Zawisza Czarny. Aragonia

Zawisza Czarny. Aragonia

Autorzy: Szymon Jędrusiak

Wydawnictwo: Bukowy Las

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 504

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 19.90 zł

Zawisza Czarny to nasz największy bohater z czasów średniowiecza. Zręczny dyplomata, biegły w wojennym rzemiośle rycerz, zapobiegliwy gospodarz, który służąc królom polskiemu i węgierskiemu, dorobił się sporego majątku. Nie był człowiekiem bez skazy: w młodości groziła mu ekskomunika za występki przeciwko biskupowi; pił piwo ponad miarę, nie spłacał długów w terminie, procesował się o pieniądze, nie respektował wyroków sądów, stawał z orężem przeciwko wymiarowi sprawiedliwości. A jednak z jakichś powodów stał się już dla współczesnych symbolem wszelkich cnót, bohaterem narodowym. 

Druga połowa XIV wieku, nadzwyczaj burzliwego stulecia w dziejach Europy. Korona Aragonii jest jednym z najbardziej rozwiniętych handlowo królestw ówczesnego świata, miejscem styku wielu kultur i obyczajów. W takich okolicznościach poznajemy młodego rycerza herbu Sulima, Zawiszę Czarnego z Garbowa. Pojedynkuje się, biesiaduje i walczy o życie. Tymczasem na Wschodzie rodzi się nowa potęga: Polska.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Saragossa

Brugia

Część I

Część II

Od autora

Wybrane postaci historyczne

Słowniczek

Okładka

Copyright © by Szymon Jędrusiak, 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-8074-083-9

PROJEKT OKŁADKI: Małgorzata Flis

REDAKCJA: „Sztuka i słowo”: Daria Demidowicz-Domanasiewicz

KOREKTA: Bogusława Otfinowska

REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

Wydanie II zmienione

WYDAWCA:

Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o.

ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław

www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR:

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01

www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Ciury ruszają i potykają się w boju, a bohaterowie ruszają i zwyciężają.

Talmud (Berachot 53)

Saragossa

27. dzień miesiąca elul roku 5146, wedle miary chrześcijan 1 września roku Pańskiego 1386

Szykowałem się do szkoły. Nie spodziewałem się niczego szczególnego po tym dniu. Na koszulę – odkąd pamiętam, była na mnie za duża – wciągnąłem tunikę w naturalnym kolorze wełny, zamiast pasa zacisnąłem zwykły rzemień, a na stopy wsunąłem sandały na cienkim korku, które nie przydawały mi ani powagi, ani wzrostu.

Szkoła znajdowała się w starej dzielnicy żydowskiej, a nasz dom w nowej, przeszedłem więc dzielący obie części trakt el Coso i minąwszy główną bramę, zwaną la Ferriza, znalazłem się w pradawnej części żydowskiej aljamy, zamkniętej murami z rozkazu króla dawno temu, tak dawno, że nie żył już nikt w Saragossie, kto pamiętałby czasy otwartego miasta. Panowały tu ciasnota i zaduch; ulice układały się w nieładzie, placyki mające dawać wytchnienie w tym budowlanym natłoku były zbyt małe, domy wpychały się jeden w drugi, tak że każdy łokieć ziemi czy wystający kamień z niestarannie ułożonego ogrodzenia były tu wystarczającym pretekstem do sąsiedzkich kłótni.

Doszedłem do Castillo, czyli wznoszącego się nieopodal głównej bramy zamku – żydowskiego schronienia podczas zamieszek, a więzienia, rzeźni i synagogi w czasach spokojnych. Skręciłem w lewo w ulicę de la Carnicería, czyli Rzeźniczą (tak ją nazywano, bo wychodziła wprost na zamkową rzeźnię), by przeciskając się między przechodniami i ceglanymi fasadami niewielkich domów, wejść w ulicę de la Argentería, czyli Jubilerską, bo upodobali ją sobie wytwórcy srebrnych precjozów. Tędy dochodziło się do niewielkiego placu z główną synagogą miasta, targiem mięsnym i szkołą talmudyczną, w której uczyłem się już od sześciu lat.

De la Argentería była najwęższą ulicą żydowskiej dzielnicy. Starsi chłopcy, gdy wyciągnęli ramiona, mogli przejść ją całą, dotykając czubkami palców przeciwległych fasad domów. Dzieciom się to nie udawało, tak więc wszyscy co jakiś czas poddawaliśmy się tu próbie dorosłości. Z mojej grupy tylko trzej chłopcy ją zaliczyli: Jacob, Abram i Izaak. Nic dziwnego, byli najstarsi. Wszyscy trzej mnie prześladowali. To przez nich lata szkoły wspominam z goryczą.

Jacob i Abram to bliźniacy zrodzeni z handlarki mięsem i saragoskiego wytwórcy łapci. W szkole często się z nich śmiano, bo wokół ich domu, położonego niedaleko szkoły, zawsze cuchnęło bydlęcymi skórami, które łapciarz suszył w obejściu. Kiedy smród przybierał na sile, dzieci w szkole na widok Jacoba i Abrama ostentacyjnie zatykały nosy. A ci brali wówczas odwet na mnie, bo miałem niepewne pochodzenie i nie umiałem się bronić.

Izaak z kolei uchodził za najsilniejszego w całej szkole; wyrósł na olbrzyma, bo jadał dużo i dobrze – jego ojciec handlował mięsem i pełnił funkcję oficjalnego rzezaka saragoskiej gminy.

Wszyscy trzej pochodzili z niższych warstw żydowskiej społeczności i trzymali ze sobą. Ja natomiast od śmierci matki mieszkałem w domu wuja, Salomona Abnarrabíego, jednego z najzamożniejszych i najbardziej wpływowych Żydów Saragossy.

Kiedy mijałem kilka ustawionych koło siebie nędznych straganów, z bocznej uliczki prowadzącej do domu łapciarza uderzył mnie wyjątkowo dziś napastliwy smród wyprawianych skór. Chłopcy, którzy nadchodzili z tego kierunku, gdy tylko zobaczyli Jacoba i Abrama, chwycili się za nosy. Rozpadało się. Jeden z uczniów poślizgnął się na mokrym progu i wolał się potłuc, niż odjąć rękę od twarzy. Roześmiałem się na ten widok i również zatkałem nos. Abram to zobaczył. Natychmiast podszedł i uderzył mnie łokciem w brzuch.

– Dziś umrzesz ze śmiechu, brudasie!

Pod koniec lekcji znów zaczęło padać. Po szkole – zamiast wymierzyć mi zwykłe kuksańce, czego się spodziewałem – trzej oprawcy wzięli mnie pod ramiona i zawlekli do małej szopy, gdzie w deszczową pogodę ojciec Jacoba i Abrama chował świeże skóry przeznaczone do suszenia. Tam cisnęli mnie na ziemię.

W szopie stało kilkadziesiąt drewnianych ram z rozpiętymi na krzyż owczymi skórami. Niektóre ruszały się od robaków. Smród odjął mi oddech. Huczało od much.

Jacob trzymał drzwi otwarte na oścież, żeby było cokolwiek widać. Abram pochylił się nade mną. Prawą ręką złapał mnie za tunikę pod szyją, a lewą wycelował w środek szopy, wrzeszcząc mi w twarz:

– Patrz, jak skończysz! Zedrzemy z ciebie skórę jak z tych owiec, padalcu. Śmierdziało ci? To sobie tu posiedzisz, aż skruszejesz.

Najbardziej bałem się Izaaka. Jacob i Abram częściej mi dokuczali, ale Izaak potrafił mocniej bić. Teraz on pochylił się nade mną.

– Zanim zedrą z ciebie skórę – sapał – powisisz za nogi… Przyjdę wieczorem i poderżnę ci gardło, żebyś odciekł, a rano sprzedam mięso gojom. Często u nas kupują. Chciało się mamusi parzyć z gojem? To ty też do nich trafisz… po kawałku.

Podniósł mnie z ziemi i pchnął na ścianę. Uderzyłem w nią tyłem głowy i prawie straciłem przytomność. Słyszałem, jak zamykają za sobą ciężkie drzwi na skobel. W całkowitej ciemności bzyczenie much stało się jeszcze bardziej dokuczliwe. Dusiłem się od smrodu, szopa była szczelna, nie miała okien. Siedziałem oparty o ścianę, bojąc się ruszyć z miejsca, by nie wpaść na rozwarte jak do uścisku owcze skóry.

Po wielu godzinach szum deszczu ustał i wąski snop słonecznego światła przebił dach, rozświetlił w swym wnętrzu gęste od pyłu powietrze i zatrzymał się na stole. Muchy zaczęły się pchać do tej jasnej plamy, by ogrzać tłuste cielska. Zapadałem w drzemkę albo traciłem przytomność. W majakach między snem a jawą widziałem swoich oprawców, jak wieszają mnie u powały. Chwilami odzyskiwałem przytomność umysłu, otwierałem oczy. Słoneczna plama powoli jak ślimak przesuwała się po stole. Gdy za którymś razem na nią spojrzałem, ukazał się w niej kawałek drewnianej rękojeści. Potem już bez ruchu, nie zważając na muchy wpychające mi się do oczu i ust, śledziłem wzrokiem żółty krąg, jak powoli sunął po szerokim nożu, aż ześlizgnął się z czubka ostrza i zgasł. Po chwili znów usłyszałem krople deszczu bijące o dach.

Musiało minąć sporo czasu. Oprzytomniałem na hałas gwałtownie rozwartych drzwi. Zobaczyłem w nich Izaaka.

Szopa rozjaśniła się na chwilę, a ukrzyżowane skóry wychynęły z ciemności. Izaak, gdy mnie dojrzał, puścił drzwi i te zamknęły się z łoskotem, znów pogrążając wnętrze w mroku. Szedł powoli w moją stronę, potykając się o ramy. Hałas i gwałtowny napływ świeżego powietrza rozbudziły roje much, które znów rozpętały wściekły jazgot, zagłuszając jego kroki; uderzały po twarzy, szyi, rękach, jak targany wiatrem suchy deszcz. Wstałem i ostrożnie podszedłem do stołu. Bardziej w wyobraźni niż oczami zobaczyłem, jak Izaak nachyla się nad miejscem, gdzie przed chwilą siedziałem. Wyciągnął rękę i natrafił na pustkę. Stanąłem tuż za nim, widziałem zarys jego postaci. Izaak wyprostował się i powoli, niepewnie obracał głowę w jedną i drugą stronę, starając się coś dostrzec w mroku. Uniosłem nóż. Gdy gwałtownie się odwrócił, uderzyłem na odlew. Ciepła krew zalała mi oczy, a lawina much zwabiona jej słodkim zapachem runęła na mnie i przydusiła jak zarzucony na głowę koc.

Znalazł nas ojciec Jacoba i Abrama, właściciel garbarni. Izaak miał rozcięte gardło, ja leżałem nieprzytomny obok. Krew nie zdążyła jeszcze wsiąknąć w ziemię. Obok ciała Izaaka znaleziono ciężki nóż do skórowania.

Miałem wówczas czternaście lat. Sprawę oddano pod osąd merina. Groziła mi albo grzywna za nieumyślne zadanie śmierci, albo szubienica za morderstwo. Werdykt zależał od sędziego i od nacisków, jakim zostanie poddany. Sprawa ciągnęła się kilka miesięcy. Abram i Jacob ze łzami w oczach zeznali, że zamknęli mnie w szopie dla żartu, nie zamierzali zrobić mi krzywdy. W sądzie królewskim dzięki autorytetowi mojego wuja uznano, że zabiłem Izaaka nieumyślnie. Wieszanie wyrostka nic by królowi nie dało, a tak Salomon Abnarrabí wpłacił do jego kasy pięćset florenów kary przewidzianej prawem w takich przypadkach. Uratowało mnie też to, że widziano w okolicy szajkę złodziei. Sędzia musiał brać pod uwagę, że to oni mogli zakraść się do szopy i dokonać zbrodni. Ja nigdy się do niej nie przyznałem. Ani przed sobą, ani przed światem.

Zostałem przeniesiony do szkoły w nowej dzielnicy żydowskiej.

Na skutek tego tragicznego wypadku i poruszenia, jaki wywołał w całej żydowskiej Saragossie, wuj zdecydował po roku, że nie będę kontynuował nauki (mimo iż magid, nauczyciel, przepowiadał mi karierę rabina) i postanowił znaleźć dla mnie jakiś warsztat, gdzie mógłbym przyuczyć się do zawodu. Jedynym Żydem, który zgodził się mnie przyjąć, był Abraham Abencanyas, przyjaciel domu, wielki kupiec i najlepszy tkacz w Saragossie.

Brugia

14. dzień maja roku Pańskiego 1390

W jednej z brugijskich karczem, pomiędzy Wielkim Targiem a placem Żurawia, zasiedli przy stole: doradca króla Aragonii don Francisco de Aranda w towarzystwie trzech żołnierzy eskorty oraz polski rycerz Zawisza, któremu towarzyszyło kilku kupców. Zawisza był młodym, ledwie dwudziestoletnim mężem, zaufanym posłańcem Jana z Tęczyna, starosty sieradzkiego, jednej z najważniejszych postaci na dworze polskiego króla.

Spotkanie zostało wcześniej zaplanowane i starannie przygotowane, choć mogło wyglądać jak kolejna przypadkowa wielonarodowościowa biesiada, nic nadzwyczajnego w tym najbardziej handlowym mieście Europy. Pito gaskońskie wina i flandryjskie piwa, stół zastawiony był misami z gorącym i zimnym jadłem. Dyskutowano zawzięcie, co chwila ktoś wybuchał śmiechem, choć jedynie polski rycerz i królewski doradca znali łacinę na tyle, by móc swobodnie rozmawiać.

Kiedy skończono jeść, karczmarz z pomocą służby uprzątnął stół i doniósł kilka dzbanów wina. Don Francisco de Aranda odchylił się do tyłu, oparł plecami o ścianę, ciężko westchnął, potem powiedział coś do siedzących po jego prawej ręce żołnierzy. Ci skinęli głowami, posłusznie wstali, każdy wziął do ręki dzban z winem i razem przeszli do jednego z wolnych stołów po drugiej stronie izby. Wtedy Zawisza spojrzał wymownie na polskich kupców. Oni również podnieśli się z ławy, by pójść w ślady aragońskich żołnierzy.

Rycerz odczekał chwilę, po czym zaczął:

– Tak jak pisaliśmy w listach, blokada dróg do Prus wkrótce zostanie przez króla ogłoszona.

– Dostanę gwarancję na piśmie? – spytał Aranda.

– Ręczę słowem. Lepszej gwarancji nie znajdziesz.

Aragończyk się roześmiał. Udając się na to spotkanie, postanowił sobie, że będzie naciskał na pisemne potwierdzenie wszystkich obietnic. Taki papier można potem wykorzystać na wiele sposobów. Coś mówiło mu jednak, że upór w tej chwili nie jest najwłaściwszą drogą. Czuł, że musi zaufać słowu polskiego rycerza. Że musi i że… może.

Podobał mu się ten młodzieniec. Zawisza zwracał się do niego jak do swoich żołnierzy, mimo że Aranda był jednym z najważniejszych dworzan potężnego króla Aragonii Jana. Oczywiście można to złożyć na karb bariery językowej, jaka dzieliła rozmówców. Obaj władali łaciną dość biegle, jednak skupiali się na meritum omawianych spraw; kwestie tytulatury schodziły na dalszy plan.

Za kilka miesięcy Zawisza miał przybyć do Aragonii, by stanąć do bardzo ważnego pojedynku. Takie uzgodnienia poczynił Aranda z Janem z Tęczyna. Pojedynek ten zadecyduje o losie don Francisca de Arandy. Polski starosta zapewnił go, że żaden z wojowników stąpających po ziemi nie dotrzyma pola Zawiszy. To tylko słowa, trzeba będzie poddać młodzieńca turniejowym próbom, ale… Dworzanin musiał przyznać, że siedzący przed nim rycerz odznaczał się rzadko spotykaną w tym wieku godnością. Uwagę przykuwała jego smagła, przystojna twarz, żywe czarne oczy, z których biła pewność siebie, ale też osobliwa dzikość, a może nawet okrucieństwo. To tylko pierwsze wrażenie. Ważne, ale nie rozstrzygające.

Aranda wybił się ze szlacheckich nizin do szczytów władzy przede wszystkim dzięki temu, że umiał szybko i trafnie oceniać ludzi. Bez tego daru ani rusz w polityce. Z łatwością odróżniał szaty od przebrania, oblicze od maski, postawę od pozy. Choć równocześnie nie przywiązywał się do raz wydanego osądu. Był cierpliwy. Im więcej czasu, tym więcej prawdy.

– Znasz datę? – spytał Aragończyk.

– Tak. Król wyda dekret z początkiem lipca. Masz dwa miesiące, żeby przygotować statki.

– Które porty?

– Stralsund, Greiswald albo Anklam. – Zawisza otarł usta serwetą, sięgnął po wino. – Ale jeśli interesuje cię miedź, jak pisałeś, to mój pan poleca Anklam. Kupcy będą uprzedzeni, by towar sprzedać w pierwszej kolejności tobie.

– Jak długo potrwa blokada?

– Dziewięć miesięcy i ani dnia dłużej. Po dziewięciu miesiącach, kiedy wszyscy będą pchać się do Anklam, ty znów obstawisz Gdańsk.

Aranda skinął głową.

– Co chcecie w zamian?

– To co zawsze. – Zawisza położył na stole kilka złożonych na czworo, zalakowanych listów i przesunął je w kierunku Arandy. – Tu są pisma od mojego pana.

Aragończyk wziął listy i wsunął do wewnętrznej kieszeni kaftana.

– I jeszcze coś… – Młodzieniec wwiercił w rozmówcę spojrzenie przenikliwych czarnych oczu.

Aranda nie spuścił wzroku, przyjął to ze spokojem. Informacja o blokadzie dróg do Prus warta była górę złota. Spodziewał się, że oczekiwania wobec niego będą większe niż zazwyczaj.

– Interesuje nas jeden z agentów spółki Datiniego… – zaczął Zawisza.

Dworzanin uniósł brwi. To nowość. Sprawy handlowe nigdy Polaków nie zaprzątały. Wszystkie zadania, jakie dotąd dla nich wykonywał, dotyczyły polityki, wiązały się zawsze w taki czy inny sposób z krzyżackim państwem, które niczym wściekły pies kąsało Polaków od północy.

– To Genueńczyk, niejaki Piero Clerici – oznajmił rycerz. – Jego interesów w Królestwie Aragonii pilnuje Martin van der Beurse, przedstawiciel Hanzy osiadły w Walencji.

Aranda lekko pochylił głowę. Zawisza to zauważył.

– Znasz ich?

– Pierwszego nie, drugiego tak. – Aragończyk uśmiechnął się. – W czym wam zawinili?

– Oni w niczym. Chcemy dobrać się do skóry ich wspólnikowi.

Aranda poczuł ukłucie niepokoju. Dostarczał najróżniejszych informacji polskiemu wywiadowi i wpływał na decyzję swojego króla w sprawach ważkich dla polskiej polityki. Ale to nigdy nie kolidowało z interesami Aragonii. I nie chodziło o jakieś wyrzuty sumienia. Aranda takich nie odczuwał, nie był aragońskim patriotą. Po prostu w razie wpadki…

Walencja, cała Aragonia, żyła z handlu, a wojny handlowe są krwawe i przynoszą więcej ofiar niż wojny na ogień i miecz; Aranda wolałby ich nie prowadzić przeciwko własnemu królowi. Ale może Polakom nie o to chodzi?

– Ten wspólnik nazywa się Karol von Lichtenstein – dopowiedział Zawisza. – To zakonnik, krzyżacki komtur.

– Zakon handluje z Walencją?

– Z Alicante – odparł rycerz. – I nie zakon, ale Lichtenstein na własną rękę. Karol von Lichtenstein dostarcza zboże do Alicante. A my chcemy mu zaszkodzić.

– Co jeszcze wiecie?

Zawisza rozłożył ręce.

– Nic poza tym, co jest w tych pismach. Dlatego zwracamy się do ciebie, panie…

Po raz pierwszy dziś użyty i przesadnie zaakcentowany grzecznościowy zwrot nieco zirytował dworzanina. Pomyślał, że jeśli nie okiełzna tego młodzieńca od razu pierwszego dnia, to potem już mu się to nie uda.

– No ale…

Aranda przerwał, bo od stołu, do którego przesiedli się aragońscy żołnierze i polscy kupcy, zaczęły dobiegać jakieś okrzyki.

Zawisza obrócił głowę. Kilku mężczyzn, zapewne miejscowych, sądząc po ubiorze, otoczyło jednego z Aragończyków; wymachiwali rękoma, krzyczeli. Mieli o coś pretensje, tak przynajmniej wynikało z gestów, bo mówili w języku, którego Zawisza nie rozumiał. Wyglądało to jak jedna z pospolitych karczemnych awantur, które kończą się na krzykach i wygrażaniu pięściami. Tu też chyba nie zanosiło się na bójkę. W roli intruzów występowało czterech mieszczan, przy stole zaś siedziało pięciu ludzi, z których trzej to żołnierze. Łatwo ich rozpoznać po jednolitym ubiorze i znakach na piersi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie napastuje żołnierzy, nie mając zdecydowanej liczebnej przewagi.

– Ci brugijczycy są trzeźwi – rzucił Zawisza z nutą niepokoju w głosie.

– To co z tego?

Aranda widział, że jego ludzie nie zadali sobie trudu, by wstać od stołu; siedzieli rozparci na ławie i z rozbawieniem przyglądali się krzykaczom. To go uspokoiło; żołnierze zareagowaliby inaczej, gdyby spodziewali się zagrożenia.

– Mają noże. Schowane pod kaftanami. – Na twarzy Zawiszy malowało się coraz większe napięcie. – I żadni z nich mieszczanie…

– Skąd to wiesz? – spytał Aragończyk z niedowierzaniem.

Zawisza nie zdążył odpowiedzieć, bo jeden z krzykaczy odłączył się nagle od grupy, podszedł do najbliżej siedzącego kupca i bez ostrzeżenia uderzył go pięścią w twarz. Drugi z Polaków oraz wszyscy Aragończycy zerwali się na nogi. Jakby na umówiony sygnał do karczmy wbiegło jeszcze kilku ludzi. Ci także nie nosili żołnierskich strojów, ale mimo masywnych sylwetek poruszali się lekko i zwinnie. Rozpoczęła się chaotyczna bójka. Napastników było teraz więcej, łatwo zdobyli przewagę, bili pięściami szybko, mocno i z wielką wprawą. Reszta gości roztropnie porzuciła swoje stoły, by jak najszybciej znaleźć się pod ścianą i oglądać przedstawienie z bezpiecznej odległości.

Zawisza poderwał się z ławy, chwycił jeden ze stołków, szybkim krokiem przemierzył izbę, wziął szeroki zamach i uderzył w tył głowy jednego z napastników. Cios był niespodziewany, brugijczycy nie przewidzieli, że ich ofiary rozdzieliły siły przed bitwą. Uderzony zatoczył się do przodu; upadł na kolana. Jeden z jego towarzyszy – wysoki, wyróżniający się na tle pozostałych wyglądem i bogatszym strojem – rzucił Polakowi wściekłe spojrzenie, wydobył zza pasa nóż. Jako jedyny wyglądał na podpitego, a jego powolne ruchy wskazywały, że w przeciwieństwie do swych kompanów nigdy nie zarabiał na życie wojowaniem. Zawisza nie miał broni, ale wiedział, że poradzi sobie z napastnikiem. Brugijczyk postąpił parę kroków w kierunku Zawiszy i gdy znalazł się już wystarczająco blisko, wyrzucił uzbrojoną w nóż rękę do przodu. Rycerz lewą dłonią odbił pchnięcie, obrócił się, prawym przedramieniem zablokował łokieć napastnika i gwałtownie naparł piersią na zakleszczoną rękę; rozległ się trzask łamanej kości; zanim skowyt bólu wybrzmiał na dobre, Zawisza błyskawicznie odstąpił pół kroku w tył, jego pięść wzięła krótki zamach i spadła jak kamień na twarz brugijczyka. Trysnęła krew. Mężczyzna upadłby, gdyby nie podtrzymał go jeden z kompanów, który wyrósł za nim jak spod ziemi.

Zawisza spodziewał się, że przyjdzie mu teraz stoczyć walkę z kolejnym przeciwnikiem, znacznie masywniejszym, groźniejszym. Zrobił więc szybki krok w ich stronę. Musiał zaatakować pierwszy, jeśli chciał wyjść z tego cało. Ale zamiast stanąć do walki, potężny brugijczyk rzucił znad ramienia rannego towarzysza krótkie tryumfalne spojrzenie. Potem pchnął go w kierunku nadchodzącego Zawiszy. Ten instynktownie uderzył łokciem opadające ciało, które runęło na podłogę jak ścięte drzewo.

I nagle wszyscy napastnicy, niczym stado drapieżnych ptaków przywołane jakimś niesłyszalnym rozkazem, opuścili pięści i wymknęli się z karczmy równie niespodziewanie, jak się w niej pojawili.

Atak nożem na nieuzbrojonego to haniebny postępek. To nie pole bitwy, gdzie wszystko jest dozwolone, lecz karczma; tu jakieś zasady obowiązują. Zawisza podniósł nóż z ziemi, przyklęknął i pochylił się nad leżącym, by należycie go ukarać. Ale zaniechał planu. Mężczyzna nie oddychał. Miał szeroko otwarte oczy i rozchylone usta, jakby dopiero co przecisnęła się przez nie dusza.

Wypływająca spod ciała kałuża krwi szybko się poszerzała. Zawisza wstał z kolan, żeby się nie pobrudzić. Obrócił ciało. Kubrak był rozcięty poniżej łopatki, blisko kręgosłupa; błękitne sukno przybrało na całych plecach ciemnoczerwoną barwę.

Aranda krzyknął coś do swoich ludzi; ci, zataczając się lekko po otrzymanych ciosach, wstrząsając głowami dla przywrócenia pełnej przytomności, zaczęli podnosić polskich kupców z ziemi i wyprowadzać z karczmy.

– Wyrzuć ten nóż! I chodźmy stąd. – Aranda ujął Zawiszę pod ramię i pociągnął go w stronę wyjścia.

– Nie wypuszczą cię z miasta – wydyszał Aranda. Szli szybkim krokiem w stronę placu Beurs. Byle dalej od trupa. – Jest sobota, w poniedziałek rano przyjdą po ciebie straże.

– To nie ja go rozciąłem! – burknął Zawisza.

– Wszyscy świadkowie wskażą na ciebie! Ty się z nim biłeś! Klęczałeś nad nim z nożem… Wiesz, kto się tam wykrwawił? To był Pieter Howoschild, wnuk samego Lubertusa Howoschilda. To najbardziej wpływowa rodzina w Brugii.

– Król się o mnie upomni!

– Nie wątpię! – zgodził się Aranda. – Ale zanim się to stanie, zakatują cię w lochach. – Nie zwalniał kroku. Myśli bezładnie przelatywały mu przez głowę. – Popłyniesz z nami! – rzucił w końcu zdecydowanym głosem.

– Kiedy?

– Jutro.

– W niedzielę?

– Zaraz każę przygotować statek. Znam ludzi w porcie, nie zatrzymają mnie.

– Dokąd?

– Do Aragonii.

– To niemożliwe! – wykrzyknął Zawisza. – Mam inne…

– Nie masz wyjścia – uciął Aranda. – Nie pozwolę, by cię aresztowali. I tak niedługo miałeś tam płynąć.

Zawisza zmarszczył czoło i posłał mu zdziwione spojrzenie.

Część I

1

Saragossa, 8. dzień miesiąca tiszri roku 5151, dla chrześcijan niedziela, 25. dzień września roku Pańskiego 1390

Obudziłem się zziębnięty. Siadłem na brzegu łóżka, narzuciłem na ramiona miękką baranicę, w bezruchu czekałem na ciepło i przypływ myśli. I na wschód słońca.

Rozgrzany, w pełni już świadomy, kim i gdzie jestem, usłyszałem łomot. To nocni strażnicy z bractwa Lelezmuroz, odpowiedzialni za bezpieczeństwo żydowskiej aljamy, snuli się po ulicy i walili kijami w okiennice. Schodzili już z patrolu i to było ich ostatnie zadanie: dopilnować, aby nikt nie zaniedbał porannej modlitwy. Przepędzali Żydom sny z głów, gorliwcy.

Gdy po odgłosie kroków poznałem, że są już pod moim oknem, gwałtownie rozwarłem okiennice, wzniosłem na wysokość okna pełny po brzegi nocnik i chlusnąłem na zewnątrz. Na dźwięk przekleństw stanąłem na taborecie i wychyliłem się na ulicę; posłałem obu strażnikom gorące przeprosiny, udając zaskoczenie. Byłem usprawiedliwiony: okno, jedyne w mojej izbie, zostało przez budowniczych wybite wyjątkowo wysoko, bo miał tu być skład narzędzi, i mogłem nie widzieć, co działo się na zewnątrz.

Szybko schowałem głowę, bo w moją stronę już leciały kamienie. Kilka z łoskotem wpadło do izby, obijając się o okiennice i ściany.

Rozpoznałem dzisiejszych strażników: byli to Jacob i Abram. Odkąd wstąpili do bractwa Lelezmuroz, z psią gorliwością stanęli na straży porządku i pobożności, a ich surowe młodzieńcze twarze stężały z dumy. Teraz pewno pójdą ze skargą do rabina.

Otrząsnąłem się z resztek snu, zacząłem odmawiać poranną modlitwę, ale nie mogłem się skupić. Tego dnia, najważniejszego dnia w moim życiu, jak wówczas uważałem, wszystko miało się rozstrzygnąć. Miałem nadzieję, że los rzuci mi wreszcie dobrą kość do gryzienia.

A oto jak przedstawiały się moje sprawy.

Co roku ósmego dnia tiszri mój wuj, jeden z najzamożniejszych i najsławniejszych obywateli Saragossy, rozsyłał przez posłańca zaproszenia do wybranych żydowskich przedsiębiorców, kupców i bankierów. Spotkanie odbywało się zawsze dwunastego dnia tiszri, tuż po zachodzie słońca. Data była uświęcona tradycją, wszyscy w Saragossie ją znali. No, może nie wszyscy, ale na pewno ci, którzy dotykali pieniądza częściej od innych.

Wierzyłem, że to nie przypadek sprawił, iż polecono mi, bym dziś pozostał w domu i nie szedł do warsztatu, gdzie przyuczano mnie do zawodu tkacza.

Obudziła się we mnie nadzieja, że to właśnie ja dostąpię zaszczytu rozniesienia zaproszeń i że wreszcie odmieni się mój los. Ta nadzieja miała swoje podstawy. Jeszcze do niedawna – oprócz drugiej żony mojego wuja, Estery, starego sługi Azmela i niewolnicy Ayhe – przebywali pod tym dachem dwaj synowie Salomona: Vidal i Dolz. Do tej pory to jeden z nich roznosił zaproszenia, obaj byli bowiem szykowani przez ojca na dziedziców rodzinnego interesu. Ale od jakiegoś czasu widać było coraz wyraźniej, że nie wzięli po ojcu ani błyskotliwego umysłu, ani pracowitości. Upodabniali się do matki: potrafili niestrudzenie godzinami opowiadać nudne historie, ale gdy trzeba było ruszyć głową – szybko się męczyli, czym ranili serce ojca. Wyrośli z jego krwi na postawnych mężczyzn i zapewne cieszyli się głęboką ojcowską miłością, ale wuj, Salomon Abnarrabí, chyba nie zamierzał powierzać im odpowiedzialności za rodzinny majątek; rok temu kupił winnicę w pobliskiej wiosce, około trzydziestu mil od Saragossy, i wysłał tam synów, by zajęli się wytwarzaniem koszernego wina. Takie wino zawsze znajdzie kupców, niezależnie od talentów winiarzy, zwłaszcza jeśli będzie pochodziło z winnic rodziny Abnarrabích. Handel winem to pewny i niewymagający specjalnej bystrości interes.

Dolz i Vidal mieli pojawić się dopiero jutro, na kolacji w wigilię Jom Kippur. Ktoś więc musiał ich dziś zastąpić…

Na nowo uświadomiona nadzieja przyspieszyła bicie serca. Zsunąłem skórę z ramion. Na ciepłe ciało włożyłem chłodną koszulę i tę samą od lat tunikę. Mogłem wprawdzie skorzystać z dużo porządniejszej sukni po Dolzu, bo byłem od niego drobniejszy i kilka rzeczy zostało mi wspaniałomyślnie podarowanych, gdy przestały już pasować na pierwszego właściciela, ale dziś nie chciałem przypominać żadnego z moich przyrodnich braci, zwłaszcza Dolza, który wyrósł na strojnisia na przekór ojcu. Bo Salomon Abnarrabí, choć zamożny, na co dzień nosił się bardzo skromnie i występował przeciw zbytkowi w ubiorze. Jedynie na podróż przywdziewał coś elegantszego. „Poza miastem – moje szaty, ale w moim mieście – moje imię”, powtarzał synom. Na nic się to zdało, bo Dolz sprawił sobie szkarłatny kubrak, a ostatnio widziano go, jak paradował w modnych wśród saragoskiej arystokracji cracowes, trzewikach o zakrzywionych szpicach, tak długich, że – jak szydził Salomon – przyspieszając kroku, można się było zranić w policzek.

Wszystko, co nadawało się do ubrania, trzymałem w starym, pięknym kufrze zdobionym kością słoniową, jedynej pamiątce po rodzicach. Poza nim wyposażenie pokoju stanowiły dwa taborety, mały stolik i łóżko, które wykonał przed laty stary, samotny, prawie niewidomy stolarz. Rzemieślnik ów korzystał z pomocy mojej przybranej rodziny (wuj często zlecał mu drobne prace), a ja zapamiętałem go jako wiecznie smutnego człowieka. Chyba na pamiątkę swych nieszczęść zbił mi to łóżko z tak świeżego cyprysu, że do dziś płakało i brudziło żywicą.

W kącie izby leżało kilka owczych skór różnej wielkości – największy mój skarb. Z powodu bliskości wody i gór powietrze w Saragossie często niosło wilgoć i zimno, a ja z racji mizernej postury byłem wrażliwy na chłód; nawet latem lubiłem na noc owinąć sobie stopy baranicą.

Mój pokój miał zaledwie dziesięć łokci na sześć, a mieścił się na pierwszym poziomie, przy kuchni. Do jednej ze ścian przylegał kuchenny piec, co w upalne dni bywało przekleństwem, ale podczas chłodniejszych jesiennych i zimowych miesięcy dawało przyjemne schronienie przed chłodem. Każdej zimy spędzałem wiele godzin dziennie, przywierając do ciepłych cegieł. Odkryłem, że to pomaga w nauce: czytałem szybko jak najwięcej wersetów z Talmudu, a potem, przyklejony do ściany i wdzięczny Bogu za dar ciepła, powtarzałem je na głos. Im więcej udało mi się przeczytać i zapamiętać, tym dłużej grzałem plecy o piec. Wyćwiczyłem pamięć na tyle, że potrafiłem po jednokrotnym przeczytaniu całej stronicy wyrecytować ją bez przekręcenia choćby jednego słowa. Miałem w tym kierunku wyjątkowe uzdolnienia.

Męczył mnie niedostatek światła, gdyż pokój miał tylko to jedno małe okno, wychodzące na szeroką ulicę oddzielającą dzielnicę żydowską od reszty Saragossy. Spełniało ono bardzo ważną funkcję – służyło Ayhe, arabskiej niewolnicy, do potajemnych nocnych eskapad. Chcąc nie chcąc, stałem się z powodu tego okna jej powiernikiem.

Tak więc trwałem w oczekiwaniu na to, co się stanie, targany na przemian dobrymi i złymi przeczuciami. Przecież Abraham Abencanyas, właściciel warsztatu, gdzie uczyłem się zawodu, dawał mi już wcześniej do zrozumienia, że rozmawiał o mnie z Salomonem. Ale może to wszystko złudzenie, płonne nadzieje? A może wuj chce mi oznajmić koniec nauki, uczynić ze mnie pastucha albo rolnika w winnicach swych synów, bo nie nadaję się nawet na tkacza? Przecież mistrz wiele razy załamywał nade mną ręce, ubolewał, że nie dość sprawne mam dłonie, by z rzemiosła utrzymać rodzinę. Prawda. I znów z lęku i podniecenia silniej zabiło mi serce. Jeśli tak miałoby się stać, jeśli moje nadzieje miałyby się okazać niedorzecznym przywidzeniem, jeśli Salomon Abnarrabí mnie zawiedzie… Tak, odejdę, ucieknę z tego domu! Choćbym miał się przechrzcić i na zawsze porzucić rodzinę Abnarrabích!

Ubrany usiadłem ponownie na brzegu łóżka, bacząc, by nie pobrudzić się żywicą, i czekałem na przyzywający głos wuja.

Jakże pragnąłem zostać przyzwany! Potrzebowałem jego łask, jego nauk, doświadczenia, ale przede wszystkim – wyznam szczerze – pragnąłem wygodnego i dostatniego życia, które, jak mi się wówczas wydawało, tylko on mógł mi zapewnić. Przerażała mnie samodzielność, zarabianie na kawałek chleba i dzban wina ciężką pracą od świtu do zmierzchu, dzień w dzień, bez żadnej nadziei na odmianę losu. Ten okropny warsztat, w którym spędziłem ostatnich parę lat, pokrzykiwania majstra, te hałaśliwe młoteczki, kołowrotki i wiecznie plączące się nici – wszystko to napawało mnie obrzydzeniem. Cierpiałem tam z każdym dniem bardziej. Czułem, że zostałem powołany do innego życia, i błagałem Boga, by dał mi szansę. Obym tylko został przywołany, a będę wujowi służył jak pies, nie cofnę się przed niczym.

Salomon Abnarrabí był niezwykłym człowiekiem. Posiadał dar zjednywania sobie ludzi. Jego bogactwo miast zawiści przynosiło mu podziw i szacunek. Wszyscy widzieli, że pomnaża odziedziczony majątek dzięki ciężkiej pracy i wyjątkowym talentom, i to w czasach, gdy inni popadają w ruinę i hańbę.

Starzy Żydzi mówili, że odkąd sięgają pamięcią, widzą same cierpienia. Najpierw nieurodzaje, a od straszliwego roku 1348 – zarazy, jedna po drugiej, wyludniały całe wsie i miasta; bankructwa pogrążały zarówno uczciwych, jak i tych, którzy dorabiali się na ludzkiej krzywdzie. Potem na długie lata nastała straszna wojna z Kastylią, wojna Dwóch Piotrów, jak ją nazywano, i znowu śmierć patrzyła ludziom w oczy; hordy najemników przetaczały się przez kraj, by grabić, mordować i palić.

Pierwszym, jak wspominają Żydzi, który powstał z wojennych popiołów, był Salomon Abnarrabí. Udał się do Calatayud, miasta leżącego przy granicy z Kastylią, gdzie przed wojną Dwóch Piotrów rozkwitał handel, głównie za sprawą kupców z Katalonii. Ale na wieść o nadciągającej pożodze kupcy ci przenieśli swe kramy do neutralnej Nawarry, by tam przeczekać niepewny czas. Postąpili roztropnie, bo żadne aragońskie miasto nie ucierpiało tak jak Calatayud: nie stawiało wielkiego oporu, mimo to bombardowane ognistymi pociskami z katapult zostało niemal doszczętnie zniszczone; zapadło się, grzebiąc w gruzach wielu mieszkańców. Gdy w końcu po latach nastał kres tej strasznej wojny, wydawało się, że handel do Calatayud już nigdy nie powróci. Spalony plac handlowy, poburzone budynki, żałoba po ofiarach i brak jakiejkolwiek nadziei w ludziach – oto co zastał Salomon Abnarrabí, gdy tam przybył.

Za pieniądze swoje i pożyczone odbudował plac; dostał od władz obietnicę bezczynszowej dzierżawy na wiele lat, jeśli tylko uda mu się sprowadzić na powrót kupców. I stało się: Katalończycy w kilka miesięcy powrócili z towarami, sklepami i pieniędzmi, gdyż Nawarra, co słusznie przewidział Salomon, nawet w trzeciej części nie dawała takich możliwości handlu jak leżące u styku dwóch potężnych rynków Calatayud. Salomon pobierał czynsz, dostarczał towary, udzielał pożyczek, jednym słowem – rozkwitał.

Silny finansowo postanowił odbudować nadwątlone przez wojenny czas kontakty ze swoim kuzynem z Majorki, gdzie wojna nie poczyniła szkód, a żydowskie gminy działały prężnie. Jednym z ważniejszych towarów eksportowych Majorki były kusze. Tu, na półwyspie, wojna spustoszyła arsenały obu walczących królestw, był więc doskonały czas na handel bronią. Wykorzystując rodzinne więzi i swą pozycję w Calatayud, Salomon wystarał się o specjalne zezwolenie i szybko wyrósł na największego dostawcę.

Sięgnąwszy szczytów sławy i bogactwa, postanowił podzielić się fortuną, w jej duchowym i materialnym wymiarze, ze swoimi braćmi. Zaczął zapraszać do domu – nie do synagogi, co nie spodobało się ówczesnemu rabinowi – najbardziej wpływowych i zamożnych żydowskich obywateli Saragossy. Ustanowił przy tym surowe zasady: jeśli mimo jego pomocy, kredytu, dobrych rad ktoś nie rozwijał handlu należycie i nie przynosił tym samym korzyści gminie – wykluczano go ze spotkań. Przynależność do tego gremium szybko stała się zaszczytem, powodem do dumy dla całej rodziny zapraszanego, ale przede wszystkim zapewniała stabilne i bezpieczne prowadzenie interesów. Ktoś, kto znalazł uznanie w oczach Salomona Abnarrabíego, był chętnie zapraszany do spółek handlowych, szybciej spłacano mu długi i nie oszukiwano w obawie przed potępieniem ze strony mojego wuja.

Trzeba przy tym wiedzieć, że Salomon wspierał datkami różne organizacje, ale najchętniej i najhojniej – Lelezmuroz. Wciągał do niego młodych i silnych Żydów. Nie ukrywał, że chciał uczynić z Lelezmuroz siłę zdolną do obrony aljamy przed atakami chrześcijan. Żydzi nie mogli posiadać ostrej broni, ale zwarta grupa odważnych mężczyzn uzbrojonych w pałki i gotowych w każdej chwili stanąć do walki miała działać odstraszająco. Mówiło się po cichu, że wuj wykorzystywał często tych młodych osiłków do swoich prywatnych celów: nękał dłużników, straszył konkurencję, zapewniał ochronę zaprzyjaźnionym kupcom.

Do Salomona poczęli garnąć się mężczyźni podobnej jak on profesji, z podziwem podpatrując, jak zapełnia i opróżnia magazyny, oraz Żydówki, które zawsze – a w czasach złych szczególnie – sprzyjały majętnym, bo widziały w nich ocalenie przed nędzą, boską karą. Choć tu, trzeba przyznać, Salomon nie ulegał pokusom. Wiele było plotek, gadania, ale dowodów nikt nie zdobył.

Z rozmyślań wyrwał mnie mocny głos dochodzący z patio:

– Aaronie! Przyjdź tutaj, chcę z tobą porozmawiać.

Wziąłem głęboki wdech, uspokoiłem bicie serca. Spojrzałem w okno: słońce było już wysoko i zapewne wypędziło z najwęższych zaułków resztki porannego chłodu. Zapowiadał się ciepły dzień.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zawisza Czarny. Wielka Wojna Zawisza Czarny. Aragonia Zawisza Czarny. Droga do króla Zawisza Czarny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie