Stanęła naga...Powieść nieskończona

Stanęła naga...Powieść nieskończona

Autorzy: Władysław Broniewski

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Biografie Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 456

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 18.68 zł

Pragnienie napisania powieści nie opuszczało Broniewskiego niemal przez całe życie. Nosił ją „w głowie”, przelewał na papier, niszczył i znów do niej wracał.

Z tych zmagań pozostały niepublikowane dotąd fragmenty: kilka opowiadań, satyryczne historyjki wojskowe, reportaże literackie, urywki dramatu, proza poetycka. Zaskakująca metaforyka, cięty dowcip, sugestywnie kreślone postacie ujawniają melancholijny temperament autora. Są świadectwem lęków, marzeń i rozczarowań.

Stanęła naga... proza została wzbogacona o materiały biograficzne. Niedrukowane wcześniej listy, notatki z Pamiętnika, zapomniane dokumenty z czasów wojny polsko-bolszewickiej i międzywojnia. W efekcie otrzymujemy niezwykły portret Władysława Broniewskiego.

Władysław Broniewski

Stanęła naga… Powieść nieskończona

Warszawa 2012

Copyright © by Maria Pijanowska, Ewa Zawistowska, 2012

Copyright © for foreword and commentary by Wioletta Bojda, 2012

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2012

Recenzenci

prof. dr hab. Stanisław Frycie, prof. dr hab. Marek Bieńczyk

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-62467-50-1

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Wstęp

Idziemy długo szosą…

Wołyń…

Noc. Mróz. Skrzypi śnieg…

Złotowłosa…

Rewolucja

Był maj…

Półbaon szturmowy

Przypowieść o nudnym poecie

List do niej

Smutne ni to, ni owo

O wędrówce pośmiertnej sierżanta Gwoździa

Opowiadanie sierżanta Gwoździa

W tym tkwi jakiś tragizm…

Noc. Zmęczona dziewczyna…

Niebo czarne…

Spotykam go często…

Spada na ziemię…

Fantastyczność

Pisuję marne wiersze…

Stanęła naga…

Dialog

1 lir 30 centesimów…

Noce poetów

Wcześnie zasypia przedmieście…

Proletariat

Obraz I

Scena VII Drukarnia

50 dni w ZSRR

W drodze do Dnieprogesu

Kombinat Dnieprogesu i Dniepropietrowsk

Palestyna

Proletariat

ZSRR w oczach poety

Proletariat

Powieść autobiograficzna

Z lat minionych

Pani Tańska

Józefa

Westchnęła i chwilę potem umarła.

Komentarz

Przypisy

Ilustracje

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Wstęp

Broniewski był kolekcjonerem. Liter. Zapisywał je na przypadkowych świstkach, kartkach i karteluszkach, czasem segregował w zeszytach. Lubił też karne szeregi urzędowego druku, trzymał zaświadczenia, przepustki z wojska, ręcznie wypisywane rozkazy, meldunki, raporty, brudnopisy sprawozdań z akcji, legionowe Dokumenty Podróży. Wszystko. I otrzymywane listy, często wraz z kopertami, od rodziny, przyjaciół, trzech żon i niemal wszystkich kochanek. W zbiorach miał nawet dość zaskakujące „pamiątki” — na przykład pismo z 5 kwietnia 1927, w którym Dyrekcja Tramwajów Miejskich „Powołując się na zażalenie W. Pana z d. 24 z.m.”, przeprasza za „doznaną nieprzyjemność z powodu nieuwagi naszego funkcjonariusza” i zwraca „reklamowaną przez Niego resztę zł. 4.60, które konduktor złożył przy raporcie w biurze Tramwajów po obliczeniu dziennego dochodu w d. 24 z.m.”. A choć suma niewielka, wyegzekwowane zadośćuczynienie wzmogło zapewne wiarę w istnienie sprawiedliwości, jednak kolejne dokumenty stanowią swoistą kronikę „prześladowanej jednostki”… Jest pismo z Przedsiębiorstwa Przemysłowo-Budowlanego Henryka Kleina, informujące o kończącym się z dniem 1 stycznia 1930 roku kontrakcie najmu mieszkania, który „nie będzie przedłużony w żadnym razie”. Z nim komponują się odrzucone reklamacje i ponaglenia nawołujące do zapłaty rachunków telefonicznych wysyłane przez Zarząd Telefonów Warszawskich latem 1935 roku. Na domiar złego — upomnienie z Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie (26 czerwca 1922) za przetrzymanie pierwszego i czwartego tomu Dzieł Nietzschego.

Są też notesy, bardzo podobne do siebie niewielkie książeczki. Jeden, bez okładki, właściwie parę kartek z drugiej połowy 1917 roku, kataloguje dni w obozie jenieckim w Szczypiornie. Protokoły z posiedzeń Sądu Koleżeńskiego, rejestry nazwisk i liczb opatrzone nagłówkiem „Moje długi”, pewnie karciane. A za chwilę, ledwie kilka stron dalej, „Rozkłady godzin” z przyporządkowanymi dniom tygodnia przedmiotami. Algebra, chemia, fizyka, literatura, historia Polski i botanika Niemiec, geometria… To plan indywidualny czy próba wprowadzenia w obozie zajęć edukacyjnych? Jeśli tak, to bardzo intensywna, bo poniedziałek zostaje wypełniony od 8.30 do 18.00, kolejnym dniom brakuje już segregacji czasowej, ale i tu pojawia się po pięć, sześć przedmiotów. Nieopodal widnieje ciąg wielomianów, a właściwie dwa równania, jedno pod drugim, które dziwnie dodawane, w pionie i w poziomie, równolegle mnożone, by tak rzec, rozwiązywane z głęboką pogardą dla wzorów skróconego mnożenia, zwielokrotniają się zaskakująco i oddalają od rozwiązania. Pewnie dlatego zostały pokryte skośną sekwencją dużych liter, krystalizujących wybuch bezsilnej złości względem nieubłaganych prawideł: „ALGEBRA FRANCOWATA”.

Na pozostałych stronach długie listy nazwisk przyporządkowane numerom wagonów, które najprawdopodobniej stanowiły odwzorowanie transportu legionistów do obozu, a wszystko ozdabiane rysunkami, karykaturami i wciąż powtarzającym się w rozmaitych krojach liter słowem „Antoinette”.

Urwana w grudniu 1917 roku kronika znajduje kontynuację w kolejnym zeszyciku, „czarnym notesie”, prowadzonym od stycznia 1918. I już od pierwszej strony litery odwzorowują inny świat, pozawojskowy. Więc najpierw spis wydatków dziennych, z którego wynika, że w Nowy Rok Broniewski zakupił pocztówkę za 1 markę i 15 fenigów, zapłacił też za tramwaj (15 f) i nabył irysy (50 f). Dnia następnego inna konfiguracja zakupów: fotografia (2.50 mk), kołnierzyk (4 mk), bilet do „Polskiego” (1.75 mk), tramwaj (15 f) i prześwitujące spod wstydliwego skreślenia papierosy (2.30 mk). Tak skatalogowany zostaje cały miesiąc, wśród wydatków są jeszcze bilety do teatru, kabaretu, napiwki dawane stróżowi, chleb, herbata, a od 12 stycznia papierosy już zostają zaakceptowane i regularnie pojawiają się bez skreśleń; po 20 stycznia wzrosną wydatki żywieniowe, pojawią się obiady (30 mk), smalec (6.50 mk), ser (3.50 mk), masło (4 mk). Czemu służy ten rejestr dni zwykłych ze skromnym menu…? Warto jednak zapamiętać 14 stycznia, bo w tym dniu lista zakupów przedstawia się imponująco — ponad 14 marek wydanych na papierosy, brulion, pióro, kałamarz, chleb i czytelnię!

I może już była w tym decyzja… Choć sprawunki zasilić też mogły zestawienie z następnej strony opatrzone nagłówkiem „Poczta wysłana i odebrana”, w którym obok szeregu nazwisk widnieją daty wysłania listów i odhaczane bywają odpowiedzi. Dzięki niemu wiadomo, że noworoczną pocztówkę Broniewski wysłał do niejakiej Jaśki Góreckiej w odpowiedzi na list w tym samym dniu odebrany. Ślady pobytu w czytelni zostały utrwalone mniej więcej w połowie notesu, gdzie zaczyna się najważniejsza część zapisków — „Książki przeczytane”. Jak czytał i co czytał? Dużo i chaotycznie, choć może nie całkiem, jeśli uwzględni się ironię. Bo w styczniu lektury były trzy: „Vanderwelde Ustrój socjalistyczny, Makuszyński Romantyczne historie, Guyan Moralność, sztuka i religia”; luty zdominowali Marks i Engels, a choć marzec zaczyna się wraz z Ekonomią polityczną Bogdanowa, to już w kolejce ustawia się Sienkiewicz z Humoreskami z teki Worszyłły i Zapolska z Kaśką Kariatydą. Natomiast wiosna niemal w całości należy do romantyków, Mickiewicz i Słowacki, Krasiński, a potem przeskok do Przybyszewskiego i Tetmajera, zwrot w stronę Nowych Aten Nowaczyńskiego, wreszcie powrót do myśli przewodniej i Maria Malczewskiego na koniec maja. Później parę tekstów krytycznych i znów romantycy przez całe lato. Być może nadmiar lektur sprawił, że pochłaniane litery wykraczać zaczęły poza możliwości skromnego kajetu? Broniewskiemu najwyraźniej przestało wystarczać melancholijne katalogowanie chwil, więc kupił zeszyt, tym razem gruby brulion, na stronach którego rozpoczął długą, trwającą trzy lata rozmowę ze sobą. Jesienią, a konkretnie 29 października tegoż 1918 roku, w notesie odhaczył przeczytanego Ariosta, zaś w Pamiętniku podsumował:

Przeczytałem Orlanda szalonego, zabieram się do don Kiszota. Don Kiszot jest moim przyjacielem, uosabia mi on poezję na tle rzeczywistości. Lubię nawet grubego Sanszo za jego naiwny realizm. Staram się utonąć w literaturze. Kogo życie oślepia, może poznawać je przez literaturę jak przez szkła oddalające.

(Pamiętnik, s. 18)1

Czy planowana lektura, zapewne powtórna, bo wraz z Andersenem i Ariostem wymieniał Cervantesa jako „przyjaciół dzieciństwa”, doszła do skutku, nie wiadomo. W notesie błędny rycerz z La Manchy nie został uwieczniony, a tuż po Orlandzie szalonym pojawiają się Poezje Norwida, przeczytane cztery dni później, 3 listopada… I jest to ostatnia pozycja, po niej już tylko niezapisane strony, bo tuż po 11 listopada Broniewski wstąpił ponownie do wojska, a w ślad za tą decyzją poszły inne — czarny notes z katalogiem dni warszawskich zastąpił nowy kajet, w którym skrupulatnie, choć bardzo oszczędnie, wręcz ascetycznie rejestrował przebieg następujących po sobie bitew. A że nie walczył z wiatrakami, rzeczywistość nie sprzyjała ponownej lekturze. Lekturze specyficznej, bo planowanej jak spotkanie, z pełnym zaangażowaniem emocjonalnym — „zabieram się”, pisał, „don Kiszot jest moim przyjacielem”, „lubię nawet grubego Sanszo”…

A takich świadectw jest znacznie więcej, krąg „przyjaciół” rozrósł się bowiem niepomiernie; nieco później, już po opuszczeniu wojska, w jednym z listów Broniewski pisał:

Podczas tej dobrowolnej kwarantanny (którą jutro mam zamiar skończyć) leżałem obłożony dokoła książkami; takie już mam głupie przyzwyczajenie, że czytam od razu kilka książek i każę moim autorom dysputować. Tym razem do dysputy przystąpili: Andersen, stary przyjaciel od dwudziestu już bodaj lat, Montaigne w swoich Próbach, o których Iwaszkiewicz pisze w jakimś wierszu, że są „próżne wdzięku, a pełne rachuby” (na co ja niezupełnie się zgadzam), Błok i Achmatowa, moi nowi przyjaciele rosyjscy, wreszcie Sienkiewicz (Bez dogmatu). Tak jakoś się uchowałem, że dotąd nie czytałem jeszcze Bez dogmatu, i dopiero wczoraj, zmęczony wyrafinowaną lekturą, pełen mdłości od przecukrzonej niekiedy poezji i czkawki od zgorzkniałego sceptycyzmu Montaigne’a, sięgnąłem do biblioteki po „coś lekkiego” — Sienkiewicza.

I wyobraź sobie, że ta książka dopiero powaliła mnie na obie łopatki. Nie fabuła — nieskomplikowana zresztą, nie zmurszałe tendencje społeczne autora, ale pewien szczegół — szczegół, którego, czytając w innym czasie, może bym nawet nie zauważył.

Płoszowski — człowiek głęboko kulturalny, utalentowany, posiadający w sobie szalone możliwości i wszelkie środki materialne — pozostaje w życiu zerem, jednostką nieprodukcyjną, słabą. Dlaczego? Przyczynę określa tu termin przez cudzoziemców podobno wymyślony, termin, trafiający, jak się to mówi, w sedno: I’improductivé slave — bezpłodność słowiańska. Płoszowski, a więc Sienkiewicz — widzi w swym otoczeniu legion takich ludzi i nazywa „geniuszami bez teki”.

Otóż, mój drogi, ujrzałem się mniej więcej w lustrze. Było to fatalne, że lektura nastąpiła w tym właśnie okresie upadku, ale i tak myśli moje ogniskowały się w tym kierunku.

Cóż ja — ze wszystkimi moimi słabostkami, quasi-kulturą, quasi-uzdolnieniami, bez woli, bez zdecydowanego dążenia w jednym kierunku, stawiający nad wszystkim znaki zapytania — cóż ja, do licha, mam ludziom do powiedzenia? Chyba postawić znak zapytania na własnym nekrologu?

(Pamiętnik, s. 620 — 622)

Sprowadzony tu do zera bezwzględnego brak pewności siebie jest zastanawiający, ale jeszcze bardziej intryguje to, że w istocie wiwisekcja ujawnia podwójne życie Broniewskiego. Pogrążony w depresyjnych nastrojach, wycofuje się ze świata, porzuca zdarzenia i przypadki dnia powszedniego, chowa się w czterech ścianach domu i tam… Intensywnie przeżywa wędrówki po kolejnych powieściach, spotkania z „przyjaciółmi”, dysputy twórców w łóżku… Odczuwa te głosy, „słodkie” wiersze wzbudzają mdłości, pojawia się czkawka. To już zakrawa na poryw szaleństwa, a granice rozmywają się jeszcze bardziej — „ujrzałem się mniej więcej w lustrze”, napisze o sobie odnalezionym w Płoszowskim, bohaterze stworzonym z liter…

Literatura, „szkła oddalające” rzeczywistość, łagodzące ostre barwy i kanciaste brzegi, przeznaczone dla tych, których samo życie oślepia… Oślepiony, zdruzgotany, ale wciąż spragniony Broniewski zachłannie więc czyta, czytając żyje, żyjąc pisze.

Antoinette

Zatarte granice między światem liter a realnym pozwalają na płynne przemieszczanie się, na przesuwanie zjawisk literackich w rzeczywistość i odwrotnie — wprowadzanie prawdziwych zdarzeń w przestrzeń tekstu. Trudno tu mówić o kreacji, może raczej o próbie znalezienia znaku równości w działaniu na wielomianach, którego próbę rozwiązania Broniewski podjął w Szczypiornie.

Z tego czasu pochodzi pierwszy fragment prozy, mocno osadzony w rzeczywistości, odwołujący się do służby w Legionach Piłsudskiego i pobytu w obozie dla internowanych. Broniewski rozumiał siłę tych doświadczeń, wiedział, że uczestniczy w zdarzeniach historycznych. I to właśnie poczucie misji unosi się nad niedokończonym „dziennikiem”. Chronologia zostaje tu całkowicie zachowana — jest początek wojskowego życia, jest szosa, wiadomo, jak się wszystko zaczęło, wiadomo, jak silna była radość i młodzieńcze pragnienie przygody chłopców-żołnierzy, którzy zamiast na lekcje w płockim gimnazjum tra­fili do Piotrkowa, gdzie formowane były kolejne oddziały Legionów Polskich. W rytm tamtych wspomnień maszerują pierwsze zdania, rzeczowe i pewne siebie, więc zdecydowanie wystawiające się na kropki. Ale zbyt szybko para z nich ucieka… Zwalniają, plotą się w długie frazy i z wolna wtłaczają w obrazy:

Szosa opuszcza się serpentyną w małą kotlinę i wchodzimy do zgliszcz Ożarowa, gdzieniegdzie jeszcze dymiących. Swąd spaleniska przenika nozdrza. Pośród rumowisk prawie trudno odnaleźć właściwą drogę. Psy bezpańskie włóczą się tam i sam i wygrzebują coś z węgli. Dużo rodzin żydowskich siedzi na przyzbach swoich eks-domów, patrząc się na nas z piętnem niemej rozpaczy. Utrwalił mi się szczególnie w pamięci następujący obraz[ek]: w pokoju, który z całego domu pozostał, o trzech ścianach i kawałku sufitu, siedzi na podłodze pod ścianą jakiś stary Rebbe [z poparzoną straszliwie twarzą,] z obandażowaną głową, a na progu młoda i dość piękna Żydówka z rozpuszczonymi i dziko poplątanymi włosami głowę wsparła o framugę drzwi, nieruchoma, patrzy w jakiś nieokreślony punkt z bolesnym wyrazem rezygnacji. Postać jej przypominała mi Magdalenę z powieści Daniłowskiego; to zapatrzenie tragiczne, ta niema rozpacz w jej oczach utkwiły mi jakoś dziwnie w pamięci.

(Idziemy długo szosą…)

Malarska wizja przenosi akcję w centrum tragedii, której scena zapełniona jest przez steatralizowane postacie zatrzymane w pojedynczym geście. Jak woskowe figury bohaterowie wzrokiem wypowiadają rozpacz, widz-narrator odczytuje bezbłędnie i tworzy klisze. Na początku… Język Daniłowskiego najwyraźniej zawiódł w kolejnych odsłonach, gdy rzeczywistość przekroczyła konwencję. W którym miejscu? W Jastkowie, Baranowiczach? A może w okolicy Polskiego Pola? Opowieść urywa się więc i późniejsze notki już tylko pokazują, jak się wszystko skończyło w Szczypiornie… Te zdarzenia dzieli niemal rok, dzielą też zdania, które rezygnują z własnych możliwości, przestają igrać z przestrzenią i układają się w krótkie sprawozdawcze ciągi słów.

Zmienia się też kreacja narratora. Traci entuzjazm, wiarę i poddaje się rutynie obozowego życia, przewodnicząc sądowi koleżeńskiemu, podtrzymującemu ze wszystkich sił „morale”, bo „Z apatią wkrada się anarchia”… I kronika zostaje porzucona.

Nie na długo jednak, temat wraca w innym ujęciu, powieściowym. Fragment o incipicie Wołyń… jest kolejną wariacją, aczkolwiek inaczej pomyślaną. Znika więc pamiętnikarski, osobisty charakter wcześniejszego tekstu, a w zamian pojawia się tradycyjny narrator obiektywny. Czy miał zagwarantować dystans między światem przedstawionym a przeżywanym? Stanowić medium umożliwiające skatalogowanie dni, które wymknęły się kajetom? Próba odsuwania, omijania zdarzeń, jest ewidentna. Ot, choćby w tym opisie, gdy narrator ze spojrzeniem krótkowidza patrzy w dal, a jego „Myśl ślizga się po ostrych konturach otaczających sprzętów i nigdzie nie może się uczepić”, nie rozróżnia elementów rzeczywistości, jej części składowych, po prostu „rzuca okiem” i maluje pejzaż:

Krajobraz pusty, gładki, a w śniegu i pod szarym niebem — okrutny. Mróz szczypał policzki, dławił dech i osiadając siwizną na obfitym kołnierzu baranicy, nasuwał myśli o dusznym cieple i śnie. Na drutach telegrafu wiatr słaby, ale złośliwy brzęczał i gwizdał zimową pustką. Szosa biegła na wschód, zagarniając ze sobą rozsiane z rzadka topole i brzozy, biegła do Uknowa, gdzie jeszcze parę tygodni temu kwaterował sztab dziesiątej c. i k. armii, a ze sztabem ileż oddziałów pomocniczych, taborów, magazynów. Pozostały po tym wszystkim jeszcze napisy informacyjne, drogowskazy i ta szosa drewniana na podmokłych łąkach wołyńskich.

(Wołyń…)

Jak widać, metoda jednak zawodzi, obrazy stają się podstawą do ujawniania emocji, skrywanych lęków, wszystko jest „okrutne”, „szczypie”, agresywnie atakuje nie tylko ciało, ale i wyobraźnię. Zmienia się więc szosa, jedno ze słów ulubionych, stale obecnych, z tej „prostej jak promień słoneczny”, pełnej blasku idei prowadzącej do zwycięstwa, przez „równą i prostą”, aż w końcu „falistą wstęgę”, która jeszcze „wabi”, choć „biegnie” i „zagarnia”, by zacząć się „staczać”… Te przemiany oddają zawirowania przemierzanej przez żołnierza drogi, która wraz z upływem czasu staje się niepewna i groźna, krwiożercza. A zdruzgotane formy coraz intensywniej zawłaszczają zdania, które niejako samowolnie prą do przodu, wywołując z pamięci koszmar. I paraliżują narrację.

Jednak poszukiwania odpowiedniej formy wciąż trwają. Trwają, by tak rzec, w różnych rejonach. I tak, drogą eksperymentu, powstaje Półbaon szturmowy, w Pamiętniku nazywany felietonem, tekst miły, łatwy i przyjemny. Konwencja powieści przygodowej, łotrzykowski charakter, żart i zabawa przekształcają tragedię w farsę o wojowaniu. Czy jest to ten właściwy sposób, który usunie blokadę i sprawi, że zdanie po zdaniu zapełniać będzie pustą przestrzeń? Jeśli nawet, to jedynie na chwilę, bo kolejna „akcja pisarska” wygląda mniej więcej tak:

(…) gdy już jestem w stanie błogim, układam dramat, który nie idzie mi, jak z kamienia. Najtrudniej jest mi powziąć zasadnicze decyzje — dalej toby już jakoś snuło się — niektóre rzeczy widzę i obejmuję wyraziście.

(Pamiętnik, s. 316)

Dzień mam tak zajęty, że nie mam czasu nie tylko nudzić się, ale także czytać coś lub pisać. To mnie trochę martwi. Myślałem poważnie o swym przyszłym dramacie — kształtuje się on we mnie coraz wyraziściej. A jednak dziwnie jakoś „słowo myśli kłamie”.

(Pamiętnik, s. 318)

Dlatego nie powstał tekst? Przez słowo, co „dziwnie jakoś” wymyka się… Zaskakujące natomiast staje się wyznanie związane z powstawaniem dramatu. „Widzę”, „obejmuję”, „kształtuje się we mnie” jakiś obraz, który z nicości dociera i odczuwany jest „wyraziście”, „wyraziściej”. Wszystko jednak odbywa się w porządku zmysłowym, angażuje sferę emocjonalną, tu rozgrywa się sąd prawdziwościowy, soma daje opowieść…

I tak powstaje chyba najlepsze opowiadanie o wiele mówiącym tytule Smutne ni to, ni owo, swoisty krajobraz po bitwie ujawniający głęboki kryzys wewnętrzny. Jego centralnym punktem jest konfrontacja dwóch sposobów mówienia określających odrębne style życia. Subtelny, nieszczęśliwie zakochany Żuk pełen jest klisz romantycznych, dla których szuka potwierdzenia w rzeczywistości, wymykającej się jednak narzuconej składni. Pogłębiający się rozdźwięk staje się przyczyną kryzysu. Uwikłany w egzaltowaną frazę Żuk, próbuje rozpoznać siebie:

Czy ty wiesz, czy ty znasz tę nieznośną udrękę duszy, która czegoś pragnie, której czegoś tak koniecznie potrzeba, a nigdy nie osiąga nic — nigdy!… Czy ty znasz te noce przetrwane w cichym, utajonym szale, z otwartymi oczyma, z myślami czepiającymi się rozpaczliwie rzeczy błahych, obojętnych i zawsze p<ow>racającymi do tego samego punktu… Czasem ból zatarga jakąś niezaschniętą raną, wpije kły w duszę, rozeźli się, rozhula — zakradnie się potajemnie w postaci jakichś snów dobrych, nieprawdziwych, aby tym głośniej szatańsko zachichotać nad czymś pogrzebanym, zapomnianym… Stef! Ja się dławię, ja się truję, ja nie mogę już dłużej, nie mogę!…

(Smutne ni to, ni owo)

Cierpiętnicze wielosłowie nie znajduje jednak współodczuwającego odbiorcy, riposta Gały jest bezwzględna:

Ty świnio! to ty jesteś zwierzę, że nie możesz zrozumieć mnie, starego szlafkamrata znad Stochodu. Staszek! ty pamiętasz ten dym z zimowego ogniska, co nam nie tylko oczy, ale i dusze żarł? Korzyszcze… Styr… I te wszy, co odgryzały co dzień po kawałku idei?… Tyś został ten sam wariat jakiś czy poeta, konspirator, gówniarz, a mnie to zjadło — mnie, bracie, wojna wychowała! Pięć lat temu byłem frajtrem, teraz jestem podporucznikiem, za pięć lat może będę kapitanem albo te-rup… Wszystko dwa. Ale zrozum to, bracie, że już teraz nie ja koło życia, ale życie koło mnie się kręci. Ja jestem żołnierz, frontowicz; ja prawdopodobnie nie mam dość życia na to, aby czymśkolwiek <się> martwić. Kobieta? To nie jest dla mnie zagadnienie: ciało od niej wezmę, ale duszy jej nie dam, bom ją dawno zaprzedał diabłu wojny. Czy ty to rozumiesz, że my sobą nie rozporządzamy? — nigdy! ani duszą, ani ciałem — że jesteśmy zawsze manekinami pociąganymi tu i ówdzie za sznurek za wolą kogoś tam u góry? My już nie znamy smutków wielkich ani wielkich radości — nauczyliśmy się szukać tylko radości dnia powszedniego — podobnego do wszystkich innych jak dwie krople wódki. Nauczyli nas, bracie, zdychać — dziś? jutro? — wszystko jedno — ale po co fałszować przy tym poezję, po co „kadenizować”? Przecież wszystko jest obliczone tak ściśle — zapał na łuty — śmierć nasza będzie przecież tylko logiczną konkluzją, obrzydliwie logiczną, wstrętnie logiczną!…

(Smutne ni to, ni owo)

Wyrzucane w stronę Żuka inwektywy mają jedną przyczynę: niezrozumienie. Gała zarzuca przyjacielowi zdradę wspólnych doświadczeń, rozsunięcie w przeżywaniu świata wynikające z różnych narracji. „Zamazany Bajron” nie zmienił swojego języka, próbował ocalić frazę przedwojenną i nadal nią opisywać świat, co poniekąd stało się przyczyną frustracji, podczas gdy Gała poddał się „diabłu wojny”. Jego język nie tylko pozbawiony jest tendencji do obrazowania, nie tylko unika metaforyzacji rzeczywistości, ale posuwa się jeszcze dalej w odkrywaniu cynicznej jednoznaczności: idea skompromitowana zostaje przez kontrast z gryzącymi wszami, realnymi ponad wszelką wątpliwość, czego dowodem jest odczuwalny świąd, miłość zastąpiona zostaje przez seksualność, celem walki jest „zdechnięcie”, a wszystkie refleksje o trwaniu duchowym oznaczają w ujęciu Gały, li i jedynie, „fałszowanie”. Konkretyzacja prowadzi tu do amputacji metafizyki ze słów, z życia… Myśl zostaje rozwinięta w Pamiętniku:

Cóż w ogóle jest realnego poza życiem? Nic. Smrodu trochę i… „wieczne odpoczywanie”. Zdawałoby się, że człowiek powinien najdrożej cenić życie, tymczasem od pięciu lat widzę, jak nie ma ono prawie żadnej wartości. Widok trupa staje się tak samo obojętnym jak widok ściętego drzewa lub czegoś podobnego. Każdy żołnierz doskonale zdaje sobie sprawę, że i on w każdej chwili może stać się takim zakrwawionym niczym, a jednak idzie pod kule, nieraz na pewną śmierć.

(Pamiętnik, s. 91)

To właśnie doświadczenie wojenne, które ujawniło kruchość ludzkiego życia, miałkość i brak znaczenia, łatwość zabijania i przypadkowość podważającą wszelką logikę, a już na pewno nieznajdujące odniesienia w romantycznych frazach, stało się przyczyną głębokiego kryzysu, rozpadu, który ujawnił się w przestrzeni języka. Bo czy po takim „spacerze w piekle”, jak eufemistycznie Broniewski określił jedną z bitew, można ponownie wpisać się w rytm trwania świata przedlegionowego, czytać, chłonąć teksty, rozpoznawać i spełniać konwencje?

W tekście o incipicie Pisuję marne wiersze… przywołuje ten dylemat, porównując swoją poezję z twórczością Słonimskiego, Iwaszkiewicza. „Wiersze moje także miały być miękkie jak włosy kobiece, barwne i lotne jak kolorowe błyskawice” — pisze i będzie w tym dawnym, niezrealizowanym pragnieniu pobrzmiewał żal. Dlaczego takie być nie mogą? Bo jego wyobraźnię powstrzymywały realne obrazy:

Tutaj fortepian:

Pieśni nieznanej baterii

Synteza grozy i pięknej wyniosłości nocnych odgłosów.

Strach [śmiercionoś…] i pogarda śmierci.

Ostatni akord fałszywy: salwa, którą rozstrzelałem dwu ludzi.

Białe kwiaty, girlandy więdnące.

(Pisuję marne wiersze…, brudnopis)

Krótkie zdania, już żadnych metafor czy innych ozdobników, prosto i groźnie. Kontrastowo. Mocno brzmi „salwa, którą rozstrzelałem dwu ludzi”, jak przyznanie się do winy. Przed kim? I dlaczego wina? Sąd wojenny, okoliczności szczególne, wykonanie wyroku usprawiedliwione. Na pewno? A „girlandy więdnące”? Wszystko zniszczone przez nie tak rozwijającą się wzniosłą i ze wszech miar godną szacunku walkę o niepodległość… Zamiast jednoosobowego zbawcy ojczyzny, zamiast poświęcenia i bohaterskiej dumy, buty żołnierskiej — rozstrzelania, pacyfikacje, nienawiść, palenie wiosek, zimno, głód, gwałty, pijatyki, lęk, bitwy, śmierć. Podglądanie zwierzęcych aspektów istnienia, doświadczanie, poddawanie się instynktom…

Z ostatecznej redakcji tekstu fragment zniknął, feralne zdarzenie zostało zatarte, ale „usypianie wspomnień” to tylko półśrodek, 25 maja 1920 Broniewski podsumował:

Pisać nie mogę, bo uwaga moja rozpadła się na tysiąc cząsteczek pamięciowych nieznośnie dokuczliwych.

(Pamiętnik, s. 335)

To wyznanie fundamentalne. Pamięć i wszelkie jej przejawy, nie pozwalają na akceptację, powstrzymują kolejno podejmowane próby narracji. Bo ta ożywia wspomnienia, a tym samym zmusza do ponownego przeżywania. I doświadczenie wojenne staje się doświadczeniem blokującym. Broniewski ma tego coraz większą świadomość, na kolejnych stronach Pamiętnika intensywnie przygląda się sobie, analizuje, rozpoznaje, wreszcie podsumowuje:

W ogóle nie umiem już pisać — wojna zniszczyła we mnie spostrzegawczość, wrażliwość — notatki moje stają się krótkie, lakoniczne jak komunikaty Sztabu Generalnego. Jest to zresztą zrozumiałe: to, co piszę, odzwierciedla mnie samego — jestem w obecnych czasach zwięzły, lakoniczny i o silnie przytępionej wrażliwości.

I nie wiem, czy to jest przemijające, czy też stałe, bo w ostatnim wypadku moja literacka awantura, rzecz prosta, bierze w łeb. Od dłuższego czasu nie mogę nic napisać; nie stać mnie nawet na przyzwoite sklecenie listu.

(Pamiętnik, s. 362)

Jestem stanowczo zmęczony wojną moralnie — ciąży ona na mnie jak zmora jakaś, jak syfilis — coś złego, czego nie można uniknąć. Czy to strach?… Czy zazdrość… Nerwy podarte, postrzępione.

(Pamiętnik, s. 396)

Postanowiłem zacząć coś pisać, chodzi „tylko” o rodzaj tego pisania.

Bo pierwszy projekt to była zakrojona na większą skalę powieść osnuta na tle wojny i własnych przeżyć. Projekt ten prawie gotowy — brakuje tylko rozmachu na pierwszą stronicę.

(Pamiętnik, s. 407)

Karty więc pochłaniały największą część dnia, a właściwie nocy. Grubo po północy wracałem do domu i kładłem się do łóżka, ale nie mogłem zasnąć. Bawiłem się przeto własnymi myślami.

Od dłuższego już czasu nie dawała mi spokoju myśl, że nic nie piszę, że powoli odbiegam od moich dawnych aspiracji i staję się ujemnym typem „oficera zawodowego”. Dawno już, dawno nic nie napisałem. Nie mogłem. Nie mogę się skarżyć na brak fantazji. Kłębiło mi się w mózgu tysiąc przeróżnych pomysłów, wirowały przeróżne mające powstać cykle nowel, powieści, wiersze… Znikało to wszystko z chwilą, gdy brałem ołówek do ręki, a raczej zamieniało się w jakiś niepojęty chaos. Kończyło się więc na narysowaniu kilku szkiców na cierpliwym papierze i wydrukowani<u> kilkakrotnie wyrazu „Antoinette”, co jest moim przyzwyczajeniem.

(Pamiętnik, s. 417 — 418)

Dziwne to „przyzwyczajenie” znajduje potwierdzenie na marginesach wielu dokumentów, na różnych karteluszkach, na stronach notesu… Broniewski intensywnie przeżywa rzeczywistość — „i strach, i rozkosz śmierci”, i nudę pomiędzy jedną a kolejną akcją, rozczarowanie wojną, upadek idei; kłębią się w nim rozmaite doznania, musi dać im upust, ale wspomnienia, jeszcze wciąż żywe, zawłaszczają wyobraźnię, zdania nie potrafią ich dotknąć, przenieść w tekst. Z tej nieprawdopodobnej mordęgi egzystencjalnej coś jednak zostaje. „­Antoinette”. I tu skupiony jest cały potencjał niewyrażalnego…

Twarz Kseni

Co dalej?

Pragnę spokoju. Książek i zamknięcia w sobie.

Pragnę pisać o tym, co się jeszcze nie przeżyło, o tym czymś tkwiącym w głębi duszy, co trzeba przerafinować, przeżuć, przelać na papier, aby nie zabijało i nie truło.

Wojna i śmierć, nuda i płytkość — sen — sen.

Jestem silniejszy niż śmierć — przeżyłem ją w sobie tysiąc razy.

Przeżyłem życie.

Kocham je piękne, jasne, nieznane jak szczęście.

Kocham kobietę, której nie było, marzeniem, jakiego nie śniłem, miłością, jaka nie istnieje.

I to chcę stworzyć — piórem.

(Pamiętnik, 381 — 382)

Zaskakujące to wyznanie, właściwie melancholiczne credo… „Jestem silniejszy niż śmierć — przeżyłem ją w sobie tysiąc razy”. Jak? Czym była śmierć dla Broniewskiego? Fizycznie jej nie doświadczył, nie należał nawet do tych, którzy „się otarli”. Widział za to śmierć innych, ludzi bliskich i obcych. Później, w sprawozdaniach do Sztabu Generalnego, przekładał ich życie na „straty” opatrzone odpowiednią cyfrą, prowadził szatański bilans nicości. I ślady takiej śmierci, śmierci obserwowanej, zwielokrotnionej i bez znaczenia, pozostały. „Przeżyłem życie”. No właśnie, cóż jeszcze go w życiu mogło zaskoczyć, co zdarzyć się gorszego? Nie docenił życia… A jednak wówczas myślał, że już wie wszystko, poznał cały swój potencjał oddolny. Strach, bezsilność, słabość.

I rzeczywistość, która dostarczyła mu takiej wiedzy, zdyskwalifikował. Kochać zaczął życie „piękne, jasne, nieznane”, pociągało go to, „co się jeszcze nie przeżyło”, inne życie niż to, którym żył, lepsze. Drugie życie. Wypełnione tym, co „w głębi duszy”. Czy jest możliwość? Jedyna: „stworzyć — piórem”.

A potem się stanie…? I będzie piękne. W nim — kobieta, której nie było… Kogo miał na myśli? Lili czy już Ksenię? Bo niewątpliwie kochał obydwie „przyjaciółki”. Bohaterka powieści Daniłowskiego Lili była pierwszą miłością i zachwyt nią przeniesiony został na Białą, dziewczynę widywaną na ulicach Warszawy, świadomie oddaloną, wytrąconą z życia zwykłego, którego destrukcyjnej siły się obawiał. Więc nie ryzykował, pragnął, by Biała pozostała pięknem… I chodził po ulicach, czekał na kolejne spojrzenie rzucone mimochodem w ulicznym zgiełku, by rozwijać je w wyobraźni. I tworzyć świat…

Z tej fascynacji wyniknęła Złotowłosa, z niej snuły się marzenia:

Dręczy mnie tęsknota do prawdziwej miłości, której nie znam. Chcę mieć kochankę, marzę o niej i ubieram ją zawsze w Jej kształty. Przedstawia mi się ona najczęściej w jakiejś nierealnej postaci. Śpię… Świta… Przez okno płynie do pokoju ostatni promień księżyca podobny do tego, po którym duch Anhellego szedł do Ojczyzny. I śni mi się w pokoju pełno narcyzów, że woń ich tak silna i słodka, że aż odurza. A ona wśród tych białych kwiatów idzie do mnie tak wolno, tak cicho w białej sukience z mgły, staje na<d> moim łóżkiem, kładzie mi zimną rękę na twarz i znika.

Czasem znów wyobrażam sobie mój przyszły stosunek. Kochanka moja będzie nie mniej inteligentna i wolnomyślna niż ja. Będziemy sobie kpić ze wszystkich uświęconych kanonów, będziemy oboje cieszyć się urodą życia. Kiedyś wyjdziemy na miasto trzymając się za ręce i nie będziemy wiedzieli, dokąd idziemy. Będziemy biegli prędko, coraz prędzej, nic nie mówiąc do siebie i nagle zatrzymamy się, śmiejąc się, i utoniemy w rozkoszy pocałunku.

To znów wyobrażam sobie jakiś zimowy wieczór, szarą godzinę, w której nie zapalono lampy, małą wygodną kanapkę, na której siedzimy oboje i nic nie mówimy do siebie.

Ot — tak mi się marzy…

(Pamiętnik, s. 96 — 97)

Obrazy idylli, białe kwiaty, blask księżyca i dłoń Białej, bieg przez miasto ze splecionymi dłońmi, zimowy wieczór i szara godzina, milczenie we dwoje… Te miłosne pejzaże sytuowane są zawsze w przestrzeni uświęconej, a wokół niej codzienne trwanie, potoczne dni, zwykłe sprawy. I żadnej tu pokusy łączenia porządków, czerpania garściami dobrodziejstw z przepastnych głębin uczucia i przekuwania się na powrót w rzeczywistość. Żadnej iluzji… Marzenie o miłości jest marzeniem oderwanym, wyrwanym rzeczywistości. Na pohybel!

Ale, jak widać, subtelna i eteryczna Lili-Biała, wyrozumiała i oddana całkowicie, nawet w świecie stworzonym piórem miała swoją rywalkę w postaci inteligentnej i niezależnej kobiety-partnerki. Jej obraz krystalizował się coraz intensywniej, w maju 1919 Broniewski notował:

Marzę o jakimś fantastycznym romansie z demoniczną kobietą. Tłem będzie wojna. Będziemy, każde sobie, dążyć do czegoś zawzięcie i uparcie. Ja np. będę prowadził jakieś samodzielne operacje w okolicy, a ona tam, dajmy na to, będzie wywiadówką lub sanitariuszką naszą albo rosyjską, w każdym razie rzutka i niewahająca się wbić nóż pod serce. Poznamy się na tle śmierci (!). Będziemy się spotykać przypadkowo, dążąc każde do swoich celów. Znajdę się w sytuacji tragicznej…

…No! Idź już spać, stary idioto!

(Pamiętnik, s. 136)

Sugerowany tu dystans jest pozorny, Broniewski naprawdę zakochał się po raz drugi w kobiecie, której nie było — w Kseni Granowskiej, wiodącej postaci Zamieci Żeromskiego, tajemniczej, skomplikowanej emocjonalnie, a jednak pewnej siebie, niezależnej, fascynującej. I tej miłości już na zawsze pozostał wierny.

Do Kseni porównywał napotkane kobiety, Wandzię, bohaterkę urlopu spędzonego w Warszawie latem 1919, czy poznaną w Wilnie i często spotykaną w gospodzie, do której chodzili żołnierze, Marię Dokalską. Dziewczyna na tyle rozpalała jego wyobraźnię, że pozwalała znaleźć dla siebie odniesienie w innych jeszcze powieściach, co tak skomentował:

Rzecz dziwna, że centrum mej uwagi skupiło się na książkowych kobietach. Czynię odważne porównania, a przy tym analizę niejako własnych „uczuć”.

Raz mi się zdawało, że jestem Rafałem Olbromskim, który pocałował księżniczkę i dostał za to w pysk szpicrutą. I wtedy pocieszałem się myślą, że przyjdzie dla mnie szczęśliwa chwila w Jazie.

Księżniczką naturalnie miała być Marysia.

(Pamiętnik, s. 264 — 265)

Wyobrażał ją sobie przez kolejne teksty, tworzył z odbić, a kiedy portret był skończony, pokochał… Ów swoisty pigmalionizm stał się przyczyną wielu rozczarowań, ale mimo to Marysia na niemal rok zagościła w Pamiętniku i stała się muzą dwóch opowiadań — Przypowieści o smutnym poecie i przywoływanego już Smutnego ni tego, ni owego. Obydwa wynikają z tego platonicznego uczucia i nic by w tym nie było dziwnego, gdyby Broniewski nie zatarł niemal zupełnie granic między realnym światem a światem przedstawionym. Potrafił bowiem w sposób szczególny reżyserować zdarzenia opowiadania, a później sprawdzać ów wariant w życiu lub na odwrót — planowany ruch najpierw opisywał, aby poznać możliwości realne… Pierwsze z opowiadań kwaśną ironią będzie dyskwalifikowało miłość do Marysi, która zdecydowanie różniła się od Kseni, a w drugim ujawni się rozgoryczenie. Jednak Broniewski powieściowego ideału szukać nie przestanie, inne kobiety będzie stwarzał, nawet w nowelach zagubionych czy zniszczonych, ale wciąż powstających, co skrzętnie odnotowywał:

Byliśmy raz w Cristalu na kolacji; rozmawiałem sporo z panną Muszką, przy tym popijaliśmy wódkę i czarną kawę. Dałem jej proszek kofeiny, a sam zażyłem morfiny. Ta podziałała na mnie w ten sposób, że po powrocie do domu nie mogłem spać. Zabrałem się więc do pisania i napisałem nowelkę czy coś w tym rodzaju, poświęconą po części pannie Muszce. Przeczytałem to nazajutrz. (…)

Innym razem przepiszę mój nowotwór literacki.

(Pamiętnik, s. 418—419)

Jeszcze kilku znajomych poznało fantazję powstałą na bazie morfiny… I ślad po tekście zaginął. Nie był dość dobry? A może panna Muszka wymknęła się narracji? W liście, który może zamiast opowiadania został wpisany do Pamiętnika, nie tracił nadziei:

Mam wrażenie, że jednak ta żyłka literacka, która jest we mnie, weźmie górę i wrócę na łono uniwerku. Trzeba mi jakichś wrażeń, a równocześnie spokoju w domu, abym zaczął. Czuję w sobie potok jakichś myśli, słów — czort wie zresztą czego, zamknięty klapą X. Coś stanie się, potok wypchnie tamy i znajdę się na swej drodze.

(Pamiętnik, s. 442)

Adresat zaś skwapliwie podsunął pomysł:

Ciekawią mnie Twoje miłosne kombinacje, a w pierwszym rzędzie nastroje. Ten stan powinieneś bezwzględnie ująć w jakąś rzecz — może być z tego coś bardzo ładnego2.

I tak przyszedł czas na kolejną „większą całość”, plan był już nakreślony:

Chciałbym tu ująć tę najistotniejszą cząstkę współczesnego, przesubtelizowanego człowieka: ową szarpaninę nerwów człowieka wielkiego miasta, ów „jaskółczy niepokój” i wieczny hamletyzm.

(Pamiętnik, s. 547)

Z tamtego czasu pozostało kilka fragmentów-impresji. To doskonałe obrazy krwiożerczego miasta pochłaniającego tożsamość („w nocy nie mogę spojrzeć w lustro, bo ujrzałbym tam kogoś innego”), przypominającego przeszłość („Oprócz dyskretnych tramwajów ulicą łażą jeszcze zgarbione zeszłoroczne jesienie — znam je zbyt dobrze i to mnie męczy. Postanowiłem przeto ulicę wspak czytać — co? nie wolno?”), szalone zmetaforyzowane frazy („Od warg nieprzyzwoicie ruchliwych nie chce się odczepić zamyślony papieros zgaszony tępą jak każde jutro melodią”), które nie potrafią dotrwać do końca opowieści. Rwą się gwałtownie, jakby nie tracąc potencjału, nagle z czymś się zderzyły… Z demonami przeszłości? Te zdania uporczywie chcą wracać w zakazane rejony pamięci, odblokować stłumione. A tego im nie wolno! Opowiadanie o incipicie Spotykam go… tak gwałtownie zostało przerwane, że w ostatnim zdaniu brakuje kropki. Dlaczego? Co się wówczas zdarzyło? Kogo uosabiał tajemniczy on-bohater chodzący za narratorem??

I wielka szkoda, że pytania pozostaną bez odpowiedzi, tym większa, że tekst zapowiadał się wyjątkowo dobrze. Ciekawie rozwijająca się fabuła, tajemnica, bohater-pisarz… Pojawił się też intrygujący fragment:

Znalazłem nagle rozwiązanie problematu, nad którym myślałem od kilku tygodni: bohater pisanej przeze mnie powieści (dziecię wieku — człowiek staczający się ku upadkowi) w ostatniej fazie swej dekadencji będzie pisał libretta dla podlejszych kabaretów i wygłaszał przed każdym programem „ideowe” wstępy.

(Spotykam go…)

Kim był bohater? „Dziecię wieku — człowiek staczający się ku upadkowi”… Alter ego Broniewskiego? W tym układzie projektowane „rozwiązanie problematu” ujawniałoby całkowity brak nadziei, jakichkolwiek złudzeń względem przyszłości. Może dlatego jeszcze raz spróbował. Związał zdania, niewiarygodne, giętkie, elastycznie wnikające w obrazy, wytrwał do końca, napisał czy raczej skrócił wcześniejszy szkic Noce poetów, opowiadanie o zanikaniu piękna, tęsknocie… I nieco później nie odpowiedział na list znajomej, która przekonywała:

Na Twoją powieść czekam z niecierpliwością. Weź się do roboty, leniuchu jeden, choćby dlatego, żeby zaspokoić babską ciekawość3.

Nie zaspokoił, ale praca na pewno była zaawansowana, skoro mówił o niej przyjaciołom. Pośrednio też pisze o tym do kolejnej Kseni — Janiny, jeszcze Kunig, ale już niedługo Broniewskiej — w liście z 26 lipca 1925, w którym wyznaje:

Ach, bardzo mało mnie obchodzą najbardziej „cenne” książki, pisane przez licho wie jak mądrych ludzi, jeżeli nie ma tego „czegoś” dławiącego w krtani i — najprawdziwszego w świecie. I wiem — pisać można tylko o żywym, wyszarpanym ze siebie kawałkami życiu, pisać trzeba prawdę i to całą prawdę. W ten tylko sposób można stworzyć wielką sztukę, wielką poezję — wszystko inne to tylko marna „literatura”4.

Ten rodzaj pisania, pisania prawdziwego, staje się jednak nie do zniesienia, Broniewski wysiłku podjąć nie potrafi. Ostatecznie porzuca myśl o napisaniu powieści współczesnej, choć w liście do żony z 7 lutego 1927 jeszcze deklaruje:

Stanowczo napiszę nowelę. Skończę tylko Martwe dusze, a z dalszą pracą przekładową nie będę już tak bardzo galopował5.

Ale już 20 czerwca 1927, dzieląc się wrażeniami z nowej lektury, wyzna Janinie:

Przeczytałem Przymierze z dzieckiem Kuncewiczowej. Dobrze napisane. Ta baba ma styl niebanalny. Tylko ta kadenowska mikromania: wieczne poszukiwanie zjawisk kosmicznych w drobiazgach. Daje to pewne efekty literackie, ale równocześnie usprawiedliwia płytkość i bezideowość, sankcjonując pseudowielkość rzeczy małych.

Nie mogę teraz czytać prozy bez zazdrości: każdy pomysł porównywam ze swoimi i czuję się jak człowiek okradziony, pomimo że nie było kradzieży6.

Złość, niechęć do powieści innych, zazdrość, cała paleta niedających się wyciszyć emocji ma źródło w kradzieży, której „nie było”. Czy rzeczywiście? Broniewski ma poczucie niesprawiedliwości, czuje się skrzywdzony przez bliżej nieokreślone zło, pochodzące z zewnątrz, i tu widzi bezpośrednią przyczynę blokady twórczej.

Słowo o…

Broniewski lat trzydziestych „zapomina” o powieści, ale nie porzuca prozy. I wciąż szuka idei, która by go pociągnęła, odblokowała, pozwoliła pisać. Pisać o sobie, choć już bez swojego życia, którego żadną miarą w przestrzeń tekstu nie potrafił wprowadzić. Stąd może ta wolta w inną epokę? Fascynacja proletariatczykami, fascynacja trwająca niemal do schyłku życia… Co go pociągnęło? Życie Waryńskiego, w którym widział podobieństwa, siłę i determinację w walce o lepsze jutro, a jednak nie musiał odczuwać zranień, mocować się z rozpaczą i brakiem nadziei, mógł zachować dystans wobec zawirowań cudzej biografii. Z tego przeświadczenia powstał Proletariat.

Zachowane sceny dramatu — Obraz pierwszy, Scena siódma — są zaskakujące. I nawet nie o fabułę tu chodzi, ale o sposób jej komponowania. Składa się bowiem z wypowiedzi zaczerpniętych ze wspomnień proletariatczyków, wydanych w zbiorze Z pola walki z początków XX wieku, ze wspomnień Kona… To umiejętnie wykonana sklejka! I tak pomyślana „technika” zwiąże się z każdą próbą powrotu do tekstu o pierwszych socjalistach, którą będzie jeszcze dwa razy podejmował na różnych etapach życia. Cóż to może znaczyć?

Dla Broniewskiego pisanie miało sens wtedy, gdy było „prawdziwe”. A jedyną prawdą, którą mógł uzyskać w tym przypadku, było wejście w język proletariatczyków, „zobaczenie” tamtej rzeczywistości ich słowami, więc po prostu zrekonstruował ich wizję. Wizję tę przyswoił, odczuł jak swoją…

Czy przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem? Dziś Proletariat, wypełniony nieczytelnymi aluzjami, nie zachwyca, czy zachwycał w latach trzydziestych zeszłego stulecia? Wiele o tym mówi dialog przytoczony w książce Janiny Broniewskiej, który przedstawia rozmowę małżonków tuż przed rozstaniem. Janina, wyjeżdżając do domu matki, gdzie oczekiwać miała na poród, wśród pożegnań i zapewnień o miłości znajduje miejsce, by wtrącić zdanie:

(…) Scena W drukarni gotowa? Przemówienie Waryńskiego przyślij choćby expressem, nie będę się mogła doczekać…7

Biorąc pod uwagę okoliczności, trzeba docenić zaangażowanie pierwszej czytelniczki, której mąż opowiadał o projekcie żywo, z uniesieniem. Z zapisanej sceny energia jednak umknęła…

Scena siódma była wystawiana i ukazała się drukiem. Jednak tekst wydaje się interesujący też z innego zupełnie powodu. Broniewski dokonuje tu dziwnego „odczłowieczenia” postaci, pozbawia je emocji i czyni wyrazicielami idei. Sterylny jest młody, porywczy Kunicki, kiedy opowiada, jak musiał pozostawić mdlejącą matkę w parku i odejść. Taki jest Wyganowski, kiedy nie może się pogodzić z tym, że Waryński został aresztowany i żałuje, że nie wzięto kogoś innego… Sprawa wymagała bowiem poświęcenia siebie i bezosobowego trwania we wspólnocie.

Ten eksperyment porwał Broniewskiego. Czy mógł przynieść ukojenie? Czy wrażliwości można się tak po prostu pozbyć? Próbował. W latach trzydziestych skorzystał nawet z możliwości wyjazdu do ZSRR. I po powrocie miał już nowy projekt — zamierzał napisać powieść o młodym Związku Radzieckim, entuzjastyczną, jak wynika z korespondencji, bowiem zobaczył tam krainę szczęśliwości, XX-wieczną arkadię, której radość wynikała z życia w kolektywie. Wspólnota wchłaniająca pojedyncze istnienie! I już nie trzeba więcej uciekać od siebie… Opublikował dwa teksty (rozdziały?) na łamach „Wiadomości Literackich” i przerwał pracę.

Nie napisał już dobrego tekstu, choć wciąż pociągały go nowe miejsca. Z Palestyny pozostał ledwie konspekt, z wyjazdów do ZSRR powojennego sprawozdania…

Jeden z przyjaciół rzecz całą dopełnia wspomnieniem:

Jest nawet legenda, jak to niedługo przed śmiercią zamówiono u Broniewskiego poemat państwowotwórczy. Broniewski pojechał do Obór, pisał, pisał, a potem nagle cisnął wszystko i wyjechał. Papiery zostały zapisane tylko jednymsłowem: dupa. Jeśli to nawet legenda, to jednak dobrze oddaje ówczesny nastrój poety8.

Błędne koło

A jednak nie dał za wygraną! Ostatni raz podjął się zadania, bo tak właśnie traktował tę trwającą przez całe niemal życie obsesję, chęć, pragnienie napisania wielkiej powieści, w roku 1958. Tak o tym mówił w wywiadzie:

Podpisałem też umowę z PIW-em na powieść autobiograficzną, obejmującą okres do pierwszej wojny światowej, czyli do kilkunastu lat mego życia. Jeszcze jej nie zacząłem, ale mam całą w głowie9.

A na początku stycznia następnego roku dodał:

Z PIW-em podpisałem umowę na powieść autobiograficzną — czas akcji do I wojny światowej, czyli do szesnastego roku mego życia10.

Zdumiewający to jednak pomysł! Autobiografia znanego pisarza obejmująca jedynie czas jego dzieciństwa… Nie w tym rzecz, że nie byłaby interesująca, niemniej jednak jest to całkowite odejście od konwencji. Zostało zainspirowane przez systemową cenzurę? Faktem jest, że na Broniewskim wymuszono przemilczenie udziału w wojnie polsko-bolszewickiej, nie mógł wspominać pobytu na Łubiance, ale lata trzydzieste czy też powojenne nadawały się do prasy! To, jak się wydaje, działać zaczęła cenzura wewnętrzna, Broniewski znalazł ten fragment swojego życia, w którym była nadzieja, radość trwania. Może chciał ją jeszcze raz poczuć, odnaleźć we wspomnieniu?

Ale powieść, jak i te wcześniejsze, „pozostała w głowie”. Zachowało się tylko kilka minirozdziałów zapisanych pismem trzeciej żony, Wandy Broniewskiej. Wyraźnie z nich wynika, że nawet sielanka dzieciństwa, jedyny fragment życia, o którym chciał myśleć, zagłuszona zostaje przez powracające jak bumerang reminiscencje wojenne…

Tak więc nie ma „większej całości” i już nie będzie, człowiek zniknął. Pozostały jedynie fragmenty jego zmagań. Kilka tekstów gruntownie wpisanych w życie, wynikających bezpośrednio z otaczającej rzeczywistości. Brudnopisy, urywki dramatu, opowiadania, w tym jedno dobre, drugie autoironiczne, a trzecie i czwarte… Jest jeszcze kilka tekstów prozą poetycką, oscylujących wokół młodopolskich obrazków, pachną trochę Przybyszewskim, odrobinę Micińskim. Fragmenty pseudodziennika, szkic, reportaż literacki, pourywane wspomnienia dyktowane u schyłku życia w oparach alkoholu… Niewiele tych zdań. Tworzą świat chwilowy, trwający na jednym oddechu. Za krótkim, by utrzymać ich potencjał, więc rozrywają się, odłączają od całości, którą zapowiadały. Zapowiadały, choć nie wytrwały, umknęły, zdezerterowały… Ale przez moment były. I intensywnie dotykały tego, co tylko na swej drodze napotkały. Egzystencji, historii, miłości, lęku, marzenia… To właśnie zdania czepiające się, zdania, które niczego nie chwytają, nie zamykają w swej składni, zdania — elektryczne wyładowania, które na chwilę się pojawiają, by zaraz ustąpić przed bielą papieru.

Jak czytać je dzisiaj?

Pokreślone fragmenty, niepełne teksty, ledwie zarysowane fabuły wiążą się w nierozerwalną całość z literami innych zdań. Bowiem wszystkie te listy, kwity, kartki i karteluszki, absurdalnie drobiazgowe notatki dają odpowiedni kontekst. Właśnie tak czytana kolekcja dokumentów tworzy nieco może chaotyczną, miejscami kapryśną, jednak opowieść całkowitą o sile kreacyjnej wyobraźni i niszczącej sile pamięci, o pełni możliwości i całkowitym braku.

O człowieku uwikłanym w rzeczywistość…

Idziemy długo szosą…

17 lipca (1915)1

Idziemy długo szosą, jasną i prostą jak promień słoneczny. Zwykły polski krajobraz, z lekka falisty i urozmaicony pojedynczymi drzewami, przykulonymi gdzieś po pustych miedzach tchnie dzisiaj jakąś dziwną świeżością i pola wesoło uśmiechają się do wędrowców.

Wabi coraz dalej falista wstęga szosy; coś tajemniczego wypatruje wzrok za każdym pagórkiem, za zrębem lasu, a marsz upływa rytmicznie, prawie niepostrzeżenie. Mijając słupy wiorstowe2, odczuwam wrażenie, jakbym osiągał rekord na jakimś niewiadomym wyścigu, sprawia mi to ogromną przyjemność, że coraz bardziej wysuwam się poza nawias tak zwanego społeczeństwa. W istocie oddaliliśmy się zaledwie o kilkanaście wiorst od Ostrowca, który stał się pierwszym etapem wędrówki mojego pułku.

Podróż z Piotrkowa do Ostrowca wydawała mi się zbyt krótką — po prostu umysł nie był przygotowany na tak szybką i stanowczą przemianę. Wczoraj jeszcze cały dzień jakieś defilady cesarsko-królewskie, słodko-kwaskowate przywitania i pożegnania, długie oczekiwanie w pełnym rynsztunku, piwo, cukierki, ładne skautki, śpiew<y na> stacji, a potem już tylko turkot wagon<ów> i melancholijne kontemplacje: poc<zątek>. Nie mogłem spać w wagonie: coś m<i nie pozwalało>, [za dnia] jakieś niedopowiedziane sło<wa, jakaś> niedokończona <myśl> — cała historia <przeszłych> czterech miesięcy stała mi przed ocz<yma i określała> drogę. W Ostrowcu za to chrapną<łem już> porządnie w „wojennym” j<…> pierwszy raz niedołężnie skleconym, ale stanowiącym chlubę moją i „sitwesów”3. Nie długo jednak dane mi było spoczywać, bo zaraz po południu miałem robotę z „fasunkiem”4 amunicji, a potem marsz do jakiejś pobliskiej wsi na nocleg. Tam raz kwaterowaliśmy się na plebanii, a właściwie w stodołach klechy, pierwszy raz ucząc się gospodarki na cudzych śmieciach. Kilkuwiorstowe me doświadczenie już nauczyło trochę, z czego ma się składać rynsztunek wojenny, więc w stodołach tych pozostała lwia część koców i innych zbytecznych rzeczy. Wieczorem klecha urządził asekurację na dusze wiernych, czyli spowiedź, na którą było nawet dość dużo amatorów. Noc przespana jednym tchem, a rankiem szosa równa i prosta do Ożarowa.

Śmieszne są te rekruckie wrażenia, jakie odczuwam na ćwiczeniach imitujących wojnę. Idziemy naturalnie marszem ubezpieczonym, a ja, jak zwykl<e>, na szpicy z „panem aspirantem”. Staram się wczuwać w prawdziwą możliwość <obec>ności nieprzyjaciela i wykonuję moc wojowni<czych> ruchów i manewrów, mających według mego <komendant>a duże taktyczne znaczenie. <Komendant> plutonu uśmiecha się dyskret<nie,> zadowolony jest z mojej gorliwości. <Nie trwa> to jednak długo: za chwilę już <wodzę spoj>rzeniem po całym krajobrazie i wybiegam <szybko na>przód po wstędze białej szosy. <Widzę wi>eś, do której tryumfalnie pierwszy wkraczam. Chłopi jakoś patrzą się spode łba i bojaźliwie wypełniają wszelkie prośby. „Nasi” niedawno stąd uciekli, więc pewien prestige jeszcze pozostał.

Ktoś mi się zapytał, co to za wojsko my jesteśmy! — Polskie wojsko — zaciągnijcie się do nas — odpowiedziałem, ale pytającego już nie było. — Nie można się zatrzymywać — patrol przednia nadchodzi; znów pole złote bez końca i samotne grusze po miedzach. Na prawo zgliszcza wioski — koło drogi porzucone jakieś sprzęty gospodarskie, puszki z konserw i łuski od naboi, mijamy jakąś linię obronną rosyjską. Zmęczony już jestem, ale nie daję tego po sobie poznać; inni gorzej się pomęczyli, na przykład gruby „Karas” ledwie się już kołysze ze swym ciężkim plecakiem, z którego co wiorsta coś z bólem serca wyrzuca. Każdy wyczekuje krótkiego odpoczynku jak nurek powietrza; przy spotkanych studniach robią się straszne zbiegowiska, energicznie, a nawet brutalnie rozpędzane przez lekarza. — Nie wolno pić wody — Ale gdzie tam! Choćby gnojówkę z bajora chłeptałby nieuzwyczajony do marszu rekrut.

Szosa opuszcza się serpentyną w małą kotlinę i wchodzimy do zgliszcz Ożarowa, gdzieniegdzie jeszcze dymiących. Swąd spaleniska przenika nozdrza. Pośród rumowisk prawie trudno odnaleźć właściwą drogę. Psy bezpańskie włóczą się tam i sam i wygrzebują coś z węgli. Dużo rodzin żydowskich siedzi na przyzbach swoich eks-domów, patrząc się na nas z piętnem niemej rozpaczy. Utrwalił mi się szczególnie w pamięci następujący obraz[ek]: w pokoju, który z całego domu pozostał, o trzech ścianach i kawałku sufitu, siedzi na podłodze pod ścianą jakiś stary Rebbe [z poparzoną straszliwie twarzą], z obandażowaną głową, a na progu młoda i dość piękna Żydówka z rozpuszczonymi i dziko poplątanymi włosami głowę wsparła o framugę drzwi, nieruchoma, patrzy w jakiś nieokreślony punkt z bolesnym wyrazem rezygnacji. Postać jej przypomniała mi Magdalenę z powieści Daniłowskiego5; to zapatrzenie tragiczne, ta niema rozpacz w jej oczach utkwiły mi jakoś dziwnie w pamięci.

Jeszcze siedem wiorst, jeszcze cztery, trzy, jedna… Opuszczony jakiś dworek miał nam posłużyć za kwaterę. Padam na ziemię — jest rozkosznie — nie chce mi się wstać za nadejściem kompanii. Porucznik dziwi się, że jestem zmęczony. Naturalnie ­zaprzeczam i nadrabiam miną. — Komendanci kompanii do kapitana! Powstań! Zbiórka w kolumnie.

Oj, nasermater!

18 lipca

Im dalej, tym bardziej jestem zachwycony tym marszem. Coś jest takiego beztroskiego, tak bajecznie wesołego, gdy wychodzimy rano na tę słoneczną szosę, cały swój dom dźwigając na plecach i nigdy nie oglądając się poza siebie. Las pachnie — czasami osłania swoją zieloną ścianą, przez którą słońce z rzadka przedostaje się i igra na końcach luf, na bączkach6 i orzełkach.

Ogarnia mnie jakaś zawadiacka fantazja — chciałbym tak powiedzieć w oczy całemu światu: Co mi zrobisz?! Największą satysfakcję sprawia mi to, że zawsze idę pierwszy, tylko ogon porucznikowskiej szkapy mając przed sobą. Kolumna miarowo kołysze się — marsz płynie równo jak rzeka. Nad falą błękitnych rogatywek widnieją w równych odstępach sylwetki konnych oficerów, a gdzieś daleko z tyłu długi szereg taborów. Przechodzimy jakiś głęboki wąwóz leśny, za którym widać już Wisłę. Przechodzimy groblę; spoczynek na łące nadbrzeżnej.

Wisła!… Po kilkomiesięcznym rozstaniu z radością wpatrywałem się w srebrne fale, obok złotych płacht mielizny tak dobrze mi znajome, tak przyjazne. Jakaś zabłąkana biała grzywa piany przypłynęła do brzegu, na którym stałem; spadzisty brzeg przeciwległy poprzeszywany różnokolorowymi łatami zboża i umajony zielonymi drzewami tak żywo nasunął mi jakieś wspomnienia, że przez chwilę zdawało mi się, że jestem na jakiejś wycieczce pod Płockiem.

Prysło złudzenie z chwilą zbiórki.

Orkiestra zagrała Marsza Czwartaków7.

Przeszliśmy Wisłę.

——————————————————

Gdzie przechodzimy, tam ruiny i zgliszcza, porzucony dobytek, ludzie, zwierzęta, rozbitki; na noclegach gęsto łuny świecą i daleki huk armat słychać. Kto nie odpadł od kolumny w pierwszych dniach marszu, ten już na długo pozostanie. Nóg naszych nie żałują — idziemy już 10 dni, a dnia odpoczynku jeszcze nie było. Codziennie najmniej 30 wiorst przemachamy. Idziemy po śladach pierwszej brygady, spotykając na drodze ich okopy, prawie że jeszcze ciepłe. Wczoraj minęliśmy duże pobojowisko obok wioski nieznanej mi nazwy. Charakterystyczne są rozrzucone wszędzie puszki z konserw.

——————————————————

Minęliśmy dzisiaj ——— Spalony, z rozbitym kościołem, w którym jednak ludność pozostała. Zaraz za wsią uroczysta chwila: pierwsze ładowanie broni, bo wkroczyliśmy już w granice rezerw armii. Marsz rozpoczął się nad wieczorem, prowadzony szybko i forsownie. Żal mi było małego Kuny — czternastoletniego wojaka z naszego plutonu, bo aż uginał się pod ciężkim plecakiem — niosłem więc dwa plecaki kilkanaście wiorst. Pierwsze spotkanie z artylerią brygady nastąpiło w lasku pod Ludzikowem. Za chwilę wkraczamy do wsi, gdzie brygada ustępuje nam kwater. Nie obyło się bez starć.

(do Szczypiorna, lipiec 1917)8

Za trzyletnią nędzę, trud, poniewierkę, za te wszystkie bitwy, marsze, ataki — do obozu jeńców9!

Siedziałem w osobnym przedziale z kapitanem W. i cicho rozmawialiśmy o przeszłym i przyszłym, gdy pociąg w mroku nocnym mijał Warszawę.

Pierwszy raz zdarzało mi się przejeżdżać koło miasta, nie wstępując do niego; rój zamglonych świateł i przytłumiony gwar wielkomiejski sprawiał mi dziwną przykrość. Fizycznie niczym nieprzymuszony, a jednak z jakimś dziwnym nakazem moralnym jechałem, licho wie po co, dobrowolnie do więzienia. Związany ściśle z ostatnimi wypadkami w Legionach, wyczuwałem tętno tej ostatniej bezkrwawej walki, żyłem w oczekiwaniu jakichś nieprzewidzianych wypadków, zdarzeń, w żadnym razie nie spodziewałem się takiego epizodu.

Kapitan był smutny i milczący. Jechaliśmy już cały dzień, co stacja prawie czekając po kilka godzin; w dzień nie było czasu rozmawiać, dopiero wieczorem, gdyśmy pozostali sami, próbowałem zacząć rozmowę. Gdzieś pod Warszawą udało mi się go rozruszać; podniósł się z ławki, <mówił> trochę podniecony:

— Wierzę, że to wszystko jest tylko marnym, złym snem, jeszcze jedną <marą>, jeszcze jedną walką. Przetrwaliśmy Jastków, Korzyszcze, nie ugięły nas zwątpieniem Baranowicze, ze Szczypiorna wyjdziemy i zwyciężymy10. Pamiętacie te wzgórza józefowskie11? — ten długi szereg trupów grzebanych nam bez żalu, bez pamięci… A my przez ten grób przeszliśmy i przez sto takich swoich żołnierzy wciąż naprzód, [drugie sto grobów gotowym zdeptać]. Wczoraj oddaliśmy broń, a czyż gdyby nie było już nadziei, nie potrafilibyśmy popełnić pięknego samobójstwa. Nie upadajcie na duchu. — Wam wierzę i ufam, że znajdziecie dość hartu dla siebie i innych.

Poczciwy kapitan!

Data

Przyjechaliśmy z wielką fantazją, ze śmiechem daliśmy się zamknąć, przy wejściu do obozu urządzono nawet owację baterii wystawionej na obóz, któ<ra> miała nas zastraszyć, a dziś po kilku dniach pobytu coś się już w nas zaczyna psuć, zwątpienie, rozgoryczenie, apatia…

Porządki w naszym śmiesznym więziennym samorządzie12 bardzo są lekceważone — ludzie po całych dniach grają w karty i bardzo hazardownie, bo przecież dostali po 28 marek na drogę. Wszyscy prawie chodzą nago — pod smolnym dachem ziemianki trudno wytrzymać w taki upał13. Ja cały dzień prawie wysiaduję u ppor. [Ostrowskie…]14, grywam w szachy, karty i jestem głodny. Głód dla mnie nie nowina, bo na wojnie nie trudno o niego, ale wątpię, czy do potraw „szczypiorkowskich”15 zdołam się kiedyś przyzwyczaić. Wszystko, co tylko można zjeść, jest kupowane bez względu na cenę, a messowy kantyniarz, Żyd — nie mieć na „sitwę” z Żydem <…>, „majlant”16 na naszych kieszeniach.

<Ludzi>om co dzień się coś mówi, tłomaczy, ale to coraz <bar>dziej traci znaczenie. Z apatią wkrada się anarchia.

Data

Komendant aresztowany! — Nie chciano wierzyć, gdy jakiś nowy transport przywiózł tę wiadomość, dopiero gazety potwierdziły to. Głupie wykręty o podrobieniu paszportu zdaje się, że nie będą miały wiary, ale czy ten tryumf reakcji znajdzie odpowiedni oddźwięk w społeczeństwie — nie wiadomo! Na terror powinno się odpowiedzieć terrorem, ale zdaje się, że nie ma go kto robić!

W obozie ogólne przygnębienie. Wieści przechodzą z ust do ust i są komentowane w dowolny sposób. Nade wszystkim jednak panuje nuta: Nie ma chleba… Pieniędzy zaczyna już brakować17, więc zaczyna się handel przedmiotami ekwipunku. Na razie nic nie jest potrzebne, bo wszyscy chodzą nago, a na jutro nie ma się co oglądać.

Niedługo będziemy obchodzić drugą rocznicę 6 sierpnia18.

Data

Uroczystość rocznicy odbyła się, ale smutno jak nigdy, <msza>, później Zosik przemawiał — w kilka kwadransy później został aresztowany wraz z Rzeckim i Szafranowskim19. Oczekujemy represji.

Data

Oczekiwania sprawdziły się: w południe nadszedł batalion wojska, naładował karabiny, a nam kazano się zebrać w pełnym rynsztunku. Zawezwano wszystkich podoficerów do dziesiątego bloku — tam rewizja i poznawanie oficerów. Przykro było widzieć bezczelną gęb<ę> szpiega, gdy chodził z eskortą wśród szereg<ów>. Niemcy poszukiwali Kołłątaja i Ostrowskiego. K. sam się zgłosił, gdy widział bezcelowość dalszego ukrywania się. Ostrowskiego jednak musiał <…> pokazać palcem.

Przy rewizji nic nie znaleziono, tylko zabrano nam gwiazdki i lampasy. Pozostajemy w dziesiątym bloku.

Data

Uciekłem wieczorem na swoje dawne miejsce w bloku — nie można ludzi zostawiać samych. Co prawda i tak panuje tu bezkrólewie po zabraniu Ostrowskiego, ale może jaki taki porządek da się zaprowadzić. Głód coraz większy. Ucieczki i kradzieże na porządku dziennym. Jako prezes sądu blokowego mam nawet dość dużo roboty z wszelkiego rodzaju złodziejaszkami. Utarła się norma kar: odebranie chleba komitetowego20 — tej kary ludzie najbardziej się boją.

Sąsiadujemy z peowiakami21 aresztowanymi w połowie lipca — jest między nimi jedna kobieta, moja znajoma z Płocka. Leguny22 prowadzą rozmowy na odległość.

Wołyń…

Wołyń. Szeroki, pusty krajobraz. Podmokłe łąki i małe stogi za sterczącą w górze żerdzią. Styr, Stochód, ubogie wioski i lasy wielkie, stare.

W tych lasach, nad tymi rzekami, stanął na cztery lata front rosyjsko-austriacki1. Trzydziestokilometrowym pasem wzdłuż linii okopów rozpostarło się zniszczenie, pustka. W opuszczonych wsiach stały tabory, szpitale polowe, a bliżej frontu, w lasach, rezerwa w ziemiankach budowanych ze starodrzewu, sterczących nisko nad ziemią płaskimi i przykrytymi darniną dachami. Front przez cztery lata ryczał zaszytymi w lesie bateriami, trajkotał karabinami maszynowymi i nawet w dniach zupełnego spokoju płoszył ciszę strzałami placówek. Okopy, schrony, rowy dobiegowe, wszystko z czasem zarosło trawą, ani rozpoznać strzelnic w b<lin>dażach2, tylko sosny i brzozy zharatane artylerią sterczały na pół zdruzgotane na przedpolu, zdradzając pozycję. W okopach dymiły niewielkie brzozowe ogniska, kuchnie polowe zajeżdżały trzy razy dziennie na pozycję, żołnierze fasowali kawę, zupę, chleb i papierosy. Tak było w długie jesienie i zimy, piętnastego, szesnastego, siedemnastego roku. Wiosną zaczynała się ofensywa, na front jechały transporty amunicji, z frontu — pociągi sanitarne pełne rannych. W ciemnych lasach wyło rwące się żelazo, waliły się stare sosny, ścięte pociskami w połowie wysokości, czarna ziemia ­wystrzelała słupami w górę. Zabitych grzebano płytko, nad mogiłami stawiano pośpiesznie brzozowe krzyże, na ramieniu krzyża wieszano czapkę zabitego. Jesienią front znów zamierał w mocno odrutowanych pozycjach, jak nie nad Styrem, to nad Stochodem, niedaleko od zeszłorocznych miejsc w tych samych lasach.

[Gryzła wojna te lasy, ale ich nie zgryzła. Ile to materiału poszło na schrony, ziemianki, drogi, na zimowe ogniska, a las stoi jak stał, ledwo tu i ówdzie świecą łysiną poręby.]

W tych lasach — tych i innych — przez cztery lata umierały cesarska Austria i cesarska Rosja. [Umierały powoływane do ostatka roczniki rezerwistów, materiał ludzki coraz gorszy, coraz mniej pewny.]

Na dziesiątym kilometrze przed Uknowem zaczynała się szosa równa i szeroka, wyłożona cienkimi sosnowymi okrąglakami. Materiału było pod dostatkiem, więc saperzy dowództwa armii mieli łatwą robotę: ściąć trochę sośniny przy drodze, obciosać, ułożyć i droga gotowa. [Teraz to zmarzło na kość przy piętnastostopniowym mrozie, każde uderzenie ostro kutych kopyt brzmiało jak wbijanie gwoździa w tę pozostałość po tak niedawno jeszcze groźnej i wszechwładnej armii.]

Krajobraz pusty, gładki, a w śniegu i pod szarym niebem — okrutny. Mróz szczypał policzki, dławił dech i osiadając siwizną na obfitym kołnierzu baranicy, nasuwał myśli o dusznym cieple i śnie. Na drutach telegrafu wiatr słaby, ale złośliwy, brzęczał i gwizdał zimową pustką. Szosa biegła na wschód, zagarniając ze sobą rozsiane z rzadka topole i brzozy, biegła do Uknowa, gdzie jeszcze parę tygodni temu kwaterował sztab dziesiątej c. i k. armii, a ze sztabem ileż oddziałów pomocniczych, taborów, magazynów. Pozostały po tym wszystkim jeszcze napisy informacyjne, drogowskazy i ta szosa drewniana na podmokłych łąkach wołyńskich. ­Dowództwo armii ewakuowało Uknów, inaczej mówiąc, po prostu zwiało, gdy tylko pojawiły się pierwsze transporty wojska z Ukrainy. Żołnierze jechali do domów, głęboko obojętni na losy cesarstwa, nie było dyscypliny, dowództwa utraciły władzę i jeżeli coś trzymało w kupie te masy umundurowanych Czechów, Węgrów, Polaków, Ukraińców [z Galicji wschodniej], to chęć wydostania się — właśnie kupą — z kraju okrutnej wojny, z rowów śmierci, z wygłodzonych, spalonych okolic do własnej, gdzieś tam na pewno tkwiącej [jeszcze] chałupy. Żołnierze rozbrajali magazyny uknowskie, były wypadki rabunków, ale pociągi odchodziły szybko na zachód — do Przemyśla, do Lublina — dziesięć dni na stacji uknowskiej pełno było zbiedzonych, głodnych, nieliczących się z niczym i z nikim austriackich żołnierzy, parowozy nabierały wody, wekslowały, transporty odchodziły o nigdy nieprzewidzianych godzinach. Dziesięć dni trwał rejwach, pośpiech, ucieczki, prawie popłoch, potem wszystko nagle ucichło. Dziesiątki pociągów odeszły do Przemyśla, do Budziejowic, do Pragi, Wiednia, Budapesztu, a na ostatni wsiadł komendant stacji z całym personelem, zabierając w dwóch towarowych wagonach trochę uciułanych mebli i to, czego nie rozkradli z magazynów: mąkę, suchary, owies. Stacja pozostała pusta i bezpańska na dobry tydzień, póki nie zjawił się pierwszy oddział polski ze Zdołbunowa3. Na stacji pozostały lory4 załadowane drutem kolczastym, góra skrzyń z amunicją artyleryjską, rozdrapany do połowy stóg siana, które rozniesiono nogami wszędzie, wdeptano w brudny i chrupki śnieg, zmieszano z puszkami od konserw i kartonowymi pudełkami od nabojów. Wszystkie drzwi stały otworem. Szyby na stacji, nie wiadomo dlaczego, przeważnie powybijano.

Drewniana szosa wiodła lekko pod górę i dopiero na piątym kilometrze przed Uknowem, przekraczając grzbiet wzgórza, gdzie wiatr wył śmielej i okrutniej i niepokoił zamarłe w mrozie słupy ­telegraficzne, zaczynała się zniżać ku Uknowowi, ukazując kopiastą dzwonnicę uknowskiej cerkwi. Wkrótce i cerkiew wraz z klasztorem dały się widzieć z szosy. Miasto zaczynało się długim szeregiem czerwonych budynków koszarowych, szosa zapadała w dół, staczała się na [marny, drewniany] mostek, a potem już szły jeden za drugim drewniane domki z ganeczkami, małe, biedne, przysypane śniegiem. I wciąż jasne ślady Armee-Kommando5: to szyld kantyny, to napis, że tędy do magazynów amunicyjnych. Wóz turkotał głośno po bruku, ulice były puste i mroźne, [rzadkie] dymy snuły się nisko, przygnębiając niezrozumiałą, zimową melancholią. Miasto zdawało się spać, choć zmierzch dopiero czołgał się po śniegu, zagarniając leniwymi łapami mętne już na wzgórzu kępy drzew i kopuły cerkiewne.

A kiedy je zagarnął wreszcie, kiedy stanął groźnie nad horyzontem, rozdziawiając paszczę ciemności, zdawało się podchorążemu Pełce, że bubrzowskie lasy ruszyły ze wzgórz i idą na miasto czarnymi kolumnami, niby wojska nieprzeliczone, a niosące zagładę. Pełka był bardzo zmęczony, śpiący i przemarznięty, mimo kożucha i płaszcza. Wóz minął rynek, wciąż turkocąc dokuczliwie, skręcił obok białej dzwonnicy, wjechał w bramę klasztorną — wartownik zasalutował — zgrzane konie zatrzymały się przed plebanią. Podchorąży nie zsiadając [z wozu], zawołał: „Hej, jest tam kto?” i z ganku wybiegli dwaj ordynansi. Ciężką drewnianą skrzynkę ściągnięto z wozu i wniesiono do mieszkania. Podchorąży zsiadł, wygrzebał z siana karabinek i ładownicę na pasie, tupiąc, wbiegł na ganek, za długi kożuch zamiatał śnieg na wydeptanej ścieżce.

Noc. Mróz. Skrzypi śnieg…

Noc. Mróz. Skrzypi śnieg. Po zamarzniętej grudzie tak dokuczliwie trzęsie chłopski wózek. Zimno w nogi, a uszy co pół wiorsty trzeba rozcierać. Zła, wyiskrzona noc. Któraż to wieś wyje tak głucho samotnym psem? Okolica płaska, bez lasów, droga bez drzew i tylko te słupy telegraficzne idące gdzie? — do Chełma? do Kowla1? do diabła samego. Wiu-u-u-u — zaniosło ostrym, drobniutkim śniegiem — na wylot przekłuł policzki.

Wiu-u-u-wiu-u-u ha-ha — zakręciło siwym tumanem, sypnęło w zmrużone oczy białym śrutem, poniosło drogą zamarzniętą, pustą, złą — w czerń, nie wiadomo gdzie… Zła, zła wołyńska noc. Niebo wyiskrzone gwiazdami jak tarcza [podziurawiona kulami] na strzelnicy. A dookoła idzie, idzie nocne wojsko, wyłazi zza niewidzialnych horyzontów. Groźne, zawzięte, idzie, idzie, tupie po śniegu buciskami — duch-duch — duch-duch — duch-duch…

Noc. Śnieg. Wyiskrzone niebo. Wieje tumanem w zmrużone oczy. A wioska skulona, koślawa, tuli się w szkarpy, rozpadliny i wyje w złe, czarne niebo jednym, jedynym psem.

[Pies]: au-u-u-u…

[Wiatr]: wiu-u-u-u…

[Mrok]: duch-duch, duch-duch, duch-duch

[W Bubrzowie miał podchorąży Wańkowicz oddać pieniądze dowódcy podgrupy operacyjnej, kapitanowi Zaleskiemu, 60 000 koron, ładny grosz, a jedź tu 45 opętanych wiorst przez diabli wiedzą jakie strony, sam jeden, na trzęsącym chłopskim wózku.]

Złotowłosa…

Złotowłosa moja! Z przędziwa snów tęsknych utkana postać Twa mglista spłynęła po słonecznych drogach złotego pyłu i stanęła przede mną w przedziwnej prostocie i blasku jak Marzenie… Jak Szczęście…

Wykołysałem Ciebie w długich, a nieskończonych tęsknicach — świeciłaś mi bladą twarzyczką w szare dni życia, jak spośród chmur promyczek słoneczny w dzień dżdżysty i smutny.

Widziałem Ciebie zawsze taką białą i czystą, jaką zjawiłaś mi się w poranek wiosenny, gdy trzymałaś przy piersi pęk narcyzów, tak białych jak Ty sama — Wiosno moja.

Wyśniła mi się złota tęcza Twych włosów, które, migotliwie falując, obejmowały miłośnie Twe czoło — na nich, jak na tysiącznych strunach jakiejś harfy złotej, zerwała się pieśń moja, co bezustannie w duszy mi dźwięczy — pieśń o Tobie…

Życie me płynęło wartkim, nieokiełznanym potokiem… Tysiące złud jawiło mi się przed oczyma i przepadało jak bańki mydlane; …upiorne zjawy zwątpień spychały mię co krok w otchłanie nicości; …krótką nieuchwytną chwilę uśmiechało się szczęście, a po nim przychodził ból tępy, co gryzł serce… A ja byłem obojętny na wszystko, szczęście, ból, zło, nawet na śmierć samą, która mi była przerwaniem pieśni niedokończonej, końcem wszystkiego.

Od szlaków wędrowniczych, dalekich i smutnych, od pól krwią czerwonych ulatywałem myślą wciąż w te bezkresne horyzonty słoneczne, gdzie jaśniały mi Twe oczy jak mdlejące gwiazdy przedświtu i przeglądałem się w nich, i szukałem kształtów dla Ciebie…

Byłaś mi bliską zawsze, a nieuchwytną, umiłowaną i nieznajomą, jawą cudną i marzeniem sennym…

Tęskniłem do Ciebie w każdym przebudzeniu się srebrnego poranku, co wstawał mi cichy z bladych oparów mgły, czasem krwią przyrumieniony…

Tęskniłem do Ciebie w każdym spojrzeniu na świat szary i ciemny, i w groźnym huku śmiertelnych piorunów, i w szarej monotonii dnia powszedniego…

Orłowy był mój lot, choć dni były jedne drugim podobne!

I oto załamały się skrzydła orle i wygasły w piersiach żary… Z ostatnim piórkiem pawim, co mi uleciało znad czapki, upadły z serca strzępki wszystkich moich uczuć i wiar — jedna tęsknota za Tobą pozostała…

Czekałem…

O Ty, Biała! Czy pamiętasz ten poranek wiosenny, kiedy półrozwinięte drzewa i kwiaty uśmiechały się do słońca, a szczęście do ludzi?…

Czy pamiętasz wiązkę narcyzów białych, co woń ze swych kielichów składały w ofierze czarowi Twemu?…

Taką mi się zjawiłaś wówczas, jaką wyśniłem Ciebie na dalekich marzeń moich rozdrożach. Byłaś mi taką jasną i czystą, jakby jaka srebrzysta baśń z blasków miesiąca utkana. Słońce całowało Twe włosy i więdły narcyzy palącymi promieniami dotknięte, a ja cieszyłem się, że więdną kwiaty, bo bielszą i piękniejszą od nich Ty byłaś… Schwyciłem spojrzenie Twoje, ślizgające się po rzeczach obojętnych i zatrzymałem je na sobie — zdałaś mi się wtedy ptaszyną, co z gniazda spłoszona lęka się, wzrokiem pytająca… I zdało mi się, że minął lęk i że odczułaś to, co w oczach moich dusza skrysztaliła. I była ta krótka spojrzeń chwila rozmową długą, dziwną, a w zdań wiązadłach się niezamykającą; myśli się nasze wyczuwały wzajem i snuła się czarowna nić od cudnych marzeń sennych do piękniejszej od nich jawy.

I zniknęłaś mi, odeszłaś, zostawiwszy mnie w smutku większym niż dawniej. Zapragnąłem żyć na nowo, wyżej i piękniej, dla Ciebie tylko…

Gdzie jesteś?…

Przybądź do mej samotni, na skroni mojej połóż Twe liliowe ręce, rozpogódź myśli moje oczu Twych tajemnicą…

O, przyjdź i daj ukojenie…

Rewolucja

…Świecą czerwone okienka. Koła maszyn, pasy, turbiny prężą się w jakimś fatalnym pośpiechu. Słychać huk młotów o rozpalone żelazo na kuźnicach. Sypią się iskry i wylatują na ulicę, toną w dymie, płyną nad marne, brudne zaułki, padają na budy drewniane, zdychają gdzieś w śmierdzącym błocie rynsztoków…

Walą młoty. Słychać oddech pracy.

Nagie kominy fabryczne czatują jak lasy szubienic i kłębami dymu urągają się błotu i nędzy.

Sypią się iskry i wylatują na ulicę…

Oto cały ich snop wyrwał się spod młota, osmalił miechy, przedarł się przez kłęby pary i wyleciał w powietrze, wysoko! — wolny…

Każda stara się odlecieć jak najdalej, zniża się i podnosi, żarzy i blednie; już coraz dalej roztaczają swój krąg, zaćmiły mdłe światło gazowych latarni i świecą groźnie w szyby czerwonych kamienic.

Zaświeciły raz jeszcze i jedna po drugiej zgasły…

…i znów walą młoty, warczą motki, migają pasy, szaleją, szaleją koła — coraz prędzej, coraz dziczej…

Jęczy żelazo, opiera się, grozi, syczy — czerwienieje jak krew i rozlewa się blade, bezsilne…

Oszalały zębate maszyny!!…

U ich stóp pełza człowiek… — niewolnik…

Oto, jakby na znak tryumfu, nędzą jego wznosi się z wysokich kominów dumny słup czarniawego dymu, kłębi się chwilę nieruchomo, potem płynie wolno we wszystkie strony, rozsnuwa się nad płaskimi dachami prostokątów z czerwonej cegły, w których zamknięte wiecznie życie niewolnika, zagląda przez mętne szyby do niskich izb, wciska się przez szpary u drzwi, przez wybite szyby do ciemnych wnętrzy, gnieździ się po brudnych podwórkach, zagląda w oczy dzieciom, bawiącym się w rynsztokach, wgryza się im w piersi, dławi, truje, zabija…

Nie wywieje wiatr, co czasem od pól przybiega, tego dymu z bladych, przymglonych oczu dziecka.

——————————————————

Dudnią maszyny dzień i noc.

Sypią się iskry i wylatują na ulicę…

Oto jedna z nich odpadła ze snopu: nie gaśnie i nie blednieje, opada coraz niżej, płynie nad szeroką, ciemną ulicą, prosto, daleko.

Na ulicy nie ma nikogo.

Cisza…

Iskra płynie i nie gaśnie…

Za nią wlecze się smuga czerwonego światła, rozdziera się na cienkie krwawe nitki, zawisa przed oknami i świeci.

Coraz jaśniej wszędzie… Czerwono…

Czerwona iskra wybuchła płomieniem na wszystkich zaułkach… Zarumienione szyby chytrze łyskają ślepiami.

Na ulicy pusto…

Cisza…

——————————————————

Dlaczego umilkły młoty po kuźnicach, zatrzymały się motki po przędzalniach?

Dlaczego obwisły bezsilnie pasy transmisyjne, dlaczego koła rozpędowe wstrzymały swą wieczną wędrówkę?…

Zasnęły fabryki, jak dzikie zwierzęta przymrużywszy czerwone ślepia… Nie bucha już dym z wyniosłych kominów, wygasł żar pod kotłami, a iskry czerwone wciąż lecą i lecą…

Ze zdziwieniem i groźbą zgrzytnęły po raz ostatni koła zębate maszyny, gdy ostatni z jej niewolników wybiegał na ulicę…

Lecą czerwone iskry…

——————————————————

Idą!

Wyszli z ciemnych, cuchnących nor, zamknęli żelazne wrota fabryk, zapomnieli o brudnych, zamglonych łzą nędzy szybach swoich suteren… wyszli pośpiesznie na czerwone ulice.

Idą!

Dudni kamienny bruk.

Zaleli wszystkie place, zaułki, ulice — wychodzi ich coraz więcej, coraz szerzej rozlewają się po przedmieściach i nie zamkną ich już mury z czerwonej cegły. Kłębi się, rośnie tłum, faluje masa głów i słychać gniewliwy pomruk, jakby zgrzyt opadających łańcuchów, wzbierają wszystkie piersi długo tłumionym przekleństwem.

Ciemno — jeno czerwone nitki od skier, co skądciś lecą, migają błędnie, nisko nad głowami…

Wyszli z nędznych swoich izb, uciekli z pazurów potwora i już nie wrócą do nich!

Pójdą w te jasne, szklane ulice, wedrą się do błyszczących kawiarni, wywalą bramy pałaców, wywloką z nich swoją krzywdę, uduszą, wrzucą w błoto i milion ją podepce!

——————————————————

Idą!

Oto prężą się wszystkie ramiona, zaciskają pięści, blade oczy świecą niesamowitym blaskiem.

Nienawistnie, ale trwożliwie patrzą na nich okna opasłych kamienic…

Tam, spoza szyb pierwszego piętra, spogląda ich krzywda z rozpaczą i wściekłością… Świetne dywany i lustra, lśniące posadzki białych salonów dziwnie śmierdzą potem i nędzą…

A oni idą.

Miarowo, spokojnie, jak fala roztopionego żelaza, zalewają szerokie place, zadrzewione ulice…

Czerwone nitki iskier już nie snują się nad ulicą — wybiegły na czoło tłumu, zlały się wszystkie w jeden krwawy sztandar i zatrzepotały radośnie w powietrzu!

Idą!

W takt miarowego tupotu budzi się, nieśmiele z początku, pieśń, drży w półuchylonych wargach, kołysze się jak szeroka fala głów, krzepnie, tężeje, grozi… Już przestała być jeno gniewliwym pomrukiem, huczy niespokojna jak oddech tysiąca piersi, już nie jęczy, jeno grzmi!…

…Aż rozszalała, jak piorun, zaryczała potężnym chórem zemsty, zawyła echem całego psiego życia — dumnie, rozpacznie, nieustępliwie…

Za nasz pot, za głód, za ból!…

Za nasze dni bez słońca!…

Za nasze dni bez chleba!…

Za nasze życie bez szczęścia!…

Zapłaty za krew!…

Krwi!…

——————————————————

Przez las wyciągniętych pięści przedzierają się słowa pieśni, czerwone jak krew.

Słowa silne jak burza, straszne, mściwe…

Prężą się o drzwi pałaców, wyważyły drzwi, zamroziły wnętrza, znów wybiegły na ulicę, cisną się do lustrzanych szyb, wbiegły do kościołów, pogasiły błagalne świece, obiegły nawy dookoła i szukały boga w dumnych kopułach…

I wybiegły stamtąd szybko, bo nie było boga w kopułach ani ponad nimi, ani nigdzie…

Ha, ha, ha! Świat się kręci w kółko — kręci się w kółko nędza ludzka i pada na twarz sama przed sobą!

Ha, ha, ha!

Zachichotały czerwone słowa pieśni, zachichotał tłum…

— Ciebie będziemy czcić, Życie, ciebie, Szczęście!…

Precz z męką!

Precz z krzyżem!!

——————————————————

Na wielkim placu wzniesiono wysoki tron.

I wciągnięto na szczyt trupa, i włożono mu koronę na skronie.

— Króluj, umarła nędzo!

Króluj, zdechły głodzie!!

Ha, ha, ha!

Umarł stary świat, umarła krzywda, umarł stary bóg!…

Niech żyje życie!!!

——————————————————

Czerwony sztandar łopoce dźwiękiem radosnych słów pieśni…

Blednie ostatnia noc.

Wschodzące słońce spogląda w twarz trupa w koronie…

Wybór, opracowanie, przypisy, komentarz

Wioletta Bojda

Opieka redakcyjna

Maciej Kropiwnicki

Korekta

Wioletta Bojda

Współpraca

Magdalena Jankowska

Projekt graficzny i typograficzny

Marcin Hernas | tessera.org.pl

Skład i łamanie

Marcin Hernas | tessera.org.pl

Książkę złożono pismami Lyon Text autorstwa Kaia Bernaua

oraz Stag Christiana Schwartza, Bertona Hasebe i Ross Milne

Opracowanie zdjęć

Paweł Wójcik | tessera.org.pl

Dziękujemy pani Ewie Zawistowskiej, wnuczce Janiny i Władysława Broniewskich, za udostępnienie materiałów z prywatnego archiwum.

Fotografia Władysława Broniewskiego wykorzystana na okładce i rękopisy na ilustracjach 1—10 pochodzą ze zbiorów Muzeum Władysława Broniewskiego.

Rękopisy wykorzystane na ilustracjach 11—18 pochodzą

z prywatnego archiwum Ewy Zawistowskiej.

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p.

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Dofinansowano ze środków

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w siedzibie Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, II p.), w Świetlicach KP w Cieszynie (ul. Zamkowa 1), Gdańsku (ul. Nowe Ogrody 35) i Łodzi (ul. Piotrkowska 101) oraz sklepie internetowym KP (www.sklep.krytykapolityczna.pl), a także w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Stanęła naga...Powieść nieskończona Zgubiłem okulary Publicystyka Miłość jest nieprzyjemna. Listy ze wspólnego życia Pamiętnik Wierszem przez życie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia