Zuzanna nie istnieje

Zuzanna nie istnieje

Autorzy: Marta Fox

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 307

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 18.19 zł

Ona - niebanalnie piękna, smukła, pewna siebie. On - elegancki, "wysoki jak wieża Eiffla", trochę nieśmiały. Ona - artystka. On - informatyk. Ona podziwia jego umięśnione pośladki. On pożera wzrokiem jej idealne usta, w kształcie "przewróconej trójki". Zuzanna i Paweł

Była szczęśliwa w małżeństwie, w kochaniu, w łóżku. Była do czasu śmierci Tadeusza. Błądził, nie umiał znaleźć wyjścia z niefortunnego narzeczeństwa. Wyswobodził go wypadek Alicji. Zuzanna i Paweł Samotni, zagubieni, odcięci od świata i ludzi. Spotykają się na jedną, przypadkową noc, by zapomnieć i zapomnieć już nie mogą. Ale czy tych dwoje może być razem? Czy się odnajdą? A może to tylko sen? Może Zuzanna nie istnieje

Nowa książka Marty Fox to przepełniona erotyzmem opowieść o dawaniu i czerpaniu, cierpieniu i niesłychanym szczęściu, dojmującej samotności i wielkiej miłości, która zdarza się co najmniej dwa razy w życiu.

Marta Fox - pisarka, poetka, prozaik, felietonistka i eseistka. Jej wiersze tłumaczone były na język angielski, niemiecki, hiszpański. Autorka przeszło dwudziestu książek, w tym powieści Kobieta zaklęta w kamień, wydanej przez WL w 2009 roku. Dwukrotna zdobywczyni Grand Prix w Ogólnopolskim Konkursie Literatury Miłosnej. W 2006 roku otrzymała honorowe odznaczenie Zasłużony dla Kultury Polskiej. Członkini kapituły Literackiej Nagrody im. Stanisławy Zawiszanki, przyznawanej co roku podczas Targów Książki w Krakowie. Laureatka wyróżnienia Polskiej Sekcji IBBY za cykl autorski Pierwsza miłość (2000 r.).

Marta Fox

Zuzanna nie istnieje

Zuzanna nie istnieje

to tylko ja

odwieczny Żyd Tułacz

wędrując po świecie

śpiewam wam

o czasie który nie nadszedł [...]

Zbigniew Joachimiak, Leonard Cohen

Chciałbym wejść w ciebie jak w najbogatszą

bibliotekę Pozwolić się uwieść wszystkim

twoim stronom Oswoić się rozgościć

a potem smakować szczegóły każdej linii

wiodącej w plus minus nieskończoność

Chciałbym z grzbietu powracać do miejsc

które mnie urzekały oddaniem lub

zakazem Urzekały mnie ponad miarę i

ponad do tej pory czytaną przyzwoitość

Chciałbym przeżyć sezon w piekle a może

i dwa – zdziczeć złagodnieć zwariować

do reszty i nie wracać nie wracać

No chyba żeby pod prysznic i z powrotem

Marta Fox, Chciałbym

I

Zielonooka

Każdy dobrowolny akt seksualny jest święty i mistyczny – powtarzała, wchodząc do pubu powoli, spokojnie, bez rozglądania się po sali. Od razu usiadła na wysokim stołku przy barze, jakby to było jej stałe miejsce. Założyła nogę na nogę i zamówiła wytrawne martini.

Barman, podając kieliszek, uśmiechnął się, szepnął parę słów, które mogły być tajemną informacją albo zwykłą uprzejmością. Unosząc brwi, spojrzała mu w oczy, jakby zastanawiała się, czy odpowiedzieć. Wskazujący palec przesunęła po brzegu kieliszka kilka razy, zataczając koło, w końcu zanurzyła go w złocistym napoju i oblizała smakowicie.

Barman zdążył już odstawić butelkę, talerzyk z plasterkami cytryny i drugi z oliwkami. Przyjmował kolejne zamówienie, tym razem od dwóch mężczyzn siedzących przy końcu baru i sprawiających wrażenie, jakby znali się od dawna. Dziewczyna podniosła kieliszek i przez kilka sekund trzymała go przy ustach, sącząc powoli swoje martini.

Paweł drgnął, kiedy wchodziła, i zmrużył oczy, bo nagle jakby zrobiło się jaśniej. Od razu poczuł, że mógłby z nią być bez wstępnych przytuleń i dotknięć. Obserwował jej prawą nogę, którą rytmicznie kiwała, cienką kostkę, a jego podniecenie rosło. Zauważył, że dwaj panowie z kąta też patrzą łapczywie znad szklanek napełnionych whisky. Odwrócił oczy od jej nogi. Poczuł pulsowanie w skroniach i suchość w ustach, spojrzał ponownie na oszronione szklanki i rozpływające się kostki lodu, wydające charakterystyczny i skądinąd miły dźwięk.

Dziewczyna siedziała pomiędzy mężczyznami w rogu a nim. Paweł mógł więc obserwować wszystkich przy barze. Mimo że teraz próbował skupić się na grzechotaniu lodu i na plasterku cytryny przyklejonym do brzegu kieliszka, z którego ubyło trochę martini, to i tak wyobraźnia pokazywała mu nogę dziewczyny powyżej zgrabnego kolana. Włosy opadły jej na prawą stronę twarzy i zasłoniły profil. Muszą być miękkie, skoro lśnią i rozsypują się lekko, posuwiście jak piasek w klepsydrze, pomyślał.

– Wyjdziesz ze mną? – usłyszał i poczuł zapach perfum.

Zbliżyła się na niebezpieczną odległość, usiadła na stołku obok. Mężczyźni w kącie ucichli, jakby zdziwieni szybkim obrotem sprawy, i to niekoniecznie po ich myśli. Barman ponownie napełniał szklanki podsunięte szybkim ruchem. Dziewczyna była tak blisko, że Paweł mógł od razu przywrzeć do szyi, długich włosów, zagarnąć ją ramieniem. Nie zrobił nic, oszołomiony tym nagłym zapytaniem. Nawet nie spojrzał w twarz. Zacisnął palce na nóżce kieliszka z ostatnimi kroplami czerwonego wina na dnie. Przechylił go i błyskawicznie dał znak barmanowi, nie różniąc się tym samym od mężczyzn, którzy zareagowali podobnie, zamawiając kolejne whisky.

– Nie bój się, podrywanie przystojnych chłopaczków to nie jest mój zawód – powiedziała, widząc jego zakłopotanie. – Nie mogę być dzisiaj sama i bardzo chcę, byś mnie dotykał.

– Ja? – zdziwił się.

– Niekoniecznie, ale właśnie ty tu jesteś i – podobasz mi się.

Zawahała się, odrzuciła włosy, wyprostowała się. Paweł spuścił głowę i wpatrywał się w czubek jej rytmicznie podskakującego buta.

– Jeśli i ja tobie się podobam, to chodźmy i nie traćmy ani chwili – szepnęła kusicielsko.

Paweł milczał.

– Każdy dobrowolny akt seksualny jest święty i mistyczny – dodała tonem nawiedzonej mniszki, próbującej tłumaczyć, że seksualność sama w sobie jest święta, albo tonem zdesperowanej kobiety, dla której czas to pieniądz.

Paweł pociągnął solidny haust czerwonego wina z lampki, którą kelner błyskawicznie napełnił.

– Nie tak szybko – powiedział. – Nie tak szybko – powtórzył ciszej, jakby po raz drugi mówił tylko do siebie.

– Tu nie ma się co zastanawiać, albo tak, albo nie – ponagliła.

– Tak, ale...

– Skoro tak, to idziemy.

– Tak, ale błagam, powoli, pozwól mi wypić wino i spojrzeć ci w oczy.

– Nie warto patrzeć w oczy zwariowanej dziewczynie z baru.

– Przed chwilą powiedziałaś, że nie jesteś dziewczyną z baru – próbował zyskać na czasie.

– Nie jestem, co nie zmienia faktu, że rozmawiamy przy barze, dlatego proponuję zmienić miejsce i zapewniam, że od razu poczujesz się lepiej.

– Zawsze jesteś taka szybka i zasadnicza? I zwariowana? – dodał i wreszcie spojrzał w jej oczy.

Naprawdę są zielone, pomyślał, choć ich barwę lepiej by można określić w dziennym świetle. Twarz miała drobną, kształtną, z wystającymi kośćmi policzkowymi, jakich mogłaby jej pozazdrościć zawodowa modelka. Nos mały, prosty, wąski. Usta wypukłe, modne, na pewno prawdziwe, pomyślał. Próbował znaleźć słowa, którymi potrafiłby określić ich kształt. Pachniała bardziej owocowo niż kwiatowo, jakby mieszanką grejpfruta i konwalii.

– Nie zawsze – odpowiedziała po chwili namysłu, odgarniając ponownie włosy na ramiona. – Nie zawsze jestem taka szybka, nie zawsze zasadnicza – dopowiedziała zdecydowanie – i nie zawsze zwariowana.

Była piękna.

Śliczna.

Urzekająca.

Paweł szukał właściwych słów, by zabić nieśmiałość. Po raz pierwszy zdarzyła mu się taka przygoda. Intrygująca i podniecająca jeszcze bardziej niż kształtna łydka dziewczyny ze szczupłą kostką, owiniętą cieniutkim srebrnym czy złotym łańcuszkiem. Dopiero teraz go zauważył. Pomyślał, że chciałby go zdjąć. Rozpiąć, odłożyć.

Od tego zacząć dzieło rozbierania nieznajomej zielonookiej.

Od rozebrania kostki.

A potem zdjąłby drugi cienki łańcuszek, który błyszczał na prawym nadgarstku nieznajomej.

– Jeśli chcesz wiedzieć, to powiem: po raz trzeci powtarzam podobny scenariusz. To znaczy po raz trzeci proponuję nieznajomemu mężczyźnie seks. Wybrałam ciebie, ale jeśli się nie zdecydujesz, to zaproponuję to samo panom, którzy piją whisky i łypią na mnie, odkąd tu weszłam. Od razu dodam – nie chcę seksu z dwoma mężczyznami. Ale nie chcę też kogoś, kto mnie nie chce, więc decyduj.

Paweł skinął na barmana. Wskazał dwa puste kieliszki.

Był oszołomiony, przerażony, więc chciał jak najszybciej zapłacić i wyjść. Niekoniecznie do niej, choć z nią. Na pewno z nią i jednak do niej. Po głowie kołatały mu różne myśli, najgłośniej ta, że będą uprawiać seks w samochodzie. W jej samochodzie, bo jego stał w podziemnym parkingu hotelu, kilka ulic dalej. Hotelu, w którym zajmował jednoosobowy pokój, zarezerwowany na jedną dobę. Jak dobrze, że na jedną, pomyślał, szukając pretekstu do usprawiedliwień, jak dobrze, że już jest późno, po jedenastej, więc nie powinien jej zapraszać do pokoju. Choć mógłby. Mógłby też zarezerwować pokój dla niej, osobny, a potem mogliby udawać, nie wiadomo po co, że każde z nich noc spędziło u siebie.

Zaprzątał sobie głowę niepotrzebnymi szczegółami. Długonoga nieznajoma odchodziła od baru leniwie, lekko kołysząc wąskimi biodrami.

Paweł trzymał już w ręce kartę, ale znalazłszy w kieszeni banknot, położył go przy pustych kieliszkach i zdążył dobiec do dziewczyny. Zatrzymała się w drzwiach, zobaczyła, że jest przy niej, i wyszła zdecydowanie. Paweł szedł obok, niepewnie. Po kilkudziesięciu krokach skręciła w bramę kamienicy. Otworzyła drzwi i poprowadziła Pawła na drugie piętro. Otworzyła kolejne masywne drzwi i powiedziała: – Rozgość się.

I zamiast wskazać fotel lub białą sofę, powiedziała: – Tu jest łazienka, tu toaleta, tu ręczniki, a tutaj szczoteczka do zębów, tutaj mydło w kostce i w płynie. Tutaj czysty szlafrok frotowy, a tutaj jednorazowe kapcie.

Powiedziała: kapcie.

Na pewno nie papucie, nie klapki, tylko kapcie.

Jakiż jestem posłuszny, zdziwił się, kiedy zamknął drzwi do łazienki, gdzie była trójkątna wanna, prysznic, muszla klozetowa i bidet. Jakież ona ma niesamowite usta, myślał, myjąc ręce raz mydłem w kostce, raz w płynie.

– Niesamowite – powtarzał, bo inne określenie nie przychodziło mu do głowy. – Niesamowite, szczególnie gdy dolna warga dotykała górnej, po wypowiedzianym wyraźnie „rozgość się”. Wtedy obie zamykały się, składały niby w jedną, ale i tak górna była bardziej wypukła, krągła, choć i dolna wywijała się łakomie.

Mydlił ręce kilka razy, jakby chciał zyskać na czasie. Wycierał dokładnie, każdy palec z osobna wedle porad w kolorowych pismach, które czasem podczytywał. Odrzucił ręcznik, zamoczył ręce ponownie, tym razem w zimnej wodzie. Nie trzeba aż tak dokładnie wycierać dłoni, stopy trzeba dokładniej, tak, porady dotyczyły stóp, na pewno.

Spojrzał w lustro. Odwrócił głowę, jakby niepatrzenie na siebie w czymkolwiek mogło pomóc, cokolwiek zmienić.

Przesunął czystą ręką po twarzy.

Mam jeszcze szansę, pomyślał, mogę uciec chyłkiem. Drzwi na korytarz są na prawo, tylko kilka kroków.

Mógłby się wymknąć po cichu, nie zamykając ich, tak by nie było słychać trzaśnięcia. Powolutku, po cichu, trzy kroki do przodu i będzie na korytarzu, a potem biegiem, na ulicę, w prawo, i w jakąkolwiek bramę. Szybko, sprawnie, uciekać, wymazać z pamięci zielone oczy, srebrny łańcuszek, a może złoty łańcuszek, na kostce nogi, na przegubie ręki. Uciec, byle dalej, byle gdzie.

Znów poczuł jej zapach.

Jakby przeszła obok, długonoga, zielonooka, jasnowłosa.

Klepsydra ze snującymi się włosami.

Umył twarz. Otworzył szafkę po prawej stronie lustra, przy umywalce. Leżały w niej równo ułożone ręczniki. Zielone.

Tak zielone jak jej oczy, pomyślał.

I jak łazienka wyłożona zielonymi kaflami, jaśniejszymi na ścianach, ciemniejszymi na podłodze.

Otworzył szafkę po lewej stronie lustra. Stało w niej kilka słoiczków z kremami, opakowanych firmowo, jeden bez folii, używany. Także kosmetyki do pielęgnacji włosów – odżywki, lakiery, mgiełki do fryzowania.

Mieszka tutaj, pomyślał. Jestem w jej domu, wystraszył się. Dlaczego ja? A kto był przede mną? Ten pierwszy i ten drugi?

Nie chodziło mu o zazdrość, tylko o strach.

Nie chciał być prowadzony, choćby na łańcuszku cieniutkim jak mgiełka, złotym lub srebrnym.

A jednak wszedł w jej występność, zanim się odezwała.

Odkrył swoją.

Zaciekawił siebie.

Zaintrygował.

Zgodził się.

Niech się dzieje rzecz wedle schematu, wedle tandety, której zawsze był przeciwny, wedle ust, które były podobne czemuś, nie wiadomo czemu.

– Długo jeszcze? – usłyszał, jak go ponagla.

Wyszedł z łazienki.

– Ubrany? – zdziwiła się.

– Ty też ubrana.

– No to mamy problem – powiedziała, podając mu lampkę czerwonego wina.

– Wytrawne? – zapytał zadowolony, że pamiętała, co pił w barze.

– Tak, wytrawne.

– Wytrawne jak ja – dodała – i zniżyła głowę, by go musnąć ustami w usta.

– Masz usta jak...

– Usta jak co?

© Copyright by Marta Fox

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2011

Wydanie pierwsze

Opieka redakcyjna

Dorota Wierzbicka

Redakcja

Marta Dvořák

Korekta

Ewa Kochanowicz, Barbara Turnau, Małgorzata Wójcik

Projekt okładki

Ewa Bajek

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2011

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-04762-0

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czerwień raz jeszcze daje czerwień Coraz mniej milczenia Magda.doc Agaton-Gagaton Paulina.doc Zuzanna nie istnieje 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Nie tacy oni straszni Dotyk ciemności Siedem lat