T2 Trainspotting

T2 Trainspotting

Autorzy: Irvine Welsh

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 508

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 21.70 zł

Premiera książki związana z premierą filmu T2 Trainspotting w reż. Danny’ego Boyle’a (3 lutego)

Mocna odpowiedź na kultowy TRAINSPOTTING – powieść, na której podstawie powstał jeden z najgłośniejszych filmów lat 90.

NA MOTYWACH TEJ POWIEŚCI DANNY BOYLE NAKRĘCIŁ KONTYNUACJĘ KULTOWEGO Trainspotting! 

Simon „Sick Boy” wraca na stare śmiecie do Edynburga. Nie sprawdził się w Londynie jako kombinator, alfons, mąż, ojciec i biznesmen.  Teraz ma nowy szalony projekt: chce wyreżyserować film pornograficzny.

Do tego projektu zbiera starych znajomych ćpunów, którzy przez lata spróbowali stanąć na nogi. Simon sprzymierzy się nawet z Markiem, mimo że ten niegdyś zwinął grubą kasę i zwiał. Do ich grupy dołączy też Nikki, dziewczyna uzależniona od seksu. Gdy takie towarzystwo chce zdobyć pieniądze, to oznacza naprawdę gruby przekręt.

Plan jest dobry, ale sprawy się komplikują, gdy na drodze filmowców pojawią się opętany zemstą i używający przemocy Begbie oraz uwikłany w narkotyki Kartofel.

Irvine Welsh uraczył nas historią uzależniającą jak działka czystej heroiny! To książka bezpardonowa, obsceniczna i wulgarna, a przy tym pełna humoru opowieść o  życiu, ludziach i przyjaźni. Poznacie świat, w jakim nie chcielibyście żyć, a który żal opuścić!

Zapomnijcie o tabu, odrzućcie uprzedzenia i przygotujcie się na literacki odlot.

„Zabawny i elokwentnie obsceniczny”.

Daily Telegraph

„Wspaniałe satyryczne studium dynamiki brzydoty, które analizuje postawy drapieżników i ich ofiary”.

Sunday Telegraph

„Nowatorska, zabawna, odrażająca, przerażająca książka”.

Mail On Sunday

„Nie dla osób o słabym sercu… Niezwykle zabawna”.

Sunday Times

„Wzruszająca pieśń miłosna dla szans i granic przyjaźni. Urocza, zabawna i sprośna, naśmiewa się z wszelkiej pretensjonalności i moralnej stabilizacji”.

Evening Standard

Tytuł oryginału: Porno

Copyright © by Irvine Welsh, 2002

First published by Jonathan Cape, an imprint of Vintage Publishing. Vintage Publishing is a part of the Penguin Random House group of companies.

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Jarosław Rybski

Korekta: Melanż/Dorota Ring, Magdalena Kędzierska-Zaporowska, Joanna Morawska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Okładka: Motion Picture Artwork © 2017 CTMG. All Rights Reserved

Opracowanie graficzne okładki: Krzysztof Rychter

ISBN: 978-83-8053-194-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Spis treści

Dedykacja

Motto

Część pierwsza. Junak

1. Sztos nr 18732

2. „…więzi…”

3. Sztos nr 18733

4. „…kiepsko zwalone konie…”

5. Sztos nr 18734

6. „…brudne sekrety…”

7. Sztos nr 18735

8. „…tylko jeden obiektyw…”

9. Sztos nr 18736

10. Konsultacje

11. „…paskudna…”

12. Cary i Huny

13. Kurwy Amsterdamu, cz. 1

14. Sztos nr 18737

15. Kurwy Amsterdamu, cz. 2

16. „…a olać fabrykę pinezek Adama Smitha…”

17. Z więźnia

Część druga. Porno

18. Pedalskie porno

19. Kumple

20. Sztos nr 18738

21. Kurwy Amsterdamu, cz. 3

22. Wielkie, kurwa, bloki

23. Sztos nr 18739

24. Kurwy Amsterdamu, cz. 4

25. Sale Edynburskie

26. „…SEKSPOTWORY…”

27. Łupanie w bani

28. Sztos nr 18740

29. „…tuzin róż…”

30. Przesyłki

31. „…jeden odcięty pośladek…”

32. Sztos nr 18741

33. Zmywanie

34. Sztos nr 18742

35. Bankomatowa forsa

36. Sztos nr 18743

37. „…politycznie poprawna dupa…”

38. Sztos nr 18744

39. „…kwestia cycków…”

40. Sztos nr 18745

41. Leith nigdy nie zginie

42. „…ukręcił sobie penisa…”

43. Sztos nr 18746

44. „…przodownicy pracy…”

45. Easy Rider

46. Sztos nr 18747

47. „…Natrętny Chrupek…”

48. Kurwy Amsterdamu, cz. 5

49. Sam w domu 2

50. „…rybna casserola…”

51. Sztos nr 18748

52. Ćpuńska zdzira

53. „…nawet w zwisie ma ponad stopę długości…”

54. Sztos nr 18749

55. Kurwy Amsterdamu, cz. 6

56. „…z nim udrapowanym na ramionach…”

57. Clarinet

58. Szczęśliwy traf

Część trzecia. Pokaz

59. Kurwy Amsterdamu, cz. 7

60. „…Film Simona Davida Williamsona…”

61. Odmowa

62. Kurwy Amsterdamu, cz. 8

63. „…gdybyś tylko zechciał się nieco wyluzować…”

64. Tylko się tak bawiliśmy

65. Sztos nr 18750

66. Kurwy Amsterdamu, cz. 9

67. Piła na skaju

68. Sztos nr 18751

69. Pały

70. Jazda

71. Kurwy Amsterdamu, cz. 10

72. „…wzbierające fale…”

73. Sztos nr 18752

74. „…zabójcza cysta…”

75. Rżniemy w karciochy

76. Kurwy Amsterdamu, cz. 11

77. Dom

78. Kurwy Amsterdamu, cz. 12

79. „…EasyJet…”

80. Sztos nr 18753

Od tłumacza

Posłowie tłumacza do nowego wydania

Przypisy

O autorze

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla:

Johny’ego Browna

Janet Ilay

Stana Keiltyki

Johna McCartneya

Helen McCartney

Paula Reekiego

Rosie Savin

Francka Sauzée

I ku pamięci Johna Boyle’a

Bez okrucieństwa nie ma biesiady.

Friedrich Nietzsche

CZĘŚĆ PIERWSZA

JUNAK

1. Sztos nr 18732

Croxy, po raz pierwszy zlany potem z wyczerpania, a nie z przećpania, jeszcze pnie się mozolnie po schodach z ostatnim pudłem płyt, kiedy ja padam bez czucia na łóżko, by w odrętwiałej depresji bezmyślnie gapić się na kremowe ściany pokryte fragmentami boazerii. Patrzę na mój nowy dom. Jedna ciasna klitka cztery na pięć metrów z przedpokojem, kuchnią i łazienką. W pokoju wbudowano wnękę na ubrania, chociaż bez drzwi, jest tam łóżko i nieco miejsca, żeby wstawić stół i dwa krzesła. Nie jestem w stanie tu usiąść; w więzieniu byłoby przytulniej. Mógłbym równie dobrze wrócić, kurwa, do Edynburga i zamienić tę zimną norę na celę z Frankiem Begbiem.

W tak klaustrofobicznej przestrzeni smród petów Croxy’ego wprost zatyka. Ja ciągnę już trzeci tydzień bez fajek, ale biernie wypalam jakieś trzydzieści dziennie tylko dlatego, że on jest w pobliżu.

– Suszy, co Simon? Idziemy do Pepys na jednego? – pyta z entuzjazmem, który brzmi jak wystudiowany szyderczy zachwyt nad podciętymi skrzydłami niejakiego Simona Davida Williamsona.

Z jednej strony to czystej wody szaleństwo tak sobie pójść na Mare Street do Pepys, żeby wszyscy tam mogli docinać: „I znów na starych śmieciach w Hackney, co, Simon?”, ale, taa, potrzebuję towarzystwa. Posłuchać, co w trawie piszczy. Wypuścić trochę pary. Poza tym trzeba przewietrzyć Croxy’ego. Próby rzucenia fajek w jego towarzystwie to jak odstawienie dragów na squacie pełnym ćpunów.

– Masz farta, żeś się załapał na tę chatę – mówi mi Croxy, pomagając rozpakować pudła. A niech mnie chudy byk wydyma z takim szczęściem! Leżę na łóżku, a cały dom się telepie, kiedy ekspres jadący na stację przy Liverpool Street mija Hackney Downs o jakieś pół metra od mojego okna.

Pozostanie tu w moim stanie ducha jest żadnym wyjściem, więc ostrożnie schodzimy po rozchwierutanych schodach, które pokrywa tak wytarty i śliski dywan, że bezpieczniej byłoby złazić w klapkach z lodowca. Na dworze pada deszcz ze śniegiem i wokół panuje aura świątecznego kaca. Kiedy tak idziemy w kierunku Mare Street i ratusza, Croxy oznajmia bez najmniejszego cienia ironii, że Hackney jest lepsze pod każdym względem od Islington. Islington od lat jest przereklamowane.

Okazuje się, że nie można być za długo świeżakiem. Powinien projektować strony internetowe gdzieś w Clarkenwell czy Soho, a nie przesiadywać na squatach i kręcić imprezy w Hackney. Wprowadzam od jakiegoś czasu tego fiutka do wielkiego świata nie dlatego, żeby mu zrobić dobrze, ale po prostu, by zapobiec przesiąkaniu głupstw do nietkniętej do niedawna kultury.

– To nie jest krok w tył – wyjaśniam, chuchając na różowe palce przypominające surowe parówki.

– Dla dwudziestopięcioletniego świeżaka Hackney jest niezłe. Dla niesłychanie mobilnego trzydziestosześcioletniego i n s t r u k t o r a – wskazuję na siebie – to bułka z masłem. Niby jak możesz zarwać szykowną laskę z baru w Soho, kiedy mieszkasz na zadupiu? Co jej powiesz, kiedy spyta: „A jaki to przystanek metra?”.

– Podmiejski jest git – on na to, wskazując na most kolejowy na tle zachmurzonego nieba. Mija nas krztuszący się autobus numer trzydzieści osiem, rozsiewając chmurę spalin. Jebane chuje z London Transport wydają tylko ulotki na kredowym papierze, gdzie piszą, jak to samochody zanieczyszczają środowisko, a nikt nie zwraca uwagi, jak jednocześnie sami zapychają płuca pasażerów.

– Nie, kurwa, wystarczy – rzucam. – Wiocha i tyle. To będzie ostatnie miejsce w północnym Londynie, do którego doprowadzą metro. Do kurwy nędzy, nawet pierdolone Bermondsey już ma stację metra. Zbudowali metro, żeby można było się dostać do tego pojebanego namiotu cyrkowego, do którego nikt, ni chuja, nie chce przychodzić, a nie mogą zbudować tutaj, to zdrowo pojechane.

Szczupła twarz Croxy’ego krzywi się w coś na kształt uśmiechu i teraz on patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, pustymi gałami.

– Mamy dzisiaj niezgorszy humorek, no nie? – mówi.

I to najświętsza prawda. Robię więc to, co zwykle: topię smutki w piwsku i mówię wszystkim w pubie – Berniemu, Monie, Billy’emu, Candy, Steviemu i Dee – że Hackney to tylko adres przejściowy i żeby nie oczekiwali, że zapuszczę tu korzenie. Niente signora. Mam lepsze plany, stary. I taaak, chodzę często do kibla, lecz niezmiennie, by łykać, a nie wydalać.

I nawet kiedy walę w kinol łopatami, uświadamiam sobie smutną prawdę. Koka mnie nudzi, nudzi nas wszystkich. Jesteśmy tylko zaćpanymi kutasami w otoczeniu, którego nienawidzimy, w mieście, którym rzygamy, udając, że znajdujemy się w centrum wszechświata, wyniszczając się gównianymi prochami, by zagłuszyć poczucie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, świadomi, że choć napędzamy naszą paranoję i rozczarowanie, to jesteśmy zbyt apatyczni, by przestać. Bo, co smutne, nie ma żadnego ciekawego powodu, by przestać. Z drugiej strony stugębna plotka niesie, że Breeny dostał furę stafu i część z tego już krąży po okolicy.

Nagle staje się jutro, a my w jakimś mieszkaniu dajemy w kanał, Steve zajęty przygotowaniami rzuca zgryźliwe uwagi i ciągle nadaje o tym, ile kosztował ten towar, kiedy smród amoniaku wypełnia powietrze. Za każdym razem, kiedy po potwornym strzale błyszczą mi się usta, czuję się chory i pokonany, aż kolejna dawka rzuca mnie w drugi kąt pokoju – opanowanego, bezwzględnego, pełnego, przepełnionego, gadającego bzdury, snującego plany, jak rządzić światem.

I znów jestem na ulicy. Nie wiedziałem, że znalazłem się w Islington. Wałęsam się bez celu i widzę dziewczynę w mitenkach bezskutecznie starającą się otworzyć mapę, i już odzywam się do niej obleśnym:

– Zgubiło się dziecko? – Lecz płaczliwy ton mego głosu nabrzmiały emocjami, oczekiwaniami, a nawet stratą, zacina mnie. Dźwięk mego głosu jednak rzuca mną do tyłu, tak samo jak łyk z trzymanej przeze mnie butelki jagodzianki na kościach. Co to, kurwa, jest? Kto mi to włożył do łapy? Jak się tu, kurwa, znalazłem? Gdzie są wszyscy? Pamiętam kilka zawiedzionych głosów i pożegnań, zanim wyszedłem w chłodny deszcz, a teraz jeszcze…

Dziewczyna zesztywniała jak skała w Blackpool, którą miałem w spodniach, i rzuciła:

– Spierdalaj, nie jestem żadne twoje dziecko…

– Sorka, laska – przepraszam niemrawo.

– Laska też nie jestem – informuje.

– To zależy od nastawienia, kochanie. Spójrz na to z mojej perspektywy – mówię jak zupełnie obca istota i patrzę na siebie jej oczami: na cuchnącego, brudnego denaturowca z fioletową dyktą. Ale mam co robić w życiu, muszę połypać na laseczki, mam nawet trochę szmalu w banku, mam lepsze ciuchy niż te cuchnące, zawszone łachy, ten stary wełniany kapelusz i rękawiczki, więc co się dzieje, do kurwy nędzy, Simon?

– Odjebaj się, świrze – mówi, odwracając się.

– Zdaje się, że nieco źle zaczęliśmy. Nieważne, możemy zacząć jeszcze raz, co?

– Spierdalaj! – krzyczy przez ramię.

Laski potrafią być nieco nieprzystępne. Przeklinam się w myślach za brak wiedzy o kobietach. Znałem kilka, ale zawsze na drodze pomiędzy mną, nimi i czymś poważniejszym stawał mój korzeń.

Staram się sięgnąć pamięcią wstecz w nadziei na opanowanie mego zakręconego i przegrzanego umysłu, wysilając go, sprowadzając do parteru i wtłaczając w inną perspektywę. Kiedy mi się w końcu udaje, widzę, że jestem już w domu, i po wciągnięciu ostatniej koki wraz z pojawieniem się pierwszych potów kontynuuję rozpoczęty poranny romans, waląc konia nad zdjęciem Hillary Clinton w eleganckim żakiecie startującej na fotel senatora Nowego Jorku. Wygłosiłem starą kwestię, żeby nie przejmowała się tymi Żydami, bo przecież wciąż jest piękną kobietą, a Monika nie dorasta jej do pięt. Czemu? Bill lubi, żeby o niego zadbać. Następnie się kochamy. Po, kiedy zadowolona Hillary zasnęła, poszedłem obok, gdzie czekała Monika. Leith w starciu z Beverly Hills – to gustowne pierdolenie postalienacyjne. Następnie napuściłem Hillary na Monikę, a ja sam patrzyłem. Na początku oponowały, ale, oczywiście, zbajerowałem je. Siedząc na skrzypiącym krześle od Croxy’ego, rozkoszowałem się widowiskiem, paląc kubańskie cygaro, no powiedzmy śmierdzącą cygaretkę.

Do rzeczywistości przywrócił mnie dźwięk syreny policyjnej na Upper Street, kiedy to radiowóz starał się rozjechać na placek zbyt powolnego obywatela.

Kojąca i jednocześnie plugawa natura tego spektaklu wytrąciła mnie nieco z równowagi, ale wyłącznie dlatego, jak sobie tłumaczyłem, że wypadki wywołujące te ohydne myśli – które powinny od razu się rozwiewać – wciąż się gdzieś kołaczą w głowie, uniemożliwiając pracę, zmuszając do myślenia o nich przez cały czas. Odciągają mnie od kokainy – niezależnie od tego, że i tak przez jakiś czas nie będzie mnie na nią stać. Co jest zupełnie bez znaczenia, kiedy się jest pod jej wpływem.

Na autopilocie, lecz powoli dochodząc do siebie, idę od Angel w kierunku King’s Cross, co niechybnie może być oznaką desperacji. Wpadam do bukmacherów na Pentonville Road, żeby zobaczyć jakieś znajome twarze, ale nie widzę nikogo, kogo znam. Obecnie panuje wielki przepływ szumowin przez miasto przy obecności całego mnóstwa czujnej policji kręcącej się wokół Cross. Patrolują teren jak łodzie na bagnach ze ścieków, pojawiając się to tu, to tam, po czym znikają, nie mając zamiaru zgarniać toksycznych odpadów widocznych jak na dłoni.

Następnie obserwuję, jak do środka wchodzi Tania, która wygląda na nieźle przepaloną. Na białej jak popiół twarzy oczy zabłysły na mój widok.

– Skarbie… – Obejmuje mnie za szyję. Obok niej stoi chudy niewielki facecik, który, jak spostrzegam, jest jednak panienką. – To Val – mówi w archetypicznym nosowym zaśpiewie londyńskiego jaracza. – Sto lat cię tu nie widziałam.

Ciekawe czemu.

– A tak, wróciłem do Hackney. Mam nadzieję, że czasowo. Naćpałem się jak bąk w weekend – wyjaśniam, kiedy w drzwiach pojawia się banda czarnych ćpunów: nerwowych, napiętych i wrogich.

Ciekawe, czy któryś z tych kutasów robi tu zakłady. Atmosfera gęstnieje i już wychodzimy, ale ta dziwaczna anemiczna krowa Val i jeden z czarnych kutasów szepczą coś do siebie, po czym dopiero idziemy w kierunku stacji King’s Cross. Tania marudzi coś o fajkach, no i jasne, staram się rzucić, ale nie, kurwa, muszę, szukam w kieszeniach hajcu. Kupuję fajki i zapalam jedną przy wejściu do metra. A tutaj taki tłusty, nalany biały chuj służbista w nowym niebieskoszarym mundurze najemników London Transport każe mi ją zakiepować. Wskazuje na tabliczkę na ścianie upamiętniającą mnóstwo ludzi, którzy zginęli w pożarze wywołanym przez jakiegoś bezrozumnego wała, który wyrzucił kiepa gdzie bądź.

– Odbiło ci? Nic cię to nie obchodzi?

Do kogo niby ten głup gada?

– Nie, gówno mnie to obchodzi, zasłużyli sobie, chuje. Jak się jedzie, to się ryzykuje – rzucam mu w twarz.

– Przyjaciela straciłem w tym pożarze, ty gnojku! – wrzeszczy ten irytujący palant.

– Musiał być z niego niezły ćwok, jak miał za kumpla takiego wała jak ty! – drę się, ale gaszę papierosa, kiedy zjeżdżamy ruchomymi schodami na peron. Tania chichocze, a ta Val zaśmiewa się do rozpuku, jakby jej zupełnie odwaliło.

Metrem jedziemy do Camden i chaty Berniego.

– Nie powinnyście się, dziewczyny, włóczyć po King’s Cross. – Uśmiecham się, dokładnie wiedząc, dlaczego to robią. – A już szczególnie nie z pierdolonymi asfaltami – mówię dalej. – Oni chcom tylko położyć łapy na miłej, białej lasce i wypuścić jom na ulicę.

Dziewuszka Val uśmiecha się na te słowa, ale Tania wybucha.

– Jak możesz tak mówić?! Jedziemy do Berniego. Jest jednym z twoich najlepszych kumpli i jest czarny.

– Jasne, że jest. Ja nie mówię o s o b i e. To moi bracia, mój lud. Właściwie wszyscy moi kumple stąd są czarni. Mówię o w a s. Oni nie chcą mnie rzucić na ulicę. Jasne, jebany Bernie zrobiłby to, gdyby mu uszło na sucho.

Mały uniseks Val znów dziwnie ponętnie chichocze, a Tania lekceważąco wydyma wargi.

Docieramy do mieszkania Berniego, choć przez chwilę zapomniałem, w której z tych żałosnych posesji mieszka, bo zwykle nie przychodzę tu za dnia. Budzimy samotnego menela leżącego na schodach we własnych szczynach.

– Dzieńdoberek! – krzyczę serdecznie, na co menel odpowiada czymś pomiędzy odgłosem ryku i warkotu. – Łatwo ci mówić – żartuję, wywołując uśmiech na twarzach dziewczyn.

Bernie jeszcze jest na nogach po powrocie od Steviego. Jest obwieszony złotem, że chuj – lśnią na nim łańcuchy, kety i złote zęby. Czuję smród amoniaku, co oznacza, że ma w kuchni przygotowaną lufę. Daje mi się sztachnąć. Biorę długiego, mocnego macha, patrząc na pospieszną zachętę w jego wielkich oczach, kiedy zapalniczką podpala kryształki. Zatrzymuję dym w płucach, po czym wolno wypuszczam, czuję brudne, smolne gorąco w płucach i słabość w kolanach, ale trzymając się kurczowo fifki, z lubością rozkoszuję się chłodnym, potężniejącym odlotem. Widzę pojedyncze okruszki chleba, każdą kroplę wody w aluminiowym zlewie z nachalną szczegółowością, która normalnie wywołałaby mdłości, tak się jednak nie dzieje i podmuch zimna wali we mnie, zamykając moją psyche w chłodnym kącie pomieszczenia. Bernie nie marnuje czasu i wsypuje drugi zestaw na starą brudną łyżkę i kładzie warstwę popiołu na folii, wsypując kryształki tak delikatnie i troskliwie, jak rodzic wkłada dziecko do kojca. Podkładam zapalniczkę zauroczony kontrolowaną mocą jego zaciągania. Bernie opowiadał mi kiedyś, jak ćwiczył wstrzymywanie oddechu w wannie, by zwiększyć objętość płuc. Patrzę na łyżkę i na resztę sprzętu bez większego zainteresowania, zastanawiając się, czy nie przypomina to moich dni z herą. Ale pierdolić to! Jestem starszy, mądrzejszy i hera to hera, a crack to crack.

Gadamy o pierdołach, niemal ocierając się o siebie twarzami, przykuci do fifek jak główni bohaterowie Star Treka na mostku, kiedy wraże promienie kołysały statkiem.

Bernie nawija o kobitach, kurwach, co go wyruchały na cacy, rujnując biednemu ciulowi życie, i ja odwzajemniam mu się podobnymi opowieściami. Następnie przechodzimy do pizd (męskich), które nas wydymały i jak dostaną za swoje. Wspólnie z Berniem nie lubimy faceta zwanego Clayton, który niegdyś był nawet kumplem, ale teraz ma straszny wpierdol. Jak się pojawia lufa, to Clayton jest zawsze doskonałym tematem do rozmów. Gdybyśmy nie mieli takich wrogów, to trzeba by ich było wymyślić, by nadać życiu dramatyzm, treść i znaczenie.

– Z dnia na dzień jest z nim coraz gorzej – mówi Bernie, a w jego głosie słychać pseudoszczerą troskę. – Coraz gorzej – powtarza, klepiąc się w głowę.

– Jasne… A co u tej Carmel, wciąż ją dyma? – pytam. Zawsze chciałem wyciąć z nią numerek.

– Nie, stary, wypierdoliła do domu, do Nottingham czy jakiejś tam innej dziury… – mówi z nalotem nabytym od Jamajki do północnego Londynu z małym przystankiem w Brooklynie. Następnie szczerzy kły i powiada: – Cały ty, Szkocie. Widzisz nową panienkę i od razu chcesz wiedzieć, o co jej biega i z kim chodzi. Robiłbyś to, nawet gdybyś miał miłą żonkę, dzieci i szmal. To jest silniejsze od ciebie.

– To wyłącznie zainteresowanie życiem publicznym. Staram się interesować sprawami mojej społeczności, tylko tyle. – Uśmiecham się, patrząc na siedzące na kanapie laski.

– Społeczność… – Bernie śmieje się i powtarza: – Interesować sprawami społeczności…

I znów wraca do produkcji chemii.

– Dajemy czadu w wolnym świecie. – Rechocząc, wychodzę do pokoju.

Kiedy pojawiam się w drzwiach, zauważam, jak Tania drapie się przez tkaninę po ramionach, co jest widocznym objawem braku działki, i w jakby jakimś upiornym przekazie zaczyna mi drgać powieka. Chciałbym się popieprzyć, by wypocić toksyny, ale nie gustuję w cholernych ćpunkach, bo leżą jak kłoda. Chuj wie, na czym jest ta chłopczyca Val, ale i tak łapię ją za ramię i ciągnę do klopa.

– Co robisz? – pyta ni to pogodzona, ni protestująca.

– Zrobisz mi laskę – mówię do niej, mrugając porozumiewawczo, a ona patrzy na mnie bez lęku jedynie z lekkim uśmiechem. Widzę, że bardzo chce mi zrobić dobrze, bo dobra z niej dziewczyna. Należy do wybrakowanej kategorii takich, co zawsze chcą dobrze, a wychodzi jak zwykle. Jej rola na scenie życia polega na jednym: byciu workiem treningowym dla jakiegoś pojebanego ćwoka.

No to wchodzimy do środka, wyjmuję poganiacza, który pręży się jak koci ogon. Ona już na kolanach, a ja kieruję jej przetłuszczoną głowę w okolice krocza, gdzie zabiera się do dzieła i jest… jakoś nijako. Nie, no fajnie jest, ale nie mogę znieść, jak jej małe ślepka co chwila spozierają na mnie, jakby chciała się upewnić, czy mi się podoba, czy nie, co jest, kurwa, zupełnie popierdolonym pomysłem. Co chwila pojawia się myśl, że powinienem był zabrać ze sobą piwo.

Patrzę na szarawy łeb, przewiercające mnie na wskroś oczy, ale głównie na wielkie zęby osadzone w chorobliwie odsłoniętych dziąsłach, dotkniętych nadużywaniem prochów, złym żywieniem i brakiem kontaktu z dentystą. Czuję się jak Bruce Campbell w wyciętej scenie z Martwego zła 3: Armii ciemności. Jakiś truposzczak ciągnie mu druta, a Bruce miażdży jego czaszkę na proch, i ja muszę szybko stąd wyjść, zanim zrobię to samo i zanim mój mięknący dytek zostanie rozszarpany na kawałki klawiaturą popsutych zębów.

Słyszę odgłosy przy drzwiach i ku memu rosnącemu przerażeniu rozpoznaję Croxy’ego, który wrócił po kolejną działkę. Prawdopodobnie z Breenym. Myślę wciąż o swoim piwie i wprost nie mogę znieść myśli, że jakiś kutas mógłby mi je tak po prostu wypić. Prawdopodobnie dla nich jest to małe piwko, a dla mnie w tej chwili to wielka rzecz. Jeśli tam jest ten, kto myślę, że tam jest, moje piwo przepadnie jak sen złoty, jeśli czegoś nie zrobię. Odpycham Val, w biegu wpycham go w spodnie, zapinam i wypadam z kibla.

Wciąż tam jest. Już mi odpuściło i znów czuję głód cracku. Zapadam się w kanapę. To Croxy, który wygląda na zjechanego, i Breeny, który wygląda świeżo, i zastanawiam się, jak on przeżył tę imprezę. Przynieśli ze sobą piwo. Zabawne, ale ten fakt zupełnie mnie nie koi. Ukojenie pojawia się dlatego, że m o j e u l u b i o n e piwo jest nietknięte, nieruszone i niewypite.

Ale mamy tego więcej!

Pijemy sobie piwo, kombinujemy jak konie pod górę i pojawia się więcej kryształków, by docenić starania Berniego. Croxy robi fifę ze starej plastikowej butelki po lemoniadzie i wkrótce wszyscy znów bujamy w obłokach. Ta dziewczyna, Val, pojawia się znowu i wygląda jak uchodźca, który właśnie wyszedł z jebanego obozu przejściowego. I, jak podejrzewam, tak właśnie jest. Daje znak Tani, która wstaje, i obie wychodzą bez słowa.

Mam świadomość, że spór Berniego z Breenym przybiera na sile. Brakuje nam amoniaku, a musimy wytrącić wodorowęglan, co wymaga większej wprawy, i Breeny cały czas pierdoli Berniemu, że ten marnuje towar.

– Dajesz dupy, ty gupi ciulu – mówi, pokazując wyszczerbiony garnitur połamanych czarno-żółtych zębów.

Bernie mu coś odpowiada, a ja dochodzę do wniosku, że przed tyrą muszę przyciąć komara. Kiedy schodzę klatką schodową i otwieram drzwi wejściowe, słyszę krzyki i niedający się z niczym pomylić odgłos tłuczonego szkła. Przez sekundę rozważam powrót, ale dochodzę do wniosku, że moja obecność jedynie skomplikowałaby i tak zagmatwaną sytuację. Wymykam się cichcem przez bramę i zamykam ją za sobą, odgradzając się od wrzasków i gróźb. Jestem na zewnątrz i idę w swoją stronę.

Po powrocie do mojego sracza w Hackney, który muszę obecnie nazywać domem, pocę się, trzęsę i przeklinam własną głupotę i słabość, kiedy Great Eastern do Norwich ze stacją na Liverpool Street trzęsie całym budynkiem.

2. „…więzi…”

Colin wstaje z łóżka. Wykuszowe okno uchwyciło na moment zarys jego sylwetki. Mój wzrok wędruje ku dyndającemu penisowi. W trójkątnym promieniu poświaty księżycowej, która wśliznęła się do pokoju, kiedy Colin odsunął okiennice, zwisając tak, wygląda na winowajcę – zupełnie tego nie rozumiem. Odwraca się z wisielczym uśmieszkiem, a światło księżycowe obmywa srebrem jego grube ciemne loki. Ujawnia również wory pod oczyma i niewidoczną w świetle dziennym fałdkę pod brodą.

Colin to pierdziel w średnim wieku, któremu oprócz spadku intelektualnych i społecznych zainteresowań należy jeszcze przypisać słabnące libido. Już czas. Boże, już czas.

Wyciągam się w łóżku, czując chłód owiewający nogi, i przekręcam się, chcąc wytrzeć ostatki frustracji. Odsuwając się od niego, podciągam kolana pod brodę.

– Wiem, że to zabrzmi banalnie, ale naprawdę nigdy mi się to nie zdarzyło. To jest jak… w tym roku gnoje dali mi dodatkowe cztery godziny grup seminaryjnych i dwie godziny wykładu. Wczoraj przez całą noc sprawdzałem prace. Miranda daje mi w kość, a bachory są tak kurewsko nastawione na „daj”… Nie ma czasu na m n i e. – Nie ma czasu dla Colina Addisona. A kogo to obchodzi? Kogo, kurwa, obchodzi jakiś Colin Addison?

Puszczam mimo uszu to biadolenie i obwinianie wszystkich i wszystkiego o brak erekcji, schodząc z drabiny świadomości w nadchodzący sen.

– Nikki? Czy ty mnie słuchasz?

– Mmmm…

– Chodzi o to, że powinniśmy ustabilizować nasz związek. I to nie jest myśl, która pojawiła się nagle. Miranda i ja: to już się wypaliło. Och, wiem, co powiesz, i tak, były inne dziewczyny, inne studentki… – kiedy to mówi, nieomal słyszę nutę chełpliwości w jego głosie. Męskie ego może i jest kruche, jednak bardzo szybko się regeneruje… – ale to były tylko nastolatki, źródło niskich przyjemności. Chodzi o to, że ty jesteś dojrzalsza, masz dwadzieścia pięć lat, między nami nie ma a ż t a k i e j różnicy wieku i z tobą jest inaczej. To nie jest tylko… Znaczy to jest prawdziwy związek, Nikki, i chciałbym, żeby stał się, no, p r a w d z i w y. Wiesz, o czym mówię? Nikki? Nikki!

Dołączywszy do kolekcji akademickich dupeczek Colina Addisona, zdaje się, że powinnam być teraz zadowolona z awansu na pierwszą kochankę. Ale jakoś nie jestem.

– Nikki!

– Co? – rzucam, przekręcając się na łóżku, siadając i odgarniając włosy z twarzy. – Co cię napadło?! Jak nie możesz mnie bzyknąć, to przynajmniej daj mi się wyspać. Mam rano zajęcia, a wieczorem muszę znów iść do roboty w tej cholernej saunie.

Colin siedzi na skraju łóżka i wolno oddycha. Kiedy obserwuję jego unoszące się i opadające ramiona, przypomina mi jakieś dziwaczne ranne zwierzę ukrywające się w mroku, które zastanawia się, czy rzucić się do kontrataku, czy też podać tyły.

– Nie lubię tej twojej pracy – wyrzuca z siebie zaborczym głosem, który nagle stał się b a r d z o j e g o.

I teraz, myślę, teraz nadeszła właściwa chwila, właśnie teraz. Tygodnie uległości w końcu nabrzmiały niedającą się zredukować masą krytyczną, która bez cienia wątpliwości daje wystarczającą siłę, by powiedzieć: odpierdolcie się.

– Dzięki pracy w tej saunie mam obecnie znacznie zwiększoną szansę na porządne rżnięcie – wyjaśniam chłodno.

Martwa cisza, jaka po tym zapadła, i znieruchomiała sylwetka Colina w ciemnościach oznaczają, że uderzyłam celnie i trafiłam, aż zabolało. Nagle wstał, spięty i gotowy podszedł do fotela, na którym leży jego ubranie. Zaczyna je na siebie wciągać. W ciemności rozlega się głuchy stukot, chyba stopy o podłogę, a może o nogę fotela, po którym rozlega się zduszone „kurwa”. Spieszy się bardzo, chociaż zwykle najpierw bierze prysznic, żeby ukryć prawdę przed Mirandą, ale tym razem nie było wymiany płynów ustrojowych, więc może mu się udać bez. Przynajmniej ma na tyle przyzwoitości, żeby nie zapalać światła, za co jestem mu wdzięczna. Kiedy udaje mu się wbić w dżinsy, podziwiam jego tyłek, prawdopodobnie po raz ostatni. Impotencja jest zła, czepianie się drugiej osoby za wszelką cenę jest okropne, ale te dwie przypadłości razem po prostu wyczerpują wszelką tolerancję. Pomysł zostania siostrą miłosierdzia tego starego głupka jest po prostu obrzydliwy. Szkoda tylko tego tyłka, będę za nim tęsknić. Uwielbiam mocny, piękny tyłek u facetów.

– Nie mogę z tobą poważnie rozmawiać, kiedy tak się zachowujesz. Odezwę się później – rzuca, nakładając sweter.

– Nie wysilaj się – mówię lodowatym głosem, naciągając kołdrę na cycki. Nie wiem, czemu to robię, skoro ssał je, wkładał między nie kutasa, pieścił, szczypał, obmacywał i pożerał z moim błogosławieństwem, a w niektórych przypadkach za moją namową. Dlaczego więc patrzenie na nie w półmroku jest tak krępujące? Jak podpowiada mi moje wewnętrzne ja, dlatego że nasz romans właśnie odszedł w niebyt. Nie istnieje już Colin i ja. Tak, to właściwy moment.

– Co takiego?

– Mówiłam, żebyś się nie wysilał. Z tym odzywaniem się później. Się, kurwa, nie wysilaj – mówię mu, w myślach łaknąc papierosa. Już prawie chcę go poprosić o jednego, ale byłoby to nie na miejscu.

Odwraca się w moją stronę i srebrzyste światło księżyca oświetla ten jego idiotyczny wąs, o którego zgolenie bezskutecznie go błagałam, i usta, pozostawiając resztę twarzy w ciemności. Usta mówią do mnie:

– Dobra, w takim razie pierdol się! Jesteś małym głupim bachorem, Nikki, arogancką krową. Myślisz, że jesteś górą, ale będziesz miała w życiu kurewskie problemy, jeśli nie dorośniesz i nie dołączysz do reszty normalnych ludzi.

W myślach toczę bitwę pomiędzy wybuchem wściekłości i wesołości, których to uczuć mam teraz po równo. W tej rozterce jestem w stanie tylko wyrzucić z siebie:

– Takich jak ty? Nie rozśmieszaj mnie…

Ale Colin już wypadł z sypialni, trzaskając drzwiami i później szarpiąc się z drzwiami wyjściowymi. Ogarnia mnie uczucie ulgi, kiedy nagle przypominam sobie podwójny zamek w drzwiach. Lauren jest przesadnie ostrożna, jeśli chodzi o bezpieczeństwo w domu, poza tym wcale nie będzie rozbawiona, bo nasza kłótnia na pewno wytrąciła ją ze snu. Pokryte lakierem deski podłogi w korytarzu są zimne dla bosych stóp, dlatego z lubością po przekręceniu zasuwy wracam do sypialni. Rozważam podejście do okna, by zobaczyć, jak Colin wychodzi na pustą ulicę, ale nie ma tu już niedomówień i więzi między nami zostały przecięte. Świat wydaje się szczególnie atrakcyjny. Rozmyślam, co by było, oczywiście w żartach, gdybym posłała Mirandzie jego penisa w tym stanie. A ona by go nie poznała. W gruncie rzeczy wszystkie są takie same, no chyba że patrzy się na nie z perspektywy wielkiej, ociężałej, niechlujnej, starej krowy. Jak starczy sił, można pieprzyć się z każdym, no prawie każdym. To nie penis stanowi problem, tylko jego dodatek; występuje w wielu różnych rozmiarach i towarzyszących im stopniach wkurzenia.

Nadchodzi Lauren w błękitnym szlafroku. Mruży oczy, wybudzając się ze snu, ma zmierzwione włosy, przeciera okulary i wkłada je na nos.

– Wszystko w porządku? Słyszałam krzyki…

– To tylko dźwięki wydawane przez jednego impotenta w męskiej menopauzie, kiedy wył w bezsilnej złości do księżyca. Pomyślałam, że to słodka muzyka na twe feministyczne uszy. – Uśmiecham się pogodnie.

Wolno pochodzi do mnie, wyciąga ramiona i mnie obejmuje. Jakaż z niej niesłychanie urocza kobieta – zawsze gotowa odbierać mnie z większym współczuciem, niż zasługuję. Wydaje jej się, że skrywam ból pod płaszczykiem wesołkowatości, bezradność ukrywam pod pancerzem sarkazmu i zawsze wyczekująco i szczerze wpatruje się we mnie, by dostrzec prawdziwą Nikki pod tą fasadą. Lauren myśli, że jestem taka jak ona, ale przy jej wszystkich afektacjach jestem o wiele bezwzględniejsza od niej. Pomimo nieprzejednanych poglądów politycznych jest słodka, cudownie świeża i pachnąca lawendowym mydłem.

– Tak mi przykro… Wiem, że powiedziałam ci, że musisz być kopnięta, żeby romansować z wykładowcą, ale powiedziałam tak wyłącznie dlatego, że wiedziałam, że będziesz cierpieć…

Trzęsę się, dosłownie trzęsę się w jej objęciach, a ona swoje:

– No już, już… już dobrze… wszystko będzie dobrze… – Ale nie wie, że trzęsę się ze śmiechu wywołanego jej przeświadczeniem, iż mnie to cokolwiek obchodzi. Uniosłam lekko głowę i roześmiałam się, czego od razu pożałowałam, ponieważ ona n a p r a w d ę jest kochana, a ja ją nieco upokorzyłam wybuchem wesołości. Czasami okrucieństwo pojawia się instynktownie. Nie jest to powód do dumy, ale też niektórzy powinni być bardziej czujni.

Głaszczę pojednawczo jej smukłą szyję, ale wciąż nie jestem w stanie powstrzymać się od śmiechu.

– Ha, ha, ha, ha, ha… źle mnie zrozumiałaś, złotko. To on dostał kopa, to jego zabolało. „Romansować z wykładowcą…”, ha, ha, ha… Mówisz całkiem jak on.

– No a niby jak miałam to powiedzieć? On jest żonaty. Macie romans…

Wolno kręcę przecząco głową.

– Ja nie mam romansu. Ja się z nim bzykam. Czy też raczej bzykałam. Ale już dość. Wybuch, który słyszałaś, był odgłosem braku bzykania.

Lauren posyła mi uśmiech pełen zadowolenia, lecz i winy. Ta dziewczyna jest zbyt przyzwoita, zbyt dobrze wychowana, by delektować się nieszczęściem innych, nawet tych, których nie lubi. To, że Colin jej nie lubił, było jedną z jego najbardziej denerwujących cech. Widział tylko jej sztuczny obraz, który chciała, żeby widział. Ale to cały on, bystry to on nie jest.

Odsłaniam przykrycie.

– No to chodź tutaj i przytul mnie – mówię.

Lauren patrzy na mnie, unikając wzrokiem nagiego ciała.

– Daj spokój, Nikki – mówi z zażenowaniem.

– Chcę się tylko poprzytulać – zachęcam i posuwam się w jej kierunku. Zauważa, że jednak mimo wszystko nasze nagie ciała rozdziela jej sztywny szlafrok i że nie zostanie zgwałcona. Obejmuje mnie sztywno i z rezerwą, jednak nie puszczam jej i przykrywam nas narzutą.

– Och, Nikki – protestuje, ale wkrótce czuję, że się ułożyła, i sama zapadam w piękny sen z wypełniającym moje nozdrza zapachem lawendy.

Rankiem budzę się w pustym łóżku i słyszę odgłosy kuchennej krzątaniny Lauren. Każda kobieta powinna mieć słodką młodą żonkę. Podnoszę się, owijając szlafrokiem, i kieruję się do kuchni. Kawa syczy i pryska z filtra do czajnika. Teraz słyszę, jak bierze prysznic. W dużym pokoju dostrzegam migające światełko automatycznej sekretarki i idę sprawdzić pozostawione wiadomości.

Albo przeceniłam, albo nie doceniłam Colina. Zostawił sporo wiadomości na sekretarce.

Piii.

– Nikki, zadzwoń. To głupie.

– No cześć, głupku – rzucam w kierunku telefonu – tu Nikki.

Colin potrafi wykonać dobry telefon, ale wyłącznie w kiepskich komediach.

Piii.

– Nikki, przepraszam. Straciłem głowę. Naprawdę mi na tobie zależy, uwierz mi. To właśnie to chciałem ci powiedzieć. Przyjdź do mnie do biura. No, Nik!

Piiii.

– Nikki, nie kończmy tego w ten sposób. Zapraszam cię na lunch do klubu dla wykładowców. Lubiłaś tam chodzić. No nie daj się prosić. Zadzwoń do mnie do biura.

Wiek zmienia większość dziewczynek w kobiety, ale mężczyźni tak naprawdę nigdy nie przestają być chłopcami. I tego im właśnie zazdroszczę, ich zdolności nurzania się w głupstwach i niedojrzałości, co jest cechą, którą usilnie staram się posiąść. Można się jednak zmęczyć, kiedy stale się to na tobie odbija.

3. Sztos nr 18733

To ostatnie zadupie Soho; wąskie, zakazane zaułki cuchnące tanimi perfumami, zapiekanym żarciem, alkoholem i wypełnione walającymi się po chodniku śmieciami wysypującymi się z czarnych koszy na odpadki. Skrzypiące pręty neonów wolno, nieomal świadomie, wybudzały się ze snu do swego apatycznego życia, rozświetlając poświatą lekką mżawkę w służbie starożytnych i jałowych przybytków.

Można tu było jedynie sporadycznie uchwycić spojrzeniem przedstawicieli tych wysublimowanych przybytków rozkoszy: o kwadratowych szczękach, wygolonych głowach, w garniturach i płaszczach sterczących w drzwiach. Albo też wałęsające się na schodach zaćpane crackiem kurwy, których poszarzałe twarze oświetlone gołą żarówką migają przed oczami zmęczonych robotników, nerwowych turystów i pijanych, bezczelnych młodzieńców.

Dla mnie jednak atmosfera tego miejsca miała smak i zapach domu. Buńczuczne przekomarzanie się ze znajomym bykiem w drzwiach knajpy, patrzenie, jak poły jego drogiego płaszcza łopocą na wietrze, były dla mnie nieomylnym znakiem, że oto przebyłem długą drogę od czasów, kiedy pracowałem w podłej saunie w Leith, stręcząc naćpane laski, które pieprzyły się za działki.

A Henio Autobus potakiwał: „Dobra, chłopie”, a ja się uśmiecham i staram się, by nozdrza nie zaczęły się poruszać w zwykły odruchowy sposób, kiedy rozmawiam z bezmózgim kafarem za dychę – bo są potrzebni, a zawsze wiedzą, kiedy się ich traktuje protekcjonalnie. Więc moja maska krzywi się szczerym uśmiechem.

– W porzo, Henio? Jestem nieco skołowany, stary. Wtykaniem fujary gdzie popadnie.

Henry potakuje ponuro i gadamy sobie chwilę, a ja obserwuję, jak jego zimne oczy osadzone we łbie troglodyty od czasu do czasu zerkają mi przez ramię w nadziei, że coś się przydarzy za moimi plecami. Rzucają drapieżne błyski zdolne zdławić w zarodku zarzewie czegoś większego, zanim się w ogóle zacznie.

– Jest tu dziś Colville?

– Nie. I, kurwa, dobrze – mówi Henio. Dobry temat: obydwaj nienawidzimy do bólu naszego szefa. Rozmyślam o żonie Matta Colville’a, kiedy wchodzę i mówię „nara” Heniowi. Kiedy kota nie ma… Powinienem był tu ściągnąć Tanię. Dzwonię do niej na komórę, ale… A to ci niespodzianka, ma wyłączoną, jak mówi mi komunikat. Trudno jest kupować herę i kokę i pamiętać o opłacaniu rachunku za telefon. I tak pada jedyna szansa, co mrozi mnie nieco – jak zawsze się dzieje, kiedy nieświadome i beztroskie działania osób trzecich burzą mi misterny plan.

Ale przy braku Colville’a i Dewry’ego w biurze jestem górą. Są tu też Marco i Lenny, obaj dobrzy, prędcy w robocie, co oznacza, że moja rola dzisiaj jest wyłącznie towarzyska. Głównie siedzę za barem i pełnię honory gospodarza domu, wstając jedynie, by oddać cześć jakiejś znanej twarzy, kibicowi piłkarskiemu, łobuzowi czy bardzo seksownej pani, wszystkim wchodzącym do naszego przybytku. Pod koniec mojej zmiany zatrzymuję się w sklepie Randolpha, by zabrać tony gejowskiej pornografii, która będzie stanowić anonimowy prezent dla mojego starego przyjaciela. Następnie wpadam na browara do jakiejś tam kafejki. Zawsze z dziką rozkoszą spierdalam, jak najdalej mogę z mojego klubu, kiedy po pracy zażywam zagwarantowanej pakietem socjalnym kąpieli. W tym barze rachunek jest taki jak wystrój, pomnik złożony z Ikei dla braku naszej wyobraźni. To jest Soho, ale mógłby być wszędzie, gdzie nie szanuje się indywidualnego charakteru.

Jestem nieco złachany i tym samym zaskoczony, że poszło całkiem nieźle. Myślałem, że jest już po czasie. Nawet zacząłem się znowu czuć głupio i słabo. Słabo z powodu wylądowania w bagnie z Croxym, jak gdyby fakt, że ten głupi kutas pomógł mi przewozić swoim furgonem i pownosił moje rzeczy podczas przeprowadzki, upoważnił go do trucia mnie chemią. Jest do niczego, wszyscy są, kurwa, do bani. Ta pierdolona puszczalska kurwa Tania włócząca się po King’s Cross, kiedy ja załatwiłem jej ustawienie się w klubie, gdzie właściwi goście płacą dobrą gotówkę. Słaba. A im się jest starszym, tym bardziej tego rodzaju słabość staje się drogim luksusem.

Ale dość tego użalania się nad sobą, bo zmiana minęła mi jak z bicza strzelił i oto jestem w barze na Soho z otwartą i piękną lasią o imieniu Rachel. Pracuje w ogłoszeniach, właśnie przeprowadziła bardzo ważną prezentację i jest lekko zalana, bo dobrze poszło, i dlatego ciągle mówi „o jejku”. Wpadła mi w oko w barze, nastąpiła wymiana uśmiechów i uprzejmości i tak wyłuskałem ją z jej pijackiego stada. Oczywiście mam remont w mojej chacie w Islington i jestem zmuszony gnieździć się na składanym łóżku u kumpla. Dzięki ci, Panie, za garnitur od Armaniego, wart każdego wydanego na niego funta. A kiedy proponuję przeniesienie się do niej w Camden, mówi:

– O jejku, moja współlokatorka zaprosiła jakichś gości.

Więc muszę przełknąć gorzką pigułkę i wydusić z siebie adres z kodem E osiem kierowcy zwykłej taksówki. Przynajmniej był na tyle, kurwa, przyzwoity, że nas tam zabrał. Głupie ciule z czarnych londyńskich taksówek nie wzięliby kursu, a już na pewno patrzyliby na nas jak na jakichś jebanych pracowników socjalnych – a wszystko za przywilej wyjęcia dwudziestu funciaków z mojego portfela za gówniane pięć czy sześć mil trasy. Nawet ta arabska czy turecka złotówa wyrwie piętnastaka.

Spojrzenia z ukosa rzucane tej Rachel dyskretnie wykradzione w przerwach miłosnego gruchania wskazywały, że jej oczekiwania malały z każdym kolejnym mijanym skrzyżowaniem. Jest jednak gadatliwa jak sroka, a ja ogarnięty kacową weekendową gorączką z coraz większym trudem jestem w stanie utrzymać konwersację na jakim takim poziomie. Również dlatego że kiedy już klamka zapadła i wiesz, że zaliczysz, występuje uczucie antyorgazmu. Masz ją w garści, więc jedziesz dalej, już nie ma gadania o pierdołach, ale nagle cały ten rytuał godowy staje się niesłychanie przygnębiający. Starasz się coś tam mówić, a kończy się na sytuacjach rodem z Benny’ego Hilla. Obecnie najtrudniej jest słuchać, ale wciąż jest to najważniejsza rzecz pod słońcem. Jest to tak ważne, ponieważ widzę jak na dłoni, że ona o wiele bardziej niż ja stara się udawać, że to wszystko jest po prostu kolejnym zawiązywaniem relacji międzyludzkich i że (przynajmniej potencjalnie) czymś więcej niż tylko dymankiem, czymś więcej niż wybuchem zwierzęcej żądzy. Z mojej strony chcę wyrzucić z siebie: a zamknijżeż się wreszcie, wyskakuj z tych gatek, nigdy więcej się nie zobaczymy, a jeśli nasze ścieżki się kiedyś znów skrzyżują, to pokryjemy nasz wstyd stoicką postawą i zimną obojętnością, podczas gdy ja będę myślał mściwie o stękaniach, jakie wydajesz, kiedy się rżniesz, i o żalu na twej twarzy następnego dnia rano. Jak to się dzieje, że w pamięć zapadają jedynie tylko złe wspomnienia?

Ale na nic moje rozważania, ponieważ już weszliśmy po schodach, gdzie kajam się za „bałagan” i przepraszam, że mam jedynie brandy, a ona tokuje dalej, na co muszę odpowiadać, nalewając drinki.

– Tak, Rachel, pochodzę z Edynburga. – To wspaniale, że udało mi się znaleźć właściwe, rozpakowane kieliszki do brandy.

– Och, tam jest wspaniale. Byłam kiedyś na festiwalu, kilka lat temu. Wspaniale się bawiliśmy – informuje, przeglądając pudła z płytami.

To zdanie powinno zabrzmieć jak zgrzyt rysowanego szkła dla moich znękanych uszu, ale brzmi całkiem znośnie, kiedy przekornie wychylam cały kieliszek brandy. Podziwiam jej grację, nieskazitelną skórę i ten pełny uśmiech białych zębów, kiedy mówi:

– Barry White… Prince… Masz dobry gust muzyczny… Mnóstwo soulowych i garażowych płyt…

I podziw nie wynika tylko z wypitej brandy, bo kiedy podnosi swój kieliszek z poplamionej ławy, czuję, jakby coś we mnie chrupnęło i myślę sobie: TERAZ. Nadszedł czas, by się zakochać. Po prostu rozsuń ten cholerny zamek i pozwól, by macki miłości oplotły was we wściekłym spazmie, kiedy szarżujący byk i wściekła krowa wlezą na cholerną gondolę miłości. Będą głupkowato gapić się sobie w oczy, gadać o pierdołach i tyć. Ale nie. Robię to, co zawsze, wykorzystując seks do deprecjonowania miłości, chwytam się za nią, raduję się jej teatralnym szokiem osoby zachowującej pozory, dopadamy do siebie, zdzieramy ubrania, figlujemy, baraszkujemy i się pieprzymy.

Chociaż zanim to nastąpiło, oceniłem, że jej pozycja w firmie i pochodzenie nie są tak imponujące, jak to sobie wyobrażałem na początku. Jest niezłą dupą, tylko tyle. Czasami trzeba walczyć jak lew, byle tylko lepiej kogoś nie poznać.

Po lekkiej kimce zrobiliśmy poranną powtórkę. Kiedy tylko twardnieję, dopadam jej od tyłu i razem gimnastykujemy się, ile sił wlezie, kiedy ekspres siódma dwadzieścia jeden do Norwich wali przez stację Hackney Downs, jakby z zamiarem zmiecenia nas w kierunku wschodniej Anglii, a ona tylko:

– O, mój Boże… Simon… Sa-aj-mooon…

Rachel zasypia, a ja wstaję, zostawiając kartkę, na której piszę, że wcześniej idę do pracy i że zadzwonię. Idę do kafejki po drugiej stronie ulicy na łyk herbaty, modląc się w myślach, by już zeszła. Oko mi lekko zaparowało, kiedy przypomniałem sobie jej piękną twarz. W myślach wracam na górę, może z jakimiś kwiatami, otwieram przed nią serce, przysięgając dozgonną miłość, zmieniam jej życie w raj, stając się księciem z białą ładowarką, do której podłączam się na noc. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają takie fantazje. Ale to tylko fantazje. Ogarnia mnie narastające poczucie straty. Łatwo się jest zakochać albo też znienawidzić kogoś; kogoś, kogo nie ma obok; kogoś, kogo nie znam naprawdę, a jestem w tym mistrzem. Największy problem to ta druga strona.

Następnie jak blacharz na czatach widzę, że wychodzi z mojej klatki schodowej. Ma gwałtowne, nerwowe ruchy, kiedy stara się zorientować, gdzie jest, wygląda jak pisklę, które wypadło z gniazda: paskudne, zmotłoszone i nieporadne. Zupełnie inna osoba niż ta wspaniała, napojona alkoholem dupcia, z którą dzieliłem łoże i na krótko żywot jednej nocy. Wracam do stron sportowych „The Sun”.

– Reprezentacja Anglii powinna mieć menedżera Szkota! – krzyczę do Ivana, tureckiego właściciela. – Ronniego, kurna, Corbetta albo kogoś takiego.

– Ronniego Corbetta – powtarza z Ivan z uśmiechem.

– Albo inną śniadą cipę – mówię mu, unosząc gorącą, słodką herbatę do ust.

Po powrocie na górę zastaję odrobinę zapachu Rachel w mojej klitce, co jest przyjemne, oraz kartkę, co już jest mniej.

Simon,

przepraszam, że tak uciekłam. Chciałabym się z Tobą znów zobaczyć.

Zadzwoń.

Rachel. X

Auć. To milutko zostawić kogoś, kiedy mówi ci, że chce cię znowu zobaczyć, ponieważ niechybnie nadszedłby taki moment, kiedy się taką osobę zostawia, bo nie chce cię już widzieć. To daje wiele przyjemności. Zmiąłem kartkę i wrzuciłem do kosza na śmieci.

Nie byłbym w stanie umieścić Rachel w moim matriksie. Kiedy zaczynałem londyńską karierę na squacie w Forest Gate, byłem zdecydowany przeć na zachód: od dziewczyn z Essex do Żydóweczek z północnego Londynu, kończąc na „jak damy, to się bawimy”. Ale one wszystkie wiedzą, czego chcą. Pierwsze w zamian za seks chcą błyskotek, kolejne będą się z wami wymieniać swoją neurozą, a te ostatnie będą się z wami ryćkać, aż krowy zejdą z pastwiska, ale pierścionek na paluszku zachowują nie dla was, ale dla jakiegoś Dioklecjana Nadętego. Te jebane dziane wiejskie cipy o feudalnych korzeniach zawsze mają ustawione małżeństwa. Dałem więc spokój z zaczytywaniem się w herbarzu i skupiłem się ponownie na Hampstead.

A taka Tania, która nie przeszła nawet rozmowy kwalifikacyjnej, dzwoni do mnie, jakby się paliło, i mówi, że do mnie jedzie. I patrzę na tę twarz kościotrupa, która widziała w ciągu kilku lat tyle słońca, co sam Nosferatu, duże, wysuszone wargi jak ponury żart chirurga plastycznego, nerwowe ruchy i ślepia jak u robala. Kurwy narkomanki – gdzie je, do cholery, przypasować?

Układam przed sobą na stole egzemplarz rozkładu jazdy Great Eastern Railway i kiedy dociera na miejsce, wszystko jest, jak trzeba. Wyznaje mi, że ten cienki gównojad Matt Colville wywalił ją zeszłej nocy z baru. Wielkie oczy łakną cracku, a nie korzenia. Mówię jej, że jest niewdzięczną suką, bo ustawiłem wszystko dla niej, a ona wolała, żeby jakieś łachy obrabiały jej dupę za działkę marychy czy kilka kryształków w jakiejś gównianej melinie na King’s Cross, zamiast oferować swoje usługi w miłym centrum rozrywkowym w Soho.

– Tak się dla ciebie starałem, ale nie! – wyrzucam z siebie, zastanawiając się, ile razy słyszała to zdanie najpierw od rodziców, pracowników socjalnych, funkcjonariuszy z poprawczaka. Przyjmuje moją burę, kurcząc się na sofie, obejmując się ramionami i patrząc na mnie z tak szeroko otwartą japą, że wydawało się, że już tylko wisi na skórze.

– Ale on mnie wywalił – jęczy. – Colville. No kurde, po prostu wywalił mnie.

– Nic dziwnego. Spójrz na siebie. Wyglądasz jak pieprzona wsiura z Glasgow. To jest Londyn. Trzeba trzymać, kurwa, jakiś standard. Czy tylko ja muszę trzymać się tego…?

– Przepraszam, Simon…

– Dobra, mała – mówię, podnosząc ją i biorąc w ramiona zdziwiony jej piórkową wagą. – Jestem dziś nieco wnerwiony za cały ostatni tydzień. Chodź tu, połóż się koło mnie… – Popycham ją na łóżko, patrząc na zegar na szafce. Dwunasta piętnaście. Dotykam jej, obserwując, jak usta zaciskają się spazmatycznie, pozbywamy się ubrania i jestem na niej, w niej. Krzywi twarz, a ja zastanawiam się, gdzie jest ten cholerny pociąg?

Dwunasta dwadzieścia jeden.

Pierdolony pociąg, jebane Anglian Railways czy jak tam nazywa się to sprywatyzowane gówno… Dwunasta dwadzieścia dwie, pierdolone chuje… Już tu powinien być…

– Jesteś fantastyczna, skarbie, no kurwa, dynamit – kłamię jak najęty.

– Uchhhh… – jęczy.

Niech mnie chudy byk wydyma, jak tak się przykłada do pracy, to powinna napełniać hamburgery, bo w tej branży nie ma szans.

Zaciskam zęby i wytrzymuję pięć kolejnych żałosnych minut aż o dwunastej dwadzieścia siedem złamany chuj w końcu przelatuje przez stację, wprawiając moją chatę w wibracje, kiedy ona zaczyna krzyczeć miłosnym skowytem.

– Mocna końcówka – wyjaśniam. Przybieram ton z telewizji edukacyjnej; trzymajmy się faktów; przypominajmy im, w czym są naprawdę dobre. Zachęta, marchewka zamiast kija, bez krzyków i wrzasków. – Ale powinniśmy się bardziej związać. Mówię dla twego własnego dobra.

– Dzięki, Simon. – Uśmiecha się, pokazując ułamany ząb.

– A teraz muszę cię pogonić, bo mam sprawy.

Mina jej nieco zrzedła, ale twardo zebrała ciuchy jednym ruchem. Dałem jej dychacza na bilet i fajki, po czym pożegnała się i znikła za drzwiami.

Po jej wyjściu zebrałem gejowskie pisemka porno, które wczoraj odebrałem na Soho. Wetknąłem je do dużej koperty z bąbelkami i zaadresowałem:

FRANCIS BEGBIE

WIĘZIEŃ NUMER: 6892BK

HMP SAUGHTON

SAUGHTON MAINS

EDINBURGH

SCOTLAND

Zawsze zbieram nieco tego dla mojego starego kumpla Begbiego. I wysyłam pocztą za każdym razem, kiedy jadę do Szkocji, tak aby widział szkocki znaczek na kopercie, gdy dostanie przesyłkę. Zastanawiam się, kogo wini za te przesyłki, prawdopodobnie kogoś z regionu Lothian. Jest to część moich działań wojennych przeciwko własnemu miastu.

Hojnie nałożywszy pastę, pozbywam się resztek Tani z ust i wskakuję pod prysznic, szorując genitalia, by wyczyścić pozostałości kotła, w którym namieszałem. Jak na zawołanie odzywa się telefon, a że jestem miętki, to nie mogę pozwolić, żeby tak dzwonił przy wyłączonej sekretarce. Owijam się w ręcznik i podnoszę słuchawkę.

– Dzień dobry, Simon, chłopcze…

Sekundę bądź dwie zajęło mi rozpoznanie głosu w słuchawce. To moja ciotka Paula z Edynburga.

4. „…kiepsko zwalone konie…”

Za każdym razem, kiedy zmieniam kierunek studiów, czuję coś więcej niż porażkę. Ale dla mnie zajęcia akademickie są jak faceci: tylko najbardziej fascynujące na długo przykuwają uwagę. Święta Bożego Narodzenia minęły i znów jestem sama. Zmiana kierunku studiów nie jest jeszcze taka zła w porównaniu ze zmianą uczelni czy też miasta. I pocieszam się myślą, że jestem już na uniwersytecie w Edynburgu pełny rok, no prawie pełny. To Lauren namówiła mnie na zmianę literatury na studia filmowe i medialne. Nowa literatura to film, przekonywała, cytując jakieś głupkowate pismo. Oczywiście, odpowiadałam, że obecnie nie analizuje się narracji książek ani nawet filmów, ale gier wideo. Multinarratywnych. Gdybym rzeczywiście zdecydowała się na bycie spoko, w porzo i zaje, siedziałabym teraz na South Side w Johnny’s Amusements, walcząc z chuderlawymi wagarowiczami o miejsce przy maszynach do gry.

Musiałam jednak utrzymać jedne zajęcia z literatury, więc wybrałam literaturę szkocką, ponieważ jestem Angielką, a oczywiste sprzeczności są zawsze wystarczająco dobrym powodem.

McClymont wykłada dla niedouczonych patriotów i tych, co chcą być Szkotami (Boże, rok temu też taka byłam ze względu na jakąś moją praprababkę, o której nic nie wiedziałam, dopóki nie pojechałam na Kilmamock czy Dumbarton na wakacje… Na szczęście człowiek mądrzeje z wiekiem…). Nieomal słychać w tle dudy, kiedy sieje swą nacjonalistyczną propagandę. Czemu zostałam na tym kursie? To kolejny pomysł Lauren, jej zdaniem łatwo tu zaliczyć.

Guma przybiera metaliczny posmak i od żucia z wysiłku boli mnie szczęka. Wyjmuję ją z ust i przyklejam pod stołem. Jestem b a r d z o głodna. Wczoraj zarobiłam dwieście funciaków, kiepsko wykonując walenie konia. Masturbację mężczyzn pod ręcznikiem. Te tłuste, czerwone pyski gapią się na mnie w oczekiwaniu ujrzenia, w zależności od potrzeb, zimnej, okrutnej suki albo dziewczątka z otwartą buzią i ufnymi oczkami. Jest to tak odległe i nieistotne przeżycie, że przypomina mi czasy, kiedy z bratem robiliśmy to naszemu psu, Monty’emu i czekaliśmy, kiedy sam dojdzie, ocierając się o kanapę.

Zastanawiam się, jak nienaturalne byłoby być dobrym w tych robótkach ręcznych, myślę o męskich kutasach, i wkrótce McClymont kończy. Lauren ma całe strony notatek poświęconych szkockiej diasporze. Ross, „Amełykansky Szkot” siedzący przed nami, jest prawdopodobnie twardy jak skała pod swymi levisami, kiedy tak bazgroli w zeszycie, wypełniając całe strony opowieściami o angielskim okrucieństwie i nieprawości. Z łoskotem zamykamy nasze notatniki i wstajemy do wyjścia. Kiedy wychodzę, McClymont ściąga mój wzrok. Ta sowia twarz. Głupek. Nie wiem, co na to ornitolodzy, ale prawdziwi eksperci od niegrzecznych ptaszyn – sokolnicy, hodowcy jastrzębi – wszyscy powiedzą, że sowa nie jest mądra, że jest najbardziej tępym ptaszyskiem ze wszystkich drapieżców.

– Panno Fuller-Smith, mogę zamienić z panią słowo? – mówi oschle.

Odwracam się w jego kierunku i odgarniam włosy z twarzy, zakładając je za ucho. Wielu mężczyzn nie jest w stanie zapanować nad mocą tego gestu: dziewiczego oddania. Jest to gest odsłony welonu panny młodej, otwarcia. McClymont jest cynicznym zasuszonym alkoholikiem, a jednak idzie jak po sznurku. Staję nieco za blisko. To jest wyśmienity sposób na całkowite onieśmielenie nawet męskich drapieżców. Zadziałało jako groźba na Colina. Zadziałało aż nazbyt dobrze.

Wiecznie roziskrzone za szkłami ciemne oczy zapalają się jeszcze bardziej. Przerzedzające się, wiecznie stojące na baczność włosy podnoszą się jeszcze, jakby piorun w miotłę strzelił. Żałosna marynarka z wypchanymi ramionami unosi się, kiedy on bezwiednie puszy się jak indor.

– Zdaje się, że wciąż nie otrzymałem od pani eseju na zaliczenie drugiego semestru – mówi z lekkim szyderstwem w głosie.

– To dlatego że jeszcze go nie napisałam. Pracuję po nocach. – Uśmiecham się.

McClymont, który jest albo zbyt doświadczony (jakby chciał, żeby wszyscy sądzili), albo też jego hormony są na ostatnich nogach i dlatego nie jest w stanie na długo zachować twarzy jak blacha, przytakuje pojednawczo.

– Na przyszły poniedziałek, panno Fuller-Smith.

– Proszę mi mówić Nikki. – Szczerzę się do niego, kiwając głową na prawo i lewo.

– Na poniedziałek. – McClymont się wzdryga i zaczyna porządkować biurko: jego kostropate dłonie Bravehearta mocnymi ruchami zgarniają papiery ze stołu i wpychają je do aktówki.

By wygrać, należy być wytrwałym. Nacieram.

– Naprawdę, naprawdę bardzo podobał mi się wykład. – Promienieję cała.

Unosi głowę i posyła mi nikły uśmiech.

– Dobrze – mówi lakonicznie.

Raduję się swoim małym zwycięstwem, kiedy wraz z Lauren idziemy do stołówki.

– Jaka jest ta filmowa grupa seminaryjna? Są jacyś agenci?

Lauren marszczy brwi w oczekiwaniu nadchodzących kłopotów oraz potencjalnych gości w naszym mieszkaniu: flejtuchów, alfonsów, rozrabiaków.

– Jest kilku fajnych. Zwykle siadam koło tego Raba. Jest nieco starszy, może koło trzydziestki, ale w porządku.

– Tartaczny? – pytam.

– Nikki, jesteś okropna – mówi, potrząsając głową.

– Jestem wolnym strzelcem! – protestuję po wypiciu kawy, kiedy idziemy na zajęcia.

Wykładowca jest fascynującym mężczyzną o długich dłoniach. Jego strzelista postura i zaokrąglone ramiona czynią całą postać tak doskonałą, że można się wciąż gapić na pępek. Kiedy się odzywa, mówi miękkim, południowym irlandzkim akcentem. Podczas zajęć oglądamy na wideo krótki rosyjski film o tytule nie do wymówienia. Bezsensowny. W połowie do sali wchodzi jakiś facet w niebieskiej kurtce włoskiej firmy i w geście przeprosin skłania lekko głowę w kierunku prowadzącego. Uśmiecha się do Lauren i unosi brwi, następnie wślizguje się na siedzenie obok niej.

Rzucam mu spojrzenie, które na sekundę odwzajemnia.

Po zajęciach Lauren przedstawia mi Raba. Jest przyjacielski, ale nie namolny, co mi się nawet podoba. Metr osiemdziesiąt, bez nadwagi, o jasnobrązowych włosach i piwnych oczach. Idziemy do kafejki na drinka i rozmawiamy o zajęciach. Rab nie jest typem osoby wyróżniającej się w tłumie, co dziwne, bo jest całkiem przystojny. Jednak przystojny bardzo konwencjonalną urodą faceta, z którym się idzie do łóżka pomiędzy facetami na poważnie. Po wypiciu piwa idzie do toalety.

– Ma ładny tyłek – mówię do Lauren. – Lecisz na niego?

Lauren potrząsa przecząco głową, odżegnując się od takiego pomysłu.

– Ma dziewczynę, która spodziewa się dziecka.

– Nie chciałam, żebyś cytowała jego życiorys – mówię do niej. – Po prostu zapytałam, czy na niego lecisz.

Lauren trąca mnie boleśnie łokciem i wyzywa od kretynek. W wielu aspektach jest purytańską dziewczyną i wydaje się nieco staromodna. Uwielbiam jej niemal przezroczystą karnację i zaczesane do tyłu włosy, a jej okulary są naprawdę sexy, podobnie jak urocze gesty dłoni. Jest wysmukłą, pełną gracji i rezerwy dziewiętnastolatką i czasami zastanawiam się, czy kiedykolwiek chodziła z kimś na poważnie. Przez co chyba mam na myśli to, czy kiedykolwiek ktokolwiek ją przeleciał. Oczywiście zbyt ją lubię, żeby jej powiedzieć, że zaangażowała się w tę całą ideologię feministyczną, bo ogólnie rzecz ujmując, jest cnotką z małego miasteczka, która potrzebuje porządnego rżnięcia.

Z przyzwyczajenia chodzi z tym Rabem na drinka, by pogadać o filmach i ponarzekać na studia. No a tu się zrobił trójkącik. Rab ma w sobie nutę znużonego światem besserwissera. Zdaje się, że odpowiada mu dojrzałość i inteligencja Lauren. Ciekawe, czy leci na nią, bo to, że ona go lubi, poznać na milę. Jeśli oczekuje dojrzałości, to ja na przykład mam lat dwadzieścia pięć.

Rab wraca i zamawia kolejkę. Opowiada mi, że pracuje w pubie brata, by zdobyć dodatkową gotówkę. Ja opowiadam mu o swojej pracy w saunie w niektóre popołudnia i wieczory. Jak większość ludzi intryguje go moja praca. Przekrzywiając głowę na bok, posyła mi badawcze spojrzenie, które całkowicie odmienia mu twarz.

– Ale ty nie… no, ee, no wiesz…

Lauren w odruchu niesmaku wydyma swe wąskie usteczka.

– Nie śpię z gośćmi? Nie, tylko ich trzepię – wyjaśniam, imitując posuwisty ruch dłonią. – Oczywiście niektórzy robią propozycje, ale to sprzeczne z warunkami i przepisami tej firmy – kłamię dla podtrzymania nastroju. – Kiedyś… – Milknę na chwilę. Obydwoje czekają niecierpliwie na ciąg dalszy. Czuję się jak babcia czytająca dwójce niewiniątek bajki braci Grimm na dobranoc i właśnie jestem w miejscu, w którym pojawia się okropnie zły wilk.

– …kiedyś zwaliłam konia uroczemu staruszkowi po tym, jak zaczął opowiadać o swojej zmarłej żonie. Nie chciałam z początku przyjąć oferowanych mi dwustu funtów, ale on nalegał. Następnie powiedział, że miła ze mnie dziewczyna i że żałuje, że mnie tak upodlił. Słodki był.

– Jak mogłaś, Nikki? – Lauren załamuje ręce.

– Dobrze ci mówić, kochana, jesteś Szkotką i masz stypendium – mówię. Lauren wie, że nic na to nie może odpowiedzieć, co mi pasuje. Brutalna prawda jest taka, że robiłam to setki razy wyłącznie dla pieniędzy.

5. Sztos nr 18734

Byłem zwarty i gotowy na starcie z Colville’em dzięki wiadomości od Tani odnośnie do zachowania tego grzmota. Od dawna już chciał się mnie pozbyć i teraz szansa sama wpadała temu kutasowi w ręce. Nie zamierzałem polec bez walki, a przez ostatni rok nieźle poznałem sprawki Cheza Colville’a w Holloway.

Oczywiście czekał do końca mojej zmiany. Noc była spokojna. Na koniec Henio i Dżingis wpadli z kilkoma nowymi chłopakami na niezłej bani. Mieli trachanko z innymi szpyniami z miasta i teraz rozpierała ich duma zwycięzców, o czym w kółko nawijali. Gadali o tym, że Aberdeen i Tottenham zawarli rozejm.

– No to kto w takim mieszanym towarzystwie zabecaluje za bro? Chyba, kurna, barman. – Śmieję się, a kilku chłopaków mi wtóruje. Rządzę, wydając kilka darmowych drinków, bo czuję, że moja władza tutaj dobiega końca.

To nieco smutne, bo był tu mój drugi dom, okno na świat, miejsce, gdzie poznałem masę ludzi, których zwykle poznaję, choć w ograniczonych ilościach. Czas się ruszyć. Pracując w miejscach takich jak to, jest się zawsze na przegranej pozycji, trzeba być właścicielem, żeby coś ugrać. Kątem oka widzę, jak Lynsey mruga do mnie i przygotowuje się do wejścia na scenę.

Jasne, wszystko tu jest z plastiku, powlekane chromem i zapakowane w skrzypiącą skórę, ale wciąż cuchnie tu wczorajszymi kiepami i wyschniętą spermą na kotarach przepierzeń, tanimi damskimi perfumami, rozwodnionym piwskiem i chorobliwą desperacją bywalców.

Lynsey jednak przyjęła właściwą postawę i jest ponad to. Nie ma szans, by stać się typową ofiarą spelunki i przesiadywać tu po godzinach obłapki. Uważa, by nie okazać robolom pogardy, jaką młoda, wykształcona kobieta musi żywić dla bywalców i – jak sądzę – również dla mnie, chociaż obydwoje uwielbiamy cieszyć się naszym odmiennym statusem, faktem, że mamy własne wyjątkowe podejście do tego bajzlu, szczególny rodzaj ironii rekompensującej rzeczywistość. Jednak ona rzeczywiście jest inna i ma własny pomysł na życie.

Nakręciła kilka filmów dla dorosłych, ma własną stronę internetową, by utrzymać grono fanów, a tutaj zbiera ich na pęczki, urządzając spektakl z siadaniem na kolanach. Nie ma koło niej żadnego chłopaka – alfonsa, a jej szczery uśmiech zmienia się w arktyczny podmuch, kiedy tylko przekroczy się pewną granicę. Nie gra w niczyje klocki, tylko wyłącznie w swoje i dlatego nic mi po niej.

Szkoda. Obserwując jej dynamiczny taniec z zarzucaniem biodrami, który to ruch wysłałby taką dziwkę ćpunkę jak Tania na ostry dyżur, wodzę oczami po jej opalonych udach aż do srebrnej miniówy równie uważnie jak każdy klient i dochodzę do wniosku, że kilka z filmów Lynsey powinno być w menu.

I jak było do przewidzenia, pod koniec zmiany podchodzi do mnie Dewry z miną klasowego przygłupa.

– Colville czeka na ciebie w biurze – odrażający kutas prawie wyśpiewuje te słowa.

Wiem, o co chodzi i wchodząc do biura, od razu siadam na wprost Colville’a bez pytania. Jego rozbiegane oczy jak szparki tkwią w bladej, fałszywej twarzy i patrzą na mnie, jakbym był ostatnim wyrzutkiem społeczeństwa. Przesuwa przez stół w moją stronę zamkniętą kopertę. Dostrzegam plamę na klapie jego fajansiarskiej, szarej marynarki. Nic dziwnego, że ona…

– To twoja prowizja i zaległe pobory – wyjaśnia swym służalczo-strachliwym głosem. – Wciąż brakuje ci dwóch tygodni z zakontraktowanych stu czterech, więc nie będziemy wypłacali żadnej odprawy. Masz to napisane w kontrakcie. Prawo jest prawem. – Szczerzy kły.

Patrzę na niego szczerym spojrzeniem.

– Ale dlaczego, Matt? – pytam, udając ból. – Tyle razem przeszliśmy!

Nic z tego, cielęce oczy nie działają: pyszczek Mattusia jest niezmienny, kiedy tak zapada głębiej w fotel i kiwa wolno głową.

– Ostrzegałem cię przed spóźnieniami. Potrzebuję szefa barmanów, który jest na miejscu, a nie gdzieś lata. Co więcej, również przestrzegałem cię przed zadawaniem się z tą kurewką, która przylazła tu i nagabywała mi gości. Próbowała nawet tego z jednym od Old Billa w zeszłym tygodniu. – Potakuje do swoich słów z obrzydzeniem, a ja nieomal słyszę chichot Dewry’ego, który cieszy się nie mniej niż Colville.

– Oni też mają kutasy, tak mi przynajmniej mówiono. – Uśmiecham się do niego. I znów za plecami słyszę zduszony rechot.

Colville przesuwa się do przodu i przybiera pozę karawaniarskiej powagi. To jego ceremonia i nie może pozwolić, żeby ktoś przejął w niej pierwsze skrzypce.

– Ty mi się tu, kurwa, nie wymądrzaj, Williamson. Wiem, że masz się za nie wiadomo kogo, ale prawda jest taka, że jesteś kolejną szkocką szumowiną za dychę z Hackney, o ile mi wiadomo.

– Z Islington – wtrącam szybko. To ostatnie zabolało.

– A chuj z tym. Oczekuję od szefa barmanów, by pilnował, żeby się tu wszystko kręciło jak trza, a nie, żeby jakieś swoje lody kręcił pod moim bokiem. Teraz schodzi się tu całe tałatajstwo: kurwy, drobne łobuzy, piłkarskie cepy, handlarze świerszczyków, dilerzy i wiesz co? Tak się zaczęło dziać dwa lata temu, od kiedy ty się tu pojawiłeś.

– Do kurwy nędzy, to jest klub ze striptizem i jebanym tańcem na kolanach klientów. Oczywiście, że będzie się tu schodziło szemrane towarzycho. Jesteśmy częścią pornobiznesu! – protestuję gniewnie. – Ściągnąłem tu dobrze płacących klientów! Ludzi z gestem!

– Po prostu już spierdalaj. – Wskazuje na drzwi.

– A więc to tak? Dostałem kopa?!

Uśmiech Matta Colville’a jest szeroki jak nigdy.

– Jasne, i chociaż to nieprofesjonalne, muszę przyznać, że bardzo się z tego cieszę.

Słyszę kolejny chichot Dewry’ego zza pleców. Już czas. Podnoszę wzrok i patrzę mu głęboko w oczy.

– No to chyba nadszedł czas, aby sobie wszystko wyjaśnić. Regularnie ryćkam twoją starą od jakichś ośmiu miesięcy.

– Ccooo… – Colville patrzy na mnie, a ja czuję, że Dewry zamiera za moimi plecami, po czym salwuje się szybką ucieczką, wykrztuszając coś przepraszająco. Colville nieruchomieje bez słowa na sekundę lub dwie, ale po chwili odrętwienia usta wykrzywia mu niepewny uśmiech. Następnie potrząsa głową z niedowierzaniem, dając upust swej pełnej odrazy pogardzie. – Jesteś nieuleczalnym przypadkiem, Williamson.

– Ja też sobie przy niej nie krzywdowałem – mówię, ignorując go. – Sprawdź wyciągi z jej karty Visa. Hotele, markowe ciuchy, całe to badziewie. – Pokazuję na koszulę od Versace. – Nie stać by mnie było z mojej pensji, stary.

W oczach pojawił mu się strach momentalnie zastąpiony przez srogi gniew.

– Ty głupi gnoju. Naprawdę myślisz, że uwierzę w te brednie? To żało…

Wstaję i od razu rzucam mu na biurko polaroidy wyjęte z kieszeni marynarki.

– Może to cię ruszy. Trzymałem je na czarną godzinę. To już coś znaczy, nie? – Mrugam do niego, z dostojnym pośpiechem opuszczam biuro i przechodzę przez bar. Przypływ niepokoju zmusza mnie do lekkiego kłusa, kiedy wychodzę na ulice, ale nikt za mną nie idzie, po czym głośno, naprawdę głośno wybucham śmiechem w zaułku Soho.

Kiedy idę przez King’s Cross, trochę mi mija i nachodzi refleksja, że oto straciłem regularne źródło dochodów. Staram się to zdyskontować utratą problemów związanych z tą robotą, układając listę wszystkich „za” i „przeciw” i rozmyślając o możliwościach i zagrożeniach, jakie niosła ze sobą nowa sytuacja. Cofam się do Liverpool Street, gdzie wsiadam w metro Central Line, z której przesiadam się do kolejki do Hackney Downs. Zatrzymujemy się w Downs, gdzie wysiadam, po czym spoglądam z drugiej strony na okno, przy którym siedziałem. Mogę prawie dotknąć zapaćkanej szyby. Jest na niej tyle sadzy, tłuszczu i brudu, że nie można zobaczyć niczego w środku. Te chuje z Great Eastern Rail powinni, kurwa, opłacić czyścicieli szyb, które zasyfiły ich gówniane ropniaki. Przy wyjściu ze stacji biorę nowy rozkład linii GER.

Kiedy trafiam do nory, wyglądam przez okno od frontu mojej wnęki sypialnej, którą agenci od nieruchomości z lubością nazywają mieszkaniem z pracownią. To język angielski dla zaawansowanych: żałośnie nadęty do granic możliwości. Któż inny byłby równie nadęty, by w ogóle nazwać to coś „nieruchomością”? To ja, myśliwy, hodowca chartów, gracz w polo i chuj wie co jeszcze – Simon David Williamson z posiadłości Dupen Sznyten Talon Na Balon z Leith. Wyglądam na dół i śledzę młodą mamuśkę z wózkiem przed apteką. Worki pod jej oczami świadczą niechybnie, że zawodowo testuje dla farmaceutów alka-prim. Uświadamiam sobie, że pojechałem pięćset mil na południe, by mieszkać na ulicy Gdzie Psy Dupami Szczekają. Nagle budynek wybucha falą sejsmicznych wstrząsów wywołanych przez przejeżdżający ekspres w kierunku Norwich. Sprawdzam czas: szósta czterdzieści albo, jak podają te chujki z kolei, osiemnasta czterdzieści. Na czas.

Inwestuj gdzie, kurna, możesz. To właśnie starałem się powiedzieć wtedy Berniemu, chociaż byłem zbyt splątany, by to porządnie wyartykułować. To jest klucz do wszystkiego, który rozróżnia zwycięzców od frajerów, oddziela prawdziwych biznesmenów od pyskatych nowobogackich cip z awansu społecznego, którzy zanudzają ci konia w gazetach i w telewizorze, jak to przez porażki i sukcesy doszli do pieniędzy, i tym podobne pierdoły. Zwykle słyszy się, jak media trąbią o tym w opowieściach o tak zwanej drodze do sukcesu, ale ich świat jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej świata rzeczywistego, który składa się głównie z porażek. I tak siedzą w podejrzanych spelunach i nawijają, jak to by było fajnie, gdyby nie te gnoje, leniwe cipy, dupki, z kim by to nie zrobili interesu, obwiniając wszystkich oprócz siebie za łykanie tych łgarstw, które mogą podobno wynieść ich na sam szczyt. Bernie powinien uważać, bo zaczyna gadać jak te niemoty. Bo po dłuższym czasie takiego kitowania trzeba spojrzeć trzeźwo na za i przeciw i inwestować (jeśli się oczywiście może), zanim pikawa pierdolnie. Można też wrócić na stare śmieci i nadawać w kółko, co by to było, gdyby, albo jeszcze gorzej – sięgać po fifkę lub starą, sprawdzoną jagodziankę na kościach.

Muszę w coś zainwestować i teraz muszę iść do Amandy, zimnej klępy, która ma całe mnóstwo do zainwestowania i która potrafi mnie wyssać do ostatniej kropelki.

Propozycja ciotki Pauli, na której dźwięk niemal się roześmiałem do słuchawki – już prawie zacząłem robić sobie z niej otwarte jaja – no, powiedzmy, że z perspektywy czasu zaczęła wyglądać nieco inaczej.

Ale najpierw obowiązki wzywają, więc znoszę cierpliwie męczarnie podróży autobusem i pociągiem, by dotrzeć do mieszkania w dzielnicy z gatunku „ą ę, bułkę przez bibułkę”, czyli Highgate, odebrać mojego chłopaka, a jej dać czterdzieści funciaków na tydzień, które i tak znikną w bezdennej dziurze będącej początkiem jego przewodu pokarmowego. Ponieważ, bez niedomówień, to dziecko jest tłuste. Ostatnio kiedy zabrałem go do Szkocji, by odwiedzić matkę, powiedziała swoim przeszkockim akcentem: „Och, un jist taki ‘ak ty, jakżeś miouł tyle lat, co un ma teraz”. Jak ja w jego wieku: tłusty dzieciak, który ma wszędzie siniaki i jest pulchny – jak pulchna zdobycz dla chudych, wrednych wężyków z podwórka i z ulicy. Dzięki, kurwa, za okres dojrzewania, hormony i ich pomoc przy wydostawaniu się z piekła tłuściochów. Może moje ambiwalentne uczucia wobec niego wynikają z faktu, że gnojek przypomina mi mnie z młodych, mniej fajnych lat. Ale nie mogę uwierzyć, że sam kiedyś taki byłem. Co bardziej prawdopodobne: może tę cechę odziedziczył po swoim tłustym żydowskim dziadku, z jej strony oczywiście.

Krążymy teraz po West Endzie do Hamleya, by wybrać mu prezent na Gwiazdkę. Oczywiście jest już po herbacie: jesteśmy teraz uczestnikami szaleństwa łapczywych styczniowych wyprzedaży. Dałem mu talony w myśl idei, że swobody wyboru trzeba uczyć od małego. Amanda zatrzymała je, nalegając, bym towarzyszył mu, kiedy będzie dokonywać wyboru. Nie chodziliśmy tyle od czasu włączenia świateł na Oxford Circus i chociaż to fajne miejsce, to ta mała cholera wciąż narzeka, ociąga się i przebiera nogami, żeby wracać. Ten maniak gier wideo wolałby zostać w domu i grać na PlayStation. Nawet w tej pełnej radości porze roku on musi znosić mnie tak samo jak ja jego. Kiedy wchodzimy do sklepu, ponawiam próby nawiązania niezobowiązującej rozmowy w nadziei, że wokół stoisk będzie można pogapić się na jakieś dupencje.

To jest główny problem zimą: laski są zbytnio poowijane. Nie wiadomo, na co się człowiek pisze, dopóki nie zabierze do domu i nie rozpakuje, kiedy już jest za późno na reklamację. Boże Narodzenie. Najpierw sprawdzam wiadomości na białym telefonie. Zawsze daję ten numer panienkom, których jeszcze nie przeleciałem. Następnie czerwoną komórkę na towar przechodzony i zieloną do interesów. Cisza.

Wkrótce sklepy, tłum i noszenie pakunków zaczynają mnie dołować. A mały… Brak łączności. Próbuję. Nie za mocno, w granicach moich możliwości. Trzeba coś wszamać. Obaj musimy, jak sądzę. Kończy się to tym, że jestem poplamiony i otłuszczony oraz spłukany do zera i w imię czego? Obowiązków rodzicielskich? Kontaktów międzyludzkich?

A bo to komuś kiedyś coś dało?

Oglądam się za jakąś panną i dopada mnie gorzkie wspomnienie sprzed kilku tygodni, kiedy zabrałem Bena (imię to jej wymysł) do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud.

Mogłem tam wyłącznie rozmyślać o tym, co mi Amanda powiedziała przed wyjściem, Amanda, która wreszcie jest sobą, bo dyma ją samolubny, jebany japiszon z jej marzeń, że to wspaniale, że zajmę się Benem, by mogli wreszcie nacieeeeszyć się sobą odrobinę w chwili samotności. Płaciłem cztery dychy na tydzień, bym mógł zabierać go w miasto po to, by mogła się w spokoju rypać. Powinienem sobie wytatuować na czole: Ć-W-O-K.

Kiedy odwiozłem go do domu, musiałem przyznać, że Mandy wyglądała o niebo lepiej niż dawniej. W ciągu ostatniego roku doszła wreszcie do dawnej formy po urodzeniu Bena. Myślałem, że urośnie wszerz jak pozostali członkowie jej pojechanej rodzinki, ale nie, wyglądała na bardzo zadbaną. Gdyby ćwiczyła i prowadziła dietę w czasach, kiedy nam jeszcze zależało, to być może nie byłoby konieczne jej upokarzać. Jestem człowiekiem ambitnym, a nie tandeciarzem bez krzty szacunku dla samego siebie z uwieszoną tłustą krową u boku.

Ale tłuste krowy mają swoje zalety – jako ciotki. Jako miłe, pulchne ciotki. Ciotka Paula zawsze była moją ulubioną. Pod warunkiem że nie stawiała warunków. Biedna, stara Paula odziedziczyła pub, ale była na tyle tępa, że wyszła za opoja, przez którego omal nie wylądowała pod mostem, zanim w końcu kopnęła go tam, gdzie boli. To było nieomal krzepiące, że takie stare, twarde pudła jak Paula miały swoje słabostki. Chciała, żebym to ja otworzył biznes. Zaoferowała mi kupno pubu za dwadzieścia kawałków.

Pierwszy główny problem polegał na tym, że nie miałem takiej forsy. Drugi, że pub znajdował się w Leith.

6. „…brudne sekrety…”

W oczach Raba można zobaczyć niemy sprzeciw, który wskazuje na coś innego. Waży każde słowo, jak stare pryki pilnują, żeby w miejscowych pubach dla sztywniaków nie przekroczyć limitu głębszych. Rab mentalnie krąży wokół Lauren, która jest spięta i zachowuje się jak łobuz, gotowa pluć i gryźć, więc rozgrywa ostrożnie. Chce zagłuszyć lęk, jaki czuje przy nim, w miejscu, w którym powinny być tylko we dwie, same dziewczyny. Ale mieszkam z nią, więc wiem, że daje Rabowi popis napięcia przedmiesiączkowego. Jako prawdziwe siostry zsynchronizowałyśmy nasze menstruacje, więc szuka pretekstu, by obrócić swój lęk w antypatię.

Biedny Rab zaszczuty przez dwie samice. Głowa mi leci, czuję się przyciężka i coś mnie dusi w gardle. Wraz z Lauren czujemy się nieco nieswojo, bo jutro do mieszkania wprowadza się nowa dziewczyna. Ma na imię Dianne i zdaje się w porządku – robi magisterkę z psychologii. O ile oczywiście nie będzie starała się zajrzeć do naszych głów. Było już niemal uzgodnione, że wracamy do domu, żeby trochę posprzątać, ale po dwóch drinkach jakoś się nam odechciało. Bar coraz bardziej się zaludnia, ale ludzie piją z umiarem, wszyscy się jakoś tak czają. Roger za barem na luzie pali fajkę. Dwaj faceci grający w bilard gapią się co chwila na mnie. Jeden nakręca drugiego i uśmiecha się do mnie. Cieniasy, ale poważnie zastanawiam się, czyby nie pobajerować się trochę z nimi, gdyby oczywiście nie spodobał mi się kierunek, w którym będzie zmierzać nasza rozmowa.

– Gdybym był dziewczyną, to zostałbym feministką, no i w ogóle – konstatuje Rab, wywołując jeden z ostrych i gwałtownych ataków Lauren. Jest dzisiaj nawet sporo grinpisów. Ich obecność wywołuje w Lauren to, co najgorsze, zmieniając jej orientację na prawo. Tak naprawdę to po powrocie do swoich miasteczek na przerwę semestralną nawet nosa nie wyściubią na zewnątrz. Prężenie muskułów odbywa się tutaj w bezpiecznym otoczeniu, przedsionku świata realnego.

Narzekając na siadającą atmosferę, postanawiamy ruszyć dalej do pubu Cowgate. Pogoda rozpieszcza nas ładnym popołudniem, jednak kiedy zapuszczamy się w miejskie zaułki, słońce całkiem zachodzi, choć świadczy o tym wyłącznie skrzące się błękitne niebo. Zmierzamy do baru, który uważany jest za w ł a ś c i w e miejsce, chociaż ta opinia pochodzi sprzed kilku tygodni. To błąd, ponieważ mój były, Colin Addison, mister magister (od panienek) sztuki, bardzo doktor filozofii już tu jest.

Colin ma na sobie wełniany sweter, co sprawia, że wygląda jak własny student. Jestem pod wrażeniem, ponieważ przy mnie nigdy się tak nie ubierał. Oczywiście wygląda nieco przygłupio. Zamówiliśmy drinki i usiedliśmy, kiedy musiał się przypałętać.

– Powinniśmy porozmawiać – mówi.

– Nic z tego – odpowiadam, wpatrując się w ślad szminki na mojej szklance.

– Nie możemy tak tego zostawić. Żądam wyjaśnień. Przynajmniej na nie zasługuję.

Potrząsam głową i krzywię twarz. „Przynajmniej na nie zasługuję”. Co za palant! Robi się zarówno nudno, jak i nieco kłopotliwie, a wydawałoby się, że te dwa stany uczuciowo całkowicie się wykluczają.

– Idź już, dobrze?

Colin nadyma się i wskazując na mnie palcem, nadaje w próżnię słowa odzwierciedlające wściekłość.

– Musisz jeszcze podrosnąć, ty pierdolona kurewko, jak sobie myślisz, że możesz tak sobie…

– Słuchaj, stary, lepiej już sobie idź. – Rab wstaje. W oczach Colina widać błysk zrozumienia, bo myśli, że Rab jest tylko studentem, a on ma za sobą senat uniwersytetu i może spowodować wydalenie Raba ze studiów, gdyby ten posunął się za daleko. Ale przecież powinien się bardziej przejmować, co senat zrobiłby jemu: pieprzącemu lub starającemu się wypieprzyć studentkę. Zdaje się, że od kiedy puściłam go kantem, Colin trzyma się jak pijany płotu jednego motywu – mojej konieczności dorośnięcia. A co się stało z dorosłym związkiem, jakim obydwoje cieszyliśmy się w dniach szczęśliwości i prosperity, powiedzmy, no niech, tydzień temu?

Mam zamiar mu to wypomnieć, kiedy Lauren postanawia również interweniować. Ma ściągniętą, srogą twarz i wychodzi z niej drugie, twardsze ja, co dodaje nieco wagi jej słowom: „Nie zapraszaliśmy tu nikogo”, co wprawia mnie w chichot, może nieco pijacki i głupawy, ale wywołany próbą wprowadzenia dworskiej etykiety w pubie.

Ja jednak nie potrzebuję pomocy. Jeśli chodzi o butowanie Colina, to jestem w tym mistrzynią.

– Słuchaj, no naprawdę mam cię po dziurki w nosie, Colin. Mam dość twego sflaczałego, podstarzałego, pijackiego fiutka. Mam dość obwiniania mnie, że ci nie staje. Mam dość twego użalania się nad sobą, bo życie ci ucieka. Wyssałam z ciebie wszystko, co było można. Później postanowiłam pozbyć się suchej skorupki. Jestem teraz w towarzystwie, wyświadcz więc nam przysługę i po prostu odpierdol się. Dobra?

– Ty pierdolona kurwo… – Ten znów swoje z purpurową twarzą rozglądającą się podświadomie po stolikach.

– Tyyyy pirdolona kchurfo… – naśladuję jego wybuch. – Postaraj się trochę bardziej.

Rab chce coś powiedzieć, ale zagłuszam go, zwracając się bezpośrednio do Colina:

– Nie jesteś w stanie nawiązać równorzędnej rozmowy? Nawet przy stoliku w pubie? Idź już, proszę.

– Nikki… ja… – zaczyna uspokajająco, znów rozglądając się w poszukiwaniu swoich studentów. – Ja tylko chcę porozmawiać. Z nami koniec, w porządku. Po prostu nie można pewnych spraw zostawiać od tak sobie.

– Nie tokuj mi tu, kurwa. Zamienisz mnie sobie na jakąś kolejną na tyle naiwną, by robiło to na niej wrażenie. Możesz poczekać na pierwszoroczne. Ja nie potrafię się zmusić, by z tobą rozmawiać.

– Głupia krowa – on na to. – Pierdolona pizda! – I wypada z hukiem. Kiedy zatrzaskują się za nim drzwi, milknę na sekundę czy dwie, po czym dochodzę do siebie i razem się z tego śmiejemy. Barmanka obcina mnie wzrokiem, na co wzruszam tylko ramionami.

– Jesteś bezwstydna, Nikki – szepcze Lauren.

– Masz rację, Lauren – mówię, patrząc Rabowi prosto w oczy – romans z wykładowcą… to badziewie. To mój drugi. Pierwszy raz był to profesor literatury angielskiej, kiedy studiowałam w Londynie. Był na swój sposób zabawny, co można uznać za nadzwyczaj dziwne.

– Och, proszę, nie… – mówi Lauren. Już to słyszała.

Ale nie, ciągnę historię o Milesie, czym zawstydzam ją całkowicie.

– Był człowiekiem przepojonym miłością do literatury. Tak jak Bloom w Ulissesie uwielbiał nerki z posmakiem uryny. Kupował świeże nerki i kazał mi siusiać do niewielkiego naczynia. Następnie wkładał tam nerki, które po całonocnym moczeniu przyrządzał na śniadanie. Był bardzo cywilizowanym zboczeńcem. Zabierał mnie na zakupy do drogich butików. Uwielbiał wybierać dla mnie ciuchy. Szczególnie jeśli przebierać pomagała mi się młoda, modnie ubrana sprzedawczyni. Mawiał, że lubi, jak jedna kobieta ubiera drugą, ale musi to być w otoczeniu handlowym. Miał zawsze widoczną erekcję i czasami spuszczał się w spodnie.

Lauren wygląda uroczo, kiedy jest wściekła, cudownie się zaognia, co znacznie dodaje jej urody. Twarz nabiera rumieńców, oczy błyszczą. Dlatego prawdopodobnie ludzie lubią ją oglądać wściekłą, bo wygląda wtedy tak, jakby się właśnie pieprzyła.

Rab śmieje się, unosząc brwi, a Lauren się marszczy.

– Nie uważasz, że Lauren jest piękna, Rab? – pytam.

Lauren w ogóle to nie bawi. Jej twarz nabiera intensywniejszych kolorów, a oczy stają się nieco wilgotne.

– Odpierdol się, Nikki, przestań mieszać. Robisz z siebie idiotkę. Przestań zawstydzać mnie i Raba.

Ale Rab się w ogóle tym nie przejmuje, bo zaczyna do nas startować, najwyraźniej do Lauren, ale do mnie bardziej, niż pozwalam. Obejmując jedną ręką mnie, a drugą Lauren, całuje nas delikatnie w policzki. Widzę, jak Lauren sztywnieje i wypuszcza zza kołnierza pełnokrwisty rumieniec, a ja czuję jednocześnie przypływ włochatych myśli oraz dyskomfort uścisku.

– Obie jesteście piękne – mówi dyplomatycznie albo też z uczuciem? Cokolwiek by to było, jest bardzo celne, bo wykazuje jego zalety, głębię i siłę ekspresji, na co, szczerze mówiąc, nie liczyłam. Następnie to uczucie znika. Kiedy nas puszcza, dodaje jeszcze po kumpelsku: – No bo gdybym was nie poznał, tobym się zastrzelił na tych zajęciach. Rozmawiamy tam o jakichś popierdolonych analizach filmowych jak jacyś ochujali filmowi krytycy, a żadne z nas nie trzymało w ręku kamery. Ani też żaden z tych chujków, którzy nas uczą. Uczą nas tylko, jak wsiadać na jednych i lizać dupy innym, którzy wyciągnęli palec z tyłka i coś robią. Tak jest na wszystkich kierunkach związanych ze sztuką: kształcenie pasożytów, trutni i tym podobnych.

Czuję rosnące przygnębienie. Celowo lub nie, ten chłopak jest cholernym bajerantem. Pokazał nam przebłysk czegoś pięknego, by strącić nas ponownie w czeluście studenckiego dnia codziennego.

– Skoro tak mówisz – Lauren wróciła ostrożnie do perorowania, jednak nieco uspokojona, że pokaz uczuć Raba nie poszedł dalej – to oznacza, że zgadzasz się z całościowym thatcherowskim paradygmatem negowania potrzeby studiów artystycznych na rzecz przedmiotów wyłącznie zawodowych. Jeśli zabije się ideę wiedzy dla niej samej, to jednocześnie zabije się wszelką krytyczną analizę tego, co dzieje się na płaszczyźnie spoi…

– Nie… no nie… – protestuje Rab. – Chodziło mi o to, że…

I tak w kółko ścierają się jak na ringu i mówią, że ogólnie się zgadzają, chociaż rozdźwięk występuje w szczegółach, lub odwrotnie – kłócą się z dziką zawziętością o jakieś pomniejsze szczególiki. Innymi słowy, wyszedł z nich cholerny student do kwadratu.

Nienawidzę tego rodzaju rozmów szczególnie pomiędzy mężczyzną i kobietą, szczególnie kiedy jedno z nich właśnie podniosło stawki w tej kwestii. Chciałabym im wykrzyczeć prosto w twarz: „Przestańcie szukać wymówek, żeby nie pójść się pieprzyć!”.

Po kilku drinkach bar zaczyna być bardziej do przyjęcia. Zmienia się w miejsce, w którym ludzie cieszą się swoim towarzystwem i tym, jak dobrze pogadać o pierdołach. I wtedy dochodzę do wniosku, że Rab mi się całkiem podoba. Nie stało się to nagle, raczej narastało w czasie. Jest w nim coś niesłychanie czystego i kaledońskiego, szlachetnego i celtyckiego. Nieomal purytański stoicyzm, który nieczęsto spotyka się u Anglików w jego wieku, a już na pewno nie w Reading. Ale potrafią ci Szkoci kłócić się, dyskutować i debatować w sposób właściwy wyłącznie bogatym środowiskom miejskim i ludziom mediów w Anglii.

– Pierdolić te głupie spory – oznajmiam im władczo. – Ja wam zdradziłam swój brudny sekret. Masz jakieś sprośne tajemnice, Lauren?

– Nie – mówi znów zaróżowiona i kiwa głową. I widzę, jak Rab unosi brwi, jakby ponaglał mnie do porzucenia tego tematu, jakby okazywał empatię dla bólu Lauren, który ja sama chciałabym podzielać.

– No a jak u ciebie, Rab?

Szczerzy zęby i potrząsa głową. W oczach po raz pierwszy widać mu figlarne ogniki.

– Nie, mój kumpel Terry jest w t y m dobry.

– Terry, co? Chciałabym go poznać. Ty go poznałaś, Lauren?

– Nie – mówi zwięźle, wciąż napięta, lecz już jakby mniej.

Rab znów unosi brwi, jakby mówił, że to niekoniecznie dobry pomysł, co, przyznaję, zaintrygowało mnie nieco. Tak byłoby miło poznać tego Terry’ego i podoba mi się również to, że Rab jest odmiennego zdania.

– No to czym on się zajmuje? Dziś pytanie, dziś odpowiedź.

– No… – Rab zaczyna ostrożnie. – Ma na własność taki kurwidołek. Robią filmy dla dorosłych i jeszcze inne takie. To znaczy ja w tym nie siedzę, tylko Terry.

– Szczegóły proszę!

– No bo Terry chodził kiedyś do tego pubu po zamknięciu. Były tam jakieś znajome dziewczyny i może jedna czy dwie turystki. Pewnej nocy wszyscy nieco wypili i się zaczęło, no wiecie. I odtąd spotykali się regularnie. Pewnego razu wszystko się nagrało na kamerę ochrony, mówił, że przez przypadek – Rab wywrócił oczami z powątpiewaniem – ale dzięki temu zaczęli kręcić wszystko amatorską kamerą. Kręcą teraz filmy i pokazują urywki w internecie, następnie wysyłają za zaliczeniem pocztowym lub wymieniają z innymi, którzy robią to samo. Wyświetlają w pubie zwykle dla weteranów po pięć funciaków od łebka. No… w czwartki.

Lauren wygląda na zniesmaczoną i widać, jak Rab w jej ocenie leci na łeb na szyję, czego on jest w pełni świadomy. Ja jednak jestem bardzo zaciekawiona. I jutro jest czwartek.

– Czy jutro będzie pokaz? – pytam.

– No chyba tak.

– Możemy tam pójść?

Rab nie jest pewny.

– No cóż… Musiałbym was wprowadzić. To prywatny pokaz. Terry jest, noo… Mógłby was namawiać do wzięcia udziału, więc gdybyśmy poszli, to trzeba go po prostu ignorować. To łgarz jakich mało.

Odgarniam włosy do tyłu i oznajmiam uroczyście:

– Mogę na to pójść! Również Lauren – dodaję. – Pieprzenie jest dobrym sposobem na poznanie ludzi.

Lauren posyła mi spojrzenie, które byłoby w stanie położyć szarżującego byka.

– Nie będę oglądać filmów pornograficznych w zaplutej spelunce z zaślinionymi staruchami, a już na pewno nie będę „brała udziału”.

– Daj spokój. Fajnie będzie.

– Nie i już. Będzie obleśnie, obrzydliwie i smutno. Najwyraźniej mamy odmienne pojęcie dobrej zabawy – ripostuje stanowczo.

Wiem, że nerwy ma na wierzchu, i nie chcę się z nią spierać, ale mam na to sposób. Potrząsam głową.

– Mamy studiować film? Studiować zachowania kulturowe? Rab mówi, że istnieje cała podziemna struktura filmowej produkcji pod naszymi nosami. Musimy to poznać. Z powodów edukacyjnych. I do tego jeszcze jest szansa, żeby się na coś załapać!

– Nie mów tak głośno! Jesteś pijana! – piszczy, rozglądając się nerwowo po pubie.

Rab śmieje się z zażenowania Lauren lub może po to, by ukryć własne.

– Lubisz szokować, prawda? – mówi do mnie.

– Wyłącznie siebie – odpowiadam. – A ty? Czy kiedykolwiek przyłączasz się do tych zabaw?

– No nie, to nie w moim stylu – znów podkreśla, ale nieomal słychać pobrzmiewającą w nim winę.

Teraz myślę o tym Terrym, który l u b i się przyłączyć, zastanawiając się, jak to jest. Chciałabym, żeby Rab i Lauren byli nieco bardziej odjechani. Zastanawiam się jednocześnie, jak by to było we trójkę.

7. Sztos nr 18735

Wróciłem (w końcu) do rodzinnego miasta. Droga pociągiem, która kiedyś trwała cztery i pół godziny, teraz zajmuje siedem. Postęp jak cholera. Modernizacja o kant dupy. A ceny, kurwa, rosną wprost proporcjonalnie do czasu podróży. Wciskam przesyłkę do Begbiego do skrzynki pocztowej na dworcu. Ciesz się nią, ile wlezie, chłopie. Biorę taksówkę do początku Walk, wspaniałego starego deptaka, którego wygląd się nie zmienił. Walk wciąż wygląda jak stary i niesłychanie drogi dywan. Może i jest nieco zakurzony i wyblakły, lecz wciąż na tyle gęsty, by przyjąć nieuniknione ludzkie okruchy. Przy chacie płacę dowcipasowi taryfiarzowi i przy okazji zdziercy, po czym mijając wyrwany ze ściany domofon, wchodzę na cuchnącą szczochami klatkę schodową.

Paula obejmuje mnie ciepło na powitanie, prowadzi do środka i sadza w swoim pokoju gościnnym na wprost herbaty i ciasteczek. Trzeba jej przyznać – świetnie się trzyma, choć wciąż wygląda jak kaczka rozjechana na autostradzie. Nie rozsiadamy się jednak, chociaż nie idziemy również do słynnego baru Pauli – Port Sunshine Tavern. Uważa, że pośpiech jest tu niewskazany. Nie, idziemy do Spey Longue na jednego, gdzie jestem jednocześnie rozradowany i zawiedziony brakiem widoku znajomych mord.

Paula bawi się swoim drinkiem i zupełnie nie może sobie poradzić z uśmiechem pełnym samozadowolenia, jaki pojawia się na jej dużej, sflaczałej twarzy.

– No, zbyt wiele czasu żem spędziła w tamtej knajpie. Mam teraz własne życie, synuś – mówi. – No bo żem poznała jednego takiego kawalera.

Patrzę Pauli w oczy, czując, jak niezależnie ode mnie w zdziwieniu unosi się moja młodzieńcza brew zupełnie jak u Lesliego Phillipsa, ale nic nie mogę na to poradzić. Nie muszę jednak długo czekać, bo oto sama przechodzi do sedna. Z Pauli to zawsze była modliszka. Jedno z moich najboleśniejszych wspomnień z okresu nastoletniego wiąże się z pościelowym tańcem z Paulą na ślubie mojej siostry, kiedy przy dźwiękach nagrania Bryana Ferry’ego Slave to Love jej dłonie ściśle przylgnęły do moich pośladków.

– Jest Hiszpanem, ach, uroczy kochaś, mieszka w Alicante. Byłam tam, żeby to zobaczyć. On chce, żebyśmy tam mieszkali. Bo tam grzeje słońce, czas wygrzać stare kości – ściska uda i wywija wargę na podobieństwo czerwonego chodnika – to o to tu chodzi, Simon. Chociaż gadają tu aż huczy – parska, obarczając winą przynajmniej cały port w Leith.

– Paula, żyjesz mrzonkami, to nie potrwa długo.

– Nie zrozum mnie źle, ale co ma być, to będzie. A co ma niby być? Każda mrzonka jest dla mnie teraz dobra – mówi, łykając drinka do końca i chwytając ustami plasterek cytryny, bierze go w obroty sztucznymi zębiskami, wysysa do sucha, po czym wypluwa przeżuty do pustej szklanki.

Widok wymęczonej cytryny podpowiada wyobraźni, jaki to straszny los niechybnie spotka hiszpańskiego jebakę.

Paula spodziewała się wszelkich oporów z mojej strony oprócz tego, że będę próbował zepsuć jej szczęście. Jej wiara we mnie jest wzruszająca: kłamstwa o sukcesach w londyńskim przemyśle rozrywkowym robią na niej wrażenie. Chce, bym przejął Port Sunshine. Problem z dwudziestoma tysiącami funtów rozwiązuje się zadziwiająco bezboleśnie, ponieważ proponuje, bym spłacał je wpływami z baru. Aż do całkowitego rozliczenia będzie moim cichym wspólnikiem.

To miejsce to potencjalna żyła złota czekająca na swego odkrywcę. Można nieomal namacalnie wyczuć w powietrzu napływ bogatych pryków z Miasta, co natychmiast podniesie ceny nieruchomości, i ja też słyszę szelest banknotów po zmianie Portu Sunshine z portowej speluny w miejsce spotkań kawiarnianej elity Nowego Leith. Jest tam wszystko – obszerne zaplecze i od dawna zamknięty stary bar na piętrze, który służy obecnie za składzik.

Muszę wyrobić sobie akcyzę na alkohol i od razu po rozstaniu się z Paulą biegnę do urzędu miasta, by pobrać stosowne formularze. Po wykonaniu tego zadania pochłaniam cappucino (które, o dziwo, doskonale parzą w Szkocji) i owsiane ciastko w ciastkarni za rogiem. Przeglądam papiery i rozmyślając o perspektywach w Hackney, zaczynam wypełniać formularze. Leith wygrywa. Na pewno doprowadzą tu metro przed Hackney.

Później idę do domu rodziców w South Side. Mama cieszy się z mojej wizyty, chwytając mnie w morderczym uścisku, i przy trzasku pękających żeber syna uderza w płacz.

– Spójrz, Dave – mówi do staruszka, który ledwo oderwał wzrok od telewizora – mój chłopak wrócił! Och, synku, jak ja cię kocham!

– Ma… mama da spokój – mówię lekko zakłopotany.

– Poczekaj, jak zobaczysz się z Carlottą! A i z Louisą!

– Chodzi o to, że muszę niedługo wracać…

– No, synku, synku… nie…

– Tak, ale chodzi o to, że wrócę. Na dobre!

Mama ponownie wybucha płaczem.

– Dave! Ty to słyszysz? Mój synek wraca do domu!

– Tak, Paula zaproponowała mi przejęcie Portu Sunshine.

Mój stary odwraca się w fotelu i posyła mi spojrzenie pełne niedowierzania.

– A co ci się w buzię stało? – pyta mama.

– Port Sunshine? Nawet sztywny bym tam nie chciał leżeć. Pełno tam kurew i świszczypał bez grosza – szydzi mój ojciec. Stary drań wygląda na zmęczonego z tą osmaganą wiatrem gębą. Jak gdyby się pogodził, że nie może już pomiatać mamą, bo wyrzuci go na zbity ryj, a tak osłabiony nie znalazłby drugiej głupiej, co by za nim poszła, a już szczególnie takiej, która robi tak doskonałe spaghetti jak mama.

Pogodziwszy się z jej życzeniem zorganizowania rodzinnego spotkania, postanawiam zostać na wieczór. Moja mała siostra Carlotta wpada do domu i piszczy z radości, całując mnie z rozmachem w oba policzki, następnie dzwoni do Louisy na komórkę. I siedzę tak osaczony siostrami po bokach, a starszy tylko coś tam chrząka i łypie na mnie okiem. Często też moja mama zgania Carlottę i Louisę z kanapy z okrzykiem:

– No sio! Pozwólcie mi uściskać mojego syneczka. No popatrzcie tylko, mój chłopczyk wrócił! I to na dobre!

Zadowolony z tego, jak się sprawy mają, jadę do Sun City. Wlokę się wzdłuż Walk, wdychając morskie powietrze, bo tu, daleko od dusznego Edynburga zaczyna się moje ukochane rodzinne miasto portowe. Następnie idę do mojego baru, mając za plecami Paulę, gdzie nagle doświadczam gwałtownego ataku depresji. Sam bar jest już wystarczająco pawiogenny: na podłodze stare czerwone płytki, stoły pokryte ceratą, zasmolone nikotyną ściany i sufit, ale to klienci dobijają mnie najbardziej. Wyglądają jak tłum zombie z filmu George’a A. Romera wolno rozkładających się w ostrym świetle neonówek, które podkreśla jedynie mnogość ich grzechów. Widziałem meliny narkomańskie w Hackney i Islington, które przy tym sraczu wyglądały jak jebane pałace.

Leith? Tyle lat starałem się stąd wydostać. Jak mógłbym znów tu zapuszczać korzenie? Teraz kiedy staruszka przeniosła się do South Side, absolutnie nie ma takiej potrzeby. Staję przy barze i pijąc whisky, obserwuje Paulę i jej fumfelę Morag, która musi chyba być jej klonem, jak wydają posiłki tym żałosnym bezzębnym ciulom, jakby to była jakaś garkuchnia Czerwonego Krzyża. Po przeciwnej stronie baru nienaturalnie głośna muzyka taneczna wydobywająca się z szafy grającej nakręca kilku pryszczatych młodzieńców, którzy stojąc wokół niej, pociągają nosami, krzywią się i gapią wkoło. Już jestem gotów, by zostawić ten pub, Paulę i Leith. Wzywa mnie pociąg do Londynu.

Wybąkuję coś przepraszająco i idę dalej ku Nowemu Leith: królewskiemu jachtowi Britannia, Scottish Office, odnowionym dokom, winiarniom, restauracjom, lokalom dla japiszonów. To jest przyszłość i jest dwie ulice dalej. Za rok, może za dwa będzie tuż za rogiem. I wtedy proszę!

Muszę tylko przełknąć gorzką pigułkę i schować dumę w kieszeń, i po prostu wyczekać. W międzyczasie będzie się działo. Miejscowi są zbyt ciency w uszach, żeby dotrzymać kroku takiemu światowcowi z metropolii, jakim jest Simon David Williamson.

8. „…tylko jeden obiektyw…”

Rab jest jakiś nerwowy. Skubie sobie skórę między palcami. Kiedy go zaczepiam, mamroce coś o rzuceniu palenia i o tym, że ma dziecko w drodze. Są to pierwsze wzmianki, jakie wypowiedział o życiu pozastudenckim, oczywiście nie licząc opowieści o tajemniczym Terrym. To dziwne, kiedy się pomyśli, że w ogóle ono istnieje – całe, samonapędzające się obszary wciśnięte w małe, ciasne ramy. Tak jak u mnie. A teraz wejdziemy przynajmniej w część jego ukrytego świata.

Nasza taksówka szczęka i buczy, kiedy tak jedziemy od jednych do drugich świateł, taksometr porusza się równie wolno i niechętnie jak nadciągające szkockie lato. Zatrzymujemy się przed małym pubem, ale pomimo że grzeszne żółte światło wylewa się z wnętrza na szarozielony chodnik, a ze środka słychać dudniący rechot z przepalonych tytoniem gardeł, to nie wchodzimy do środka. Nie, idziemy osikaną szutrową alejką do pomalowanych na czarno bocznych drzwi, w które Rab stuka umówionym kodem szkockiego marszu. Ta-ta, ra-ta-ta, ta-ta-ta-ta, ra-ta.

Da się słyszeć odgłos kogoś spadającego ze schodów. Potem zalega cisza.

– Tu Rab – mamrocze, znów coś wystukując, tym razem w rytm jakiegoś kibolskiego skandowania.

Słychać zasuwkę, szczęk łańcucha i jak diabełek z pudełka wychyla się zza drzwi rozczochrana głowa. Para zmrużonych, głodnych oczu od razu rozpoznaje Raba, następnie omiata mnie spojrzeniem z takim natężeniem, że mam ochotę krzyczeć: „Policja!”. Następnie uczucie zagrożenia i dyskomfortu znika, topniejąc pod pełnym żaru uśmiechem, który niemal dosięga mej twarzy jak palce rzeźbiarza modelujące ją według jego woli. Uśmiech jest niesamowity, zmienia jego twarz z pyska wojującego, agresywnego głupka w oblicze jakiegoś szlachetnego dzikusa mającego w zanadrzu wszystkie tajemnice świata. Głowa obraca się najpierw w jedną, później w drugą stronę w oczekiwaniu jakichś innych niespodzianek na ścieżce.

– To jest Nikki – wyjaśnia Rab.

– Wejdźcie, wejdźcie. – Facet kiwa głową.

Rab posyła mi błyskawiczne pytające spojrzenie w stylu „jesteś pewna”? I przedstawia kolegę: „To jest Terry”, kiedy ja w odpowiedzi na jego spojrzenie przechodzę przez próg.

– Słodki Terry. – Wielkolud o kręconych włosach uśmiecha się, usuwając się, abym pierwsza mogła wejść na schody. Idzie za mną w milczeniu, by w spokoju pogapić się na mój tyłek, jak sądzę. Nie spieszę się, pokazując mu, że nie dam się speszyć. Niech on się peszy.

– Masz wspaniały tyłeczek, Nikki, mówię nie bez kozery – odzywa się do mnie z radosnym entuzjazmem w głosie. – Już zaczynam go lubić. To moja słabość: zbyt duże wrażenie robią na mnie niewłaściwe osoby. Wszyscy mi to mówią: rodzice, nauczyciele, wychowawcy, a nawet rówieśnicy.

– Dziękuję ci, Terry – mówię z rezerwą, odwracając się w jego stronę po wejściu na schody. Oczy mu gorzeją, a ja patrzę prosto w nie, wytrzymując jego wzrok. Uśmiecha się jeszcze szerzej, po czym wskazuje mi skinieniem głowy drzwi. Otwieram je i wchodzę do środka.

Czasami odmienność, inność pewnych miejsc uderza z całej siły. Kiedy kończy się krótkie lato i zaczyna rok akademicki, wszystko przybiera szarobure i brunatne barwy. Orzeźwiające powietrze w płucach, takie czyste, zmienia się w prawdziwy chłód, przed którym chronisz się w cieple ledwo oświetlonych barów i lokali, byle jakich, ot choćby to był Witherspoons/Falcon i Firkin/All Bar One/O’Neill – tereny firmowe wyglądające dokładnie tak samo jak wszystkie skolonizowane przez tłumy miejsca spotkań w każdym większym mieście Wielkiej Brytanii. Wystarczy jednak zejść z utartych szlaków i człowiek natyka się na przejawy prawdziwego życia. Zwykle znajdują się o kilka kroków w bok, kilka przystanków autobusu, bardzo blisko. Stałam w jednym z takich miejsc, które wywoływało przemożne wrażenie, że oto przeniosłam się w czasie tam, gdzie głównym motywem była tandeta. Wystrój aż kłuł w oczy. Skierowałam się do toalety, żeby dopełnić dzieła estetycznego zniszczenia. Toaleta damska przypominała wyglądem i przestronnością egipski sarkofag, wystarczająco duży, by usiąść na pękniętej muszli, podziwiać brak papierowych ręczników, nadkruszone kafle, umywalkę bez ciepłej wody i pęknięte lustro ponad nią. Spojrzałam w nie uradowana, że wyprysk, który – jak się obawiałam – powiększy się, tymczasem sklęsnął nieco. Mam krostę na brodzie, ale już schodzi. Czerwone wino. Unikać czerwonego wina. Tu nie będzie to trudne. Podkreślam kredką oczy, nakładam jeszcze trochę tej karminowej szminki i przeczesuję włosy. Następnie biorę głęboki wdech gotowa na spotkanie nowego świata.

Wiele spojrzeń spoczęło na mnie, gdy wyszłam; spojrzeń, których byłam ledwie świadoma, kiedy szłam do toalety. Jedna szczególnie ostro wyglądająca dziewczyna z czarnymi krótkimi włosami posyła mi nieskrywanie wrogie spojrzenie. Kątem oka widzę, jak Terry spojrzeniem daje znak kobiecie za barem. Lokal jest zapełniony w połowie, ale ja na wszelki wypadek nie spuszczam Terry’ego z oczu.

– Birrell, ty kutafonie, no właź do środka – mówi do Raba, nie odrywając jednak spojrzenia ode mnie. – Więc mówisz, Nikki, że studiujesz razem z Rabem. Więc chyba… – Terry zacina się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa i widać, jakby się zdecydował na jedno, po czym zastanawia się nad kolejnym, aż w końcu ucina swoje dywagacje. – Eee tam, są słowa, nad którymi lepiej się nie zastanawiać.

Śmieję się z jego występu. Zabawny jest. Nie ma potrzeby od razu kopać go po jajach, na to przyjdzie czas później.

– Taa, jestem na uniwerku. Chodzimy razem na zajęcia filmowe.

– Już ja ci pokażę fajny film do studiowania! Chodź tu, siądź koło mnie. – Wskazuje na miejsce w rogu, zupełnie jak nadgorliwy uczeń podstawówki chcący za wszelką cenę pochwalić się, co zrobił w szkole. – A macie tam podobne do ciebie laski w tej szkole? – pyta mnie, choć pośrednio robi to z powodu Raba. Już zauważyłam, że Terry podobnie jak ja lubi, kiedy Rab jest zakłopotany. Coś nas łączy.

Siadamy w rogu obok dwóch przechodzonych młódek, jakiejś pary i barmanki.

Terry ma na sobie znoszony wełniany sweter Paul and Shark na zamek, a pod nim koszulkę w szpic. Levisy i adidasy. Na palcu ma złoty sygnet, a na szyi łańcuch.

– Więc to ty jesteś ten słynny Terry – zaczepiam go, oczekując jakiejś reakcji.

– Jasne, Terry – mówi zdawkowo, jakby prawda ta była zarówno powszechnie znana, jak i niepodważalna. – Słodki Terry – powtarza. – Zaraz pokażemy ci, co tu ostatnio wyrabialiśmy.

Grupa starszych facetów i nie tylko starszych wchodzi i siada, wielu z nich na powyciąganych skądś krzesłach usadawia się przed telewizorem. Panuje atmosfera jak podczas meczu. Pojawiają się porozumiewawcze spojrzenia, padają dowcipy, stukanie się szkłem, a groźnie wyglądająca dziewczyna zbiera od wszystkich pieniądze. Terry drze się do przysadzistej i zupełnie niegroźnej istoty:

– Gina, no idź, maciorko, zasuń kotary.

Dziewczyna posyła mu spojrzenie pełne wyrzutu i już ma coś powiedzieć, ale po namyśle daje za wygraną.

Zaczyna się pokaz filmu, ze względów oczywistych zarejestrowany na tanim sprzęcie wideo – jedną kamerą, żadnego montażu, zastosowano tylko jeden obiektyw, którym kamerzysta robi zbliżenia i odejścia. Wszystko kręcone jest ze statywu i dzięki temu obraz jest stabilny, lecz jest to wyłącznie film rejestrujący pieprzenie bez żadnej próby stworzenia prawdziwego filmu. Jakość obrazu jest w porządku i można zobaczyć, jak Terry posuwa tę Ginę, która z tej strony baru nalewa drinki.

– No bo schudłam trochę w zeszłym roku – szepcze do mnie i najwyraźniej zadowolona z tego faktu poklepuje się po biodrach, które służyły za, obecnie nieco zmniejszone, uchwyty miłosne.

Odwracam wzrok, nie mogąc jednak do końca oderwać spojrzenia od ekranu, kiedy młoda dziewczyna, Melanie, jak wynika z szeptu Terry’ego, pojawia się na planie. Terry wskazuje brodą w stronę baru i rozpoznaję ją teraz – dziewczynę, która stała po drugiej stronie baru. Wygląda inaczej na ekranie, bardzo sexy. Gina schodzi do parteru i najwyraźniej chce ją zalizać na śmierć. Ktoś rzuca jakąś uwagę i grupa wybucha śmiechem, a ta Melanie uśmiecha się z nieśmiałym zażenowaniem, lecz rechot szybko milknie uciszony powszechnym „ciiii”. Jakość dźwięku jest praktycznie żadna – wyławiam jedynie kilka westchnień i komentarzy Terry’ego, który czasami powie coś w stylu: „no chodź”, „tak” czy „tak się kręci lody, mała”. Na planie pojawia się blondynka, którą pieści, a ona wysysa go do sucha. Następnie przegina ją wpół na kanapie i zaczyna sypać od tyłu. Jej twarz zwrócona jest bezpośrednio do kamery, a piersi tańczą w przód i w tył. Następnie widać twarz Terry’ego wyglądającą zza jej ramienia. Patrzy prosto w kamerę, mruga do nas i mówi coś, co brzmi jak „brać życie za rogi”.

– Ursula, szwedzka laska – wyjaśnia mi scenicznym szeptem – a może duńska… Nieważne, opiekunka do dzieci, ma chatę obok Grassmarket. Rżnie się jak byk – dodaje. Wraz z nowymi postaciami pojawiającymi się na planie Terry rzuca co raz swoje komentarze: – Craig, mój dobry fumfel. Jebaka pierwsza klasa. Nieco za szybki, i totalny maniak seksu. Miejsca sobie nie może znaleźć, ale… O, Ronnie… Ten chłopak mógłby dymać w narodowej drużynie Szkocji w dymaniu…

Pokaz kończy się ujęciem wszyscy na wszystkich i praca kamery praktycznie ustaje. Czasami widać tylko rozmazane różowe plamy. Następnie odjeżdża i kieruje się na Ginę, która na drugim planie wycina kokainowe ścieżki, jakby seks ją dokumentnie znudził. Film potrzebuje montażu na gwałt i kusi mnie, żeby się podzielić tą myślą z Terrym, ale on wyczuwając znudzenie publiki, wyłącza telewizor pilotem.

– To był film o nas, ludziska – mówi z uśmiechem.

Po projekcji gadamy sobie z Rabem przy barze. Pytam go, od jak dawna to wszystko trwa. Już ma odpowiedzieć, kiedy podchodzi do mnie Terry i zagaduje:

– No to co o tym, panna, myślisz?

– Amatorka – odpowiadam głośniej i bardziej po pijacku, niż zamierzałam, jednocześnie odgarniając włosy do tyłu. Na sekundę ścina mi krew w żyłach, wydaje mi się, że Gina słyszała, co powiedziałam, bo dostrzegłam ostry jak żyleta błysk w jej oku.

– A potrafiłabyś lepiej? – pyta, wytrzeszczając oczy i unosząc brwi.

Patrzę mu prosto w oczy.

– Taak – odpowiadam.

Wywraca oczami i pospiesznie bazgroli na podstawce pod piwo jakiś numer telefonu.

– Kiedy tylko chcesz, lalka. Kiedy chcesz – mówi cicho.

– Trzymam cię za słowo – mówię, zniesmaczając do reszty Raba.

Po raz pierwszy dostrzegam dwóch facetów z filmu: Craiga i Ronniego. Craig to chudy nałogowy palacz o nerwowym wyglądzie z ufryzowaną szopą jasnobrązowych włosów. Ronnie wygląda na wyluzowanego gościa z cienkimi, jasnymi włosami i ma ten sam idiotyczny uśmieszek co na planie, chociaż w rzeczywistości wydaje się grubszy niż w filmie.

Już po chwili wchodzi Ursula, skandynawska dziewczyna, i Terry nas przedstawia. Pierwsze spojrzenie, jakim mnie zaszczyca, ma temperaturę koła podbiegunowego, chociaż wita mnie przesadnie ciepło. Ursula nie wygląda na żywo tak dobrze jak na planie; jest nieco przysadzista, rzekłabym, że wygląda na trolicę. Proponuje mi drinka. Zanosi się na niezłą imprezę, ale ja przepraszam i jadę do domu. Może i nawet coś interesującego mogłoby się wydarzyć, ale widzę w spojrzeniu Terry’ego, że nie powinnam odkrywać wszystkich swoich kart od razu. On poczeka. Wszyscy poczekają. A poza tym mam pracę zaliczeniową do skończenia.

Po powrocie do domu zastaję Lauren wciąż na nogach, jest tu też Dianne, która się właśnie wprowadziła. Lauren naprawdę się na mnie boczy za moje wyjście, za to, że jej nie pomogłam, że nie powitałam Dianne, nieważne. Tak naprawdę to jest na mnie nieźle wkurwiona za pójście na pokaz filmu dla dorosłych, chociaż widać po niej, że bardzo by się chciała dowiedzieć, jak było.

– Cześć, Dianne! Wybacz, że musiałam dzisiaj wyjść.

Dianne to zdaje się nie przeszkadza. Jest bardzo stylową, piękną kobietą, mniej więcej w moim wieku. Ma grube, błyszczące czarne włosy do ramion, które związała błękitną wstążką, i rozbiegane oczy pełne życia. Usta raczej cienkie, które odsłaniając duże, białe zęby, całkowicie potrafią zmienić wyraz jej twarzy. Jest ubrana w granatową bluzę, granatowe dżinsy i buty sportowe.

– Fajnie było? – pyta z miejscowym akcentem.

– Poszłam oglądać film dla dorosłych do pubu – mówię.

Obserwuję, jak Lauren purpurowieje ze wstydu.

– To o dużo za dużo, niż chcemy wiedzieć, Nikki. – Brzmi to żałośnie, jakby mówiła to nastolatka za wszelką cenę starająca się udawać dorosłą, a jej wypowiedź zmienia ją na powrót w małą dziewczynkę.

– I jak było? – pyta Dianne ku nieopisanej zgrozie tężejącej Lauren.

– Nieźle. Poszłam z przyjacielem Lauren – mówię dalej.

– Wcale że nie! To również twój przyjaciel! – prawie krzyczy, a kiedy zdaje sobie z tego sprawę, kończy całkiem cicho: – To tylko taki facet z zajęć.

– To bardzo ciekawe – mówi Dianne – bo ja zbieram materiały do magisterki z psychologii na temat wyrobników w przemyśle porno. No wiesz, prostytutek, tancerek, striptizerek, dziewczyn z sekstelefonów, masażystek, panienek z agencji i takie tam.

– I jak ci idzie?

– Trudno jest znaleźć ludzi gotowych o tym opowiadać – mówi.

Uśmiecham się do niej.

– Być może będę mogła ci pomóc.

– Doskonale – cieszy się i umawiamy się na zrobienie wywiadu środowiskowego na temat mojej pracy w saunie, po mojej jutrzejszej zmianie.

Wstawiona idę do pokoju i staram się przeczytać w komputerze moją pracę dla McClymonta. Po kilku stronach mój wzrok natrafia na jedno głupie zdanie i wybucham śmiechem: „Niemożliwe jest pominięcie wpływu szkockich emigrantów na społeczeństwa, z którymi weszli w kontakt”. To dla pana, McClymont. Oczywiście nie wspomniałam nic o ich roli w rozwoju niewolnictwa, rasizmu i stworzeniu Ku Klux Klanu. Po chwili powieki robią się ciężkie i wędruję w kierunku łóżka, z wolna zapadając w ciepłą nomadyczną podróż i już jestem gdzie indziej…

…wczepił się we mnie… ten zapach… a jej twarz w tle, ten uśmieszek pełen wrednej radości i zachęty, kiedy przerzuca mnie przez bar jak gumową lalkę… ten głos, rozkazujący, ponaglający… i widzę twarze mamy, taty i mojego brata Willy’ego w tłumie… staram się krzyczeć… proszę, powstrzymajcie to… proszę… ale oni mnie nie widzą, jak mnie kneblują i poniewierają…

To był nieprzyjemny, paskudny, pijacki sen. Siadam, w głowie mi huczy i zbiera mi się na wymioty, po czym przechodzi, pozostawiając tylko łomotanie serca i odpady toksyczne w postaci potu na twarzy i pod pachami.

Komputer drzemie sobie i dopiero ruch myszki przywraca pracę dla McClymonta z powrotem na ekran, jakby rzucał mi rękawicę w geście wyzwania. Muszę brnąć w to dalej. Dianne i Lauren już wyszły z kuchni, więc parzę szybko kawę, wracam do lektury, skracam nieco tekst, sprawdzam liczbę słów, przepuszczam przez sprawdzanie ortografii i wciskam „Drukuj”. Muszę dostarczyć pracę na uniwerek do południa. Kiedy drukarka wypluwa z siebie wymagane trzy tysiące słów, idę do łazienki i spłukuję z siebie wczorajszy alkohol, pot i odór spalonych papierosów, dokładnie myjąc włosy.

Nakładam na twarz krem, delikatny makijaż, wkładam ciuchy i zabieram do torby rzeczy do pracy. Pędzę przez Meadows, jedynie w porywach zdając sobie sprawę z panującego przenikliwego zimnego wiatru, wyginającego kartki z moją pracą, którą staram się czytać. Wiem, że amerykański edytor tekstów poprawił mi tekst na amerykański angielski: „zety” zamiast „esów” i wywalone „ousy”, czyli coś, co niezmiennie doprowadza McClymonta do szewskiej pasji i co najprawdopodobniej i teraz stanie się pretekstem do szyderczych komentarzy. Jeśli zaliczę, to ledwo, ledwo.

Składam pracę w sekretariacie wydziału o jedenastej czterdzieści siedem, po czym posilona kawą i kanapką kieruję się do biblioteki, gdzie siedzę całe popołudnie, czytając materiały filmoznawcze. W okolicach siedemnastej idę do sauny.

Sauna znajduje się na brudnej, wąskiej, zadymionej głównej drodze kierującej ruch uliczny do centrum. Po okolicy roznosi się nasienny zapach podpuszczki z browaru nieopodal i jakby na przekór temu, że piłam jak smok zeszłego wieczoru, bije mi prosto w twarz. Sadza z autobusów i ciężarówek na stałe zaczerniła szyldy okolicznych sklepów i lokali i „Miss Argentina – latynoska sauna i salon masażu” nie jest tu wyjątkiem. Jednak wewnątrz wszystko jest nieskazitelne.

– Nabrudzili, to wytrzyj – jak zawsze pospiesznie mówi właściciel lokalu Bobby Keats. Jest tu więcej środków czyszczących niż olejków do masażu, a zaleca się nam zużywać ich do woli.

Rachunki za pranie ręczników muszą być astronomiczne.

W powietrzu unosi się niezmiennie ten sam sztuczny zapach. Chociaż mydła, płyny do płukania ust, balsamy, olejki, talki i zapachy stosowane są w dużych ilościach, by zabić odór spermy i potu, w dziwny sposób stanowi to uzupełnienie cuchnącego powietrza na zewnątrz.

Musimy wyglądać i zachowywać się jak stewardesy. By utrzymać charakter sauny zgodny z nazwą, Bobby zatrudnia dziewczyny, które – jak uważa – mają latynoski wygląd. Profesjonalizm przede wszystkim. Mój pierwszy klient to niewielki, siwy facet o imieniu Alfred. Po dokładnym aromaterapeutycznym masażu jego napiętych, guzowatych pleców z użyciem litrów olejku lawendowego nerwowo pyta o „usługi specjalne”, a ja proponuję mu „masaż specjalny”.

Łapię za jego penisa pod ręcznikiem i wolno zaczynam nim wywijać świadoma moich miernych umiejętności masturbacyjnych. Mam wciąż tę robotę tylko dlatego, że Bobby na mnie leci. Myślami wracam do dzieł markiza de Sade, w których porwane dziewczątka sztuki masturbacji uczyli starcy. Ale wracając do moich własnych doświadczeń, uświadamiam sobie, że zrobiłam dobrze ręką tylko dwóm swoim chłopakom, Jonowi i Richardowi, tym, którzy mnie nie przelecieli. Stąd też asocjacja, że nie pieprzę się z tymi, którym trzepię kapucyna, i że ten rodzaj aktywności zniknął z mojego życia seksualnego, zanim poważnie się rozpoczął.

Czasami zdarza się, że klienci składają zażalenie i wtedy nad mą głową zawisa widmo utraty pracy. Jednak po jakimś czasie zauważyłam, że w tej kwestii z Bobby’ego są kalesony i więcej gada, niż robi. Regularnie zaprasza mnie na rozmaite imprezy: na przyjęcia, do kasyna, finałowe mecze piłkarskie, na premiery filmów, mecze bokserskie, wyścigi, wyścigi psów lub po prostu „na jednego” albo „na coś na ząb” w „szpanerskiej restauracji prowadzonej przez dobrego przyjaciela”. Zawsze mam gotową wymówkę lub grzecznie odmawiam.

Na szczęście Alfred jest zbyt podniecony, by nawet zauważyć moje niedociągnięcia i iść na skargę. Wszelki fizyczny kontakt z płcią przeciwną wystarczy, by błyskawicznie odjechał i wystrzelił jak z gaśnicy, płacąc mi hojnie, kiedy jest już po wszystkim. Wiele innych dziewczyn, tych, które robią oral czy też pełny stosunek, nie zarabiają tyle co ja, mierny konioklep. Wiem to na pewno. Moja kumpela Jayne, która jest tu o wiele dłużej niż ja, mówi z przekonaniem, że ja też kiedyś pójdę na całość. Odszczekuję jej, że „nie ma mowy”, ale są takie dni, kiedy czuję, że ma rację, że to nieuniknione, wyłącznie kwestia czasu.

Po skończonej zmianie sprawdzam wiadomości na komórce. Lauren mówi, że poszły pić, oddzwaniam więc do niej i umawiam się w pubie Cowgate. Jest Lauren i Dianne oraz Lynda i Coral – kumpele z uniwerku. Bacardi płynie szerokim strumieniem i już po chwili jesteśmy nieźle nabzdryngolone. Po zamknięciu idziemy z Lauren i Dianne do naszego mieszkania na Tollcross.

– Spotykasz się z kimś, Dianne? – pytam, kiedy idziemy Chambers Street.

– Nie, najpierw muszę skończyć pisać pracę – mówi całkiem poważnie, na co Lauren kiwa z aprobatą głową, który to gest zostaje brutalnie przerwany dalszą wypowiedzią Dianne. – Wtedy będę się sypać ze wszystkim, co na drzewo nie ucieka i co ma kutasa, bo ten celibat już mnie, kurwa, wykańcza!

Parskam śmiechem, wtórując wybuchowi wesołości Dianne.

– Kutasy! Duże pały, małe fiutki, grube korzenie, cienkie dytki. Obrzezane, nieobrzezane! Białe, czarne, żółte i czerwone. Kiedy już złożę pracę, wstanie nowy świt zaczynający się głośnym: KUKURYKUUUU! – Składa dłonie i pieje jak szalona przy muzeum, co wywołuje u mnie nowy napad śmiechu. Lauren kurczy się w sobie. Będę się nieźle bawić z tą panną.

Rano czuję się kiepsko, jestem senna i przysypiam na wykładach i jeszcze ten chłopak, Dave, stara się mnie nieporadnie zagadywać. Nigdzie nie widać Lauren, chyba bardziej się naprała, niż myślałam. Doganiam Raba, który gada na Square z tym Dave’em i drugim facetem, Chrisem. Przechodzimy przez George Square do biblioteki. Profil Raba wyraźnie się odznacza w ostrym świetle słonecznym.

– Nie idę do biblioteki. Idę do domu na małe co nieco – mówię mu.

Sprawia wrażenie, jakby był nieco rozżalony, a nawet porzucony.

– Jasne…

– Idę do siebie na skręta. Idziesz ze mną? – proponuję. Dianne mówiła, że nie będzie jej cały dzień, i mam nadzieję, że Lauren też gdzieś wybyła.

– No dobra – on na to. Rab lubi sobie trochę przypalić haszu.

Wchodzimy do nas do mieszkania, rozbieram się i puszczam kompakt Macy Grey. Rab włącza telewizor ze ściszonym dźwiękiem. Zdaje się, że potrzebuje wielu punktów odniesienia. W pubie Grassmarket jest dzisiaj impreza, bo Chris ma urodziny. Rab nie przepada za piciem z kolegami ze studiów. Kiedy jest z nimi, zachowuje się wystarczająco zgodnie i w sposób koleżeński, ale można by przypuszczać, że uważa ich wszystkich za pieprzonych pozerów. Zgoda. Nie chcę się tak bardzo dobrać do portek Raba jak do jego świata. Wiem, że widział i robił o wiele więcej, niż daje po sobie poznać. Fascynuje mnie myśl, że gdzieś tam istnieje strefa niedostępna dla nas wszystkich, o której tak niewiele wiemy. Ludzie tacy jak Słodki Terry otwierają kolejny nieznany obszar.

– Czy wszyscy wychodzą od razu po tych warsztatach? – pytam go. Warsztaty to taki nasz żart, nasze określenie drogi do prawdziwego kręcenia filmów. Niewymuszony. Nie chciałabym, żeby Rab się wystraszył.

– Tak, jak mówi Dave – odpowiada Rab, biorąc głębokiego macha i trzymając bardzo długo dym w płucach.

– Chyba się przebiorę – oświadczam i idę do sypialni, by zdjąć dżinsy. Patrzę na swoje odbicie w lustrze i postanawiam tak wyjść do kuchni. Następnie wchodzę do dużego pokoju i staję za nim. Kępka włosów sterczy mu zadziornie. Cały dzień mi to przeszkadzało. Gdybyśmy się kochali i zdobyłabym prawo do takiego stopnia intymności, zmoczyłabym i wygładziłabym ją. Siadam na kanapie naprzeciw niego, mając na sobie tylko czerwoną bluzkę bez rękawów i białe bawełniane majteczki. On gapi się w telewizor. Ogląda krykieta bez głosu.

– Wzięłam już pierwszego macha – mówię, odgarniając włosy do tyłu.

Rab wciąż wślepia się w niemy kurewski mecz krykieta.

– Ten twój kumpel, ten Terry, to potwór. – Śmieję się. Jest to śmiech lekko wymuszony.

Rab wzrusza ramionami. Ciągle to robi. Na wszystko ma gotowe wzruszenie ramion. Czemu wzrusza ramionami? Ze wstydu? Z zakłopotania? Podaje mi jointa, starając się nie patrzyć na moje nogi, na moje białe majtki i radzi sobie z tym świetnie. Jest tak kurewsko opanowany, tak sobie, pierdolony, ze wszystkim radzi. Nie jest przecież gejem, ma dziewczynę i mnie ignoruje…

Słyszę, jak mówię wyższym głosem z nutą desperacji.

– Myślisz, że niezłe z nas kurwy, prawda, ja i Terry? Kiedy poszłam tam jak na sznurku, tak? Ale widzisz, do niczego nie doszło, przynajmniej nie tym razem – chichoczę.

– Nie… no bo to twoja sprawa – mówi Rab. – Ale powiem ci, że miał ochotę. Chciał, żebyś w to weszła. To, co robisz i w co się ładujesz, to twoja sprawa.

– Ale nie pochwalasz tego, tak jak Lauren. Wiesz, że mnie unika – mówię, biorąc kolejnego macha.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niezła jazda T2 Trainspotting Urodziłam się dziewczynką Trainspotting zero 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie