Wikingowie. Topory i sejmitary

Wikingowie. Topory i sejmitary

Autorzy: Radosław Lewandowski

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.74 zł

"Wikingowie. Topory i sejmitary" to trzymająca w napięciu historia krwawej walki o rodzinę i sprawiedliwość. Młody bohater próbuje odnaleźć się w brutalnej rzeczywistości średniowiecznej Europy, w której obowiązuje zasada "zabij albo giń". W trzeciej części sagi Radosław Lewandowski po mistrzowsku łączy beletrystykę z faktami historycznymi, tworząc sugestywny i niezwykle żywy obraz wydarzeń, które mogły mieć rzeczywiście miejsce. Konfrontacja Północy ze Wschodem jeszcze nigdy była przedstawiona tak dynamicznie i wiarygodnie.

Ilustracje oraz projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Maria Śleszyńska

Copyright © for the text by Radosław Lewandowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

Cytaty z książki: Edda poetycka, przekład i opracowanie Apolonia Załuska-Stromberg, Wrocław 1986.

Druk dzięki uprzejmości Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

ISBN 978-83-287-0554-8

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Dla współczesnych Słowian i wikingów.

Schnie drzewo odcięte od korzeni.

Sława Wam, członkowie drużyn!

Spis treści

Haerskjold

Bitwa morska

Jomsborg

Birka

Nocny rajd

Gotlandia

Aldeigjoborg

Smoleńsk

Polowanie

Kijów

Padół

Bitwa

Miklagard

Konsul

Ucieczka

Posłowie Rys historyczny

Dodatek

Podziękowania

Parszywy psie, skręcę ci kark, tu i teraz! Gdy Aegir dostanie taki zawszony łeb, znowu zaświeci słońce i powieje pomyślny wiatr! – Wielki brodacz, cały czerwony na gębie, puścił trzon wiosła i zerwał się z miejsca. W jego spojrzeniu czaiły się pospołu obłęd i ciemność Niflheimu. Na szczęście wiosłował na rufie, więc mordęga i życie siedzących z przodu ludzi mogły trwać dalej. Skip drżał pod naporem fal i tylko rozcinając je dziobem, mógł przeciwstawić się wodnym masom. To nie był jeszcze sztorm, ale niefortunne uderzenie wodnej pięści w burtę w jednej chwili wywróciłoby okręt do góry dnem.

– Huggende, siadaj na miejsce, pamiętaj o przysiędze, którą wszyscy złożyliśmy naszemu zmarłemu jarlowi! – Ostry głos stojącego u steru woja z trudem przebił się przez odgłosy morza i trzeszczenie pracującego kadłuba. Nie ostudził jednak gorącej głowy Eidy Huggendego. Przydomek Rębajło otrzymał, gdy już jako trzynastoletni młodzik roztrzaskiwał długim toporem łby wrogom w sile wieku.

– Ty, Hrafn, się nie mieszaj! – ryknął wielkolud. – Zabiję tego maekir saurgana, a potem ciebie, jeśli wejdziesz między nas! – Brodacz mijał właśnie maszt, gdy na drodze stanął mu jeden z towarzyszy.

– Nie godzi się łamać słowa danego samemu Odynowi, bracie, Hrafn dobrze prawi. To przyniesie nam pecha.

Eida jakby mimochodem zdzielił pięścią mówiącego, a ten osunął się na mokre deski pokładu. Siedzący najbliżej kompani nauczeni tym doświadczeniem nabrali wody w usta.

– Jesteśmy w samym środku bitwy z Ran! – warknął sternik. – Narażasz cały swój félag, gridnidingu! – Korzystając z tego, że olbrzym był odwrócony do nich plecami, wiele gniewnych głosów poparło roðsmenna. Rębajło ani myślał o powrocie na miejsce.

– Gdzieś mam to, co sobie myślisz, Hrafnie. Taka jest wola bogów, a rzygam już tym nadgniłym mięsem, które tu żremy od kilku dni. Gdzie jest koniec tej drogi?! Gdzie?! Dzień za dniem jest taki sam, długo nie wytrzymamy. Zabiję tego pokurcza i jego kobiety, bo to oni przynoszą nam pecha, i zobaczysz, dopłyniemy jeszcze do jakiegoś brzegu. Odyn i Aegir żądają krwawej ofiary z człowieka. Złoto już im nie wystarcza! – Nagle pokład skipu zakołysał się potężnie i nawet nawykły do niepewnego gruntu Eida musiał szukać dobrego uchwytu. To go nieco spowolniło.

Młody Oddi, syn Asgota z Czerwoną Tarczą, wolą nieżyjącego ojca dowodzący tymi ludźmi, stał z twarzą bladą niczym mleko. Nici człowieczego losu przędzone przez olbrzymki Norny zbiegały się w jednym punkcie. Co mógł zrobić, skoczyć za burtę i rozwinąć skrzydła? Nie był w stanie sprostać w boju rozwścieczonemu Huggendemu, choć przecież niewielu drengów na skipie było równych mu siłą. Z tym zwykle wesołym olbrzymem nikt w pojedynkę nie miał szans. Ale człowiek może tyle, ile może, ważne, by twardo stawać.

– Eida! – Oddi wysunął się przed niższego sternika i znalazł na wprost Huggendego. Głowy mieli na tym samym poziomie, ale Rębajło był dwa razy szerszy w ramionach. – Dopłyniemy bezpiecznie do lądu, daję słowo. Mam szczęście, wszyscy wiecie o tym. Sam jeden przetrwałem na Wielkiej Wyspie! – Ostatnie słowa wykrzyczał bardziej na użytek reszty załogi niż sapiącego z wściekłości olbrzyma, na którego słona woda, hermthra i zatrute jedzenie sprowadziły to szaleństwo.

– Bękart musi zginąć – powiedział ciszej, jakby sam do siebie Eida. – Bogowie tego chcą, wiem to, czuję, mówią do mnie. Ja… – Reszta słów była niezrozumiała, albowiem z gardła brodacza wydobył się zwierzęcy warkot.

Dzielny skip drżał, smagany wodnymi masami. Ci, którzy akurat nie wiosłowali, trzymali się kurczowo stałych elementów okrętu, modląc się lub złorzecząc – co kto wolał. Brodacz, który stał już na dziobie, w zapamiętaniu puścił burtę, by chwycić za szyję młodego wodza, ale w tym właśnie momencie kolejna duża fala uderzyła w skip, przetaczając się po pokładzie niczym tabun koni z pienistymi grzywami. Gdy załzawione od słonej wody oczy znowu mogły widzieć, Eidy Huggendego nie było. Oddi Asgotsson patrzył zdziwiony na obejmującego go jedną ręką sternika. Gdyby nie ten uścisk…

– Stałeś, drottmadzie – sternik szeptał mu do ucha – gdy wielu dzielnych drengów zdjąłby strach. A oni to widzieli. – Wskazał brodą załogę Błysku Młota, co młody wódz bardziej poczuł, niż zobaczył. – Żeglarze są przesądni, a teraz jesteś dla nich ofeg, człowiekiem, któremu niepisana jest zguba. Bogowie sami sobie wzięli ofiarę, jak zwykle zresztą. To nam tylko się wydaje, że mamy tu coś do gadania.

Młodzieniec popatrzył po mokrych twarzach twardych wojów z Północy. Choć ich włosy i misternie splecione brody zwisały teraz smętnie, w oczach dostrzegł moc i wiarę w szczęście swojego jarla. Wilgotne lub całkiem przemoczone odzienie ciasno opinało szerokie piersi i muskularne ramiona. Byli niczym strzała na naciągniętej cięciwie łuku, niby nieruchomi, ale śmiertelnie niebezpieczni.

Oddi dał krok w stronę burty i odwrócił się w kierunku spienionego morza. To strach go zatrzymał w miejscu, ale oni nie muszą o tym wiedzieć. Słone morskie rozbryzgi skryły łzy, które pojawiły się, gdy stajała lodowa kula przerażenia.

Dwa okręty zmagały się z silnym północnym wiatrem. Od wielu doegrów żeglowali północno-wschodnim kursem, by zgodnie z instrukcjami dotrzeć do wyspy zwanej Islat lub jak zwali ją niektórzy – Ulthima Thule. Wspinający się co jakiś czas na czubek masztu człowiek dawno powinien wrzeszczeć, że ląd widzi, ale za każdym razem schodził, a raczej zsuwał się po Staruszku milczący i coraz bardziej wściekły. Bogowie, jak to oni mają w zwyczaju, zakpili sobie z ludzi i hen po horyzont ciągnęły się tylko sinostalowe wodne pagórki. Kaupskipy wspinały się na nie powoli, jakby niechętnie i z trudem, by zaraz potem lecieć w dół niczym sokół za myszą, aż niektórym, nawet tym nawykłym do żeglugi, wnętrzności podchodziły do gardeł. I tak niezmiennie od wielu długich i wilgotnych dni wypełnionych staraniami, by ustawić dziób okrętu na wprost kolejnej „góry”, wylewaniem gromadzącej się na dnie wody, drobnymi kłótniami, gdy jeszcze były na to siły, i odrętwieniem, które nie przynosiło odpoczynku.

Statki szły ostro pod wiatr, kładąc się raz na prawą, raz na lewą burtę, co znacznie wydłużało drogę i groziło wywrotką, ale przynajmniej pozwalało posuwać się do przodu. Na szczęście przed wyruszeniem zamontowano na obydwu jednostkach, tuż pod linią wody, meginhúfry – sztywne niczym przyrodzenie młodzieńca widzącego nagą niewolnicę stępki przechyłowe. Nimi to teraz kaupskipy podpierały się tak jak narciarz kijami w czasie zjazdu. Nasączone drewno poszycia trzeszczało złowróżbnie, liny grały swoje wietrzne pieśni, ot – zwykła dola żeglarzy.

Do tego dochodziły chłód i ciągły brak słońca. Zasłona stworzona na niebie przez ołowiane chmury przepuszczała niewiele światła, a to, które docierało, nadawało światu wygląd trzewi otwartego grobowca.

Niestety kończyły się zapasy słodkiej, a raczej teraz to już słono-słodkiej wody, prowiant zabrany z wyspy zaczął śmierdzieć i pokrył się dziwnym gorzkim w smaku nalotem. Każda róa trwała jedną dwunastą dnia, potem wioślarzy zastępowali towarzysze, a oni sami kucali pod burtami, korzystając z osłony namoczonych skór, wyczerpani i niewrażliwi na no-we bryzgi zimnej wody. Chcąc skorygować kurs, nawet nocą nie ustawano w morderczych wysiłkach, ale co z tego? Wiejący nieprzerwanie z północy porywisty vindr zdawał się przesuwać całe morze, cóż więc mogła tu poradzić drewniana drzazga, jaką był statek? Nawet duży kaupskip byłby niczym wobec takiej potęgi.

Mogło jednak być gorzej. Dzięki gorącym modłom, złotym pierścieniom wyrzuconym za burtę i ofierze krwi złożonej przez Eidę Huggendego boski władca mórz Aegir nie wzniecał prawdziwego sztormu, to mu trzeba oddać. Łaskawy to olbrzym, który zamiast oddać ludzi Ran, zamęczy ich najpierw, zagłodzi lub osłabi bolesną sraczką, a dopiero potem pośle w mokre ramiona jej córek – fal. Niemal przez całą drogę z Winlandii płynęli przy silnym przeciwnym wietrze, którego skutków nie były w stanie zniwelować ramiona wioślarzy. Chcąc nie chcąc, zostali zepchnięci bardziej na wschód, co było zapewne przyczyną ominięcia Ziemi Lodu – pośredniego celu tej podróży.

Zarośnięty roðsmenn zaklinał się, że okręt płynie zgodnie z wcześniej obranym kursem, ale to była tylko czcza gadanina kogoś, kto wolał siedzieć przy wiośle sterowym, miast męczyć się z dupą na własnym kuferku, ustawionym wzdłuż którejś z niewysokich burt okrętu. Śpiewali więc vardlokkur, by zwrócić uwagę duchów opiekuńczych na niepewny los i wybłagać u nich przychylność. Jak na razie prośby skutkowały, cały czas płynęli po właściwej stronie lustra oceanu. Będzie, co ma być, swego przeznaczenia człowiek nie odwróci. Grube męskie głosy biegły w dal, niosąc ze sobą ku przestworzom wyzwanie, tęsknotę za beztroskim pijaństwem, rodzinną ziemią, za ciepłym suchym hovem, za dobrą walką i miękką, nieszpetną dziewką. To wszystko z każdą chwilą, kolejnym dniem stawało się coraz bardziej odległe i nierealne.

Wielkich brodatych mężów na Błysku Młota, większym z dwójki skipów, dręczyła też obawa, że w końcu miną ostatnie skały i dotrą nad krawędź świata. Ba, już niektórzy słyszeli dobiegający z wielkiej odległości szum wodnych mas spadających z wysokości w pustkę. Z drugiej strony byli tak zmęczeni robieniem wiosłami, co przy ciężkim ładunku i konstrukcji kaupskipa było niczym wycinanie toporem przejścia pod górami, że przyjęliby z wdzięcznością jakikolwiek koniec. Nawet w wąskich i szybkich wojennych hevskipach drewniane pióra smakowały wodę głównie podczas przybrzeżnych manewrów. Co dopiero mówić o ich większych, przystosowanych do przewozu towarów kuzynach?

Nie dziwota więc, że pomimo wyczerpania i sraczki, która zabierała siły równie sprawnie jak wiosłowanie, coraz częściej pojawiały się sarkania i docinki. Kilka bójek zdusił w zarodku kopniakami sternik Hrafn Szermierz, inne ugasiły pospołu: pot i woda. No i młody wódz, który mając wielkie szczęście i królewską krew w żyłach, doprowadzi – w co wierzyli, choć coraz więcej było niedowiarków – do szczęśliwego końca tej podróży.

– Zdybałbym tę czarnooką völvę pod pokładem i ulżył sobie, być może po raz ostatni w tym życiu. – Atli Krzywy Paluch mlasnął językiem, jakby smakował skapującą z pustego już rogu kroplę dobrego, gęstego piwa.

– Oszczędzaj oddech, głupcze – mruknął siedzący na sąsiednim kuferku łysy niczym kolano wielkolud. Ciągnęli wiosła ledwie od kilku chwil i mieli jeszcze siły gadać. Potem, pod koniec zmiany, zabraknie ich nawet, by myśleć.

– Ale powiedz, Gro, widziałeś jej gładką skórę, gdyby ją obrać z tych futer, sam wiesz, że to, co nasze mają różowe, u nich jest ciemne niczym pieprzyk na mojej dupie… – Młodszy westchnął z takim rozmarzeniem, że jego towarzyszowi i przyjacielowi zrobiło się żal chłopaka. Zostawił w osadzie wśród czerwonoskórych kilka roześmianych kobiet i dziecko w drodze na ten świat. Jak widać cniło mu się do tego miodu.

– Atli, to völva, naznaczona przez bogów spakona. Wiesz, co mogłaby ci zrobić, kurzy cycku? Wiesz?

– Co mam nie wiedzieć. Mógłbym ciągle jeść i nie czuć się nigdy syty. Albo ludzie pamiętaliby tylko to, co zrobiłem źle, i imię Atliego nigdy nie trafi do żadnej z sag. Ale zaraz tam spakona, nie widziałem u niej różdżki.

– Ale ja, nawet siedząc za tobą, widzę, że twoja nabiera mocy… – Gro Osvirsson gruchnął takim rechotem, że kilka brodatych twarzy odwróciło się w jego stronę. Jedni słyszeli rozmowę, innych poniósł sam śmiech, w każdym razie już po kilku chwilach na kaupskipie rżał tabun koni i kwiczało stado świń. To było najlepsze lekarstwo na lęki, smutek, zmęczenie, strach i głód. Od śmierci Eidy Huggendego rzadko gościł na pokładzie Błysku Młota.

– Można być małym człowiekiem i wielkim durniem, można też być wielkim wojem z małym toporkiem – próbował odgryźć się Atli, ale i on w końcu uległ ogólnej wesołości.

– A co powiesz na to? – Siedzący dwa wiosła dalej Bolli Wilcze Oczy chrząknął ze łzami w oczach. – Berserk śmieje się śmierci w pysk, nawet wtedy gdy ona daje mu po gębie. – Rechot wezbrał niczym fala przypływu.

– Albo – Gro Osvirsson nie chciał być gorszy – gdyby wikingowie mieli wzrost karłów, ich wrogowie nie potrzebowaliby koni, by im spojrzeć w oczy.

– I jeszcze – dorzucił Atli Krzywy Paluch – prawdziwy wiking zaspokoi jednej nocy dziesięć kobiet. Prawdziwa kobieta nie da spokoju w tym samym czasie setkom mężów. – Burza śmiechu to przybierała na sile, to słabła. Ludzie morza bardzo cenili sobie gładką mowę, pomyślunek i spryt skaldów.

– Albo to: królestwa powstają i upadają, wikingowie rano wstają i nie wychodzą, bo pada. – Gro, jak widać, ciągle nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

– Te wasze są nędzne, moje będzie godne sagi: Jeśli lubisz oddychać pełną piersią – zostań wikingiem, a najlepiej wikińską kobietą, będziesz oddychał dwiema – dorzucił swoje siedzący przy wiośle sterowym Hrafn Szermierz, za co został nagrodzony radosnym wyciem załogi.

Tak minęło pierwsze kilka minut zmiany. Potem wesołość zastąpiły głośne oddechy i posapywania, a żarty zmieniły się w złorzeczenia. Gdyby bogowie mieli w tych chwilach uszy tuż przy lustrze wody, niejeden zawstydziłby się, słysząc te sarkania, a może nawet wpadłby we wściekłość.

Czerwonoskórzy na mniejszym okręcie noszącym imię Aifur, co w języku włochaczy zza Wielkiej Wody oznacza dumny, nie lękali się upadku poza krawędź świata i pewnie śmialiby się z obaw bladoskórych wojowników. Dobrze wiedzieli, że jak wszystko we wszechświecie: niebo, gwiazdy, gniazda ptaków, wirujący wiatr, mamateeki i życie, gdzie śmierć jest wstępem do kolejnego cyklu – tak i Ziemia jest okrągła. Dzięki mocy Wielkiego Ducha i Unchi – Babci Ziemi, żywe i martwe trzyma się jej powierzchni. Świat nie ma początku ani końca, więc nie można z niego spaść, tak jak nie da się na niego wspiąć.

Ich trzydziestowiosłowa skúta dowodzona przez Bjarkiego Sturlassona z trudem „dotrzymywała kroku” większej jednostce i płynęła nieco z tyłu za pięćdziesięciowiosłowym statkiem jarla Oddiego Asgotsona. Dla obydwu młodych kapitanów był to pierwszy rejs w takiej roli, ale dla miedzianoskórego Bjarkiego, syna czerwonoskórej kobiety i duńskiego rozbitka, pierwszy rejs w ogóle! Bo nie liczą się przecież krótkie wyprawy po przybrzeżnych wodach, na które wypływał wraz z ojcem i jego lidem. To wszystko działo się jakby w innym życiu, gdy Snae-Kol stąpał jeszcze po ziemi Długich Ludzi w wodzowskich wampumach, a o jego brodatych pobratymcach zza Wielkiej Wody słyszało niewielu.

W Zatoce Pękniętej Skały u brzegów Wielkiej Wyspy doszło do spotkania tych dwóch skipów, które omal nie zakończyło się bitwą. Umierając na błotną gorączkę, ojciec Oddiego oddał swój okręt noszący dumne imię Błysk Młota pod komendę tak nieoczekiwanie odnalezionego syna. Jego drottmadowie złożyli młodemu hevdingowi przysięgę wierności, choć, co trzeba zauważyć, uczynili to niezbyt chętnie. Był on wprawdzie synem wodza, ale skoro nie szanował go wcześniej nawet jego własny rodziciel, dlaczego mieliby szanować oni? W ostatnich chwilach pobytu na Midgardzie Asgot z Czerwoną Tarczą zmusił jednak swój lid, biorąc na świadka Jednookiego, do złożenia przysięgi. Złamanie jej sprowadziłoby na człowieka zemstę Odyna i zamknęło przed wiarołomcą bramy Walhalli. Nie mówiąc już o tym, że resztę swojego nędznego życia po życiu spędziłby w Nastrandzie, brodząc wzdłuż strumienia pełnego żrącej wody. Nie byłaby to jakaś bardzo długa męczarnia, jako że właśnie spośród krzywoprzysięzców wybierał swoje ofiary żerujący tam potwór noszący imię Grafwitnir. Już samo imię Grobowego Wilka wystarczało, by ostudzić gorącą krew i zakusy co bardziej krewkich wojów. Poza Eidą Huggendem brakowało ochotników skłonnych przetestować szczęście młodego hevdinga. Przynajmniej na razie.

Zatem niechętnie, ale poddali się woli nowego wodza. To byli jednak najlepsi z najlepszych i za każdą cenę, nawet własnej krwi, warto było mieć ich po swojej stronie. Szczególnie podczas tak niebezpiecznej wyprawy jak ta, wyprawy w sam środek rozwartej paszczy Fenrira. Żeglowali przecież w kierunku Szwecji, na spotkanie starego potężnego wroga.

To było sześć dziesiątek uciekinierów, marne resztki liczącego dwie i pół setki hirdu. Reszta zginęła w porannym napadzie, przeprowadzonym u progu zimy przez ludzi konunga wszystkich Szwedów – Eryka Zwycięskiego. Oddział władcy dotarł za nimi do krainy zwanej Winlandią i atakując znienacka, wyrżnął na wpół śpiących renegatów. Tego losu nie podzieliła tylko załoga Błysku Młota, na którego pokładzie Asgot z Czerwoną Tarczą wyruszył dwa dni wcześniej na oględziny wybrzeży Wielkiej Wyspy. Ten nieznany ląd krył wiele niespodzianek i niebezpieczeństw i Asgot chciał być na nie przygotowany. By opowiedzieć wszystko, trzeba by niejednej sagi, potoków łez, tęsknoty za druhami i wielu beczek piwa, więc dość dodać tylko, że po przeczekaniu zimowych miesięcy w ukryciu w jednej z miejscowych wiosek leżących na stałym lądzie śmiertelnie chory Asgot wracał właśnie do domu, żeby odszukać lub jedynie pomścić żonę i córkę. Na początku tej drogi, jeszcze u wybrzeży Winlandii, natknął się na wychodzącą w morze dziwną skútę miejscowej roboty. Na jej pokładzie, wśród czerwonoskórych skraelingów, płynął Oddi. Teraz już jedyny syn Czerwonej Tarczy, młodzieniec, którego niegdyś darzył gęstą nienawiścią, obarczając winą za niespełnione nadzieje i śmierć pierworodnego podczas ataku na Birkę.

W pierwszej chwili stary saekonung pomyślał, że to zjawa, wyrzut sumienia zesłany przez bogów, by ukarać i dręczyć umierającego człowieka. Zasłużył sobie na to bardziej niż jakikolwiek inny woj na pokładzie Błysku Młota. Dotarło to do Asgota zimą, gdy wraz ze swoim lidem i gościnnymi tubylcami czekali na wiosenne roztopy. To wtedy skończyło się piwo, którym od tak wielu lat upijał się w każdy wieczór, i przyszły wielodniowe ataki zimnych dreszczy. Wszystko ma swój koniec, więc gdy obudził się wreszcie mokry od potu, ale w miarę jasno myślący, zrozumiał i zapłakał. Nie nad sobą, ale nad żoną i córką, które uciekając, pozostawił w odległej Szwecji na pastwę wojów swego rozsierdzonego zdradą królewskiego kuzyna. I nad synem Oddim, którego od wielu lat traktował gorzej niż psa. Gdyby miał czym, upiłby się natychmiast do nieprzytomności, by nie myśleć, by zapomnieć.

Sądził wówczas, że Oddi zginął podczas ataku ludzi konunga, a na to nic by już nie poradził. Pozostały kobiety lub ich groby. Zemsta nie przywróci im życia na tym świecie, tak jak z wiatru nie ulepimy kuli, ale nada sens czemuś, co tego sensu już nie ma – ostatnim tygodniom Asgota z Czerwoną Tarczą. Szczęśliwa kobieta daje wikingowi siłę, niewiasta w potrzebie sprawia, że odnajduje tę moc w sobie. Bliska sercu nawet z tchórza uczyni bohatera, a on nie był tchórzem. Trzymał się więc kurczowo uciekającego życia, gdyż poza kapryśną łaską bogów był jedyną istotą, na którą mogły liczyć. Twarz trzynastoletniej ledwie Jofriddy widywał często we śnie i zawsze córka patrzyła na niego z wyrzutem, zawsze.

Jakież więc było jego zdziwienie, gdy natknął się na pokładzie obcej łodzi na syna z krwi i kości. I jaka ulga. Norny w jednej chwili zdjęły z jego potężnych niegdyś, a teraz przygarbionych chorobą barków ciężar, mógł odejść spokojniejszy. Dostał szansę i wykorzystał darowane chwile, by powiedzieć młodzieńcowi, jak bardzo jest z niego dumny i jakim wielkim, starym i pijanym głupcem był przez te stracone lata, jak wielkim… Saekonung uśmiechał się, gdy miecz w ręku jednego z najwierniejszych druhów nabierał rozpędu, żeby skrócić męki schorowanego człowieka i otworzyć przed nim bramę Walhalli. Uśmiechał się po raz pierwszy od wielu długich zimowych miesięcy. W jego wodnistych oczach do ostatniej chwili odbijał się obraz stojącego naprzeciwko syna, jakby chciał zapamiętać i zabrać do Asgardu każdy szczegół jego męskiej, choć ciągle jeszcze nieco ospowatej twarzy. Radość tej chwili mroczył jednak smutek, że pozostawia młodzieńca z zadaniem, któremu nie podołałby niejeden obeznany z wojaczką mąż, z misją, której powodzenie zależy w równym stopniu od silnego ramienia, jak od sprytu, rozsądku i doświadczenia.

Oddi nie wstydził się swoich łez, gdy żelazo oddzieliło głowę Asgota od tułowia. Umarł w końcu człowiek, który był mu ojcem, choć to podobno nie z jego lędźwi wyszedł, ale doradcy Vingora. Wtedy przekonał się, że można w jednej chwili darować innemu zbierane latami winy. Tak po prostu, jak wypuszcza się z płuc zatęchłe piwniczne powietrze, by nabrać świeżego, pachnącego lasem i słońcem. Nie on jeden miał mokrą od łez twarz, wielu brodatych zabijaków, którzy śmiali się, rozpłatując brzuchy brzemiennym chłopkom, stało teraz nieruchomo, z dziwnie błyszczącymi oczami. Odszedł ich hevsir, hevding, z którym od wielu lat tworzyli wspólnotę silniejszą od rodzinnej. Przelaliby za niego krew, jak i on uczyniłby to w ich obronie. Dlatego złożyli przed umierającym wodzem tę przysięgę i zamierzali jej dotrzymać, przynajmniej na razie.

Takim to oto zrządzeniem bogów Oddi przeszedł na pokład większego okrętu i został kapitanem na Błysku Młota. Wśród czerwonoskórych na Wielkiej Wyspie ciągle jeszcze był obcym, ledwie tolerowanym Brzuchem Ryby, przybłędą, który jakimś sposobem zaskarbił sobie względy córki ich wodza. Uratował wprawdzie plemię przed wrogami ze stałego lądu, ale to nie było jego zasługą, tylko Wielkiego Ducha, który go zesłał w odpowiedniej chwili. Na szczęście było kilka wyjątków, w tym kapitan Aifura – Bjarki, półkrwi Beothuk. Na pokład szwedzkiego byrðingra weszły wraz z nim dwie czerwonoskóre kobiety: ciężarna Shaa-naan-dithit – córka wodza Beothuków Kamiennego Ostrza i świeżo upieczona żona młodzieńca, oraz opiekująca się nią Czerwona Orlica – wielka szamanka wszystkich Długich Ludzi. Ta ostatnia posiadła cenne umiejętności leczenia ciała i ducha oraz wewnętrzną moc, która trzymała łapy rodaków Oddiego na odległość. I to mimo że völva ciągle jeszcze była kobietą w kwiecie wieku, za którą każdy z nich dałby podczas rejsu tygodniową rację słodkiej wody i całe nadpsute mięso. Potem by srodze żałowali tego czynu, albowiem Czerwona Orlica wyglądała na osobę potrafiącą zadbać o swoje bezpieczeństwo i ceniącą ponad wszystko własne sądy i wybory. Oddi ostrzegł zresztą, że osobiście obetnie przyrodzenie każdemu, kto siłą weźmie którąś z tych niewiast.

Na pokładzie mniejszego Aifura podczas tej żeglugi nie było żadnych swarów. Niełatwa, ale przecież niesztormowa pogoda pozwoliła niedoświadczonej, złożonej z czerwonoskórych mieszkańców Wielkiej Wyspy załodze mniej myśleć – o ile to w ogóle możliwe – o podchodzących pod gardło żołądkach. Beothukowie byli nowicjuszami, ale lata temu wybranymi i ćwiczonymi przez wodza wszystkich Długich Ludzi – Snae-Kola, właśnie z myślą o tym rejsie. Przez długi czas ten duński rozbitek, zwany w swoim kraju Sturlą Szkutnikiem, budował okręt i szkolił ich do jego obsługi. Dzięki słusznemu wzrostowi, sile niedźwiedzia i szybkiemu pomyślunkowi zdołał swego czasu zdobyć świętą fajkę wodza wodzów plemienia Beothuków, ale dręczyła go narastająca tęsknota za rodzinnymi fiordami. To tajemnicze i waleczne plemię, na którego czele stanął, od niepamiętnych pokoleń wybierało na przywódców najwyższych spośród siebie, więc teraz o pół głowy przerastali kuzynów ze stałego lądu. Malowali też całe ciała ochrą, by ukryć się przed dręczącymi szczep złymi duchami. Pod farbą ich skóra była niemal równie biała jak ludu ze skalpami na twarzach. Dawno temu pokonali, walcząc o miejsce do życia – BeohNoha, olbrzymie niedźwiedzie, które stojąc na czterech łapach, zaglądały dorosłemu wojownikowi w oczy. To po nich odziedziczyli Wielką Wyspę, gdy najstarsze dęby były ledwie żołędziami, z jej bogatymi w ryby rzekami, łownymi lasami i sąsiadami, zazdrośnie spoglądającymi na rosnący dobrobyt wyspiarzy.

Potem przybyli w cztery okręty wikingowie, wkraczając w sam środek wojny pomiędzy tubylcami a plemionami ze stałego lądu. To był czas wielkich bitew i małych potyczek, zasadzek i płaczu kobiet, bohaterów i tchórzy. Koniec końców Wakan Tanka dał zwycięstwo Długim Ludziom Snae-Kola, ale jego samego zabrał do Odległej Krainy. Może trafił on do Walhalli, by całe wieczory ucztować przy stole Odyna i używać męskości, a w dzień walczyć, ćwicząc krzepę przed nastaniem ragnaröku? Kto to może wiedzieć.

Dowodzący Długimi Ludźmi Bjarki, syn Snae-Kola, pogładził z czułością nierówne, obrobione kamiennymi toporkami deski burty. Ten statek i wspomnienia to było wszystko, co mu pozostało po ojcu. No i jeszcze wojownicy na pokładzie. Nagle syknął z bólu. Pomimo wygładzania kawałkami skały wchodzące w skórę zadry były tu codziennością. Najgorzej mieli siedzący na krótkich ławach wioślarze. Gdyby nie narzucone na nie grube skóry, tyłki mieliby czerwone nie od ochry, a od własnej krwi. Młodzieniec westchnął z zazdrością, widząc w oddali kolorową plamkę żagla większego, wspanialszego okrętu. Potem zwymiotował, plując do wody żółtą śliną. Na Wielkiego Ducha, kiedy to się skończy, tam już nic nie ma. Jedyną odpowiedzią było pieczenie w gardle.

Świt odsłonił jasne, bezchmurne niebo. Sólarupprás otulił żeglarzy uspokajającym słonecznym blaskiem, jakby te ostatnie wietrzne i sine dni były tylko przywidzeniem, sennym lękiem człowieka, który całe swoje życie spędził na stałym lądzie, z dala od potęgi oceanów.

– Skały! Ziemia od sterburty! – Zawołanie to wywołało na Błysku Młota poruszenie, równe pożarowi ogarniającemu suchy las. Jak na komendę wszystkie głowy odwróciły się w prawo. Sär wygładziło się i przypominało wypolerowane zwierciadło, od którego wzięło swoją nazwę. Wiatr niemal zupełnie zamarł.

Hrafn Szermierz, wraz ze swoim nowym dowódcą i dwiema kobietami, jedynymi zresztą na pokładzie, stali właśnie przy wiośle sterowym, gdy Thoti Próżniak zaczął wrzeszczeć. A trzeba mu oddać, że głos miał niczym sam Bragi: czysty, mocny i dźwięczny. Doświadczony żeglarz wciągał teraz powietrze nosem jak pies, który wyczuł padlinę, posmakował ustami słonawą mgłę i zawyrokował:

– Hov.

– Jak to dom, zboczyliśmy z kursu, ledwie widać z oddali brzeg, a ty mówisz, że to Szwecja? – Oddi też wąchał poranny chłodny wiatr i z całą pewnością miał on taki sam zapach jak wczoraj, dwa i pięć dni temu.

– Eee… zaraz Szwecja. Znam te smaki i zapach morza, młody hevdingu, i mówię ci, że kiedyś już płynąłem tymi wodami. A skoro tak… – Nie dokończył i klepnął z uśmiechem plecy Asgotssona. Młodzieńcem szarpnęło, jakby spod tyłka wyrwał mu się właśnie narowisty rumak, ale stał w miejscu ku pełnemu uznania zaskoczeniu swojego zastępcy. Shaa-naan-dithit drgnęła przestraszona, a Czerwona Orlica niemal niedostrzegalnym błyskawicznym ruchem zacisnęła palce na trzonku rytualnego kamiennego noża, który miała ukryty w fałdach skórzanego odzienia.

Przez te miesiące spędzone na Wielkiej Wyspie syn Asgota zmężniał, rozrósł się w barach tak, że niewielu było takich na pokładzie, nawet wśród wojów w sile wieku. Trudna przeszłość zahartowała mięśnie niczym przedni olej dobrą stal.

– A skoro tak – dokończył za swojego zastępcę Oddi, gdy odzyskał oddech – niedługo zamienimy spleśniałe żarcie na soczystą pieczoną baraninę. A ty, wierny drottmadzie mego ojca, będziesz mógł spić się wreszcie do nieprzytomności i… – Uderzył starszego kompana w pierś. Wielka siła poderwała roðsmenna do góry i zatrzymał się dopiero na drewnianej burcie. Niemal w tym samym momencie sprawca tego krótkiego lotu chwycił za bezpańskie teraz wiosło sterowe, którego trzon, odzyskawszy wolność, zaczął podskakiwać na boki niczym nos myszy wystawiającej pyszczek z nory.

Hrafn Szermierz zerwał się na równe nogi i splunął krwawo pod swoje stopy: ucałował właśnie burtową mocnicę, co wargom nie wyszło na dobre. Pomacał zęby, czy się nie obluzowały, i widocznie zadowolony z oględzin roześmiał się gromko. Przerażone kobiety przysunęły się do siebie.

– Niech ci tam – mówił w przerwach między kolejnymi napadami wesołości i plucia – aleś mi, aleś mi… dał nauczkę, zapa… zapamiętam sobie. – I ruszył w kierunku dziobu, cały czas kręcąc głową. Oddi odetchnął z ulgą, ale tak żeby nikt nie zauważył. Hrafn, choć nie miał niedźwiedziej postury, zabijał z taką lekkością i łatwością, z jaką inni rąbią drwa na opał. Był niezwykle szybki i wykorzystywał każdą słabość przeciwnika. Myślał. Gdyby nie jego poparcie i pomoc, syn Asgota już dawno stałby się pokarmem dla ryb i morskich potworów. Zresztą to właśnie miecz Hrafna Szermierza ściął głowę Czerwonej Tarczy. I on też uchronił młodego wodza od zmycia przez falę podczas ataku szalonego Eidy Huggendego.

– Zbliżamy się do lądu, a to oznacza pułapki i podwodne skały, zdolne niekiedy posłać na dno okręt ze zbyt pewną siebie załogą. Ustawię kogoś na dziobie z logiem – krzyknął sternik, nie odwracając się. – Bogowie cenią sobie siłę i spryt i gardzą durniami – zabrzmiał już z oddalenia głos doświadczonego żeglarza.

– Nigdy was nie zrozumiem. – Shaa-naan pogładziła się bezwiednie po widocznym już brzuchu, drugą dłoń opierając na łbie wielkiej łaciatej bestii. – Gdy się bijecie do krwi, to dla żartu, a śmierć w walce jest niczym wyczekiwana z utęsknieniem kobieta, z którą spragniony uciech młody wojownik legł na skórach w mamateeku. Was, ludzi zza Wielkiej Wody, Wakan Tanka pozbawił rozumu. Tak myślę, mój mężu.

– Zrozumiesz nas i pokochasz. – Młody saekonung naparł z cichym stęknięciem na trzon wiosła sterowego i okręt odbił jeszcze bardziej w prawo. – Już pokochałaś.

– Wielki Duch, córko swego ojca – Czerwona Orlica chwyciła się obiema rękami burty, gdy kaupskip zadrżał – uczynił ich szalonymi, ale takich ich poznałyśmy i takich, a nie innych chciałyśmy: ty swojego Oddiego, ja Snae-Kola. – Zamilkła wpatrzona dziwnie nieruchomym wzrokiem w kilwater ciągnący się za okrętem coraz szerszą smugą.

– Gdy go zobaczyłam po raz pierwszy – mówiła cicho kobieta mocy – uderzył we mnie piorun jak po dotknięciu Lila Wakan – Świętej Białej Bawolicy. Mojego ducha ogrzał Peta-owihankeshni i ten Nigdy Niegasnący Płomień dał mi ciepło bez gorąca, uśmiech nowego dnia, znowu poczułam się zwykłą kobietą. – Zamilkła i gdy wydawało się, że to już koniec, znowu usłyszeli jej głos: – Nie na zawsze jednak, ale dobre i to. Wielka szamanka nie może mieć w sobie mężczyzny, bo jego nasienie zwiąże ją z ziemią i zamknie przed jej duchem świat poza ciałem. Zostałam ukarana za swoje myśli i pragnienia, bo przecież nie czyny, życiem bez Snae-Kola. Ruszyłam więc w drogę bez powrotu, by choć poznać wyspę, na której dorastał, lasy, którymi chadzał, strumienie… – Dalsze słowa przerodziły się w niezrozumiały szmer.

Shaa-naan w pierwszym odruchu chciała podejść do kobiety mocy, pocieszyć ją jakoś, ale zatrzymała się w pół kroku. Czerwona Orlica miała silnego ducha, silniejszego niż ktokolwiek na pokładzie tej wielkiej łodzi. Nie potrzebowała pocieszenia.

– Ale po co uderzyłeś swojego kompana, jednego z niewielu życzliwych ci w tym stadzie ludzi bestii? – zwróciła się do Oddiego, któremu jej rodacy z uwagi na bladość skóry nadali imię Brzuch Ryby.

– Strach albo pobłażanie zaczepkom zabiłyby mnie wśród nich szybciej niż trucizny Czerwonego Kamienia. Gdy zdobędę sobie zaufanie i szacunek, nie będę miał lepszych i wierniejszych przyjaciół. Do tego czasu… – Zawiesił głos. – Hrafn Szermierz wiedział, że zareaguję – wskazał brodą na powracającego, ciągle uśmiechniętego drottmada – i godził się na to. Lepiej on niż jakiś gorącokrwisty siłacz, z którym ta rozmowa miałaby całkiem inne zakończenie. A tak na jakiś czas będę miał z nimi spokój. A jeśli mi odpuszczą, to i wam nie będą się zbytnio naprzykrzać.

– My umiemy zadbać o siebie, bracie krwi Snae-Kola. – Kamienna Orlica wróciła ze świata wspomnień, jedynego, w którym mogła spotykać się i rozmawiać ze swoim nieżyjącym mężczyzną. Jej śmierć to zmieni, ale na to musiała jeszcze trochę poczekać.

– A jak zginiemy tam, gdzie płyniemy? Przecież zamierzasz rzucić wyzwanie samemu wodzowi wodzów twojego plemienia. – Shaa-naan zmieniła nieco temat.

– Mogłaś zostać z ojcem, przynajmniej bylibyście bezpieczni… – Spojrzał wymownie na jej brzuch.

– Nie, nie mogłam. Na Wielkiego Ducha, tego, który daje życie i jest życiem. Nie mogłam puścić cię samego! – W głosie kobiety pobrzmiewały żelazne nuty.

– No to się nie martw, a ja zadbam o nasze bezpieczeństwo. – Młodzieniec udawał pewność siebie, której tak do końca nie odczuwał. Nie planował otwartej konfrontacji z konungiem Erykiem, ale tylko Norny splatające ludzkie losy wiedzą, czy do tego dojdzie. Z dwoma okrętami jest niczym lis próbujący zaatakować niedźwiedzia, ale ten refr w obronie matki i siostry był gotowy skoczyć do gardła większej bestii i… zginąć. Nie po raz pierwszy żałował, że popłynęła w ten rejs Shaa-naan, po raz kolejny też cieszył się z jej obecności. Kto wie, czy dane im jeszcze będzie postawić stopy na ziemi Beothuków. A jeśli tak, wolał mieć przy sobie tych, których kochał. Stracił już kiedyś rodzinę i nie zamierzał powtarzać tego błędu.

Oddi energicznie pokręcił głową, by wygładzić myśli, i podniósł wzrok, szukając odległej sylwetki skuty, na której płynęli pobratymcy obu kobiet. Musiał nieźle wytężyć wzrok, by ujrzeć w oddali drobną plamkę żagla Aifura.

– Zwińcie płachtę na Staruszku, zaczekamy. Skrócić wiosła! – Nie było szemrań, bo choć wpłynęli na znane wody, przynajmniej tak twierdził Hrafn, a on niejedno w życiu widział, to wcale nie znaczy, że było tu bezpiecznie. W dwie załogi zawsze pewniej. Wielki prostokątny wadmalowy żagiel, obszyty na krawędziach splecionym końskim włosiem i wzmocniony na całej powierzchni ukośnymi pasami skóry z morsa, opadł i okręt płynął siłą rozpędu, aż w końcu zamarł w bezruchu. Wykorzystali ten czas na wylewanie wody z dna kaupskipu, suszenie ubrań, oliwienie metalowych elementów uzbrojenia oraz wyrzucanie za burtę żarcia, którego nawet ryby nie chciały pewnie jeść. Ten i ów kąpał się nawet, wylewając na siebie wiadra słonej wody. Spotykało to się z utyskiwaniami tych drottmadów, którzy właśnie ową wodę wylewali poza burtę.

W pewnym momencie Hrafn Szermierz, widząc, że kobiety z nieodłącznym psem przeciskają się w stronę masztu, gdzie miały złożone swoje pakunki, przywołał gestem Oddiego.

– To naprawdę völva? – Podrapał się w zakłopotaniu po brodzie. – No i czy jest twoja, synu mego przyjaciela, czy mogę, no wiesz…?

– Nie jest moją własnością, sterniku, jeśli o to pytasz. Nie jest i nie będzie niczyją własnością – dodał. Potem opowiedział swemu zastępcy o potędze kobiety mocy i o jej miłości do Snae-Kola, wielkiego wodza Długich Ludzi, o ślubach czystości, które złożyła, i o marnym końcu każdego, kto się do niej zbytnio zbliży.

– A ten Snae to zginął w walce czy umarł w łożu?

– W walce, sterniku, i to jakiej.

– Więc to nie jest żadne przekleństwo, tylko raczej nagroda. Jeśli nie miałbyś nic przeciwko, to ten tego… podoba mi się, na brodę Odyna, i aż mnie świerzbią jajca, jak ją widzę – wypalił w końcu.

– Wiedz, że Sturla Tubbesson był wspaniałym wojem, niełatwo będzie mu dorównać i zdobyć względy takiej kobiety. Może w kilku i siłą, ale na to nie mogę się zgodzić.

– Na wielkie cycki Bestli, nie chcę brać siłą. Ma w sobie coś takiego… jest świeża niczym Nana i mocna jak sama Modgund. To nie jakaś tam młoda dzierlatka, której wystarczy piwo i błysk miecza, by poszła z mężem do łoża. Nie zna bogactwa, więc i za nim nie goni. Znałem wiele gładszych, ale ona… Więc mówisz, że jakby mi się powiodło i skosztuję wyspiarskiego miodu, nie będzie między nami zwady?

– Życzę ci powodzenia, sterniku, i powiem więcej: wystrugaj sobie kobietę z drewna, potem mocz w wodzie tak długo, aż ożyje. To i tak będzie szybciej. – Odchylając się ze śmiechem, złagodził uderzenie pięści w ramię.

Późnym popołudniem Aifur był już w zasięgu głosu. Burty mniejszego statku wzorem „dorosłego” towarzysza wieńczyły teraz równe rzędy okrągłych tarcz, zaczepionych na kołkach przytwierdzonych do mocnicy. Utrudniało to wiosłowanie, ale zbliżali się do brzegu i taka roztropność winna wzbudzić i wzbudziła uznanie wśród Askomanów.

– Ktoś ich dobrze wyszkolił – burknął sam do siebie rudobrody Gizur Brudne Włosy, wielki niczym góra mąż z twarzą przypominającą siny stempel. Przy dokładniejszych oględzinach dało się rozróżnić malowane na skórze wizerunki bogów, potworów i święte symbole mocy. To był jedyny berserk na pokładzie Błysku Młota. Jego tubalny „szept” słyszała co najmniej połowa załogi.

Z dziobnicy nadpływającego okrętu szczerzyła zęby płomiennoruda maszkara, która była podobno wizerunkiem jakiegoś Ptaka Pioruna, najgroźniejszej bestii, jaką znali czerwonoskórzy wojowie. Starzy morscy zbóje patrzyli z politowaniem na tę pokrakę, dumni ze swojego orła z rozpostartymi skrzydłami. W zasadzie początkowo to miał być fálki, ale rzeźbiący w twardym korzeniu figurę Illugi Runlofsson stwierdził, że mu nie wyszło i zamiast sokoła stworzył orła. Ludzie trochę sarkali, no bo chcieli sokoła, a najlepiej smoka, takiego samego jak ten, który rozpadł się od wilgoci. Ale co było robić. Illugi nie mógł im przysiąc, że przy kolejnej próbie znowu mu nie wyjdzie jakieś ptaszysko, a to tu było niczego sobie. Choć nieco dziwaczne, wzbudzało respekt i przyjęli, że na dziobnicy ich okrętu pluje wrogom w twarze sam Hräswelg, wywołujący wiatr thurs wichru i burzy. To, że zwano go Trupożercą, może niezbyt dobrze wróżyło, ale swoich chyba oszczędzi…

Ci skraelingowie z Winlandii sprawdzili się na wodzie, w co niewielu wierzyło na początku tej wyprawy.

– Żagle od morza! Żagle! – Okrzyk siedzącego na oku zdmuchnął radosny nastrój niczym wicher pianę z grzbietu fali. Zbliżający się ląd przykuł uwagę większości wojów i dopiero teraz na gwałt odwracali głowy, co przy tej szybkości groziło skręceniem karku. Od strony otwartych wód dostrzegli trzy sporej wielkości płachty płótna żaglowego lub wadmalu.

– Na wyprężoną laskę Odyna, nie zdążymy przybić do jakiegoś bezpiecznego portu, nim ci tam – Hrafn skinął podbródkiem w stronę nadciągających z północy obcych – wpłyną w nasze zadki.

– Tja – potwierdził obawy Szermierza, ale i Oddiego, Thoti Próżniak. To on pierwszy zobaczył przybyszów. – Ładownie mamy zawalone drewnem i skórami, ludziska zmęczeni wiosłowaniem, zdybią nas z opuszczonymi gaciami, gdy się jeszcze bardziej zmachamy. Gird nam dadzą dopiero nausty w Normandii, a do nich będzie jeszcze wiele doegrów żeglugi.

– To może wyrzućmy wszystko do Wielkiej Wody? Łodzie nabiorą lekkości kanu, a Taku Skanskan nada im wtedy szybkość wiatru? – Czerwona Orlica nie czuła się zbyt pewnie na wodzie. Jej pobratymcy nie przywiązywali wagi do dóbr materialnych, a po śmierci wojownika jego rzeczy rozdawano mieszkańcom wioski. Dzięki temu mogli oni zawsze, gdy brali je do ręki, wspominać właściciela, co cieszyło ducha zmarłego. Shaa-naan, która służyła jako tłumaczka, przekazała wiadomość od wielkiej szamanki Beothuków ludziom z włosami na twarzy i sinymi wężami na całym ciele.

Śmiech, który przetoczył się po Błysku Młota, musieli słyszeć nawet bogowie.

– To nasza własność, za którą krwią zapłacili drottmadowie Asgota z Czerwoną Tarczą, nasi towarzysze. Zbyt wiele ich to kosztowało, by ten trud poszedł za burtę. Oni – wskazał na towarzyszy – szybciej zginą, niż wyrzucą choćby jedną zapchloną skórę, völvo! – Hrafn Szermierz dla dodatnia mocy słowom uderzył się pięścią w pierś. Shaa-naan wpatrywała się w to miejsce, oczekując wzniesienia się niewielkiej chmurki kurzu, ale wszyscy byli przemoczeni, nawet sternik tej wielkiej łodzi.

Czerwonoskóra kobieta prychnęła w odpowiedzi. To była mądra i dobra rada, ale jeśli nie chcieli jej przyjąć… To tak jak z leczniczym dymem – nie zadziała, jeśli chory nie nabierze głęboko powietrza.

– Nie da się obudzić kogoś, kto nie śpi, córko. – Wydęła usta, spoglądając na Shaa-naan. Tę mądrość Beothukowie przekazywali z pokolenia na pokolenie i najwyraźniej sprawdzała się ona także u obcych.

– A może to okręty kupieckie i idą z towarami do jakiegoś portu za naszymi plecami? – ni to spytał, ni stwierdził młody hevding. Prawdę mówiąc, zrobił to bardziej na użytek stojącej obok brzemiennej żony niż z przekonania. Może i brakowało mu doświadczenia, ale nie rozumu, by wiedzieć, że na nieznanych wodach silniejszy zawsze jest wrogiem, a słabość zaproszeniem do walki.

– To tylko trzy kaupskipy, pewnie nawet za nami nie ruszą… – podchwycił zaraz z nadzieją w głosie Atli Krzywy Paluch. Więc to jemu dostała się pogardliwa reprymenda sternika.

– Młody jesteś i głupi jak drewniany ceber na szczyny. – Hrafn spojrzał na Atliego jak na krowi placek, w który wdepnął wędrowiec – ze złością, ale bez iskry nadziei, że można cofnąć ostatni krok. – Te okręty są wielkości co najmniej naszego Błysku Młota, my ciężko orzemy wodę i od razu widać, że obłowiliśmy się podczas wyprawy na wiking i teraz wracamy do domu. Oni płyną szybko, a to znaczy, że przewożą powietrze. Na Odyna, kto by wypuścił taką zdobycz z rąk? – Hrafn splunął za burtę. – Nie mówiąc już, że jesteśmy sami, bo ci skraelingowie na Aifurze na niewiele się zdadzą. Ale może noc okryje nas kruczym skrzydłem i schowa przed pościgiem? – Zatarł dłonie, a wyrobiona od wiosła twarda skóra wydała charakterystyczny świst. – No – wzruszył z rezygnacją ramionami – a jak nie… to nie.

Płyńmy na pełnych żaglach wzdłuż brzegu, tylko niezbyt blisko, by nam ląd nie odebrał wiatru, hevdingu – zwrócił się do Oddiego. – Gdy zajdzie słońce, zawrócimy, może ich zmylimy tym fortelem. A jak nie… – powtórzył. Nie musiał kończyć. Młodzieniec skinął głową i rzucił kilka rozkazów. Załodze Aifura, która była już w zasięgu głosu, wyjaśniono, jaki jest plan. Okrzyki czerwonoskórych żeglarzy, w ich mniemaniu harde, nie były tak pewne, jak się zdawało wydającym je ludziom. Ale nie ma się co dziwić, dla nich była to pierwsza i zapewne ostatnia morska bitwa, po której jak nic ujrzą „oblicze” swojego Wielkiego Ducha.

Dwa okręty płynęły dalej, bo przed własnym losem człowiek nie ucieknie i nawet nie powinien próbować. Po początkowym zamieszaniu wywołanym przywdziewaniem metalowych i skórzanych osłon pióra wioseł wznowiły rytmiczne całowanie lustra wody. Nie forsowano tempa, by zachować siły na walkę, która zdawała się nieunikniona.

Zębaty, którego matką była wioskowa suka, a ojcem władca wilczej watahy, strzygł nerwowo uszami i powarkiwał, bo i jemu udzieliła się nerwowa atmosfera. Shaa-naan-dithit trzymała go krótko na rzemieniu, by sobie i komuś z załogi nie zrobił krzywdy. Prawdę mówiąc, dzięki temu psu kobiety miały nieco więcej miejsca dla siebie niż pozostali członkowie załogi. Szeroki w kłębie Zębaty budził należny respekt wśród wikińskich wojów.

Trzy langskipy szybko skracały dystans i rzucone w pewnym momencie przez Thotiego Próżniaka słowo zabrzmiało niczym przekleństwo wypuszczone w powietrze przez kobietę mocy:

– Duńczycy!

Odpowiedzią było kilka gniewnych pomruków, pełnych złości splunięć, i zrezygnowane westchnienia ludzi, którzy stracili złudzenia i gotowi są na najgorsze. Atmosferę oczyścił niemłody już Illugi Runlofsson, ten sam, który udatnie zamienił dziobowego smoka w orła. W pewnym momencie jego dolny otwór zagrał taką pieśń, jakby sam Odyn zwany też niekiedy Synem Ziemi – Jardarem, przemknął na ośmionogim Sleipnirze po niebie. Niemal słychać było odgłosy kopyt, i to każdego oddzielnie, a co niektórzy wyłowili w Illugiego dźwięku… złote dzwoneczki uprzęży i wilcze wycie Frekiego i Geriego. To było mistrzostwo niedoścignione dla wojów młodszych, tych o zdrowszych kiszkach. Śmiechu mieli co niemiara, a dobrze robi przed walką śmiejąca się gęba, którą uchodzą strachy i kamień znikający ze stężałych mięśni.

Dzięki bogom i silnym ramionom wioślarzy, gdy zapadał zmrok, Duńczycy byli jeszcze poza zasięgiem strzał. Ludzie odetchnęli wdzięczni za kilka godzin wytchnienia, a może nawet snu, jeśli ktoś potrafi ukołysać myśli w takiej sytuacji. Wzywano boga mórz Aegira, by wyjednał u swej małżonki dobry los dla topielców; proszono Eir o zdrowie, bo słabość w członkach w czasie bitwy zabija równie pewnie jak żelazo; błagano Freję, boginię żądzy, płodności i wojny, by dobrze przyjęła część zabitych w swoim zamku Sessrymnir; wreszcie słano myśli do Odyna, by w Gladsheimie, którego częścią jest Walhalla, trzymał wszystkie pięćset czterdzieści bram szeroko otwartych, bo nie wiadomo którą zechcą przejść jego nowi einherjarowie. Byli też tacy, którzy myśleli o pozostawionych w Szwecji rodzinach i o dawnych przyjaciołach, choć zdawało im się, że już dawno zapomnieli. Ot, normalna noc przed bitwą.

Mglisty poranek odsłonił widok na pięć okrętów pozostających w zasięgu wzroku. Cóż, fortel Hrafna się nie udał. Sólarupprás nie odmienił losu drottmadów Oddiego, ale przynajmniej mieli czas, by wypocząć przed walką. A to już coś. Toteż humory większości dopisywały, tym bardziej że szykowała się dobra, miła bogom i prawdziwym mężczyznom bitwa.

– To przez twoje chrapanie, Gizur. – Bolli Wilcze Oczy przeciągnął się, aż chrupnęły stawy, i odwrócił wzrok w stronę pokładu. – Całą noc szli za nim niczym na długim holu, może gdyby byli głusi… – Wytatuowany berserk rzucił w towarzysza jakąś starą wielokrotnie obgryzaną kością i wyszczerzył wielkie zębiska w czymś, co miało chyba być uśmiechem.

– To nie chrapanie, tylko smród Illugiego ich przywiódł. Szli za nami jak pies za suką z cieczką. Coś ty jadł, starcze?

– O to chodzi, że nic. – Wiekowy Runlofsson uśmiechnął się, pokazując światu prawie bezzębne usta. To ciągle był jednak krzepki woj i warto było mieć takiego za plecami, choć to pewnie jego ostatnia wyprawa na wiking. Zresztą tak jak i wszystkich pozostałych, i to bez względu na kolor włosów.

Wiatr zamarł zupełnie, jakby siedzący na skraju niebios orzeł Hräswelg zasnął i przestał zagarniać powietrze olbrzymimi skrzydłami. Trzy wąskie i długie duńskie łodzie zbliżały się ostrożnie do przeciwnika niczym pewne zdobyczy wilki do ciężko ranionego jelenia. Nie były to wprawdzie drakkary, ale „ledwie” sześćdziesięciowiosłowe skeidy, ale to wystarczyło, by dać im przewagę w ludziach wynoszącą trzech do jednego, w stosunku do wojów na Błysku Młota. Jeszcze wczorajszego dnia ustalili, iż gdyby fortel się nie powiódł, Aifur odpłynie ile sił w ramionach czerwonoskórej załogi i wiatru w pojedynczym żaglu, by odciągnąć od większego towarzysza choćby jeden wrogi langskip. Jego trzydzieści wioseł uderzało teraz równym rytmem, ale wróg jakby nie zwracał uwagi na tę trochę dziwną pękatą skútę. Trzymane pewnymi dłońmi trzony sterów nie drgnęły nawet o grubość palca. Trzy wypuszczone przez bogów wojny strzały zmierzały do jednego celu, którym był nieco ociężały, ale gotowy do walki Błysk Młota.

– Na włochatą dupę Thora – zaklął pod nosem Hrafn, drapiąc się w tym samym momencie po tej części ciała. – Ich jarl to mądry człowiek. Większymi siłami szybciej nas zdusi i straci przy tym mniej ludzi, a Aifura… – W tym momencie posłał w morze coś, co przed chwilą wygrzebał z nosa.

– Może gdybyśmy zostali w kupie, szanse byłyby większe, ci Beothukowie to naprawdę twardzi wojowie, widziałem, jak walczą. – Oddi patrzył niepewnie w stronę oddalającego się statku z czterema dziesiątkami zbrojnych na pokładzie. Wprawdzie byli słabiej uzbrojeni, a ich ciała chroniły głównie zwierzęce skóry i trochę zdobycznych osłon, ale zawsze to coś.

– Myślisz, drottmadzie, że mieliby szansę w starciu tarcza w tarczę z zaprawionymi w bojach Askomanami? – Sternik przytknął palec do nosa i kończąc jego czyszczenie, dmuchnął najpierw przez jedną, potem przez drugą dziurkę.

– Pewnie nie, ale to zawsze dodatkowe ostrza…

– A mówiłeś, że u nich krucho z żelazem, że ich hird bardziej przypomina lawinę błotną niż ścianę stali.

Stojąca nieopodal Shaa-naan fuknęła i Oddi wiedział, na czyj długi język jest zła.

– To ich współplemieńcy. Tych tam szkolił Sturla Tubesson i mają trochę zdobycznych ostrzy, które wzięli na uciekającym lidzie Jökuli Szarego.

– Tym drottmadzie Eryka Zwycięskiego, który wyrżnął naszych niczym szczeniaki?

– Tym samym, sterniku.

– A nie przypadało ich przypadkiem tylu, co palców u rąk, na jeden męski normański członek?

– Tak było, ale na bogów, mówiłem ci przecież, że jarl Sturla przez wiele lat szkolił drużynę skraelingów do walki naszymi sposobami…

– A jakbyś od szczeniaka przysposabiał psa do latania, to czy z czasem zrobi się z niego orzeł? Albo choćby wrona?

– Ale… – Wesołe iskry w oczach zastępcy uzmysłowiły Oddiemu, że ten sobie z niego żartuje, i zamknął usta z trzaskiem, który musiał być słyszalny nawet na rufie.

Starszy mężczyzna położył mu dłoń na ramieniu.

– To nasza bitwa, młody wodzu, nie ich, i nasza chwała.

– Bogowie – stęknął Oddi zły sam na siebie, że dał się tak podpuścić, ale robił to dla swojej czerwonoskórej kobiety. Chciał wszystkich przekonać, że jej współplemieńcy są biegli w walce, ale zapomniał, że dowodami są czyny, a nie giętki język. Rozejrzał się i zobaczył, jak Shaa-naan-dithit i Czerwona Orlica, zajęte jakąś dyskusją, oddalają się właśnie w stronę masztu okrętu. Przypominający młodego cielaka pies nie odstępował swojej pani na krok.

– Niech chwała tej bitwy przypadnie nam, drużynie jarla Asgota z Czerwoną Tarczą, i drottmadom jego syna Oddiego. – Hrafn Szermierz, już całkiem poważny, wytarł wilgotne końcówki palców o drewnianą burtę. – To o nas będą śpiewali skaldowie, to nas wspomną przy ogniskach i z rogami piwa w dłoniach. Czy można chcieć czegoś więcej? Sława!

– Sława! – po wodzie poniósł się nierówny chór męskich głosów.

Młody hevding pomyślał o kobiecie stojącej teraz przy Staruszku, kobiecie, która mimo że była brzemienna, mocno ściskała w dłoniach kościany łuk, i o dziecku w jej łonie, i sam do siebie szepnął: „można”. A do swego roðsmenna rzekł:

– Ty będziesz wydawał rozkazy podczas tej ostatniej bitwy, wierny druhu mego ojca, na ciebie spłynie cała chwała. Mnie brakuje doświadczenia, ale będę niczym twój cień, by naukę, którą tu odbiorę, wykorzystać w bojach w Walhalli. Czeka tam już na mnie Vingor, a i Asgot przywita mnie chyba z otwartymi ramionami.

– Jako i mnie, jak sądzę. – Mąż w sile wieku popatrzył na swego młodego dowódcę uważnie. Mało który zrezygnowałby w takich okolicznościach z własnego splendoru. Ten tu oddał język rozumowi, a nie sercu, i tak powinien postępować dobry jarl. Winlandia zmieniła w mężczyznę niegdyś chudego, zamkniętego w sobie gównojada.

Potem wyprostował się na całą swoją mizerną wysokość. W jego ruchach znać było pewną sztywność, która cechuje wszystkich przed śmiertelną walką, a która znika, gdy wróg jest w zasięgu ostrza. Szykował się pojedynek godny rytów w kamieniu, pojedynek będący niby walka Asów: Odyna Viliego i Vé z olbrzymem Ymirem. Dreszcz podniecenia przeszedł po ciele doświadczonego woja i poczuł, jak jego męskość nabiera twardości. Uśmiech skryła gęsta, pełna pierścieni broda.

– Wydłużyć wiosła, naprzeć mocniej na trzony, broń przy nogach, sprawdzić mocowanie tarcz! – Po skipie rozszedł się jego mocny, nawykły do przekrzykiwania wichrów głos.

– Na bogów, naplujmy śmierci w jej metalowe zęby, łucznicy, zająć stanowiska, czekać z pierwszą strzałą na mój rozkaz!

Błysk Młota lekko zaskrzypiał, gdy zmieniali kurs. Wiatr zamarł zupełnie, jakby Tyr wstrzymał oddech, by nie uronić nic z widowiska. Silna ręka sternika skierowała mocny dziób wprost na nadciągające wrogie langskipy, co widząc, Duńczycy wydali okrzyki pełne radości i uznania. Odwaga jest dla woja niczym jeździec dla konia – kieruje jego poczynaniami. Nie dodaje mężowi blasku w oczach bogów walka z tchórzem, tak jak nie dodaje przyjaciół pełen brzuch w towarzystwie umierających z głodu.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wikingowie. Topory i sejmitary Wikingowie. Najeźdźcy z Północy Wikingowie. Wilcze dziedzictwo Yggdrasil. Tom 2. Exodus Yggdrasil. Tom 1. Struny czasu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Królowie przeklęci. Tom II Turniej cieni Moja piątka z Cambridge