Poza trasą

Poza trasą

Autorzy: Rafał Urbanelis

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Podróżnicze Hobby

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 20.90 zł

Porywająca opowieść o prawdziwej pasji.
Miejsca tworzą ludzi. Ludzie tworzą miejsca.

Majestatyczne szczyty Tienszan. Bezdroża Alaski. Mroźne Hokkaido. Nieokiełznana Gruzja. Zaskakująca Laponia. Krippenstein – mekka narciarzy pozatrasowych.

Tato – gruziński kelner dotknięty wojenną traumą. André – Holender, którego miłość i marzenia wygnały do dalekiej Kirgizji. Theo – pionier, zdobywca setek gór masywu Chugach. Javier – Chilijczyk pracujący w hotelu, do którego prowadzi jedna z najsłynniejszych serpentyn górskich na świecie…

Narciarstwo pozatrasowe to coś więcej niż sport ekstremalny. To przygoda życia i nieustanne przekraczanie wewnętrznych barier. To wreszcie napotkani ludzie i ich historie, które odciskają na nas niezatarte piętno.

Rafał Urbanelis pokazuje, czym jest narkotyczne uzależnienie od adrenaliny, jaką daje heliskiing, opisuje szaleństwa kiteskiingu i opowiada o zdobywaniu konno kirgiskich szczytów. Doradza, jak najtaniej pojechać na Alaskę, i… jak się zachować podczas spotkania z niedźwiedziem polarnym na Spitsbergenie.

W Poza trasą historie o zwykłych-niezwykłych ludziach i o miłości do nart splatają się w opowieść o podróży w nieodkryte rejony świata oraz samego siebie.

 

Rafał Urbanelis inspiruje, doradza i zaskakuje. Poza trasą to świetnie opowiedziane historie podróży po całym świecie, które łączy jedno – narciarstwo.

Marek Kamiński, podróżnik

Arcyciekawa opowieść o podróżach na krańce świata, o ludziach i o narciarstwie pozatrasowym. Polecam.

Andrzej Bargiel, narciarz wysokogórski

 

Biogram

Rafał Urbanelis (1977) – miłością do nart zaraziła go mama, gdy skończył pięć lat. Zaczynał standardowo: od jazdy po trasach. Dziesięć lat temu zasmakował w heli-skiingu: zjechał z drugiego najwyższego szczytu Alp – Dufourspitze.

Od tamtej pory odwiedził ponad 40 krajów. Unika kurortów, miast, szlaków i ubitych stoków. Najważniejszy jest dla niego kontakt z naturą i możliwość poznawania ludzi oraz ich historii. Córki bliźniaczki – Nadia i Taszka – przejęły jego pasję. Pracuje jako konsultant. Jest autorem popularnego bloga nakreche.com.

Tracę drogocenne dni. Zmieniam się w maszynkę do robienia pieniędzy. Nie uczę się niczego w tym stworzonym przez człowieka, pełnym banałów świecie. Muszę to przerwać.

Muszę iść w góry, aby nauczyć się czegoś nowego

John Muir

Chciałbym zadedykować tę książkę moim córeczkom: Nadii i Taszce.

Życzę Wam, byście kiedyś odnalazły szczęście

tata

W kilku miejscach tej książki zmieniłem imiona bohaterów i parę drobnych szczegółów. Poza tymi kilkoma miejscami starałem się, by wszystkie tu opisane wydarzenia wiernie odzwierciedlały rzeczywistość.

JAVIER

Portillo, Andy, ośrodek narciarski w Chile. Wyciąg krzesełkowy. Obok mnie tubylec, widzę to wyraźnie po jego ciemnej karnacji. Gapi się na moje narty i głupio uśmiecha. Patrzę na niego. Na plecach ma lawinowy plecak ABS, a do nóg przypięte Salomon Q–115 – tak samo szerokie i nietypowe tutaj jak moje Rossi S7. Narty na jazdę poza trasą muszą być szersze niż klasyczne carvery, ponieważ taka freeride’owa narta musi cię utrzymać, gdy suniesz po powierzchni puchu. Minimum dziesięć centymetrów szerokości pod butem i brak zgrabnej talii powodują, że narta wygląda jak łopata albo deska gotowa do rżnięcia w tartaku i jest widoczna z daleka na stoku czy wyciągu. Po tym, jak zauważam u Javiera podobne narty, chyba kumam. Uśmiecham się do niego równie głupio jak on do mnie. Zagaduję po angielsku – nie. Po niemiecku – nie. Wiedziałem, że rosyjski niewiele zmieni i równie dobrze mógłbym próbować po kaszubsku. On tylko po hiszpańsku, a w zasadzie tylko w chilijskim dialekcie. Zrozumiałem jedynie, że ma na imię Javier, pracuje w hotelu w Portillo i że dziś ma wolne.

Jedyny hotel w Portillo, o nazwie, której można się domyśleć (Hotel Portillo), leży wśród bardzo stromych gór, nad przecudnym jeziorem Laguna del Inca, bardzo przypominającym nasze Morskie Oko. Z jeziorem tym związana jest legenda o młodzieńcu o imieniu Illa oraz księżniczce Kora–ille. Ta inkaska para miała właśnie wziąć ślub na jednym ze szczytów otaczających jezioro, kiedy panna młoda pośliznęła się i spadła w przepaść. Od tego czasu nad jeziorem miejscowi słyszą czasem szloch Illi za swoją ukochaną.

Do hotelu prowadzi droga Ruta CH–60, którą Chilijczycy nazywają Cristo Redentor (Chrystus Odkupiciel). Jest to jedna z najsłynniejszych dróg górskich na świecie, łącząca argentyńską Mendozę i chilijskie Santiago. Jej pełna nazwa – Cristo Redentor de los Andes – pochodzi od figury Chrystusa wybudowanej w roku 1904 dla upamiętnienia pokojowego rozwiązania trwającego kilkadziesiąt lat sporu granicznego między Chile i Argentyną. Zabójcza serpentyna, którą jeżdżą czterdziestotonowe ciężarówki, wznosi się na wysokość ponad 3800 metrów. Liczy dwadzieścia dziewięć stromych, bardzo ostrych zawrotek bez żadnych barierek czy zabezpieczeń. W żlebach i dolinach straszą wraki aut. Być może nie jestem najlepszym górskim kierowcą, ale w drodze do Portillo dwa razy zdarzyło mi się, że podczas podjazdu na jedynce droga wznosiła się tak stromo, że moja mała terenówka Suzuki stanęła. Żeby nie spalić sprzęgła przy ponownym ruszaniu, musiałem stoczyć się tyłem do bardziej płaskiego miejsca i podjechać jeszcze raz na reduktorze. Pamiętam też dobrze spocone twarze kierowców ciężarówek jadących powoli z przeciwka.

Jak więc widzicie, hotel w którym pracuje Javier, jest mocno niedostępny. Nie mieszka w nim zbyt wiele rodzin z dziećmi, początkujących narciarzy czy zakochanych par, które przyjechały cieszyć się nartami i zabawą na śniegu. A to dlatego, że i samo Portillo to miejsce mocno specyficzne. Pierwszą rzeczą charakterystyczną dla tego miejsca jest liczba czarnych tras. I mówię tu o takich prawdziwych, „czarnych-czarnych”, a nie o jakichś „włoskich czarnych” albo „ciemnobordowych”. Po prostu czarnych jest ponad połowa, a reszta to w zasadzie czerwone. Niebieska jest chyba jedna czy dwie – i to bardziej jako łącznik między czarnymi trasami albo zjazd do samego dołu niż jako osobna trasa zjazdowa. Tak więc jest tu w zasadzie wyłącznie stromo i bardzo stromo. Nie kojarzę miejscowości w Alpach, gdzie byłoby wszędzie tak stromo jak w andyjskim Portillo. Na tych najbardziej stromych trasach do dyspozycji narciarzy są bardzo szybkie czteroosobowe wyciągi talerzykowe: taki „kwartet” talerzyków jest tylko jeden na całej długości wyciągu, porusza się w przód i tył i na życzenie uruchamia go operator. Wjazd trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund i jest naprawdę szybki. Po wjeździe poprzeczka z talerzykami wraca na swoje miejsce. Ponieważ chętnych jest bardzo niewielu, przez większość czasu wyciąg stoi. Nie ma żadnych kolejek – po prostu podjeżdżasz, wpinasz się, kciuk w górę do obsługi i ziuuuum na górę. Nie widziałem podobnego systemu nigdzie w Europie.

Portillo otoczone jest zewsząd wysokimi i stromymi górami. Słońce zagląda tutaj naprawdę na krótko. Podczas europejskiego lata zamiast wspomnianych rodzin z dziećmi można spotkać tu reprezentacje narciarstwa alpejskiego – i to nie byle jakie, bo widziałem choćby Austriaków i Amerykanów. Przyznaję, że od czasów Pirmina Zurbriggena i Alberto Tomby, czyli od jakichś 20 lat, jestem na bakier ze znajomością alpejczyków, więc nikogo nie rozpoznałem – no ale w sierpniu jeździła tam reprezentacja cholernej Austrii i Team USA, czyli sam szczyt alpejskiego pucharu świata. Panowie podczas rozgrzewki nosili na kombinezonach polary, lecz po godzinie je zdjęli i zasuwali w „gumach” w narodowych barwach. Wszystkiemu z uwagą przyglądał się trener, a przejazdy były rejestrowane kamerą.

Stoki w Portillo są doskonale utrzymane i puste. Pusta jeździ też zdecydowana większość krzeseł. Praktycznie w ogóle nie ma tu amatorów narciarstwa pozatrasowego, dlatego też łatwo dostrzec bratnią duszę nawet z daleka – cechy charakterystyczne to szerokie narty, plecak lawinowy i nietypowo duże talerzyki od kijków. Trudno mi teraz powiedzieć, czy na jednym krzesełku znaleźliśmy się z Javierem zupełnie przypadkowo, czy może wypatrzył mnie podczas jazdy i szukał towarzystwa.

Gdy tylko zauważam szerokie pozatrasowe narty Javiera i widzę jego szeroki uśmiech, chcę zaproponować „coś razem”. Javier to akurat dobrze rozumie i z zapałem kiwa głową. Myślę sobie, że może jako autochton pokaże coś ciekawego. Dojeżdżamy. Javier pokazuje, żebym jechał za nim. Jadę. Zjeżdżamy z trasy. Krótki trawers, a potem tam, gdzie wszystkie ślady prowadzą w lewo, on, głupek, chce dalej trawersować w największe kamole, między skały. Słabo to wygląda, więc delikatnie oponuję. Javier znowu obnaża białe zęby w szczerym uśmiechu, twardo pokazuje na kamole i mówi: „Rafael, Rafael, coś-tam-coś-tam”. No dobra, raz się żyje. Jakoś się przeciskamy. Dwa razy mam ochotę zawrócić, mimo to zostaję. Trzeba jeszcze kawałek podejść. Robimy dziesięciominutowy postój na przyczepienie nart do plecaka i ruszamy. Jest stromo. Nie wiem, dokąd idę. Ani Javier, ani ja nie mamy sprzętu skialpinistycznego: raków ani czekanów. To powoduje, że wspinaczka nie jest ani zbyt przyjemna, ani zbyt bezpieczna. Do zachowania równowagi służą nam jedynie kijki narciarskie. Dobrze, że nie jest zbyt twardo lub ślisko – wtedy to podejście bez sprzętu byłoby naprawdę głupie. Kiedy tak wchodzę za Javierem i zastanawiam się nad tym wszystkim, zaczynam być na siebie zły.

Nie znam faceta, nie wiem, jak jeździ, nie wiem, dokąd idziemy. Być może będę go musiał ratować, kiedy okaże się, że nie umie jeździć. Być może jest ekspertem i to on będzie musiał ratować mnie, jeśli wybrał jakiś karkołomnie stromy, idiotycznie wąski kuluar, którym nie dam rady zjechać. A być może jest BASE jumperem: wybierze trasę z urwiskiem, skoczy i otworzy spadochron. No dobra, idę za nim i widzę, że nie ma spadochronu, tylko zwykły lawinowy plecak ABS, ale i tak uleganie pokusom takim jak ta mnie irytuje. Jestem zupełnie sam w kraju na – dosłownie – drugim końcu świata, nie znam języka. Racjonalnie rzecz biorąc, zwyczajnie proszę się o kłopoty.

Równocześnie wiem, że czasami warto zawierzyć intuicji. Tomek Michniewicz w Samsarze opisał Rogera – swój wewnętrzny głos, który czasem daje mu znać o tym, że trzeba wydostać się z niebezpiecznej sytuacji. Zrobił przy tym ciekawy przegląd polskich podróżników i ich wewnętrznych głosów: była więc „Włochata Panika” Cejrowskiego, „Pierwsza Myśl” Koperskiego, czy „Instynkt” przez duże „I” Olej-Kobus.

Cóż – ja wierzę mocno w intuicję na dużo bardziej racjonalnym poziomie niż Michniewicz. Nauka potwierdziła, że mózg rejestruje bardzo wiele rzeczy poniżej poziomu świadomości. To choćby niedostrzegalna z pozoru mimika osoby, którą spotykasz, jej gesty, czy ton głosu, na które nie zwracasz uwagi. To wcześniejsze doświadczenia i przygody, z których być może nie zdajesz sobie sprawy, albo wiadomości lecące w radiu, których wydaje ci się, że nie słuchasz. Wszystko to nasz umysł w jakiś sposób rejestruje i składa do kupy. Wiele z tych rzeczy – nieświadomie. Potem na podstawie tych absolutnie racjonalnych zarejestrowanych przesłanek podświadoma część umysłu przesyła sygnały do świadomości, aby coś zrobić lub przestać coś robić. Aby komuś zaufać lub nie. Aby gdzieś pójść, zawrócić czy coś powiedzieć. To właśnie przeczucie nazywam intuicją. Nie piszę jednak tego słowa wielką literą, bo nie znajduję w tym wewnętrznym głosie nic nadprzyrodzonego, choć zdarza mi się za nim podążać. Tak właśnie było i tym razem. Javier miał w sobie coś pozytywnego, co kazało mi mu zaufać. Mimo że na poziomie racjonalnym i świadomym byłem raczej powściągliwy, gdzieś głęboko w środku miałem pewność, że wszystko będzie okej.

Z czasem do intuicyjnego przeczucia, że wszystko dobrze się skończy, doszły dużo bardziej świadome argumenty przeciwko powrotowi. Bo zawrócenie w tym momencie i zjazd byłyby trochę bez sensu. Za nami, czy też raczej pod nami, kiepski śnieg, wąski żleb, pod spodem skały – czekałby mnie kolejny trawers z powrotem. W tej sytuacji lepiej było podejść jeszcze kawałek i sprawdzić, co kryje się za tą cholerną granią. Tak więc zły trochę na Javiera, a trochę na siebie wspinam się za nim. Javier co jakiś czas odwraca się, nawija do mnie coś po hiszpańsku i się uśmiecha. Tak mija nam kolejne dwadzieścia czy trzydzieści minut.

Kiedy wreszcie docieram na grań, ukazuje się przede mną północne zbocze otoczone skałami. Czterdzieści pięć stopni nachylenia idealnego, mięciutkiego, dziewiczego puchu. Na migi dogadujemy się, że pojedziemy w sporych odstępach, by nie obciążać nadmiernie pokrywy i nie ryzykować lawiny. Javier całkiem dobrze kuma, o co chodzi, i widać, że zjeżdża poza trasą regularnie.

Chwila odpoczynku, wpinamy się w narty i puszczamy się po zboczu. Pierwsze kilkanaście metrów zjeżdżam prosto w dół. Narty jeszcze na wierzchu, wszystko okaże się w ułamkach sekund, gdy wejdę w pierwszy skręt. Nabieram prędkości. Jeszcze zachowawczo, na trochę zbyt usztywnionych nogach. Jeszcze nie rozumiem do końca, jakie są warunki. Muszę je poczuć, by dostosować do nich styl jazdy. Wreszcie wprowadzam narty w pierwszy zakręt. I prawie nie czuję oporu. W ciągu pół sekundy zapadam się w puch powyżej pasa. Mogłem się tego spodziewać: przecież to północne zbocze i żleb osłonięty skałami, nie dociera tu słońce ani wiatr. Puch jest więc nieprzewiany, niezmrożony, suchy. I lekki. Niewiarygodnie lekki. Bardziej przypomina kurz niż śnieg. Za moimi nartami wchodzącymi w zakręt powstaje wielki biały pióropusz. Szkoda, że na dole nie ma nikogo z dobrym aparatem.

Dalej jest już płynnie. Miejsce adrenaliny zajmuje endorfina, miejsce napięcia – swoboda, pewność siebie, radość i ekscytacja. Warunki nie wymagają użycia siły, narty niemal same się prowadzą. Krótki skręt, głęboki śnieg. Jedna z tych chwil, które pamiętasz do końca życia… Orgazm. Odlot. Obłęd. Tak, jestem już pewny: to właśnie po to przyleciałem do Chile.

Kilkaset metrów przed włączeniem się na uregulowany stok Javier przystaje i namawia mnie na krótki postój. Słońce świeci nisko. Jest pięknie. Andy są epickie. Javier wyciąga jointa. Częstuje. Spalamy. Chill. Chill w Chile. W dole zamarznięte Jezioro Inków. Kiedy robi się cicho, wydaje mi się przez chwilę, że słyszę Illę rozpaczliwie płaczącego za narzeczoną. Słońce powoli zachodzi za górę. W głowach mamy wyłącznie ostatnie półtorej godziny. Podejście. Niesamowity puch. Zapierające dech w piersiach widoki. Braterstwo. Dochodzę do wniosku, że bez sensu mówić do Javiera po angielsku, bo i tak nic nie rozumie, a że w języku Mickiewicza idzie mi lepiej niż w języku Szekspira, zaczynam po polsku: „Dzięki, Javier, za ten zjazd. To było naprawdę dobre”. On kiwa głową. Rozumie. Na pewno rozumie. Za to właśnie kocham samotne wyjazdy na narty.

Wiele osób, z którymi rozmawiam i którym opowiadam o wyprawach narciarskich, pyta mnie, z kim byłem w tych wszystkich miejscach. Gdy pada odpowiedź: „Zupełnie sam”, zawsze widzę zdziwienie na twarzy rozmówcy. Z reguły słyszę: „Jak to sam?”, „Po co sam?”, „Nie bałeś się?”, „Miałeś co robić?”, „Z kim gadałeś codziennie?”. Wtedy się uśmiecham…

Tak naprawdę rzeczywista integracja z ludźmi następuje w przypadku samotnych podróży. Kiedy jesteście we dwójkę, trójkę czy piątkę – jest świetnie, ale raczej stanowicie zamkniętą ekipę, która owszem, może kogoś poznać i pogadać z obcymi, jednak pozostaje niepodzielna. W ekipie następuje wspólne planowanie i zawieranie związanych z tym kompromisów, ekipa jest zgrana, wyrusza razem i wraca razem. Samemu jest inaczej. Odważę się napisać, że istnieje coś takiego jak cała filozofia solo travel. Wielu blogerów podróżników, jak choćby Global Goose, stawia tezę, że każda osoba powinna spróbować samotnej podróży przynajmniej raz w życiu. Zgodnie z tym przekonaniem samotna podróż wzbogaca jak żadna inna. Dzięki niej poznajesz wielu wspaniałych ludzi, prawdziwie integrujesz się z krajem, który odwiedzasz, z autochtonami i z otaczającą cię kulturą. Zdaniem wyznawców tej teorii pierwsza samotna podróż jest rodzajem wspaniałego szoku, który pamięta się przez resztę życia. Lies Ouwerkerk pisze, że tylko samotne podróże umożliwiają jej totalne zanurzenie (immersion) w lokalnej kulturze i prawdziwie pełną integrację z innymi ludźmi.

W zasadzie głównym argumentem przeciwko samotnej jeździe na nartach są lawiny. Nawet jeśli rozumiesz i jesteś w stanie dobrze ocenić zagrożenie lawinowe, unikasz ryzykownych stoków i podejść i generalnie starasz się zachować rozsądek – wciąż ryzykujesz, bo wypadki zdarzają się nawet ekspertom. Kiedy jedziesz w grupie i coś cię przysypie, jesteś zdany na kolegów z ekipy: na ich działające nadajniki lawinowe, na ich umiejętność obsługi tych urządzeń, na ich wytrzymałe łopaty i silne ręce. Jeśli zasypie cię, kiedy zjeżdżasz sam – masz poważny problem. Generalnie widzę niewielki sens w zabieraniu na samotne zjazdy całego antylawinowego sprzętu, bo tylko ciąży w plecaku, a w razie problemów na niewiele się zda.

Na szczęście jednak samotne podróże na narty wcale nie oznaczają samotnej jazdy na nartach. I tak naprawdę podczas moich samotnych narciarskich podróży zaledwie kilka razy zdarzyły mi się zjazdy w pojedynkę. Cóż, to bardzo ekscytujące przeżycie i skłamałbym, gdybym napisał, że tego żałuję. Jednak bardzo często bywa tak, że akurat w helikopterze jest jedno wolne miejsce, że jakiś przewodnik może zabrać jedną osobę więcej albo że akurat spotkasz na wyciągu Javiera.

Poza trasą

Copyright © by Rafał Urbanelis 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Maciej Cierniewski

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na okładce – Rafał Urbanelis, Oksana Petrenko

Mapy wewnątrz książki – Oksana Petrenko

Fotografie wewnątrz książki – prywatne archiwum autora

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-7924-759-2

ISBN MOBI: 978-83-7924-758-5

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Tempori serviendum est

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Javier

Par

Omurbek

Theo

Erik

Jolka

Felipe

Rob

Adrienne

Jijyo

Murat

Rafał

André

Mina

Marcin

Tato

Jossi

Zakończenie

Suplement

Słowniczek

Podziękowania

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Poza trasą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka