieć się z tymi ludźmi, wykazuje się jednak dość ograniczoną tolerancją na odgrywanie ról towarzyskich. Pantomimy nigdy nie były w jej stylu. Ma szkodliwą umiejętność natychmiastowego odnajdywania słabych punktów swoich rozmówców, przede wszystkim bylejakości schowanej za pozorną nieskazitelnością, próżni ubranej w znawstwo. Nigdy nie starała się ukryć tego daru, choć czasem wychodziła przez to na sukę.

W końcu podano desery: cannoli nadziewane ciepłą pianką brzoskwiniową z kardamonem, sorbet z marakui z wiórkami kokosowymi i płonący naleśnik z likierem Beirão, które niestrudzony kelner opisał szczegółowo, na co nikt nie zwrócił jednak większej uwagi.

Linda pożera wszystko oczami, potem porywa jednego cannolo i nadgryza go bez wahania.

– Pyszne! – woła.

Przy kolejnym kęsie trochę kremu kapie wprost na jej sukienkę.

– Porra! – krzyczy odruchowo. – Puta merda!

Tommaso – podobnie jak pozostali goście przy stole – zamiera, ale natychmiast odzyskuje panowanie nad sobą, posławszy jej najpierw karcące spojrzenie.

– Wszystko w porządku, skarbie?

– No nie do końca… – Linda desperacko stara się zetrzeć krem chusteczką.

– Może będzie lepiej, jeśli pójdziesz to wytrzeć do toalety? – sugeruje jej szeptem. Ewidentnie przynosi mu wstyd.

– Tak, kochanie… – Linda rozgląda się za łazienką.

– A poza tym – dalej mówi do niej na ucho – nie wiem, gdzie się tego nauczyłaś, ale takich wyrażeń nie chcę więcej słyszeć, kiedy jesteśmy razem. Zrozumiałaś?

– Masz rację, przepraszam – mruczy bez przekonania. Jest nieco wstawiona, ale zdaje sobie sprawę, że on właśnie udziela jej reprymendy. I ani trochę jej się to nie podoba.

Wie, że przesadziła, lecz teraz myśli tylko o sukience i o wywabieniu tej plamy. A poza tym, mówi do siebie z dumą, fakt, że spontanicznie przychodzi jej przeklinanie po portugalsku, to niezaprzeczalny dowód na to, że robi postępy w nauce! Caralho! – dorzuca szeptem na dokładkę. Foda-se! Wszystkiego nauczyła się od Isabel: to ona jest jej oficjalną nauczycielką portugalskiego z doków portowych. Tommaso domyślił się tego. To kolejny powód, dla którego nie chce, by spotykały się zbyt często poza domem. Ale Linda, jak zwykle, nie słucha go i niezmiennie wychodzi z Isabel na zakupy albo po prostu na spacer. I tak poznała wyrażenia, których nigdy nie nauczyliby jej na kursie.

Kiedy wraca z łazienki, epizod wydaje się szczęśliwie zapomniany przez resztę biesiadników.

Kolacja zbliża się do końca, a Linda stara się zwrócić uwagę Tommasa, ciągnąc go za rękaw koszuli.

– Może będzie lepiej, jeśli pójdziemy już do domu – prosi miłym głosem. Dłużej nie wytrzyma.

– Dlaczego lepiej?

– Dlatego, że coś mi obiecałeś… pamiętasz? – Patrzy na niego zalotnie. Jasno daje do zrozumienia, co ma na myśli.

– Tak? – pyta Tommaso. Uśmiecha się. On też ma na nią ochotę.

– Tak – odpowiada Linda, ale nie wstaje.

– Dobrze – postanawia Tommaso. Podnosi się pierwszy i zaczyna pożegnania. – Drodzy państwo, będziemy się już zbierać…

Linda wreszcie się doczekała, skacze na równe nogi, potem chwilkę się waha.

– A może chciałbyś jeszcze zostać? – szepcze mu na ucho.

– Nie, baby… – odpowiada szeptem Tommaso, uśmiechając się znacząco. – Chcę wracać, już pora.

Jego też po pewnym czasie zaczynają irytować te kolacje. Ale przed Lindą nigdy się do tego nie przyzna.

Po wyjściu z restauracji wsiadają do taksówki.

Nocą Lizbona jest wspaniała, może jeszcze piękniejsza niż za dnia. Białe światła odbijają się w fasadach kamienic, wznoszą aż do nieba, spotykają z księżycem, by objąć azulejos niemal oślepiającym blaskiem.

Linda na tylnym siedzeniu przytula się do Tommasa.

On pewnie otacza ją ramieniem.

– Podobało ci się?

Całuje ją w czoło.

– Kiedy jestem z tobą, zawsze mi się podoba.

Tommaso pożera ją tymi intensywnie niebieskimi oczami. Ale w jego spojrzeniu jest też nieznaczne upomnienie.

– Tylko następnym razem byłoby dobrze, gdybyś unikała przekleństw.

– Ale one przychodzą mi już spontanicznie – usprawiedliwia się ona.

– Kochanie, i czasem to jest właśnie twój problem: spontaniczność. – Wzdycha Tommaso, przytulając Lindę mocniej.

– Myślałam, że ją lubisz – odpowiada zdziwiona.

– Tak, ale w niektórych sytuacjach musisz nauczyć się ją dozować. – Mruga do niej.

Nie pierwszy raz robi podobną uwagę. Linda wie, że dla niego ważne jest, by mieć godną siebie partnerkę, tyle że ona chwilami nie jest do końca pewna, czy chce się nią stać. I boi się.

Wraca myślami do ludzi siedzących przy stole w trakcie dzisiejszej kolacji i do wielu innych, poznanych na różnych przyjęciach, na które zabrał ją Tommaso. Mimo że starają się być wobec niej uprzejmi, czasem ma wrażenie, że nigdy nie będzie jedną z nich. I być może wcale tego nie pragnie. Obawia się, że świat złożony z precyzyjnych reguł nigdy nie stanie się jej światem. Świat tak formalny, że ociera się o hipokryzję: jedyną liczącą się w nim wartością jest status. Zachowywanie pozorów to styl życia. I nie jest to tylko kwestia czasu, ograniczonego okresu trwania misji: te osoby z wyboru utrzymują ze sobą czysto powierzchowne relacje, w których starannie unika się konfliktów i zawsze zwycięża kompromis.

W takich właśnie chwilach najbardziej brakuje jej najbliższych: wujka Giorgia, przyjaciół, Alessandra.

Stara się nie zwracać uwagi na ogarniające ją uczucie pustki i nie zepsuć tej magicznej chwili z Tommasem, ale z radia taksówki dobiega właśnie Losing My Religion R.E.M. i jej myśli nieuchronnie biegną do Alessandra: to ich ulubiony kawałek z czasów liceum.

Lecz teraz jest z nią Tommaso. A kiedy są sami, we dwoje, Linda czuje, że ma wszystko, czego pragnie.

Nie brakuje jej już niczego.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Za całą miłość Za wszystkie błędy Pragnę cię Słyszę cię Widzę cię 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław