Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami

Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami

Autorzy: Agata Napiórska

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 19.19 zł

Kulisy pracy kreatywnych umysłów.

Andrzej Sapkowski siada do pisania o ósmej rano niczym urzędnik, Jacek Dehnel woli pracować spontanicznie. Bohdan Butenko włącza telefon tylko na dwie godziny dziennie, Jerzy Pilch uważa, że wyłączanie telefonu to nadgorliwość. Katarzyna Bonda zanim zacznie pisać, tworzy całe pudła notatek, Joanna Bator po prostu podąża za bohaterami. Przemek Dębowski najbardziej lubi pracować w Ikei, Sylwia Chutnik tylko u siebie w domu.
Mimo wielu różnic twórcze umysły łączy jedno: wszystkie te rytuałyi zwyczaje mają im pomóc w obróceniu pomysłu w dzieło sztuki. Zebrane przez Agatę Napiórską metody pracy tuzów polskiej literatury, nauki i sztuki są niezwykle ciekawym i cennym wglądem w duszę i życie artystów.  Nie mówiąc o tym, że to lektura pełna doskonałego humoru.

Agata Napiórska

JAK ONI PRACUJĄ?

Rozmowy o pracy, pasji i codziennych sprawach polskich twórców

Copyright © by Agata Napiórska, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Spis treści

Wstęp

Łukasz Orbitowski: Robię wyłącznie rzeczy pożyteczne

Józef Wilkoń: Sztuka kontrolowanych przypadków

Michał Rusinek: Męczy mnie niepracowanie

Beata Chomątowska: Detoks i pusty blat

Łukasz Łuczaj: Kwiaty mnie rozpraszają

Michał „Śledziu” Śledziński : Bohaterstwo po godzinach

Małgorzata Rejmer: Trzeba się nażyć

Bohdan Butenko: Albo się coś robi, albo się nie robi

Jan Hartman: Prowadzę dyskusję z mózgiem

Katarzyna Bonda: Niezapisane nie jest istotne

Jacek Dehnel: Nie da się być skupionym przez osiem godzin

Przemek Dębowski: Złapać muchę pałeczkami

Tadeusz Rolke: Swędzi mnie pomysł

Agata „Endo” Nowicka: Nie lubię pustych przebiegów

Joanna Bator: Prześladują mnie zdania

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak: Mam kontrolę nad bohaterem

Andrzej Heidrich: Najbardziej lubię dłubaninę

Zbigniew Lew-Starowicz: Buzuje mi w głowie

Aleksandra Waliszewska : Traktuję siebie jak robota do pracy

Andrzej Sapkowski: Jak w normalnej pracy

Henryk Jerzy Chmielewski: Najlepsze pomysły wpadały w nocy

Wanda Chotomska: Co ja bym miała robić na emeryturze?

Sylwia Chutnik: Kalendarz jest moim kompasem

Zbigniew Libera: Artysta pracuje najwięcej, kiedy wcale nie pracuje

Marek Bieńczyk: Pisanie to nie jest błogostan

Marcin Maciejowski: Złe nawyki

Jan Bajtlik: Nie szwendam się

Tomasz Leśniak, Rafał Skarżycki: Nie ma potrzeby tego rozdzielać

Borys Lankosz: Sparing z rzeczywistością

Jerzy Pilch: Zawód jak każdy inny

Robert Gliński: Robię wszystko, by nie zaczynać

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Pisarką jestem dopiero na drugim miejscu

Jan Koza: Już wygrałem w totka

Grzegorz Kasdepke: Nie potrafię pojąć grozy ostatecznego terminu

Tomasz Kołodziejczak: Praca jest po prostu pracą

Teresa Wilbik, Katarzyna Stanny: Zajęcie, nie zawód

Iwona Chmielewska: Książka wsiada mi na plecy

Edward Lutczyn: Miewam błyski i iluminacje

Barbara Kosmowska: Mnogość spraw do załatwienia

Aleksandra Niepsuj: Jestem zwolenniczką ciszy

Agata Królak: Jestem domatorką

Marek Raczkowski: Sto pięćdziesiąt procent szczęścia

Jakub Żulczyk: Bez nas nie pojedzie

Mariusz Szczygieł: Gdyby nie było książek, pisałbym na murach

Anka i Wilhelm Sasnalowie: Jedno przechodzi w drugie

Inga Iwasiów: Dydaktyka i literatura

Bohdan Zadura: Nic tak nie męczy jak odpoczynek

Joanna Rajkowska: Ograniczenia są fajne

Zuza Krajewska: Przestałam czuć, że pracuję

Maciej Wojtyszko: A co ja mogę robić, skoro hobby jest moją pracą

Joanna Concejo: Jestem do dyspozycji

Lesław: Jesteśmy tylko antenami

Barbara Wrońska: Sama ustalam rytm pracy

Filip Springer: Leżę tylko wtedy, kiedy śpię

Katarzyna Bogucka, Szymon Tomiło: Czasem za dużo, czasem nieprzyzwoicie wcale

Hanna Polak: Nie wiadomo, co przyniesie życie

Bartek Minkiewicz, Tomek Minkiewicz: Wolna amerykanka

Agata Bielik-Robson: Idealny dzień to ten sam dzień

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Wstęp

Do powstania niniejszej książki przyczyniły się dwie rzeczy: po pierwsze, spodobało mi się przeprowadzanie wywiadów z rzemieślnikami i twórcami, którzy ze swojego hobby uczynili zawód. A najbardziej to, że spomiędzy opowieści o warsztacie pracy i obowiązkach zawodowych zawsze wyłaniają się historie o codziennym, zwykłym życiu. Zresztą rozmowy te od czterech lat ukazują się na łamach magazynu „Zwykłe Życie” właśnie.

Po drugie, trzy lata temu trafiłam na książkę Masona Curreya Daily Rituals: How the Great Minds Work. Byłam akurat na wakacjach w Edynburgu, kiedy brat wysłał mi link do wywiadu z Curreyem. Natychmiast pobiegłam do księgarni, kupiłam książkę, przeczytałam ją, przetłumaczyłam fragmenty i postanowiłam znaleźć dla niej polskiego wydawcę. Tak zaczęła się moja współpraca z wydawnictwem W.A.B. Rok później książka Curreya ukazała się w Polsce pod tytułem Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły.

Dobrze się złożyło: parę miesięcy przed rozpoczęciem pracy nad tym zbiorem wywiadów zrezygnowałam z etatu. Musiałam dokonać gruntownej reorganizacji swojego czasu pracy i planu dnia. Nagle, po sześciu latach codziennego wstawania o 6.30, okazało się, że mogę wstać, o której chcę, przepracować całą noc, zrobić sobie weekend w środku tygodnia albo biurko w pościeli. Taka dawka wolności początkowo doprowadziła do kompletnej dezorganizacji. Wydawało mi się, że cały czas pracuję, a i tak wszystko kończyłam na ostatnią chwilę. W ryzach trzymały mnie tylko deadline’y, a i one, po prawdzie, nie do końca. Wiedziałam, że wypracowanie odpowiednich nawyków i solidna porcja samodyscypliny mogą okazać się zbawienne. Potrzebny był mi jakiś system. Szukałam go w rozmowach z polskimi twórcami, przedstawicielami różnych dziedzin.

Czy lepsze jest podejście urzędnicze w stylu Jerzego Pilcha czy praca w półgodzinnych blokach czasowych w stylu Jana Hartmana? Narzucać sobie limity minut czy znaków? Efektywniej pracuje się w ciszy, jak Inga Iwasiów, czy przy muzyce, jak Michał Śledziński? Wyłączać telefon jak Bohdan Butenko? Pić kilkanaście filiżanek kawy jak Wilhelm Sasnal czy hektolitry wody jak Basia Wrońska, a może parzyć sobie po kilka kubków zielonej herbaty jak Katarzyna Bonda? Pracować w Ikei jak Przemek Dębowski, a może lepiej na wyjeździe jak Borys Lankosz? Planować jak Sylwia Chutnik czy pisać bez planu jak Joanna Bator? Pracować w nocy jak Mariusz Szczygieł czy od rana jak Marek Bieńczyk? Czy w przerwach od pracy kręcić hula-hoopem jak Aleksandra Waliszewska czy wyciskać siódme poty w siłowni jak Łukasz Orbitowski? Jak walczyć z prokrastynacją? Czy nuda może być pożyteczna? I wreszcie: jak najskuteczniej odpoczywać (choć „nic nie męczy tak jak odpoczynek”, jak twierdzi Bohdan Zadura, jeden z moich rozmówców)?

Powtarzające się pytania o plan dnia, codzienne obowiązki, nawyki i rytuały zadałam sześćdziesięciu czterem osobom w różnym wieku i na różnych etapach kariery zawodowej. Wszystkich łączy jedno: sami organizują sobie czas potrzebny na pracę twórczą, a efektem tej pracy są konkretne dzieła w postaci obrazów, ilustracji, reportaży i powieści, opowiadań, wierszy, filmów, zdjęć czy utworów muzycznych, za które otrzymują wynagrodzenie.

Niektórzy zaprosili mnie do swoich mieszkań, warsztatów i pracowni, z innymi spotkałam się na kawę albo pizzę, poszłam na spacer czy przejechałam się samochodem. Z jednymi wymieniłam dziesiątki mejli, z innymi rozmawiałam przez telefon lub na Skypie. Niektóre rozmowy trwały łącznie kilka dni, inne zaledwie godzinę. O wyborze miejsca spotkania i o tym, ile czasu na nie przeznaczymy, zawsze decydował rozmówca.

Zależało mi na tym, żeby porozmawiać z przedstawicielami różnych obszarów kultury. Kolejność zebranych tutaj tekstów jest odzwierciedleniem naturalnej kolejności spotkań z bohaterami książki. Wybór, siłą rzeczy, w większości odzwierciedla moje zainteresowania. Prowadziłam też swego rodzaju łańcuszek towarzyski – każdego rozmówcę prosiłam o podanie nazwiska jednej osoby, którą podziwia i która powinna znaleźć się w tej książce. Częściowo skorzystałam z tych podpowiedzi. Kilka osób mi odmówiło. Jedne odmowy były ze względów politycznych („Nie rozmawiam z dziennikarzami, którzy współpracowali z Agorą”, „Nie cierpię wydawnictwa W.A.B.”), inne związane z brakiem czasu („Bardzo chętnie, ale dopiero w maju”) albo wynikające ze skromności („Niech wypowiedzą się młodsi, ja już udzieliłam tylu wywiadów…”). W dwóch przypadkach żony menedżerki uznały, że mąż artysta powinien pisać lub malować, a nie marnować czas na udzielanie wywiadów. W trzech przypadkach rozmówcy nie zgodzili się na autoryzację, ponieważ uznali, że powiedzieli mi zbyt wiele. Albo dlatego, że w międzyczasie rozwiedli się, przeprowadzili do innego miasta i wszelkie dotychczasowe nawyki i przyzwyczajenia szlag trafił. Do kilku osób, mimo najszczerszych chęci, nie udało mi się dotrzeć. Zresztą prawdopodobnie pisałabym tę książkę jeszcze parę lat, gdyby nie to, że wydawca kazał mi już kończyć.

Czy w trakcie pisania Jak oni pracują znalazłam system idealny dla siebie? Oczywiście, że nie. Rozmowy potwierdziły, że nie ma sprawdzonej recepty na to, żeby się chciało, a sposobów i metod pracy jest tyle, ilu pracujących.

Ale jedno łączy bohaterów tej książki: wszyscy na swój sukces ciężko pracowali, a część z nich, mimo że dawno przekroczyła wiek emerytalny, pracować nie przestaje. Dlatego ucząc się od najlepszych, zabieram się do pracy nad kolejnymi wywiadami.

Łukasz Orbitowski

Robię wyłącznie rzeczy pożyteczne

Twierdzi, że z wiekiem coraz bardziej dziczeje. Gdyby wygrał w totolotka dużą sumę pieniędzy, pisałby jedynie książki, i tylko pod pseudonimem. Jest punktualny, a godzinę naszego spotkania potwierdza trzykrotnie. Miejsce sprawdza też na mapie, by dokładnie wiedzieć, ile czasu zajmie mu dojazd.

Czy praca i pasja to dla artysty jedno i to samo?

Artysta ze swojej pasji czyni powołanie. Pasja traci więc funkcję życiowego ozdobnika, czegoś, co jest nam potrzebne do życia, a nie jest treścią życia – i staje się dolą artysty. Praca artysty jest paradoksalna, ma zdolność zawłaszczania elementów życia, które innym kojarzą się wyłącznie z odprężeniem. Przykład: pojechałem do Afryki na wakacje i napisałem książkę – byłem więc w Afryce w pracy czy na wakacjach? Kiedyś bardzo lubiłem oglądać filmy i seriale. Nagle różne redakcje zaprosiły mnie do pisania o filmach i serialach. W rezultacie przestałem lubić oglądać i jedne, i drugie. Może moja sympatia do nich zmalała, bo stały się dziwacznym elementem mojej pracy. A może jest to efekt tego, że w ogóle życie przestaje mi się podobać. Ostatnio przestaje mi się podobać palenie papierosów, picie alkoholu, spędzanie czasu z ludźmi, czyli ogólnie przestaje mi się podobać fakt bycia żywym. Jak by nie patrzeć, oglądanie filmów jest jedną z czynności wykonywanych przez człowieka żywego. Czyli może przejawiam ogólną niechęć do bycia żywym. Kiedyś grałem na konsoli, teraz pisuję o grach – więc granie już mnie bawi mniej.

Kolejna przyjemność zawłaszczona przez pracę zarobkową.

Pewnego razu, podczas głęboko zakropionego namysłu, szukaliśmy z kolegą odpowiedniego słowa dla czynności takiej jak oglądanie filmu przez recenzenta filmowego albo czytanie przez pisarza książki, żeby ją zrecenzować. Wymyśliliśmy termin „półpraca”. Czyli grając na konsolce, ja sobie półpracuję. Tak samo uprawniona byłaby oczywiście nazwa „półodpoczynek”, jednak „półpraca” nacechowana jest większym optymizmem. Ludzie lubią odpoczywać, nie lubią pracować, „półpraca” jest więc zmniejszoną pracą, a „półodpoczynek” byłby zmniejszonym odpoczynkiem, co źle się kojarzy. Mam do tego podejście matematyczne: pociśnięcie czterech godzin na konsolce liczy się jak dwie godziny pisania. Oglądając dwa odcinki godzinnego serialu, godzinę pracuję. Czyli wszystko dzielę na pół. Niekiedy działa to odwrotnie. W trakcie oglądania filmu Sonic Highway, który włączyłem sobie po raz drugi po latach, stwierdziłem, że fajnie byłoby o nim napisać. Czasem więc jest przeciwnie – odpoczynek rezonuje w pracę. Nie jestem w stanie tego przewidzieć. Wiele elementów życia rezonuje mi w pracę. Cieszę się, że nie jestem autorem książek pornograficznych.

Przestałbyś lubić seks?

I tak mnie już nie cieszy.

A co cię cieszy?

Nic.

Nawet siłownia?

Też nie.

A inne proste przyjemności? Na przykład jedzenie?

Nigdy nie lubiłem jeść. Przed wyjściem z domu, by nie musieć myśleć, co by tu zjeść, ugotowałem sobie makaron, dodałem puszkę tuńczyka, brokuły, wszystkie składniki zalałem sosem czosnkowym i wymieszałem. Zjadłem bez przypraw. Na śniadanie raz jem kanapki, raz jogurt turecki z orzechami i miodem. Dbam o zróżnicowaną dietę. Stwierdziłem, że skoro już nie lubię jeść, to będę przynajmniej jadł zdrowo. Oczywiście nie wege, burger jest fajniejszy niż sałatka.

To ciekawe w kontekście tego, że życie cię nie cieszy. A jednak dbasz o zdrowie.

Dopuszczam możliwość, że ta niechęć do życia jest przejawem aktualnego rozczarowania lub histerycznego stylu bycia. Wiem, że jak zniszczę sobie organizm i będę stał nad grobem, nie będę miał wyboru.

Chodzisz do barów albo restauracji?

Czasami. Z jednej strony nienawidzę tych wszystkich czynności okołojedzeniowych: przyrządzania, gotowania, zmywania… Z drugiej jednak strony nienawidzę wychodzić z domu. Jest to więc wybór między dwoma rodzajami piekła. Między mrozem a ogniem. Nie wiem, czy będą mnie dziobać w lewy, czy w prawy półdupek. Mieszkam sam, więc dylemat ekonomiczny odpada. Gotowanie dla jednej osoby kosztuje tyle, co jedzenie w knajpie.

Wydajesz mi się bardzo poukładany. Masz wszystko dokładnie przeanalizowane.

Wiesz, że wydawało mi się, że ludzie tak w ogóle mają? Zdałem sobie jednak sprawę, że to niezbyt powszechne. Oczywiście to poukładanie wynika z mojego charakteru. Ale momentem kształtującym to tak zwane zorganizowanie był moment rozstania z żoną. Zostałem bez środków do życia. Mogłem albo zapić się na śmierć, albo podjąć walkę o przetrwanie. Czas organizowały mi popołudniowe wizyty u syna. Przez pięć dni w tygodniu przychodziłem do niego między siedemnastą a osiemnastą. Wiedziałem więc, że nie mogę zapić. Do tej godziny musiałem uwinąć się z innymi sprawami: napisaniem felietonu, wizytą u rodziców i tak dalej. Zdałem sobie sprawę, że jestem architektem swojego powodzenia lub swojej klęski i że jak nie będę zapierdalał i się nie zorganizuję, to szlag mnie trafi.

Organizację czasu ułatwia mi fakt, że czuję niechęć do większości czynności uznawanych przez innych za przyjemne: nie lubię spać i nie lubię jeść. Najchętniej bym nie jadł i nie spał w ogóle. Nigdy nie wyleguję się w łóżku. Nie lubię siedzieć w internecie. Robię to, gdy muszę coś sprawdzić. Nie znoszę czczej gadaniny, nie słucham muzyki dla relaksu.

Ale to musi być męczące.

No mówię ci, że się męczę. Cały czas muszę coś robić. Pewnie wynika to z lęku przed byciem sam na sam ze sobą. Robię rzeczy wyłącznie pożyteczne. Wymyśliłem, że dla higieny psychicznej muszę mieć wolne weekendy. Odkryłem, że jak mam wolny weekend, pracuję wydajniej w tygodniu.

I co robisz w te weekendy?

To jest, kurwa, piekło! Ja się wtedy męczę! Nie mogę doczekać się poniedziałku, gdy zacznie się orka. Sprawdziłbym się w społeczeństwie protestanckim. Kiedy mieszkałem z kobietą, planowaliśmy ten czas. Teraz jest w porządku, gdy spędzam weekendy z synem. W innych przypadkach się męczę. W piątki najczęściej piję. Mam zasadę no mercy. Jako osoba niewątpliwie nadużywająca alkoholu na kacu staram się wypełniać swoje obowiązki. Raz na pół roku zdarza mi się, że mocniej zapiję, wtedy nie wstaję. Ale zwykle obowiązki wygrywają. Dbam o wrażenia i wspomnienia.

A z czego wynika to, że coraz mniej lubisz ludzi?

Coraz trudniej jest poznać człowieka. Ludzie są zajęci sobą. Dodatkowo sprawę utrudnia mi to, że jestem postrzegany przez pryzmat swojego dorobku. Nigdy tego nie chciałem. Gdybym wiedział, że tak będzie, pisałbym pod pseudonimem. Teraz już za późno.

Jak wygląda twój zwykły dzień?

Wstaję bez budzika o wpół do siódmej lub wpół do ósmej. Dzisiaj nie tak wcześnie, bo bardzo późno poszedłem spać. Kot plącze mi się wokół nóg. Rozruch trwa koło godziny. Nastawiam kawę. I wracam na chwilę do łóżka. Słucham metalu lub punka na pobudkę. Włączam komputer, przeglądam ze trzydzieści stron w sieci, odpisuję na najpilniejsze mejle i wiadomości. Sprawdzam torrenty i strony z muzyką. Piętnaście minut rozciągania, brzuszki i inne ćwiczenia. Około ósmej trzydzieści szybki prysznic, wkładam kurtkę i czapkę i schodzę na dół do sklepu. Zawsze tego samego, osiedlowego spożywczego. Kupuję gazetę. Mam zasadę, że kupuję zróżnicowane tygodniki, w poniedziałek „Newsweeka”, w środę „Politykę”, piątek zaczynam z Urbanem. Daje mi to jakiś ogląd. Chociaż, jak wiadomo, wszystko jest po nic. Dużo rozmawiam przez telefon z macochą. Starsza pani lubi sobie pogadać.

Około dziesiątej zabieram się do pisania. Wszystko mi jedno, gdzie pracuję. Miejsce nie ma znaczenia. Mogę pisać, leżąc na kanapie, mogę pisać w pociągu, samolocie, PolskimBusie.

Z rana piszę najważniejszą rzecz, czyli książkę. Publicystykę po południu. Piszę przez trzy godziny. Gdy akurat zdarza mi się skończyć rozdział, w nagrodę tego dnia już nie piszę.

Po trzech godzinach (staram się zawsze napisać minimum tysiąc słów) biegnę na jakieś spotkanie. Dziś miałem spotkanie dotyczące filmu, nad którego scenariuszem pracowałem – z Borcuchem i Twardochem w sprawie ekranizacji Morfiny. Obgadaliśmy nasze kłopoty.

Stamtąd poleciałem na trening. Dzisiaj personalny, więc mnie wymęczyli. Sauna akurat się zepsuła. I prysznice też. Chodzę do francowatej siłowni, muszę ją zmienić. Wróciłem i w niecałe dwie godziny napisałem felietonik o filmie Lśnienie. Potem myślałem, że wyrobię się z obejrzeniem serialu, który mam zrecenzować na wtorek. Ale wiedziałem już, że nie zdążę. Strasznie nie lubię marnować czasu. Ściągnąłem więc ten serial i tłumaczenie i zdążyłem jeszcze zmienić pościel. Nigdy nie zasnąłem na niepościelonym łóżku. Na dziewiętnastą umówiłem się z tobą. A jak wrócę do domu, obejrzę ten odcinek i napiszę felieton. Spać chodzę późno, cierpię na bezsenność. Pomaga mi tylko melatonina. Przed snem czytam książkę. Dbam, by czytać codziennie. Dużo czasu spędzam na głaskaniu kota. Jest namolny i po śmierci swojego kompana łaknie towarzystwa. Myślałem, by wziąć nowego, ale nie chcę robić sobie kłopotu na kolejne piętnaście lat.

ŁUKASZ ORBITOWSKI, urodzony w 1977 roku w Krakowie – pisarz. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikował opowiadania w czasopismach, między innymi „Science Fiction” i „Nowej Fantastyce”, a także felietony, między innymi w „Gazecie Wyborczej” i „Lampie”. Laureat Paszportu „Polityki” za powieść Inna dusza (2015). Obecnie mieszka w Warszawie.

Józef Wilkoń

Sztuka kontrolowanych przypadków

Zalesie Dolne pod Warszawą. Drewniany dom z wielkim ogrodem i stodołą. W stodole i obok w zagrodzie stoją wielkie rzeźby przedstawiające słonie, żyrafy, tygrysy, wiszą ryby i ptaki. W kuchni w kominku pali się ogień, na stole leżą książki, lekarstwa i dokumenty. I stoją dwa kubki z bawarką.

– Przyjechała pani samochodem? – pyta Józef Wilkoń.

– Nie.

– To mogę zaproponować wino.

O dniu i o nocy

Dzisiaj wstałem o jedenastej trzydzieści i to tylko dlatego, że wiedziałem, że pani przychodzi. Inaczej pospałbym pewnie do pierwszej. Po przebudzeniu jem śniadanie, ale często, jeśli minęło już południe, od razu chlapnę zupę. Rano zjadam niewiele, lubię dobry chleb, masło i wszystko, co można zrobić z sera. Przygotowuję sobie biały ser z czosnkiem i pietruszką. Nieraz jem bardzo późno, co podobno nie jest zdrowe, ale przecież wszędzie na świecie jada się do późna.

Nie jestem zbyt regularny, nie mam żelaznego repertuaru zajęć. W ciągu dnia dojrzewam. Lubię dojrzewać całe przedpołudnie. Jestem wtedy klapnięty. Może to już takie lata i kondycja. Nie mogę jednak narzekać, bo w wieku osiemdziesięciu sześciu lat wciąż nie wycofuję się z roboty. Mało tego, pracuje mi się bardzo dobrze, jeśli robię coś podniecającego. Dużo więc pracuję i dużo wypoczywam. Nauczyłem się pracować przy sztucznym świetle. W dzień tylko sprawdzam, czy udało mi się osiągnąć zamierzony efekt. Czasem światło dzienne odkryje, że coś nie wyszło.

Czasem pilny termin jest dobry dla artysty, bo zmusza go do działania, a nie wszystko przecież robi się z entuzjazmem. Koniec końców, niektóre rzeczy, wykonywane z przymusu, na zamówienie, mogą okazać się całkiem udane. Bywało, że pracowałem nocami, aby coś oddać na czas. Teraz najlepiej pracuje mi się od dwudziestej drugiej do drugiej–trzeciej w nocy. Kiedyś wytrzymywałem regularnie do szóstej rano. W dzień ciągle jest coś do roboty, rozmaite domowe zajęcia.

Piję dużo bawarki. Trochę się gimnastykuję. Zakreśliłem sobie takie koło i obliczyłem, że sześć razy muszę okrążyć swoją posesję, by przejść kilometr. W zimne dni wieczorami chodzę dokoła stołu na górze w pracowni. Po ogrodzie chodziłem po śniadaniu. Ruch jest bardzo ważny, jak się tak ciągle siedzi.

Poza tym dłubię w stodole, kręcę się, porządkuję, sprzątam archiwum, są tego całe sterty. Niektóre rzeczy mi poginęły, bo tak je schowałem, że nie mogę teraz znaleźć.

O bałaganie i o odpoczynku

Przy pracy robię okropny burdel. Pracuję spontanicznie. Mam wszystko pod ręką, nie nadążam odkręcać, zakręcać, chować, tusze mi się rozlewają i zasychają… Ten bałagan jest dla mnie wstydliwy. Ale inaczej nie potrafię. Pracuję na brudnym stole, na desce, która sama w sobie jest skorupą rzeczy i czasu. Zniszczyłem tyle dobrych spodni i koszul. Niektóre tusze mają to do siebie, że jak się chlapnie na spodnie – to koniec. Kilka par tak załatwiłem. Dlatego mam spodnie przeznaczone specjalnie do pracy. Nigdy nie pracuję w rękawiczkach, są jak proteza, nic w nich nie czuję.

W swoim ogrodzie pielę i sadzę również bez rękawic. Ręce mam czarne od brudu. Potem szoruję je szczotką.

W ogrodzie mam taki azyl i ciszę, że czasem żal mi wyjeżdżać. Sam sobie ten krajobraz ukształtowałem. Trwało to czterdzieści parę lat. Widać efekty.

Telewizji i radia prawie w ogóle nie włączam. Mam wykupione najróżniejsze kanały. Kiedyś podniecały mnie sprawy polityczne, padała komuna, bacznie to z żoną śledziliśmy, teraz mam to wszystko w nosie. Kiedy jestem u ludzi w gościach, dziwi mnie, jak przyjaciele z pełną zajadłością skaczą sobie do gardeł z powodu polityki. Dwoje inteligentów, jedno nie głupsze od drugiego, a żrą się o takie głupoty. Komedia.

O ruchu i o rzeźbie

Rzeźbą zająłem się późno, w ogóle nigdy się na to nie zanosiło. To, jak i wiele rzeczy w życiu, zawdzięczam roli przypadku.

Kiedyś do naszej pracowni na studiach przyszedł Bandura i powiedział: „O Jezu, znowu Wilkoniowi głowa urosła”. Dotyczyło to rzeźby, którą lepiłem z gliny. Byłem więc pewien, że rzeźba nie jest dla mnie. Potem, jakieś dwadzieścia lat temu, odwiedzili mnie przyjaciele z Niemiec z dziećmi. Aby zająć czymś maluchy, zaczęliśmy się bawić w rzeźbienie. Wykonane rzeźby powiesiłem na murze. Po paru latach, gdy wracałem do domu, spojrzałem na nie i naszła mnie myśl, że przecież to może być sposób ilustrowania. Najpierw wziąłem się do prostych rzeczy: ryb i ptaków, myśląc, że z tych rzeźb zrobię książkę – sfotografuję je i ugraficznię. Zrobiłem tak z książką Psie życie. Nazwałem to ilustracją przestrzenną. Ucieszyło mnie to i nabrałem apetytu – zacząłem robić duże formy, ilustracje przestrzenne. Kiedyś na Mazowieckiej, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, pokazałem je na wystawie. Przyszedł na nią profesor Kucz, rzeźbiarz z Akademii, i mówi: Dobrze ci idzie. A ja na to: To jest ilustracja przestrzenna. Na co on: Przestań pieprzyć, to przecież rzeźba. I w ten sposób stałem się rzeźbiarzem.

A że nie umiem dodawać i lepić, to odejmuję i łączę. Pomaga mi sama natura, która ma już w surowcu elementy wypracowane przez wiatr czy wodę. Oczywiście mam na myśli drewno, bo na kamieniu nie znam się kompletnie i nie dotykam go. Piła czy siekiera pozwalają mi błyskawicznie odjąć od bryły wszystko, co jest zbędne. Trochę mi to przypomina rzeczy, które od dawna robiłem w ilustracji.

Pierwsza książka wzięła się z uderzenia pędzla. Interesował mnie ruch zwierzęcia, jego dynamika – chciałem, by powstała z ruchu pędzla. Coś na kształt sztuki japońskich mistrzów. Chodzi o kunszt, ten szybki, błyskawiczny, wypracowany w warsztacie gest.

Podoba mi się, jak mokry papier przyjmuje farby. Interesuje mnie wykorzystanie mechanicznej, samodzielnej, autonomicznej dynamiki samej materii. Zacząłem się tym bawić w latach sześćdziesiątych. Farba w wodzie rozprzestrzenia się w sposób sobie właściwy, tworząc piękne rzeczy. Jest to oczywiście przypadek. A przypadek to dla mnie rzecz szalenie istotna.

Chodzi o kult plamy – taszyzm, tę wspaniałą dynamikę rzucania plamy – kształt jest w dużej mierze dziełem przypadku, który artysta kontroluje tak, jak chce. To jest podniecające – fakt, że to się przejmuje, że jest to własne, ale jednak przypadkowe.

Przypadek sprawił, że Kandinsky odwrócił obraz do góry nogami. Do dziś każdy dobry malarz, by sprawdzić, czy dobrze namalował, odwraca obraz do góry nogami, żeby zobaczyć tylko jego harmonię.

O koncepcji i o podróżach

Koncepcja zawsze długo mi chodzi po łbie. Zajmuje dużo czasu. Najlepiej wymyślało mi się w samochodzie. Na szczęście miałem dobrego kierowcę – żona przejechała ze mną kilkaset tysięcy kilometrów. Sam prowadziłem tylko wtedy, gdy ona się napiła i odwoziłem ją do domu. Ale była zdecydowanie lepszym kierowcą. Kochała prowadzić, był to dla niej relaks, mogła jechać tysiąc kilometrów bez przerwy, ja tylko podawałem jej frytki albo coś innego do jedzenia. I robiłem notatki z podróży – szkicowałem widoki. Patrzyłem przez okno samochodu i ciągle widziałem coś wspaniałego. Notowałem bez kontroli. Lubiłem bardzo to, co wtedy powstawało. Potem, w domu, z tych szkiców tworzyłem obrazy.

W podróży nie przeszkadza mi, że jestem to tu, to tam o różnych porach. Dobrze śpię wszędzie, gdzie przyłożę głowę do poduszki. Nie lubię jednak pracować w hotelach. Wszystko, co zrobiłem na wyjeździe, wychodziło mi gorzej niż u siebie.

O technologii i o cywilizacji

Telefonu nie wyłączam, mało tego, robię straszne głupstwa – nieraz dzwonił mi w kościele, na jakimś pogrzebie. Nie potrafiłem go wyłączyć, nie posługuję się biegle elektroniką. Nie mając o niej zielonego pojęcia, zrobiłem książkę Zbuntowany elektron – palcem po iPadzie. Udowodniłem, że elektronika zmieniła świat jak nic innego, telefon stał się najważniejszym przedmiotem użytkowym współczesnego człowieka, wykładnią cywilizacji. Bez tego gówienka nie można się poruszyć i żyć. Mikroelektronika – pendrive’y, a nawet iPady, to dla mnie magia. Ja tego nie rozumiem, ale wiem, że jest istotne.

Nauczyłem się odbierać mejle i nawet potrafię odpisać. Nie posługuję się jednak photoshopami i innymi takimi. Mam zaprzyjaźnionego faceta, który mi w tym pomaga, jeśli dana książka tego wymaga. Siadamy razem przed komputerem i robimy cuda na kiju.

O przypadkach i planowaniu

W moim życiu szalenie wiele wynikło z przypadku, szczęśliwego zbiegu okoliczności. Podczas okupacji kilkakrotnie uratowałem głowę całkowitym przypadkiem. Przypadek sprawił, że zająłem się rzeźbą. Przypadek sprawił, że poznałem swoją żonę. Pobraliśmy się po dwóch tygodniach znajomości. Mam dużo niewiary i podejrzliwości w stosunku do ludzi, którzy twierdzą, że organizują sobie życie, jak chcą i jak zaplanują. Planować można coś z grubsza. Zaplanowałem, owszem, że będę malarzem, ale to przypadek sprawił, że miałem znakomitych profesorów: intelektualistów z poczuciem humoru i dystansem.

Wszechświat stoi na przypadku. Jest sumą przypadków, wiecznym chaosem, wiecznym ruchem. Zasady tego ruchu i jego fizyka jakoś są ustanowione przez naturę. Wiem, że istnieją osobniki, które funkcjonują według wcześniej ułożonego planu. Jakiś porządek musi w tym wszystkim być. U mnie ten wyższy porządek polega na tym, że czuję potrzebę działania. Zmienia się tylko taktyka. Pewnie gdybym był absolutnym niechlujem, gówno bym zrobił. Jestem elastyczny, dostosowuję się do tego, co się dzieje. Bycie ułożonym nie zawsze się sprawdza – dostaje się w dupę, jak ten porządek się burzy. Lepiej się nie przyzwyczajać. Bywa, że materia stawia opór, niektórych rzeczy nie można przyspieszyć. Aby osiągnąć zamierzony efekt, trzeba je prowadzić z dyscypliną i spokojem.

Dłubanina sprawia mi kłopot. Lubię szybkie decyzje i natychmiastowy efekt. Ale satysfakcja z przesiedzianych godzin jest ogromna.

Ciśnienie z zewnątrz czułem, kiedy urodził nam się synek, a nie byliśmy zamożni, jakoś musieliśmy dawać sobie radę. Dlatego szedłem na kompromisy. Podczas pierwszego zagranicznego wyjazdu do Paryża z wielką teczką swoich prac chodziłem od wydawcy do wydawcy. Aż miałem śliwy na rękach od dźwigania. I to też przypadek sprawił, że na ulicy spotkałem wtedy Aleksandra Wata, kolegę z historii sztuki, który ożenił się z córką dyrektora administracyjnego wydawnictwa Flammarion. Zobaczył tę moją teczkę i dwa dni później miałem już zamówienie na książkę. Przedłużyłem pobyt i do Warszawy wróciłem eleganckim peugeotem.

O próbowaniu i o zmianach

Chciałem spróbować wszystkiego. W jednej opracowanej technice pracy trudno było mi długo wytrzymać. W mojej twórczości są skrajnie różne okresy. Ciecze, woda, taszyzm, potem twarde rzeczy, potem tempera, folia, pastele, rzeźba…

Jak się czymś umęczę, przeskakuję na inną technikę.

I znowu: przypadek sprawił, że moim sąsiadem był wspaniały reżyser filmów animowanych Mirek Kijowicz. On dysponował taką folią używaną w animacji. I na niej trochę pracowałem.

Potem (znowu przypadek) zauważyłem w sklepie, że cukier jest pakowany w worki ze wspaniałego papieru. Takiego papieru już nie ma. Mocny, nie do rozerwania, o gruzłowatej strukturze i ślicznym beżowym kolorze. Jak na nim rysowałem, miałem wrażenie, że to utkany gobelin. Ciekłe farby wnikały w całość, a pastele ślizgały się po powierzchni – jak w tkaninie przeplatające się sploty. Panie ekspedientki mi te worki odkładały.

O pracy i o szczęściu

Praca jest najpoważniejszą sprawą w życiu, daje zadowolenie. Bardzo wysoko ją sobie cenię. Jest dla mnie szczęściem i motorem. Staliśmy się ludźmi twórczymi, kiedy zaczęliśmy pracować. Osoby, które stykają się ze starością, mówią mi, że jestem szczęściarzem, bo dzięki pracy mam powód, żeby żyć. Niektórzy cieszą się, że odpoczną na emeryturze. Ja uważam, że emerytura jest nieszczęściem.

Matka zawsze powtarzała, że jestem w czepku urodzony. I rzeczywiście – uważam się za szczęściarza. Mimo że dostałem w życiu nieźle w dupę: umarła moja kochana żona, mój syn jest kaleką. Ale nie mam prawa narzekać na los. Oczywiście, miewam podłe chwile, ale nie jęczę, nie ma we mnie goryczy. Wciąż dostaję dobre zlecenia i nagrody. Cieszy mnie to, co mi wychodzi. Mam szczęście, że nie drżą mi ręce, mogę pracować i tak lać wódkę, że nie rozlewam ani kropelki.

JÓZEF WILKOŃ, urodzony w 1930 roku w Bogucicach koło Wieliczki – ilustrator, malarz, rzeźbiarz. Jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (Wydział Malarstwa) i historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zilustrował blisko dwieście książek dla dzieci i dorosłych wydanych w kraju i kilkadziesiąt wydanych za granicą. Wielokrotnie nagradzany zarówno w Polsce, jak i na świecie. Mieszka w Zalesiu Dolnym.

Redakcja: Zofia Sawicka

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Marek Arcisz

Projekt okładki: Joanna Strękowska

Układ typograficzny, łamanie: Anna Hegman

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4396-1

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami